Jerzy Biliński
stopień
cywil

Moje nazwisko Jerzy Biliński, urodziłem się w Warszawie 24 kwietnia 1932 roku.

  • Pana rodzina pochodzi z Warszawy?

Nie, rodzina nie była urodzona w Warszawie, natomiast w momencie mego urodzenia rodzice już mieszkali w Warszawie i od tej pory pozostali wierni temu miastu do śmierci. Zarówno ojciec, jak i matka już oczywiście nie żyją.

  • Skąd pochodzili pana rodzice?

Moi rodzice pochodzili, najogólniej mówiąc, z okolic Warszawy, to znaczy z okolicy Serocka, Pułtuska. To są odległości w promieniu czterdziestu kilku kilometrów od Warszawy. Oboje tam się urodzili, w sąsiednich wsiach. Naturalną rzeczy koleją w poszukiwaniu lepszych warunków życiowych (były to trzydzieste lata ubiegłego stulecia), w poszukiwaniu lepszego wykształcenia, lepszych możliwości pracy, ludzie przenosili się do miasta. Przechodząc przez pierwszy, zazwyczaj trudny okres wrastania w miasto, zdobywania zawodu, zdobywania pracy, pozostali tu do ostatnich swoich dni.

  • Czym zajmowali się pana rodzice?

Mój ojciec był kierowcą samochodowym, początkowo w prywatnej firmie, którą była fabryka cukierków i czekolady, dość znana wówczas w Warszawie. Do końca życia ojciec był żołnierzem III Batalionu Pancernego. Został zmobilizowany w sierpniu 1939 roku. Tu muszę coś uzupełnić, bo to dość istotne. Już po wybuchu wojny oddział, w którym ojciec służył, został wyznaczony na eskortę ambasady francuskiej, która ewakuowała się z Warszawy. Była kolumna samochodów i kolumna polskich żołnierzy, którzy dostali rozkaz eskortowania dyplomatów francuskich. Był to zupełny przypadek, po prostu trzeba było iluś tam zmotoryzowanych żołnierzy, stąd ojciec uczestniczył w ewakuacji pracowników ambasady francuskiej, ale tylko do granicy rumuńskiej. Potem pozostał w Rumunii i normalną rzeczy koleją, tak jak wielu polskich żołnierzy, poprzez Rumunię, Francję, Hiszpanię trafił do Wielkiej Brytanii i tam był do końca wojny. Po wojnie wrócił do Polski i kontynuował zawód kierowcy samochodowego, tyle że już – nazwijmy to umownie – na wyższym szczeblu, to znaczy w instytucji państwowej, jaką była (jest to rzecz zupełnego przypadku w mojej ocenie, bo nie mieliśmy żadnych koneksji ani koligacji, które by to ułatwiały) ówczesna Państwowa Komisja Planowania Gospodarczego. Był kierowcą przewodniczącego tej komisji i tam przepracował do końca swoich dni. Cieszył się bardzo dobrą opinią zawodową. Potem sytuacja polityczna w kraju na tyle się zmieniała, że (wyobrażam sobie dzisiaj i zapewne się nie mylę) nawet na takie stanowiska poszukiwani byli ludzie z koneksjami partyjnymi, w każdym razie z nieskazitelną przeszłością, ludzie, których można było darzyć zaufaniem. Ojciec tych zalet akurat nie miał, nigdy nie należał do partii, tym niemniej (jak sądzę, dzięki swojej solidności) zyskał przychylność przełożonych na tyle, że z członkiem biura politycznego (co jest swego rodzaju dystynkcją) pracował do końca swojej pracy zawodowej.

  • Czym zajmowała się pana mama?

Mama nie miała żadnego zawodu, mama po prostu zajmowała się wychowaniem dzieci, najogólniej mówiąc, poza okresem, kiedy ojciec przebywał w Anglii. Praktycznie poprzez całą okupację musiała się imać dorywczych zajęć: opieki nad dziećmi, nawet (jak wiem) handlu pokątnego, żeby znaleźć środki na nasze utrzymanie. Matka nie miała żadnego wyższego wykształcenia, żadnego zawodu. Była prostą kobietą, ale bardzo dobrą matką i bardzo wiele jej zawdzięczam, całą właściwie swoją formację.

  • Gdzie pan mieszkał w Warszawie?

Mieszkałem na ulicy Polnej róg Mokotowskiej, to jest na skraju ówczesnego Pola Mokotowskiego (do dziś zresztą ono tak się nazywa), tam, gdzie przed wojną był teren Wyścigów Konnych. Tam przeżyłem całą wojnę i całe Powstanie do powrotu ojca. Dom zresztą był częściowo zburzony w czasie Powstania. Wróciliśmy do domu zrujnowanego i tam mieszkaliśmy do powrotu ojca. Po powrocie ojciec uzyskał prawo do mieszkania, jak to się wtedy mówiło: z przydziału i przeprowadziliśmy się na Żoliborz, gdzie mieszkałem przez całe swoje dzieciństwo i młodość. Nawet chyba mieszkając na Żoliborzu, ukończyłem studia.

  • Wróćmy do czasów przedwojennych. Czy pamięta pan, jak wyglądał wrzesień 1939 roku, wybuch wojny oczami siedmioletniego dziecka?

