Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Janusz Kaźmierczak „Janusz”
Janusz Kaźmierczak
pseudonim
„Janusz”
stopień
starszy strzelec
formacja
Obwód VII „Obroża”, Rejon VI „Helenów”
dzielnica
Sękocin, Walendów, Raszyn
Nazywam się Janusz Kaźmierczak, urodziłem się w Warszawie 3 maja 1928 roku.
Mieszkałem na Woli, na rogu Młynarskiej i Wolskiej w Warszawie. Rodzina moja składała się z rodziców i dwóch braci − brata starszego Wacława i brata młodszego Andrzeja. Chodziłem od przed wojny do szkoły imienia Mikołaja Reja w Warszawie i naukę (z jakąś przerwą) kontynuowałem na kompletach tajnego nauczania w czasie okupacji niemieckiej.

  • Jaka była przedwojenna szkoła, jak pan ją zapamiętał?

To była bardzo patriotyczna szkoła, mieściła się na placu Małachowskiego w Warszawie, tuż obok zboru ewangelickiego, ewangelicy byli właścicielami, ale w szkole uczyli się uczniowie wszystkich wyznań. Jestem wyznania rzymskokatolickiego, ale wszystkie wyznania [tam] były, począwszy od katolików, ewangelików, żydów, wszyscy. To była taka szkoła, która jakoś integrowała młodzież, nie tylko starając się o wysoki poziom nauczania, ale również o przechowywanie i wpajanie młodzieży tradycji narodowej. W naszej szkole na głównej klatce schodowej była duża tablica z nazwiskami „rejaków”, którzy polegli w czasie wojny bolszewickiej. Tam było [wiele] nazwisk, nie pamiętam ile, ale dużo. Właściwie w tej tradycji byliśmy wychowywani. Było oczywiście harcerstwo. Jak rozpoczęła się wojna, to [także] „rejacy” generalnie brali udział w konspiracji i w walce z Niemcami. Na przykład mój brat w czasie okupacji (był starszy ode mnie cztery lata) był w Armii Krajowej, pseudonim „Krzysztof”, skończył podchorążówkę w czasie okupacji, niestety poległ w Powstaniu Warszawskim drugiego dnia na Mokotowie. Tak, że ta tradycja niepodległościowa była i w rodzinie, bo ojciec był ochotnikiem na wojnie bolszewickiej, miał osiemnaście lat, jak wstąpił do wojska. Myśmy to przejęli nie tylko z jakiejś tradycji rodzinnej, bo byli wojskowi też w dalszej rodzinie, ale [także] ze szkoły. Szkoła starała się wychować młodzież nie tylko na jakichś takich światłych ludzi, ale na obywateli z dużym poczuciem przynależności narodowościowej, naszej polskiej, takiej autentycznej.

  • Pan wstąpił do harcerstwa jeszcze przed wojną?

Tak, należałem do zuchów. [Ponieważ] urodziłem w 1928 roku, mogłem być tylko w zuchach przed wojną. Jak wybuchła wojna, to mój [starszy] brat był w harcerstwie, ale [ja] wtedy w harcerstwie jako takim nie byłem. Harcerstwo [podczas okupacji] organizowało się wiadomo − w tajne związki, wtedy byłem jeszcze młodym chłopakiem a mój brat, od początku był w konspiracji, z tym że [jako harcerz i później] już jako żołnierz Armii Krajowej.

  • Czym zajmował się pański ojciec przed wojną?

Mój ojciec od młodych lat musiał pracować i uczyć się jednocześnie. W końcu doszedł do stanowiska prokurenta w fabryce, gdzie miał ustaloną pozycję człowieka, który miał jakieś kompetencje i jakiś zakres [odpowiedzialności] szerszej klasy.

  • Jak pan zapamiętał wrzesień 1939 roku, wkroczenie Niemców do Warszawy?

W 1939 roku byłem jeszcze chłopcem, miałem jedenaście lat i ojciec poszedł na wojnę. Natomiast matka z nami (nas było trzech) początkowo przebywała na Pradze u swojej mamy. Tam przeżywaliśmy bardzo ciężkie bombardowania Pragi, mieszkaliśmy na Strzeleckiej obok zbrojowni. Była ta zbrojownia na rogu Szwedzkiej i Strzeleckiej, skąd żołnierze ostrzeliwali [niemieckie samoloty z karabinów maszynowych], była obrona przeciwlotnicza. Niemcy szczególnie mocno bombardowali ten rejon, tak że mieliśmy bardzo smutne doświadczenia. W końcu matka się dowiedziała, że do znajomych [mieszkających] na ulicy Smolnej możemy się przenieść, że na Smolnej jest zupełnie inne życie, jest elektryczność, jest woda. Przejechaliśmy [dorożką konną] przez most Kierbedzia (jak to się mówi − pod strachem Boga, bo naloty były bardzo częste) i tam żeśmy przeżyli aż do kapitulacji. To były ciężkie chwile, bo praktycznie Nowy Świat i rejon Alej Jerozolimskich, a szczególnie Nowy Świat, zostały prawie kompletnie zburzone bombami. Myśmy byli na Smolnej w odległości od Nowego Światu stu metrów może, tak że najcięższe bombardowania... bo tak: w dzień były bombardowania lotnicze, w nocy był ostrzał artyleryjski. Właściwie żeśmy jakoś żyli w piwnicach, bo bomby co chwila burzyły jakiś dom obok. [Jeśli chodzi o] moje [chłopięce] wspomnienia z tego czasu, to pamiętam, że po prostu w piwnicy ziemia chodziła do góry i na dół w takim ciężkim bombardowaniu. [Ten] rejon miasta został bardzo mocno zniszczony.

  • Pański ojciec pisał do was z frontu?

