Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Zofia Janina Gajewska „Tunka”
Zofia Janina Gajewska
pseudonim
„Tunka”
stopień
łączniczka
formacja
Batalion „Ruczaj”
dzielnica
Śródmieście
Zobacz biogram

Zofia, z domu Turczyńska, obecnie mężowskie to Gajewska. […] Urodziłam się w 1927 roku, 13 maja.

  • Jaki pani miała pseudonim w czasie Powstania?

„Tunka”.

  • W którym zgrupowaniu pani była, w jakim oddziale?

Myśmy były przyłączone do „Ruczaja”.

  • W jakim miejscu w Warszawie, w jakiej dzielnicy była pani podczas Powstania?

W Śródmieściu. W kwadracie: Piękna, Marszałkowska, Wilcza.

  • Proszę powiedzieć, gdzie się pani urodziła, w jakim domu? Kim byli pani rodzice?

Urodziłam się w Warszawie, 13 maja 1927 roku, bodajże w szpitalu Świętej Zofii.

  • Gdzie mieszkali rodzice?

Mieszkaliśmy na ulicy Twardej 15, mieszkania było dziewięćdziesiąt ileś. Był tam duży budynek i były tylko dwie chrześcijańskie rodziny, dozorca i my. Mój ojciec z wykształcenia był muzykiem, ale pracował jako urzędnik w biurach Elektrowni Warszawskiej.

  • Czy miała pani rodzeństwo?

Młodszą o pięć lat siostrę, też urodzoną w Warszawie. Mama, jeszcze jako panienka, pracowała na ulicy Zielnej w centrali telefonicznej, bo wtedy kobiety łączyły rozmowy. Ale była zredukowana, bodajże w 1933 roku. Dostała tam odprawę i wtedy rodzice zakupili plac w Brwinowie, bo rodzice mojego ojca zamieszkiwali w Brwinowie, więc sobie wybrali i zaczęli budować domek.

  • W którym roku pani zamieszkała w Brwinowie?

To był chyba 1 sierpnia 1934 roku, przed wojną. Cała rodzina była zameldowana na placu budowy.

  • Czy chodziła pani do szkoły w Brwinowie?

Tak. Zresztą moja mama przez jeden rok czy dwa lata w swojej młodości była nauczycielką w szkołach powszechnych. Tak że mnie przygotowała, zdawałam od razu do drugiej klasy, już w Brwinowie.

  • Jak pani zapamiętała 1 września 1939 roku?

Moja mama przechodziła przeszkolenie sanitarne jeszcze na początku 1939 roku. Potem pracowała nieodpłatnie jako sanitariuszka w wojskowym szpitalu w Warszawie. Tak że się coś zbierało, było napięcie w domu. Mama jeździła rano do szpitala, wracała gdzieś koło godziny piątej, szóstej. To było już w czasie letnim, lipiec, sierpień. Wiadomo było, że jest jakieś nasilenie, że jest jakaś groźba. Mama sanitariuszką była po ukończeniu kursu PCK, który był zorganizowany w Brwinowie.

  • Jak pani zapamiętała pierwszy dzień wojny?

Pamiętam, mama mnie obudziła chyba o godzinie wpół do szóstej (czy coś takiego), bo słuchała radia, że jest wypowiedziana wojna. U nas była jeszcze nasza dalsza krewna, bardzo bogobojna. Pamiętam, że we dwie poszłyśmy do naszego kościoła, poszłyśmy do spowiedzi i potem wróciłyśmy do domu. Mama w tym czasie wyjechała do Warszawy.

  • Ile pani miała wtedy lat?

Urodziłam się w 1927. Dwanaście lat.

  • Czy pani widziała jakieś samoloty, słyszała pani?

Oczywiście. Pamiętam, że 1 września w godzinach południowych, więc już po tym jak wróciłam z kościoła, była nawet… W Pruszkowie stały trzy działa przeciwlotnicze i ostrzeliwały. Przelatywały samoloty niemieckie, które leciały do Warszawy z bombami i Pruszków troszeczkę to hamował. Pamiętam nawet, że między Podkową a naszym Brwinowem była bitwa. Widziałam, jak strzelało polskie lotnictwo: z samolotu do niemieckiego [samolotu]. Niemiec uciekał w kierunku na Poznań. A to się działo dosłownie między Podkową a nami.

  • Czy pani to oglądała z zaciekawieniem, czy była pani przerażona?

Z wielką bojaźnią, kryłam się pod murem, żeby mnie nie widzieli. Niemieccy lotnicy potrafili nawet i do cywilnej ludności strzelać, o tym zresztą radio przypominało, żeby nie być na otwartej [przestrzeni].

  • Czyli rodzice przygotowali panią do tej sytuacji?

Tak.

  • Gdzie pani chodziła do szkoły po wybuchu wojny? Kiedy pani zaczęła chodzić?

Zaczęłam chodzić, jak miałam siedem lat, w Brwinowie, od razu od drugiej klasy, bo zdałam egzamin, że umiem pisać i liczyć do dwudziestu, dodawać, odejmować, no i dyktando mi dyrektor [zrobił]. Wtedy jeszcze była tylko jedna szkoła, po drugiej stronie Brwinowa, za kościołem. [Dyrektor] przyznał, że mogę wejść do drugiej klasy.

  • Czy do tej samej szkoły pani chodziła w czasie okupacji, po 1 września?

Tak.

  • Jak ta szkoła się w czasie okupacji nazywała, jaki miała kierunek?

To była ogólnokształcąca szkoła, w czasie wojny też, tyle tylko że jak już Niemcy podeszli pod Warszawę, to zajęli budynki szkolne. Tak że klasy były później porozrzucane w jakimś domu, gdzie się mieściła jakaś większa… Jednak około trzydzieściorga było w każdej klasie.

  • Jak się ta szkoła oficjalnie w czasie okupacji nazywała? To była szkoła zawodowa?

Nie, to była szkoła powszechna, właściwie jeszcze nawet nie ogólnokształcąca. Dyrektorem w 1939 roku był pan Moczydłowski. Budynek szkolny, jedyny, który wtedy zbudowano, był po drugiej stronie, a dzieci, które mieszkały po tej stronie Brwinowa, niektóre od Otrębus przychodziły pieszo. To był wynajęty budynek naprzeciwko cegielni, piętrowy, cztery klasy tam były, tak że dzieci chodziły na ranną zmianę. Te w starszych klasach chodziły już po południu, wracały koło czwartej, piątej i ja do tej klasy chodziłam. Moją wychowawczynią była pani Sobieszczańska, wielka patriotka. Bardzo mile ją wspominam, chociaż na początku miałam duże przykrości ze względu na to, że w domu pisałam ołówkiem, a tam trzeba było maczać i były kleksy, więc miałam brudno w zeszycie. Były takie przykre historie. Pani Sobieszczańska życzyła sobie, żeby przyszła mama. Mówię, że mama jest chora. „To niech ojciec przyjdzie”. Mówię, że już tatusia tydzień nie widziałam. Wtedy pani Sobieszczańska powiedziała: „Kłamiesz”. Wróciłam do domu, byłam bardzo zdenerwowana. Moja mama leżała w pokoju. Pamiętam, że podeszłam do mamy żeby napisała… Nie mówiłam, jaki był przebieg moich doznań, w każdym razie niosąc atrament, upuściłam, rozlałam. Mama wstała, była zdenerwowana, ale napisała mi list.