Wybuch wojny był dla nas rzeczą oczekiwaną. Już wtedy trochę myślałem, czytałem, słuchałem. Jak pamiętam, wybuch wojny nie był dla nas niespodzianką. Kraj się szykował do wojny, była atmosfera, nazwijmy to: patriotyczna. Ludzie byli przygotowani na wybuch wojny. Mało tego, byli przeświadczeni o tym, że wojnę wygramy i to możliwie szybko. Były nastroje troszkę hura optymistyczne. Mówiliśmy, że Niemcy właściwie nie są w stanie z nami wygrać, zwyciężyć w tej wojnie, bo co jest wart kraj, kiedy ludzie zamiast masła jedzą margarynę? Powtarzam dokładnie opinie, jakie wówczas krążyły. Brutalna rzeczywistość obudziła nas z tych złudzeń, jak wiadomo. W każdym razie pamiętam, że wybuch wojny, aczkolwiek był oczekiwany, nie niósł ze sobą obaw, że ta wojna przede wszystkim potrwa tak długo, a po drugie, że skończy się tak tragicznie dla ojczyzny i dla ludzi, jak się skończyła. Według mojej ówczesnej oceny (i tak, jak postrzegam to dzisiaj) społeczeństwo polskie, a zwłaszcza jego wykształcona część, przyjęła wybuch wojny w sposób w miarę spokojny, to znaczy nie było paniki. Mówię o wrażeniach mieszkańca Warszawy, to nie są prawdopodobnie typowe doświadczenia dla całego kraju. W każdym razie byliśmy przekonani, że jeżeli wojna wybuchnie, to Hitler dostanie odpowiednią nauczkę i wojna się szybko skończy. Nawet krążyło powiedzenie, które pozwolę sobie przytoczyć. Mówiło się, że „Anglia, Francja idzie z nami i Hitlera mamy…” – tu się określało dokładnie, gdzie go mamy. Było takie powiedzenie, które krążyło po Warszawie. Tak że przebieg wojny, zwłaszcza pierwsze sukcesy niemieckie, odwrót polskiej armii, przyjęte były z dużym zaskoczeniem, z niedowierzaniem i z ogromnym rozczarowaniem. Ludziom wydawało się, że Polska po dwudziestu latach niepodległości stanowi już na tyle silny organizm, że potrafimy się Niemcom przeciwstawić, zwłaszcza jeżeli mamy takich silnych sojuszników. Później naturalnie okazało się, że sojusznicze obietnice nie były wiele warte. Zapanował nastrój rozczarowania, pogłębiony przez postępy armii niemieckiej, wycofywanie się polskich oddziałów, straty, o jakich nam było wiadomo na bieżąco. No a 17 września inwazja armii sowieckiej dopełniła nastroju pognębienia i klęski.

  • Jak zapamiętał pan żołnierzy niemieckich z 1939 roku?

Tutaj pozwolę sobie przytoczyć sposób, w jaki się zetknąłem, to znaczy swoją pierwszą lekcję patriotyzmu. Ulicą Polną, przy której mieszkałem, wkrótce po zdobyciu Warszawy przez wojska niemieckie szedł jakiś poddział pododdział czy oddział niemiecki trójkami, jak to mieli Niemcy zwyczaj maszerować. Szli sobie jezdnią, śpiewali, a za nimi ja i grono moich rówieśników. Pamiętajmy, że dzieci zawsze biegają za orkiestrą i za wojskiem, to jest rzecz uniwersalna. Podobnie myśmy próbowali za tym oddziałem podążać, nie zdając sobie sprawy ani z różnicy narodowości, ani nie demonstrując żadnej postawy wrogości wobec okupanta, przeciwnie. Tutaj przejdę do mojej lekcji patriotyzmu. W czasie marszu jednemu z maszerujących Niemców spadła furażerka z głowy, a ja, człowiek, który był wychowywany na zasadach w miarę dobrych podbiegłem do kolumny, chwyciłem z jezdni furażerkę, wręczyłem Niemcowi, który ją zgubił i wróciłem na chodnik. W tym momencie podszedł do mnie przechodzeń i mnie kopnął w siedzenie tak dotkliwie, że nie poszedłem do szkoły następnego dnia, tak mnie to bolało. Oczywiście to kopnięcie było opatrzone stosownym komentarzem: jak ja śmiem okupantowi świadczyć tego rodzaju uprzejmości? Tak że to było moje pierwsze zetknięcie z okupantem.Później oczywiście stosunek do okupanta kształtował się pod wpływem wiadomości, jakie napływały do mnie, dorastającego jeszcze ciągle chłopca: o bestialstwie żołnierzy niemieckich, o łapankach, o rozstrzeliwaniach na ulicach, których byłem prawie świadkiem. Potem doszły do tego getto i powstanie w getcie, świadomość tego, jak Niemcy traktowali ludność żydowską. Tak że potem ten stosunek – nie waham się użyć tego słowa – był już prawidłowy, to znaczy traktowałem to jako okupację, która (miałem nadzieję) prędzej czy później się zakończy. Miałem świadomość powstającej konspiracji. Nie mogę powiedzieć, że starałem się do niej przyłączyć, bo wiek mi na to nie pozwalał, a mama w sposób wyraźny zajęła stanowisko, że wystarczy, jeżeli jeden członek rodziny jest w wojsku. Po prostu nie pozwoliła mi. Po raz drugi ponowiłem próbę aktywności patriotycznej w okresie Powstania Warszawskiego, kiedy uczestnictwo (może nie tyle w walce, ile w działaniach typu: roznoszenie poczty, donoszenie żywności na barykady) było dostępne nawet chłopcom niewiele starszym ode mnie. Ale i tutaj mi się nie udało. Mówię to z poczuciem zawodu i żalu.

  • Przed wojną chodził pan do szkoły?

Szczególność polegała na tym, że rok szkolny, podobnie jak teraz, rozpoczynał się 1 września. Byłem zapisany do szkoły, ale 1 września, ze względów oczywistych, rok szkolny się nie zaczął. Szkołę rozpocząłem z trzymiesięcznym opóźnieniem chyba, publiczną szkołę.

  • Pamięta pan, gdzie się mieściła?

Tak, oczywiście. W alei Szucha 9, dokładnie pamiętam. Była to szkoła, która przed wojną nosiła nazwę szkoła „Rodziny Wojskowej”, tak się nazywała, ale mój udział tam był przypadkiem. Po prostu to była najbliższa terytorialnie szkoła. Tam mnie mama zapisała, tam chodziłem do Powstania.

  • Jaki wpływ na pana wychowanie miała szkoła?

Myślę, że prawidłowy, jeżeli wolno mi użyć takiego określenia. Tam były tajne komplety, na których uczyliśmy się historii Polski i geografii Polski. Pamiętam to dokładnie, to się odbywało w prywatnych domach. Wtedy zamożni ludzie mieszkali w Warszawie w mieszkaniach, które składały się z kilku pokoi. Z tego, co się orientuję, ludzie chętnie udzielali swoich mieszkań na potrzeby tajnego nauczania. Były wspaniałe nauczycielki. Jak wszyscy wiemy, nie było to ich żadnym obowiązkiem, ale pełniły tę powinność z całym oddaniem, z pełnym patriotyzmem. [Dzięki] takim właśnie działaniom kształtował się mój patriotyzm i kształtowała się moja sylwetka. Tak że to była szkoła i zajęcia zwane dzisiaj tajnym nauczaniem. Świadomość tego, co się wokół nas dzieje, świadomość rozstrzeliwań, prześladowań niemieckich, których byłem prawie naocznym świadkiem, a jednocześnie pierwsze informacje o tworzącej się konspiracji… Potem Powstanie było, jak mogę to dziś określić, przyspieszonym kursem patriotyzmu.

