Jerzy Chlistunoff „Jurek”

Archiwum Historii Mówionej


Jerzy Chlistunoff, pseudonim „Jurek”, urodzony 21 sierpnia 1926 roku w Warszawie. Stopień strzelec (w oddziale na początku Powstania). W połowie Powstania awans na kaprala. A pod koniec Powstania, dziesięć dni, może dwa tygodnie, nawet dowódca drużyny. Bo stopniowo wykruszali się inni powstańcy… W czasie okupacji, kiedy byłem żołnierzem „Kedywu” warszawskiego, miałem, (mniej więcej po roku), funkcję tak zwanego „patrolowego”; to znaczy: był system trójkowy i miałem trzech swoich podwładnych żołnierzy (mimo że byłem jeszcze bardzo młody). Dostałem się do tajnej organizacji wojskowej, gdzie limit wieku – jak mi powiedziano – był dwadzieścia lat, a ja miałem szesnaście, nawet nieukończone. W jaki sposób więc się dostałem? Narzeczony mojej siostry (która była o sześć lat starsza ode mnie), który dla takiego młodego człowieka był wzorcem […], zaproponował mi to. Do TOW dostałem się więc na zasadzie „protekcji”. Co to była Tajna Organizacja Wojskowa? Tajna Organizacja Wojskowa była to rzeczywiście najstarszą organizacją niepodległościową, jaka powstała już w pierwszych dniach września. Koncepcja Tajnej Organizacji Wojskowej była opracowywana już przed wojną przez sztab wojskowy i przez dwójkę (przez drugi wydział), bo chodziło o stworzenie piątej kolumny dywersyjnej, która mogłaby na zapleczu wroga, w razie klęski działać przeciwko najeźdźcy. W związku z tym, już we wrześniu 1939 roku powstała ta organizacja. Założył ją słynny „Radosław” czyli pułkownik Mazurkiewicz, który dostał się na Węgry przez góry, później dostał się do Paryża, gdzie był cały nasz rząd. Tam otrzymał odpowiednie dyrektywy. Wrócił do Polski, zaczął organizować Tajną Organizację Wojskową (była to kontynuacja dawnego POW). Dopiero kiedy Związek Walki Zbrojnej przekształcił się w Armię Krajową (to jest początek 1943 roku), to TOW – ta warszawska TOW, która nazywała się Warszawa-Miasto, Tajna Organizacja Wojskowa Warszawa-Miasto, w której byłem, a jeszcze dokładniej Warszawa Śródmieście, weszła w skład „Kedywu”, Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej („Kedyw” to jest Kierownictwo Dywersji), i stała się właściwie jego podwaliną, jego trzonem, Tajna Organizacja Wojskowa stała się „Kedywem” Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej. Tam były może jeszcze jakieś inne oddziały, ale podwalinę, główną siłę stanowiliśmy my – Tajna Organizacja Wojskowa, która zachowała w dalszym ciągu swoją autonomię, swoją prasę i struktury, natomiast jeśli chodzi o wojsko, czyli o żołnierzy dywersji i sabotażu, to oni przeszli do „Kedywu” i stanowili podwaliny Warszawskiego Okręgu. Przez pewien czas dowódcą „Kedywu” Komendy Głównej AK „Radosław” był Mazurkiewicz „Radosław”, potem był ten wspaniały i nieszczęśliwy generał Fieldorf „Nil”. W Warszawie dowódcą „Kedywu” warszawskiego przez krótki czas był Jerzy Lewiński miał pseudonim „Chuchro”. Później był on aresztowany, o ile pamiętam. Wtedy dowódcą naszej grupy został kapitan „Andrzej” (kapitan, potem podpułkownik czasów wojny). To był cywil, dyrektor gimnazjum w Tomaszowie Lubelskim, filolog z zawodu, doktor nauk humanistycznych – doktor Józef Rybicki (późniejszy zresztą założyciel KOR-u). Bo on działał prawie do końca życia…

  • Proszę powiedzieć coś o swojej rodzinie, z której pan pochodzi, swoich rodzicach, siostrze, o korzeniach.


Moje korzenie? My jesteśmy często mieszaniną najróżniejszych narodowości. Mam dużo krwi rosyjskiej, dużo krwi niemieckiej i też sporo polskiej. Byłem wychowywany w warunkach bardzo polskich, mimo, że mój ojciec pochodził z wojskowej, rosyjskiej, rodziny. To była bardzo duża rodzina. Rodzina cała oczywiście zginęła gdzieś tam w Rosji… Natomiast mój ojciec studiował w Polsce, był związany z Polską, matka jego była Polką, i muszę powiedzieć, że my (moja siostra i ja) byliśmy wychowani zawsze w bardzo polskiej atmosferze w domu. Żona moja pochodzi też z wojskowej rodziny (ale polskiej), ojciec był lotnikiem, potem w RAF. Taka była wtedy młodzież… Byliśmy bardzo patriotycznie wychowywani wszyscy. To nie było tak, że ja byłem wyjątkiem, czy moja żona, czy moja siostra. Wszyscy byliśmy w takim duchu wychowani…

  • Chciałabym, żeby pan opowiedział więcej, kim byli rodzice, co robili, w jakim środowisku się pan znajdował.


Moja mama była nauczycielką niemieckiego, natomiast mój ojciec był przez pewien czas sędzią w Wilnie. Potem był bezrobotny, również przed wojną, bo to były bardzo różne czasy… Najprzeróżniejsze. Było tak, na przykład, że jakiś kolega ojca został ministrem czy wiceministrem w Warszawie i ściąga teraz ojca do Warszawy. Ojciec zrezygnował ze swojego sędziostwa, przyjechał do Warszawy, a okazało się, że minister już nie był ministrem, bo to była ciągła zmiana rządów. Były okresy bezrobocia, najprzeróżniejsze, jeździliśmy bardzo dużo po Polsce, mieszkaliśmy w różnych miastach. Mieszkałem również w Kosowie Poleskim, tuż koło Mereczowszczyzny tam, gdzie się urodził Kościuszko. Często tam jeździliśmy, kuligi urządzaliśmy. Tak to było, jeżeli chodzi o moje wychowanie przedwojenne.

  • Proszę powiedzieć jeszcze, do jakiej szkoły pan chodził?


Chodziłem do szkoły powszechnej, do [czasu] wojny jeszcze, po czym zdawałem do gimnazjum Mickiewicza, ale nie rozpocząłem tam nauki, ponieważ wybuchła wojna. Nawet muszę powiedzieć, że na swój sposób cieszyli [się] z wojny tacy chłopcy w moim wieku. Pamiętam doskonale taką scenkę. Mieszkałem wtedy akurat w Józefowie w 1939 roku, był okres wakacji, byliśmy jeszcze w Józefowie pod Warszawą. Tam stacjonował obok nas oddział kawalerii polskiej i taki młody podchorąży podszedł do nas, do mnie i mojego kolegi, objął nas po kolei i mówi: „Co chłopaki? Cieszycie się, że wojna jest?”. „Tak, tak, panie podchorąży, do szkoły nie musimy iść”. Bo to 1 września wtedy był. Wtedy też dokonałem „pierwszego aktu sabotażu” w stosunku do Niemców, ponieważ – dobrze to jeszcze pamiętam – wychodziłem po mleko z Józefowi, chyba to były Świdry Wielkie, czy Błota nazywała się ta wieś, do której chodziłem po mleko. Chodziłem przez ten pusty Józefów, z którego prawie wszyscy letnicy już wyjechali, pustymi uliczkami, z dziewczyną starszą ode mnie o kilka lat. Warszawa była już oblegana przez Niemców, była cały czas ostrzeliwana z ciężkich dział, ciągle tylko słychać było te pociski. W ciągu dnia była bombardowana, a w nocy, wieczorem, o zmroku chodziłem po to mleko. Co pewien czas było widać przemykający oddziałek polski z rozbitych oddziałów, za chwilę Niemcy się pokazywali. Przyjechał wóz pancerny niemiecki, z żołnierzami niemieckimi i oficer, czy podoficer – ich dowódca zapytał nas, tę dziewczynę i mnie, gdzie jest most. A wtedy tam taki drewniany most został wybudowany przed wojną przez Wisłę. Był bardzo dla nich cenny: Brücke? I ta dziewczyna zaczęła im pokazywać, dokąd oni mają jechać. Ale ja mówię: Nein! Nein! Pokazałem im, że w drugą stronę mają jechać. I wtedy wziąłem się za tę dziewczynę, jak oni pojechali. Jakże zadowolony byłem, że oni nie pojechali tam, gdzie zamierzali jechać. „Jak ty mogłaś w ogóle mówić, gdzie jest most?!”. To był właśnie pierwszy „akt dywersji”. W czasie wojny, w 1939 roku ponieważ nie mieliśmy mieszkania w Warszawie, mieszkaliśmy u mojej ciotki, takiej przyszywanej (to była moja chrzestna matka) przyjaciółka mojej mamy, zresztą z Kresów, z Mińska, koleżanka szkolna, przyjaciółka, która pozwoliła nam mieszkać w swojej willi w Klarysewie, ona mieszkała w Warszawie, jej mieszkanie było niezniszczone. W Klarysewie były fantastyczne warunki, bo był tam olbrzymi ogród (teraz już go nie ma, jest rozparcelowany na maleńkie parcele, ale ta willa jeszcze stoi wśród tych różnych domów pobudowanych już po wojnie, szczególnie w tym ostatnim piętnastoleciu), poza tym ta pani, moja „ciotka przyszywana”, która zrobiła to z dobrego serca użyczając nam tej willi na mieszkanie, przyjeżdżała tylko latem, a jak przyjeżdżała latem, to znaczy w lipcu, w sierpniu, to my musieliśmy gdzieś tam się ścieśnić. Oni przyjeżdżali do swojej willi, tam był ogrodnik, który pilnował ogrodu, kortu tenisowego. Do części tego ogrodu należała ta skarpa wiślana, która idzie przez Powsin, więc był i las i mnóstwo altanek. Cudownie. Ta pani miała cztery córki. Więc w związku z tym do tych córek przyjeżdżało mnóstwo młodzieży, męskiej młodzieży z Warszawy. Zawsze latem było tam mnóstwo młodzieży. Cała ta młodzież pracowała w konspiracji. Z tym, że nikt niczego o sobie dokładnie nie wiedział. Może niektórzy się orientowali, ale ja się nie orientowałem. Ja wśród tej młodzieży byłem najmłodszy. Bo to była młodzież przeważnie starsza ode mnie o pięć, sześć lat, w wieku mojej siostry. Wtedy kiedy oni mieli dwadzieścia lat, to ja miałem czternaście. To był pierwszy rok wojny. Wtedy kiedy oni mieli dwadzieścia kilka, miałem odpowiednio kilka więcej, ale byłem smarkaczem jeszcze.

Prowadziłem jeszcze życie na wpół dziecięce do mniej więcej 1942 roku. Wtedy właśnie narzeczony mojej siostry, który był dla mnie wzorcem, pod każdym względem, i fizycznym – bo był trochę kulturystą – i swojego intelektu również, sam mi to zaproponował… Wiedziałem, że on jest w konspiracji. Też chciałem być w konspiracji, ale myślałem, że jestem jeszcze za młody, za mały, prowadziłem życie na wpół dziecięce.

Nart nie wolno było mieć. Narty Niemcy zabrali. Ale ja narty swoje miałem, ponieważ ogród miałem, górkę w tym ogrodzie miałem, skocznię sobie zrobiłem. Jest tam obok ulica Saneczkowa (gdzie potem Gierek sobie wybudował rezydencję, dwie, trzy parcele za tą, gdzie mieszkałem w czasie wojny). Zrobiłem sobie skocznię narciarską, skakałem na tych nartach, bo nikt nie mógł mnie zobaczyć… i jeździłem na komplety gimnazjalne (ale nie do gimnazjum Mickiewicza). W pierwszym roku wojny to w ogóle się nie uczyłem poza domem, tylko uczyła mnie moja rodzona mama, to znaczy uczyła mnie niemieckiego, natomiast matematyki mój ojciec, bo nie mówiłem o tym, ale ojciec ukończył Korpus Kadetów w Rosji. Wiedza mojego ojca była na takim poziomie, że nawet kiedy byłem przez pewien czas na Politechnice, na architekturze, to potrafił mi pomagać w matematyce wyższej. Niesamowite! Poziom był tam naprawdę bardzo wysoki. Przedmiotów było mnóstwo. I konna jazda i fechtunek poza wszystkim. To był oczywiście Korpus Kadetów carskich.

W Klarysewie panowała taka atmosfera, że chyba nie można było nie być w konspiracji! Bo wieczorem jak się szło przez ten ogród (a było mnóstwo różnych ławeczek pod świerkami, pod różnymi drzewami, na tej górce gdzieś tam), widywało się tylko takie pary… Na przykład idę i pod jakimś świerkiem, na jakiejś ławce siedzi moja siostra, a jej narzeczony czyści pistolet. Ale jeszcze w konspiracji nie byłem i on w 1942 roku, na wczesną wiosnę powiedział: „Czy chcesz pracować?”. Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, o jaką pracę, czy on myśli o wakacjach, żebym pomógł swoim rodzicom, którym się przecież dobrze nie powodziło (raczej biednie było), co miał na myśli. Potem jak dotarło do mnie, że on mi proponuje pracę w konspiracji, to oczywiście był to dla mnie szok. Jeszcze na chwilę się cofnę – pamiętam, jak w czasie wojny brałem różne książki dotyczące Piłsudskiego, czasów Legionów, jak powstawała jeszcze tamta Polska niepodległa i z taką zazdrością patrzyłem na zdjęcia tych ludzi: „Boże, oni mieli takie strasznie wielkie możliwości pracować dla swojego kraju, a ja jeszcze jestem za młody”. Więc jak on mi to zaproponował, to byłem strasznie dumny i ten mój pierwszy dzień w konspiracji to zapamiętałem oczywiście na całe życie. Bo to był dla mnie szok. To było takie nagłe przejście z dziecięcego, z na wpół dziecięcego życia… Wyprawy do Lasu Kabackiego, nawet nocowanie – pamiętam – w Lesie Kabackim. Zimą kiedyś z kolegą poszliśmy, żeby się jakoś fizycznie i duchowo jednocześnie hartować i w Lesie Kabackim, zimą, zrobiliśmy sobie z gałęzi sosnowych takie leże, tam się zaszyliśmy (notabene byliśmy świadkami egzekucji niemieckiej – miejsca nie odnaleźliśmy później – w nocy usłyszeliśmy jadący samochód w Lesie Kabackim), bo to nie było tak jak teraz, że Las Kabacki jest tuż przy samej Warszawie, peryferia Warszawy. Przyjechał samochód, potem były strzały. Dokonano jakiejś egzekucji. My potem rano o świcie […] szukaliśmy tego miejsca, ale nie znaleźliśmy i poszliśmy do domu, ale jestem przekonany, że była to egzekucja. To była noc w pierwszych latach wojny. Jest 1942 rok, pierwszy dzień mojej konspiracji. Narzeczony mojej siostry (Halina Chlistunoff-Cieszkowska, pseudonim „Alika”), wielki autorytet dla mnie…

 

  • Jak się nazywał?


Kazimierz Korolkiewicz, pseudonim miał „Bolek”. Jest tutaj wzmianka, niestety bardzo dużo jest niedokładności w tej książce, to jest książka „Kedyw Okręgu Warszawskiego” i jest tylko o nim wzmianka (15 sierpnia 1943 rok). Henryk Witkowski, autor tej książki, to był właśnie dowódca z „Kedywu” Warszawskiego, dowódca Kolegium B. Bo [Kolegium] A to było bezpośrednio „Andrzeja”. A my byliśmy Kolegium C. Tam, w tej książce jest tylko wzmianka o nim. On miał pseudonim „Bolek”, a na imię Kazik. Powiedział mi: „Masz być u św. Anny w kościele, tam będzie facet tak i tak ubrany, jak wyjdziecie przed kościół, (nie pamiętam, było jeszcze jakieś hasło porozumiewawcze) to będzie Kazik”, bo tamten miał z kolei pseudonim „Kazik”.

Obaj potem 15 sierpnia 1943 roku wpadli w pułapkę zrobioną przez żandarmerię na Senatorskiej przy figurze św. [Jana] Nepomucena. Ponieważ mieli przy sobie broń, ostrzeliwali się, jeden z nich był ranny. Zostali aresztowani. Oczywiście był Pawiak, było Szucha, badania, nie wiem, co z tamtym się stało, ale narzeczony mojej siostry po prostu, na szczęście, został wywieziony do Mauthausen. Mówię na szczęście, dlatego że my odetchnęliśmy z ulgą… Ponieważ tuż po jego wywiezieniu z Warszawy ukazała się pierwsza lista. Te „czerwone listy” Bekanntmachung z nazwiskami ludzi przeznaczonych na egzekucję publiczną.

  • Jakie były jego dalsze losy?


Jego dalsze losy były takie: On przeżył obóz Mauthausen, bardzo ciężki. To było dla niego bardzo ciężkie, bo to był wyjątkowo bojowy chłopak, nie tylko w mojej ocenie, ale i dowódców. Przeżył obóz, później związał się z Drugim Korpusem Andersa, dostał stypendium, studiował w Londynie na ekonomii. Potem wiem, że stypendium stracił, to pracował w metro londyńskim, dorabiał sobie, potem skończył, wyjechał do Kanady, jego przeżycia, wydaje mi się, wykończyły go. Z tego, co wiem, on pił. Tam się rozpił już i stosunkowo młodo zmarł. Moja siostra do niego jechała po wojnie i miała płynąć duńskim statkiem. Już było wszystko przygotowane, ale to jest zupełnie inna historia, nie chcę o niej mówić. Mówiłem jej, żeby nie płynęła, żeby popłynęła następnym rejsem. Odprowadziłem ją do Szczecina. Ona miała jechać jako pracownik stoczni, jako robotnik ładujący, pracujący w stoczni. Wszystko było przygotowane. Odradziłem jej, ponieważ chodziło o to, że była tuż przed pracą magisterską na uniwerku. Mówiłem: „Zrób to magisterium, za dwa miesiące oni znów tu przypłyną”, mieli mieć jeszcze dwa czy trzy rejsy i było umówione z tym drugim oficerem tego statku, ale to nieważne. Ona miała do mnie wielką pretensję, że nie pojechała do swojego narzeczonego, w związku z tym miałem w domu awanturę i żal z jej strony. Tak się potem stało, że on się przeprowadził do Kanady i nic z tego już nie wyszło. Później on się ożenił, potem zmarł, moja siostra wyszła za kogoś innego za mąż, jej okupacyjna miłość się w ten sposób zakończyła. Jeszcze wrócę do tego, że to była taka szczególna atmosfera w tym domu w Klarysewie. Teraz jeszcze o tym domu muszę powiedzieć… Dlatego, że to też nie byli tacy zwykli konspiratorzy. Z tego domu pochodziła córka tych państwa, u których mieszkaliśmy w tej willi. To była Basia Rewkiewicz, Barbara Rewkiewicz, pseudonim „Czarecka”, która była członkiem, potem dowódcą grupy dalekosiężnego naszego wywiadu na wschód. To była wybitna konspiratorka, a drugą osobą był z kolei kurier na Francję, pan inżynier Bolesław Zieleniewski pseudonim „Żaryn”, o którym pisze w swojej książce słynny „Bradl” czyli pan Kazimierz Leski. Wspomina o nim bardzo dużo, poświęca jemu cały rozdział. Pan inżynier Zieleniewski (dużo starszy oczywiście od tej młodzieży), który prowadził wspaniałe gry i zabawy. Na przykład: jak będzie przyszła Polska wyglądała? Każdy otrzymywał jakąś tekę ministerialną, jaki resort po wojnie poprowadzi. Ja w tym nie uczestniczyłem, bo byłem trochę za młody lecz ta młodzież starsza ode mnie, to oni stanowili taką zwartą grupę, a ja byłem jeszcze taki sobie… najmłodszy. Nawet miłość miałem okupacyjną, to była najmłodsza z tych czterech córek. Bo te pozostałe córki to były o kilka lat starsze ode mnie.

  • Z wzajemnością?


Z wzajemnością, oczywiście. Pani domu chodziła po ogrodzie o godzinie dwunastej i dorosłą młodzież zapędzała do spania. Wszyscy młodzi mężczyźni szli spać na ławki w ogrodzie lub do altanek, ja spałem na sianie w domku ogrodnika, na górce z sianem, taki stryszek. Chodziło o to, że jakby przyjechała żandarmeria czy gestapo, żeby można było uciekać na sąsiednie posesje, do tych dużych ogrodów, jakie otaczały tę willę. W sąsiednim domu ukrywała się miedzy innymi Broniszówna. W innych też pewnie jeszcze ktoś się ukrywał… Takie to były czasy. Żeby można było uciekać, latem spaliśmy wszyscy w ogrodzie. Bardzo dużo młodzieży przyjeżdżało. Żyliśmy w tej atmosferze, takiej bardzo patriotycznej. Jeszcze powiem coś, o czym wspominam w książeczce swej, że moim chrzestnym ojcem jest profesor Jerzy Żurawlew, twórca Szopenowskich Konkursów. To były zaprzyjaźnione rodziny – państwa Rewkiewiczów i Żurawlewa. Ten pan Rewkieiwcz był dyrektorem Monopolu Zapałczanego przed wojną. To był bardzo zamożny człowiek i on sfinansował pierwszy Konkurs Szopenowski. W 1927 roku (w rok po moim urodzeniu), memu chrzestnemu ojcu moja chrzestna matka (a właściwie jej mąż), sfinansował Konkurs Szopenowski, bo inaczej konkurs by się nie odbył. Profesor Żurawlew chodził do prezydenta Wojciechowskiego, chodził tam i jęczał o pieniądze, a w rezultacie sponsorem tego (jak się dzisiaj mówi), został pan Henryk Rewkiewicz. W czasie wojny przyjeżdżał Żurawlew i na naszym fortepianie (bo tam fortepianu nie było, dostaliśmy go ze spalonego dworu Bielawy, takiego pana Rosmana, który dał nam w czasie wojny do przechowania), na tymże fortepianie najpierw grała moja mama, amatorsko, a jak przyjeżdżał profesor Żurawlew, on grał na tym fortepianie. Mimo niechęci do takich ckliwych obrazków, to mimo woli widzę teraz ten kwitnący sad, otwarte okna i płynącą melodię, taką bardzo polską… To Szopena gra profesor Żurawlew. Atmosfera była taka naprawdę, że nie można było nie być w konspiracji. Jak powiedziałem ten „Kazik” (nie ten narzeczony mojej siostry, tylko ten, który był studentem Politechniki) i Bolek 15 sierpnia 1943 roku zostali aresztowani. Tam było zaaranżowane spotkanie z kimś, kogo ja potem – takie otrzymałem zadanie – miałem odnaleźć, bo było podejrzenie, że ten ktoś ich wydał. Była zrobiona na nich zasadzka… Ale to jest za dużo tematów, nie zmieścimy się. Bo to można tak jechać i jechać…

  • Mówił pan o spotkaniu w kościele świętej Anny.