  • Pierwszego września mama była w Warszawie. A ojciec?

Ojciec pracował i też był w Warszawie. Ojciec pracował w 4. filii elektrowni (to były biura) w Alejach Jerozolimskich, chyba pod numerem 8, przy Brackiej.

  • Przejdźmy do okresu okupacji. Szkoła, jak pani mówi, bardzo patriotycznie nastawiała uczniów.

Tak.

  • Kiedy pani zetknęła się z konspiracją w szkole?

Właściwie w szkole nie miałam. Już jak byłam w Warszawie.

  • Proszę opowiedzieć o okresie, kiedy pani wyjechała z Brwinowa do szkoły do Warszawy. Który to był rok?

W 1940 roku zaczęłam chodzić do szkoły, do I Miejskiej [Szkoły] Zawodowej Żeńskiej. Budynek był na Kazimierzowskiej. W połowie zajęty był już przez wojska niemieckie. Tak też tam nawet zmiany były, niektóre klasy były wcześniej, niektóre od południa.

  • Czy pani w tym czasie mieszkała w Warszawie, czy dojeżdżała do szkoły z Brwinowa?

Nie, dojeżdżałam z Brwinowa.

  • Sama pani jeździła?

Jeździłam na ogół razem z tatą. Tata pracował w Warszawie, w związku z tym o godzinie szóstej z minutami wychodziliśmy z domu do kolejki w Podkowie. Kolejka jechała godzinę, czyli koło wpół do ósmej byłam na Nowogrodzkiej przy Marszałkowskiej. Tata szedł do pracy, a ja jechałam na Kazimierzowską.

  • Czy dojeżdżając do szkoły, nie miała pani żadnych przygód z Niemcami?

Nie. Wtedy (to było w 1940 roku) na ulicach był spokój w zasadzie. Jeździły tramwaje, jedne tramwaje kończyły bieg przy placu Zbawiciela, trzeba było się przesiąść, żeby jechać na ulicę Puławską, do Kazimierzowskiej. Potem Niemcy zabrali cały budynek i klasy były porozrzucane. Wiem, że na Ochotę przez parę tygodni dojeżdżałam, tak że z kolejki miałam dość blisko. Już teraz nie pamiętam, jak potem byłyśmy porozrzucane. Czasem było tak, że na jakąś lekcję przechodziło się w inne miejsce.

  • Jakiego zawodu oficjalnie się pani uczyła?

Krawiectwa. To było czteroletnie, ale Niemcy skrócili nauczanie do trzech lat szkoły średniej.
  • W tej szkole zetknęła się pani z konspiracją? Na czym to polegało?

Tak. Ada Kinowska była harcerką przedwojenną i byłam w jej zastępie. Ona, jako córka wojskowego, który był chyba gdzieś w obozie (pochodziła chyba spod Poznania), była w internacie na ulicy Pańskiej 53. Właściwie myśmy zaczęły dopiero w trzeciej klasie. W drugiej klasie ona nas zorganizowała. W naszej grupie było dziewięć chyba czy dziesięć dziewcząt, później jedna przeszła do wojskowej, nie była w harcerstwie. Myśmy byli w harcerstwie podziemnym.

  • Na czym wasza konspiracja polegała, jakie były zajęcia?

Do internatu przychodzili wykładowcy. Chodziło o przygotowanie na pielęgniarki, żebyśmy umiały zrobić bandażowanie, takie rzeczy były. Poza tym uczyłyśmy się historii. Bez podręczników i nie pisałyśmy nawet, wszystko miało być tylko w głowie, zapamiętane.

  • Czy oprócz zajęć sanitarnych i historii były jeszcze jakieś ćwiczenia?

Jak przyjeżdżały koleżanki, myśmy miały biegi. Dawali nam trasę, którą miałyśmy przejść.

  • Czyli poznawanie terenu, orientacja w terenie?

Tak jest. Pamiętam, jak między Podkową Zachodnią a Wschodnią myśmy chodziły, miałyśmy nawet ćwiczenia, jak zbiegać z górki, jak podchodzić, jak być czujnym w każdym momencie, rozglądać się. To było na ogół w niedzielę, po mszy świętej. Przyjeżdżały koleżanki z Warszawy i myśmy w Podkowie urzędowały, poznawały teren.

  • Jak dużą grupą?

Nas było chyba siedem czy osiem.

  • Czy wszystkie razem ćwiczyłyście?

Tak. [Mam] zdjęcie, jak podchodzimy pod górę, Ada nas prowadzi, za rączkę trzymamy się w grupie. Byłyśmy bardzo zżyte i przetrwałyśmy do Powstania. Nasz zespół „Ruczaja” był gdzieś, trzymali się chyba dwa dni, chyba od niedzieli. Myśmy przyszły do pracowni…

  • Jeszcze do tego wrócimy. W 1940 pani zaczęła chodzić do szkoły w Warszawie. Do konspiracji pani wstąpiła w drugim roku szkoły, czyli to był 1941 rok?

Ćwiczenia były przeważnie w internacie. Czasami terenowe, do mnie przyjeżdżały koleżanki albo jeździłyśmy (ze dwa razy chyba) na teren pod Otwockiem. Chodziło o to, żebyśmy się umiały zachować, rozpoznać inny teren.

  • Czy w czasie okupacji brała pani udział w jakichś akcjach harcerskich?

Myśmy miały takie zadania tylko tuż przed Powstaniem. Koleżanki, które były w internacie, to po stronie otwockiej… Mnie zawiadomiła koleżanka (przyjechała Halina Szewelow, to było w niedzielę, przed Powstaniem, 30 lipca 1944 roku), że mamy mieć zbiórkę, mamy się stawić w Warszawie. Ona mnie tam zawiozła, poszła ze mną do pracowni pana Pomianowskiego. Tam zostawałyśmy na dyżurach.

  • Ile was tam zostawało?