  • Jaki wpływ na pana wychowanie miała pana rodzina?

Tu bym nie przeceniał wpływu mojej rodziny, dlatego że (jak mówiłem) mama miała na głowie zupełnie co innego, to znaczy zdobycie środków do naszej egzystencji. Natomiast chyba środowisko, koledzy szkolni, mieszkańcy domu, w którym mieszkałem… Myślę, że nie popełnię wielkiego błędu (jeżeli mogę sobie pozwolić na chwilę ogólniejszych refleksji), przynajmniej takie są moje doświadczenia, że patriotyzm sprzed siedemdziesięciu kilku lat, to był troszkę inny patriotyzm niż ten, którego dzisiaj doświadczamy. Okupacja niemiecka potęgowała uczucie patriotyzmu. Podział był zupełnie jasny, po jednej stronie byliśmy my, po drugiej stronie byli oni. Należało im utrudniać życie, należało mieć świadomość, że to są wrogowie, że niszczą kraj, że niszczą ludność. Stąd też ten podział był bardzo wyraźny i dla młodego człowieka nie było wahania, gdzie jest jego miejsce. Myślę, że po części szkoła, po części środowisko, koledzy, członkowie rodziny, starsi, o których się słyszało, że ktoś był konspiracji, a ktoś jest w lesie… To były informacje, których znaczenia się na razie jeszcze nie obejmowało w pełni. W każdym razie sygnały, które świadczyły, że nie wszyscy biernie znoszą reżim okupacyjny. Tak to się chyba kształtowało. Potem doszło Powstanie, potem okoliczność, o której dzisiaj dużo by mówić. Natomiast wtedy fakt nieokazania pomocy walczącej Warszawie przez stojącą po drugiej stronie Wisły armię, dopełnił wychowania obywatelskiego, jeżeli to jest dobre słowo, czyli wychowania patriotycznego.

  • Jaki wpływ na sytuację w pana rodzinie miał wybuch wojny?

Starałem się o tym mówić. Ojciec był jedynym żywicielem rodziny. Była to rodzina skromna, mieszkaliśmy w suterenie, co dzisiaj już jest odległym reliktem, ale w przedwojennej Warszawie to była rzecz powszechna. Podaję to jako świadectwo, że żyliśmy w skromnych, bądź w bardzo skromnych warunkach materialnych. Oczywiście pensja ojca, dopóki ojciec był z nami, wystarczała na egzystencję. Natomiast jak ojca zało, to (jak mówiłem) matka sobie próbowała jakoś radzić imając się dorywczych zajęć. Jeżeli to jest interesujące, to mogę także powiedzieć, że rozumiejąc trudną sytuację materialną, a mając te osiem, dziewięć, dziesięć lat i chodząc już do szkoły, postanowiłem pomóc matce w jedyny dostępny dla mnie sposób, to znaczy zająłem się sprzedażą papierosów. Ponieważ wstydziłem się sprzedawać papierosy w dzielnicy, w której mieszkałem, żeby nie być widzianym przez mieszkańców, sąsiadów, dzieci ze szkoły, to jak wróciłem ze szkoły i odrobiłem lekcję, brałem drewnianą kasetkę zawieszoną na pasku skórzanym i kupione uprzednio… Podejrzewam, że były to podejrzane źródła zaopatrzenia i papierosy były podrabiane z reguły, jestem prawie tego pewien. W każdym razie na ulicy Chłodnej to było, jak dziś pamiętam. Kupowałem te papierosy, po czym je sprzedawałem w taki sposób, że wsiadałem do tramwaju na jednym przystanku i oferowałem papierosy pasażerom siedzącym w tramwaju, po czym na kolejnym przystanku wysiadałem. Tak przez kilka popołudniowych godzin udawało mi się zarobić. Nie była to duża kwota, ale jak sądzę, stanowiła dla matki istotną pomoc. Robiłem to, wstydziłem się tego, nie ukrywam, stąd jeździłem w odległą dzielnicę, żeby przypadkiem nikt nie zobaczył. Do dziś nie rozumiem racjonalnych powodów tego wstydu, ale szczerze mówię, jak to było.
  • Jaka atmosfera panowała w Warszawie w ostatnich miesiącach poprzedzających wybuch Powstania?