Wracam do tego kościoła św. Anny… Tego samego dnia, zaraz z tymże „Kazikiem” poszedłem na ulicę Podwale, nie pamiętam pod który numer, do mieszkania, do salonu w tym mieszkaniu, w którym wszystkie meble w stylu „empire” były przykryte pokrowcami. Założenie gospodarza, jak się dowiedziałem, było takie, że do końca wojny ten salon będzie nieużywany w celach towarzyskich. A pokrowce zostaną wtedy po wojnie zdjęte. I ten salon będzie czekał na tę chwilę. W tym salonie stała skrzynia, ładna czy brzydka, nie pamiętam. Jak ją otworzono, to zobaczyłem [ogromną] ilość Thompsonów, to był amerykański pistolet maszynowy. Mnie oczywiście oczy z wrażenia wylazły. Prowadziłem takie na wpół dziecięce życie, a tu… Po prostu otrzymałem polecenie, że będę ich pilotował. Przyszedł zresztą „Kazik” i „Bolek” (narzeczony mojej siostry). Ten „Kazik”, kiedy mnie przyjmował – jeszcze wrócę do niego – powiedział mi, że limit wieku to jest dwadzieścia lat, ale mogą zrobić wyjątek i przyjąć mnie uwzględniając moje osiemnaście lat, co było też zupełną nieprawdą, bo ja skłamałem. Byłem dość wysoki, miałem metr siedemdziesiąt pięć, to wtedy było dużo, miałem zabójcze wąsiki już i powiedziałem, że kończę osiemnaście lat. W związku z tym mnie przyjęto. Naprawdę to miałem dopiero skończyć szesnaście lat, ale wyglądałem dość dorośle. Młodzież się nosiła tak z niemiecka trochę – tyrolski kapelusik. Pierwszy dzień – oczy mi z orbit wylazły. Broni nie niosłem sam, tylko niósł ją „Kazik”, niósł ją „Bolek” i pan, który miał pseudonim „Antek”, jak się okazało później po roku został moim dowódcą. Później był moim dowódcą w Powstaniu mego plutonu, w którym byłem, a teraz jest przewodniczącym środowiska batalionu „Kilińskiego”. Żyje, jest ode mnie o siedem lat starszy, jest w dobrej kondycji. Natomiast z mojej grupy kedywowskiej, mojej grupy konkretnie, która się nazywała „Kolegium C”, bo było „Kolegium A”, Kolegium „B” i Kolegium „C”, to z tej grupy czterdziestokilkuosobowej jest nas dwóch – mój najbliższy przyjaciel Tadeusz Zapałowski „Michał”, z którym przeżyłem mnóstwo najprzeróżniejszych przygód. Zawsze wychodziliśmy bez szwanku, można powiedzieć, że towarzyszył nam łut szczęścia albo Opatrzność czuwała nad nami, zależy jak to określimy. I ja…

I my przenosiliśmy te Thompsony, nie pamiętam już gdzie. (To się przenosiło w futerałach na skrzypce, w koszach z jarzynami, to były najróżniejsze sposoby). Mam wrażenie, że narzeczony mojej siostry chciał mnie od razu rzucić na głęboką wodę. Poszliśmy wtedy na ulicę Piękną. Moja rola polegała na pilotowaniu. Szedłem bez broni, niosłem ich dokumenty czyli kennkarty (bo na wszelkie „roboty” szło się bez dokumentów), oni nieśli tę broń, mieli ukryte te Thompsony w koszach z jarzynami, czasami w pokrowcach od instrumentów, jak skrzypce czy bas. Miałem ich po prostu ostrzegać, jeżeli był patrol żandarmerii przez zdjęcie czapki. Bo to było tak, że (kiedy były nasilenia czy była represje…), właściwie to często tak było, że żandarmeria chodziła tyralierą przez całą szerokość chodnika i często trochę jezdnią, i kto im się nie podobał [to] zatrzymywali. Miałem takie szczęście, właściwie nieszczęście, że mnie ciągle zatrzymywali… Ale to może brało się z takiej fanfaronady młodzieńczej, że lubiłem im patrzeć bezczelnie w oczy i to ich prowokowało. Jak mnie przeszukali dokładnie, kiedy jak już byłem żołnierzem konspiracji, a nic przy sobie nie miałem kompromitującego, to mi się wydawało, że jestem wolny człowiek i oni mogą, jak to się mówi, mi nadmuchać. Więc jak mi wszystko dobrze przeszukali, powiedzieli: Heraus!, (że mogę sobie iść), to jeszcze po jakimś czasie słyszałem: Zurück! I jeszcze potrafił mi czapkę zerwać i zobaczyć czy w czapce czegoś nie mam. Może sam prowokowałem ich do tego?… Poza tym bardzo często, oczywiście kiedy nic nie miałem przy sobie kompromitującego, a jak miałem, to też czasami używałem środków transportu niemieckiego. To znaczy na przykład jeździłem „zerem”, który był Nur für Deutsche. To był jednowagonowy tramwaj, który jeździł Bagatelą i Alejami Ujazdowskimi, tramwaje wtedy to była „atrakcja szynowa”. Bardzo często nieznajomi z kolejki, którą dojeżdżałem do Warszawy z Konstancina, ze Skolimowa, z Klarysewa mogli pomyśleć, że jestem Niemcem. Wchodziłem w bezczelny sposób do „zera” i jechałem. Na przednim pomoście to nie… Przedni pomost był dla Niemców i kilka pierwszych siedzeń w pierwszym wagonie. Ale „zerem” jeździłem. Odbiegam od tamtego tematu … Wracam do tego dnia pierwszego. To było dla mnie kolosalne przeżycie, bo z jednego świata zostałem przeniesiony w zupełnie inny świat. Potem jeszcze pamiętam, to wszystko są pierwsze dni mojej konspiracji, dostałem polecenie, że mam pojechać na Słupecką, że tam są nasze samochody, to znaczy samochody tej grupy dywersyjnej, że będą jechały na jakąś akcję, że tam mam pojechać pomagać lać benzynę do baków. To były dwa chyba Fordy ciężarowe? To było prywatne biuro przewozowe z trakcją konną włącznie, ale równocześnie z samochodami, to było przedsiębiorstwo prowadzone przez Polaka. Dwa samochody ciężarowe miały jechać i jeden osobowy. To był chyba Opel, na srebrzysty kolor pomalowany, jechał z napisem Polizeiregiment i w nim mieli jechać mundurowi, to znaczy w zdobycznych mundurach niemieckich mieli jechać żołnierze dywersji na akcję. Pamiętam, że przyjechałem, kierowcą był Antek (o pseudonimie „Antek”), pomagałem mu przygotowywać te samochody, nalewać benzyny do baków. Przychodzili wszyscy dużo ode mnie starsi z dywersji, z grupy „Andrzeja”. Siedzę wraz z kolegami, któryś mówi: „To co, kolega z nami jedzie?”.Jeszcze przedtem, muszę powiedzieć, spotkałem się z Kazikiem („Bolkiem”) tego dnia, kiedy mnie wysłał na Słupecką, spotkałem się w mieszkaniu, nie wiem czyim. On wysypał z teczki mnóstwo pistoletów i mi po raz pierwszy pokazywał, jak się wkłada magazynek, gdzie się odbezpiecza, ten taki, to jest „parabelka”, a to Walther, a to jakiś inny, a to „belgijka”. To dla mnie był szok, że w ogóle miałem z nimi pojechać na akcję. Potem [był] telefon do tego biura przewozowego, od Kazika (pseudonim „Bolek”), który dzwoni i mówi: „Jureczku, to my ci dziękujemy, jedź do domu”. Wiem, że byłem wtedy wściekły na niego. Byłem przekonany, że pojadę z nimi na tę akcję, tymczasem mnie odwołują. Pracowałem, nalewałem benzynę do baku z tym kierowcą Antkiem. On był kierowcą tego Forda małego, tego Opla raczej, chyba. A potem to się trochę zmieniło, dlatego, że oni się zorientowali, że jestem za młody prawdopodobnie. I całe wakacje 1942 roku spędziłem na wybrzeżu koło przystani SS, dosłownie vis-à-vis kościoła, na wybrzeżu, tuż koło Mostu Poniatowskiego. To jest taki ważny kościół… To oczywiście mogło się nawet rzucać w oczy, taki chłopiec, który w upalny letni dzień zamiast kąpać się i pływać, to ja cały czas się kręcę, to idę do kościoła, a to siedzę gdzieś na brzegu koło przystani SS, rzucam kamyczki do wody, idę na most Poniatowskiego. Chodziło o to, żeby ustalić, jaka ilość esesmanów przebywa na wodzie, jaka jest na kajakach… Chodziło o szatnię, gdzie są mundury, gdzie jest broń. Miała być zrobiona akcja na przystań SS. Miałem polecenie zrobienia rozpoznania i codziennie o określonej godzinie, po całym dniu kręcenia się w tamtej okolicy – przecież chodziło o wybranie odpowiedniego momentu – zjawiał się bardzo dla mnie tajemniczy gość, bez jednego oka, z czarną opaską na oku. To mnie cały czas ekscytowało. Jak się później okazało, nie miał on dłuższego stażu konspiracyjnego niż ja, niewiele, miał pseudonim „Znicz” (Adolf Kaleta), potem nawet był przez jakiś czas moim podwładnym, choć to był dorosły już mężczyzna. Odbierał ode mnie meldunki, mówiłem, ilu tam było esesmanów na wodzie, ilu się opalało. Nie będę o tym opowiadał, do tej akcji nie doszło, uważam, że szkoda, bo to był wspaniały pomysł, dlatego, że zdobylibyśmy dużo mundurów i dużo broni.

I to lato tak wyglądało, nie pamiętam, co poza tym robiłem i chyba już na jesieni tego roku, czyli 1942 lub na przełomie 1942 i 1943 roku, zostałem przedstawiony swojemu nowemu dowódcy. Była reorganizacja i moim dowódcą został Antek, porucznik „Antek”, który, jak mówię, później był dowódcą mojego plutonu w czasie Powstania Warszawskiego i teraz jest przewodniczącym środowiska naszego batalionu „Kilińskiego” w Światowym Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

  • Może Pan podać jego nazwisko?


Antoni Bieniaszewski, pseudonim „Antek”. [...]

  • Jak wyglądało dalsze działanie?


Właściwie nie pamiętam kolejności, nie mam książki, do której mógłbym zajrzeć. To już był 1943 rok. Na czym polegała nasza praca, teraz powiem, bo to jest bardzo istotne, praca naszej konkretnej grupy. To „Kolegium C” to było takie trochę przedszkole dywersyjne… Bo jak się patrzyło z perspektywy czasu, to w naszej grupie było sporo młodych ludzi, mniej więcej w moim wieku i było dużo osób w dość zaawansowanym, jak dla nas wówczas, wieku. Tamci starsi ludzie pracowali przy produkcji materiałów dywersyjnych dla Kolegium „A”, Kolegium„B” i Kolegium„C”, dla całego „Kedywu” Warszawskiego. To byli bardzo często nasi pracownicy naukowi z uniwersytetu, szczególnie z kierunków przyrodniczych. Główną meliną było Muzeum Zoologiczne na Wilczej czy na Hożej (już nie pamiętam, rzadko tam bywałem), w którym była przechowywana broń. Podobno w holu był słoń, autentyczny słoń, tylko wypchany czymś tam, służył do przechowywania broni. Była bardzo wybitna postać, z którą nawet w jakimś sensie mogłem się potem zaprzyjaźnić, to był, o czym dowiedziałem się już po wojnie, dyrektor warszawskiego Zoo, popularyzator wiedzy przyrodniczej po wojnie, literat, pan Jan Żabiński, który miał pseudonim „Franciszek” i ze względu na jego siwe włosy, splendor, który otaczał takiego starszego pana, ja go nazywałem „Ojcem” i to się przyjęło później w tych naszych najbliższych konspiracyjnych kręgach, że wszyscy go nazywali „Ojcem Franciszkiem”. Tam był jeszcze profesor Tarwit z uniwerku, profesor Jaczewski, pseudonim „Kozłowski”, on był profesorem po wojnie. To było takie towarzystwo związane z tym muzeum. To byli ludzie, którzy pracowali przy różnych sposobach…, przy produkcji tych materiałów dywersyjnych. Jakie to były materiały dywersyjne? To warto powiedzieć, bo pewnie nikt o tym nie wie. Przedtem może jeszcze powiem, co musieliśmy robić, konkretnie nasza grupa, bo nie mówię o tej dywersji bojowej. Poza tym „Kazik”, czyli narzeczony mojej siostry, później został przejęty i przeszedł później do Egzekutywy. Egzekutywa to był oddział wykonujący wyroki na szmalcownikach i różnych innych ludziach, z wyroku sądów Polski Podziemnej (taki protokół gdzieś mam). On był w Egzekutywie, ale zaczynał od tego, co ja robiłem.

Przede wszystkim dywersja była ukierunkowana na niszczenie wszystkiego, co niemieckie. Niszczenie, czyli wysadzanie i palenie wszystkiego, co niemieckie (oczywiście wojskowych obiektów). Najważniejsze uderzenie było skierowane na transport, w związku z czym musieliśmy, potem był nawet taki limit, że każdy patrol musiał zrobić przynajmniej sto wagonów. Co to znaczy „sto wagonów”? To znaczy, trzeba było nalać do panewek wagonów kolejowych – systemy kołowe tych wagonów były bardzo różne, my później jako starzy „fachowcy” znaliśmy wszystkie oczywiście – nie potrafię określić chemicznie, choć mam syna chemika i to naukowca. To był trójchlorek żelaza czy coś takiego (czy żelazawy), nie wiem i to przypominało rzepak – tak mieliśmy mówić na wypadek wpadki. To był oleisty płyn, w kolorze oleju, oczywiście po próbie smakowej czy węchowej okazałoby się, że to nie jest żaden olej rzepakowy. Olbrzymie butle dźwigaliśmy w tekach. Często używaliśmy dla kamuflażu – pamiętam, że z tym moim przyjacielem najbliższym mieliśmy jedną – czapkę kolejarską. Wkładaliśmy ją na zmianę, żeby się upodobnić do kolejarzy, bo działaliśmy bardzo często (w ogromnej większości wypadków), na terenach kolejowych, na różnych bocznicach, strzeżonych i niestrzeżonych. Chodziło o to, że panewka wypełniona tym płynem – bo panewka to jest taka smarownica przy kole – ona w czasie transportu, jak wagon szedł potem w transporcie, ta oś się zacierała i powodowała niejednokrotnie zapalenie wagonu. Ten wagon musiał być wymanewrowany później ze składu. Jeżeli skład jechał z wojskowym transportem, to później ten skład musiał być zatrzymany, wagon gdzieś wymanewrowany, odczepiony od tego składu i skład jechał dalej i następny wagon się zapalał. Jak to sprawdzano? Obowiązkiem było notować każdy numer wagonu, jaki się podlało, dlatego, że później w warsztatach Ostbahnu, czyli tej kolei wschodniej na [ulicy] Palestyńskiej i w różnych innych, nawet poza terenem Generalnej Guberni, byli przecież ludzie związani organizacyjnie, którzy pracując tam, mogli sprawdzić jakie wagony [tam] przychodzą. Drugą rzeczą były smółki parowozowe. Ja ich nie używałem; to były takie kulki wrzucane do karterów lokomotyw, które też powodowały zniszczenie całego tego mechanizmu lokomotywy, zatarcie. To [robił] przede wszystkim „Zygmunt”. Byliśmy bardzo blisko zaprzyjaźnieni z jego patrolem kolejowym (z naszego oddziału „Kedywu” Kolegium „C”), który działał w Siedlcach. W Siedlcach ja sam kilka razy byłem, wspólnie z tym patrolem wysadzaliśmy parowoźnicę do podstawiania parowozów. To była jedna taka nasza robota, z Warszawy, kiedy tam pojechaliśmy. Wcześniej trzeba było zrobić rozpoznanie, zdjęcia, z ukrycia trzeba było obliczyć, jaka ilość materiałów wybuchowych jest do tego potrzebna. Jeden raz [to] zrobiliśmy. Było takie święto! Bo przez dwie albo trzy doby bardzo ważny węzeł kolejowy na wschód w Siedlcach, był unieruchomiony – to dla Niemców, jeśli chodzi o front wschodni, była olbrzymia strata. Trzecia rzecz, to termity. Co to były termity? To były naboje termitowe. Coś takiego jak sok pomidorowy teraz, tu stojący. Tylko szersze, ale wysokość mniej więcej taka sama. Tekturowe opakowanie, oklejone etykietką „Panko sam pierze” albo „Radion sam pierze”. Takie pudełko z proszkiem do prania. Dopiero kiedy się zerwało opakowanie, to można było podnieść pokrywkę tekturową. Tam oczom ukazywała się powierzchnia zalana czerwoną stearyną, z otworkiem, do którego wkładało się spłonkę. To był sprasowany termit, on daje temperaturę dwóch tysięcy trzystu do dwóch tysięcy pięciuset stopni Celsjusza, czyli to jest bardzo dużo. Do tego wkładało się spłonkę, spłonka była takiej długości jak futeralik od termometru, trochę większa średnica i do tego były zapalniki, które nosiło się przeważnie z papierosami, najczęściej brało się białe, bo przypominały papierosy, ale były też czarne. Każdy zapalnik był opakowany papierkiem, na którym był napisany jego czas działania, który był uzależniony od temperatury. Zapalnik to była celuloidowa rurka zaklejona dwiema błonkami celuloidowymi, przepraszam, że takie drobiazgi mówię, ale tego nikt nie zna, tego już nikt nie wie. Była ampułka z kwasem siarkowym (chyba siarkowym, nie jestem chemikiem), którą trzeba było zgnieść kombinerkami. Przy każdej był papierek lakmusowy, trzeba było zgnieść zapalnik kombinerkami, sprawdzić papierkiem lakmusowym, czy nie pękła celuloidowa rurka, jeżeli jest szczelna, położyć ją do spłonki, po czym spłonkę włożyć do naboju termitowego i tak przygotowany nabój termitowy włożyć we właściwe, ciasne miejsce, które chciałoby się spalić. Była to bardzo nerwowa praca, bo przeważnie dojście do jakiegokolwiek transportu, gdzie chcieliśmy coś spalić, to był to transport wojskowy, był pilnowany. Mieliśmy kiedyś takie silniki lotnicze na odkrytych lorach, na odkrytych wagonach, opakowane sprasowanym sianem, dla kamuflażu chyba. My to wykryliśmy i chcieliśmy koniecznie się tam dostać. Żeby tam się dostać, do tego transportu, to nie było ot tak sobie pójść na dworzec towarowy, gdzie przychodziły prywatne transporty. Gdzieś na dalekich bocznicach stały transporty wojskowe, pilnowane przez lotników, żołnierzy z Luftwaffe, pilnowane przez banszucowców.

Jeszcze jedno… Wrogiem numer jeden na takich wszystkich kolejowych robotach był Bahnschutzpolizei, Niemiecka Policja Kolejowa. mógł strzelać bez ostrzeżenia, jeżeli zobaczył kogoś, że kradnie węgiel, a tym bardziej, jeśli się kręci i zmierza do wojskowego transportu. Zresztą wojskowe transporty niezależnie od wszystkiego były pilnowane przez żołnierzy niemieckich, niezależnie od Bahnschutzpolizei. Bahnschutz chodził w czarnym mundurze. To przedostawanie się było czasami bardzo uciążliwe, nerwowe, bo szło się pod wagonami i czołgało i chowało za kołami. Potem się przeskakiwało wolną przestrzeń, wreszcie jak dobrnęliśmy do transportu, gdzie usiedliśmy pod jakimś wagonem, za jakimś kołem, to ręce z emocji dygotały. Nikt oczywiście tego nie robił kombinerkami, tylko przeważnie gryzło się zapalniki, czasami kwas się wydostał z zapalnika, poparzył język i podniebienie. Drżącymi rękoma sprawdzaliśmy te zapalniki i robiło się to, co trzeba było zrobić. Miałem kilka takich prac, spośród dziesiątków, kilka takich, które były nawet komiczne. To były raczej zabawne epizody… Wyłapuję tę pierwszą moją robotę z nabojami termitowymi, które uwielbiałem, bo one dawały fantastyczny skutek i olbrzymią satysfakcję, o czym zaraz powiem. To była taka robota, że byliśmy z tym moim najbliższym przyjacielem, z którym potem przez prawie całe dwa lata braliśmy udział w najprzeróżniejszych akcjach. We dwóch wychodziliśmy zawsze cało, mieliśmy kolosalne szczęście. Pierwsza nasza robota, która była na Towarowej, na bocznicach, to były właśnie lotnicze silniki, do których się dostaliśmy i załadowaliśmy. Ileś tych wagonów stało, każdy był załadowany nabojami termitowymi, to zniszczyłoby te silniki, dlatego, że to taka temperatura. Wszystkie elementy aluminiowe by się rozpłynęły. To były termity tekturowe. A były jeszcze mniejsze od tych naboje termitowe, takie jak puszki metalowe, o mniejszej średnicy – to były specjalne termity do podpalania cystern. Wtedy musieliśmy dać jakąś ceramiczną płytkę pod nabój termitowy, żeby on przepalił pancerz cysterny, a nie podłogę i nie spadł na ziemię. Na wszystkie te wyprawy chodziliśmy bez dokumentów. To było ryzyko „czapy”, że jak Bahnschutz strzelił, to zastrzelił właściwie bezimiennego, ale trzeba było nie dać się zabić. Zresztą w czasie Powstania też[mówiono]: „Frajerze, nie daj się zastrzelić”. Wszystko polegało na sprycie i na szczęściu. Na tej naszej pierwszej wyprawie w ostatnim naboju termitowym, jaki zakładaliśmy, nie został odpowiednio sprawdzony zapalnik i wybuchł w momencie, kiedy był w kieszeni kurtki, za pazuchą u tego kolegi. On [to] zrzucił, słup dymu, bo to od razu wali taki dym na wysokość nieomal kilku pięter, wysoka temperatura i oczywiście ze wszystkich stron zaczęli biec ci, którzy pilnowali transportu. My z tego wyszliśmy, nie będę mówił, jak, dzięki sprytowi tego mego przyjaciela. On kilka razy nas wyciągał z opresji gardłowych, a raz ja jego wyciągnąłem, parę razy właściwie. To była zabawna sytuacja, nie będę mówił… Większość takich akcji kończyła się naszymi ucieczkami przez wagony, pod wagonami – [były tam] jakieś wagony dla przewożenia drobiu – po tych szczeblach i jak już uciekliśmy z tego zagrożonego terenu, pamiętam, że znaleźliśmy się na ulicy Srebrnej, to jest niedaleko Towarowej. W jakiejś bramie domu już byliśmy bezpieczni, rzuciliśmy się sobie w objęcia, to była nasza pierwsza w życiu akcja samodzielnie przeprowadzona. Żeby sobie dodać odwagi, pewności siebie, bo to była jakaś nasza wewnętrzna potrzeba, daliśmy sobie takie idiotyczne słowo honoru, że się nie opuścimy w najgorszych sytuacjach – jeżeli on będzie zagrożony, śmiertelnie zagrożony, to ja razem z nim, a jak ja, to on ze mną, nie opuści mnie do końca. To było niezgodne nawet z zasadami konspiracji, to była taka dziecinna przysięga, ale ona nas związała. Na szczęście przez te wszystkie nasze wspólne akcje, jakie później mieliśmy – potem obaj byliśmy patrolowymi, mieliśmy swoich ludzi, robiliśmy już w zespole wspólne akcje – los nie żądał od nas weryfikacji tej przysięgi. Dopiero weryfikacja nastąpiła na dziesięć dni przed Powstaniem, ale o tym już nie będę mówił. To jest [taki] epizod, że nas złapali. Tego samego dnia udało nam się uciec, ale była taka sytuacja, że to było nie na terenie miasta, tylko koło Piaseczna, czy gdzieś. Niemcy budowali tam magazyny i my tam poszliśmy… Było nas czterech, rozpracowaliśmy ten teren. To warto w ogóle o tym opowiedzieć… Byliśmy gonieni przez pola, żyto jeszcze było duże, zboże jeszcze było na polu. Otoczyli „Michała” Tadeusza Zapałowskiego, on widocznie miał gorsze „chody” niż ja, ja już byłem bezpieczny, ze mnie zrezygnowali z ostrzeliwania w tym zbożu, otoczyli jego, widziałem, że musiał powstać z rękoma podniesionymi do góry. Ja, można powiedzieć „frajer”, byłem bezpieczny, byłem tak daleko, że dali sobie ze mną spokój. Zawróciłem do nich. Wtedy, kiedy oni nas pędzili na swoją wartownię, waląc kolbami co pewien czas po plecach, z rozpaczą myślałem: „Co ja zrobiłem? Co ja zrobiłem? Będę badany za chwilę…”. Wiedziałem, że będzie Powstanie. To było marzenie i [myślałem] że jeszcze udziału w tym nie będę brał i jeszcze te pola takie piękne przy świetle słońca, bo zawsze piękno dociera do nas najczęściej wtedy, kiedy mamy je utracić. Wiedziałem, że za godzinę, za dwie, za trzy, będę badany na Szucha, będę bity, więc rozpacz… Może w pół godziny potem byliśmy już wolni, w jakich okolicznościach, to mogę powiedzieć. Ale to było duże przeżycie… Wtedy akurat to na mnie przypadło, gdyby na niego, to może też by tak samo zrobił, że do końca dotrzymaliśmy tej przysięgi. Przez te dwa lata nie było takiej sytuacji, zawsze nam się udawało, udawało nam się bezbłędnie. Został zawiadomiony nasz dowódca, że zostaliśmy złapani, bo ci dwaj, którzy z nami byli, oni już zrobili swój teren i już jako cywilni ludzie szli szosą w kierunku Piaseczna czy Iwicznej, już nie pamiętam, w każdym razie tak to wyglądało, dowództwo było zawiadomione, że my jesteśmy złapani. Jeszcze wracam, może tak już w skrócie, gdzieś na przełomie 1942 i 1943 roku zostałem „patrolowym”. Ważny patrolowy! Byłem strzelcem w czasie Powstania, ale patrolowy to była funkcja i przez pewien czas nawet miałem takiego dziennikarza z zawodu, Tadzia Cissowskiego, miał chyba pseudonim „Tadeusz”, u nas nie było bardzo wyszukanych pseudonimów, przeważnie to były imiona. Dziennikarz z zawodu, miał dwadzieścia osiem lat, był po podchorążówce. Ja byłem szczeniakiem, a on był moim podwładnym, więc to było dla mnie tak bardzo prestiżowo satysfakcjonujące. Dostałem tych trzech ludzi swoich i ten mój Tadzio, pseudonim „Michał”, Tadeusz Zapałowski, mój najbliższy przyjaciel konspiracyjny, z którym przeżywałem mnóstwo takich najprzeróżniejszych akcji wspólnie robionych, też został patrolowym. Rozpoczęła się współpraca między naszymi patrolami, bo on niekiedy brał swoich lepszych ludzi od siebie z tej trójki, ja brałem [swoich] i robiliśmy coś wspólnie, ale powstała również pewna rywalizacja między naszymi patrolami. Znałem w sumie z konspiracji jakieś osiem osób. U nas nie było żadnych wpadek w czasie okupacji w konspiracji. Była świetnie zorganizowana konspiracja, właśnie u nas w TOW i to się przeniosło do „Kedywu”. Ten system trójkowy i te patrole, to mówiłem… Ja nie znałem adresu, żadnych namiarów swego dowódcy – „Antka”, tego, który był moim bezpośrednim dowódcą komórki „Powiśle” – tak się nazywał nasz rejon. Nie wiedziałem, gdzie on mieszka, jaki ma telefon, nic. On szukał ze mną kontaktu, natomiast ja znałem adresy swoich trzech [ludzi] a potem znałem także adresy z patrolu mojego przyjaciela, znałem ich adresy, ale oni z kolei nie znali mnie, to ja z nimi szukałem kontaktu. Zawsze w dół, a nigdy w górę, gdyby Niemcy złapali mogłem powiedzieć tylko o tych, których znałem. To były spotkania narzucone mi z zewnątrz. Ten system zdawał egzamin, to było bardzo dobre. Poza tym zawsze, jeżeli spotkanie było na mieście, był warunek: spotkanie ma się odbywać w miejscu bardzo ruchliwym, czyli tam, gdzie jest dużo ludzi, przystanek tramwajowy. Po drugie: należy mieć z góry ustalony cel spotkania. Po co my się spotykamy? Jedziemy po to, żeby coś kupić czy razem coś tam zrobić. Nie wolno było czekać dłużej niż dziesięć minut, punktualność obowiązywała bezwzględna i mimo, że z natury nie jestem specjalnie punktualny, to wtedy musiałem być bardzo punktualny, bo to był warunek sine qua non. Maksymalny czas czekania to było dziesięć minut. Tyle o konspiracji.