Byłyśmy po dwie. Czasem któraś nie przyszła, więc została jedna. Myśmy czekały, po czterech godzinach przychodziła zmiana. Tak że jak mnie zabrała koleżanka do Warszawy, to już nie nocowałam, nie przyjeżdżałam do domu. Jedną noc, pamiętam, spędziłam u tej koleżanki, która mnie zawiadomiła. Ona mieszkała niedaleko Ogrodu Saskiego.

  • Dlaczego 30 lipca już zostałyście tam zgromadzone?

Trzeba było nas jeszcze pewnie doszkolić i wiedzieć, gdzie będziemy przyłączone, do jakiej grupy. Myśmy miały być przyłączone do grupy „Ruczaja”.

  • Wspominała pani, że byłyście przygotowywane do akcji, w której miałyście wziąć udział.

Pierwsza akcja była już w czasie Powstania.

  • Jaka to była akcja?

Miałyśmy być przy odbiciu więźniów, dzieci, ale to nie doszło do skutku.

  • Skąd odbicie tych dzieci? Proszę o tym opowiedzieć.

Przypuszczam, że to miało być z Alei Szucha. Wiem tylko jedno, że miałam mieć dla odbitego z Alei Szucha więźnia beret, bo oni mieli przecież na łyso głowy ostrzyżone. Jak przyjechałam do Warszawy, to miałam wskazane miejsce, gdzie będę tego więźnia odbitego doprowadzała. To było na ulicy Królewskiej, blisko kościoła, naprzeciwko Ogrodu Saskiego. Ten budynek przetrwał wojnę. Na czwartym piętrze było mieszkanie, miałam odpowiednią ilość dzwonków i się zameldować. Otworzyła starsza pani, na pewno w wieku mojej babci albo nawet starsza od mojej babci, ubrana na czarno. Pamiętam, że trzy razy chyba czy cztery miałam nacisnąć dzwonek. Ona mi od razu powiedziała, żebym pamiętała, że wieczorem też muszę tak dzwonić. Powiedziała, że w tym mieszkaniu są jeszcze inne rodziny, tak że muszę mieć dokładnie tę ilość dzwonków. Ta pani mnie poznała, ja ją. Nie doszło do tego w tę niedzielę, bo to było w niedzielę, jak Halina mnie zabrała do Warszawy. Każda z nas miała jakiś punkt, do którego będzie odbitego więźnia doprowadzała.

  • Co pani robiła dalej?

Nocowałam u koleżanki Szewelow. Następnego dnia, 31 lipca pojechałam na godzinę chyba jedenastą, miałam objąć dyżur w pracowni. Pamiętam tylko tyle, że jak jechałam tramwajem od Ogrodu Saskiego w kierunku ulicy Pięknej, to był przy Alejach [Jerozolimskich] przystanek w kierunku kościoła Zbawiciela. Tramwaj przytrzymał nas, tak że byliśmy drudzy. Kiedy światło zmieniło się na zielone, pierwszy ruszył. Nasz kierujący też ruszył, przejechał szybko Aleje Jerozolimskie. Ten pierwszy był zatrzymany przed Wilczą chyba, przed Hożą. Prowadzący tramwaj powiedział: „Proszę wysiadać, dalej nie będę jechał”. Wyskoczyłam z Haliną Szewelow. Myśmy szły na dyżur do pracowni pana Pomianowskiego, myśmy tam dobiegły. Potem się uspokoiło, nie było strzelaniny. Tak że myśmy już tam czekały, potem przyszła zmiana. Wtedy poszłam, bo w pobliżu mieszkali bracia mojej mamy. Wujek mieszkał na ulicy Hożej, a drugi na ulicy Pięknej, po przeciwnej stronie. Tam siedziałam w kantorku i te małe dziewczynki… Nie zapomnę tej maleńkiej, wyglądała jak aniołek, blondyneczka szczuplutka: „Chłopcy są?”. – „Nie ma”. I wychodziły. Później, jak przyszły, to powiedziały, że Jurek Tarnawski jest ranny i leży w szpitalu. To było koło kościoła Zbawiciela. Dowiedziałam się (ale chyba dopiero w niedzielę się wybrałam, żeby go odwiedzić), że on leży w wojskowym szpitalu. Wybrałam się tam. Nie mówiłam swojej druhnie, że idę, powiedziałam tylko, że idę do wujka, który w pobliżu mieszka.

  • Który sierpnia to mógł być?

To był 1 sierpnia. Oni brali już udział w ataku, wojsko było między ulicą Litewską i placem Unii, tam szturmowali. Poszłam do [szpitala], on leżał przy otwartych drzwiach, tak że zobaczyłam go. On przyjeżdżał w poprzednie wakacje, [w Brwinowie] miał widocznie jakąś ciocię. Był ranny w płuco chyba. Odeszłam stamtąd. Jeszcze jak chciałam przeskoczyć przez ulicę, którą tramwaje jeździły, to były dziewczyny z opaskami i mnie nie chciały przepuścić, że nie mam na piśmie. Więc mówię (kłamałam): „Mój brat leży ranny w szpitalu”. Ale one nie chciały. Przechodził starszy pan, w wojskowym mundurze. Widzi, że jestem zmartwiona i mówi: „Druhno! Co się stało?”. Mówię: „Mam kuzyna, leży w szpitalu, nie chcą mnie przepuścić, bo nie mam przepustki”. Miałam tylko opaskę akowską. On mi podaje: „Niech koleżanka weźmie to jajeczko”. I dał mi granat do ręki. Wtedy mnie przepuściły do szpitala. Oddałam mu to, on poszedł w kierunku placu Unii, a ja poszłam do szpitala. Tarnawski leżał tuż przy otwartych drzwiach, do takiego balkoniku doszłam zewnętrznymi schodkami, zobaczyłam go, pozdrowiłam. Wiedziałam, że żyje, tyle było właściwie mojego kontaktu z nim.
Myśmy jeszcze do piątku chyba czekały, że nasz oddział dojdzie. Drugiego sierpnia przyszła do nas łączniczka. Ada (nasza drużynowa) nie spała, bo już na tym miękkim nie mogła, a na stole już jej było ciężko. W każdym razie chodziła po podwórzu. Wyszłam tam (też leżałam na stole). W tym czasie, koło godziny szóstej rano, przyszła łączniczka. Spytała się Ady, naszej drużynowej, dlaczego myśmy się nie stawiły. Ona mówi: „Chłopcy nie przyszli”. Mamy dać znać, że ona do nas doszła, że teraz idzie szukać na Wolę, po chłopców. Była w białym fartuchu, o ile sobie przypominam. Odeszła, a myśmy czekały, że przyjdą. Myśmy tam czekały chyba cztery dni. Wreszcie przyszedł rozkaz z internatu, gdzie mieszkała Ada Kinowska, że mamy się zjawić w internacie, i myśmy przeszły. Chyba gdzieś nawet opisałam, jak myśmy przebiegały. Też musiałyśmy czekać, bo przez Aleje [Jerozolimskie] trzeba było między Bracką a Marszałkowską przebiegać. Czekałyśmy tam parę godzin, bo najpierw przerzucali chłopców, oni przebiegali. Pod spodem szły tory kolejki i Niemcy tam byli. Tak że mało tego: miałyśmy być bardzo cicho. Pamiętam tylko, że nad bramą, z której myśmy wybiegały, był balkon. Ten budynek ocalał. Pamiętam, że balkon wystawał poza budynek i był podparty kolumnami. Między kolumnami a budynkiem były ułożone worki z piaskiem. Chłopcy byli skierowani z karabinem maszynowym w jedną stronę w kierunku Nowego Światu, a w drugą stronę w kierunku Marszałkowskiej. Czekali, a pod spodem jeździły pociągi. Niemcy przepuszczali pociągi, bo mieli Dworzec Wschodni i Dworzec Główny. Niemcy im dowozili (tym, którzy byli pod ulicą) widocznie żywność. Oni wiedzieli, kiedy przejeżdżał jakiś pociąg pod spodem. Wiadomo było, że Niemcy tam przejeżdżają. Myśmy przeskoczyły. Byłam chyba ostatnia w szeregu, najmniejsza byłam z nich wszystkich. Przebiegłyśmy na drugą stronę, szczęśliwie nie było żadnych strzałów. Później przeskakiwałyśmy Marszałkowską, bo Niemcy znowu byli w Ogrodzie Saskim, w centrali telefonicznej, tak że trzeba było już wiedzieć… Zresztą instruowali nas, którędy trzeba iść na ulicę Pańską. Doszłyśmy tam. Te, które tam mieszkały, to były przeważnie córki jakichś wojskowych. W internacie nie było specjalnie miejsca, więc spałyśmy na zmianę albo po dwie.