Będę mówił oczywiście o swoich wrażeniach. Jak powiadam, rodzina, otoczenie, sąsiedzi, byliśmy jako tako przygotowani na wybuch wojny. To nam groziło, o tym się pisało, tym się ludzi straszyło. Świadomość społeczna była wyższa i ludzie oczywiście obawiali się tego, bo wojna nigdy nie niesie nic radosnego i pomyślnego, ale byli na to przygotowani. Natomiast dla mnie i dla mego środowiska Powstanie było totalnym zaskoczeniem. W moim środowisku nie byliśmy świadomi tego, że Powstanie ma wybuchnąć, a zwłaszcza określonego dnia. W swojej wypowiedzi postaram się powstrzymać od ocen ogólniejszych. Powstanie było tak dawno i było tak istotnym elementem naszej historii, że zostało napisanych na ten temat kilkaset, jeśli nie więcej książek i najróżniejszych publikacji zarówno w kraju, jak i zagranicą. Powstrzymam się od wydawania ocen, czy to było słuszne, czy niesłuszne, czy dobre, czy złe i na ile dobre, a na ile złe. Natomiast myślę, że w sposób całkowicie odpowiedzialny mogę powiedzieć, że dla mnie, dla mego środowiska, dla mieszkańców domu, w którym mieszkałem wybuch Powstania, a zwłaszcza jego precyzyjna data była niespodzianką. Potem oczywiście lektura, wiedza wyjaśniły nam, dlaczego tak musiało być. W każdym razie dla ludzi, wśród których żyłem, było to zaskoczeniem. Oczywiście zaskoczenie sympatyczne, przyjemne, wybuch nadziei, wybuch entuzjazmu, demonstracja patriotyzmu, próby wieszania sztandarów, flag o barwach narodowych, nawet wspólne śpiewy. Przez pierwszych kilka dni oczekiwanie na rychły i zwycięski koniec Powstania. Gdzieś tak od tygodnia może po tym, jak się okazało, że pomoc dla Warszawy nie jest, a nawet nie może być, skuteczna, ten początkowy entuzjazm gasł w sposób bardzo wyraźny. Zamieniał się w solidarność, to znaczy wiadomo było, że spotkało nas coś bardzo groźnego i bardzo złego, i trzeba sobie nawzajem pomagać. Ta solidarność ludzka, która wyrosła w obliczu powszechnego nieszczęścia, to jest wspomnienie, które wspominam bardzo serdecznie i bardzo życzliwie. Jeżeli mogę sobie pozwolić na chwilę oceny, to jest to, czego mi uje bardzo, jeżeli porównuję tamte czasy z dzisiejszymi dniami. Powszechna solidarność, powszechna pomoc, powszechna troska ludzi o siebie nawzajem, bez oglądania się na czyjeś poglądy, po prostu chęć spontanicznej pomocy ludziom, którzy tego potrzebują. Podam mały przykład. Trzeba trafu, że w tym samym domu mieszkała moja rodzina, to znaczy siostra mego ojca ze swoim mężem. Im się w czasie Powstania urodziło dziecko. To był dramat. Oczywiście dziecko było oczekiwane, wszyscy czekali na urodziny dziecka, natomiast fakt, że urodziło się (dziewczynka, ona zresztą żyje do dziś) ósmego dnia Powstania, już w sytuacji, kiedy podział miasta był rzeczą utrwaloną i nie było szczerze mówiąc… Do dziś widzę, że wychowanie tej dziewczynki graniczyło z cudem. Oczywiście matka nie miała pokarmu, ani też nigdzie w pobliżu nie było mleka. Szczęśliwym trafem na posesji nieopodal była koza, której obowiązkiem było wyżywienie ośmiu niemowląt, które się urodziły w tym rejonie w czasie Powstania. Tak że łatwo sobie wyobrazić, że o życie tej kozy ludzie dbali bardziej niż często o swoje własne, bo wszyscy mieli świadomość, że ta koza (może brzmi to troszkę anegdotycznie czy śmiesznie) to była bardzo istotna sprawa, zachowanie tej kozy przy życiu, bo żywiła ośmioro niemowląt, które mieszkały na przyległych ulicach: na Mokotowskiej, na Polnej, na 6 Sierpnia. Tak że ta bieda, ten niedostatek…
Później (mówię o wrześniu i październiku), kiedy nadzieje na rychłe, a zwłaszcza zwycięskie zakończenie Powstania bardzo szybko się rozwiały, to właściwie dążeniem ludzi było tylko przeżycie i ocalenie substancji ludzkiej, uchronienie się przed katastrofą, jaką już widać było na każdym kroku. Była jakaś łączność, była poczta. Oczywiście nie było swobody poruszania się między dzielnicami czy nawet między poszczególnymi ulicami, ale informacje obiegały miasto i z poczuciem ogromnej straty i żalu przyjmowaliśmy kolejne informacje o tym, że upadła Wola, upadła Starówka, upadł Czerniaków, Mokotów. Obszar zajmowany przez oddziały powstańcze kurczył się z każdym niemal dniem. Bardzo żeśmy przeżywali kolejne informacje o klęsce i czekaliśmy na koniec, właściwie pozbawieni jakichkolwiek nadziei.

  • W jakiej formie docierały informacje do państwa?

Tylko przekazy ludzi. Po prostu ktoś wrócił, kogo Powstanie zastało nie w domu, tylko poza domem i przez pewien czas przebywał z dala od domu. Był świadkiem rzeczy, które, jak wreszcie udało mu się dotrzeć do rodzinnego domu, czy do sąsiedniego domu, przekazywał: co widział na Starówce czy na Woli, gdzie terror niemiecki, jak wiadomo po raz pierwszy w sposób bardzo intensywny się zademonstrował. Złe wiadomości rozchodzą się szybko, stąd też, jak przychodził ktoś, kogo Powstanie nie zastało w domu, tylko docierał na Polną po jakimś czasie, to pierwsza rzecz, o której opowiadał, to były właśnie doświadczenia niemieckich bestialstw, jakich doznawali ludzie w pozostałych dzielnicach. Poza tym wychodziła przecież prasa podziemna, sam gromadziłem wszystkie „Biuletyny” i „Barykady”, bo tak się nazywały te pisma. Zostawiłem to wszystko w Warszawie przed jej opuszczeniem. Wszystko to niestety zginęło, a szkoda, bo byłaby to bardzo cenna pamiątka. Gromadziłem to przez wszystkie sześćdziesiąt trzy dni Powstania.

  • Wszystkie sześćdziesiąt trzy dni spędził pan na Polnej?

W tym samym domu. Tam specyfiką było to, że rejon Pola Mokotowskiego był zajęty przez Niemców. Oni byli chyba na tyle słabi, bądź nie leżało to w ich planach strategicznych, że nie próbowali atakować. Okopali się tam dostatecznie daleko, żeby nie dosięgnąć ich rzutami granatów. Zresztą to było na pograniczu tak zwanej dzielnicy niemieckiej, bo aleja Szucha była dzielnicą niemiecką, stąd (jak sądzę, jest to pewno dość istotny element) zachowaliśmy życie, bo Niemcy nie bombardowali tej części miasta w obawie, że bomby (nie tak celne wówczas, jak teraz) mogą przypadkowo zniszczyć teren dzielnicy niemieckiej. Stąd bombardowania nie były tak intensywne jak w innych dzielnicach. To nas paradoksalnie ustrzegło trochę, bo ofiary były tylko wynikiem ostrzału czołgów czy artylerii, ale nie było intensywnych bombardowań, nie było podpalania domów. Niemcy nie posunęli się ani o pięć metrów, po prostu obie strony się okopały i tak to trwało sześćdziesiąt trzy dni. Potem przez Pola Mokotowskie wyszliśmy z Warszawy.

  • Jak wyglądało zaopatrzenie ludności cywilnej w jedzenie?

Muszę się zastanowić chwilę.

  • Opowiadał pan o kozie.

