Jan Czyżewicz

Archiwum Historii Mówionej

Czyżewicz Jan, syn Józefa, urodzony 19 marca w 1919 roku w Sąsiadowicach, województwo lwowskie.

  • Był pan w grmii generała Berlinga?

Tak.

  • Był pan podporucznikiem?

Tak, ale najpierw byłem podoficerem.

  • Jak pan wspomina lata przedwojenne? Czym zajmowali się pana rodzice? Czy miał pan rodzeństwo? Jak pan wspomina swoją miejscowość?

Dwojako, dlatego że przed wojną ukończyłem szkołę podstawową. Później skończyłem kurs introligatorski. Byłem introligatorem. Pracowałem w klasztorze ojców karmelitów w Sąsiadowicach, wykonując cały szereg innych funkcji. Tak było praktycznie do wojny.

  • Czy miał pan rodzeństwo?

Tak, miałem brata rodzonego, którego w 1942 roku jako członka Armii Krajowej aresztowano i wywieziono do obozu karnego w Stopczynie. W obozie karnym [wykonywano] na nim jakieś badania, doświadczenia i on już później w ogóle do kraju nie wrócił. Wyjechał do Stanów Zjednoczonych, nie założył rodziny, zmarł.Mam jeszcze siostrę. Siostra była na miejscu. Zajmowała się gospodarstwem, szwagier pracował w mleczarni. Tak było właściwie do wojny.

  • Sąsiadowice, co to była za miejscowość?

To była duża, polska miejscowość, koło trzech tysięcy mieszkańców, gdzie była szkoła, kościół, straż pożarna, Związek Strzelecki, do którego należałem.

  • Oprócz Polaków były jeszcze jakieś inne nacje?

Nie, było kilka, cztery, pięć, rodzin żydowskich. W ogóle nie było Ukraińców.

  • Jak pan zapamiętał wybuch wojny we wrześniu 1939 roku?