  • Jakie zadania miałyście do wykonania?

Potem miałyśmy przydział. Ponieważ nasza grupa chłopców nie przyszła, to byłyśmy w sanitarnej [grupie]. Miałam ulice Śliską i Sienną. Tak że myśmy wzdłuż ulicy szły, robiły wywiady w każdym domu, czy są dzieci, czy są ranni.

  • Między ludnością cywilną?

Tak. Chodziłyśmy po dwie, ale ponieważ byłam nieparzysta, byłam jedyna, tak że po Siennej i Śliskiej chodziłam sama, to było dość długo.

  • Z jakimi nastrojami się pani spotykała, odwiedzając ludność cywilną?

Powiem szczerze, że przede wszystkim kontakty były, żeby otworzyć bramę. To byli mężczyźni. Najstarszy mężczyzna, mieszkaniec domu otwierał i udzielał informacji. Była sprawa, czy nie ma niemowląt, czy nie ma jakichś chorych, bo trzeba było donosić żywność. Wiem, że magazyn był przy ulicy Chmielnej, koło kina. Stamtąd się brało fosfatydy, jakieś odżywki w puszkach. Myśmy roznosiły, gdzie nam kolejno wskazywali, że jest matka, która jest w ciąży, będzie rodziła, więc i dla niej, [i tam] gdzie są niemowlęta. Został zrobiony punkt lekarski, była pani doktor. Nie pozwoliła [ujawniać] swojego imienia i nazwiska, wiem tylko, że miała krewnych na ulicy Wilczej, była pediatrą. Na ulicy Pańskiej, pod numerem 54 (to było w narożniku z Twardą, na parterze) jakaś rodzina wyszła, jakieś małżeństwo z parterowego mieszkania i oddali nam to dla lekarki i dla punktu opieki nad matką i dzieckiem. Ciągle krążyłam. Byłam ostatnia, bez pary. Pamiętam, że po paru dniach kolega Kamzy został dołączony. On był przyjacielem dowódcy wtedy w Prudentialu, nazwisko Marszałek bodajże. W każdym razie wiem, że tam meldunki [składałyśmy] codziennie po południu, po przebiegu ulicy, jak myśmy już to załatwiły i donosiłyśmy odżywki, przeprowadzałyśmy matki z niemowlętami. Była pani doktor i była sanitariuszka, pielęgniarka, która była po szkole pielęgniarskiej, tak że robiła im zastrzyki, wstrzykiwała na pleckach odżywki, żeby były nieodwodnione, siusiały. Musiały coś pić, chodziło o to, żeby ratować te dzieci, żeby dawać jakąś odżywkę dla matek, żeby mogły karmić. Mało tego, pamiętam, że taką matkę z dzieckiem trzeba było z ulicy do pani doktor doprowadzić, potem ją odprowadzić. Miałam ulicę Śliską, Sienną. Dopiero później (nie pamiętam, w jakim to było okresie) dołączony był (też nie miał pary) Kamzy. Był przy Marszałku, harcerskim dowódcy. Pochodził chyba ze Śląska, był na jakichś studiach, chyba medycznych, miał tytuły ukryte (nie w szkołach otwartych). Tak że on mi towarzyszył. Pamiętam, że pewnych rzeczy (bo myśmy roznosili albo doprowadzali mamę z dzieckiem) on raczej nie robił. Trudno byłoby tym samym instrumentem kolejne dzieci…
  • Czy w czasie pełnienia swoich obowiązków, tej służby społecznej, miała pani jakieś sytuacje zagrażające pani życiu?

Ulica Pańska była pod ostrzałem. Niemcy dokładnie o godzinie ósmej rano zaczynali dzielnicę ostrzeliwać. Pamiętam, jak myśmy kiedyś rano (przed ósmą jeszcze) wyszły. Idziemy ulicą Pańską i słyszę, że jest wystrzał. Więc myśmy się przytuliły, stanęły pod murem. Patrzę w kierunku ulicy Marszałkowskiej i widzę, jak przesuwa się duża kula jak gdyby, jakiś pocisk. Pada na pierwszy budynek (który był bliżej Marszałkowskiej) na ulicy Pańskiej. Jest ułamek ciszy, widzę, jak się dach podnosi i dopiero dochodzi mnie huk. Pamiętam, że myśmy szły po jakieś odżywki, żeby przynieść. Tak to wyglądało. Wiadomo było, że jak Niemcy zaczynali ostrzeliwać, to jedną konkretnie ulicę. Doszli wtedy do Pańskiej.

  • A jak było z żywnością, jeśli chodzi o pani oddział?

W internacie była kuchnia i tam myśmy jadały obiady.

  • Jak długo pani tam była?