Tak, ale mówię o tym, bo to był ewenement. To oczywiście nie było wtedy moim zmartwieniem, bo naturalną rzeczy koleją mama zawsze coś do jedzenia znalazła. To zresztą są rzeczy, które wiemy już z literatury, ale ja byłem tego świadkiem. Wiem, że regularnie wychodziły wyprawy ludzi, mężczyzn najczęściej młodych i silnych, które przynosiły zboże z terenów browaru Haberbuscha. Przynosili pszenicę, tego było bardzo dużo. Ja tę pszenicę jadłem, tak że mogę być żywym świadkiem, że taka forma wzbogacania zaopatrzenia była. Drugą rzeczą była specyfika lokalizacji, w której Powstanie przeżyłem. To było na skraju Pola Mokotowskiego, gdzie były tak zwane działki pracownicze. Sierpień, wrzesień to jest okres, kiedy na polach dojrzewały niektóre warzywa, pomidory, ogórki. Stąd w nocy odważniejsi z ludzi (oczywiście nie byłem to ja, starsi mężczyźni, którzy tam mieszkali) organizowali nocne wyprawy na Pole Mokotowskie, żeby tam wykopać trochę ziemniaków, zebrać jakieś płody, które rosły. Oczywiście to było niebezpieczne, bo Niemcy tam byli i strzelali. Natomiast było to na tyle powszechne, że mam w to pamięci. To było istotne, ale to jest wyjątek, trudno to uogólniać. Było szczęście żeśmy z Polem Mokotowskim graniczyli. To był ogromny obszar podzielony wprawdzie na małe działki, ale na każdej z działek było to samo, to znaczy ziemniaki, buraki, kapusta, które dojrzewały jesienią. To było przynoszone. Tak że także byliśmy, z przykrością muszę użyć tego określenia, szczęściarzami, bośmy rezerwuar zdrowych, świeżych warzyw mieli pod ręką. Aczkolwiek nie ukrywam, że było to okupione poważnymi stratami ludzkimi, bo wielu ludzi było postrzelonych, wielu nie wróciło z takich wypraw. Ale było to na tyle istotne, że ludzie nie mogli się powstrzymać od tego. Poza tym cóż? Nie było chleba, nie było rzeczy, do których przywykliśmy. Była bieda.

  • Jak wyglądało zaopatrzenie w wodę w Śródmieściu?

Były studnie, jedna była w budynku [Wydziału] Architektury na rogu Koszykowej i Lwowskiej. Zawsze były kolejki do tych studni, zawsze ludzie ginęli od ostrzału, stojąc w tych kolejkach. Troszkę wody przynosili, ale była to rzecz bardzo cenna, bo przecież od pierwszych dni Powstania już wody w wodociągach nie było. Z dzisiejszego punktu widzenia można z uznaniem powiedzieć, że to szczęście, że obyło się bez jakiejś epidemii w skali masowej. Ja przynajmniej o takiej nie słyszałem, a warunki sanitarne, w jakich żyliśmy (łatwo można sobie wyobrazić), mogły być takiej epidemii przyczyną.

  • Jak ludność cywilna w czasie Powstania reagowała na Powstańców?

Mogę szczerze powiedzieć, że stosunek się zmieniał. Początkowy entuzjazm, początkowe objawy spontanicznej pomocy, radości, niestety w miarę upływu czasu i w miarę wzrastającej świadomości, że trudno liczyć na sukces militarny Powstania… To znaczy ja osobiście nie byłem świadkiem rzeczy, które dziś znam z lektury czy z opowiadań: że były przypadki otwartego krytykowania żołnierzy, czy wręcz wyzywania ich, że skazali Warszawę, skazali ludność cywilną na takie cierpienia. Słyszałem o takich zachowaniach, natomiast nigdy nie byłem osobiście świadkiem takich wystąpień, gdzie ludność cywilna w stosunku do Powstańców manifestowałaby swoją niechęć, swój zawód, swoje rozczarowanie czy wręcz miała pretensję o to, że nierozważnie miasto, a tym samymi ludzie skazani zostali na takie cierpienia. Tego nie widziałem. Oczywiście znam te historie z lektury, z biblioteki, jaką zgromadziłem do dziś, ale mogę sobie łatwo wyobrazić, że takie incydenty mogły mieć miejsce, bo poczucie zawodu, poczucie klęski i ofiary niemal w każdej rodzinie muszą budzić takie reakcje. Tak że początkowa sympatia i entuzjazm, w miarę upływu czasu i malejących szans Powstania na jakikolwiek sukces, niestety się zmieniały.

  • Jak wyglądało życie religijne cywili?

Życie religijne wyglądało tak, jak można to sobie wyobrazić w obszarach zamkniętych. Nie było mowy o uczęszczaniu do kościołów, chociaż kościół był blisko (istniejący do dziś, kościół Zbawiciela odległy o trzysta, czterysta metrów), to nie było mowy o wychodzeniu na obrządki religijne do kościoła. To wszystko się odbywało w piwnicach, miało charakter wspólnej modlitwy i te się odbywały co wieczór w zasadzie. Czasem na jakąś wieść, że – powiedzmy – był udany zrzut, którego byliśmy świadkami, były dziękczynne modły czy pieśni religijne, ale było to organizowane w małych kręgach. To nie były rzeczy masowe, aczkolwiek było to uczucie dominujące wówczas.

  • Czy był pan świadkiem zrzutów?

Tak.

  • Jak pan to zapamiętał?

Byłem przede wszystkim świadkiem jednego masowego zrzutu, który nastąpił w drugiej połowie sierpnia, bądź w połowie września nawet, kiedyśmy wszyscy wybiegli na podwórka i witali lecące pojemniki oklaskami. Potem się okazało, że znikoma część pojemników dotarła do rąk Powstańców. To, jak sądzę, wynika z niedoskonałości lotniczych wówczas, słabych możliwości celności zrzutów. Wszystkie one były natychmiast przejmowane przez ludność cywilną, natychmiast rozpakowywane, natychmiast dzielone. Nie pamiętam sytuacji, gdzie by przedstawiciele żołnierzy strzegli tego. Jeżeli to spadło i ludność cywilna dotarła do tego, to nikt nie miał nic przeciwko temu, żeby… Oczywiście, jeżeli to dotyczyło żywności, bo zupełnie inaczej, kiedy to dotyczyło amunicji, bo i takie przypadki widziałem. Było tego niewiele, ale to podtrzymywało entuzjazm ludzi na pewno w sposób bardzo istotny: że nie jesteśmy sami, że nas nie zostawią, że nas nie opuścili. Ale, jak powiadam, trudno było zachować optymizm po pierwszym tygodniu, kiedy było wiadomo, że… Tutaj nie chcę się wdawać znowu w ocenę, czy to było przygotowane, czy nieprzygotowane, czy dobrze, czy niedobrze, czy we właściwym momencie, czy niewłaściwym. To zostawmy historykom. Natomiast mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że zrzuty odegrały bardzo istotną rolę w podtrzymaniu gasnącego entuzjazmu ludności. Ludność była na tyle rozumna, że oceniała, kto to tych zrzutów dokonuje, a kto ich nie dokonuje, choć mógłby, bo miał bliżej. Tośmy wszystko wiedzieli. Wiedzieliśmy także, jakie ofiary ponoszą lotnicy, którzy muszą przez całą Europę dolecieć do Warszawy i wrócić w wyniku tego, że nie otrzymali możliwości lądowania po drugiej stronie frontu. Te rzeczy były znane, były wiadome i spotykały się z odpowiednią i właściwą reakcją, tak że tutaj nie mam wątpliwości co do tego, że to także była jakaś lekcja patriotyzmu. Widzieliśmy już wówczas, na kogo możemy liczyć, a na kogo nie bardzo, tak bym to sformułował.
  • Jak wyglądał pana przykładowy dzień, czym pan się zajmował?