Termity były wspaniałą rzeczą! Poza tym były jeszcze cygara samochodowe, nie będę już o tym mówił, zaczęło się od próbek z chlorkiem czegoś, kryształy, mieliśmy mówić na wypadek zatrzymania przez Niemców, że to jest utrwalacz do fotografii. Później były zamienione na tak zwane cygara. To nie była już rurka szklana wypełniona jakimś proszkiem, do której wkładało się zapalnik, tylko to były właśnie takie cygara. Mieliśmy pewne zastrzeżenia, że one toną w paliwie, że one nie zawsze wypływają. Nie można było [sprawdzić], nie dawało [to] takiego efektu, człowiek „zrobił” taki samochód – na czym to polegało, zaraz powiem – i ten samochód odjeżdżał, nie miałem pewności czy on się spalił, czy się nie spalił. Byłem świadkiem zaledwie kilku efektów tego, były różnego rodzaju żale z tego powodu do dowództwa, że to nie zdaje egzaminu.


  • Proszę powiedzieć, kiedy pan zaczął.


Na ulicy Raszyńskiej, w mieszkaniu kolegi, jednego z naszych chłopaków z „Kedywu”, z tych patroli zaprzyjaźnionych, z grupy „Kolegium C”, siedzieliśmy… nie pamiętam, ile dni. Było ostre pogotowie, potem ostre pogotowie zostało odwołane. Na pożyczonym rowerze jednego z kolegów pojechałem do domu do Klarysewa, tam gdzie mieszkaliśmy. [Powstanie] było odwołane, czyli znowu nie będzie ostrego pogotowia. Pojechałem do Klarysewa rowerem, drogą, ulicą Filtrową, tam była żandarmeria przy Suchej i stali przez całą szerokość ulicy i wszystkich zatrzymywali. Byłem na rowerze, trochę podobny do Niemca, bo miałem szarą koszulę z harcerskiego płótna i z niemieckiego sukna spodnie, tak, że wyglądałem jak młody Niemiec. Myślę – pusta ulica, nigdzie nie mogę się załapać, tu nie mogę skręcić, bo oni już mnie widzą. Wjechałem prościutko na nich, oni się rozstąpili i przejechałem, ale z duszą na ramieniu, że mnie zatrzymają i nie będę brał udziału w Powstaniu. Pojechałem do Klarysewa, żeby się pożegnać z matką, a właściwie się nie pożegnałem, tylko pokłóciłem, bo mi dała bardzo gorącą zupę do jedzenia, a się bardzo śpieszyłem, żeby zaraz wrócić na Raszyńską, to było jednak kilkanaście kilometrów. Któregoś dnia znów było ostre pogotowie i nie wytrzymywaliśmy nerwowo z Tadeuszem, z tym „Michałem”, Tadeuszem Zapałowskim, moim najbliższym przyjacielem okupacyjnym i postanowiliśmy wyskoczyć na chwilę. Zaraz wrócimy, zdążymy, przecież to tyle trwa, tyle dni tutaj siedzimy, zdążymy wrócić. Wiedzieliśmy, że nasz punkt główny jest w Gimnazjum imienia Hoffmanowej na ulicy Zgoda, to jest całego naszego oddziału, czyli tej grupy „Kolegium C”. Tam jest miejsce naszej zbiórki, ale siedzieliśmy w małych grupkach właśnie w tych prywatnych mieszkaniach kolegów. Nas tam było chyba ośmiu […], wyszliśmy stamtąd i pojechaliśmy na ulicę Leszczyńską, do mieszkania tego mojego przyjaciela konspiracyjnego czyli „Michała”, Tadeusza Zapałowskiego, pojechaliśmy tam, on się pożegnał z matką swoją. Zostawiłem swoją marynarkę z kennkartą, to był właściwie jedyny dowód, jaki człowiek miał i legitymację szkolną, obowiązkowej szkoły zawodowej (mam do dzisiejszego dnia taką czerwoną), bo przecież nie było oficjalnej nauki, [tylko] te nasze tajne komplety, które odbywały się w mieszkaniach. Później nauka odbywała się w budynku szkoły, Bracka 18, to było gimnazjum Lorentza, mieściło się na ostatnim piętrze, gdzie miałem potem przyjemność i zaszczyt walczyć przy samej bramie w czasie Powstania i zresztą przeżywać tam bardzo ciężkie chwile. To był jeden z fragmentów Powstania, który tam przeżyłem… Pobiegliśmy na Leszczyńską do domu „Michała”, matka jego pobłogosławiła nas: „Z Bogiem, chłopcy”, pocałowała i mnie, mimo, że w czasie konspiracji, okupacji bardzo mnie nie lubiła, bo uważała, że to ja wyciągam jej syna, a moja mama nie bardzo lubiła mojego Tadeusza „Michała”, dlatego, że uważała, że on mnie wyciąga gdzieś. Pamiętam doskonale – wracam jeszcze do okupacji – kiedyś on nocował u mnie. Mieszkałem w nie opalanym pokoju, za szafą miałem skład termitów i różnych innych rzeczy, tylko taki podręczny. On położył pistolet na stoliku i moja mama weszła nam powiedzieć dobranoc. Mama weszła i: „Ja tego nie widziałam! Ja tego nie widziałam!” i szybko wyszła z pokoju. Jego matka też mnie przeżegnała: „Z Bogiem, chłopcy” i poszliśmy na ulicę Czackiego, gdzie był punkt koncentracyjny tych łączniczek z późniejszego plutonu pułkownika „Radwana”, czyli Edwarda Pfeiffera – moja siostra [tam] była, [to były] tak zwane „radwanki”, pluton łączności pułkownika „Radwana”, pobiegliśmy tam, otworzyła nam pani domu czy gosposia, która mówi: „Dziewczęta już poszły”. Dziewczęta poszły, to znaczy, że już jest, że zaraz się zacznie. Rany Boskie, na Raszyńską już nie biegniemy, wobec tego pędem na [ulicę] Zgoda, do Hoffmanowej, lecimy. Dom już jest przez nas obstawiony, to znaczy wejść do niego można, ale już nikt nie wyjdzie, ktoś przypadkowo wejdzie do tego domu, posterunek jest ukryty gdzieś w bramie i go nie wypuści. Wchodzimy tam, lecimy tam, na pierwsze piętro, gdzie mieściła się szkoła i na schodach wita nas nasz ukochany porucznik, dyrektor warszawskiego ZOO (o czym nie wiedziałem, przemiły człowiek, cudowny, uroczy, fantastyczny „Ojciec Franciszek” Jan Żabiński) tuli nas jak synów, mnie i „Michała” i mówi: „Słuchajcie chłopaki, jak ja miałem tyle lat co wy, to w 1918 roku rozbrajałem Niemców”. Tylko wtedy to się karabiny odbierało bez żadnej walki, i porucznik „Piotr”, który był naszym instruktorem sabotażu i dywersji w czasie konspiracji, saper z zawodu, szkolił nas w używaniu tych materiałów, które używaliśmy w czasie naszej dywersyjnej roboty. Sala gimnastyczna, duża sala, po raz pierwszy w życiu widzę tych czterdziestu kilku ludzi, to nieduża grupa była, czterdziestu kilku ludzi „Kedyw” Kolegium „C”. Mieliśmy się połączyć z grupą, która była na Woli, do tego nie doszło, a oni wypożyczyli od nas przed Powstaniem jedenaście amerykańskich Thompsonów – amerykańskich pistoletów maszynowych, to była olbrzymia siła ognia, jak na warunki powstańcze – i nie oddali, i wiadomo było, że już nie oddadzą. Ale my byliśmy i tak dość dobrze uzbrojeni. Stoły od ping-ponga [tam były] zestawione, na nich była broń, każdy brał to, co uważał, że jemu najbardziej „leży”. Były granaty naszej konspiracyjnej produkcji, czyli „filipinki”, przeciwczołgowe, takie duże angielskie też, mieliśmy trochę ze zrzutów, każdy tam się odpowiednio przygotował. Obserwowałem tych ludzi, przecież [ich] nie znałem, pierwszy raz ich widziałem, znałem najwyżej ośmiu z nich. Pamiętam jeszcze, że do tego porucznika „Antka” przyleciałem i wołam: „Panie Antku, chciałem panu oddać swój raport miesięczny za lipiec”. A on: „Chłopie, na co mi teraz raport twój”. Żałuję bardzo, że nie zostawiłem sobie tego raportu na pamiątkę. Prace dywersyjne ze względu na zbliżający się front wschodni, były troszeczkę nie tak intensywne, bo nikomu nie zależało na tym, żeby Czerwona Armia tak bardzo szybko przyszła do nas. Jeszcze nie wiedzieliśmy, jakie mają zamiary, mogliśmy się domyślać tylko. Pamiętam doskonale, że zwróciłem się do niego: „Panie Antku!”, a on mówi: „Poruczniku Antku! Konspiracja się skończyła, to jest wojsko!”. Zwyczajowo się mówiło „Panie Antku”, a teraz „pan porucznik”. Obserwowałem tych ludzi, patrzę – krople potu na czołach niektórych starszych panów płynęły; spoglądania na zegarek, czekaliśmy aż się zacznie. Godzina trzecia, nie wiedziałem, że za chwilę znajdę się znów na ulicach warszawskich, bo dowódcą naszej grupy – „Kedywu” Kolegium „C” był porucznik „Wiktor”, Edward Paszkowski, i okazuje się, że on musi iść na spotkanie z „Andrzejem”, czyli z panem Józefem Rybickim i również chyba musi iść do „Montera”, w dwa miejsca miał [iść] uzyskać pewne dyrektywy, bo chodziło o to, czy mamy się połączyć z grupą z Woli. Potem okazało się, że zostajemy w Śródmieściu.

  • To było Kolegium „A”?


Było Kolegium „A” i Kolegium „B”. W „Kedywie” Warszawskim Kolegium „A” i Kolegium „B”.

  • Jakie zadania miało Kolegium „A” i Kolegium „B”?


Takie same, tylko oni robili akcje bardziej spektakularne.

 

  • Jakie mieli państwo zadanie na pierwsze dni Powstania?


Żadnego, dlatego że nie połączyliśmy się z tymi grupami z Woli. My byliśmy po prostu oddziałem odwodowym pułkownika „Radwana”, czyli Edwarda Pfeiffera; w odwodzie, do jego dyspozycji. On miał też zadecydować czy idziemy tu czy tam, tak, że do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy. Pada pytanie, kto na ochotnika idzie na ubezpieczenie porucznika „Wiktora”, który musi się udać… nie wtajemniczali nas gdzie. Zgłosiłem się ja, zgłosił się „Michał” i zgłosił się jeszcze taki Tadeusz Cissowski, notabene później 2 sierpnia unieruchomił czołg na rogu Boduena i placu Napoleona, dziś Placu Powstańców. Ja chciałem to zrobić, ale on był szybszy. To był zresztą mój podwładny z okresu konspiracji przez pewien czas, a w czasie Powstania miał stopień kaprala czy starszego strzelca podchorążego, a ja byłem tylko zwykłym strzelcem wtedy, już nie byłem patrolowym, to już się skończyło, skończona kariera tego typu, nie miałem już funkcji. Wyszedłem na warszawską ulicę tuż przed Powstaniem, to jest duże przeżycie, pamiętam, że był deszcz, były kałuże, prażyło słońce potem. Na ulicy duży ruch, wyczuć można było tę atmosferę, widać było młode dziewczyny, chłopcy, te zawiniątka, plecaczki, chlebaczki. Widać było, że coś się dzieje. My go konwojowaliśmy, szliśmy w obstawie jego na ulicę Złotą, ktoś po jednej stronie ulicy, ktoś po drugiej. Oczywiście wypieki miałem straszne i byłem przejęty, bo marynarkę z kennkartą, z wszystkim zostawiłem na [ulicy] Leszczyńskiej, nie wiedząc o tym zresztą, że ojciec tego mego „Michała” – on nie słyszał – 1 sierpnia zginie od przypadkowej kuli na ulicy, a w kilkanaście dni później, jak padało Powiśle, matka i siostra „Michała”, mego przyjaciela, w zbombardowanym domu, razem z tą moją marynarką i kennkartą, pod gruzami tego domu zginęły. Żegnając się z nimi – to było pożegnanie ostateczne. Tego nie wiedziałem oczywiście, wtedy. Wracam teraz jeszcze do tego pierwszego dnia, bardzo przejęty idę po tej ulicy, jestem bez marynarki, w samej koszulce, więc biodra mam, tak jak to koledzy skwitowali: „Chłopak śląski, w d... szeroki, w barach wąski”, bo mam tu olbrzymi pistolet – to się mówiło w czasie konspiracji „kopyto” na to. Mam olbrzymie „kopyto” w kieszeni, dwa angielskie granaty w kieszeni, mam takie obfite „bioderka”. Wydaje mi się, że każdy to widzi i cały czas myślę: „Boże, czy my w ogóle zdążymy wrócić, bo w każdej chwili może się zacząć, czy my zdążymy wrócić tam, gdzie jest cały nasz oddział?”. Ale zdążyliśmy.

Nieco wcześniej w Śródmieściu zaczęły padać strzały w okolicach Placu Napoleona, około godziny szesnastej widzimy już jakiegoś młodego człowieka od strony Marszałkowskiej, bo to był taki dom na [ulicy] Sienkiewicza, przy [ulicy] Zgoda, gimnazjum Hoffmanowej. Widzimy, przy każdym oknie był oczywiście posterunek od nas postawiony. Notabene moje opowiadanie o tym misiu, dotyczy kolegi, który przypadkowo dostał się do Powstania, właśnie 1 sierpnia przyjechał do Warszawy uciekając przed Armią Czerwoną z rodzicami z Wołkowyska, poszedł zwiedzać Warszawę i chciał się dostać do toalety. Wszedł do naszego domu, w którym my byliśmy, po klucz u dozorcy, bo toalety na podwórkach w tych starych kamienicach były zamykane na klucz, i został, już go nie wypuścili. Dali mu granat i powiedzieli: „Przydasz się”. Tak został ochotnikiem w naszym oddziale. Miał pseudonim „Kosiński”, a my go nazywaliśmy „Kosio”. Tego misia dostałem właśnie od „Kosia”. On już w tej chwili nie żyje, zmarł w Kanadzie kilka miesięcy temu, dostałem tego misia, ale to w zupełnie innych okolicznościach. Opowiadanie, które dotyczyło tego misia i się nazywa „Miś” (które poszło w 1974 roku w Polskim Radiu w Trzecim Programie, czytane przez pana Andrzeja Seweryna), to dotyczy tego misia, ale wspominam też o „Kosiu” w tym opowiadaniu.

  • Proszę kontynuować o Powstaniu.

 

Wracam do pierwszego dnia Powstania Warszawskiego. Idę po tych ulicach taki spięty, cały bardzo przejęty, bo wiem, że będę brał udział za chwilę w historycznym wydarzeniu, zdawałem sobie sprawę z tego, że to będzie coś wyjątkowego w moim życiu. Widzimy młodego człowieka, który wzdłuż Marszałkowskiej strzela serię z karabinu maszynowego gdzieś w nieznanym dla nas kierunku, niewidocznym, czyli zaczęło się Powstanie. I teraz jest sytuacja taka, ja bym najchętniej… Może ja to przeczytam? „Jesteśmy spięci, kiedy my pójdziemy do akcji, kiedy my pójdziemy do akcji, panie poruczniku, kiedy my wyruszamy, cały czas słychać odgłosy walki, granaty, serie pistoletów maszynowych i tak dalej. Kiedy my? Jest już wieczór, no kiedy my? Kiedy my? Deszcz pada, noc, słychać odgłosy walki. Deszcz znowu pada, my cały czas siedzimy. Czekać, czekać, czekać. Jesteśmy wojskiem. Czekamy na rozkaz. Jesteśmy odwodem pułkownika „Radwana”. Czekać, to wojsko. Czekamy, czekamy, czekamy. Napięcie, napięcie, napięcie, już tu Warszawa walczy, ale my nic. Siedzimy. Nad ranem, o świcie, to jeszcze było ciemno, dostajemy rozkaz. Pułkownik „Radwan”, który miał swój oddział odwodowy, posyła nas na wsparcie oddziałów batalionu „Kilińskiego” dowodzonego przez rotmistrza „Leliwę” (Henryk Roycewicz), na wsparcie w natarciu na Pocztę Główną na Placu Napoleona, czyli Powstańców Warszawy. Tam są teraz nasze tablice. Żołnierz o pseudonimie „Garbaty” (Jerzy Prymus), pierwszy z batalionu „Kilińskiego”, na Prudentialu powiesił tę słynną flagę z batalionu „Kilińskiego”. Nie byłem z nimi wcale związany (z Batalionem „Kiliński”), ale przypadkowo dostałem się do tego batalionu, to był rozkaz pułkownika „Radwana”, że nas przydziela do nich. Jak powiedziałem nasza grupa liczbowo liczyła sobie czterdzieści kilka osób, to byli ludzie z „Kedywu”. Później ta kompania w czasie Powstania, w pierwszych dniach Powstania, z czterdziestu kilku urosła do dwustu pięćdziesięciu [osób], to byli ochotnicy, ale w dalszym ciągu nasza kompania batalionu „Kiliński” nazywa się, bo to była 8. Kompania „Kedywu” – Kolegium „C”. Ci inni nie byli z „Kedywu”, to byli ochotnicy, ale trzonem i początkiem tej kompanii byliśmy my, czterdziestu kilku z „Kedywu”, dlatego ta kompania nosi taką nazwę. Poszliśmy na to wsparcie, nie będę mówił na czym to polegało. Naszym punktem wypadowym był dom na ulicy Boduena, róg Boduena i Placu Napoleona wówczas. Udało nam się zdobyć czołg przy samym tym domu. Ten czołg – do niego później się wszyscy przyznawali z najbliższego otoczenia, ale udowodniliśmy, że to kolega Tadeusz Cissowski ten czołg unieruchomił z naszego okna. Obaj trzymaliśmy „filipinki” przeciwczołgowe, przeżywam jeszcze moment wahania, czołg pod domem, a Tadziu Cissowski zdążył rzucić nieprzepisowo poza wieżyczkę, potem oglądaliśmy pancerz, w których miejscach popękał za wieżyczką. Potem była walka, wymiana ognia między naszym porucznikiem „Antkiem” a załogą czołgu, czołg potem się palił, o tym nie będę mówił. Przyszedł taki młody chłopczyk, on miał imię Klaudiusz, wziął sobie pseudonim „Cezary”, dosłownie jedenastoletni chłopiec. Rodzice mieszkali gdzieś na Boduena i później, już po zakończeniu akcji na Pocztę Główną, oczywiście nasz porucznik powiedział: „Teraz Klaudiusz musisz wędrować do domu”. (On rzucał butelki zapalające). „Musisz wracać do domu, chyba że rodzice twoi zgodzą się, żebyś był u nas łącznikiem”. I poszedł do rodziców, rodzice się zgodzili i on był w naszym oddziale przez, może nie całe Powstanie, ale jakąś część Powstania. To był taki młodziutki chłopczyk, który pomagał nam między innymi jak był unieruchamiany czołg i walka była z załogą. Poczta padła, tak, że krótko było. Potem poszliśmy na odpoczynek, tam gdzie potem był Sąd Administracyjny, do tego budynku na wysokim parterze, tam mieliśmy swoją kwaterę w biurze, to było jakieś towarzystwo ubezpieczeniowe. Rozwalaliśmy niewypały na placyku przez Bankiem pod Orłami, to jest ten trójkącik. Z okien rozwalaliśmy strzelając do nich, bo to były niewypały. To był króciutki odpoczynek, potem poszliśmy na Chmielną, w nocy, bo tam żandarmi [zajęli] hotel „Terminus”, chcieliśmy ich wykurzyć z tego hotelu na Chmielnej. Trochę było potem odpoczynku i nie pamiętam…

Braliśmy więc udział w akcji w Powstaniu dopiero drugiego dnia o świcie. W nocy z 1 na 2 sierpnia siedzieliśmy jeszcze w gimnazjum i czekaliśmy na rozkaz, gdzie nas przydzielą, gdzie nas wyślą. Po Poczcie Głównej dostaliśmy rozkaz opanowania Alej Jerozolimskich, które były już wypalone przez Niemców, zniszczone. Ludność cywilna w olbrzymiej swojej większości została zabrana do Muzeum Narodowego. Poszliśmy tam objąć stanowiska. Oczywiście, jeżeli natykaliśmy się na Niemców, to była jakaś potyczka, była nawet dość duża walka z oddziałem niemieckich grenadierów od strony Marszałkowskiej. Cały ten odcinek Alej, który znam, od Brackiej (chyba wcześniej – od Nowego Światu), był zajęty przez nasz batalion, przez różne oddziały naszego batalionu. Jak przyszedłem w Aleje Jerozolimskie, to było chyba 3 sierpnia, po odpoczynku po zdobyciu Poczty Głównej, to Aleje Jerozolimskie wyglądały zniszczone, leżało mnóstwo zabitych ludzi na jezdni, niemożliwością było ściągnięcie ich, dlatego, że Aleje Jerozolimskie były tak szerokie, jak są w tej chwili, a był szalenie silny ostrzał ze wszystkich stron między innymi od BGK. Niemcy pozostali tam do końca Powstania, BGK to było jak twierdza. Od strony, gdzie teraz jest hotel „Forum”, była kwiaciarnia, tam byli też Niemcy, potem był „Cafe Victor”, tam gdzie teraz jest hotel „Metropol”, potem był hotel „Polonia” też w rękach niemieckich. Tam, gdzie jest hotel „Metropol” to była taka ślepa ściana w „Polonii”. W tej ścianie wybito otwory strzelnicze dla Niemców, nie było żadnych okien. W Alejach Jerozolimskich stały czołgi od strony Mostu Poniatowskiego, usiłowały przejeżdżać przez Aleje Jerozolimskie. Udawało im się czasem przejechać, często zostały zapalane, więc pięknie to wyglądało, jak czołg pędził, żeby uciec z terenu zajętego przez powstańców z grzywą ognia ciągnącego się za nim. Uciekał, żeby załoga mogła wyskoczyć, ale nie na terenie objętym przez powstańców. Komunikacja między Warszawą-Północ, a Warszawą-Południe odbywała się przy pomocy puszki wędrującej po drucie przez Aleje Jerozolimskie, wszystkie meldunki szły tą drogą. Nie było możliwości przebiegnięcia Alej Jerozolimskich, tam był tak silny, potężny ostrzał. Już w pierwszych dniach Powstania zaczęto budować barykadę, przejście między Alejami, między Warszawą-Północ, a Warszawą-Południe, to było jedno jedyne przejście w Warszawie łączące dwie części Warszawy, północną i południową przez cały okres Powstania. Miałem zaszczyt być przy tej barykadzie, być na odsłonie saperów z naszej kompanii, budujących od naszej, północnej strony tę barykadę, bo od południowej budowali ją… nie pamiętam tego zgrupowania. Tam jest zresztą tablica teraz, która odbiega od prawdy, bo to była jeszcze za PRL-u położona, na której jest napisane, że: „Tu była barykada jedyna w Warszawie, która łączyła północ z południem, którą zbudował lud Warszawy wraz z powstańcami”. „Ludu Warszawy” nie było, mimo, że całym sercem ten lud czczę, ale „lud Warszawy” siedział wtedy w Muzeum Narodowym, w ogóle go nie było i to tylko powstańcy budowali tę barykadę i przejście, a konkretnie nasi saperzy od strony północnej.

Nie musiałem budować, bo na szczęście byłem w osłonie, choć moja osłona też była niewielka, bo mogłem strzelać tylko do strzelców niemieckich, ale nie do czołgów. Nie mieliśmy przecież żadnej broni przeciwpancernej, wówczas, w pierwszych dniach Powstania. Potem już były PIAT-y, my mieliśmy rusznicę przeciwpancerną. A wtedy jedyną naszą zdobyczą był karabin maszynowy wymontowany z czołgu, który zdobyliśmy, to był Spandau, karabin maszynowy, który nam do końca Powstania służył. [Więc osłanialiśmy] budowę barykady, przejścia przez Aleje Jerozolimskie, gdzie padło mnóstwo ludzi w czasie budowy, między innymi łączniczek.

Poświęciłem temu kiedyś opowiadanie, właściwie nie opowiadanie, bo tam była relacja autentycznych łączniczek, które mi się skojarzyły z jaskółkami, z ich lotem. Bo wybiegała dziewczyna, czasami jak jaskółka, lotem koszącym przez Aleje Jerozolimskie, albo padała albo nie, czasem udawało jej się przebiec. One mi się [tak] skojarzyły, [więc] to opowiadanie, które napisałem zatytułowałem „Jaskółki”. Zrobiłem zresztą znaczek graficzny, lot jaskółek, [tak] że szyk układa się w PW – Polskę Walczącą na tle płonącej Warszawy. Bo to skojarzenie jest tak jak jaskółka. Pierwsza dziewczyna, którą widziałem, która biegła przez Aleje. Tam padło mnóstwo łączniczek. Jak barykada powstała? Był wykop od tamtej strony, barykada była z dwóch stron, ale od strony południowej był wykop, tam można było w jezdni zrobić rodzaj tunelu. Tutaj z naszej nie mogliśmy [tego] zrobić, bo przebiega linia średnicowa pod nami i tunel jest. Ciągle baliśmy się, że Niemcy wysadzą nas w powietrze, bo nasze pozycje były nad tunelem. Byłem cały czas po północnej stronie Alej Jerozolimskich i właściwie moje Powstanie, całe moje Powstanie ogranicza się do walk o utrzymanie tego odcinka Alej Jerozolimskich: Bracka – Marszałkowska. I utrzymaliśmy go. Otrzymaliśmy za to pochwałę od dowódcy Powstania, pułkownika „Montera” – podziękowanie za utrzymanie Alej Jerozolimskich, imienne, skierowane do nas, bo utrzymaliśmy barykadę do końca. Cały czas wędrowałem. Byłem czas jakiś na rogu Brackiej, albo byłem bliżej „Żywca” (restauracji „Żywiec”), na rogu Marszałkowskiej. Była [taka] sytuacja, że domy od Marszałkowskiej są zajęte przez Niemców. Potem jest ziemia niczyja, a to już gruzy były, częściowo spalone, częściowo zniszczone domy, a potem znowu jesteśmy my. A potem „Cristal” jest już zajęty przez Niemców… Drugie miejsce, gdzie na dłużej zakotwiczyłem, to był róg Brackiej i Alej Jerozolimskich. To był dom zniszczony w 1939 roku, tak że nie było tam kamienicy, na samym rogu był parterowy pawilonik, gdzie była mała cukierenka, skąd wykonywałem wcześniej swoje konspiracyjne telefony, to było tuż koło mojej szkoły (Bracaka 18) i był jubiler, może coś jeszcze, nie wiem, i my tam nie mogliśmy się utrzymać, bo to było zbudowane z pojedynczej starej cegły po wrześniu 1939 roku. Jak był duży ostrzał, choćby od BGK, to cegły się rozsypywały, więc opuściliśmy to stanowisko i ten narożnik utrzymaliśmy będąc w domu Bracka 17, to jest też prawie na samym rogu. To jest dokładnie tam, gdzie stoi teraz „Smyk” i dokładnie tam, gdzie jest część oparta o filary, to tam był ten dom, dokładnie, nasza barykada. Tam bardzo poważne walki się toczyły.