Do końca. To znaczy, kiedy już tam było zbombardowane, mój ojciec przyszedł. Pamiętam, że poszedł do pani doktor, że chciałby mnie wziąć. Wiem, że pani doktor nawet się ucieszyła. Podała mojemu ojcu list, żeby zawiadomił jej rodzinę, która była na ulicy Wilczej.

  • Dostała pani przepustkę, poszła pani z ojcem?

Tak. To nawet nie było, że na przepustkę. Ale też trzeba było przeskakiwać, kiedy nam pozwalali. Ojciec pracował w Alejach Jerozolimskich. Przyznam się, że 2 sierpnia, jak wstałam i jak przyszła łączniczka, dlaczego myśmy się nie stawili, i poszła na Wolę, to niosłam meldunek do „Ruczaja”, na Kruczą pod trzynasty. Pamiętam, że wtedy moja drużynowa Ada powiedziała, że by nie chciała wyznaczać, kto by tam poszedł. Więc mówię: „Ada, ja wszędzie pójdę pierwsza. Ale dwadzieścia kroków za mną niech ktoś idzie, żebyście, jeśli się ze mną coś stanie, wiedziały, gdzie i kiedy”. Szłam Wilczą, za mną szła Henia Rydzówna. Jak doszłam do ulicy Kruczej, to spojrzałam: na skrzyżowaniu, po przeciwnej stronie, w narożniku (kamienica miała ścięty narożnik), na pierwszym piętrze siedzi Niemiec. W niemieckim mundurze, je z niemieckiej menażki. Pamiętam, stanęłam jak wryta. Cofnęłam się trochę, ale myślę sobie: „To niemożliwe, żeby tamta przeszła, tutaj nie ma Polaków”. Jak się wychyliłam drugi raz, to zobaczyłam, że nad tym, który z niemieckiej menażki je, pod wyższym balkonem jest polski orzeł. Wtedy skręciłam w Kruczą, poszłam pod trzynasty. Wiedziałam, że tam mam złożyć meldunek. Była pani w białym fartuchu, w wieku trzydziestu iluś lat. Powiedziała: „Proszę mi przekazać, ja pójdę”. Ustnie jej przekazałam, że łączniczka doszła, chłopców nie było, poszła ich szukać na Wolę. Ona poszła na górę, wyszła i powiedziała, że jest przyjęty [meldunek]. Mamy czekać, aż oni z Woli do nas dojdą. Właściwie codziennie nosiłam meldunki, dopóki myśmy tam były. Wiem, że chyba koło 14 sierpnia, nas ściągnęli. Tak że przebiegłyśmy wtedy na ulicę Pańską i po 14 sierpnia myśmy już były w tamtej dzielnicy. Po wojnie się dowiedziałam, że ojciec „Ruczaja”, naszego dowódcy, był ekonomem w Otrębusach. Jak on wyszedł po Powstaniu, chyba był ścigany i uciekał. Gdzieś na Pomorze pojechał i ukrywał się dłuższy czas.

  • Do którego dnia i miesiąca była pani w Powstaniu na Pańskiej?

Na Pańskiej było chyba do września nawet. We wrześniu jeszcze stamtąd myśmy donosiły. Kamzy był koło 14 czy 12 września do nas dołączony. On nie był na początku. Pamiętam, że z nim chodziłam, myśmy fosfatydy i inne donosili.

  • Praktycznie od pierwszego dnia Powstania pani miała kontakt z ludnością cywilną. Czy zmieniały się u ludności cywilnej nastroje, im dłużej Powstanie trwało?

Muszę powiedzieć, że jeszcze miałam jedno przeżycie. To było bodajże w pierwszą niedzielę sierpnia. Na podwórzu była wykonywana kara chłosty na mężczyźnie. Wyglądał na robotnika, przypuszczam, że mieszkał na tym terenie, nie wiem, w którym domu, w którym miejscu. Pamiętam wykonanie kary.

  • Kto wykonywał tę karę?

Wojskowi. Po dwóch stronach. Jeden miał pejcz i drugi miał pejcz. On był położony, chyba miał związane ręce i nogi, leżał na brzuchu. Pamiętam, jak bili na przemian, z lewej i z prawej. Pamiętam, że było podane, odczytany był akt tego czynu, że on wygrażał, że jak przyjdą ruscy, to on wyda czy coś takiego. Była jakaś komunistyczna pogróżka. Nie przypuszczam, że to był komunista. W każdym razie byle jak ubrany, zaniedbany. Pamiętam, że kilkanaście razów było. To było straszne, bo ten bicz po prostu przeciągał go. Był wyczytany wyrok, dlaczego: że jak przyjdą ruscy, to on powie, jak tu było. Wstał, wiem, że zabrała go siostra. Szedł, o własnych siłach nie mógł się poruszać, tak że ona go przeprowadzała. Nie wiem gdzie, bo stamtąd odeszłam.

  • Wróćmy do nastrojów wśród ludności cywilnej.

Powiem, że wszyscy byli cicho. Nie było żadnych docinków czy uwag, czy wykrzykiwań, nic. Wszystko się w ciszy rozeszło po tym wymierzeniu kary.

  • Czyli nikt nie miał pretensji do Powstańców?

Tak. Nie było przeciwników tego czynu, że go wychłostali. Pamiętam, jak go siostra prowadziła. Nie wiem, co się później stało, bo myśmy przeszły na ulicę Pańską. Byłyśmy jeszcze chyba do poniedziałku. Przyszła łączniczka, że w takim razie mamy pójść na Pańską. Z tego, co sobie przypominam, jak byłyśmy już przy pani doktor, jak nocowałyśmy z jeszcze jedną koleżanką w pomieszczeniu, gdzie był punkt sanitarny (to było na parterze), jak był nalot, to brałyśmy kobiety z dziećmi i sprowadzałyśmy do piwnicy. Czekałyśmy, aż przejdzie front. Potem odprowadzałyśmy matki z dziećmi do miejsca zamieszkania, więc znowu się przeskakiwało przez ulice, które były od Towarowej ostrzeliwane i od Ogrodu Saskiego. Henia miała do mnie pretensje, że jak przynosiłam te pierwsze dwa wystane w kolejce… Tylko na terenie małego getta była studnia, do której można było dojść. Niemcy nawet tę podziemną wyłączyli, było niedostępne, tak że przynosiłam dwa kubły wystane w kolejce i litr tej wody brałam, i myłam się. Moja koleżanka Henia miała mi za złe, że okradałam dzieci. Później mówi: „Jak mogłaś?”. (Teraz, ostatni rok, to nie jeżdżę. Zwykle spotykałyśmy się na tym odcinku wewnętrznym, między Nowym Światem, Alejami Jerozolimskimi. Spotkania, śpiewy, odczytywanie jakichś wspomnień. Ale w tym roku już gorzej się czułam, miałam operowane oczy).