To oczywiście nie ma nic wspólnego z rozsądkiem – starałem się być jak najbliżej linii granicznej. Tam nie było ostrzału przez cały dzień, sporadycznie była wymiana ognia, karabinowego głównie. Ale ciekawość chłopca sprawiała, że (nie ja sam, ale w gronie rówieśników) staraliśmy się podejść jak najbliżej do stanowisk wojskowych. Później asystowaliśmy przy kopaniu grobów na podwórkach, bo to było swego rodzaju ciekawe wydarzenie. Dobrze było być i słuchać, jak się stało, że ktoś zginął: czy zginął na barykadzie, czy zginął w wyniku jakiegoś zabłąkanego ostrzału czy odłamka, czy wreszcie był ofiarą pożaru, który wybuchł w domu. Staraliśmy się uczestniczyć od rana do wieczora. Nie było żadnych innych obowiązków, nie było szkoły. Trzeba było żyć tym, co się wokół nas dzieje, dzielić radości i zawód, i klęski. Tak że z mojego doświadczenia, dwunastoletniego wówczas chłopaka, była radość z tego, że Niemcy nas nie atakują, że Niemcy nas nie zajmują, że Niemcy nas nie wysiedlają, że nasi chłopcy, jak to się wówczas mówiło, utrzymują ten teren. Pomagamy im na tyle, na ile można było: przynoszenie wody czy wręcz asysta przy stanowiskach. Nie skończyło się to w moim przypadku żadną kontuzją ani żadnym niefortunnym wydarzeniem, ale staraliśmy się być blisko wydarzeń, nie siedzieliśmy w domu. Rodzice (matka w moim przypadku) bardzo dbali o to, żeby swoje dzieci jak pisklęta ogarniać i trzymać w zasięgu wzroku, ale to było daremne, bo myśmy się wyrywali, żeby w miarę możności prawie uczestniczyć w walce. Dzielenie się informacjami, że lądowanie w Normandii było, więc jest ofensywa, jak się front posuwa, sprawdzone i niesprawdzone pogłoski, jak wygląda linia frontu, zwłaszcza jak wygląda front wschodni, bo to też było śledzone bardzo dokładnie na tyle, na ile wiadomości dochodziły. Głównym źródłem wiadomości była prasa powstańcza, bo radio… Ja przynajmniej nie miałem wiadomości korzystania z nasłuchu.

  • Czy pamięta pan, kiedy dowiedział się o tym, że Powstanie upada?

Tak, dokładnie.

  • Jaka była reakcja pana, pana rodziny?

Pierwsze było uczucie ulgi, że się ten koszmar kończy, że skończą się piwnice, że można będzie wyjść, że już nie ma ostrzału, że Powstanie się skończyło. Potem doszły od razu informacje, że ludność będzie wysiedlana z Warszawy i niepewność, gdzie będzie wysiedlana, niepewność, co ze sobą zdołamy zabrać, co warto zabrać, co trzeba zabrać, co trzeba schować, bo przecież wrócimy. Nikt nie miał wątpliwości, że wrócimy do swoich domów. Dylemat. Wiadomo, że mamy wyjść z Warszawy, nie wiadomo, gdzie idziemy. Matka, kobieta wówczas czterdziestoletnia prawie i nas dwoje dzieci, których trzeba było pilnować. Oczywiście starałem się coś nosić, ale były to zupełnie nieznaczne rzeczy. W końcu było wiadomo, że idziemy do obozu w Pruszkowie. Szliśmy ulicą 6 Sierpnia, potem Wawelską. Jedna rzecz, co pamiętam, o czym powiem. Rozumiem, że jest może niewłaściwa ogólnie rzecz biorąc. Pamiętam (ku swemu zaskoczeniu) objawy życzliwości ze strony Niemców, którzy pilnowali kolumny wychodzących z Warszawy cywilów. Widziałem takie gesty, kiedy dawali dzieciom jakieś pomidory. Nie była to rzecz masowa oczywiście, ale zapamiętałem to, zdziwiłem się tym i pamiętam to do dziś. Było to zaskoczenie, że nasz wróg może się zdobyć czasem na gesty życzliwości. Doszliśmy do Pruszkowa, tam spędziliśmy chyba ze trzy dni i nastąpiła selekcja.

  • W jakich warunkach tam pan przebywał?