[Barykada] biegła z naszej bramy, Bracka 17, do styku domów, gdzie jest „Cristal” „Orbis” teraz. Zresztą przed wojną był też tam ten globus na rogu tego domu, bo to też był „Orbis” chyba przed wojną, a następny, to był Bracka 18 – moje gimnazjum. Miałem zaszczyt walczyć wtedy przy bramie swojej szkoły prawie, bo nasza barykada wychodziła równiutko na styk domów – „Cristal” i Bracka 18.

Muszę jeszcze powiedzieć o czymś – w moim oddziale, w naszej piątce, która broniła przez kilka dni tego narożnika w okresie od 1 do 9 września 1944 roku, z naszego plutonu, (wtedy zostałem ranny) nasz pluton też był rozbity, rozbity w tym sensie, że część plutonu broniła gimnazjum Górskiego, na Górskiego walczyło w tym czasie. Nas tu było kilku. Normalnie to służba trwała, nie pamiętam, to były różne okresy – sześć godzin służby na linii w ogniu i sześć godzin odpoczynku albo cztery, to różnie było. Przeważnie cztery – cztery godziny w ogniu, cztery godziny odpoczynku. Ale były też takie dni, kiedy nie było odpoczynku i w narożniku, pamiętam, przez kilka dni siedzieliśmy, już bez jedzenia, bez wody, bez żadnej zmiany. Musieliśmy siedzieć, bo nie było żadnych ludzi, którzy by mogli nas zastąpić, bo wszyscy byli w akcji, gdzieś walczyli. Część plutonu na ulicy Górskiego, naszego plutonu, bo w naszej kompanii były trzy plutony – jeden dowodzony przez pana Jana Żabińskiego, który w pierwszych dniach Powstania był ranny, komuś to przekazał, drugi to był porucznika „Wojtka”. Nie pamiętam, jak się „Wojtek” nazywał (Henryk Jakubowski?). Trzeci porucznika „Antka”, to jest mój pluton. Taka była numeracja, trzeci pluton ósmej kompanii. Na tym narożniku przeżyłem chwile pełne grozy, dlatego że my ten narożnik utrzymywaliśmy przez kilka dni, Niemcy byli w „Cristalu”, jeden z moich żołnierzy, nie „z moich”, bo nie byłem dowódcą tam wtedy. Tam nie było żadnego dowódcy, jak się w tej chwili zastanawiam. Dowódcą był „Antek”, ale jego wtedy nie było z nami. Byliśmy zdani na własne siły. Było nas pięciu – „Mewa” Ryszard Matysik z „Kedywu”, „Bolesław” , później profesor prawa z Uniwerku Warszawskiego profesor Mieczysław Nieduszyński, na ochotnika ze Lwowa przyjechał do Powstania, był adiunktem chyba na lwowskim uniwerku, był w naszym oddziale broniącym narożnika, był „Kosio” (Andrzej Tymiński), ten który dał mi niedźwiadka, „Ryś” z „Kedywu”, starszy ode mnie około dziesięciu lat, też miał rosyjskie nazwisko, Żytkow, Światozar Żytkow. Mówię o nim, dlatego, że był mieszkańcem domu Bracka 18. To był przypadek, że w czasie Powstania tam się znalazł i w piwnicach tego domu, w tym czasie, kiedy my walczyliśmy o ten narożnik, jego żona rodziła dziecko, jego pierwsze dziecko. Był młodym żonkosiem, więc podwójnie przeżywał. Niemcy z piwnicy od „Cristalu” przebijali się do cywilów, którzy się w tej piwnicy ukrywali (na Brackiej 18), więc on niesamowicie przeżywał te chwile. Nie będę się już nad tym rozwodził… Któregoś dnia była błoga cisza na tym narożniku, miałem stanowisko na balkonie domu Bracka 17, to był dom wypalony. Stare domy w Alejach Jerozolimskich miały stropy z belek drewnianych, wszystkie się zawalały. W naszym domu Bracka 17 też nie było stropów, gdzieniegdzie trzymała się podłoga, gdzieniegdzie można było przejść, ściana frontowa była już odchylona od pionu, jak się szło w górę, to ona miała coraz większe rozwarcie. Na pierwszym piętrze miałem stanowisko razem z „Kosiem”, na balkonie, przez szereg dni, zanim jeszcze były walki o ten narożnik. Miałem materac, bardzo elegancko, miałem pakę [pism] „Merkuriusz Polski Ordynaryjny”, to było kapitalne pismo historyczne, niektóre egzemplarze sobie w wolnych chwilach przeglądałem. Czułem się tam „bezpiecznie”, dlatego, że tuż, zaraz, przy ulicy Zgoda, przy narożniku Chmielna, tam padały pociski z działa kolejowego, sztukasy jak bombardowały, to bombardowały tam, a ja byłem bezpieczny, bo byłem na styku z Niemcami. Zawsze się najlepiej na pozycji czułem, bo… byłem bezpieczny, bo byłem razem z Niemcami, nic mi nie groziło poza kulą z broni maszynowej czy granatem czy czymś takim. Pierwszy raz wtedy w życiu zobaczyłem „goliata”, w pierwszej chwili w ogóle nie wiedziałem, co to jest. Czołg? Taka mała tankietka. Czy tam siedzi człowiek, czy nie, chociaż mieliśmy instrukcje, jak walczyć z tymi „goliatami”. To był mały czołg wypełniony trotylem, prowadzony kablem. Trzeba było przeciąć kabel, ale przecież nie zawsze było dojście, żeby przeciąć kabel, czy rzucając granat, czy po prostu przecinając kabel. W tym domu (Bracka 17) był hotel, bo od frontu był blaszany szyld. Mam akurat przypadkowo zdjęcie naszej barykady i domu Bracka 17, jak to wyglądało w czasie Powstania. W bramie mieliśmy cały arsenał. Dom był zniszczony, na balkon trzeba było iść po desce, tam stropu nie było. Był tylko hol mieszkania, który się trzymał, obok pokój był z podłogą. Pamiętam, któregoś dnia, to był trzeci czy czwarty dzień, kiedy tam siedzieliśmy, zapanował błogi spokój, cisza, rano, nic się nie działo, Niemcy przycichli. My z „Kosiem” poszliśmy po desce do pokoju od strony podwórka, a trzech kolegów – „Ryś”, „Mewa” i pan „Bolesław” Nieduszyński, późniejszy profesor uniwerku warszawskiego, byli nad dole. W bramie mieliśmy cały arsenał. Była tam wąska ścieżka między butelkami szturmowymi, leżały granaty. Różne sowieckie, ze zrzutów. (Trzeba było tego… potem to syczało, dopiero w pewnym momencie trzeba było rzucać). W pewnym momencie poszliśmy do pokoju, pamiętam dokładnie, położyłem się na łóżku spalonym, bo wszystko było spalone, czarne, na siatce tego łóżka i o dziwo, stało lustro w tym pokoju, całe czarne, osmolone. Podszedłem do tego lustra, zżółkło od żaru, jaki tam był, przetarłem je, żeby zobaczyć, jak w ogóle wyglądam. Nie używałem hełmu w czasie Powstania, dlatego, że byłem próżny z natury i źle było mi w hełmie, ponieważ miałem drobne rysy twarzy. Ten hełm nosiłem przy pasku i zawsze chodziłem w takiej niemieckiej czapce, w krytycznych momentach wkładałem hełm. Mój kolega, „Kosio”, zdjął buty, usiadł w nogach łóżka, ja leżałem na tym łóżku.

Miałem piękny pistolet maszynowy, który dostałem po zdobyciu poczty, zdobyczny, starego Bergmanna z 1918 roku, bo Niemcy wyprodukowali pierwsze Bergmanny podczas pierwszej wojny światowej i on miał datę 1918 rok. Był piękny, był olbrzymi; w czasie okupacji jak żandarmeria [je] miała, mówiono na nie gramofony. Miały olbrzymie bębny, niemalże jak płyta gramofonowa, nakręcane sprężyną, stawiającą bardzo duży opór. Nie mogłem nigdy do niego nabić trzydziestu dwóch naboi, które powinny były wejść, bo nie miałem po prostu siły nakręcić sprężyny i wsadzałem zawsze dwadzieścia trzy. Taki magazynek pasował również do „parabelki”, skręcało to rękę, bo to ciężkie. Był olbrzymi, z drewnianą kolbą, z dużymi otworami chłodnicy, obudową lufy i charakterystyczne [było to], że można było oczywiście oddawać serie i pojedyncze strzały – że jak się dawało serię z niego, to on nie walił jak nasz Sten na przykład konspiracyjny albo „Błyskawica”, taka szybka, tylko walił majestatycznie. Często się strzelało z „ekrazytówek”, co dawało piękny efekt wieczorem, w nocy, bo puszczało się świecące perełki ogników naboi w kierunku Niemców, a oni też strzelali „ekrazytówkami”, od których zapalały się na przykład worki z piaskiem, piasek się osuwał… To były zapalające naboje, czymś pociągnięte.


  • Proszę powiedzieć, gdzie i kiedy walczył pan w czasie Powstania.


Jeszcze muszę powiedzieć, że na placu Napoleona, taki był zwyczaj w Warszawie w różnych punktach na różnych placach były olbrzymie zbiorniki wody. Do gaszenia miały służyć, bo przecież Warszawa była bombardowana przez sowieckie naloty również. Bardzo duże baseny betonowe wypełnione wodą. To było patrząc od nas po prawej stronie w stosunku do Poczty Głównej. Pamiętam, że tam były śmietniczki, pamiętam naszych reporterów z Kroniki Filmowej powstańczej, jak któryś zabrnął pomiędzy te śmietniczki, był ostrzał jak cholera i on tam przeleżał parę godzin między tymi śmietniczkami, nie mógł się ruszyć z kamerą, którą miał. Pamiętam też ten moment wahania – mamy tutaj kilka „filipinek”. Olbrzymie były te „filipinki”, przeciwczołgowe, specjalnej produkcji konspiracyjnej, bardzo prymitywne, ale skuteczne. Duże, ciężkie, zawierały trotyl [chyba], nie wiem jaki tam był materiał wybuchowy. Ten moment wahania – waham się, ten czołg ociera się niemal o ścianę naszej pozycji, moment wahania, ale nie rzuciłem, a rzuca on Tadzio Cissowski – jednak podchorążówka coś znaczy – jedną i drugą i czołg staje i wtedy ci z dołu z kolei już tam załatwiają czołg do końca, [rzucając] butelki z benzyną. Między innymi, trzeba wspomnieć, do nas przyszedł w czasie tej walki, nie wiem kiedy, bo byłem na górze, młody chłopczyk, jedenastoletni, który się nazywał Klaudiusz Jemiołkowski. Miał jedenaście lat. Pseudonim sobie przyjął później „Cezary”. On między innymi pomagał moim kolegom rzucać butelki na ten czołg. Wyskakiwał z dołu. Jest pojedynek ogniowy między jednym z tych czołgistów a moim porucznikiem, tego nie widzę, bo jestem na górze. Czołgiści – było [ich], nie wiem, trzech – próbują uciekać, jeden zginie, spłonął, został zastrzelony w czołgu w czasie tego pojedynku ogniowego. Później amunicja wybucha w czołgu. Nie będę mówił o tym czołgu, bo to nieważne. Po Powstaniu wiele oddziałów, które były w najbliższym sąsiedztwie na placu Napoleona zawsze przyznawało się do tego czołgu. Argument był jeden, że karabin maszynowy z tego czołgu, „Spandau” został wymontowany przez nas, więc wszyscy nam przyznali rację, że jednak jest nasz czołg, a nie zdobyty przez jakiś inny oddział. Chciałem opowiedzieć tylko o tym młodym chłopaku, którego oczywiście wziął za kark później mój porucznik, i jak Poczta była zdobyta, odprowadził [go] do rodziców. Rodzice mieszkali na tej samej ulicy króciutkiej Boduena, ale bliżej Banku Pod Orłami, w tamtym kierunku. Rodzice zgodzili się, żeby został w naszym oddziale. Przynajmniej jeszcze przez trzy tygodnie albo miesiąc był u nas łącznikiem. Wtedy przyjął sobie ten pseudonim „Cezary”. Jedenastoletni chłopczyk. To, co chciałem o nim [wspomnieć]. Zresztą nie żyje, wyemigrował, w Kanadzie, mimo, że młodszy od nas, już nie żyje.

  • Jaką akcję zapamiętał pan szczególnie z czasu Powstania?


Zaraz będę mówił. W takich akcjach spektakularnych?… Różnie było. Nasz pluton na przykład – była akcja na Królewskiej, jak miały się przebijać przez Ogród Saski oddziały ze Starego Miasta, co im się zresztą nie udało, [wtedy] brałem udział. To było tak, że nawet ten nasz pluton był rozbity na mniejsze grupy. Chciałem powiedzieć o dalszym losie naszej grupy. Po zdobyciu Poczty Głównej zostajemy skierowani na odpoczynek do budynku, w którym był później przez wiele lat Naczelny Sąd Administracyjny, on teraz ma własny gmach w pobliżu, ale wtedy przez wiele lat był w tym budynku. Na parterze jest tam biuro ubezpieczeniowe, jakieś zagraniczne, tam dostajemy kwaterę i noc z 2 na 3 sierpnia spędzam odpoczywając, to znaczy moi koledzy wygłupiają się i biorą udział w sfingowanych już scenach walki na ulicy Boduena. Stoję, patrzę z wyższością, jak oni się wygłupiają, bo fotoreporterzy kręcą, co oni tam robią. Potem likwidujemy niewypały przy Banku. Broń mi wysiadła, bo zapomniałem powiedzieć, 1 sierpnia idę do rusznikarza, też na Boduena, gdzieś w piwnicach, tam spotykam dziewczynę, którą znam tylko z kolejki klarysewskiej, konstancińskiej, [ona] rzuca mi się na szyję – komuś kogo nie zna, tylko z widzenia. Ona była u doktor Franio, też się okazuje, że jest w „Kedywie” u doktor Franio, której to oddział minerek z „Kedywu” podpalał PASTę podczas zdobywania PAST-y, Barbara Matys, pseudonimu nie pamiętam.

  • Jak było z bronią?


Z bronią to było bardzo różnie. My, ci starzy z „Kedywu”, mieliśmy dobrą. W towarzystwie teraz [niedawno] przypadkowo spotkałem takiego pana, posadzono nas razem, że może będziemy mieli jakieś wspólne wspomnienia z Powstania i ten ktoś mi mówi (to było takie profesorskie towarzystwo, z Polskiej Akademii Nauk) i okazuje się, że on jako młody chłopak przyszedł do naszego oddziału jako ochotnik. Zapytali go: „Masz broń?”. „No nie mam broni”. „To będziesz saperem”. Był saperem. Potem budował barykadę w Alejach Jerozolimskich, to główne, ważne przejście, słynna barykada przez Aleje Jerozolimskie, a ja byłem na osłonie tej barykady, wtedy kiedy ona powstawała. Nie znałem go wtedy, ale byłem bardzo blisko. Nie przypuszczałem że kiedyś go w towarzystwie po tylu latach spotkam, że dogadamy się. On zresztą dostał pocisk z czołgu, prawdopodobnie niewypał, [dostał] w nogę, nie mówił mi wtedy, tak że jego kariera się bardzo szybko skończyła, bo 6 sierpnia czy 7 [sierpnia] był już wyeliminowany z walki.

Wrócę do pierwszego dnia. Byliśmy na klatce schodowej Boduena i wszystkie mieszkanki tego domu wychodziły ze swoich mieszkań, a przecież ta Warszawa była jednak dość biedna, i przynosiły, przysyłały jakieś kanapki na przykład z sardynkami: „Macie chłopcy! Nasi chłopcy! Bierzcie wszystko co mamy”. Entuzjazm ludności warszawskiej był wspaniały. Nareszcie pierwszy dzień wolności. Wszędzie, gdzie tylko można było wywiesić były flagi biało-czerwone.

Pamiętam, wrócę jeszcze do pierwszego dnia, jak już była Poczta zdobyta, odprowadzałem jeńców z Poczty do Komendy Śródmieścia na Jasną, [tam był wtedy] też hotel „Victoria”, ale nie ten hotel oczywiście. Odprowadzałem jeńców. Organizacje przestępcze czy gestapo to oni byli rozstrzeliwani, ale inni byli brani do niewoli.

  • Jak pan zapamiętał żołnierzy strony nieprzyjacielskiej?


[…] Prowadziłem grupę dwudziestu kilku Niemców do komendy na Jasną i tam część z nich została rozstrzelana, ci którzy byli w organizacjach przestępczych, formacjach przestępczych, nie organizacjach. Natomiast miałem taki stosunek… Wychowywałem się w tym czasie na książkach pacyfistycznych Remarque’a i innych, więc dla mnie pewne sceny były nieprzyjemne, dlatego że, przykładowo prowadzimy tych jeńców niemieckich w różnym wieku, pamiętam, że tam był jakiś starszy wiekiem i wysoki rangą, nie umiem powiedzieć, jakiej, człowiek, z zabandażowaną głową i w zakrwawionym bandażu i niektórzy żołnierze powstańcy [do niego] podskakiwali, wykazując [zapędy] sadystyczne zrywając mu bandaże. Nienawidziliśmy Niemców, to prawda, ale to mi się nie podobało. Natomiast entuzjazm ludzi… przechodziliśmy przecież ulicami, gdzie byli ludzie, cywile, to był pierwszy dzień Powstania, oczywiście [były] wiwaty, ogromny entuzjazm. Doszliśmy tam, przekazaliśmy [jeńców] żandarmerii akowskiej, był [tam] dowódca tej żandarmerii… Oczywiście, kiedy jest taka sytuacja, to ludzie się łamią: „Zrywajcie swastyki! Zrywajcie te swoje gapy z czapek! Depczcie po tym!”. Oni to robili za cenę życia, żeby ocalić życie.

Jeden Niemiec mi się bardzo podobał. On był przeznaczony na rozwałkę, ale zachował do końca godność. Zwrócił się akurat do mnie i do kolegi z prośbą, że ma rodzinę w Gdańsku, że to jest jego pamiątkowy zegarek, że on wie, że musi zginąć, życzy nam powodzenia w akcji, duchem jest z nami, tak nam powiedział przynajmniej i prosi o przekazanie swojej rodzinie tego zegarka, dał namiary swojej rodziny. On się zachował z godnością do końca. Taka postawa budzi szacunek. Oczywiście nie wszyscy zostali rozstrzelani, Wehrmachtowców nie rozstrzeliwano. Oni byli brani do niewoli i często mieli lepsze warunki niż powstańcy. [Tak] sądzę, przynajmniej. Dawano im jeść, a my przecież nie zawsze mieliśmy.



  • Może pan jeszcze opowiedzieć, jak przebiegało to przejście Alejami, w jaki sposób?


Ono nie było zupełnie proste. Powiem szczerze, jest mi przykro, musiałbym [po] pewne rzeczy do literatury zajrzeć, [żeby sprawdzić] jakie numery były połączone, bo początkowo były to Aleje Jerozolimskie 20 lub 22, a potem stwierdzono, że trzeba się o jeden dom przesunąć i stamtąd będzie [to] robione.

Wyglądało to tak, że co nasi saperzy postawili trzy czy cztery woreczki piasku (wory piasku), to w tym momencie był strzał z czołgu i rozpirzgały się te worki. [Panował] upał, smród, przepraszam za określenie, rozkładających się ciał. Powiem szczerze, miałem osiemnaście lat, ale nie miałbym siły fizycznej tak ciężko pracować, jak pracowali ci saperzy. Miałem kolegę, starszego ode mnie, z „Kedywu”, też miał takie nietypowe nazwisko, Światozar Żytkow, a pseudonim miał „Ryś” i [choć] to nie należało do jego obowiązków, bo był na osłonie ogniowej, [to jednak układał tę barykadę]. Nasza osłona nie była taka [skuteczna], bo co mogliśmy zrobić przeciwko czołgom? Nie mieliśmy ani PIAT-a, ani żadnej broni przeciwpancernej. My mogliśmy tylko do strzelców niemieckich strzelać, którzy byli tak samo pochowani, jak my za jakimiś workami z piaskiem. Przygotowywaliśmy sobie stanowiska strzelnicze i obronne. Byłem pełen podziwu dla niego, ale jednak ta barykada woreczek po woreczku, woreczek po woreczku urosła do potężnej barykady, która przetrwała całe Powstanie, a była bez przerwy bombardowana, już nie mówiąc, że była pod ciągłym ostrzałem. Przetrwała, bo była ciągle naprawiana, co była uszkodzona, to naprawiana, do ostatniego dnia Powstania ona przetrwała.

Taki zabawny epizod, sympatyczny dla mnie, nie mający żadnego istotnego znaczenia, jeśli chodzi o [spojrzenie] historyczne – jestem na tym przejściu, jestem w osłonie. Co robię? Strzelam co pewien czas, to wszystko, ale na czołgi, na „Tygrysy” nie mamy sposobu żadnego, nie mamy dostępu do nich, chyba że przejeżdżający czołg [jest] blisko nas. Pierwsza dekada, późniejszy czas Powstania, już jest barykada zrobiona, nikt [przez nią] nie przechodzi, kto nie ma przepustki, łącznik ma przepustkę, łączniczka ma przepustkę, w jakiejś sprawie ważnej ktoś otrzymuje od Komendy Śródmieścia czy od swojego dowódcy ma pozwolenie na przejście na drugą stronę Alej, to wszystko jest kontrolowane. Żandarmeria, oczywiście, jak jest gotowy jakiś obiekt, to już jest żandarmeria, która sprawdza tych ludzi, kto może przejść. Siedzę gdzieś w gruzach, mam swoje stanowisko strzelnicze, ale widzę na tym podwórzu swojego dyrektora gimnazjum, stoi w okularkach na końcu nosa, w ciężkiej, grubej jesionie, a tu jest taki gorący sierpniowy dzień, dwie teki [ma] wypełnione słownikami. On miał z nami niemiecki, angielski też. Był anglistą. Potem po wojnie był profesorem na anglistyce na Uniwersytecie Warszawskim, profesor Helsztyński. Stoi. Jego nie przepuszczą, [bo to] cywil, a on chce się udać na drugą stronę Alej, wtedy interweniuję ja, zostawiam swoje stanowisko strzelnicze, idę tam i mówię, przede wszystkim idę do dyrektora i mówię: „Panie dyrektorze. Dzień dobry!”. A on: „Idę do siebie, mieszkam na Grottgera, na Mokotów chcę się dostać do rodziny”. „Ale jasne, że [pan] przejdzie”. Maturę, której nie zdążyłem zrobić – myślę sobie – mam [już] w kieszeni. Bo jak to z dyrektorem? Fajnie jest! Zobaczył swojego ucznia. [Mówię] do kolegów z żandarmerii: „Ten pan może przejść”. On zadowolony, toczy się, wpada w tunel barykady. Miałem satysfakcję, że swojego dyrektora gimnazjum [spotkałem]. Od pierwszej klasy doszedłem w gimnazjum Lorentza prawie do matury. Mógłbym zresztą zdawać maturę przed Powstaniem, jak część kolegów zrobiła. To było takie sympatyczne spotkanie… Natomiast zawsze część plutonu naszego i tych innych szła gdzieś do akcji, jak były takie akcje, że na przykład przebijać się mają oddziały ze Starówki. Idą tam na osłonę na Królewską przygotować tę akcję. Tę akcję obserwował sam generał „Bór” Komorowski. Tam część kolegów była, zawędrowała aż do Ogrodu Saskiego. Chciałem jeszcze powiedzieć o moim najlepszym przyjacielu z „Kedywu” – braliśmy udział w wielu akcjach w czasie okupacji – z którym łączyło mnie wiele rzeczy, sytuacji ryzykownych, z których tylko łut szczęścia nam pomógł wyjść ręką obronną. W czasie Powstania nie miałem z nim żadnego kontaktu. Zawsze był w tej drugiej części plutonu, która była gdzieś, a nie ze mną, tak że dopiero w ostatnich dniach Powstania się znowu spiknęliśmy razem na przypadkowej wspólnej kwaterze, bo nawet kwatery mieliśmy różne. Kwatery były w mieszkaniach, parędziesiąt metrów dalej od pierwszej linii. Nie brałem udziału w super spektakularnych akcjach w czasie Powstania. Największa „bitwa”, w jakiej brałem udział, to była na rogu Brackiej i Alej Jerozolimskich, o której chcę koniecznie powiedzieć, bo to był bój kilkudniowy i my ten narożnik utrzymaliśmy i chciałbym wspomnieć o ostatnich dniach Powstania z Alej Jerozolimskich 28, blisko „Żywca” od Marszałkowskiej, bo to też byłoby warto powiedzieć. Byłem również oddelegowany – zawsze część, jakaś grupa, część z plutonu była oddelegowywana do jakiejś akcji i ja też byłem jako część naszego plutonu wysłany do PAST-y, do akcji na PAST-ę. Zresztą walki o PAST-ę, chyba [od] 1 sierpnia, właściwie trwały bardzo długo, ale te ostateczne – PAST-a padła 20 sierpnia. To jest dyplom mojego uczestnictwa w walce o PAST-ę. Muszę się przyznać, że w tej ostatecznej rozgrywce o PAST-ę nie brałem udziału. Brałem udział w tej, która poprzedziła tę o kilka godzin i miała prawie identyczny przebieg, bo PAST-a też wówczas została podpalona. Za chwilę o tym powiem, ale to później. Natomiast mój przyjaciel „Michał” poszedł o parę godzin później i brał udział w definitywnym, ostatecznym zdobyciu PAST-y. Już tak przy okazji pokażę, to jest sztandar naszego batalionu, którego mam zaszczyt być projektantem. To jest podziękowanie dowódcy naszego batalionu, rotmistrza „Leliwy” Roycewicza, jeszcze jak żył. Podziękowanie autorowi projektu. To jest akt fundacyjny naszego sztandaru. [...]