1939 rok... mówiąc szczerze to tak niespodziewanie. Był piątek, przypadkowo dowiedziałem się, że wojna wybuchła. Dopiero na drugi dzień, na dworcu na stacji kolejowej były bombardowania. Rano pokazały się samoloty niemieckie. Już [wiedziałem], że wojna jest na całego. Począwszy od 3–4 września polskie jednostki cofały się gdzieś na wschód. Szły i zatrzymywały się w Sąsiadowicach. Na dzień zatrzymywały się i w nocy szły. Następnie pojawili się Niemcy i kolumna za kolumną szli tacy weseli, śpiewając. Stojąc, tak sobie myślę: „Boże, gdzież nasze wojsko? Dlaczego żołnierze nasi pozwalają im tak?”. Weszli wtedy jak na defiladę. Kolumny przeszły jedna za drugą, poszły w kierunku Sambora i dalej na Lwów. Później, chyba koło 23 [września] Niemcy się wycofali, przyszli Rosjanie, zaczęli organizować swoje urzędy, wszystko zostało zmienione. Wreszcie, 29 listopada Rada Najwyższa Związku Radzieckiego nadaje wszystkim obywatelom, mieszkańcom terenu, który zajęła Armia Czerwona, obywatelstwo rosyjskie. Wobec tego staliśmy się obywatelami rosyjskimi. Przyszedł 10 lutego 1940 roku, zaczęto wywozić na Sybir. Okazuje się, że już jako swoich obywateli. Ale to jeszcze nie wszystko. Przyszedł wrzesień. Trzy roczniki powołują do wojska, wtedy to już był problem. Akurat mój rocznik trafił i zostałem wcielony do Armii Czerwonej. Traf chciał, przypadek, że w 1941 roku, kiedy 22 czerwca wybuchła wojna, nie pojechałem na front, ale zostałem ma miejscu. Druga jednostka wyszła, za to nas do roboczej jednostki, można powiedzieć wartowniczej i tam właściwie jesteśmy w lesie, nie wiedzieliśmy nawet gdzie. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że tworzy się armia generała Andersa, że generał Anders tworzy armię. Całe nasze nadzieje poszły w tym kierunku. Nie wiedzieliśmy, ile to może trwać, kiedy nas powołają, [czy] miesiąc, [czy] dwa. Okazuje się nic z tego. Chyba 28 września kazano nam się ubrać, wszystko zabierać, to, co wojskowe zdać i wiozą nas. Myśleliśmy, że wiozą nas do armii Andersa, do Wojska Polskiego. Tymczasem okazuje się, że przyjeżdżamy do Inzy, miasta powiatowego, które było ośrodkiem o dużym węźle komunikacyjnym. Wszystkie transporty, które przychodziły na front były w pierwszej kolejności. Natomiast te, które wewnątrz, zawsze czekały godzinami, kilka godzin, żeby miejsce znaleźć, żeby mogły z nami jechać. W Inzie właśnie doszła do nas wiadomość, że idą transporty z Polakami do Wojska Polskiego. Na przód zrobiliśmy wywiad. Było nas czterech: ja, Napoleon Czesnak, Kazimierz Kłolik, Siurgatyński. Pójdziemy w drogę. Poszliśmy na dworzec. Byliśmy rozeznani, gdzie te transporty stoją. Jeden wieczór, drugi wieczór, nareszcie postanowiliśmy uciekać. Pewnego dnia, już nie pamiętam, którego to było, nic nie mówiliśmy, nic nie zabraliśmy, wszystko zostało, tylko sami uciekamy. Przyjechaliśmy, wyszliśmy na dworzec. Transport rzeczywiście stoi w tym miejscu, na tym torze, więc od razu do ostatniego wagonu wsiedliśmy. A tam siedzą, przedstawiliśmy się, że tacy i tacy jesteśmy. Mówią: „Dobrze, ale idźcie do komendanta i poproście komendanta. Komendant musi o tym wiedzieć, tak nie możecie jechać”. Patrzyli na nas trochę z ukosa, dlatego że byliśmy w mundurach rosyjskich. Poszliśmy po cichu, ukradkiem, tak żeby nie widział nas patrol stojący na dworcu. Poszliśmy, przedstawiliśmy się. Słuchał nas, był to dowódca, chyba któregoś pułku z Tarnopola, nie pamiętam. Słuchał nas. Był w trochę zniszczonym mundurze pułkownika... Mówi: „Bardzo się cieszę chłopcy, że chcecie iść do polskiego wojska, ale ja nie mogę was zabrać, dlatego że wy reprezentujecie inne państwo. Z tego może być wielka awantura. Was będą zaraz poszukiwać, zrobi się z tego wielkie nieporozumienie. Idźcie sobie z powrotem tam, gdzie jesteście, gdzie lubicie, a ja zamelduję dowództwu i pamiętajcie jedną rzecz, że miesiąc wcześniej czy miesiąc później, to i tak wy się tam znajdziecie”. Pomyśleliśmy sobie, rzeczywiście. Pożegnaliśmy się z nim i poszliśmy z powrotem. Czekaliśmy miesiąc dwa, trzy i nic. Wreszcie przychodzi 1942 rok, w maju dowiadujemy się, że część armii generała Andersa odeszła. Przyszedł wrzesień. W tym czasie pracowałem już w Ulianowsku nad Wołgą, przychodzi mój szef no i mówi: No szto? Polaki udali? Myślę: „Co to znaczy »udali«?” A on daje mi artykuł do czytania. Rzeczywiście czytam artykuł. Później myślałem, że może źle rozumiem. Jeszcze prosiłem jedną panią, żeby to przeczytała i rzeczywiście właściwie niegrzecznie, źle opisano Polaków, że uciekli, że nie chcą walczyć i że opuścili Związek Radziecki. Wtedy była straszna konsternacja wśród Polaków: „Jak to? Generał zabrał część, a nas zostawił? Co z nami będzie, gdzie my się podziejemy? Przecież jesteśmy poddanymi rosyjskimi! W jaki sposób się do Polski dostaniemy?”. Była wielka rozterka wśród nas, nie moja, ale w ogóle wszystkich Polaków znajdujących się tam. Żyliśmy tym, co z gazety, gazetę się dostawało taką a taką. Wreszcie dowiadujemy się przypadkowo. Wiadomości były skąpe, było tylko to, co frontowe, tylko to, co nadawali z Moskwy. Wtedy dla nas to było takie straszne przeżycie. Jak generał Anders odszedł, stosunek do nas, do Polaków się strasznie zmienił. Skierowano nas do lasu, gdzie po dwadzieścia, trzydzieści stopni mrozu, do rąbania podwożono brygady dwuosobowe. Zaraz ustalono normę, ile każdy ma wypracować. To było niemożliwe do wykonania. Pracowałem raz z jednym, później z drugim, później z trzecim. Była miejscowość Jasnotaszła, daleko od lasu, daleko od miejscowości, mieszkaliśmy w baraku postawionym w lesie. Codziennie chodziłem do lasu, normy ośmiu metrów bieżących nie było możliwości wykonać. Czyli osiem metrów bieżących i metr wysokości. To jest niemożliwe, [żeby] naścinać drzew przy takim zimnie, mrozie, śniegu. Obuwie, które mieliśmy, było bardzo zimne. Zrobiliśmy łapcie z lipu olkowego. Do tego sznurki duże i trzy pary onuc. Tymi onucami owijaliśmy nogi do kolana, nakładaliśmy łapcie i to właściwie było lepsze niż obuwie. Zaczął padać śnieg, nie topniał tak jak tu, u nas, tylko był zawsze suchy. Każdego dnia trzeba było [ubranie] suszyć na piecu, tam gdzie się mieszkało. I tak się przebyło do wiosny 1943 roku. Przyszedł 1943 rok, o Katyniu słyszeliśmy tylko tyle, tak było to nakreślone, że Niemcy podali, że natrafili na groby. Tutaj Rosjanie powiedzieli zaraz kontra, że nie, że to Niemcy. Nikt nie powiedział, że to było polskie, to było domniemanie. Wreszcie, chyba 8 maja jest komunikat z Moskwy, że tworzy się 1. Dywizja imienia Tadeusza Kościuszki. Na dowódcę wyznaczony został pułkownik Zygmunt Berling. Berling to nazwisko trochę niemieckie, podejrzliwie patrzyliśmy na to. Z tych chyba tysiąca ludzi, które było w Ulianowsku, stu pięćdziesięciu zgłosiło się na ochotnika. W tych stu pięćdziesięciu znalazłem się i ja. 12 maja wieczorem wyjechaliśmy, 15 maja byliśmy już na miejscu. Przyszliśmy, weszliśmy na teren obozu. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, czy jesteśmy w Polsce. Słyszymy pewne rozmowy polskie, słyszymy, że radiowęzeł gra po polsku piosenki, zdawało się, że już jesteśmy w Polsce. Właściwie do tej 1. Dywizji nie tylko ja [poszedłem]. Gdzie kto usłyszał, gdzie kto miał możliwości, to szedł tam, gdzie chciał iść. Właściwie 3 czerwca myśmy byli oderwani od kraju. Nie mieliśmy w ogóle żadnych wiadomości. 3 czerwca była pierwsza msza polowa. Na pierwszej mszy polowej ksiądz Wilhelm Kurcz, który był chyba w oddziałach Armii Krajowej, o czym wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, powiedział nam o sytuacji w kraju, co tam Niemcy robią, o obozach koncentracyjnych, o wywózkach. O wszystkich sprawach dowiedzieliśmy stąd. I później każdej niedzieli powtarzał niektóre wątki z pobytu w kraju. Często się mówi o tej armii, przedstawiając ją czasami w niewłaściwej formie. Muszę powiedzieć o tym, że w Dywizji, jak weszliśmy, to ta polskość była na każdym kroku. Każdego ranka apel poranny, modlitwa ranna „Ojcze Nasz”. Wszyscy, cała kompania, żegnała się i głośno [mówiliśmy]: „Ojcze nasz któryś jest”. Był wieczór – ta sama sytuacja była. Apel wieczorny, na apelu wieczornym również była modlitwa i zawsze, zarówno rano jak i wieczorem śpiewano „Nie rzucim ziemi”. Zawsze to było, jedną zwrotkę czy dwie trzeba było wyśpiewać.

  • Oficerowie to byli Rosjanie?

Rosjanie. Trzeba tak powiedzieć, wyżsi oficerowie byli. Tak bym powiedział: Polacy, ale wychowywani w Rosji, w ruskiej armii.

  • Rosjan nie było w ogóle?

Rosjan było bardzo mało.

  • W jakich mundurach chodzili?

Rosjanie przeważnie praktycznie chodzili w polskich mundurach, bo w ruskich to wyjątek. Kiedyś, gdzieś zobaczyłem Rosjanina, a tak to nie. Chodzili w ogóle w polskich mundurach i właściwie to byli starsi. Natomiast młodsi oficerowie, to za bardzo nie wiem, skąd się wzięli. Przed wojną młodszych oficerów było bardzo dużo, przeważnie młodsi i później tych podoficerów zawodowych, którzy byli przed wojną, ich awansowano zaraz na stopnie oficerskie i przyjmowali stanowiska dowódców.

  • Robili też jakieś szkolenia polityczne?

Były szkolenia polityczne, ale one właściwie były nastawione na sytuację w kraju. W tym czasie wojna była. W późniejszych czasach mówiono, że walczymy o ustrój demokracji ludowej, o przeprowadzeniu reform społecznych, te sprawy były podnoszone. Niesłuszną rzeczą jest, kiedy się mówi, że to byli sami komuniści – mówię o oficerach politycznych. Nieprawda, bo oni byli normalni, tylko tego, który oficerem politycznym zostawał, tego, który miał lepsze wykształcenie, inne wykształcenie, że ładnie mówił, takich ludzi podbierano, ale nie można mówić, że to byli komuniści. To jest nieprawdą.

  • W pierwszej bitwie gdzie pan brał udział?