W dramatycznych. To było na terenach ówczesnych zakładów kolejowych chyba, istnieją do dziś te hale zresztą, na terenie już raczej Ursusa. Nie wiem zresztą, nie będę się silił na specyfikowanie. Długo po wojnie wybrałem się tam (to była hala numer 5) z ciekawości, żeby zobaczyć, czy to przetrwało i rzeczywiście przetrwało. Były to ogromne hale fabryczne, ludzie byli tam dowożeni, nocowało się na podłodze. Kto miał cokolwiek podłożyć pod głowę, to podkładał. W mojej pamięci to było nie dłużej niż dwa dni, po czym następowała selekcja na rampie. Jedni na lewo, drudzy na prawo. Znowu transport odkrytymi wagonami towarowymi.
Z uznaniem muszę podkreślić: zdarzało się, że ludzie rzucali jakąś żywność do tych wagonów. Zresztą muszę powiedzieć, że objawy patriotyzmu pozostałej ludności polskiej na wiadomość, że przejeżdża transport warszawiaków, były spontaniczne, bardzo sympatyczne, wzruszające, powiedziałbym. Również wzruszające było przyjęcie nas. Nie mieliśmy oczywiście żadnego wpływu na to, gdzie jedziemy. W pewnym momencie pociąg się zatrzymał, Niemcy kazali wysiadać. Szybko się zorientowaliśmy, że to jest Tarnów w naszym przypadku. Natychmiast zaczęli się zgłaszać ludzie. Nie wiem, czy to było wynikiem jakiejś akcji obywatelskiej, ale nie sądzę. Było to raczej działanie spontanicznie. Przychodzili ludzie, którzy brali nas do swoich domów, żebyśmy mogli chwilę odpocząć, przemieszkać w ludzkich warunkach, zjeść do syta. W naszym przypadku była to rodzina, która się nami zajęła bardzo serdecznie. Mieszkaliśmy do chwili oswobodzenia Warszawy, a nawet trochę dłużej, bo nie w styczniu wróciliśmy, tylko trochę później. Stosunki, przyjaźnie i wdzięczność dla potomków tych ludzi pozostały do dziś. To są ludzie już mojego pokolenia, a nie moich rodziców. Tamci już nie żyją, ale tam bywam i staram się pamiętać o tej serdeczności, jaka nas spotkała. Była to rzecz spontaniczna i powszechna. Na hasło „warszawiacy z Powstania” ludzie się zdobywali na ogromne gesty życzliwości, pomocy, solidarności. Rozebrali nas w oka mgnieniu z rampy kolejowej. Nie było oczywiście żadnych środków lokomocji. Każdy znalazł swoich opiekunów i przeżyliśmy z nimi kilka miesięcy, mimo że nie byli to ludzie specjalnie zamożni. Po prostu poczucie solidarności i pomocy. Tak że to jest wspomnienie, które zachowałem do końca swoich dni, bo to było bardzo sympatyczne.

  • Kiedy pana mama zdecydowała się na powrót do Warszawy?

Mamie było trudno, bo wtedy nie było jeszcze żadnych regularnych linii kolejowych. Powiem o swoich doświadczeniach. Mama zdecydowała dość późno. Najpierw wysłała na zwiady sąsiadów, bo tam było kilkoro. Młody mężczyzna, ponad trzydziestoletni, wybrał się pierwszy do Warszawy na zwiady, czy dom w ogóle ocalał. Dwie osoby z grona naszych sąsiadów samotnie się wybrały na taką podróż do Warszawy. Przejazd do Warszawy i podróż z powrotem do Tarnowa zajęła im około dwóch tygodni. To było tak, że się jeździło właściwie wojskowymi transportami. Na przykład most na Sanie był, pamiętam, zarwany. W związku z tym przez Przeworsk, Rzeszów, okrężną bardzo drogą do Warszawy dotarli. Sami się podjęli tej funkcji, że przyjadą na rozpoznanie. To były dwie osoby, kobieta i mężczyzna. Powrócili i powiedzieli, że dom stoi nadal, wprawdzie okradziony, zniszczony, obrabowany, ale jest gdzie wrócić. Okolicznością sprzyjającą było to, że to już nie była zima, nie styczeń, tylko to już był kwiecień. Wtedy mama zdecydowała, że może się udać z nami, z dwojgiem dzieci w tę podróż. To tak wyglądało, że jechaliśmy pociągiem towarowym. Co pewien czas ten pociąg się zatrzymywał, przychodzili żołnierze sowieccy, którzy stanowili, nie wiem: czy eskortę tego transportu, czy też to był w ogóle wojskowy transport. Tego nie kojarzę. W każdym razie wykorzystywali każdy postój pociągu, żeby przyjść i zabrać okup. Mówili to wprost: „Pojedziemy dalej, jak się znajdą pieniądze czy kosztowności”. Wtedy kobiety zdejmowały z palców, co miały. Wręczało im się chyba nie pieniądze, tego nie kojarzę, głównie kosztowności, obrączki, pierścionki. Oni zadowoleni. Nie wiem, czy to od nich zależało, czy to był tylko pretekst. W każdym razie było hasło, że nie jedziemy dalej, jak nie zbierzecie. Dostawali i potem ruszaliśmy. Za kilkadziesiąt czy więcej kilometrów ta sama sytuacja się powtarzała. Oczywiście byli już inni żołnierze i coraz mniej kosztowności, którymi można było ich przekupić. Tak dojechaliśmy do Warszawy. To trwało bodajże ze cztery doby. To nie był radosny powrót do wyśnionego domu.

  • Jak wyglądała Warszawa?

Dramatycznie. Widoki Warszawy po wojnie, to była rzecz dramatyczna. To były wąwozy wśród ruin, niepochowane zwłoki, mimo że to już był marzec, więc to już dwa miesiące z okładem po wyzwoleniu miasta. Pierwsze próby powrotu do normalnego życia, jakieś prymitywne stragany, gdzie można było się napić herbaty czy kupić coś do jedzenia. Próby odbudowania domu, próby zajęcia. Nie w naszym przypadku, bo myśmy wrócili do swojego mieszkania, które, jak mówiłem, było bardzo skromne, to była jedna izba w suterenie. Ale były przypadki ludzi, którzy wracali i nie mieli się gdzie podziać, bo ich dom już nie istniał. Jak wiadomo, poza zniszczeniami, które przyniosło Powstanie i potem operacja wyzwalania Warszawy, tak to nazwijmy… Było mnóstwo ludzi, którzy wrócili, ale nie bardzo mieli się gdzie zatrzymać. Był moment wątpliwości, czy można zająć czyjeś mieszkanie. A może właściciele wrócą, a może to byli Niemcy? To był swego rodzaju hazard. Można było bez trudu poprawić sobie znacznie sytuację mieszkaniową, ale nie wszyscy się tym kierowali. Z mojej wiedzy i doświadczeń wynika, że większość ludzi wracała do swoich warunków, aczkolwiek znam takie przypadki, gdzie ludzie w ten sposób poprawili sobie warunki mieszkaniowe. Potem się zaczęła się szkoła w moim przypadku. Rok szkolny trwał od maja bodajże do końca czerwca. Chodziło o to, żeby zinwentaryzować dzieci, które są w wieku szkolnym i stworzyć im szansę na kontynuowanie nauki. Ojciec dowiedział się przez PCK, że przeżyliśmy i wrócił bardzo szybko. Wtedy się sytuacja diametralnie zmieniła na lepsze.

  • Czy w czasie okupacji pana rodzina miała jakiś kontakt z ojcem?

Tak. Otrzymaliśmy… Nawet trudno powiedzieć, kto był pośrednikiem. Tak to wyglądało, jak to ojciec potem wytłumaczył, że wpłacał jakieś kwoty pieniędzy, była jakaś instytucja, która się tym zajmowała. Przy akceptacji niemieckiej, jak sądzę, bo trudno sobie to wyobrazić, otrzymywaliśmy raz na dwa miesiące symboliczne przesyłki składające się albo z sardynek w puszkach, albo z czekolady. Takie przypadki kilka razy w ciągu tych czterech lat okupacji miały miejsce. Mam do dziś korespondencję ojca, którą z Londynu nam przysyłał. Była możliwość wysyłania ojcu informacji. Tak że nie wiem, jak mama sobie z tym radziła, ale mam do dziś listy ojca, gdzie jest napisane do żony, do mojej matki: „Dziękuję za twój list, który przesłałaś tego i tego dnia, cieszę się, że dzieci są zdrowe”. Normalna korespondencja rozłączonych rodzin. Ojciec przysyłał swoje zdjęcia w wojskowym mundurze, tutaj było względnie normalnie. Co więcej: do dziś nie wiem, jak to było urządzone, ale od pierwszych miesięcy okupacji, jeśli nie od pierwszego, to niewiele później, mama jako tak zwana rezerwistka, to znaczy osoba, której mąż został powołany do wojska i jest poza krajem, odbierała jakąś znikomą kwotę pieniędzy. To było regularnie, co miesiąc. Chodziliśmy na ulicę koło placu Narutowicza. Ten dom istnieje do dziś, byłem tam niedawno. Tam się mieścił ośrodek, gdzie rezerwistki, a także wdowy po żołnierzach… Myślę, że to RGO, Rada Główna Opiekuńcza temu patronowała. Działało to nad wyraz sprawnie i co miesiąc mama, często z moim udziałem, chodziła tam pieniądze odbierać. Trudno mi dziś sobie przypomnieć, jak to było zorganizowane, kto to temu patronował, z czyim udziałem. W każdym razie pamiętam, że jak przyszedł termin szczepień ochronnych na dur plamisty czy na jakieś inne dziecięce szczepienia rutynowe, to mama też mnie zaprowadziła do jakiegoś ośrodka zdrowia. To było zorganizowane, to nie była rzecz, którą mama wymyśliła. Tak że pozory normalności istniały. Natomiast kontakt korespondencyjny z ojcem – z całą pewnością.

  • Jaki wpływ na pana dalsze życie miało Powstanie Warszawskie?

Niesłychanie istotny wpływ, który mi towarzyszył przez całe życie i w sposób istotny ograniczał moje szanse rozwojowe, jeżeli tak mogę powiedzieć. Mówię teraz w sposób zupełnie szczery. Doświadczenia Powstania (a zwłaszcza pomocy naszych sąsiadów, najogólniej mówiąc) sprawiły, że nigdy w życiu nie miałem pomysłu, żeby wstąpić do jakiejkolwiek partii, zdając sobie sprawę, że w sposób bardzo istotny ogranicza to moje możliwości awansu, rozwoju. Na wszelkie zachęty, a były takie, odpowiadałem zawsze, że nie. „Bardzo wcześnie odebrałem lekcje patriotyzmu, przeżyłem Powstanie w Warszawie, pamiętam Katyń, stąd proszę mnie nie agitować. Pozwólcie mi pracować tak długo, jak mi pozwolicie. Jeżeli macie zaufanie do mojej lojalności, to dobrze, ale nie próbujcie mnie agitować na jakieś ewidentne opowiadanie się po stronie”. Mimo to nie mogę narzekać na swój los, bo w końcu dzięki starannemu wykształceniu, chyba dzięki znajomości języków udało mi się przeżyć życie przyzwoicie. Natomiast mam świadomość, że ukształtowana w czasie Powstania i tuż po Powstaniu moja osobista sylwetka… Jestem wdzięczny, że się stało tak, a nie inaczej. Mam mnóstwo przyjaciół jeszcze, choć grono aktywnych wówczas Powstańców topnieje z dnia na dzień. Jestem co roku 1 sierpnia na Powązkach. Znałem i znam całą masę wybitnych uczestników Powstania. Byłem w harcerstwie od pierwszych dni, kiedy harcerstwo zaistniało w Warszawie, tak się szczęśliwie złożyło, że w drużynie, której instruktorami czy drużynowymi byli ludzie, którzy walczyli w konspiracji, którzy byli w batalionie „Zośka”, którzy opowiadali nam o tych ludziach, o Kubie Okolskim, o Felku Pendelskim, o bohaterach Powstania. Z konspiracji znam bardzo dobrze panią Barbarę Wachowicz i całą jej twórczość, cały jej wybitny patriotyzm i wszystko, co robi dla środowiska, kiedyś powstańczego, a teraz eks powstańczego. Stąd moje związki są bardzo bliskie. Nie ukrywam, że cieszę się bardzo, że dana mi została okazja opowiedzenia tych kilku słów. Zdaję sobie sprawę z niedoskonałości tej relacji i jej fragmentarycznego charakteru, ale mówiłem tylko o tym, co przeżywałem sam i za co odpowiadam.




Warszawa, 20 stycznia 2011 roku
Rozmowę prowadził Dominik Cieszkowski

Zobacz także


łączniczka

Zofia Janina Gajewska „Tunka”

Zofia, z domu Turczyńska, obecnie mężowskie to Gajewska. […] Urodziłam się w 1927 roku, 13 maja....

więcej
łącznik, zastępowy, listonosz

Jerzy Jan Dworak „Wesoły Tygrys”

Nazywam się Jerzy Dworak, pseudonim z Powstania: „Wesoły Tygrys”. Urodziłem się we Włochach pod...

więcej
strzelec

Antoni Polikarp Ziemak „Twardziel”

Moje nazwisko Ziemak, a imię Antoni Polikarp, dwa imiona mam. Urodziłem się 7 lutego 1927 roku w Chotomowie....

więcej
strzelec, goniec, łącznik

Wojciech Jursz „Kurek”

Nazywam się Wojciech Jursz, urodziłem się 21 lutego 1928 roku w Warszawie. Ojciec mój był oficerem...

więcej

Kazimierz Feliks Przybylski

Zofia Janina Gajewska „Tunka”