  • Proszę jeszcze krótko powiedzieć, jak wyglądało życie codzienne podczas Powstania.


Życie codzienne to jest trudno powiedzieć, bo wracaliśmy na kwaterę.

U nas w oddziale był starszy człowiek Walenty Danis pseudonim „Zenon”, zresztą z „Kedywu”, który nie był w linii, ale jego syn Mieczysław Danis pseudonim „Olgierd” był w linii. On był w „Kedywie”, w patrolu w czasie konspiracji, w czasie naszej działalności przedpowstaniowej, dywersyjnej był chyba w patrolu mojego przyjaciela Tadeusza Zapałowskiego, o pseudonimie „Michał”, to on nam gotował. Co on nam gotował? Gotował to, co mógł dostać. Bardzo często była ta sławetna pszenica mielona. Pszenica (czy jęczmień?) była przenoszona przez kolumny transportowe od Haberbuscha z jego magazynów. Wyprawy bardzo często krwawo się kończyły, bo przecież ci ludzie nieśli worki w strasznych warunkach. To było wędrowanie po górach gruzu, przechodzenie piwnicami. Nie było prostego przejścia nigdzie. Odległość stu metrów – to czasami wymagało niemałej gimnastyki, żeby ją przebyć, pomijając niebezpieczeństwa, jakie się kryły, [jakie] były z tym związane.

Takie było nasze życie na kwaterze. Życie na kwaterze, cywilne życie trudno było nazwać życiem, bo przez te sześćdziesiąt ileś dni towarzyszyło uczucie cholernego niewyspania, u snu, to chyba najbardziej, najdotkliwiej odczuwaliśmy. Brak snu, bo co to jest cztery godziny i znowu.

  • Jak spędzaliście państwo ewentualny czas wolny?


Jak miałem cztery godziny wolne czy sześć, czasami było sześć, różnie to było, to starałem się skontaktować z siostrą. Wiedziałem, że jest w plutonie łączności pułkownika „Radwana”. Wiedziałem, że jej punktem wypadowym jest ulica Mazowiecka, nie wiem, pod którym numerem. Chyba tam, gdzie obecnie jest Związek Plastyków. Szło się przez „Ogródek u Aktorek”, tam była taka kawiarnia z drugiej strony. Ale to były całe wyprawy. Jak miałem chwilę wolną, to chciałem się dowiedzieć, czy ona żyje, bo ona ciągle chodziła [z meldunkami]. Myślałem: „Boże, ona ma strasznie niebezpieczną funkcję. Ona biega przez te ulice pod ostrzałem. Ona idzie tam na tereny często, przecież trzeba było przejść przez ziemię niczyją, nie wiadomo, czy zajętą przez Niemców czy przez powstańców”. Często były przecież takie sytuacje. Ja się o nią zamartwiałem. I ona się zamartwiała o mnie, że jestem w pierwszej linii, że tu bez przerwy walą, że tu jest cały czas walka. My się tak wzajemnie o siebie martwiliśmy i nie zawsze dochodziłem do niej, mogłem ją [czasami] zobaczyć, [albo] dowiadywałem się, że jej nie ma. To nie było takie pójście sobie na spacerek. Ten codzienny dzień, tego codziennego dnia prawie nie było. Było takie zmęczenie, że człowiek się walił i spał. Mieliśmy kwaterę Widok 8, jeden z wyższych domów, przetrwał Powstanie, jest do dzisiejszego dnia, to był jakiś dom kolejowy. Mieliśmy kwaterę na pierwszym piętrze. Tam trzeba było jeszcze mieć z czterech godzin czas na pilnowanie kwatery, żeby jakiś cywil nie wszedł na jej teren. Jeszcze trzeba było na jakimś krzesełku siedzieć przed wejściem do tego mieszkania, gdzie była kwatera. Kwatera to była, leżały na ziemi jakieś materace, sienniki. Chłopaki przychodzili, stawiali broń w kącie, kładli się, wieszali swoje hełmy gdzieś tam i po iluś godzinach wracali. Życia towarzyskiego raczej nie mieliśmy. Życie towarzyskie to mieliśmy raczej… na pozycji.

  • Czy czytał pan podziemną prasę?


Żadnej nie czytałem. Na nic nie miałem czasu. Powiem szczerze, jak spotkałem się z siostrą, to mówiła: „Słuchaj” – mieliśmy rodzinę na Złotej – „oni mają tran i kartofle i robią placki kartoflane na tym tranie i oni zapraszają ciebie”. Mówiłem zawsze: „Przyjdę”. To było niedaleko, z Alej Jerozolimskich na Złotą, od Marszałkowskiej niedaleko, ale ani razu nie poszedłem, nie miałem czasu. Nigdy nie miałem czasu.. Pamiętam, może to nie dla dzieci, o piętro wyżej, były wesołe dziewczynki i one jak przechodziły, kiedy siedziałem przed tymi drzwiami w kwaterze, przechodziły koło mnie i [mówiły]: „Kiedy do nas przyjdziesz? Kiedy? Koledzy przychodzą, a ty nie. Przyjdź do nas!” Wtedy byłem zakochany, miałem w Klarysewie swoją sympatię, ale załamałem się któregoś dnia, mówię: „Jutro czy tam dzisiaj, przyjdę na pewno”, ale nie wiem, jak to się stało, że nie przyszedłem. Muszę powiedzieć o tych dziewczynach, że wiele z nich to były wielkie patriotki i tak chętne były do pomocy tym powstańcom nie tylko w zakresie swojej profesji, mówię o takiej prawdziwej pomocy. Pamiętam, jak przenosiłem swojego ciężko rannego kolegę (zmarł później), Edka Kwiatkowskiego pseudonim „Czarny”. Poszedł za mnie, bo go poprosiłem o to. (Byłem jego dowódcą z patrolu z „Kedywu”). Niosłem go z taką właśnie prostytutką, bo nikogo nie było, wtedy ona mi pomagała go nieść, trzeba go było przenieść na drugą stronę Alej. Raz tylko przez całe Powstanie byłem po drugiej stronie Alej Jerozolimskich – przenieść go do szpitala. Tam już był ewakuowany szpital od strony północnej na stronę południową. Musiałem go przenieść do szpitala i to nie było takie [proste] przeniesienie, bo trzeba było przecież przejść [przez] gruzy, jakieś piwnice, jakieś otwory, przeczołgać się z noszami. To była droga przez mękę. Ona mnie opieprzała, mnie, osiemnastoletniego chłopaka: „Ty taki, nie taki, siły nie masz?!”, a to było chłopisko dość zwaliste i ciężko mi było z tymi noszami na czworakach dźwigać go. Wiem, że to była baba na schwał, ochrzaniała mnie dość swoiście. Tak, że towarzyskiego życia nie miałem w czasie Powstania… Tak wyglądało życie na kwaterze. Do naszego oddziału przystał kelner warszawski i tych dwóch starszych ludzi, ojciec syna, który był w oddziale liniowym i ten kelner z jakiegoś warszawskiego lokalu, oni nam pichcili, starali się nam zawsze zrobić coś z tych minimalnych możliwości, jakie mieli, coś tam zawsze starali się zrobić, czy kluski, jakiś makaron, czy mieloną pszenicę jakoś przyprawić, doprawić, ale też były takie dni, kiedy nic nie było.

  • Jak długo trwała ta walka?


Walka na tym narożniku trwała kilka dni, ale nie potrafię w tej chwili określić dokładnie, musiałbym zajrzeć do literatury, dlatego, że ja w niej do końca nie brałem udziału. Dlaczego, zaraz powiem.

Brama w domu Bracka 17, to był nasz wielki arsenał, była zastawiona butelkami z benzyną i olbrzymią ilością granatów pochodzenia najróżniejszego. Preferowałem, używałem jedynie – dla mnie najpewniejszy granat to był zawsze angielski granat, natomiast były najprzeróżniejsze granaty. Sowieckie granaty – panicznie się ich bałem, [jak niczego] nigdy w życiu, bo trzeba było coś tam zdjąć, poruszyć, on syczał, dopiero po sekundzie można było rzucać, a tu się wyciągało zawleczkę i już. Jeszcze [były] niemieckie handgranaty na drewnianej rączce, tylko, [że one] też kryły w sobie niebezpieczeństwo, bo te wczesnej produkcji wojennej miały rączkę wydrążoną, zaczepka była na końcu i porcelanki ze sznurkami do pociągnięcia były w tej rączce. Później [je] złączyli i była motylkowa zakrętka na samym granacie i to było lepsze. Jak zakrętka się odkręciła na rączce, a ktoś miał za cholewą granat i wyciągnął przypadkowo te porcelanki (te sznurki) to granat wybuchał mu znacznie wcześniej niż powinien był wybuchnąć, czyli nie był bezpieczny.

  • Proszę powiedzieć, najcięższy moment.


Jeszcze, tam było mnóstwo granatów naszej produkcji powstaniowej. Były tak zwane „sidolki” – kawałek rury wypełniony różnymi śrubami, worki, woreczek, nakrętka, pełno różnych śrub i materiałów wybuchowych, angielskie granaty, sowieckie granaty, tego było bardzo dużo. Połowa bramy, więcej niż połowa bramy to był granat, granat, granat i butelki, bo musieliśmy się czymś bronić. Byliśmy dobrze uzbrojeni, ta nasza piątka.

Od strony Alej Jerozolimskich byli koledzy, nie umiem powiedzieć pseudonimów, oni chyba byli z innego plutonu, w każdym razie nie z naszego i oni byli przy karabinie maszynowym, nie tym naszym wymontowanym z czołgu, tylko swoim. Mieli gniazdo gdzieś w okienku piwnicy od strony Alej Jerozolimskich (Aleje Jerozolimskie 12). Dlaczego o nich mówię? – bo to jest ważne, oni wtedy wszyscy zginęli. Nie pamiętam, ile to trwało, że Niemcy byli w tym narożniku, nas wykurzyli z tego balkonu i wycofaliśmy się z balkonu. Zrobiliśmy sobie [tam] stanowisko. Tam nie było podłogi, [ale] jakoś tak zrobiliśmy, że [byliśmy] na tych deskach. [Było to] drugiego czy trzeciego dnia, a może czwartego? Były jeszcze uderzenia grup szturmowych prowadzonych przez sławetnego porucznika „Szarego” (Stanisław Silkiewicz), pod dowództwo którego przypadłem przy zdobywaniu PAST-y. Były uderzenia robione na „Cristal”. Nie wiem, jak one się odbywały, w każdym razie nie kończyły się powodzeniem, zginęło dość dużo ludzi. Nie umiem nic na ten temat powiedzieć, bo w tym udziału nie brałem. Zginął tam między innymi mój kolega Jurek Surkont pseudonim „Brzeszczot”. Nawet nie wiedziałem, że on był w oddziałach, które tam walczyły. Potem przechodziłem bardzo często koło jego grobu, na tym skwerku przy Brackiej – Zgoda był pochowany… Cały czas była wymiana ognia… Co mogę powiedzieć... Były próby rozwalenia nas „goliatami”. Przeraziłem się, jak po raz pierwszy „goliata” zobaczyłem. Z tej perspektywy, z balkonu nie wiedziałem, czy tam facet siedzi czy nie siedzi, to jest przecież mała tankietka, wypełniona tylko materiałem wybuchowym. Kiedyś po wojnie stała przed Muzeum Wojska Polskiego, sądzę że jest do dzisiejszego dnia. Nie wiem, ile ona miała długości, półtora metra, może więcej, nie wiem, może mniej. Z góry nie widziałem, wiedziałem tylko, że one mają kabel, że trzeba kabel przeciąć, przeciąć albo rzucić granat, ale jak przeciąć, kiedy nie ma do niego dostępu. Trzeba mieć jakiś dostęp do niego. Jak zobaczyłem „goliata”, jak wjeżdża mi w Bracką, skręca z Alej Jerozolimskich i jedzie w kierunku mojego balkonu, a ta ściana jest o chwiejnej równowadze… nie wiedziałem, czy tam siedzi człowiek czy nie, potem zorientowałem się, że to jest „goliat”. Władowali nam tam dwa, czy nawet trzy „goliaty”, ale władowali nam tak, że… [on] jedzie kawałeczek, cofa się, skręca w Aleje Jerozolimskie, zawraca, znowu, nie, waha się, znowu jedzie. Skręcił i władował się w te jubilerskie sklepy, w sam narożnik. Tam, nie wiem dlaczego, tam leżało dużo zabitych ludzi. Było tam takie miejsce, że była barykada wręcz z trupów i jak pieprznął, przepraszam za określenie, ten pierwszy „goliat”, to jeszcze miałem ten balkon osłonięty z góry blachą, widzę – kawałki tych rozkładających się ciał padały, deszcz się tego posypał. Nie chcę o tym mówić. Drugi czy trzeci dzień [to był], już nie pamiętam i robi się taka cudowna cisza. Muszę jeszcze powiedzieć o u snu. Siedzę z „Kosiem”, on się nazywał Andrzej Tymiński, teraz niedawno zmarł w Kanadzie. Andrzej Tymiński, pseudonim „Kosiński”, a ja go nazwałem „Kosio” i tak już został, „Kosiem” go nazywaliśmy. Mówiłem: „Kosiu, przyśnij, przyśnij, a ja teraz będę [czuwał]”. W nocy człowiek wpatrywał się, czy Niemcy nie wyskakują, czy nie robią wypadu, więc cały czas jest wysiłek i człowiek daje ogień tylko po to, żeby pokazać, że czuwa, bo właściwie strzela do nikogo, tam są Niemcy i oni to samo. Oni też nas nie widzą, bo są schowani za workami. To jest ten nękający ogień, my jesteśmy, czuwamy. „Ty sobie pośpij”. Daję jemu pięć minut i za chwilę: „Słuchaj, teraz ja”, taka była potrzeba snu, człowiek patrzył i nic nie widział, bo [miał], dosłownie, czerwone koła przed oczyma z ciągłego u snu. Któregoś dnia, drugiego czy trzeciego jest taka cudowna cisza. Jak się okazało Niemcy się wycofali. Taka dziwna cisza [była] skądinąd, wychodzimy do tego pokoiku, kładę się na łóżku, patrzę do lustra niewiele widząc, Bergmanna kładę pod głowę z czapką, a „Kosio” postawił swój hełm w tym czasie ze swoją bronią w rogu od strony podwórka, zdejmuje swoje buty wysokie, onuce żołnierskie, chce sobie okręcić nogę i w tym momencie słyszymy pikowanie sztukasów.

Muszę powiedzieć, że to chyba była broń, której najbardziej się bałem, dlatego że sztukasy – poza tym, że samolot pikujący już wydaje dźwięk – stosowały taką broń psychologiczną – włączały syrenę. On jeszcze dodatkowo wył, a ponieważ to był bombowiec – lekki bombowiec, on zrzucał niewielkie bomby, to były, chyba dwieście pięćdziesiąt kilogramów największa, ale on je rzucał z bardzo niskiego pułapu i jeżeli [to] było [na otwartym] terenie, jak to miało za chwilę miejsce, to człowiek widział ten pikujący samolot, wydawało się, że się podrywa tuż nad nami, on wył, jak pikował i widziałem te „piguły”, które lecą na mnie. To wycie było demoralizujące, to była broń psychologiczna, skuteczna zresztą. Słyszymy pikowanie sztukasów, nagle – cisza, a tu pikowanie sztukasów. Skąd? Nagle, cisza, [i znów] słychać pikowanie sztukasów, świst bomb. Niemcy rzucali – to zawsze były bomby z czasowym zapalnikiem. Miały tę zaletę, że one przebijały te, zresztą nic nie warte, stropy, leciały sobie prościutko do piwnicy, nawet dość wysokiego budynku, w piwnicy posiedziały sobie chwilę i dopiero się wtedy rozrywały. Skutek, efekt takiej bomby był znacznie większy. Słyszymy świst tych bomb lecących i za chwilę jest pierwszy wybuch, czerwono, czarno, trochę jaśniej, leci ściana z hełmem „Kosia”, z jego bronią, słyszę tylko jego głos: „Cholera jasna, gdzie jest mój but?” Gdzieś mu but zginął. Ci trzej koledzy z dołu wołają: „Żyjecie? Schodźcie na dół!”. Nam nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, moje stanowisko było stracone, bo i tak nas Niemcy przegonili z tego balkonu. Lecimy po schodach, wybucha następna bomba, już nie wychodzimy, tylko wyrzuciło nas do tej bramy. Jeszcze brama zastawiona butelkami z benzyną, granatami, arsenał taki, że momentalnie leci w powietrze. Widok niemiły, bo jeden z kolegów – „Mewa”, ten z „Kedywu”, leży na barykadzie, bo rzucił go impet drugiej czy trzeciej, kolejnej bomby. Tak były po trzy rzucane. Leży na barykadzie, wyglądał fatalnie, głowa rozwalona, zakrwawiona, leży tak rzucony bezwładnie. Może nie był bardzo ciężko ranny. Rozchodzi się pył ceglany, ta czerwień, ta czerń, ta szarość, oddychać nie bardzo jest czym, człowiek się dusi. Ustalamy, że my go odciągniemy od tego, bo zaraz będzie natarcie niemieckiej piechoty, odciągniemy go tylko przez podwórko i będzie [bezpieczny]. Nas jest tylko pięciu, więc profesor , wtedy kolega „Bolesław” (Nieduszyński) łapie jego, ja i „Kosio” łapiemy tego naszego rannego „Mewę”, ściągamy go z barykady i chcemy go przenieść przez podwórko, a przy barykadzie zostaje właściwie tylko „Ryś”, ten którego żona rodzi na Brackiej 18. Za kilka sekund, następny, ten sam czy inny sztukas nurkuje i już rzucamy naszego nieszczęsnego kolegę. Los chciał, że weszliśmy w przejście między podwórkami i śmietniczki tam stały i porzuciliśmy go tuż przy tym przejściu i to nas ocaliło, dlatego, że nam wpakowano wtedy tyle „piguł”, że nic by z nas nie zostało. Rzuciliśmy nosze z naszych chłopakiem, z tym „Mewą”. Teraz widzę już pikujące sztukasy, hełmu już nie wkładam, nie zdążyłem, leżąc człowiek osłania głowę i widzę jeszcze „piguły” lecące prosto na nas i następują detonacje. Jedna.… Druga… Słyszę tylko walenie tych cegieł, czuję deszcz cegieł, mocniej, znowu mocniej, słabiej, walą cegły, po głowie, mocne znowu uderzenie. I cisza. Nie mamy czym oddychać. Człowiek zaczyna oddychać ustami, nie przez nos. Rozchodzi się pył ceglany straszny, czerwony, słońce jeszcze jest widoczne, ale prześwietla ten pył. Już tych domów nie ma, żadnego domu nie ma, ani tego, ani sąsiedniego, ani następnych. Jeszcze muszę powiedzieć, że Niemcy zajęli sobie narożnik również następny od BGK, gdzie był firma OSRAM, był neon (oczywiście nie świecący), neon OSRAM, firma do dzisiaj istniejąca, przedwojenna. Tego domu też już nie było.


  • Proszę powiedzieć, jakie były konsekwencje tej akcji?


Będę starał się króciutko [opowiedzieć]. Rzucamy kolegę. Widok jest taki: nie mam się czym bronić nawet, wszyscy mamy ubrania poszarpane, w strzępach. Chodziłem tylko w drelichu na gołe ciało, bielizny już nie miałem, miałem tylko wojskowy pas i wysokie buty. Wszyscy mamy krwotoki, z płuc, pęcherzyki płucne popękały, bo były bardzo silne eksplozje. Tuż koło nas leży zresztą niewypał bomby. Są tylko góry, doły. Siedzę na górze gruzów, chociaż byłem na dole, i z dwóch murów przejścia między podwórkami utworzyły się dwie skałki. Jak skałki [były te] kawałki muru poszarpane, na wysokość pierwszego piętra, te domy zwaliły się jakoś na to podwórku nasze, do oficyny tego domu. Powstało jakieś ciśnienie, które nas ocaliło… poza tym byliśmy potłuczeni.

  • Musimy przechodzić do końca Powstania. Czy mógłby pan jeszcze coś powiedzieć o końcu Powstania?


Tylko to skończę. Byłem wtedy dość poważnie kontuzjowany, musiałem udać się do punktu opatrunkowego, ale wtedy brałem dalszy udział w akcji, tylko nie nadawałem się już do walki bezpośrednio, siedziałem podwórko dalej przy ulicy Widok wydawaniu chłopakom amunicji i granatów. Część naszego plutonu, która była cały czas w obronie gimnazjum Górskiego, na ulicy Górskiego walczyła, przyszła nam na wsparcie, bo nie utrzymalibyśmy tego narożnika. Nas było pięciu, „Mewa” był ranny, profesor Nieduszycki „Bolesław”, który niósł nosze, ciężko ranny. Ja byłem kontuzjowany też, miałem rozwalony bok i nie bardzo nadawałem się do walki. Brałem jeszcze udział w wydobywaniu kolegów spod gruzów z sąsiednich pozycji, zresztą za to dostałem Walecznych Krzyż (podobno za to). Potem wydawałem broń od strony [ulicy] Widok. Natomiast na tych gruzach walka trwała jeszcze bardzo długo. Ci koledzy, którzy siedzieli od strony Alej Jerozolimskich 12, przy karabinie maszynowym, były [tam] dwie dziewczyny chyba, i ich trzech, albo odwrotnie, nie wiem. Oni zostali przysypani, przez wiele godzin, podobno, nie wiem, bo to mi mówił „Kosio”, dawali znaki życia, ale nie można ich było wydobyć. Oni, biedacy byli ekshumowani chyba dopiero w 1948 roku. Byłem przypadkowo świadkiem tej ekshumacji dlatego, że akurat przypadkowo po wojnie znalazłem się w tej części miasta.

  • A po kapitulacji, proszę powiedzieć, co się z panem działo po kapitulacji, po upadku Powstania?


To już przeskakujemy wszystko…

  • Bo czas nas goni.


Bo chciałem opowiedzieć o ostatnich dniach Powstania.

  • To proszę powiedzieć, ostatnie dni Powstania.


Nie zmieścimy się w czasie. Ostatnie dni Powstania, to dużo bym musiał powiedzieć dlatego, że ostatnie dni Powstania jestem na Aleje Jerozolimskie 28, wtedy już się dużo ludzi wykruszyło. Ponieważ wcześniej dostałem awans ze strzelca na kaprala, wtedy [objąłem] dowództwo drużyny. [Więc] mam swoich żołnierzy. Moi żołnierze to są moi koledzy, więc nie bardzo mnie słuchają. Odpowiadam za pozycję. Mamy pozycję Aleje Jerozolimskie 28. Dom jest podcięty pociskami czołgowymi, zwaliła się frontowa ściana, utworzyło się coś w rodzaju naturalnego bunkra wysuniętego głęboko na ulicę Aleje Jerozolimskie. Mamy tam gniazdo karabinu maszynowego Spandau, mamy kolegę, który obsługiwał karabin, ale czasami różnie z tym było. Nie ma frontowej ściany, został tylko parter, normalnie, worki z piaskiem. Tam trwamy na tym stanowisku, tam przeżywamy też ciężkie chwile, ale już nie będę o tym mówił, bo… nie ma czasu. Między innymi Niemcy zrobili sobie stanowisko w wypalonym domu vis-à-vis. Nie wiedziałem o tym. Słyszymy, jak oni sobie smażą konserwy, zapachy smakowite do nas dochodzą i rozmowy. Słyszałem cały czas rąbanie i zwijanie czegoś, gwoździe, deski, a oni zrobili sobie stanowisko na drugim piętrze tego wypalonego domu. Zrobili sobie stanowisko karabinu maszynowego. Wysiekli by nas, bo wchodząc na pozycję nie wiedziałem, że oni mogą być w wypalonym domu, gdzie nie ma stropów. Wiedziałem, że są tak jak my na parterze wszyscy. Wchodzimy gęsiego na pozycję, jako dowódca idę pierwszy i pierwsza seria… Oni chcieli się wstrzelać w naszą pozycję, ta pierwsza seria była przeznaczona dla mnie, nie seria tylko punktowo [strzelali]. Przy samej głowie telefon wisiał stary, to został rozwalony. To nieźle by moja głowa wyglądała.

  • Proszę jeszcze krótko opowiedzieć, co pan robił od października, co się działo, pan został jeszcze w Warszawie?


Ja bym chciał jeszcze jedną rzecz powiedzieć. Ta ostatnia noc Powstania.