  • Proszę opowiedzieć teraz o momencie, kiedy wychodziła pani z Powstania.

Wychodziłam, jak już ojciec mnie wziął. Zresztą pani doktor też wyszła stamtąd, ten punkt przestał istnieć.

  • To było w okolicach 14 września?

Tak, to już było pod koniec, w drugiej połowie września. Ojciec mnie zabrał. Bracia mojej mamy mieszkali: jeden na Pięknej, ale był sam, bo rodzinę miał wysłaną na wakacje poza Warszawę, a drugi wujek był starym kawalerem. Był drugi z kolei, mama miała dziewięciu braci i jedną siostrę. Najstarszy był księdzem, drugi pracował w gazowni, chyba jako inkasent. Mieszkał przed wojną między Koszykową a placem Zbawiciela, na Marszałkowskiej. W czasie okupacji, kiedy Żydów przenieśli do getta, przeprowadził się. Ktoś mu powiedział, że na Hożej 13 jest mieszkanie, i wujek tam się przeniósł. Tak że mój ojciec u tego wujka się zatrzymał i tam nas wyprowadził.

  • Czyli pani z ojcem wyszła?

Tak. Byłam na Hożej 13. Na drugim podwórzu był szpital, szkoła, która była przeznaczona [na szpital]. Tam mój ojciec dyżurował, jak trzeba było przenosić chorego czy rannego. Nie był w żadnej jednostce, po prostu tam pomagał.

  • A pani mama?

Mama była w Brwinowie.

  • Jak pani przeszła do taty, to jak długo tam pani była?

To była druga połowa września i byliśmy do upadku Powstania. Z ojcem postanowiliśmy, że… Szpital był jeszcze po upadku Powstania. Wiem, że jak chodziłam po wodę na ulicę Mokotowską, przy Wilczej chyba, kolejki były duże. Pamiętam, bo z dwoma wiadrami [chodziłam]. Trzeba było najpierw dziesięć porcji przenieść do szpitala, żeby mieli czym myć rannych na Hożej. Tam się wylewało, a dopiero jedenasta tura była dla siebie. Pod koniec Powstania, jak jeszcze byłam na ulicy Pańskiej, dołączyli do mnie kolegę Kamzę. On zmarł w tym roku, dowiedziałam się po jego śmierci, tak że nie byłam na pogrzebie. On ze mną chodził po ulicach.
Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak weszłam na [ulicy] równoległej do Pańskiej, wpuścili do bramy. To ci, którzy byli najstarsi, mieli opaskę, że są z tego domu, wpuszczali i wypuszczali ewentualnie. Jak tam przyszłam, wpuścił, [pytałam], czy nie ma tam kobiet, niemowląt: „A jest”. Wprowadził mnie na podwórko, to było przy Śliskiej chyba, ten budynek istnieje. Weszłam, po przeciwnej stronie bramy było drugie wejście. Na parterze jakaś rodzina wpuściła kobietę, która była w ciąży i zaczęła rodzić, zaczęły odchodzić jej wody. Miała już chyba dwuletnie dziecko, mieszkali na Saskiej Kępie. Ona z mężem i tą malutką dziewczynką, w ostatnich właściwie godzinach ciąży jechała w kierunku Okęcia, bo tam mieszkała jej matka, chciała się jeszcze z matką widzieć. Wyszli rano z domu, pojechali do matki. Jak wracali, motorniczy powiedział, że dalej nie jedzie, wszyscy mają wysiąść. Ten mężczyzna wziął żonę, to malutkie dziecko i zaczął szukać domu, bo nie mieli tam nikogo znajomego. Doszedł właśnie do ulicy Śliskiej, była zamknięta brama, zaczął stukać, otworzyli, wpuścili i jakaś rodzina, która mieszkała na parterze, wpuściła ją do swojej łazienki. Ona na wannie urodziła dziecko. Do końca, jak byłam, codziennie donosiłam dla niej odżywki. Leżała na deskach, na wannie, a jej mąż spał, siedząc na sedesie przy wannie, dziecko miał na kolanach albo w nogach żony. Do końca, dopóki tam chodziłam, to codziennie im jakąś fosfatydę czy coś donosiłam. Wiem, że czasami wychodziliśmy na następną ulicę, tam gdzie był szpital żydowski. W każdym razie tam też donosiłam jakieś zielone rzeczy. Widocznie tam w ogródku coś było sadzone.

  • To znaczy jakieś warzywa?

Warzywa, coś takiego było. Nie zapomnę tej kobiety, jak leżała. To niemowlę, dziecko w nogach, mąż na sedesie. Ale ta rodzina wpuściła. Po wojnie tam poszłam, tych lokatorów nie było. Ten, który był dozorcą później, nic nie wiedział o Powstaniu. Tak że nie mógł mi udzielać jakichś wspomnień czy relacji, jak tam było.

  • Czy jeszcze jakiś obraz pani zapamiętała, który chciałaby pani nam przekazać?

Przyznam się, że z tych pierwszych, to nie zapomnę tego balkonu i tego w niemieckim stroju. Odebrało mi dosłownie władzę, stanęłam, cofnęłam się, bo przed nim stał karabin maszynowy. I on z niemieckiej menażki zajada.

  • W jakim był mundurze?

Właściwie zza balustrady nie bardzo go siedzącego widziałam. Myślę sobie: „To niemożliwe, żeby mnie dopuścili poza linię frontu”. Jeszcze raz wyjrzałam. Zobaczyłam, że pod następnym balkonem jest biały orzeł na czerwonym tle.

  • Ile pani miała lat czasie Powstania?

To był 1944, ja się w 1927 urodziłam, tak że miałam siedemnaście lat. Uważam, że było potrzebne. I właściwie z koleżankami… Niektóre jeszcze żyją. Po wojnie te, które były na Pańskiej w internacie, były przewiezione do Krakowa i tam po Powstaniu były.

  • Co się stało z panią i z pani tatą?

Po upadku Powstania, kiedy już ludność cywilna wychodziła, z cywilną ludnością (wujkowie, dwaj bracia mamy, mój ojciec i ja, jeszcze moja kuzynka ze swoją koleżanką) prowadzili nas najpierw na plac Narutowicza. Droga prowadziła potem w kierunku Okęcia. W momencie kiedy myśmy już prawie do Okęcia dochodzili, była droga. Część nie brała udziału w Powstaniu, tak że mieszkańcy po przeciwnej stronie ulicy, w kierunku południowym, mieszkali w swoich domach. Przy drodze był pas ziemny, który był obsadzony przez mieszkańców ziemniakami i oni przychodzili, wygrzebywali sobie. Niemcy co jakieś pięćdziesiąt metrów z karabinami stali. Oni nas nie prowadzili, tylko stali i przepuszczali nas w kierunku na Włochy. Jak myśmy doszli prawie do kolejki EKD, tam były łączki, a mieszkańcom, którzy sobie nasadzili ziemniaki, pozwalano wejść, bo nie brali udziału w Powstaniu. Pamiętam, że myśmy też takie worki, jak oni mieli z ziemniakami, mieli na swoich plecach. Myśmy za nimi skręcili na pole, zaczęliśmy iść w tamtą stronę. Niemcy byli mniej więcej pięćdziesiąt metrów od siebie.