Pierwsza moja bitwa była pod Lenino. Szliśmy od Wiaźny, szliśmy aż do Smoleńska, bo mieliśmy stanąć do walki. Tutaj zaraz byliśmy pod front i w tym czasie kiedy myśmy tam byli, ruszył front i Niemców przerzucono aż za Smoleńsk. Tam Niemcy już zawczasu mieli przygotowaną obronę i stali. My tutaj przez cały czas szliśmy nocami za frontem. Od 23 września aż do 9 października tylko nocami, gdzie nie wolno było zapalić niczego, żeby było widać, nawet zapałki. Papierosa zapalić nie wolno było i każdy pilnował, przestrzegał tego, bo wiedział o tym, że chodzi o własne bezpieczeństwo. 9 października wyszliśmy [na rozpoznanie]. Były przygotowania do zajęcia pierwszej linii obrony. Później już rozpoznali i 12 października rozpoczęło się natarcie. Muszę powiedzieć ważną rzecz. Pod Lenino pierwszy raz zetknęliśmy się z nieprzyjacielem, pierwszy raz widzieliśmy ich samoloty, niemożliwe, czterdzieści siedem wylotów podczas… W granicach około trzydziestu takich wylotów było, a szerokość pasa natarcia była tylko dwa kilometry. Niemcy dowiedzieli się, że tu mają Polaków, tak że ani z prawej ani z lewej, bombardowano, ten teren był bardzo ciężki. Dlatego pierwsza rzecz, trzeba było przejść do rzeki Mierei. Miereja w ogóle była bagnista, trudno dostępna, tam kilka czołgów zostało, które nie przeszły. Jak się tylko sforsowało Miereję, to były wzgórza 217, 215, 217, rów pomiędzy miał bardzo silne umocnienia. Wszystko jedno, po tych przygotowaniach artyleryjskich poszła piechota. Mimo tego natarcia, mimo tego oporu niemieckiego, Polacy jakoś potrafili pójść. Nie wykonali zadania, jakie miało być, dojść aż do Łotwy, ale doszli trzy kilometry, nawet więcej, weszli w głąb niemieckich [pozycji].

  • Jaką wtedy funkcję pan pełnił? Co pan wtedy robił?

[Pełniłem funkcję] dowódcy plutonu działa baterii 76, bo byłem na szkole oficerskiej i tam skierowano nas na dowódców plutonu. Tam po dwóch dniach walk nastąpiło wycofanie. Jeszcze chciałem powiedzieć, że Niemcy przez bombardowania [dużo zyskali], niezależnie od tego, że mieli wielką siłę – moździerze, broń maszynową. Jeszcze w 1943 roku Niemcy były bardzo silne. Zadziwiające, że ani jeden rosyjski samolot nie pojawił się na tym kierunku. Tylko samoloty niemieckie nas tu dusiły. Właściwie, w ciągu tych dwóch dni zginęło 510 żołnierzy oficerów, 1776 zostało rannych, 663 zaginęło bez wieści. Jest to bardzo wielki uszczerbek. Tylu ludzi zginęło na moich oczach. Chowaliśmy się. [Przy] pierwszym ataku myśleliśmy, że to Rosjanie, rosyjskie samoloty. Wreszcie patrzymy, że to zaczyna pikować. [To był] moment. Jakoś tak się zrobiło, że do rowu skoczyłem na żołnierzy. Jakoś nawet nie schowałem nóg, nie zdążyłem. Natomiast ten, który stał ze mną, wskoczył do pustego baraku. Okazuje się barak został spalony i on zginął. Było strasznie, straszne przeżycia…Po linii wycofano nas pod Smoleńsk i pod Smoleńskiem na wsiach mieszkaliśmy do wiosny 1944 roku. Wiosną 1944 roku już wyruszyliśmy na Ukrainę. W rejonie Berdyczowa i z rejonu Berdyczowa po jakimś [czasie] znów na teren Polski. Od 1939 roku [przeszedłem] od Równego, Łódzka do Kiwec i stamtąd znów na Kowal i do granicy polskiej. Chyba 23 [października] przekroczyliśmy granicę polską.

  • Jak ludność polska witała?

Bardzo, nadzwyczaj serdecznie na każdym kroku. Już w Lublinie, to było 25 lipca, trudno wyobrazić sobie takie powitanie, jakiego tam doznaliśmy. Wszędzie ludzie gdzie, bo gdzie spojrzał, to pełno ludzi. Człowiek szedł nastawiony z myślami o przyszłej walce, co dalej, przecież idziemy walczyć, idziemy na teren, jak było się daleko, to cała myśl nas gnała, żeby dojść do kraju. Jak przyszło dojść do kraju, to chciałoby się żyć. Chciałoby się tutaj, ale tutaj okupacja, znów tu trzeba walczyć, trzeba iść na front, trzeba walczyć.

  • A kiedy pan się dowiedział o tym, że w Warszawie wybuchło Powstanie?

Byłem w Dęblinie, na wale w Twierdzy i tam przy zmianie stanowisk ogniowych, to było chyba 2 sierpnia. Przyjechałem, taka łuna, pytam się swego przełożonego kaprala. [On mówi]: „A co ty? To ty nic o tym nie wiesz? Wczoraj w Warszawie wybuchło Powstanie”. Ja mówię: „A to właściwie, to my będziemy musieli pójść tam”. On mówi: „Żeby to tak było. O, jeszcze nie wiadomo, jak to tam Niemcy się zachowają...”. I tak to wszystko zostało, popatrzyłem jeszcze, była duża łuna, rozszerzała się i takie stało się już normalne, z daleka zawsze tylko się widziało, to rzadko, jak było na Pradze.

  • Jak pan zdobywał Pragę? Nie można było wcześniej przyjść, w sierpniu dojść do Warszawy?

Czy można było w sierpniu dojść? Trudno w tej chwili określić, bo jedni twierdzą, że można było, drudzy mówią, że nie można było. Także dla nas. Ja byłem za niski szczeblem, dowódca plutonu wiedział może, ale tak patrząc z perspektywy dzisiaj – może i można było, ale to trudno było określić. Powiedzmy, tutaj chodziło jeszcze o co [innego]. Wtedy, kiedy pod Dęblinem nie udało się forsowanie Wisły, zginęło tam 557 żołnierzy oficerów, 810 zostało rannych. Wielki uszczerbek dla dywizji kościuszkowskiej. Wreszcie stamtąd, w tym samym czasie czterdzieści kilometrów na północ, Rosjanom udało się w rejonie Magnuszewa wyłom zrobić, wejść na lewy brzeg Wisły. Właściwie wtedy nas skierowano, żeby poszerzać wyłom, który Rosjanom udało się [zrobić] w rejonie Magnuszewa. Tam byliśmy i stamtąd dopiero [poszliśmy] na Pragę. Na froncie wszystko jest możliwe. Możliwe, że można było przyspieszyć. Nie wiem, nie umiem określić tego, czy było możliwe.

  • Idąc na Warszawę, pan cały czas walczył?

Tak, oczywiście. Doszliśmy do Pragi, 9 [sierpnia] rozpoczęła się walka, to znaczy rozpoznanie, 10 [sierpnia] już natarcie, walka. Pierwsza nasza walka była w mieście. W mieście walka jest bardzo trudna, ciężka z tego względu, że każdy otwór staje się niebezpieczny i okno, i piwnica, i strych. Wszędzie, zza każdego węzła grozi niebezpieczeństwo, tak że tutaj były bardzo ciężkie walki i jeżeli popatrzeć w ciągu tych pięciu dni [dywizja] straciła 524 [ludzi], 1436 zostało rannych, 44 zginęło bez wieści.

  • Jaką funkcję pan pełnił w walkach o Pragę?

Byłem zastępcą dowódcy 45 baterii, 2. Pułku Piechoty i to właściwie się skończyło 14 września. 14 września skończyliśmy walki o Pragę. I jak się wtedy patrzyło na lewą stronę, to w dzień może mniej, ale w nocy [dobrze] widać było błyski, bardziej słychać było wystrzały, serie karabinów maszynowych. Głośno było w nocy, wieczorem bardzo wyraźnie było słychać. Natomiast w dzień paliło się małe ogniska. Rzecz, na którą należałoby zwrócić uwagę, to dwóch powstańców przeprawiło się z tamtego brzegu Warszawy na nasz brzeg. Młodzi ludzie, po trzydzieści lat, zniszczeni, zmordowani, mokrzy, nieogoleni, brudni [mówili], że powstańcy potrzebują pomocy. Ponieważ oni byli tak zmęczeni, że w ogóle z nimi nie można było rozmawiać, zaraz wzięli ich sanitariusze, żeby ich nakarmić, zabezpieczyć. Później nie wiem, [co się z nimi stało], ale powiedzmy, przeprowadzono z nimi rozmowy.

  • Pan ich widział?

Widziałem, ale z daleka.

  • W którym miejscu oni byli? Po stronie praskiej przepłynęli?

Tutaj na Pragę przypłynęli z tamtej strony po prostu do nas, może sto metrów ode mnie i potem od razu sanitariusze podbiegli, zabrali ich, żeby ich zabezpieczyć. Myśmy 14 września zdobyli, a 16 września generał Berling posyła dwie dywizje, czyli 3. Dywizję Piechoty im. Romualda Traugutta tutaj na południe od mostu Poniatowskiego, na Czerniaków. Później na Żoliborz 2. [Dywizję], na Potok chyba.

  • Pana dywizja już nie?

Nie, nie. Już nie. Nasza dywizja była bardzo nadszarpnięta. Tysiąc ludzi zginęło, to trzeba było uzupełnić. Trzeba było jakieś nowe osoby, nowych ludzi, czyli był nabór. Potem był nabór przygotowany, ludzi młodych pobranych z okolicznych miejscowości włączano do wojska.

  • Berlingowcy chcieli przepływać Wisłę, chcieli iść na pomoc Warszawie?

Tak, oczywiście że tak. Na pomoc Powstaniu poszło dwadzieścia tysięcy ludzi, czyli poszła 3. Dywizja, nawiązała kontakt, nawet już przyczółek zrobiono, ale Niemcy uniemożliwili utrzymanie kontaktu z powstańcami. Efekt był taki, że ścisnęli wszystkich z powrotem do wody. Efekt był taki, że zginęło 4892 osoby, ci, co szli na pomoc powstańcom. Właściwie mnie tak czasami żal, że w ogóle jakoś o tym się nie mówi teraz. Jeśli się mówi o Powstaniu, należałoby powiedzieć o żołnierzach 1. Armii, którzy szli na pomoc powstańcom.

  • Czy taka duża śmiertelność wśród żołnierzy Berlinga była z powodu, tak, jak pan zauważył wcześniej, że po prostu ci żołnierze, tacy jak pan, nie byli przygotowani do walki w mieście?

Mówię, że w mieście to była pierwsza walka i to jest znacznie trudniejsza, cięższa od normalnej walki na polu.

  • To właśnie powstańcy mówią, że kościuszkowcy padali jak muchy.

Tak, to była pierwsza [walka w mieście], a drugą [walką] w mieście był Berlin.

  • Później z Pragi szedł pan dalej szlakiem przez wał pomorski?

Tak.Chciałem jeszcze powiedzieć, przed tym jak przyszliśmy do Warszawy. Mam uwagi do doktora Andrzeja Kunerta, który powiedział, tak mnie to zabolało, że właściwie nie było walk w Warszawie, tylko było wejście. Pomyślałem sobie: „Żebyś ty wiedział, żebyś ty był, ty jesteś młodym człowiekiem, żebyś ty był, widział to, to inaczej publicznie byś tego nie mówił”. Weszliśmy do Warszawy, przecież w czasie walk obronnych, bo naprzód byliśmy w obronie nad Wisłą. Później dopiero z tego poszliśmy do natarcia w trzech kierunkach. Pierwsi poszli z Pragi, ja na przykład poszedłem z południa, od strony Góry Kalwarii, bo tam było przejście. Trzeci na Powązki, z prawej strony, w kierunku Powązek od południa, z północy. Z trzech stron Warszawa była brana, ale w czasie tych walk zginęło tysiąc czterysta sześćdziesiąt pięć osób, razem z tymi, co zostali ranni. To znaczy, że z czego zostali zabici? To znaczy, że walczyli, że te walki nie były uliczne, bo jak weszliśmy do Warszawy, to muszę powiedzieć, że była ruina, jak się tylko popatrzyło, to ulice były zasypane gruzem. Wszystko stało, gdzie kikuty stały, nigdzie ani wody, ani gazu, niczego. Na przykład, kiedy przyszło mi nocować pierwszą noc do rana przy ulicy Młynarskiej.

  • Pan wkroczył do Warszawy 17 stycznia?

Tak, 17 stycznia 1945 roku byłem już w Warszawie. Chciałem jeszcze powiedzieć, dlaczego wróciłem, zatrzymałem w Warszawie. Dlatego że w Warszawie bardzo boli, że tak często omija się to, że byliśmy w Warszawie, że walczyliśmy, bo taka jest prawda. Chciałem powiedzieć, że jak weszliśmy do Warszawy, pierwszą noc przyszło mi [spędzić] na ulicy Młynarskiej, to zapamiętałem, nawet wchodziłem patrzeć, gdzie ta Młynarska jest teraz, rzeczywiście zmienia się nie do poznania. Szukałem miejsca, żeby ludzi swoich, 45. baterię, gdzieś umieścić, [ale] nie było gdzie. Jak się umieściliśmy w jednym pomieszczeniu, wszystkie okna pałatkami [zakrywaliśmy], nie było możliwości ogrzewania, nawet jak w piecu chcieliśmy zapalić, to nie było czym. Wobec tego tak przesiedzieliśmy przez całą noc, a drugą noc dopiero na lotnisku na Okęciu. Te dwie noce w taki sposób [przesiedzieliśmy], ponieważ do Warszawy 17 czy 18 stycznia wzięto nas do przygotowania defilady, czyli odgruzowania Alej Jerozolimskich. Czyściliśmy ulicę, 19 defilowaliśmy i 19 stycznia wieczorem wyszliśmy, bo był dalszy ciąg [marszu] na zachód.

  • Czy jacyś ludzie się pojawiali?

Władze, które były, chciały, żeby pierwsza jednostka brała udział w defiladzie i braliśmy udział w defiladzie. Dopiero po defiladzie poszliśmy dalej.

  • Czy wtedy, tego dnia byli już jacyś ludzie, cywile?

Mało, muszę powiedzieć jedną rzecz, że jak wchodziliśmy do Warszawy, to jak z południa szli, nie wiem, skąd się tych warszawiaków wzięło, jeszcze krzyczeliśmy, ja sam osobiście: „Panowie nie wchodźcie, bo tu grozi niebezpieczeństwo, nie wchodź!”. Ależ skąd, nie można było [ich] powstrzymać, Warszawa była wyludniona, razem z nami ludzie wchodzili. Nie wiem nawet skąd, gdzieś tam po różnych miejscowościach, jak zobaczyli wojsko, tak z wojskiem wraz z nami mówili: „Ja chcę zobaczyć, czy moje mieszkanie, czy coś tam jest, czy coś zostało”. Bardzo dużo ludzi, a w czasie defilady to nie, nie było, jeżeli byli, to przypadkowo.

  • A czy wśród pana otoczenia, wśród żołnierzy, byli później jacyś powstańcy warszawscy czy akowcy?

To później już, bo był nabór, jak mówiłem o tym – na Pradze jak przygotowywaliśmy się w ogóle do natarcia na Warszawę, to wtedy był pobór młodego rocznika czy nowych ludzi, nie wiem, nie umiem odpowiedzieć i to przeszkolono w kwartale, 14 dni oddzielnie. Później włączało się ich do [niezrozumiałe], jak oni się wtedy nie przyznawali. Z resztą nikt się ich nie pytał o działalność, a dopiero później wyszła sprawa, że był w AK. Nikt się tam nie interesował tym, czy w AK, czy w AL-u, nikogo to nie interesowało, ale byli, oczywiście że tak.

  • Może pan wiedział, czy potem byli w armii, wśród pana kolegów ci powstańcy warszawscy, którym udało się przepłynąć Wisłę?

Trudno mi powiedzieć, nie umiem odpowiedzieć na pytanie: czy byli? Może i tak, ale nie umiem odpowiedzieć.

  • Jak pan zdobywał Berlin?

W Berlinie znów ta sprawa, sytuacja po forsowaniu Odry. Żeby dojść do Berlina trzeba było najpierw sforsować Odrę, później Starą Odrę, później pod kanał Hohenzollernów i od tego kanału już weszliśmy w kierunku Berlina. Można powiedzieć tak, że walki były krótkie, byliśmy tam zaledwie trzy dni. Wchodziliśmy do Berlina od strony północnej, to przedmieścia różnego rodzaju, to wszystko wydawało się nietknięte, że w ogóle walk nie było. Jak się wchodziło już głębiej, to [czuło się] ten swąd, widziało się pożary i wchodziło się nie wiadomo gdzie, w taką niepewność, jak człowiek z każdej strony bał się. Każdy był przygotowany, był gotowy na każdą ewentualność, kiedy taka konieczność zajdzie. Właściwie w Berlinie byliśmy krótko.

  • Jak była Brama Brandenburska, to tam zawiesiliście flagę?

Brama Brandenburska to po zakończeniu już, na końcu. Z mojego dywizjonu zastępca dowódcy 7. Baterii, mówi: „Wiesz co? Ja zabiorę sztandar. Zabiorę sztandar, niech szwaby wiedzą, że tu Polacy byli”. Ja to tak przyjąłem, a później to urosło [do wyższej] rangi. Uważam, że bardzo słusznie.

  • To pan razem z nimi wieszał flagę?

Oczywiście, że tak.

  • Czy tam już wisiała rosyjska flaga?

Tak, ale ta flaga wisiała 2 maja, dopiero kiedy ogłoszono kapitulację Niemiec, kapitulację garnizonu Berlina. Wtedy pewnie, wcześniej to było niemożliwe, dojść tam. Dopiero nad ranem, 2 maja ten poszedł i w tym czasie nie wiem, czy jednocześnie, czy zaraz, jak już Rosjanie powiesili swoją flagę, nasza wisiała. Symbol był znaczący.

  • To pan powiesił przed Rosjanami?

Nie, nie ja. Już nie pamiętam, jak się nazywał [ten, który wieszał]. Mój serdeczny przyjaciel był, który dopiero wszedł, został mobilizowany do armii, do 1. Dywizji dopiero na Pradze. Wcześniej walczył u Tity w Jugosławii. I później w jakiś sposób, nawet nie wiem w jaki sposób, dostał się do Polski. Nie wiem, czy sam się zgłosił, nie umiem odpowiedzieć. To był starszy pan, znacznie starszy od nas, nauczyciel przedwojenny z Płocka. On coś takiego zrobił, był tym, który sztandar powiesił.

  • Którego dnia to było?

2 maja.

  • Najpierw powiesili Rosjanie i zaraz Polacy?

Nie umiem odpowiedzieć, czy pierwsi Polacy, ale wydaje mi się, że to nawet było jednocześnie – Rosjanie i Polacy. Jednocześnie, tak się zbiegło, nawet ten nie wiedział pewnie, jak szedł po tej Brandenburskiej, że po drugiej stronie Rosjanie są i wieszają. Chyba jednocześnie to nastąpiło. Rosjanie wcześniej nie mogli, bo nie mieli dostępu, tak samo Polacy.

  • Ale Rosjanie na swoich filmach pokazują, że tylko oni powiesili flagę.

Może, nie umiem odpowiedzieć, czy tak.

  • Ale pan był świadkiem, że Polacy też wieszali?

Tak, oczywiście, że tak. Widziałem nawet flagę jeszcze przed powieszeniem. Taka była, nawet nie wiem, skąd on ją zachował. Pytam: „Skąd ty miałeś [flagę]?”. I tak pamiętam. W każdym razie polska flaga wisiała. Stamtąd [wróciliśmy] do Warszawy. Pamiętam, jak wychodziliśmy do Warszawy 2 [maja] o godzinie dziesiątej rano, w kierunku zachodnim, w kierunku Łaby, to jak popatrzyłem na przestrzeń po prawej stronie samochodu, to pełno [było] żołnierzy niemieckich, trudno mi nawet określić ilu. Rosjanie stali, już Rosjanie pilnowali. Popatrzyłem, po prawej stronie, a ile broni, stosy broni były, bo każdy, który miał broń, rzucał. To wszystko Rosjanie mieli, pilnowali, a myśmy tylko popatrzyli i pojechali dalej, żeby robić swoją robotę. Dopiero nas koniec wojny zastał 9 [maja], rano w lesie, czterdzieści kilometrów na zachód od Berlina. Tam dowiedzieliśmy się, że jest koniec wojny. Jaka to była radość, trudno było mi ukryć, co dane nam było przeżyć. To nieszczęście, był to szlak bojowy, który liczył 626 dni, ponad dwa tysiące kilometrów. Mam jeszcze taką uwagę, niesmak. Na przykład w „Głosie Weterana” ukazał się artykuł pana doktora, nie pamiętam w tej chwili nazwiska, który napisał, że wojsko polskie zorganizowane [było] przez Stalina. Ja sobie pomyślałem: „Jak można tak pisać?! Jak może Polak tak napisać?”. To wojsko polskie, które powstało tam, to naprzód powstała 1. Dywizja, później powstał Korpus Polskich Sił Zbrojnych, tak się to nazywało. Później 16 marca 1944 roku powstała armia stutysięczna, która weszła do kraju do 23 lipca i na tej podstawie utworzono Wojsko Polskie. Utworzyły [je] władze, które były. I to wojsko istnieje. Wojsko, które było na zachodzie, to przecież te jednostki przyjechały do kraju i włączone zostały, a które nie przyszły, zostały rozwiązane.

  • Czy któryś z pana kolegów, tych którzy przeszli od Lenino do Berlina, jeszcze żyje?

Mówiąc szczerze, to dwóch jeszcze żyje, gdzieś w Warszawie, [o czym] dowiedziałem się na podstawie prasy. Pułkownik Jan Wiśniewski, miałem adres, [ale] straciłem, chciałbym dalej z nim ten kontakt ciągnąć. Bliski mi był pułkownik Henryk Gnatkiewicz, on się inaczej nazywał i później zmienił [nazwisko]. Faktycznie bardzo mało [jest] tych ludzi. Tutaj teraz spotykam ludzi z Armii Krajowej, ponieważ tak się składało, że potem przez długi czas byłem prezesem zarządu oddziału, później prezesem zarządu wojewódzkiego. Kiedyś nie było takiego wyróżniania akowcy, nie akowcy. Wszyscy byliśmy.

  • Panie Janie, miał pan może jakąś sympatię jak pan był w armii Berlinga?

Właściwie tak się składało, że nie. Tak się jakoś składało, że z [dziewczynami] nie miało się kontaktu. To był front, nie miało się kontaktu. Kontakt był bardzo mały, jak był front ten kontakt był w określonych [miejscach]. Batalion kobiecy, który szedł, w określonych miejscach brał udział, zawsze był traktowany ulgowo. Oczywiście czasami w niedzielę po południu przychodziło się, ale to tak na rozmowy, czy weszło się gdzieś porozmawiać, czy teatrzyk był organizowany, czy było nabożeństwo od południa, to się widziało ich, ale to tylko to. Takim przeżyciem dla mnie było jeszcze złożenie przysięgi 15 lipca 1943 roku. Ten moment złożenia przysięgi 15 lipca – naprzód była msza święta, po mszy świętej zbiórka na placu. Na placu zebrało się dwanaście tysięcy [osób] i teraz nadchodzi przewodnicząca z pułkownikiem Berlingiem, bo wtedy jeszcze był pułkownikiem. Berling się witał ze wszystkimi, podchodził na trybunę. Wchodzą na trybunę, zagrano w tym czasie hymn polski.
Włocławek, 17 października 2007 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Jan Czyżewicz Stopień: podporucznik Formacja: armia generała Berlinga Dzielnica: Praga

Zobacz także

Nasz newsletter