Ostatnia noc przed kapitulacją, jest zawieszenie broni, na dzień przed kapitulacją, dwunastogodzinne zawieszenie broni. Ludzie cywilni korzystają z tego, przechodzą, gdzie tylko mogą szukając swoich rodzin, kontaktów. Niemcy mają godzinę przesuniętą, my o tym nie wiemy. Wszyscy liczą, że o godzinie dziewiętnastej wieczorem, czy którejś tam, Niemcy mogą znowu rozpocząć ogień, ale Niemcy nie rozpoczynają ognia, więc ci ludzie przechodzą i ruch się nasila. Niemcy otwierają ogień godzinę później, ale on jest zmasowany. Mnóstwo cywilów zginęło wtedy, bo uważali, że już jest koniec Powstania. O tym chciałem powiedzieć, bo to jest bardzo istotny moment. To jest jedno. Jest zawieszenie broni, ten kolega obsługujący karabin maszynowy poszedł, może za własną potrzebą i widzę, że w jednym ze strzelniczych otworów „Polonii” – te domy vis-à-vis też były zajęte przez Niemców, nie mówiąc o tych po naszej stronie, bo tu była ziemia niczyja, tam byli Niemcy dalej – widzę bezczelnego Niemca, który przygląda się nam, naszemu bunkrowi, naszemu stanowisku przez lornetkę. To się dorywam do karabinu maszynowego, bo widzę, jak on się wyprostowuje, bo to widoczne było, te ręce wędrujące z lornetką, z tą blachą Gott mit uns, (bo taki był napis na klamrach), i walę serię i słyszę krzyki ze strony niemieckiej: Nicht schiessen! Nicht schissen! i ze strony powstańczej, z placówek dalej w stronę tej barykady: „Nie strzelać! Zawieszenie broni”. Zawieszenie broni. Cisza. Te wszystkie typy, Niemcy, Kałmucy, wychodzą na swoje worki, mordy zarośnięte – „Nie wiedzieliśmy, że mieliście tutaj stanowisko”.

Jest ochota do wymiennego handlu momentalnie. Tu, w Śródmieściu [są] lokale „Bakchus”, różne inne, jest dużo wódki, tam mają papierosy. Widzę, że z dalszych pozycji powstańczych idą chłopaki, po gruzach, z rękami wyciągniętymi z flachą, a z tej strony Niemcy idą z papierosami. Przychodzi do mnie ich dowódca. Dlaczego mówię o tym? To jest ważne. Zabawny epizod. Przychodzi do mnie dowódca, taki bojowy chłop, dowódca tego odcinka, Niemiec. Zwraca się do mnie i mówi, że chce rozmawiać z dowódcą tego odcinka. Daję cynk, żeby ściągnąć porucznika „Antka”, dowódcę naszego plutonu. Mija jakiś czas, on czeka, bo chce ustalić pewne rzeczy, żeby nie było takich historii, jak jakieś handle, nie handle. On czeka, zjawia się mój porucznik w asyście drugiego porucznika „Ostrzewa” (Stefan Kocięcki), który ochotniczo przyszedł do naszego oddziału i obaj w asyście mojego przyjaciela, starszego strzelca „Michała” Tadeusza Zapałowskiego zjawiają się jako parlamentariusze, białe rękawiczki. Przeobrażenie takie, że nam zaparło [dech]. Ku naszemu rozbawieniu widzimy, że nasz porucznik ma piękne eleganckie buty oficerki, mundur niemalże galowy, pas, koalicyjka, śliczny mundur, beret (bo był w artylerii przeciwlotniczej, brał udział w obronie Warszawy w 1939 roku). Jest w pięknym mundurze oficerskim, bo się zdążył przebrać, dlatego ten Niemiec tak długo czekał. Wygląda nieomalże galowo. Porucznik „Ostrzew” (Stefan Kocięcki), natomiast w mundurze ze zrzutów, [występuje] jako tłumacz i ten mój „Michał” jako obstawa. Oni wyglądali tak, że Niemców zatkało chyba. Patrzyli ze zdumieniem, że w sześćdziesiątym pierwszym czy w sześćdziesiątym drugim dniu Powstania Warszawskiego są jeszcze oficerowie w tak wspaniałym stanie. To w jakim stanie jest wojsko w takim razie, jeżeli oficerów ma takich wspaniałych? W samym sercu Warszawy, na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej [to] spotkanie się odbyło i Niemcy na [ich] widok zamarli z wrażenia, bo oni tak pięknie wyglądali, że [Niemcy] mogli tylko powiedzieć: „Siła siedzi w tych gruzach, będzie się jeszcze broniła wiele tygodni”. To był dość zabawny epizod. Jeszcze przed tym – wtedy jak armia Berlinga usiłowała przebić się, przedostała się na Czerniaków, próbowała przedostać się do lewobrzeżnej Warszawy – wszyscy kedywiacy – to był poufny rozkaz, ponieważ wiedzieliśmy, że wejdzie Armia Czerwona – dostaliśmy rozkaz, żeby przygotować sobie cywilne ubrania, krótką broń; i to nie dostali żołnierze wszyscy, tylko starzy kedywiacy. Przygotować się w gruzach na wypadek, jak wchodzą, to my [wtedy] przechodzimy do cywila, z wiadomych względów. Może nie „do cywila”, ale w każdym razie przygotowałem sobie jakiś garnitur, jakieś ciuchy cywilne, przygotowałem wszystko, co trzeba. Nie wykorzystaliśmy [tego], bo niestety nie udało się, nie udzielono nam pomocy. Ostatnia noc Powstania Warszawskiego. Niemcy zmasowali ogień, walili ze wszystkiego, co mogli. Jedynej rzeczy nie było, nie było na szczęście samolotów. W nocy bombardowania się nie odbywały. Nasza pozycja cała skacze. To były Aleje Jerozolimskie 28. Muszę powiedzieć, że już nie było ducha do walki, gdyż chłopcy ci wiedzieli wszyscy, że to już jest koniec, że to jest agonia. Naprawdę miałem kłopoty, to byli wszystko koledzy moi. Byłem dowódcą, ale trudno jest być dowódcą własnych kolegów. I każdy mówi mi, że się odmeldowuje, bo musi. Były momenty, że byłem sam z „Kosiem”, albo było nas niewielu i my w ogóle nie widzieliśmy w tym ostrzale, w tym bez przerwy sypiącym się gruzie. Miałem już halucynacje, biegaliśmy od strony podwórek, od strony ulicy Widok, bo nam się wydawało, że słyszymy głosy niemieckie, że stamtąd nas atakują. Potem lecieliśmy od strony Alej Jerozolimskich, to były halucynacje. Skończyłem tę służbę i przyszła następna drużyna, dowodził wtedy „Michał” i on poszedł ze swoją drużyną. Rzuciłem się wykończony na siennik i za chwilę, nie zdążyłem przysnąć, nadlatuje porucznik „Antek”, nie wiem, skąd się wziął. Przylatuje: „Drużyna kaprala „Jurka” z powrotem na pozycje, ponieważ drużyna »Michała« nie wytrzymuje ognia”. Tak, że całą noc ostatnią Powstania [pracowicie] spędziłem. Wśród tych wszystkich pocisków artylerii, Niemcy w nas bez przerwy walili. No naprawdę, powiem może rzecz nieładną, ale wydawało mi się…, jestem niemalże pewny, że padały również pociski, które leciały zza Wisły i my jeszcze komentowaliśmy to, że oto jest „bratnia pomoc” radzieckiej armii dla powstańców, tylko niestety nie wstrzeliwują się w pozycje niemieckie. Lepiej powiedzieć – ich pociski padały też na nas (jeżeli to były ich pociski, ale uważam, że były). Tak, że oni walili też i po nas.

Wyjście o świcie, jest kapitulacja, spokój, cisza. Wychodzimy z gruzów. Wychodzę z kolegą, miał pseudonim „Czternastka” (Czesław Węgrowski), też sporo starszy ode mnie. Postanowiłem się nie golić, miałem dość duży zarost mimo młodego wieku, i nie strzyc – miałem długie włosy. On był drągal olbrzymi, rude włosy, rudy zarost. Miałem tego imponującego Bergmanna na plecach. Grupa esesmanów – to mi sprawiło cholerną przyjemność – oni tak stali i – nie chcieli nas obrażać – po prostu tak między sobą rozmawiali i komentowali, jak wyszliśmy z tych gruzów: Die echten polnischen Banditen. (Prawdziwi polscy bandyci). Odebrałem to jako komplement, bo oni z takim respektem to mówili między sobą.

To był ostatni dzień Powstania, chciałem o nim więcej powiedzieć, ale nie mamy czasu… Potem zaczęło się coś, co jest dla mnie bardzo smutne, bo to była bardzo ciężka służba, ponieważ zgodnie z czwartym punktem umowy kapitulacyjnej w Warszawie miały zostać trzy jednostki, sądzę, że kompanie, trzy kompanie dla osłony obiektów akowskich. Zostawali w Warszawie. Ta Warszawa była straszna, bo jak wyszli już powstańcy, wyszła ludność cywilna, [nie było już ludzi], było jeszcze trochę szpitali, szpitalików. W dodatku się rozchorowałem. Ponieważ panowała wówczas czerwonka, myślałem, że miałem czerwonkę, ale to nie była chyba czerwonka. Miałem bardzo wysoką temperaturę. Podobno to była służba ochotnicza, tylko mnie nikt nie powiedział, że to jest służba ochotnicza. Dowiedziałem się tego dopiero po wojnie. Znalazłem potem dobre strony w tym, ponieważ nam podstemplowano nasze legitymacje, policja niemiecka stemplowała nasze legitymacje i to chciałbym pokazać. Nasze legitymacje, tych legitymacji jest już w tej chwili bardzo niewiele. To jest stempel Ordnungspolizei[...] Moja legitymacja, muszę się pochwalić swoim numerem, sto dziewięćdziesiąt siedem, bardzo niski. To jest bardzo rzadka legitymacja. To było pozwolenie na noszenie broni w rejonie tej służby po Powstaniu. Była to strasznie ciężka służba, ale początkowo w niej nie uczestniczyłem, bo byłem chory. Zanim zachorowałem, brałem udział… Nas ciągle musztrowano, bo mieliśmy wyjść po Powstaniu, te nasze oddziały – miała się odbyć defilada na Alei Niepodległości, przy Koszykowej, tam był Pomnik Sapera wtedy, tylko nie wiem, kto miał odbierać tę defiladę, czy „Radwan” czy sam „Monter” i mieliśmy już być elegancko ubrani w mundury. Wojsko, a nie cywil banda. Nie brałem w niej udziału, ponieważ zostałem ciężko ranny w czasie pełnienia tej służby. Raz, w obronie tego narożnika, 9 września zostałem ranny, a pełniąc tę służbę byłem ranny ciężko 7 października, kiedy Warszawa była pusta. To była bardzo trudna służba i bardzo ciężka. Dlaczego? Muszę jeszcze dwa słowa powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy, że te ostatnie dni – pamiętam nasze rozmowy, co robić, do lasu może [uciec], może przez Wisłę, komu się uda. Część z nas [mówiła], że będziemy się do końca bronić w gruzach i my z „Czternastką” (Czesław Węgrowski) mieliśmy takie przekonanie, robiliśmy jeszcze jakieś umocnienia w wolnych chwilach zamiast spać. Różne były postawy, niektórzy myśleli, że uda im się uciec, ale jak już się skończyło Powstanie i otrzymałem stempel na legitymacji, to sobie pomyślałem: nie, wobec tego będę pryskał z moim najbliższym przyjacielem, z którym mi się wszystko udawało w czasie konspiracji, będę pryskał idąc gdzieś w gruzy, z bronią i w ciuchach niby-wojskowych, tam się zamelinujemy, ale już z krótką bronią, w cywilnych łachach, na własną rękę, od Śródmieścia kawał możemy odejść i pryskać do lasu. Jak szliśmy w formie oddziału, to miałem satysfakcję, że wszyscy Niemcy, ci którzy byli na służbie „bili nam w dach”… już się nasłuchałem dużo komplementów od Niemców, bo jak pełniłem później jeszcze służbę wartowniczą to przychodzili do nas i nazywali nas bohaterami. Ale byli różni i ci różni ostrzelali później nasz posterunek. Warszawa, leżę chory, mam wysoką gorączkę, nawet jestem zwolniony z musztry, „Antek” każe nam maszerować, odliczać, prezentować broń, spocznij, baczność, bo mamy brać udział w defiladzie. Mamy być wojskiem, a nie cywilbandą. Mam wysoką gorączkę, pozwolono mi leżeć na kwaterze w holu, w przedpokoju leżę na jakimś barłogu, ale nie ma ludzi do pracy, ci idą na patrol, ci pilnują szpitala. Przychodzi do mnie mój porucznik i mówi, już nie tak po wojskowemu, że kapral taki i taki ma tu iść, nie wydaje rozkazu. Mówi: „Jureczku” (on mnie zna wiele lat z konspiracji), „Jureczku, czy ty byś się czuł na siłach objąć posterunek Bracka 23 przed Centralą Sanitarną?” Tam się mieści Centrala Sanitarna Armii Krajowej, zajmuje cały kompleks budynków, ten budynek jeszcze jest, tylko frontonu nie ma tego domu, tylko oficyna została. Fronton [był] obudowany bunkrem niemieckim, z czasów niemieckich, okupacji. Widocznie Niemcy [tam] stacjonowali. Co miałem mu powiedzieć: „No, Panie poruczniku, mam trzydzieści dziewięć [stopni], nie bardzo się czuję na siłach, ale jak trzeba, no to idę”. Mając tę cholerną gorączkę, idę ze swoimi chłopakami, przejmuję tę służbę. To jest służba dwudziestoczterogodzinna i po dwudziestu czterech godzinach mam ją zdać następnej zmianie. Mam trzymać dwóch żołnierzy przed bunkrem, który jest wejściem do bramy, w bramie stoi stoliczek, karbidówka jakaś. Nikt nie może wejść na teren sanitarny Centrali, musimy obstawiać, patrolować ulicę Widok, żeby tam nikt nie wlazł, przecież tam jest szpital i sanitariuszki jakieś i lekarze, nie wiem, co tam jeszcze było, apteka chyba, jakieś zapasy nasze skromne. I obejmuję tę służbę. Psychologicznie biorąc to jest bardzo ciężka służba. Obejmuję ją o dziewiątej rano 6 października.

Po ulicach włóczą się całe watahy różnych Ukraińców, Kałmuków, z RONA, z tej ruskiej armii Kamińskiego, mnóstwo Niemców, wszystko to pijane, w cylindrach, z mandolinami, bo wreszcie jest pokój. Od Braci Jabłkowskich wyciągają ze starych magazynów samochodziki, nakręcają, puszczają po jezdni, jezdni nie ma, są góry, doły i cmentarzysko. Na każdym skwerku w dzielnicy jest krzyż, krzyż, krzyż, między innymi tego kolegi, o którym wspomniałem. Psychicznie to jest straszne dla mnie, zwłaszcza, że potem w nocy, kiedyprzychodzi patrol żandarmerii, nie jesteśmy dla nich wrogami, jesteśmy Kameraden, kolegami, a oni już tam wszyscy z butelkami, żeby pić z nimi. Mówię: „Nein, służba” – „Slużba, slużba, nie, nieważne”. Człowiek udaje, zatyka palcem szyjkę butelki, udaje, że pije wódkę. Oni są służbowo, nic nam nie zrobią. Przychodzą do nas różni, rozbierają się, [pokazują]: to jest blizna z frontu wschodniego, to jest z takiego, ale wy jesteście Helden, bohaterowie. Ale przychodzą różni. Przychodzą też tacy zaczepni i wrodzy, którzy chcą nas sprowokować. Nam powiedziano: „Nie wolno wam się dać sprowokować do strzelaniny. Rozniosą nas. Nie wolno dać się sprowokować do strzelaniny”. Sama ręka wędruje do spustu, jak widzę żandarmów, widzę ich, te połyskujące hełmy w nocy, sama ręka wędruje do spustu. Jest noc, jakiś kolegów wysłałem tu, innych tam. Jest nas trzech na posterunku, już nie trzymam tych dwóch w białych opaskach na hełmach, z biało-czerwonymi [opaskami] na ramionach przed bunkrem. Siedzę sam na posterunku z kilkoma. Był nawet taki moment, że było nas tylko trzech, ale jeden się zapił z Węgrem dezerterem, który zdezerterował na stronę powstańców i leżał tam w objęciach – „Polak, Węgier dwa bratanki”, leżał w bunkrze, ale nie mogę na niego liczyć, tamci poszli na jakiś patrol i jest tylko „Kosio”. On zna białoruski, zna ukraiński, bo jest z Wołkowyska, to zna trochę te [języki]. Przychodzi do nas Ukrainiec. To był najgorszy epizod tej nocy. Ukrainiec w przyjaznych zamiarach, z butelką. Oczywiście, butelka na stoliku, żeby pić z nim, on jest pijany w dym i jest dyskusja. On trzyma odbezpieczonego polskiego Visa pod moim nosem, z palcem na spuście, a ja mam opartego niemieckiego Bergmanna o jego bok, też z palcem na spuście. Jest dyskusja. Przyjacielska. Wódka stoi. Czy oni są bandytami, czy my? On twierdzi, że my, ponieważ otworzyliśmy ogień na nich 1 sierpnia. Oni – baranki biedne, nieprzygotowane, a my otworzyliśmy na nich ogień, a ja mówię: obozy koncentracyjne, egzekucje uliczne – i taka wymiana zdań niby przyjacielska trwa, ale pozycji swoich nie zmieniamy. On trzyma pistolet pod moim nosem, a jest pijany i w każdej chwili może nacisnąć spust, a ja trzymam oczywiście broń, z drugiej strony szachuje go „Kosio”, tłumaczy go czasami z jego ukraińskiego, jakoś się dogadujemy mniej więcej. Ta rozmowa trwała może pół godziny, ale [była] tak męcząca, że dla mnie trwała parę godzin. Wreszcie wracają koledzy, wyrzucamy go z posterunku, on stwierdza, że mu uje jakichś tam rękawiczek, za pasem ma szaber ze sklepu rozbitego. Ukraińca wyrzucamy. Oczywiście Ukrainiec, jak wychodzi później, to grozi nam, tacy, nie tacy, ja wam jeszcze pokażę. Idzie.

Mamy w ciągu nocy parę takich historii niemiłych. Między innymi, młodzi esesmani, czasami kilkunastu, włamują się od strony ulicy Widok. Idziemy tam, pięciu czy iluś tam z bronią, robimy wrażenie, że jesteśmy w stanie w każdej chwili użyć broni, co jest nieprawdą, bo nam powiedziano: „Nie wolno wam użyć broni”. Oni mówią, też: „My to wam jeszcze pokażemy”. Teraz jest ranek 7 października. Cisza, mały ruch, idzie jakiś oddział Niemców. Co jeszcze chciałem powiedzieć, Niemcy chodzili i palili systematycznie domy miotaczami płomieni, ale to tak przy okazji [mówię], bo wszyscy [to] wiedzą. Burzyli i niszczyli Warszawę, cały czas, systematycznie, dzień po dniu, takie widoczki można było zobaczyć na Marszałkowskiej, jak szedł oddział z miotaczami płomieni i dom po domu był palony. Przechodzi ten oddział, zwrócił się do mnie dowódca tego oddziału, żebyśmy nie puszczali w kierunku placu Napoleona, bo oni będą coś wysadzali. Ja już taki odprężony, że wreszcie o godzinie dziewiątej, czyli za dwie, trzy godziny zdam służbę następnej zmianie i sobie chodzę po Brackiej, tylko Bergmanna mam na plecach, wzrok raczej w ziemię wbity. Dwóch moich żołnierzy przepisowo stoi przed bunkrem, tak jak trzeba było – białe opaski na hełmach, biało-czerwone na ramionach, chyba z karabinami oni stali, nie z pistoletami. Wychodzi do nich sanitariusz Centrali Sanitarnej i teraz od strony Braci Pakulskich, z tego narożnika Chmielnej – tam była stara przedwojenna firma Pakulscy, zza węgła, z tych gruzów wali serię w moim kierunku albo Ukrainiec, albo któryś z tych esesmanów, albo ktoś inny, kto nam groził w czasie tej nocy, bo ciągle były jakieś spięcia, jakieś takie historie. Akurat zostałem najciężej ranny, seria szła tak ukośnie. Byłem w wysokich butach, na które miałem spuszczone nogawki spodni, ponieważ mówili, że Niemcy będą ściągać buty wysokie, zwane oficerkami popularnie. Któryś z tych naszych „gości” spełnił swoją groźbę i wykorzystał później to, że mógł zza węgła strzelać w posterunek. I tak się skończyła moja kariera, bo byłem ciężko ranny. Koledzy mnie wciągnęli do tej bramy, do bunkra. To było 7 października. Byłem w wysokich butach, bo bałem się, że Niemcy będą je ściągali, zabierali oficerki, miałem spuszczone spodnie, złapałem się za stopę, stopa położyła mi się na kolano, leżałem, usłyszałem tylko chrzęst, [tak] jak lód chrzęści, kawałki lodu, opadłem i to już koniec. Chciałem pryskać z Warszawy, wszystko miałem przygotowane, legitymację stemplowaną, miałem pryskać ze swoim przyjacielem „Michałem” do lasu, nie udało się. Muszę teraz powiedzieć o rzeczy ważnej. Dzięki temu, że zostałem ranny, po raz drugi podczas Powstania, tym razem ciężko, ale głupio, bo bez walki, to ocalała moja siostra. W ten sposób, że ona była łączniczką u „Radwana”, w plutonie łączności „Radwana”, ale dowiedziała się, że ja zostaję w Warszawie, nie wiadomo jeszcze, ile dni, bo nie było wiadomo, kiedy my wyjdziemy z Warszawy. Ona się zgłosiła na sanitariuszkę, mimo, że kwalifikacji na sanitariuszkę akurat nie miała. Jak się dowiedziała, że zostałem ranny, to przybiegła do mnie. Mnie od razu wciągnięto, bo szpital Bracka 23 był w oficynie. Wciągnięto mnie tam od razu, położono gdzieś na podłodze. Nie było żadnego chirurga, nikogo, był jakiś lekarz ginekolog, który postanowił mi ratować nogę, bo myślałem, że mi amputują. On chciał mi ratować nogę, ale nie było gipsu w Centrali Sanitarnej. Mój najbliższy przyjaciel konspiracyjny, kedywowski, Tadeusz Zapałowski „Michał”, spryciarz nieziemski, wykombinował od Niemców gips i to dwadzieścia kilogramów, za co, wiadomo (za wódkę). Tak, że można mi było gips założyć, ale jak mnie usypiali chlorkiem etylu, to myślałem, że obudzę się bez nogi, więc jak się obudziłem, [sprawdzam] – jest, jest noga. Radość szalona. Przybiegła do mnie moja siostra. Ją zwolniono z dyżuru z takiego szpitalika niestrzeżonego przez nas i poszła za nią piękna dziewczyna „Maja” (Maria Pigłowska), mam jej zdjęcie, nie będę pokazywać, „Maja”, nie pamiętam jej nazwiska, ona poszła za nią i z drugą zresztą. Słuchajcie, lekarz, przepraszam, idiota, łatwowierny – w nocy przyszli Ukraińcy z RONA, z jakiejś jednostki – do cholery było tych wschodnich – i zażądał – oni byli w tym szpitaliku oczywiście zamknięci – zażądał sanitariuszki, że ktoś jest niby ranny i lekarz wydał te sanitariuszki, dwie wypuścił do rannego. Zostały zgwałcone, „Maja” została zastrzelona. Taki los czekał moją siostrę, która była przy mnie. Miała iść na ten dyżur.

 

  • Lekarz był Polakiem?


Lekarz był Polakiem. [To był] polski szpital, cywilny. Nie wiem, jaki [dokładnie] szpital, może moja siostra mogłaby powiedzieć. Miała mieć tam dyżur, miała iść na ten dyżur, ale jak dowiedziała się, że brat jest ranny, który jeszcze niedawno był zdrowy, miał uciekać z Warszawy, to przybiegła do mnie. Siedziała w nocy przy mnie, bo nie dość, że miałem gorączkę z powodu tej quasi czerwonki, to jeszcze byłem ciężko ranny. Potoczyłem się potem do obozu, byłem w Zaintheimie. O tym obozie jest dużo literatury, wspaniały obóz, gdzie pojechały wspaniałe sanitariuszki, wspaniali lekarze, doktor [Tadeusz] Bętkowski, chirurg, doktor [Leon] Strehl, pułkownik, który był komendantem polskim tego obozu, lekarz, chirurg, wspaniali lekarze pojechali ze swoim chłopakami, żeby być z nimi do końca i ratować rannych lżej i ciężej, żeby ich leczyć. Żadnych środków opatrunkowych nie było, nic nie było, tylko soda. Rannym zakładano tylko sączki z sody. Jak się szło na opatrunek – wiaderko z karbolem. Wiecie, co to jest karbol? Ogrodnicy to do drzew używają. Tylko patyczek do karbolu, w ranę patyczek się wkładało – myślałem, że wyskoczę sufitem, i potem sączek sody. Ale chłopaki młode, szybko wracali do zdrowia mimo głodowych porcji [żywieniowych].

  • Czy chciałby pan powiedzieć na temat Powstania coś, czego nikt do tej pory nie powiedział?