  • Skąd mieliście te worki?

U wujka nam dozorca dał, jak myśmy wychodzili, żeby można było wziąć… Nie wiedziałam, czy nas nie wywiozą gdzieś dalej, ale z ludnością cywilną myśmy wychodzili.

  • Tak że z tymi workami państwo poszliście?

Myśmy skręcili. Jak następna grupa, która za nami w pewnej odległości szła, chciała skręcić, to już ich Niemcy zatrzymali.
  • Czyli pani przeszła i pani ojciec?

Ojciec, dwaj wujkowie i moja siostra cioteczna ze swoją przyjaciółką.

  • Czyli wszystkim z pani najbliższej grupy się udało?

Tak, wszystkim. Z workami. Akurat mieszkańcy, którzy sobie ukopali ziemniaki, z takimi workami szli. Myśmy poszli, wujkowie zresztą szli bardzo dziarsko. Oni nie brali udziału, ale byli dużo starsi, nawet od mojego ojca. Wiedziałam, że za Opaczem była następna stacja, która w większości była zamieszkana przez folksdojczów. Jak dojeżdżałam kolejką EKD do Warszawy, do szkoły, to te dzieciaki jeździły na plac Trzech Krzyży. Tam była szkoła tylko dla Niemców. Pamiętam, miała z dziesięć lat, jedenaście. Pierwszy przedział w pierwszym wagonie kolejki był tylko dla Niemców, Nur für Deutsche. Jak wsiadaliśmy w miejscową kolejkę, to miałam jeszcze miejsce w wagonie. Jak już dosiadały jakieś starsze osoby, to ustępowałam, szczególnie w Pruszkowie, bo tam dużo starszych pań dojeżdżało do pracy. Pamiętam, że oparłam się o kładkę, bo ciasno było, ludzie stali obok mnie, a jedna dziewczynka – między sobą po niemiecku oczywiście rozmawiały – łokciem mnie. W momencie kiedy było przyhamowanie czy coś, to ona mnie łokciem. Pamiętam, że jakoś tak zrobiłam, że odsunęłam tych ludzi. Jak ona mnie następny raz buchnęła, to się przechyliła. Ludzie w wagonie zaczęli bić brawo. Była wściekła. Wyglądała na dziesięć lat, ale jeździła do tej szkoły. Inne były starsze. Ona stała, oparła się, ale chociaż łokieć wsadziła. Takie były historie. Po wojnie, jak myśmy wyszli, to się bałam iść dalej, bo myślę sobie: „Może one tam gdzieś jeszcze tkwią”.

  • Dokąd doszliście?

Nie doszliśmy do następnej stacji, tylko przez łąkę. Stała sobie mała chatka na działce. Wujek zaczął pukać: „Ludzie, my z Warszawy, jesteśmy zmęczeni, wpuście nas”, ale nikt się nie odzywał. Mówię: „Słuchaj, tu nikogo nie ma”. – „Na pewno ktoś tu jest”. Ale myśmy odeszli. Jak myśmy uszli ze dwadzieścia metrów, to drzwi się uchyliły, wychylił się mężczyzna. Oni mieli swoją działkę tam, mieszkali w Warszawie (chyba na Woli), ale tuż przed Powstaniem wyszli stamtąd i zostali już na tej działce. Jeszcze jakiś ich przyjaciel był. Była leżanka i u góry, po przeciwnej stronie, więc małżeństwo spało na dole, a na górze ich znajomy czy krewny. Oni nas wpuścili. Z tymi worami, bo nie było jak zdjąć, myśmy przykucnięci siedzieli do rana. Powiedzieli nam, że kolejka tutaj dojeżdża, jeździ raz na godzinę i że Niemcy często sprawdzają. Chodziło o to, żeby mężczyzn szybciej wyekspediować. Do pierwszej kolejki dostali się bracia mojej mamy, dojechali do Podkowy, a potem z Podkowy [do Brwinowa] przyszli. Tak że jak myśmy w następną kolejkę za godzinę wsiedli, przyjechali do Podkowy, to moja młodsza siostra przyszła nas spotkać do Podkowy. Moja kuzynka z wujkami dostała się do pierwszego pociągu, przyjechała i [powiedziała], że na pewno przyjedziemy następną kolejką. Tak że jak wysiadałam w Podkowie z bagażem i koleżanką mojej siostry ciotecznej, moja siostra rodzona wita się ze mną, rozgląda się i mówi: „Ale gdzie jest tatuś?”. Widzę, jak tatuś wyskakuje przez okno ze środka wagonu, bo go nie przepuszczali. Tak był nabity, że nikt nie chciał ustąpić, nie było jak ustąpić. I mój ojciec z workiem (worek chyba pierwszy wyrzucił) wyskakiwał przez okno. Ze swoją siostrą rozmawiam, on dochodzi, staje obok nas. Ona patrzy na ojca, rozgląda się, i mówi: „Ale gdzie jest tatuś?”. Wtedy spojrzałam na ojca, zaczęłam płakać.
Mieli orne pola przy sąsiedniej ulicy. On był chyba o dwie klasy wyżej niż ja. Przejeżdżając, mówi: „Ale tyś zrobiła mamie zmartwienie!” – czy coś takiego. Pamiętam, mówię do niego: „A skąd ty możesz o tym wiedzieć?”. – „A wiem, bo przychodziła do nas na herbatę”. On się zatrzymał, myśmy wsiedli, no i dojechaliśmy, podwiózł nas. Mieszkał na sąsiedniej ulicy, ale nas podwiózł z bagażami. Mama stała już przed budynkiem.

  • Czyli emocje dopiero się ujawniły, jak już pani poczuła się bezpieczna?

Powiedziałabym, że miałam dużo spokoju, to znaczy myślałam, jak można pomóc. W każdym razie miałam do mamy trochę żalu, że mi krzyżyka nie dała, bo jak to, od chrzestnego?

  • To znaczy, że mama nie chciała, żeby pani szła do Powstania?

Ona tylko wiedziała, że ja wychodzę. Wtedy się mówiło, że ma być odbicie więźniów z alei Szucha. Koleżanka mi powiedziała, że będziemy dołączone, że jak będzie odbicie więźniów z alei Szucha, to tych odbitych więźniów mamy porozprowadzać do prywatnych mieszkań. Miałam, pamiętam, na ulicę przy Ogrodzie Saskim, na Królewską, do starszej pani. Tam były takie hasła, że ileś razy… Trzeba było się umówić.

  • Czyli pani mama wiedziała tylko o tym, że pani idzie do akcji? Mama nie wiedziała, co się z wami dzieje?

Tak. Koleżanki, które mieszkały w Warszawie, mogły się telefonicznie porozumieć. U nas telefonu nie było, ale nawet nie można byłoby powiedzieć: „Żyjemy – czy – jesteśmy”.

  • Czyli szczęśliwie dotarliście wszyscy do domu?

Tak.

  • Co się działo do zakończenia wojny? Mieszkaliście państwo w Brwinowie?

Tak. W każdym pokoju jakaś rodzina była, którą mama wpuszczała. Później oni szukali gdzie indziej, żebyśmy mieli gdzie się położyć.

  • Czyli w domu już było bezpiecznie?

Tak. To znaczy to był okres, kiedy była eksmitowana ludność z Warszawy. Niemcy nawet później chodzili po budynkach i sprawdzali po piwnicach, czy nie ma jeszcze jakichś [ludzi]. Szczególnie chodziło im o wojskowych. Tak że niektórym się udawało, ale było to jeszcze pod opieką Niemców.

  • Jak pani zapamiętała koniec wojny? Czy coś szczególnego się wydarzyło?

Powiedziałabym, że przyjęłam z wielka ulgą. Mój ojciec przeżył pierwszą wojnę, był na terenie Rosji, nawet na Syberii. Był w Wojsku Polskim w latach dwudziestych i z wojskiem przywędrował. Dziadek był pracownikiem poczty i był w Wilnie, potem był gdzieś w północnej części Rosji. Stamtąd jakoś wyszedł i był w Warszawie, pracował na ulicy Chmielnej. Przy ówczesnym Dworcu Głównym była poczta, którą się rozsyłało. Dziadek pracował w tej jednostce, która rozsyłała po Polsce. Mieszkali na początku, jak dotarli do Warszawy… Pochodzili z Suwalszczyzny, mój ojciec był urodzony w Suwałkach, mój dziadek był urodzony w Sejnach, a w ogóle pochodził z jeńców tureckich, dlatego że w metryce urodzenia było: Turczak. Potem było zmienione, to państwowe było, nie że oni indywidualnie. Być może dlatego że on pracował na poczcie, mógł mieć jakieś znajomości, w każdym razie było zmienione. Ja urodziłam się jako Turczyńska. Mama pochodziła prawdopodobnie z rodziny węgierskiej, miała nazwisko Bors. Jej ojciec był przez jakiś czas w Żyrardowie… Nie wiem, jak się wtedy nazywał ten, który miał miasto pod sobą.

  • Chciałabym, żeby pani powiedziała kilka słów, pani refleksji na temat Powstania. Powiedziała pani, że czuła, że pani obecność w czasie Powstania w Warszawie była potrzebna.

Tak, tak uważałam. Z tym że czy samo Powstanie…

  • Czy w pani odczuciu było potrzebne?

Wydaje mi się, że ci, którzy decydowali o tym, byli przekonani… Armia radziecka już była, dochodziła do prawej strony Warszawy. Zresztą jeden z moich nauczycieli, jak byłam w czwartej klasie, pan Mazowiecki (jak go przenieśli w stronę chyba Otwocką, to jak się doszkalał, przyjeżdżał, rodzice go nocowali) też brał udział w Powstaniu, ale miał oddział po tamtej stronie. Nawet nie wiem, czy nie był ich dowódcą. Chcieli przejść przez Wisłę i dać pomoc Warszawie. Jeździłam do tej miejscowości, bo chciałam się dowiedzieć, co się z nim stało.

  • Już po wojnie pani jeździła?

Już po wojnie, tak. Wtedy się dowiedziałam, że on miał swój oddział, że przyjmowali zrzuty broni, które samolotami nadlatywały nad ich teren, potem ukrywali. Mieli nawet karabin maszynowy gdzieś zakopany. Potem poszli do lasu, bo to było na terenie leśnym, żeby odkopać go, żeby wziąć do użytku. On był lekko przysypany jakimiś gałęźmi czy coś takiego. Oni przez Pragę nie mogli się dostać, ruscy ich nie dopuszczali, żeby doszli. W związku z tym poszli w dół Wisły, w jakimś lesie, ale tam też już Niemcy byli i ich ostrzeliwali z tego brzegu na tamten.

  • Tak że oni nie mogli pomóc?

Nie mogli pomóc i on ich wycofał. Ale się już tak źle czuł, że nie mógł prowadzić. Widzieli, że on się źle czuje. Nie dał się, że będzie niesiony, ale powiedział, że musi teraz, w tej chwili wyjść za swoją potrzebą. Odszedł w głąb lasu i zastrzelił się.

  • Proszę jeszcze powiedzieć w kilku zdaniach o pani losach po zakończeniu wojny. Czy była pani represjonowana?

Nie.

  • Rodzice pani również nie byli represjonowani?
Nie. [W Brwinowie] było spokojnie, tym bardziej że ja w harcerstwie nie byłam [w Brwinowie]. W naszej szkole wtedy już nie było pana Śmigielskiego, tak że tylko było męskie harcerstwo. Ale byłam w harcerstwie w Warszawie. Myśmy czasem jeździły na linię otwocką.




Brwinów, 12 stycznia 2012 roku
Rozmowę prowadziła Barbara Pieniężna

Zobacz także


łącznik, zastępowy, listonosz

Jerzy Jan Dworak „Wesoły Tygrys”

Nazywam się Jerzy Dworak, pseudonim z Powstania: „Wesoły Tygrys”. Urodziłem się we Włochach pod...

więcej
strzelec

Antoni Polikarp Ziemak „Twardziel”

Moje nazwisko Ziemak, a imię Antoni Polikarp, dwa imiona mam. Urodziłem się 7 lutego 1927 roku w Chotomowie....

więcej
strzelec, goniec, łącznik

Wojciech Jursz „Kurek”

Nazywam się Wojciech Jursz, urodziłem się 21 lutego 1928 roku w Warszawie. Ojciec mój był oficerem...

więcej
strzelec, łączniczka, sanitariuszka, służby pomocnicze

Aleksandra Sękowska „Oleńka”

Aleksandra Sękowska, w Powstaniu Diermajer, pseudonim „Oleńka”, urodzona w 1929 roku w Warszawie...

więcej