Ojciec wrócił do domu po kapitulacji i właściwie wróciliśmy wtedy do naszego mieszkania na Woli, na ulicy Młynarskiej i tam mieszkaliśmy w czasie okupacji. Były różne, najrozmaitsze emocje. Jeśli chodzi o mnie, to właśnie z konspiracją w Armii Krajowej bezpośrednio zetknąłem się dopiero w 1944 roku. Jak chodziłem na komplety, to oczywiście mieliśmy kontakty, ale jeszcze byłem taki młody szczawik, to jeszcze tak zupełnie nie [byłem] zaangażowany. Zaangażowany był mój [starszy] brat, jeśli chodzi o gazetki, o jakieś [inne działania konspiracyjne]. Zresztą później była jakaś ogromna wpadka, brat nie nocował w domu, jego koledzy zostali zamordowani w ulicznej egzekucji i były obawy, że również dotrze to do naszego domu, ale na szczęście to nie dotarło.
Czas okupacji, trzeba wspomnieć też, że [szczególnie] w ostatnim okresie, to znaczy w latach 1943, 1944 był czasem bardzo krwawym. Jak to rozumieć? Niezależnie od tego, że Niemcy systematycznie aresztowali, mordowali Polaków, zabierając ich często z domu na Pawiak po nocach, to zaostrzyły się akcje odwetowe. Akcje odwetowe oczywiście od początku okupacji były, ale teraz przybrały charakter masowego mordowania Polaków. Za jednego [zabitego] Niemca mordowano stu Polaków. Robiono to w taki perfidny sposób, że łapano na ulicy przygodnych ludzi i następnego dnia rozstrzeliwano. Na ulicach ukazywały się ogromne, czerwone plakaty, gdzie komendant policji podawał, że za zabicie Niemca tu i tu zostanie rozstrzelanych tyle i tyle [osób]. Między innymi został rozstrzelany również właśnie przyjaciel mojego brata – Jurek Schiele, syn dawnego przedsiębiorcy „Haberbusch i Schiele”. Mimo że był to ewangelik i że jego rodzina kiedyś z Niemców pochodziła, był też w konspiracji w Armii Krajowej. Nie udało się go jakoś wykupić.
Z czasów okupacji może opowiem o takim przypadku, który przeżyłem, bo momentów, że Niemcy zatrzymywali, otaczali i macali, szukali broni to było ileś. Ale jeden był taki dosyć znamienny, to znaczy w tym momencie, gdzieś w końcu 1943 roku, Niemcy zaczęli rozstrzeliwać na ulicach. Ale zanim nastąpiła pierwsza egzekucja, poprzedniego dnia akurat szedłem ulicą Mokotowską do placu Zbawiciela i jakoś stanąłem przy wystawie (bo wtedy się również interesowałem modelarstwem), coś było na wystawie [ciekawego] i w pewnym momencie odwracam się, a tutaj zajeżdżają zielone budy. […]Zajechały w zasadzie dwa samochody, pierwszy był odkryty. Żandarmi jeździli [specjalnym] odkrytym samochodem, gdzie [ponad kierowcą] był ustawiony erkaem na nóżkach, a [z tyłu] po bokach, były ławki i siedzieli [tam] żandarmi. Oczywiście wszyscy z bronią gotową do strzału, pistolety maszynowe i tak dalej. Odwróciłem głowę i patrzę, że Niemiec, który siedzi przy szoferze (widać dowódca) – Komm, komm [mówi] do mnie (chodź). Już byłem chłopakiem takim dosyć rosłym wtedy, podchodzę, nogi mi trochę zdrętwiały, bo zajechał drugi samochód za nim, taka buda, otworzyli klapy, żandarmi z pistoletami maszynowymi rozsypali się i już paru mężczyzn ściągają. On do mnie mówi – Ausweis, bitte. Miałem wtedy legitymację, że pracuję w fabryce wyrobów metalowych u mojego wuja, która nie miała produkcji wojskowej, ale w każdym razie była czynnym i akceptowanym przez Niemców jakimś zakładem pracy. Miałem arbeitskartę, wyjąłem mu tą arbeitskartę, on mi ręką przytrzymał, żebym przypadkiem czegoś [innego] nie wyjął i popatrzył się na mnie, poczytał, oddał mi to i kazał mi iść. Widocznie, nie wiem, czy byłem za młody jeszcze, żeby mnie wtedy zabrać, czy były jakieś inne przyczyny, że on mnie po prostu puścił. Na glinianych nogach przeszedłem koło żandarmów, a któryś znowuż mnie próbuje zatrzymać, ale tamten machnął ręką – puścili mnie. Doszedłem do placu Zbawiciela, jak się schowałem za dom, to jakby coś ze mnie spadło.
Wsiadłem w tramwaj, żeby jechać do domu na Wolę, a ktoś stoi koło mnie i mówi: „Niech pan uważa, bo dzisiaj biorą”. Uważałem, stałem na pomoście przy wejściu (przedtem były inne tramwaje niż teraz), przesiadłem się w drugi tramwaj i jechałem do siebie na Wolę. Zawsze wysiadałem na rogu Młynarskiej i Wolskiej. [Właśnie tramwaj tam dojeżdżał], stoję już przy wyjściu, tramwaj był pełen ludzi, i w pewnym momencie widzę, że ludzie [na ulicę] zaczynają uciekać, ale to tak, jakby [ogarnęła ich panika]. To był moment, gdzie widzę, że dookoła wszyscy ludzie biegną. Wyskoczyłem z tramwaju, dojeżdżaliśmy do rogu Młynarskiej i Wolskiej, biegiem skierowałem się w stronę Młynarskiej. Wtedy nastąpiły strzały. Okazuje się, [że łapanka]. Wpadłem na Młynarską, skręciłem w bok, przeleciałem biegiem do kamienicy, która była… [to był] drugi czy trzeci dom, taka stara, ona [teraz] nie istnieje, została zburzona. Były takie podwórka dawniej, nie tak jak teraz, tylko jak była posesja, było jedno podwórko, drugie, wpadłem na jakieś podwórko, [kilka pięter] do góry klatką schodową i zatrzymałem się aż na samej górze. Było [tam małe] okienko, skąd mogłem obserwować, co się dzieje. Tramwaj, którym jechałem, został otoczony przez żandarmów i wyciągali mężczyzn, trzech ludzi zostało postrzelonych. Zawołali dorożki i [zabrano] na dorożki tych ludzi. Kiedy wyciągali [ludzi z tramwaju], to tak wyglądało jak na polowaniu − Niemcy zakasane rękawy, pistolety maszynowe, oczywiście [wszyscy] w hełmach. Jak to się skończyło, [jak] wyciągnęli tych ludzi, [to] załadowali [ich] na budy [i odjechali]. [Wtedy] poszedłem do domu. Następnego dnia okazało się, że było pierwsze rozstrzelanie grupowe. Pokazały się duże plakaty. Oczywiście rozstrzeliwania miały miejsce w różnym miejscu w Warszawie, gdzie zatłukli jakiegoś Niemca. Wyglądało [to] w ten sposób.
Na Senatorskiej byłem przypadkiem świadkiem takiego [wydarzenia]. Był [tam] sklep ojca mojego kolegi – Jurka Lińkowskiego, z jakimiś artykułami metalowymi. Wtedy, kiedy przypadkiem byłem u niego, Niemcy zamknęli Senatorską od Miodowej do placu Teatralnego, zajechały budy i pod murem rozstrzelali kilkudziesięciu ludzi. Ci ludzie byli w workach nasadzonych na głowę, mieli zakneblowane usta, że nie mogli krzyczeć. To był ogromny wstrząs. Byłem w tym sklepie, kiedy to nastąpiło. Niemcy otoczyli ten fragment [ulicy] i po pewnym czasie, zabrali [ich] do samochodu i odjechali. Przerażający widok, pełno krwi, pełno roztrzaskanych jakichś części czaszek i tak dalej. Opowiadam to, bo autentycznie to przeżyłem, autentycznie to widziałem.
  • Jakie uczucie panu towarzyszyło − strachu, odwetu, coś innego?

To był taki okres, gdzie z tą śmiercią ludzie byli w zetknięciu na co dzień, bo każdego dnia trwały jakieś mordy, rozstrzeliwania i człowiek nie był już taki bardzo [przerażony], ja byłem trochę oswojony z tym, ale wrażenie było ogromne. Był oczywiście w pierwszym momencie jakiś strach, bo nie wiadomo było, czy oni otoczyli i będą wyciągać ludzi z domu, co się będzie działo. Potem to był jakiś duży wstrząs psychiczny, ale w tym okresie okupacji to były zdarzenia codzienne, że coś się działo, gdzieś kogoś postrzelili, zabili, i takie zbiorowe akcje mordowania ludzi wywoływały na pewno większy wstrząs niż jakieś normalne.
O czasach okupacji można dużo opowiadać, bo dużo było różnych przeżyć i takich mocnych wrażeń. W czasie, kiedy było ostre pogotowie, kiedy miało wybuchnąć Powstanie, znajdowałem się pod Warszawą.

  • Jak wyglądały spotkania, szkolenia w konspiracji, kiedy się odbywały, kto to organizował?

Byłem uczniem na tajnych kompletach szkoły imienia Mikołaja Reja. Jak Niemcy weszli, to nam zabrali nasz budynek. Początkowo nasze kierownictwo szkoły próbowało nas przenieść do Zamoyskiego, bo jeszcze nie zajęli tego budynku, ale później przyszło rozporządzenie, że w ogóle szkoły mają być zlikwidowane, mają być tylko szkoły powszechne, a szkoły średnie, szkoły wyższe mają być w ogóle zlikwidowane. Miały tylko pozostać jakieś takie rzemieślnicze zawodówki, reszta była po prostu zamknięta. Wtedy kierownictwo szkoły zorganizowało [tajne] komplety, polegające na tym, że klasy były dzielone na grupy uczniów i lekcje odbywały się u nauczycieli w domu albo w domach któregoś z uczniów, tak też bywało. Chodziłem do gimnazjum. Przed Powstaniem w 1944 roku zdałem małą maturę na kompletach. Wracając do organizacji, wyglądało to w ten sposób, że wchodzili uczniowie po dwóch, po trzech, pojedynczo do domu, gdzie mieszkał nauczyciel i zbierała się grupa kilkunastu uczniów (to było męskie gimnazjum) i była normalna lekcja. Z tym że kłopoty były z podręcznikami, na ogół niewiele się przy sobie nosiło, bo były łapanki i po prostu jak człowiek coś miał przy sobie, to łatwo było podpaść. Byłem w takich sytuacjach, że w pewnym momencie żandarmi wyskakują: „Ręce do góry!”, twarzą do ściany i szukali przeważnie broni, ale jak znaleźli też jakieś materiały, które im się nie podobały, to wtedy zabierali normalnie człowieka i człowiek przepadł. Lekcje odbywały się [u] nauczyciela od polskiego, nazywał się Leon Rygier, w jego mieszkaniu [u] nauczyciela od matematyki pan Jacobi, w jego mieszkaniu; [u] pana Bartela od historii, w jego mieszkaniu gdzieś na Ochocie [i u innych, nazwisk nie pamiętam]. Lekcje odbywały się w taki sposób, że codziennie gdzieś u któregoś z nauczycieli odbywała się lekcja. I tak to było przez całe prawie pięć lat okupacji. Tyle mogę powiedzieć.
Jeśli chodzi o organizację Armii Krajowej, w Warszawie też miałem kontakty. Zbieraliśmy się z kolegami [na szkoleniach wojskowych], to też były spotkania w prywatnych domach. Jeśli były jakieś ćwiczenia później, to po prostu chłopcy grupami wyjeżdżali gdzieś [poza Warszawę, na przykład w] rejon lasów sękocińskich, gdzie też była [tajna] szkoła podchorążych, ćwiczyła tam [używanie broni].

  • Czy zapoznał się pan w praktyczny sposób z bronią jeszcze przed Powstaniem?

Tak, zapoznałem się z bronią już w 1944 roku, z tym że to były takie szkolenia robocze. To znaczy, jak dostałem rosyjski karabin, to właściwie nie byłem taki ostrzelany, bo nie miałem okazji wcześniej, ale w każdym razie już tym karabinem potrafiłem jakoś operować, dostałem wtedy ładownicę i tak dalej.
Jeśli chodzi o tajne spotkania. Mój brat cioteczny – Jerzy Baranowski – był ode mnie dwa lata starszy, on już się zaangażował wcześniej w konspirację – oni mieli parę wypadów – miał pistolet, akurat zebrali się u niego koledzy, którzy byli w grupie. Niestety jeden z tych kolegów miał kontakt z gestapo. Nastąpiło aresztowanie. Przyszli, zaczęli w mieszkaniu strzelać. Zabrali, nie pamiętam ile osób, ale było ich kilkunastu. Oczywiście zabrali Jurka, przy okazji go od razu pobili mocno, bo znaleźli pistolet pod poduszką. Później jego historia była taka, że jakiś dłuższy czas siedział na Pawiaku, rodzina starała się go wykupić, bo takie były też metody. Niemcy za pieniądze potrafili pewnych ludzi zwalniać, nie wiem, [takich ludzi], którzy byli mniej ważni, tak sobie wyobrażam. Ale tak się udało, że wszystkich udało się wykupić za wyjątkiem Jurka, przez to, że znaleźli u niego pistolet. Niestety później został rozstrzelany gdzieś na Pawiaku. To jest taki przykład, tak to po prostu było, że młodzi ludzie spotykali się gdzieś w prywatnym mieszkaniu, były szkolenia, były pokazy obchodzenia się z bronią i tak dalej. Wszystko było organizowane z myślą o Powstaniu. Wszystkie działania można by było podzielić na jakieś dwie grupy. Generalnie − działania sabotażowe, to były oddziały specjalne, które miały za zadanie likwidację zdrajców, Niemców, którzy szczególnie dokuczali Polakom; ludzi, którzy byli szkoleni wojskowo z perspektywą wybuchu Powstania, bo wszyscy młodzi ludzie… Do naszej świadomości w każdym razie to było przekazywane przez tych, co szkolili, że Powstanie będzie. Ogólna sytuacja była taka, że front początkowo w Rosji był dosyć daleko, później zaczął się zbliżać, później nastąpiła tak zwana akcja „Burza”, właśnie rozpoczęła się gdzieś w styczniu 1944 roku począwszy od ziem naszych wschodnich, kolejno rozszerzała się aż do Polski środkowej, Lubelszczyzna i tak dalej.

  • Brał pan udział w jakichś akcjach jeszcze przed Powstaniem, sabotaż, mały sabotaż, specjalne zadania?

Przed Powstaniem nie brałem udziału, dopiero jak wybuchło Powstanie. Miałem szesnaście lat, byłem jeszcze młodym chłopakiem. Mój brat brał udział w [akcjach przed] Powstaniem, w rozbrajaniu Niemców. Pamiętam, opowiadał, że na Okęciu przyjechali samochodem we trzech, próbowali rozbroić jakiegoś lotnika, który sięgnął po pistolet maszynowy, brat go zastrzelił. Zabrali pistolet maszynowy, dokumenty. Ale ja takich akcji nie miałem, dopiero zetknąłem się z bronią w momencie, kiedy wybuchło Powstanie.

  • Jak pan zapamiętał dni poprzedzające wybuch Powstania Warszawskiego?

To był okres, kiedy bardzo szybko zbliżał się front wschodni. Niemcy w Warszawie w tych ostatnich dniach [lipca] bardzo energicznie przeprowadzali ewakuację. Niemcy, którzy nie byli związani z jakąś organizacją obrony poszczególnych punktów, gdzie kwaterowali Niemcy, wszyscy gwałtownie wyjeżdżali. Również wyjeżdżały ciężarówki z jakimiś dokumentami. W ogóle [frontowe] wojsko już przed wybuchem Powstania było zdezorganizowane, jeśli chodzi o tych, którzy się wycofywali, a niezależnie od tego Niemcy obstawiali rejon zbliżającego się frontu przez doborowe oddziały, które ściągali z zachodu. Ale ci, którzy byli w Warszawie i w rejonie Warszawy, to była gwałtowna ewakuacja, po prostu ucieczka, była widoczna panika, to gwałtowne uciekanie. Oczywiście zaostrzyły się jeszcze bardziej stosunki na ulicach, bo patrole niemieckie później to już miały, w ostatnim 1944 roku, po kilkunastu ludzi, jak chodzili i „czesali” Warszawę. Na przykład weźmy Krakowskie Przedmieście, to po jednej stronie ośmiu, po drugiej stronie ośmiu czy dziewięciu z bronią gotową do strzału, chodzili i legitymowali ludzi, szukali broni i [nielegalnej prasy]. Bardzo były zaostrzone warunki, strzelanina na ulicach – to był taki zupełnie powszechny przypadek, jak ktoś miał broń, próbowali go zatrzymać, to się bronił, przeważnie ginął, a jeżeli kogoś dorwali, to oczywiście były straszliwe tortury [i śmierć w mękach]. Okres przed Powstaniem stwarzał taką atmosferę, gdzie wszyscy wierzyli, że wolność już niedługo przyjdzie. Myśmy wszyscy wierzyli, [mimo to, że] wiedzieliśmy, że Rosjanie, którzy idą, nie tylko nie lubią Armii Krajowej, ale że są aresztowania, są wywózki. To dochodziło do naszych dowódców, oni nam przekazywali. Ale wszyscy byli przekonani, że jeśli wybuchnie Powstanie, to Rosjanie przyjdą i wspólnie z Powstańcami oswobodzą Warszawę. To niestety okazało się złudą i nieprawdą.
Sam wybuch Powstania, jeśli chodzi o sam moment wybuchu, to było kilka terminów, z tym że ostateczny termin, oczywiście to są bardzo dyskusyjne w tej chwili tematy − czy to był właściwy moment, czy niewłaściwy, ale on został podjęty w pewnej atmosferze jakiegoś podniecenia. Front blisko, słychać front, słychać strzały, radiostacja rosyjska po polsku wzywa do Powstania: „Warszawiacy chwytajcie za broń!”. Chłopacy są na zbiórkach, ostre pogotowie, tak że z dnia na dzień po prostu oczekiwali wszyscy, że moment wybuchu nadejdzie [i wreszcie] nadszedł.

  • Gdzie wyznaczono panu miejsce zbiórki?

Byłem wówczas... Jest taka miejscowość pod Warszawą, nazywa się Magdalenka, tam mieszkałem i w tym czasie przebywałem, na tym terenie była zorganizowana bardzo silna, prężna komórka Armii Krajowej. Może powiem parę słów, skąd to się wzięło.
W Magdalence i w tym rejonie organizacje Armii Krajowej zorganizował były oficer Wojska Polskiego pan [porucznik] Jerzy Małachowski, miał pseudonim „Nałęcz”. To był oficer służby stałej z Wileńszczyzny. W 1939 roku walczył z Niemcami, w momencie kapitulacji uciekł z niewoli, znalazł się na terenie Magdalenki. W czasie okupacji bardzo aktywni w konspiracji byli leśnicy, właśnie został [przez nich] ukryty w gajówce w Magdalence, niedaleko kościoła (gajówka już nie istnieje). On tam mieszkał jako gajowy pod nazwiskiem Gajdajenko. Również w tamtym terenie było kilku wojskowych − na przykład pan porucznik Wacław Lewicki, który też uciekł z niewoli, tylko on Rosjanom uciekł dla odmiany, wrócił do domu, było jeszcze kilku innych. Oni [przyczynili się, że] na tym terenie, to znaczy nie tylko Magdalenka, ale cały rejon wsi dookoła był zorganizowany, powstała właśnie 4. kompania A.K „Sękocin Las”. Ta organizacja powstała gdzieś w końcu 1940 roku i rozwijała się. Później została [włączona], jak powstała Armia Krajowa, najpierw było ZWZ – Związek Walki Zbrojnej. Na tym terenie okolicznych wsi, a więc Łazy, Lesznowola, Raszyn, Janki, Wolica, wsie okoliczne zostały zorganizowane w taki sposób, że żołnierze czy podoficerowie Wojska Polskiego przebywający na wsi stali się członkami tej organizacji, albo [głównie] podoficerowie Wojska Polskiego (bo też tacy byli), którzy nie poszli do niewoli. Ta organizacja liczyła około osiemdziesięciu ludzi w sumie, z tym, że było kilku oficerów, kilkunastu podoficerów [i ochotnicy]. Konspiracja trwała przez całą okupację, rozwijała się w jakim kierunku? Przede wszystkim − organizowanie broni, magazynowanie, konserwowanie broni, następnie szkolenia, informacja – to znaczy prasa konspiracyjna. „Biuletyn Informacyjny” był rozprowadzany, [był prowadzony] nasłuch radiowy...

  • Skąd mieliście radiostację, to była przedwojenna, zrzutowa?

To nie była radiostacja, nasłuch radiowy to było radio. Za posiadanie radia była kara śmierci.

  • Tylko odbiornik.

Tak, tylko był [aparat] odbiorczy, ale to było niesłychanie ważne, bo można było [przechwycić informacje] z Londynu, codziennie były komunikaty, które były rozprowadzane pomiędzy ludzi. Okres okupacji to był okres bardzo trudny dla wszystkich, samo to, że mogły dochodzić prawdziwe wiadomości [nadawane] przez radia zachodnie. Przeważnie było BBC, to było „bum bum”- „wiadomości dobre czy złe, ale zawsze prawdziwe „– takie było motto. To bardzo podtrzymywało ludzi na duchu, bo presja okupanta, terror był tak straszliwy, że po prostu ludziom bardzo owało jakiejś iskierki nadziei, że coś będzie lepiej, że Niemcy, którzy praktycznie opanowali pół świata, że oni w końcu też już idą do tyłu. [Nasza] organizacja – [Armia Krajowa] doprowadziła do tego, że na Powstanie mieliśmy uszyte furażerki, mieliśmy pasy główne, mieliśmy ładownice, mieliśmy opaski, mogę pokazać, to jest z mojego plutonu 1726, nasz pluton. Poza tym mieliśmy sporo broni, trochę żeśmy dostali później od Węgrów.
Na temat broni jeszcze powiem jedno tylko słowo. Właśnie Gajdajenko, znaczy porucznik „Nałęcz” Jerzy Małachowski (jak się później dowiedziałem, bo przecież jak była konspiracja, to wtedy nie wiedziałem tego) prowadził szkolenie uczniów szkoły podchorążych. W lasach były ćwiczenia z bronią, były ćwiczenia taktyczne, on był właściwie takim nie tylko organizatorem, ale jak gdyby gospodarzem tego wszystkiego, był oczywiście naszym dowódcą. Tak to by było parę słów do czasu wybuchu Powstania.

  • Zrzutowa broń była jeszcze przed Powstaniem?

Tak, myśmy mieli dwa steny oryginalne angielskie, jeden szmajser niemiecki, właściwie z całej broni mieliśmy trzy pistolety maszynowe, bo tak to była broń krótka, trochę było broni długiej, to znaczy różnych karabinów, trochę było karabinów jeszcze z Wojska Polskiego, które się udało ukryć, były jakieś mauzery niemieckie, [ja] miałem [stary] rosyjski. W każdym razie broń była różna, nawet jak wybuchło Powstanie, to jedna sekcja [sześciu ludzi], była z dubeltówkami. Niestety tak też było, bo broni nie było dużo.
  • Ile mniej więcej osób liczył pański oddział w dniu wybuchu Powstania?

Na koncentrację doszło [około czterdziestu ludzi]. U nas godzina „W” była o godzinie 21, bo rozkaz przyszedł później. Właśnie przy gajówce, gdzie mieszkał nasz dowódca, była przechowywana broń. Broń była przechowywana w ten sposób, że był jak gdyby szalet, pod spodem były zagospodarowane skrzynie, tam była broń, żeśmy się zebrali, dostaliśmy broń, dostaliśmy opaski, furażerki, pasy główne, takie rzeczy.

  • Pierwszego dnia miał pan rosyjski karabin?

Tak jest, miałem rosyjski [stary] karabin [jednostrzałowy bo miał złamany podajnik]. Nasza akcja zaczęła się, kiedy się zaczęło ściemniać. Myśmy mieli rozkaz opanowania Radiostacji Raszyńskiej.
Parę słów powiem o radiostacji raszyńskiej, zanim przejdę do tego, co działo się dalej. Niemcy wokół radiostacji raszyńskiej na trzysta metrów wyrównali ziemię, tak że nie było ani dołka, ani górki, były trzy pasy zasieków. Na wszystkich narożach były bunkry, gdzie były karabiny maszynowe. W dzień Powstania doszły dwa czołgi, kompania Wermachtu, nie wiem dlaczego, czy oni już wiedzieli, że Powstanie będzie, czy co, karabiny maszynowe też ustawione były na dachach. Radiostacja była strzeżona nieprawdopodobnie. Myśmy nie mieli żadnych szans, ale był taki rozkaz. Najpierw zaczęliśmy się posuwać w kierunku szosy krakowskiej, nasza szpica trafiła na obóz czołgów niemieckich. Tego dnia Niemcy – Dywizja „Hermann Göring” – stacjonowała, zrobili sobie jakiś postój, było około czterdziestu czołgów. Myśmy ominęli czołgi, bo one były od strony warszawskiej w rejonie od szosy krakowskiej ustawione w głąb, byli na skraju lasu. Dotarliśmy do szosy. Najpierw były samochody ciężarowe. Dowódca mojego plutonu podporucznik „Adako” (był wtedy podchorążym) zastrzelił jednego Niemca. Zaczęła się strzelanina, Niemcy zaczęli się bronić, dwa samochody zostały podpalone, jeden uciekł z jakimś rannym kierowcą. Akcja na tym się skończyła. Myśmy zalegli w rejonie lasu [w rowie] przy szosie, czekając na dalsze transporty. W międzyczasie przyszła noc, ciemno, czekaliśmy, aż transporty będą dalej jakoś się pokazywały. Pokazały się maleńkie światełka. Kiedy właściwie pojazdy dojeżdżały, kiedy myśmy zaczęli otwierać ogień, okazało się, że to są pojazdy pancerne. Jak nam zaczęli z karabinów maszynowych młócić po tym lesie, to każdy leżał z głową w trawie, zrobiło się w lesie widno od fosforowych nabojów. Jeździli przy lesie, do lasu nie weszli, ostrzelali nas bardzo ostro, myśmy przestali strzelać. Tak przytłumili nas w ogóle ogniem, myśmy myśleli, że to jakieś normalne samochody. Myśmy się wycofali w las, to była noc.
Z 1 na 2 sierpnia przyszła bardzo silna burza z ogromnym deszczem. Myśmy zalegali w takim zagajniku, deszcz trwał parę godzin, tak że przemokliśmy zupełnie do suchej nitki. Była rozterka, bo myśmy mieli właściwie atakować radiostację. Podeszliśmy pod radiostację, zajęliśmy stanowiska, ale rozpoznanie było takie, że myśmy nie mieli żadnych szans, bo myśmy nie mieli nawet nożyc do przecinania drutu [kolczastego]. Radiostacja była tak uzbrojona, że nas kilkunastu czy kilkudziesięciu [bez broni ciężkiej- nie mogło sforsować obrony]. Przyszedł rozkaz [odstąpienia od ataku] od majora „Pawła”, dowódcy Pułku „Helenów”. [Nasz] Pułk „Helenów” [znajdował się w] Pruszkowie, z dowódcą pułku. On oczywiście na Powstanie [był blisko w terenie], miał kontakt i [rozkazał] nam wycofać się spod radiostacji, bo z jednej strony kompania i czołgi w radiostacji, czterdzieści czołgów [w Sękocinie], dwa kilometry dalej; [w Nadarzynie] z drugiej strony, kompania Niemców, właściwie szanse żadne.
Był taki (i jest do tej pory) majątek Walendów. W Walendowie były siostry, które miały gospodarstwo. Walendów położony był wśród lasów, z jednej strony były jakieś stawy, skraj lasu, z drugiej strony las. Zajęliśmy majątek, byliśmy kompletnie przemoczeni i głodni. Siostry, jak nas zobaczyły rano, to płakały, wszystkim łzy z oczu leciały, chłopaki w takich mundurkach, z opaskami, z bronią. W każdym razie zajęliśmy majątek, obstawiliśmy, siostry nas zaczęły suszyć, myśmy się trochę rozlokowali. Była bardzo duża stodoła, oficerowie gdzieś mieli miejsca w budynku, myśmy się zakopali w słomie, siostrom żeśmy pooddawali [mokre ubrania], oczywiście to było ubezpieczone. W tym majątku przebywaliśmy kilka dni. Mieliśmy potyczki z Niemcami.
Chciałem powiedzieć, że w pierwszym dniu Powstania warszawskie oddziały, które były bardzo słabo uzbrojone w rejonie Okęcia, miały zdobywać lotnisko, zostały rozbite, wycofywali się z Ochoty przeważnie chłopcy nieuzbrojeni; w ogóle były jakieś sytuacje bardzo takie niedobre, że po prostu dostawali rozkaz wyjścia z Warszawy. Do nas zaczęli trafiać, były kierowanie... takie oddziały... Między innymi, będąc akurat na warcie, jak przychodził oddział, spotkałem swojego kolegę z klasy, Jurka Wrede (też niemieckie nazwisko, ewangelik a Powstaniec). Byli bardzo przygnębieni, on przyszedł, tylko miał [zawieszony na szyi] jeden granat „sidolówkę”, to był taki granat produkcji konspiracyjnej, a tak nie mieli wcale broni. Myśmy zaczęli przejmować oddziały, tak że w ciągu paru dni prawie trzysta ludzi się zebrało, z tym że oddziały były kierowane dalej w kierunku lasów świętokrzyskich, bo lasy sękocińskie są stosunkowo nieduże. Niemcy zaczęli nas trochę macać…

  • W tym majątku Walendów?

Tak. Akurat byłem na czujce pod lasem z drugim kolegą, swoim rówieśnikiem, który był tylko o dwa miesiące ode mnie młodszy, ale był starszy konspirator ode mnie – Bogdan Lewicki pseudonim „Prawy”. Siedzieliśmy w rowie, było drzewo jakieś z taką niszą jakby, w krzakach. Po lewej stronie majątek, parkan się jakoś zakręcał, tam miała być też nasza czujka, ale z niewiadomych przyczyn chłopcy zeszli stamtąd (później zresztą mieli ich sądzić, ale jakoś im się upiekło) i w pewnym momencie widzimy, że zza zakrętu wyjeżdżają wozy z Niemcami. Tych wozów było kilka, była droga piaszczysta, chłopskie wozy wyglądały tak, że miały boczki pozdejmowane, tylko miały kładki pozakładane i [na nich] siedzieli [Niemcy] z pistoletami maszynowymi. Nie wiem, [czy] mieli więcej uzbrojenia, w każdym razie jechał taki rodzaj ekspedycji, bo widocznie mieli już wiadomości, że my [gdzieś] tutaj jesteśmy. Moment i decyzja – ponieważ [Bogdan] miał szmajsera, ja miałem [tylko] karabin, a poza tym jak jest dwóch, to zawsze jeden jest dowódcą, [a] on był dowódcą, bo był starszy ode mnie konspirator, mówi do mnie: „Biegnij i zawiadom o Niemcach, a ja zostanę”. Stamtąd taki rów był, który miał dobre sto metrów, może więcej, do bramy, ja zgięty w pałąk ile sił w nogach, pobiegłem i dotarłem do naszego dowództwa. Alarm natychmiast powstał. Oni jechali powoli, [droga była bardzo piaszczysta], skrajem lasu i obserwowali wszystko. Wtedy kiedy oni, nie wiem dlaczego, ale w każdym razie nie [skręcili] w kierunku wejścia do majątku, tylko jechali pod lasem, nastąpił alarm. Alarm, wszyscy złapali za broń. Był [od bramy w kierunku lasu] stok, oni troszeczkę dalej już podjechali, rozpostarła się tyraliera i zaczęło się ostrzeliwanie. Była wymiana strzałów, ale Niemcy nie podjęli walki, Niemcy [popędzili] konie batem i uciekli w kierunku wsi Łazy. [Później kolegę Bogdana] pytałem: „Jak tyś tutaj przesiedział”, bo to był rów, krzaki, jakieś takie drzewo z dziuplą, a on był w ogóle taki mikry chłopaczek bardzo i tuż nad rowem była droga, tą drogą przejeżdżała ekspedycja Niemców. Mówił, że się wtulił w tą niszę i tylko trzymał broń gotową do strzału, bo przecież oni by go natychmiast zniszczyli. To była jedna taka potyczka, tylko Niemcy nie podjęli walki. Druga potyczka to była, jak dwa samochody ciężarowe, tak dosyć ostro wjechały z lasu od strony szosy, po tych drogach polnych, jak podjeżdżały już do bramy do Walendowa, to już był alarm, nastąpiła wymiana strzałów. Niemcy byli doskonale zorganizowani, bo wyskoczyli z samochodów, zaczęli się ostrzeliwać. Chyba dwóch Niemców było rannych przez nas, ale jacyś się wycofali, to znaczy ich w szoferkach dużo nie było, bo nie wiem, czy ich było czterech, czy więcej. W każdym razie dwóch zostało rannych, zostali opatrzeni przez [naszego] lekarza, który był [w majątku], [zostali] zapakowani na wóz i jakaś odważna siostra odwiozła rannych Niemców do Pruszkowa czy gdzieś. Nasze działania [były] takie, że nie tylko żeśmy przejmowali oddziały i pomagaliśmy im, ale również nasze patrole rozprzestrzeniały się w różne strony i były potyczki z Niemcami. Między innymi był zlikwidowany samochód z grupą oficerów niemieckiego lotnictwa. Któryś patrol przyprowadził też żandarma, który dostał się do niewoli. Został później rozstrzelany w lesie. Następnie któryś patrol przyprowadził folksdojczów, którzy uciekali na wozach, którzy byli uzbrojeni, ale zostali zatrzymani, rozbrojeni. To były takie akcje zaczepne.

  • Czy pański oddział dostał rozkaz przebijania się do Warszawy w trakcie Powstania?

Rozkazy były, ale przyszły za późno. Takie koncentracje były organizowane, ale do nas jakoś rozkazy przyszły tak spóźnione, że myśmy nie przechodzili na Warszawę. Myśmy działali w tamtym rejonie.
Nie wiem, czy można dokończyć jeszcze wątek walendowski, że Niemcy zaczęli nas obserwować, samoloty [typu] Fieseler Storch [nisko latając penetrowały okolicę]. Była taka tragedia niedaleko [nas w] Pęcicach, że oddział, które się wycofały się z Okęcia, [zostały otoczone w nocy i] zniszczone [przez Niemców] w domach, pierwszego czy drugiego dnia Powstania. W każdym razie doszło do tego, że musieliśmy z Walendowa się wycofać. Doszły do nas wiadomości, że po prostu las jest otaczany czołgami, że jest organizowana prawdopodobnie akcja. Tego dramatycznego dnia (nie wiem, czy to było w czwarty, czy piąty dzień Powstania, już tego nie pamiętam), [wieczorem] wycofaliśmy się do pobliskiego lasu, patrole poszły na wszystkie strony zobaczyć, jak dokładnie sytuacja wygląda. Co pewien czas patrole przychodziły. [Okazało] się, że mniej więcej co sto metrów dookoła są ustawione czołgi, szykują się do jakiejś akcji. Przyszła potrzeba ewakuacji. Myśmy byli wtedy łącznie z jakąś grupą z Pruszkowa, która dołączyła w międzyczasie do nas, z naszym dowódcą majorem „Pawłem”. Zostaliśmy podzieleni na grupki, przedzieraliśmy się w różne strony znanymi nam ścieżkami. Muszę powiedzieć, że godziny przed wymarszem były bardzo denerwujące, bo wiadomości, które dochodziły do nas od tych patroli, które przychodziły, [po] rozpoznaniu, mówiły o tym, że jesteśmy faktycznie otoczeni. Udało się to jakoś przejść. Ci, którzy przechodzili w kierunku Pruszkowa, byli ostrzelani, ale na szczęście nikt nie został ranny. Ze swoją grupą przeszedłem na odcinku między Łazami a Sękocinem, przeskoczyliśmy szosę, byliśmy ustawieni w taką tyralierkę, bo Niemcy co jakiś czas palili rakiety. W momencie kiedy była przerwa, to żeśmy jednocześnie przeskoczyli na drugą stronę szosy, w odległości jakichś trzech kilometrów dotarliśmy do lasów, które nazywały się Borowina. W tym lesie był nasz gajowy, który był w konspiracji, jego dwóch synów było u nas w oddziale, a ojciec i matka też byli w konspiracji. Tam żeśmy pobudowali ziemianki, w których żeśmy nocowali i przebywali jakiś [czas]. Stamtąd mieliśmy bazę wypadową na tym rejonie. Też jeszcze wspomagaliśmy oddziały, bo przechodziły z Warszawy w Góry Świętokrzyskie.
W ogóle to oddział nasz [wkrótce] został [zmniejszony] do [jednego] patrolu wypadowego, w którym byłem, bo była taka sytuacja, że rejon był tak silnie obsadzony przez Niemców, że większa ilość ludzi nie mogła się w ogóle utrzymać, nie mieliśmy żadnych szans, żeby podejmować jakieś frontalne walki. Nasze działania przeszły do działania takiego nękającego: czy to ostrzeliwanie szosy, czy to działalność konfiskaty u folksdojczów, przekazywania żywności do Warszawy przez punkty kontaktowe czy likwidowania jakichś drobniejszych grup niemieckich.
Mieliśmy taki przypadek, że trzech Niemców zaszło do jakiegoś gospodarza, zaczęli się rządzić, to żeśmy też ich zlikwidowali. Były takie działania nękające, polegające po prostu na patrolach z bronią. W dzień to już przeważnie bez furażerek i opasek, w nocy też na tym terenie, tak że też żeśmy mieli akcję ochrony ludności, bym powiedział. Były najrozmaitsze akcje, które się ciągle [odbywały], w każdym razie do Warszawy żeśmy nie przychodzili, bo mieliśmy [informacje], że rozkaz przyszedł za późno i na koncentrację nie zdążymy.
Nasza działalność późnej przeszła, po upadku Powstania w konspirację i do czasu, do 18 stycznia, gdzie front wschodni przyszedł, to myśmy na tym terenie działali w sposób taki zaczepny, czy dla ochrony ludności. Poza tym były takie sytuacje, że w tym okresie bardzo się rozrósł bandytyzm, po prostu nie było żadnej władzy, nocami grupy bandytów napadały na rolników czy na mieszkańców Magdalenki. Myśmy też stanowili pewną ochronę, żeśmy też przez [nocne] patrolowanie [z bronią] wielokrotnie przeganiali [grupki złodziei], a były również wyroki śmierci wtedy, kiedy bandyta zrobił komuś jakąś krzywdę, wiem że takie były.
  • Działał jakiś sąd podziemny, który wydawał wyroki, czy to jakoś inaczej działało?

To było takie kolegium, które powstało, decydowało o tym. Byłem za młody na to, żebym w tym uczestniczył, żebym był bliżej wprowadzony w taką procedurę, w każdym razie wiem, że takie akcje były.

  • Odniósł pan jakieś rany w czasie walk?

Nie, nie miałem jakichś specjalnych.

  • Jak wielu kolegów z patrolu, z oddziału zginęło?

Byli ranni wtedy w tym lesie, jak pojazdy pancerne [nadjechały], to było kilku kolegów rannych, ale lekko. Oni zostali wycofani z oddziału, a tak na tych akcjach właściwie nie mogę powiedzieć, że ktoś zginął.

  • Miał pan kontakt ze swoją rodziną w Warszawie?

Nie, moja rodzina częściowo była w Magdalence, później, jak przeszliśmy do konspiracji, to wróciłem do domu, już ostatnie miesiące to byłem praktycznie w domu. Ale, jak to się mówi, na każdy rozkaz, na każdy gwizdek czy w dzień, czy w nocy po prostu działałem w tych akcjach, które wówczas były prowadzone.

  • Kiedy pan się dowiedział o śmierci brata, który zginął na Mokotowie?

To była dramatyczna historia. Mój dowódca, podporucznik „Adako” Adam Jankowski (oczywiście nieżyjący już, bo już nikt nie żyje z tych ludzi) był leśniczym. Gdzieś mniej więcej w połowie Powstania na tą leśniczówkę przychodziły łączniczki z Warszawy. Któregoś dnia zjawiła się łączniczka, która przyniosła wiadomość mojemu dowódcy, on mnie powiadomił, że mój brat jest zaginiony, że nie ma wiadomości, że on zginął, ale jest wiadomość, że jest wśród zaginionych. To była akcja na Służewie, gdzie otoczonych zostało przez Niemców około osiemdziesięciu kilku chłopaków, były [także] cztery dziewczyny, mieli jeden erkaem. Po prostu zostali wszyscy wymordowani, najpierw przez granatniki przez sześć godzin, a później wyniszczyli wszystkich, wszyscy zginęli. Dla mnie to był dramat, bo nigdy nie przypuszczałem, nie przychodziło mi namyśl, że mój brat może zginąć. Po prostu człowiek był tak jakoś zaaferowany swoim działaniem, atmosferą, jaka była, że po prostu nie zdawał sobie z tego sprawy, że to nastąpi. Było to bardzo przykre, muszę powiedzieć.

  • Był pan świadkiem wypędzenia ludności Warszawy z miasta, tych konwojów?

Nie.

  • Tych ludzi, którzy opuszczali Warszawę do Pruszkowa?

Nie, znaczy poza tym, że przychodzili jacyś znajomi ludzie, poza tym, że przechodziły oddziały, które były kierowane na nasz rejon, myśmy ich wspomagali, chronili też przez jakiś czas, to z tym exodusem bezpośrednio się nie zetknąłem.

  • Jak pan zapamiętał wejście Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, to był koniec wojny dla pana, czy absolutnie nie?

Powiem, jak to było. Byłem na patrolu z moim kolegą „Prawym”, mieliśmy broń krótką. Ponieważ wiedzieliśmy, ruch wojsk od strony Lesznowoli w stronę Pruszkowa (takim traktem), się pokazał, to żeśmy doszli na skraj lasu, żeby rozpoznać, po prostu co się dzieje. To wojsko szło przeważnie pieszo, widzieliśmy oddziały, które przechodziły. To był taki las, miał kępy drzew, w pewnym momencie [spotkaliśmy] dwóch żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, mieli orzełki bez korony. Usiedliśmy sobie pod krzakiem, zaczęliśmy rozmawiać. Myśmy im powiedzieli, że jesteśmy z Armii Krajowej, oni powiedzieli: „Słuchajcie, to uważajcie, bo naszych pierwszych oddziałów to nie macie się co obawiać, ale za tym idzie NKWD i oni aresztują akowców, musicie bardzo na to uważać”. To był taki pierwszy szok, bo okazuje się, że to byli chłopcy gdzieś zza Buga, z tych rejonów wschodnich, którzy jakoś tak oceniali tą rzeczywistość taką, jaką ona była. Znaczy oni szli, byli w wojsku, walczyli z Niemcami, ale jak żeśmy się żegnali, to powiedzieli krótko, tu nic nie zmyślam: „Teraz idziemy zdobywać Berlin, a później wrócimy po nasze ziemie z powrotem”. To było takie zderzenie z tym dniem. Oczywiście w poprzedzające dni, były takie frontowe ataki lotnictwa sowieckiego, które latało bardzo nisko [i atakowało] wycofujące się oddziały niemieckie. Pamiętam na wsi Lesznowoli, jak Iły (trzy były) atakowały, niszczyły kolumnę niemiecką, robiły sobie takie kółko [i kolejno ostrzeliwały]. To był ten okres frontowy, mniej więcej to tak wyglądało, tyle mogę powiedzieć.

  • Co się stało z pańskim oddziałem po wkroczeniu Sowietów?

Oddział został rozwiązany, ponieważ został wydany rozkaz ujawniania się, część kolegów, którzy byli na terenie, bardziej znani, ujawniło się. Nie ujawniałem się, część się nie ujawniała w ogóle. Z tym że był rozkaz oddania broni, ta broń została załadowana na wóz, odwieziona do komendanta sowieckiego, który się wtedy ulokował gdzieś w Piasecznie czy gdzieś. Tak się skończył nasz oddział. Później żeśmy się rozeszli na wszystkie strony. Ci, którzy byli znani, obawiali się aresztowania, musieli stamtąd wyjechać, opuścić rejony, a ci, którzy byli w konspiracji, właściwie zostali na miejscu.

  • Gdzie pan zamieszkał po wojnie, dalej w Magdalence, czy wasz dom na Młynarskiej jakimś cudem przetrwał?

Został spalony.

  • A sąsiedzi uniknęli rzezi wojny?

Były bardzo ciężkie boje i bardzo dużo ludzi zginęło na Woli, właśnie w tym rejonie, głównie na ulicy Wolskiej zginęło około pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Młynarska dochodziła do Wolskiej, na początku oddziały „Parasola” zajęły cmentarz ewangelicki i ewangelicko-augsburski, tam się ostrzeliwali. Później, jak się wycofali, to z tych domów wygarniali Niemcy i zabijali, na szczęście nas tam nie było. Mieszkanie zostało spalone.

  • Gdzie zamieszkaliście po wojnie?

Po wojnie ojciec znalazł jakieś mieszkanie na Mokotowie, właściwie do spółki było zajmowane z właścicielem mieszkania. Zacząłem się uczyć, wróciłem do liceum.

  • Pamięta pan to uczucie, jak pan pierwszy raz wrócił do Warszawy po Powstaniu, co pan zobaczył?

Wróciłem do Warszawy jeszcze z dwoma osobami, chyba dwa dni po zajęciu przez Rosjan, to znaczy Rosjanie i polskie oddziały też były. To było pobojowisko, to była właściwie kupa gruzów, właściwie ulice były nieprzejezdne, całe dzielnice były zniszczone, było to wszystko przerażające, szczególnie przerażająca cisza wieczorem. Pamiętam, z kuzynami na ulicy Wspólnej u nich w mieszkaniu, akurat w tym domu, który nie był zburzony, żeśmy nocowali. Była zima, to był styczeń, mróz był kilkanaście stopni, szyb nie było, żeśmy się przykrywali, czym można było. Niemcy przylecieli, samoloty przyleciały i bombardowały jeszcze most, który był zbudowany przez wojsko. Najpierw taki był most zrobiony na łódkach, a później pobudowali tak zwany wysokowodny most drewniany, którym przechodziło wojsko, przechodziły oddziały. Oczywiście ruch z Pragą był bardzo trudny, bo to były tłumy ludzi, którzy się przemieszczali, a głównie wojsko. Widok Warszawy był po prostu przerażający, to było umarłe miasto. W ogóle nie było żadnego porównania z tym, co było nawet przed Powstaniem, mimo że w czasie wojny w 1939 roku i przecież później były też naloty rosyjskie na Warszawę, też były bomby zrzucane, były jakieś zniszczenia, ale to było jeszcze miasto żyjące, a jak wróciłem, to był trup, w ogóle to było coś, co przestało istnieć, to było przerażające. Ani wody, ani światła, wszędzie miny, to trudno opisać. Zresztą jest tyle różnych zdjęć, tyle różnych reportaży, ale to zetknięcie bezpośrednie to był straszliwy wstrząs po prostu.
  • Był pan represjonowany po wojnie przez władze komunistyczne?

Niestety tak. W 1946 roku już zostałem aresztowany, oskarżony o współpracę z nielegalną organizacją WiN. W więzieniu lubelskim (bo tam miałem kontakty) byłem przetrzymywany na zamku, w bardzo ciężkim więzieniu. Wcześniej byłem aresztowany, byłem w Ministerstwie Bezpieczeństwa, siedziałem jakiś czas.

  • Był pan bity, torturowany?

Bity może nie byłem, ale byłem torturowany w taki sposób, że na przykład dwa tygodnie nie spałem. Oni się zmieniali, przychodziłem do celi, za chwilę drzwi się otwierały: „Kaźmierczak wychodzić!”. Najrozmaitsze takie były wymuszenia, dlatego żeby mnie przerobić, że ojca aresztowali, że matkę aresztowali, że jestem złym synem, bo to, bo tamto, takie najróżniejsze rzeczy. Potem był głód. Poza tym stosowali takie numery, że do głodnych w celi dawali śledzie słone, a nie dawali pić, takie różne były obrzydzenia. Akurat nie mogę powiedzieć, że byłem bity, ale przez co najmniej dwa tygodnie byłem bez spania, bez jedzenia, to byłem tak zmaltretowany, że ledwie żyłem. To były straszne metody śledztwa. Poza tym straszliwa presja, że tobie już grozi to, grozi tamto, już z tego nie wyjdziesz i tak dalej, i to dzień po dniu, dzień i noc dookoła. W końcu później byłem przewieziony, na Krótkiej było UB w Lublinie, stamtąd na zamek, później sfingowany proces.

  • Jakie zarzuty panu postawiono?

Zarzut był przede wszystkim taki, że w Warszawie poznałem angielskiego dziennikarza, z nim jeździłem po Polsce.

  • Już po wojnie?

Tak. W 1946 roku. Ponieważ [niemiecki] znałem ze szkoły, a on nie znał polskiego [ale mówił po niemiecku], to otwierałem mu oczy. Między innymi nadałem na taki kontakt, na oddział „Młota”, który działał na Lubelszczyźnie, pojechaliśmy tam, on to sfotografował i opisał wszystko w dzienniku angielskim. Były takie jeszcze różne inne historie, [które] zarzucali, to się skończyło wyrokiem osiem lat więzienia i cztery lata pozbawienia praw obywatelskich, z tego cztery lata siedziałem w najcięższych więzieniach polskich, to było w Polsce, siedziałem we Wronkach trzy lata. To mi odebrało w ogóle zdrowie na całe życie. Taka to była moja historia.
Później przez różne starania udało mi się skończyć studia, wprawdzie wieczorowe, ale studia inżynierskie, później magisterskie. Pracowałem jako inżynier w kraju i za granicą, awansowałem przy budowie dużych obiektów przemysłu spożywczego w Polsce. Budowałem później jako generalny projektant, duże zakłady [przemysłu mięsnego], między innymi w Ełku, w Ostrołęce, w Zielonej Górze, przy współudziale i przy wykonywaniu produkcyjnych części obiektu przez firmy zagraniczne, przez Szwedów, przez Niemców, [także przez przedsiębiorstwa Polskie].

  • Był pan zrehabilitowany?

Tak. W 1996 roku sąd w Lublinie uznał wyrok za nieważny, za po prostu nadużycie i zostałem zrehabilitowany.

  • Gdyby pan miał znowu lat szesnaście, poszedłby pan do Powstania?

Człowiek jak był młody, to żył w pewnej atmosferze kolegów, patriotycznych jakichś przekonań, nie było innego wyjścia. Jak była taka możliwość i taka okazja, to człowiek z największą chęcią ofiarował swoją pomoc i tyle, na ile go było stać, ile mógł. Nie mam nic, żebym czegoś żałował czy żebym powiedział, że dzisiaj bym inaczej postąpił. Na pewno nie.
Większość moich kolegów ze szkoły zginęła. Miałem takiego wspaniałego kolegę − Krzysia Czaplickiego, który skończył również [tajną] podchorążówkę. Miał [wtedy] taką dziewczynę, wówczas to się nazywało narzeczoną, piętro wyżej. Jak był u dziewczyny, gestapo na dole przyszło [do mieszkania] i cudem się uratował, bo [jego całą] grupę aresztowali. Na śledztwie psy wyrywały kawałki ciała tym chłopakom. On się jakoś uchował, nie aresztowali go, ale później w Powstaniu zginął, był bardzo dzielny, wspaniały chłopak. Bardzo wiele nazwisk można wymieniać, tych, którzy zginęli, to byli najlepsi ludzie, najlepsi patrioci i najbardziej ofiarni ludzie. Środowisko tamtego czasu, to było środowisko ludzi bardzo ofiarnych, ludzi, którzy całym sercem, całymi swoimi zdolnościami, wszystkim, co mogli, garnęli się do walki, do akcji, która w efekcie przyniosłaby wolność kraju. Sam nastrój, samo środowisko, mimo tego straszliwego terroru, jaki był, śmierci, aresztowań, ci ludzie nigdy nie myśleli o sobie, to wszystko było jakoś tak zintegrowane. Wszyscy mieli największe chęci, żeby jakoś się przyczynić do tego, żeby Polska wróciła.

  • Co chciałby pan przekazać młodemu pokoleniu Polaków, jakąś myśl?

Pytanie jest dosyć trudne. Co bym chciał przekazać. Przede wszystkim to, że patriotyzm to nie jest nacjonalizm; to jest coś, co powinno w każdym człowieku być bardzo ugruntowane. To jest jakiś taki element, który łączy pewne środowisko, naród. Wszyscy młodzi ludzie są dynamiczni, jedni więcej, drudzy mniej, ale powinni swoje zdolności, umiejętności kierować w tę stronę, żeby dla tego kraju coś dobrego zrobić. Powstanie Warszawskie, zryw młodzieży jest jakimś fantastycznym przykładem, jak ludzie młodzi powinni się zachowywać wtedy, gdy jest potrzeba.




Warszawa, 18 listopada 2010 roku
Rozmowę prowadził Mariusz Rosłon

Zobacz także


łączniczka, służby pomocnicze

Hanna Kuczyńska „Ewa”

Nazywam się Hanna Świnarska-Kuczyńska, pseudonim „Ewa”. Właściwie mieszkałam całe życie i mieszkam na...

więcej
peżetka

Hanna Maria Ossowska „Faramuszka”

Nazywam się Hanna Ossowska. Jeśli pani myśli – Polska międzywojenna, lata przed wybuchem...

więcej
kapral podchorąży, zastępca dowódcy oddziału straży pożarnej

Bogusław Moszyński „Farys”

Nazywam się Bogusław Moszyński urodzony 3 grudnia 1924 roku w Warszawie. Pseudonim przed Powstaniem i w czasie...

więcej
strzelec, strzelec

Witold Sławski „Sławek”

Nazywam się Witold Sławski. Urodziłem się 15 sierpnia 1924 roku w Warszawie. Używałem pseudonimu „Sławek”...

więcej