Wydaje mi się, że [już] powiedziałem o tyle, że nikt prawie nie mówił, nie słyszałem do tej pory o dniach po Powstaniu. Pokazuję legitymację (ostemplowaną przez Niemców), które można na palcach jednej ręki policzyć, bo nie wiem, czy są jeszcze tacy powstańcy, którzy mają takie legitymacje, bo wielu z nich poniszczyło swoje legitymacje albo rodziny poniszczyły w latach powojennych. Ja swoją legitymację przechowałem we wszystkich czasach, [również] obozowych u Niemców, mimo, że Niemcy [je] zabierali i przechowałem w czasach ubeckich i do dzisiejszego dnia ona przetrwała. [...] Teraz jeszcze chciałbym, żebyście wiedzieli spod jakiego znaku jestem. To jest znak „Kedywu” warszawskiego. Bardzo niewiele osób je nosi, te znaki są numerowane. Mój numer to chyba 69, ale musiałbym poszukać legitymacji. To było zrobione w nurcie nieoficjalnym po wojnie, znaczek zaprojektowany i legitymacje były podpisywane przez nieżyjącego już, legendarnego już kapitana „Andrzeja”, dowódcę „Kedywu” warszawskiego, późniejszego, oficjalnie, pana doktora Józefa Rybickiego. Warto to nazwisko zapamiętać, bo to była wybitna postać. Współzałożyciel późniejszego KOR-u, również. To był wyjątkowy człowiek, zwany przez nas „Sumieniem Armii Krajowej”. To jest mój rodowód konspiracyjny, natomiast „Kiliński” to jest mój przydział w czasie Powstania. Koniec Powstania, już nie jestem w batalionie, bo batalion już nie istnieje. Od 15 września przechodzimy znowu, stajemy się odwodem pułkownika „Radwana” i pełniąc służbę w ostatnie dni Powstania już jestem znów bezpośrednio u pułkownika „Radwana”. To jest znaczek batalionu „Kilińskiego”, w którym byłem przez prawie cały okres Powstania. To jest uczestnictwo w walkach o PAST-ę. O walkach o PAST-ę już wam nic nie opowiem, niestety, a mógłbym powiedzieć. Nie chcecie, to nie. Teraz wam jeszcze powiem o takiej historii, jak leżę na noszach i już mnie wywożą do niewoli, to ten chłopiec, który się przypadkowo dostał do Powstania, ten dwudziestolatek – dostał się do Powstania Warszawskiego uciekając przed towarzyszami radzieckimi z Wołkowyska i 1 sierpnia poszedł zwiedzać Warszawę i stał się powstańcem – daje mi tego misia. Ten miś może, jak piszę w swoim opowiadaniu… bo napisałem opowiadanie, które było czytane przez Andrzeja Seweryna w trzydziestą rocznicę Powstania Warszawskiego w Polskim Radio w Programie Trzecim. Później wydrukowałem to opowiadanie, już w nieco innej formie, bardziej przystępnej dla dzieci. To jest miś powstaniec, który mi towarzyszy przez całe życie, jeszcze będzie towarzyszył, a później pójdzie do Muzeum Powstania Warszawskiego. Teraz jeszcze go nie oddam, tak jak nie oddam legitymacji, ponieważ mam czasami spotkania z dziećmi czy z młodzieżą, [więc] musiałem zachować. Nawet z młodzieżą niemiecką miałem spotkanie w Elsterwerde i ten miś się bardzo podobał w liceum. Kolega „Kosio” dał mi tego misia. To wszystko.

Warszawa, 31 stycznia 2005 roku
Rozmowę prowadzili Magdalena Miązek i Tomasz Żylski

Kontynuacja nagrania przeprowadzona 11 marca 2011 roku w Warszawie. Rozmowę prowadziła Katarzyna Sulicka

Nazywam się Jerzy Chlistunoff. Zacząłem swoją działalność konspiracyjną w bardzo młodym wieku, bo w 1942 roku, w kwietniu, o ile pamiętam. Miałem właściwie niepełne szesnaście lat. Wciągnął mnie do konspiracji narzeczony mojej siostry, która jest sześć lat ode mnie starsza, więc on też odpowiednio o tyle lat ode mnie starszy. On, jak się okazało później, był w organizacji, która nazywała się – i to jest pierwsza organizacja, co podkreślam, która powstała w Polsce – Tajną Organizacją Wojskową, którą założył „Radosław” [Jan] Mazurkiewicz, zresztą na zlecenie rządu. Wędrował przez Węgry do Francji i tak dalej. Zalążki tej organizacji powstały w zasadzie jeszcze przed wojną, bo to już „dwójka” myślała o tym, żeby stworzyć piątą kolumnę dywersji, sabotażu, działającą w razie przegranej wojny na tyłach armii niemieckiej i miało to być również jakąś kontynuacją POW, a to się nazywało TOW, Tajna Organizacja Wojskowa. Teraz jeżeli chodzi o mój wiek, to jestem z 21 sierpnia 1926 roku.

  • W jakim batalionie, w jakiej formacji pan walczył?


W czasie Powstania? Zaraz powiem, tylko jeszcze muszę [wspomnieć] swój życiorys, korzenie. TOW zaczynam w 1942 roku. Na przełomie, chyba na początku 1943 roku powstaje Kedyw warszawski. Tajna Organizacja Wojskowa w zasadzie nie należy do struktur Armii Krajowej. Ona cały czas zachowuje swoją niezależność. Dopiero w jakimś momencie wchodzi w skład Armii Krajowej i powstaje Kedyw, czyli Kierownictwo Dywersji, i Tajna Organizacja Wojskowa wchodzi w skład warszawskiego, to znaczy nie cała Tajna Organizacja Wojskowa, tylko jej część, która się nazywa Warszawa Miasto. TOW wchodzi w skład Kedywu warszawskiego i stanowi jego w jakimś sensie podwalinę, bo stanowi większość. To jest Kedyw. Kedyw Komendy Głównej to są te harcerskie bataliony, natomiast różne miasta wojewódzkie w Polsce miały swoje Kedywy. Warszawa miała swój Kedyw, to był warszawski Kedyw. Ja byłem w Kedywie Warszawa Armii Krajowej. Od tej chwili już byłem w Kedywie, byliśmy w ogóle w Armii Krajowej. Bo przedtem TOW zachowała pewną swoją odrębność.

  • Chciałabym, żebyśmy przeszli może od razu do tego momentu po Powstaniu. Bo z tego co pamiętam, w poprzednim wywiadzie opowiadał pan o Powstaniu, tak?


Bardzo szeroko na ten temat tam opowiadam, oczywiście.

  • Natomiast teraz chciałabym porozmawiać o okresie bezpośrednio po Powstaniu.


Ale tylko dokończę, bo już zacząłem, ale to szybko. Jestem w grupie Kolegium C, to są grupy Kedywu warszawskiego, takie są kryptonimy. Jedna jest na Woli, druga w obstawie dowództwa. Już nie będę mówił, która gdzie. Kolegium C ma się połączyć z tą grupą na Woli. Nie, zostaje w Śródmieściu jako odwodowy oddział pułkownika „Radwana” Edwarda Pfeiffera. Jest 1 sierpnia, nie idziemy do żadnej akcji, czekamy na rozkaz pułkownika „Radwana”. Jesteśmy w jego odwodzie, jesteśmy oddziałem odwodowym. Zaczynamy Powstanie 2 sierpnia o świcie. Zostajemy skierowani na Pocztę Główną, pomagać batalionowi „Kilińskiego”, który zdobywa Pocztę Główną. Bierzemy w tym udział. O Powstaniu już nie mówię. Stajemy się 8. kompanią Batalionu „Kiliński”. Przychodzi do nas mnóstwo ochotników, jest ich trzydziestu siedmiu czy czterdziestu dwóch kedywiaków, którzy byli zaczątkiem kompanii. Ona się rozrasta do dwustu, nie wiem, dwustu pięćdziesięciu. To są wszystko ochotnicy, którzy przychodzą. Ale nazwa się nie zmienia, to jest Kedyw Kolegium C. Ale to już jest tylko nazwa bez pokrycia, o tyle że kedywiaków prawdziwych jest tam około czterdziestu.
W drugiej połowie września, a konkretnie 15 września 1944 roku, batalion jest w zasadzie rozbity, szczątkowy i znów wracamy do pułkownika „Radwana”, stajemy się jego oddziałem odwodowym. W dalszym ciągu robimy to, co robiliśmy do tej pory, jesteśmy na pozycji, na której byliśmy przedtem, Aleje Jerozolimskie 28. To była moja ostatnia pozycja do zakończenia Powstania.

To może jeszcze powiem, ale to byłaby pewna krytyka Powstania, to może nie będę mówił. Zgodnie z czwartym punktem umowy kapitulacyjnej, Niemcy zgadzają się, żeby w Warszawie pozostało trzystu żołnierzy. W rzeczywistości niewykorzystana jest ta liczba przewidziana przez Niemców, która była nam dana, po Powstaniu pod bronią, żeby pełnić funkcje policyjne, porządkowe. Pilnowanie nieewakuowanych jeszcze szpitali, zagubionych cywilów, którzy też się mogli znaleźć, domy starców, domy dzieci głuchoniemych, najprzeróżniejsze. W ogóle pracy było bardzo dużo i pilnowanie mienia akowskiego i pilnowania porządku i ładu. W związku z tym jesteśmy traktowani jako taka formacja policyjna, która musi – czy chce, czy nie chce – współpracować z żandarmerią niemiecką. Powiedziałem w tym piśmie, że była to niesłychanie obciążająca służba, szczególnie w aspekcie psychologicznym, dlatego że jeżeli żołnierz, na przykład tak jak ja, przez sześćdziesiąt trzy dni był w linii, a tak było ze mną, że była to tylko pozycja, czasami spokojniejsza lub mniej spokojna, czasami coś się działo, czasami niewiele się działo, ale to była ciągle pierwsza linia na styku z Niemcami. Sześćdziesiąt trzy dni żołnierz strzela do Niemca, a później ten Niemiec do niego idzie, żandarm, mam na myśli, nazywa go kameraden, mówi do nas: „koledzy”. To jest już pierwsza rzecz. Bo ręka wędruje do spustu w pierwszym odruchu, bo się przyzwyczaiłem do tego, że do Niemców się strzela. Więc w tym aspekcie psychologicznym jest to niesłychanie obciążająca służba. To jedno. Drugie. Jesteśmy oblężeni niemalże olbrzymią ilością Niemców, ale przede wszystkim tych żołnierzy z formacji kolaborującej z Niemcami, różnych Azerbejdżan, Kałmuków, Ukraińców, Białorusinów, nie będę wymieniał tych formacji, jakie były w Warszawie, bo sam nawet może nie potrafię wszystkich wymienić, którzy jak to w takich chwilach, kiedy się kończą działania wojenne, to są pijani. To jest normalne. Niektórzy okazują nam nawet sympatię, ale to raczej Niemcy… Raczej zachowują się prowokacyjnie, chcą nas tutaj… Aha, przedtem powiedziałem, że nasze wszystkie legitymacje są stemplowane były przez niemiecką Ordnungspolizei. Mam taką legitymację, unikalną, jest to „biały kruk”, dlatego że w zasadzie żadnemu z moich kolegów nie udało się przechować legitymacji tego typu, bo albo sami bali się mieć taką legitymację, albo im zabrali Niemcy, a jak nie Niemcy, to Urząd Bezpieczeństwa. W każdym razie mi się udało przez cały okres jeszcze wojenny i powojenny tę legitymację przechować. Oczywiście ją ukrywałem, ale miałem. Dzięki temu ona przetrwała do dzisiejszego dnia, no a kiedyś się znajdzie w muzeum. W tej chwili ułatwia mi kontakt, bo jest czymś autentycznym, [ułatwia] kontakt, jak mam jakieś spotkanie z młodzieżą, z ludźmi zainteresowanymi tą tematyką.
Jak mówiłem, służba w aspekcie psychologicznym była bardzo ciężka, a jednocześnie nie tylko w aspekcie psychologicznym po prostu niebezpieczna. Po prostu cholernie niebezpieczna, bo bez przerwy nam grożono. Jak myśmy szli w formie oddziału, małego oddziałku ośmioosobowego, to Niemcy bili nam w dach, większość Niemców. Oni chcieli nas w ten sposób uhonorować i wyrazić swój podziw, niejednokrotnie werbalnie to czynili: die Helden – bohaterowie i tak dalej. Ale jak mówię, było dużo już tej żołdackiej hołoty, której było pełno w Śródmieściu. Przecież Powstańców już nie było wtedy w Warszawie. Było pełno takich, którzy chcieli nas sprowokować do awantury, a nam powiedziano: „Nie wolno wam pod żadnym pozorem użyć broni”. Tak było, chociaż sytuacje były bardzo napięte i trudne, bo trzeba było niejednokrotnie interweniować w różnych sprawach. Dlatego napisałem w piśmie do Powstania, czy w ogóle ktoś wie o tej służbie tych żołnierzy.


Jeszcze wrócę do ilości. Więc to było tak, że zostały stworzone dwie kompanie. Jedna nazywała się kompania osłonowa D i ona powstała z wybranych żołnierzy z rozbitego Batalionu „Kiliński”. Tam było stu jeden żołnierzy. 1. kompania osłonowa C, która została w Warszawie i tam było siedemdziesięciu jeden żołnierzy. Tak że w sumie oficjalnie było stu siedemdziesięciu dwóch żołnierzy, a wolno było trzystu. Ale z tych stu siedemdziesięciu dwóch, jeżeli była połowa, to chyba byłoby dobrze. Po prostu to było tak, że to był wyjątkowy czas. Tu ten się urwał, ten się gdzieś zawieruszył, tego nie było, bo już prysnął. Tak że nas była w zasadzie garstka, naprawdę garstka. A jak powiedziałem, pracy było bardzo dużo. Mam książeczkę, gdzie są relacje już nieżyjących kolegów z tego okresu, co oni robili. Tak że nie ma już właściwie żyjących. Z naszej grupy to właściwie żyję ja, żyje mój kolega, mniej więcej rówieśnik i żyje nasz dowódca, zresztą dużo starszy od nas, ale trzymający się jeszcze całkiem dobrze. Dowódca zresztą mój z Kedywu i jeszcze z Tajnej Organizacji Wojskowej przed tym, pan Antoni Bieniaszewski i pan Tadeusz Zapałowski, pseudonim „Michał”, tamten pseudonim „Antek”. To ci dwaj, ci którzy byli w tym czasie w Warszawie, których znałem, z którymi miałem kontakt, z którymi razem byłem w tej grupie.
Jeszcze wrócę do tego takiego [zdarzenia]… Dla mnie to był wyjątkowy [czas]… Muszę powiedzieć o sobie, bo przecież człowiek subiektywnie wszystko [ocenia]… To był wyjątkowo ciężki okres. Po pierwsze od 15 września, mimo młodego wieku, prawdopodobnie na skutek awansu na kaprala ze strzelca, w czasie Powstania zostałem dowódcą drużyny i tak samo kolega Tadeusz Zapałowski, pseudonim „Michał”. To było, no muszę skrytykować trochę, bo na kwaterze naszej byli dwaj oficerowie z tego naboru ochotniczego. Oni się raczej, nie chcę mówić, dekowali, bo to oni powinni przejąć dowództwo, a nie dwóch takich, przepraszam za określenie, gówniarzy jak my. Ale tak było. Właściwie te piętnaście dni w czasie Powstania to myśmy obsługiwali. Nasze pozycje, nasze karabiny, nasz karabin maszynowy, nasza rusznica przeciwpancerna i tak dalej. Na styku z Niemcami mieliśmy… Potem przejście do kompanii osłonowej… Nikt nam nie powiedział, mimo że oficjalnie się mówi, że takie było założenie, że zostają ochotnicy, nikt mi nie powiedział, czy ja chcę zostać, czy nie. Powiedziano mi: „Zostajemy w Warszawie”. To byli koledzy z mojego plutonu, większość była z Kedywu, część z nich znana mi jeszcze z okresu wojny i tak dalej. Tak to wyglądało. Nic nie wiedziałem o tym, że to jest praca ochotnicza, ale miała w sobie ten walor, że postemplowano nam legitymacje Ordnungspolizei, które to pozwalały nam swobodnie poruszać się po Śródmieściu i z bronią, co stwarzało nam szansę. Taki był układ między mną a tym kolegą z Kedywu, Tadeuszem Zapałowskim, pseudonim „Michał”, że wykorzystamy je, żeby prysnąć z Warszawy, że będziemy mogli sobie pójść dokądś ze Śródmieścia dalej, bo Niemcy to honorują, a zostawić gdzieś w gruzach broń, jaką mieliśmy, pistolety. Przecież ja miałem olbrzymiego bergmanna zwanego gramofonem. Takie bergmanny miała żandarmeria niemiecka w czasie okupacji, to była popularna broń. Był to wprawdzie zabytek z 1918 roku – pierwsze pistolety maszynowe, jakie Niemcy wypuścili przy końcu I wojny światowej. To była piękna broń, miała swoje wielkie zalety. Chcieliśmy wykorzystać te legitymacje do ucieczki z Warszawy, tylko ciągle coś. Żeby uciec, trzeba mieć chociaż paręnaście dolarów, jakieś środki materialne, żeby się… Wydawało nam się, że uda nam się przedostać do lasu. Tak zresztą się stało z tym moim kolegą, który później, w czasie jak już również wychodziły te oddziały i złożyły broń 9 października (bo nasza służba trwała od 2 października, czyli od kapitulacji, do 9 października), jak już byli w Ożarowie, jemu udało się oficjalnie – za zgodą wartowników niemieckich – wyjść z obozu, nie wiem, oficjalnie po coś. Potem, jak wrócił do obozu (bo on chciał jechać z kolegami do obozu, bo coś jego łączyło z tą grupą), to wartownicy niemieccy go przepędzili. On był cholernym szczęściarzem. Zresztą w czasie okupacji myśmy z nim przeżywali najprzeróżniejsze momenty zagrożeń. Moja żona zresztą zawsze twierdziła, znając już te sprawy, że głupi ma szczęście, że rzeczywiście mieliśmy kolosalne szczęście w czasie okupacji, bo w wielu wypadkach braliśmy udział, wspólnych takich. Może nie w takich spektakularnych akcjach różnych, ale były to jednak akcje: spalenie transportu niemieckiego czy wysadzenie czegoś, czy spalenie samochodu, czy nawet takie głupie polewanie panewek samochodowych i tak dalej. Nie będę o tym mówił, bo sięgam znowu do czasów okupacji i konspiracji.
Chcieliśmy uciec z Warszawy. Tak się stało, że się bardzo ciężko rozchorowałem. Wtedy panowała w Warszawie czerwonka. Nie była to na szczęście czerwonka, ale prawdopodobnie zacząłem trochę jeść, bo ludzie, cywile wychodzący z Warszawy zostawili tam wtedy już swoje zapasy żywnościowe, które jeszcze przetrwały okres Powstania. Może zjadłem coś takiego, zatrułem się. Miałem straszliwie wysoką temperaturę i „na dwa fronty”… W związku z tym [wcześniej] częściej może brałem udział w służbie, potem drugi [dzień] już chyba leżałem czy trzeci, na kwaterze Widok 23 w holu, bo kwatery to były przeważnie jakieś mieszkania, które dawniej były mieszkaniami prywatnymi. Ale nie w sali, gdzie byli normalni żołnierze, panowie oficerowie, którzy nie przejęli dowództwa, z drużynami sobie siedzieli zamknięci w pokoiku, tylko w dawnym salonie czy [pokoju] jadalnym, nie wiem gdzie, spaliśmy na siennikach czy materacach, gdzie broń się składało, coś, co przypominało kozły. W rogu jak się wracało z pozycji, przesypiało się cztery godziny i wracało się z powrotem na pozycje. Właściwie były tylko dwie drużyny wtedy, pana Zapałowskiego i moja. Tak na okrągło myśmy pełnili tę służbę.
To były jeszcze ostatnie dni Powstania, a teraz wracam do tej pracy porządkowej, tej pracy policyjno-porządkowej, nie wiem, jak to określić. Chcemy prysnąć z Warszawy, ale odkładamy to z dnia na dzień. Poza tym jestem chory, mam nadzieję, że wyzdrowieję, a on znowu cały czas mówi: „Może mi się uda wydostać jakieś pieniądze”. Bo tak się stało, że żołd, który wynosił, nie pamiętam, siedemnaście czy ileś dolarów, to na ogół wzięli panowie dowódcy, ponieważ nie mieli takich małych odcinków, a żołnierze dostali to zamienione na banknoty banku emisyjnego, tego który w Generalnej Guberni pieniądze emitował, między innymi te sławetne „górale”. Ale to było nic, jak się chciało prysnąć z Warszawy. Trzeba było mieć coś bardziej konkretnego. Chcieliśmy wykorzystać je do ucieczki, to się nie udało. To już wspomniałem, że temu koledze się udało, bo w Ożarowie na tyle miał szczęście, że nie tylko, że wyszedł oficjalnie z obozu, wypuszczony przez wartowników w jakimś konkretnym celu, to chcąc wrócić, został niewpuszczony przez innych wartowników, którzy mieli służbę. W ten sposób tylko pomachał tym kolegom i dostał się, był w lesie, tak jak zamierzaliśmy, w partyzantce jeszcze przez jakiś czas. Przedtem się tułał oczywiście, ale nawiązał kontakt w jakimś lesie (nie będę mówił, to nieważne. Ja natomiast leżałem martwym bykiem na kwaterze. Mimo to również nas cały czas musztrowano. Przecież myśmy byli w gruncie rzeczy taką cywilbandą. Myśmy byli przeszkoleni (mówię o tej małej grupie z Kedywu) w dywersji, w sabotażu, w tych wszystkich materiałach i w sposobie ich używania, ale myśmy nie mieli żadnego przeszkolenia wojskowego. A założenie było takie, że te oddziały, które zostały w Warszawie, wyjdą w formie defilady. I znowu jest pytanie, czy ktoś w ogóle wie, że w Warszawie odbyła się jedna, jedyna defilada wojskowa, powstańcza. Może żałosna i smutna, jakby najsmutniejsza z defilad chyba, to pożegnanie tego zniszczonego, zamienionego w cmentarz miasta. Ale defilada była. Odbyła się przy pomniku Sapera, to jest w alei Niepodległości, przy Ministerstwie Obrony Narodowej. Teraz jest parking i na tym placyku stał przed wojną i w czasie wojny pomnik sapera. Tam się odbyła ta defilada. Nawet nie wiem, kto przyjmował tę defiladę, bo całe dowództwo już 5 października, o ile wiem, wyszło z Warszawy. To akurat wiem od Bartoszewskiego.

  • Czyli defilada była ostatniego dnia?


Defilada była 9 października. Tak miało być zorganizowane. Nie byłem tego świadkiem. Brał udział pan Antoni Bieniaszewski, brał udział pan Tadeusz Zapałowski w tej defiladzie, więc mogę tylko powiedzieć coś na podstawie ich przekazu ustnego, bo nie brałem udziału, ponieważ byłem już ranny. Po raz drugi, bo w czasie Powstania 9 września byłem ranny przy „Cristalu”, ale to lekko, i w dalszym ciągu brałem udział w walce. Natomiast po Powstaniu zostałem [poważniej] ranny, o czym powiem za chwilę. Koledzy pełnili służbę, ja sobie leżałem z tą gorączką w holu. Cały czas nas poza tym musztrowano, więc to było kolejno odlicz, prezentuj broń, spocznij, tralala, tralala i tak dalej. Czego nie umieliśmy robić (może część umiała, ale ja tego nie umiałem), żeby wyjść pięknym, defiladowym krokiem i z taką piękną wojskową znajomością musztry i tak dalej, wyjść w pełnej gali z Warszawy. Z tym że mieli koledzy iść, nie wiem, jak to było dokładnie, mieli wyjść w mundurach ze zrzutów amerykańskich, ale każdy idąc do niewoli czy pryskając gdzieś, to chciał mieć jeszcze swój osobisty bagaż. Więc ci inni koledzy, którzy szli za nimi, też z tej samej grupy, nieśli swoje rzeczy i ich rzeczy. Już szli tak bardziej po dziadowsku. Ale jakaś część z nich miała defiladowym krokiem pięknie wyjść z Warszawy. Tak to było. Przed kim defilowali? Nie wiem. Sądzę, że przed kimś niższej rangi osobistością. Tego nie wiem zupełnie.
Natomiast jeśli chodzi o mój los – leżąc w holu naszej kwatery, ogromnie przeżywałem to jakieś… na swój sposób poniżenie. Wychodzili koledzy, których się znało z innych oddziałów, ich się żegnało, myśmy zostawali w Warszawie, pustej, strasznej Warszawie, która była jednym wielkim cmentarzyskiem. Weźmy skrzyżowanie przy schodach, Chmielna, Bracka, to właściwie wtedy był krzyż przy krzyżu.

Jeszcze to wszystko było rozpalone po tych pożarach, zionące ogniem, gorącem piwnice zrujnowanych domów i ci łażący po mieście z mandolinami… nie Niemcy, bo to byli w większym stopniu jeszcze ci z jednostek kolaborujących z Niemcami, tych różnych „ukraińców”, „kałmuków” i tak dalej. No takie wojsko jak to wojsko, wtedy kiedy jest odprężenie, kiedy jest po walce. [Chodzili] w cylindrach – to piszę w swoim opowiadaniu. Wyciągali od [domu] braci Jabłkowskich, jeszcze z jakichś magazynów, widocznie resztki zabawek dziecięcych. Były nakręcane samochodziki, puszczali po zrytej pociskami ziemi, między tymi krzyżami. No i wiadomo, że tamci koledzy przychodzą, się żegnają, to w pierwszych dniach służby. To było bardzo smutne dla nas wszystkich, a my zostajemy. No i ciągle idą Niemcy, żandarmi, już z daleka wymachują jakąś butlą z wódką. „Nein, my nie pijemy. Służba”. – „Co tam służba? Pij, pij”. Dla świętego spokoju, trzymając palec na butelce, człowiek przechyla tą butelkę. Kameraden, kameraden. To było psychologicznie naprawdę olbrzymie obciążenie, a szczególnie może dla takich młodych chłopaków i zaangażowanych, jakim ja wówczas byłem.


Tak jak napisałem, osiemnastoletni dowódca osiemnastoletnich żołnierzy. Tak nie było, bo żołnierzy miałem dużo starszych od siebie, ale sam miałem właśnie tyle lat. Ale byłem po dwuletnim Kedywie, może to miało znaczenie, byłem dowódcą. To była dla mnie, ale sądzę, że dla wszystkich innych kolegów, niesłychanie trudna służba i 6 października mój dowódca Antek Bieniaszewski, który uznawał taki dryl wojskowy i zwracał się bardzo służbowo nawet do tych chłopców swoich, których znał długo w czasie konspiracji i wtedy dla nas on był panem Antkiem, ale już 1 sierpnia jak powiedziałem do niego: „Panie Antku”, to mnie ochrzanił: „Teraz to poruczniku Antku!”. Już zaczęło się wojsko, a konspiracja się skończyła. On w takiej formie nie służbowej, nie tak jak oficer zwraca się do swojego podwładnego, przyszedł do mnie leżącego na jakimś sienniku w holu tej kwatery i mówi: „Jureczku, słuchaj, czy ty byś się czuł na siłach, bo wszyscy są zajęci, patrolują tu, a ci pomagają w Instytucie Głuchoniemych, a ci znowu tamto”. Powtarzam, nas była bardzo nieliczna grupa, mniejsza niż oficjalnie podają, że właśnie ta kompania tyle, ta kompania tyle. A dużo mniej niż to, na co się zgodzili Niemcy, takie jest moje przynajmniej zdanie. To przecież z autopsji wiem. Co miałem swojemu porucznikowi powiedzieć, którego znałem dwa lata, od kwietnia 1942 roku. Powiedziałem: „Antku – też tak nie służbowo – no dobrze, no pójdę. Tylko mam straszną gorączkę”. Ale poszedłem. Trzeba było objąć dyżur przed centralą sanitarną. Centrala sanitarna mieściła się na Brackiej 23. To był dom stosunkowo mało zniszczony. Częściowo był zniszczony, ale nie był wypalony, więc tam się mieściła centrala sanitarna. Ale przysięgam, nie wiem, co się w tej centrali sanitarnej mieściło i czego w gruncie rzeczy pilnowałem. Były tam sanitariuszki, to wiem. Był mały oddział szpitalny, w którym sam potem leżałem, jak byłem ranny. Teraz ten dom stoi i tak samo wygląda jak kiedyś, tylko nie ma tego frontonu, frontowej części tego domu, Bracka 23. Zostały tylko te oficyny, a wtedy była frontowa część domu i wejście do bramy było obudowane bunkrem, niemieckim bunkrem betonowym. Widocznie tam się mieściła przedtem jakaś instytucja niemiecka w czasie okupacji, nie wiem jaka. Tak że nasz posterunek, który objąłem, mieścił się w bramie domu Bracka 23, do którego wchodziło się przez bunkier. Trzeba było pójść przez bunkier i wchodziło się na posterunek. Pomieszczenie posterunku to było w tej bramie. Był taki stoliczek, ustawiliśmy karbidówkę, bo było ciemno, jakieś krzesełka dwa czy stołki i to wszystko. Trzeba było również sprawdzać osoby wchodzące na teren centrali sanitarnej, legitymować i wychodzących, wiedzieć, w jakim celu weszli, na jak długo i tak dalej. Była pełna kontrola. No i oczywiście przede wszystkim nie wpuszczać już nie tylko Niemców, ale i maruderów, tych właśnie pijanych najprzeróżniejszych, których w ogóle było mnóstwo, a którzy chcieli się przedostać na taki teren, oczywiście, poza wszystkim, dlatego że tam były młode i niejednokrotnie piękne sanitariuszki. Co tam było? Apteka chyba była, jakieś zasoby farmakologiczne, nie wiem, być może. Poza tym to był kompleks, bo jeszcze [na ulicy] Widok ten sąsiedni dom należał do centrali sanitarnej. Moi podopieczni żołnierze musieli też patrolować tamtą część od strony ulicy Widok. Musiałem trzymać ten posterunek, zawsze [stało] dwóch żołnierzy w białych opaskach na hełmach i oczywiście z biało-czerwonymi na ramionach, przed wejściem do bunkra. Reszta powinna była siedzieć w bramie na posterunku, ale nie siedzieli, bo byli potrzebni czy tu, czy tam. Więc czasami siedziało nas dwóch, trzech, czterech, różnie. Przychodzili do nas najprzeróżniejsi. Tam prowadziło się różne rozmowy z nimi i służba trwała dwadzieścia cztery godziny. Objąłem ją już tak służbowo, po wojskowemu, jak to jest, że kapral taki i taki przejmuje, a tamten zdał mi służbę, tamten oddział sobie pomaszerował. Ja z tymi swoimi chłopakami przejąłem posterunek, mniej więcej o godzinie ósmej, dziewiątej rano 6 października i miałem zdać ją również o ósmej czy dziewiątej godzinie, nie pamiętam, następnego dnia dopiero, dwadzieścia cztery godziny. Jak mówiłem, nie była to dla mnie sprawa łatwa, bo miałem olbrzymią temperaturę, przy tym sam musiałem ciągle biegać w najbliższe gruzy, no ale podjąłem się tej służby. Szczególnie noc była makabryczna, bo jak nas odwiedzali żandarmi niemieccy… Były takie polecenia: „Słuchajcie kameraden, nie przepuszczajcie tutaj żadnych Niemców, nikogo w kierunku placu Napoleona, bo tam będzie Sonderkommando i będzie wysadzało z miotaczami płomieni”. Poza tym byliśmy świadkami, jak oni systematycznie, dzień po dniu, niszczą te domy, które się ostały, które jeszcze są względnie całe. Więc widok tych kolegów na początku wychodzących, żegnających się; obcowanie i ciągły kontakt z tą hałastrą tego żołdactwa; współpraca z żandarmerią niemiecką, z kolegami z żandarmerii, my koledzy z formacji policyjnej… Koszmar.
W czasie tej służby mojej było mnóstwo incydentów, ciągle były jakieś, bez przerwy. Ale takie dwa, które najbardziej mi się utrwaliły […], były takie dwa największe. Przyszedł do nas „ukrainiec”, który… Nie wiem, nie było, bo kiedyś sam myślałem, że to było SS Galizien. SS Galizien nie istniało i we wszystkich przekazach historycznych jest wiadomość absolutnie niezgodna z prawdą, bo SS Galizien powstało podobno dopiero w październiku. Własow powstał w ogóle w październiku 1945 roku, czyli już grubo po Powstaniu. Ale byli tu [również] Ukraińcy, była przecież RONA, były najprzeróżniejsze jednostki, nie umiem powiedzieć jakie, ich nazw i tak dalej, więc to akurat był „ukrainiec”. Byłem z kolegą sam na posterunku. On przyszedł – jak większość z nich przychodziła – w przyjaznych zamiarach, oczywiście z jakąś wódką i to była mocno obciążająca sprawa, dlatego że rozmowa polegała na tym, nasza rozmowa, która miała mieć charakter przyjazny, przyjacielski, bo on niby w takich zamiarach przyszedł do nas. Za pasem miał kilkanaście par reniferowych rękawiczek wyszabrowanych z jakiegoś rozbitego sklepu. Rozpoczął się taki dialog, w którym uczestniczył taki nasz ochotnik „Kosio”, Andrzej Tymiński pseudonim „Kosiński”. Ja go tak nazywałem w czasie Powstania „Kosio” i tak to już zostało. „Kosio”, który uciekał ze swą rodziną z Wołkowyska, on nie był w żadnej konspiracji. Miał chyba dwadzieścia lat wtedy. Uciekał z Wołkowyska jakąś furmanką, jego ojciec miał aptekę w rynku w Wołkowysku. Uciekali po prostu przed Czerwoną Armią. Przyjechał tuż przed 1 sierpnia do Falenicy czy gdzieś i pojechał zwiedzać Warszawę 1 sierpnia. Taki niefortunny dzień wybrał, nie wiedząc, że będzie Powstanie i zapętał się akurat gdzieś w okolicę ulicy Zgoda, gdzie w domu przejściowym Jasna, Zgoda, Sienkiewicza (właśnie przy tym placu było gimnazjum Hoffmanowej) był nasz punkt zborny, właśnie ta grupa Kedywu Kolegium C, w której byłem, w gimnazjum Hoffmanowej. On wszedł zwyczajem takim, jaki to był w Warszawie przyjęty, na podwórko domu, żeby od dozorcy domu wziąć klucz od toalety, bo u dozorcy, brało się klucze, można było skorzystać z tego, co teraz nazywają TOI TOI czy inaczej. Więc on to zrobił, ale oczywiście jak wszedł na teren tego domu, to już wyjść nie mógł, bo dom był obstawiony przez nas, brama, wyjście, okna i tak dalej, przed Powstaniem, 1 sierpnia. Ktokolwiek wszedł na teren domu, już zostawał w tym domu. Tak nakazywała tego jeszcze konspiracja. Więc chłopak z konieczności przystąpił do Powstania, stał się ochotnikiem. Dali mu jakiś granat prawdopodobnie do ręki, powiedzieli: „Będziesz stał przy tym oknie. Masz tu kikować z tego okna”. I on został i brał udział w Powstaniu. Bardzo go lubiłem, zresztą bardzo fajny chłopak. (Od niego zresztą dostałem tego misia pamiątkowego, który został bohaterem mojego opowiadania, które kiedyś było właśnie nadane przez radio, w 1974 roku, w trzydziestą rocznicę Powstania, a czytał ją Andrzej Seweryn i pięknie przeczytał).
Wracam znowu do tego wydarzenia. Więc ten „ukrainiec”… Rozmowa ta wyglądała w ten sposób, że tak jak siedzimy teraz we trójkę, tylko siedzieliśmy bliziutko przy małym stoliku, przy karbidówce i przy butelce jego wódki. On miał naszą polską broń, którą używała przede wszystkim policja przed wojną, czyli polskiego visa, dziewiątkę kaliber. Trzymał mi pod nosem odbezpieczonego i miał palec na spuście, był pijany i to bardzo. Ja w rewanżu trzymałem swojego, jak mówiłem miałem piękną broń, Bergmana przez cały okres Powstania, również odbezpieczonego, również z palcem na spuście i w każdej chwili mogłem do niego wygarnąć serię, w jego brzuszek. A on z kolei mógł mi wystrzelić w twarz, w nos, w oko, nie wiem. Rozmowa polegała na tym, którzy z nas są bandytami. Czy oni, czy my. Więc my oczywiście mówiliśmy, że oni, bo łapanki, bo publiczne egzekucje, eksterminacja narodu polskiego i tak dalej. A on mówił, że to my jesteśmy bandytami, to myśmy podwórzami znienacka na nich biednych, nieprzygotowanych, 1 sierpnia, zza węgła strzelając do nich i zabijając. Taki był wywód. Ale rozmowa była dość niebezpieczna, tak że w każdej chwili mogła się zakończyć krwawo. Wprawdzie on był szafowany również przez „Kosia”, nie wiem, co „Kosio” wtedy miał, jaką broń, ale również wiedział, że może dostać od „Kosia” strzał albo ode mnie. No ale on może być pierwszy i wygarnąć do mnie na przykład, bo trzyma pistolet pod moją twarzą. Więc to była rozmowa dość denerwująca. Nie wiem, może ona trwała tylko pół godziny, ale dla mnie ona trwała kilka godzin. Nie sądzę, żeby to aż tyle trwało. Wrócili koledzy z patrolu, zagęściło się na naszym posterunku, po prostu wyrzuciliśmy go z posterunku, ale on się dał nawet usunąć stosunkowo lekko. Ale w krótkim czasie, jak to często z pijackim uporem, wrócił do nas po jakimś czasie z mordą, przepraszam za określenie, że zginęła mu para rękawiczek reniferowych z tych kilkunastu, które miał za pasem. Oczywiście była to nieprawda i wtedy został już wyrzucony w sposób dość brutalny z tego posterunku. Oczywiście jego reakcja była taka, że tacy, nie-tacy, ja wam jeszcze pokażę, jeszcze popamiętacie mnie… I druga taka historia z tych wielu incydentów drobniejszych, które miały miejsce na przestrzeni tych dwudziestu czterech godzin, to przybiegły sanitariuszki, te które były na terenie centrali sanitarnej, jedna, dwie, trzy, nie pamiętam, z alarmem, że od strony ulicy Widok włamali się esesmani, duża grupa esesmanów się włamała przez parterowe okna. To był incydent bardzo groźny o tyle, że strzelanina rzeczywiście wisiała na włosku. Bo myśmy poszli ich wykurzyć, poszliśmy też gromadką taką większą, wszyscy z odbezpieczoną bronią. Zagroziliśmy im oczywiście, że będziemy strzelać. Oni wyszli, ociągając się, po kilku próbach pertraktacji z nami i tak dalej. I to samo było, że wszyscy oni jednogłośnie grozili nam, że: „My wam jeszcze – tacy nie tacy – pokażemy”. Ale to już byli Niemcy, bo ten to był „ukrainiec” i w ogóle wśród tych łazików, tych żołdaków to była przewaga formacji kolaborujących z Niemcami. Niemcy raczej zachowywali się przyzwoicie i jak mówię, nawet wyrażali niejednokrotnie swój podziw, swoje uznanie, nazywali nas bohaterami, rozbierali się przy nas, pokazywali nam różne swoje blizny z różnych frontów i tak dalej albo dzielili się swoimi osobistymi przeżyciami rodzinnymi, że mają dzieci, że to, że tamto, że po co ta wojna i z jakimiś nastrojami takimi pacyfistycznymi. Byli komuniści niemieccy, którzy pokazywali na wschód, że stamtąd idzie wolność, że oni to wywalczyli niechętnie z oficerami, my powinniśmy. Ja im mówiłem, że oficerowie a żołnierz powstańczy to jest jedno, bo zarówno jeden, jak i drugi chce walczyć, ale to są już nieistotne sprawy.

Następnego dnia w godzinach rannych, tuż przed zdaniem mojej pozycji, to znaczy Brackiej, tego posterunku Bracka 23 przed centralą sanitarną, również podobnym, takim jak ja, którzy przejęli tą służbę dwudziestoczterogodzinną (nie wiem, która była godzina, ósma, siódma rano)… O właśnie! Wtedy też przyszli żandarmi i powiedzieli, żebyśmy nie przepuszczali nikogo, to znaczy wojska, w ogóle nikogo z żołnierzy, tych takich maruderów, w kierunku placu Napoleona, bo oni znów coś tam będą działać. Zrobiło się pusto, bo przyszedł ten oddział, który przepuścili żandarmi, a nam powiedzieli, żeby nikogo nie przepuszczać w tamtą stronę. Ja już odprężony chodziłem sobie przed posterunkiem, bo na posterunku byli ci dwaj żołnierze, przepisowo z białymi tymi [opaskami]. Tak że zachowana w pełni konwencja przewidziana w takich wypadkach. Białe opaski, oni w hełmach z karabinami, bo stali na posterunku, nie z pistoletami maszynowymi, widocznie oni stali z karabinami. Wyszedł sanitariusz, grubasek śmieszny do nich, a ja się przechadzałem po Brackiej, tak że byłem w pewnej odległości od nich. Wtedy został nasz posterunek ostrzelany z gruzów. Taki był sklep na rogu Brackiej i Chmielnej, taka znana firma braci Pakulskich przed wojną. I z tych gruzów posunęli po nas po prostu serią. A kto, to tylko Pan Bóg raczy wiedzieć. Oczywiście mogę domniemywać, że może to był ten „ukrainiec”, który groził nam. Może któryś z tych esesmanów, bo też nam groził. To były te dwie historie, mimo takich różnych incydentów drobniejszych, ale nie może już takich na ostro bardzo, że sięgano za broń, że był moment takiego przetrzymania: „Wy czy my będziemy strzelać pierwsi?”. A jak powiedziałem, staraliśmy się robić wszystko, żeby uniknąć strzelaniny, bo powiedziano: „Nie wolno wam użyć broni pod żadnym pozorem. Rozniosą wszystko”. Mieli rację. Tak zapowiedzieli nam nasi dowódcy, jak byliśmy odwodowym oddziałem pułkownika „Radwana” Pfeiffera. I to by było na tyle. Ja oczywiście upadłem, zadzwoniło mi coś w uszach, w ogóle nie wiedziałem, co się stało.

Uniosłem się lekko. Chodziłem w takim drelichu granatowym przez cały okres Powstania, tylko miałem wojskowy pas i niemiecką czapkę wojskową. Miałem wysokie buty, oficerki tak zwane, ale spodnie były spuszczone, bo mówili, że Niemcy będą ściągać, bo to była wtedy cenna rzecz. Oficerki, wysokie buty, to będą ściągać, zabierać, no to miałem ukryte. Złapałem za stopę, ściągnąłem ten drelich, stopa mi się położyła na kolano, cholewa wysokiego buta mi się zawinęła bezwładnie. Zachrzęściło tak jak kostki lodu w jakimś koktajlu. „Już koniec, już nie ucieknę z Warszawy. Straciłem nogę”. Wtedy w ogóle amputowało się nogi w takich sytuacjach. W ogóle nie było żadnych innych możliwości w czasie Powstania, ale byłem przed centralą sanitarną, to trzeba pamiętać. Koledzy mnie od razu… Ci dwaj wartownicy zostali ranni i ten sanitariusz został ranny. Ale nie wiem, jak ta seria poszła, że oni byli ranni lekko bardzo, powierzchownie. W każdym razie ja byłem jeden najciężej ranny, stałem od nich kilkanaście metrów dalej, bo się przechadzałem przed posterunkiem i ta seria szła ukośnie, bo oni dostali wysoko, na wysokości brzucha. Byli lekko ranni, bo to były tylko powierzchowne strzały, które może uszkodziły mięsień czy skórę, tylko tyle. A ja miałem strzaskane całe podudzie, bo to obie kości. Więc [przyszła myśl, że] już nie ucieknę z Warszawy, pierwsze to rozpacz; drugie, że stracę nogę. Udało mi się przeżyć Powstanie i tylko raz byłem ranny.

Zabrali mnie do tego szpitalika małego w centrali, wciągnęli mnie koledzy, przecięli cholewę buta, ułożyli mnie na podłodze, nie było takich możliwości. No i teraz zmierzam do innej znowu rzeczy, do tych łączniczek, które przepisały się na sanitariuszki. Powiem o pierwszej ofierze. Moja siostra, która… Taki sentyment, że brat zostaje w Warszawie, bo chyba z tego względu przepisała się z łączniczki, którą była w czasie konspiracji i w czasie okupacji u „Radwana”, tak zwane radwanki, to był pluton łączności, „radwanki”, przepisuje się na sanitariuszkę, zostaje w Warszawie. [Moja siostra] zostaje, nie wiem przez kogo, kolegów, zawiadomiona, że brat jest ranny. Przychodzi do mnie i przy mnie spędza noc, już z 7 na 8 października. Zostaję ranny rano, ona przychodzi wieczorem. Ona ma nocny dyżur w małym szpitaliku. My nie pilnujemy wszystkich szpitalików, jest to techniczna niemożliwość, ponieważ nas jest za mało. Takie szpitaliki były zabarykadowane, w każdym takim szpitaliku był jakiś lekarz, jakieś sanitariuszki. Za moją siostrę idzie jej koleżanka łączniczka, która chciała, jak większość tych łączniczek, które przepisały się na sanitariuszki, być ze swoimi rannymi chłopcami z tego czy innego szpitala, żeby pójść z nimi do niewoli czy do szpitala, tam gdzie będzie ewakuowany szpital. Przychodzą właśnie jacyś „ukraińcy”, „kałmucy”, nie wiem kto, i żądają wydania sanitariuszek, bo jest ktoś ranny czy słaby, czy coś takiego, od lekarza zabarykadowanego w szpitalu. I on daje dwie dziewczyny, naiwniak, wydaje dwie dziewczyny. Ta dziewczyna (wziąłem specjalnie książkę, bo mam jej zdjęcie) idzie za moją siostrę. W ogóle w czasie Powstania to nie jest, że… można powiedzieć Bóg… O wszystkim decydował przypadek, tylko i wyłącznie przypadek. To jest przypadek, że zostałem ranny i dzięki temu, że zostałem ranny, ocalała moja siostra, która podzieliłaby los tej dziewczyny, która w myśl pojętego jakiegoś przyjacielskiego spełnienia obowiązku, przysługi, idzie za nią. Tak wyglądało to zresztą i w czasie Powstania i tak wyglądało to wówczas. Dwie dziewczyny taki los spotkał. Mogę podać ich imiona, nazwiska, pseudonimy. Trzecią chciałem odnaleźć, idąc tutaj, niestety nie mogłem odnaleźć w literaturze, a znałem ją osobiście. Nie mogłem jej odnaleźć, więc nie podam tej trzeciej, a pisałem w liście do muzeum. W tym liście zapytałem: „Kto wie o tej grupie, która pełniła taką wstrętną, obrzydliwą i poniżającą, a jednocześnie tak stresującą służbę, przez siedem dni Powstania?”. Dla tych żołnierzy to naprawdę Powstanie trwało nie sześćdziesiąt trzy dni, tylko siedemdziesiąt dni i te siedem dni to było dla mnie od strony psychologicznej bardzo trudne, bardzo trudne.

  • A czy na przykład ludność cywilna wiedziała o tym, co panowie robią?


Praktycznie biorąc, nie było już ludności cywilnej. Może byli jacyś dostawcy gdzieś. Mam relacje tych kolegów, że na przykład oni pomagają w ewakuacji dzieci z jakiegoś sierocińca, z Zakładu Głuchoniemych na placu Trzech Krzyży. Tak że oni robili różne rzeczy, to Śródmieście było, tak że tacy ludzie byli. […] W każdym razie przypadek decydował o wszystkim, zarówno w czasie Powstania, jak i tuż po Powstaniu, w tym okresie paskudnym dla mnie i prawdopodobnie dla tych kolegów, którzy brali w tym udział. Zadałem trzy pytania w tym piśmie: „Czy ktoś wie w ogóle o tej służbie i jak ona wyglądała? Czy ktoś wie, że odbyła się defilada tych oddziałów, oddziałków właściwie szczątkowych, które z bronią zostały i pod bronią w Warszawie i jak ona wyglądała?”. Tego nie potrafię opisać, ale odbyła się ona i byłem do niej przygotowywany. „I czy ktoś wie, że – też może jedyny w Warszawie incydent ze strzelaniną – że wbrew zasadom konwencji oficjalny posterunek Armii Krajowej, zachowujący wszelkie prawidła obowiązujące, narzucone przez konwencję, został ostrzelany? I czy ktoś wie, że właśnie były wypadki gwałtów i mordów na łączniczkach, na których…”. Tak jak już mówiłem i użyłem takich słów wzniosłych, ale tu użyłem, z całą świadomością tego powiedziałem – że dla dziewczyn, które w jakimś patriotycznym uniesieniu jednak przez te sześćdziesiąt trzy dni żyły. Może nie ciągle, bo się nie mówiło w ogóle o jakimś patriotyzmie, ale nosiły z radością, że robią coś dobrego i zostały w Warszawie. I potem spotkał je taki haniebny los. Nie dość, że straciły życie… Tak że dla mnie to jest straszliwy okres. Dlatego chciałem, bo ile razy mówiłem i nawet w swojej relacji, moim zdaniem, dla Muzeum Powstania, dla Archiwum Historii Mówionej, nie dano mi [tego] powiedzieć. Mam nagrania dla Karty, siedemnastogodzinne na przykład, na różne tematy, o konspiracji i tak dalej, ale nigdy nie zdążyłem tego powiedzieć. Przecież ja muszę to powiedzieć! Dlatego napisałem takie pismo do Muzeum i stąd to nagranie, chyba jeszcze takie uzupełniające tamtą moją relację. Bo było coś, o czym właściwie nikt prawie nie wie, jeszcze w tej Warszawie, straszliwej Warszawie, już osamotnionej, cmentarnej, zniszczonej i niszczonej systematycznie. I to właściwie wszystko, co chciałem powiedzieć.

 

  • A jeśli chodzi o pana osobiste losy…


Jeśli chodzi o mój osobisty los, to po zranieniu zostałem zabrany do tego szpitalika, już nie wracałem na swoją kwaterę. Tak że pożegnałem się ze swoim ukochanym bergmannem, już mi nie był potrzebny, i powędrowałem później… Oni powędrowali pod pomnik Saperów na defiladę, część z nich w mundurach ze zrzutów amerykańskich, a część jak cywilbanda – trochę niemieckich ciuchów, trochę cywilnych, nie wiem, jak oni wyglądali, z bagażami. Potem nastąpiło złożenie broni. To jeżeli chodzi o nich.
Jeżeli chodzi o mnie, zostałem zawieziony od razu do transportu rannych. Te transporty zresztą były przeznaczone dla Niemców z frontu wschodniego. Muszę powiedzieć, że nawet Niemcy w ogóle nie wiedzieli, kogo wiozą. Naprawdę, oni początkowo nie wiedzieli, kogo wiozą, ci pilnujący tego transportu. On był niesamowicie zawszony, ale tam były materace nawet na pryczach, wagony oczywiście towarowe. Myśmy dostali jakieś papierosy egipskie, przydział, jeszcze coś, bo tak dostawali żołnierze niemieccy, oni nie wiedzieli… Musiałem im tłumaczyć, był taki niemiecki sanitariusz Peter, nawet się z nim zaprzyjaźniłem przez tych kilka czy kilkanaście dni, już nie wiem, jazdy pociągiem. On był wyjątkowym sanitariuszem, takim z prawdziwego zdarzenia, pełnym życzliwości. Nie będę tu o nim oczywiście opowiadał. Więc taki był mój los. Pojechałem po prostu do obozu jenieckiego, a właściwie do szpitala jenieckiego, bardzo znanego Zeithain przy Stalagu IV B w Mühlbergu. To jest taki słynny Stalag IV B Mühlberg. Stamtąd rozsyłano wszystkich, bo tam wszyscy szli oficerowie, oficerów rozsyłano do oflagów różnych, podoficerów, żołnierzy, szeregowców do stalagów. A u nas w Zeithainie to był obóz, gdzie byli wszyscy, i oficerowie, i niższe szarże, i strzelcy zwykli, i dużo cywili, bo był personel lekarski, który poszedł, i sanitariuszki, które powiedziały, że chcą być ze swoimi chłopcami do końca, rannymi. Wyjątkowy obóz i tam zacząłem już chodzić w marcu, w kwietniu już trochę chodziłem, najpierw o kulach, później o dwóch laskach. Ale potem po bardzo niedługim czasie, bo już w maju (ale to już inna chyba [historia]) wracałem do Warszawy. O tym nie będę mówił, bo to już jest mój los osobisty.




Warszawa, 11 marca 2011 roku
Rozmowę prowadziła Katarzyna Sulicka
Jerzy Chlistunoff Pseudonim: „Jurek” Stopień: kapral Formacja: Batalion „Kiliński” Dzielnica: Śródmieście Północne Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter