Jerzy Kochanek „Jarecki”

Archiwum Historii Mówionej
Nazywam się Jerzy Kochanek, urodziłem się w Warszawie w samym centrum, Nowy Świat 19. Tam mieszkaliśmy do maja 1941 roku. Potem jak Niemcy powiększali dzielnicę niemiecką, to nas stamtąd wykwaterowali. W międzyczasie zmniejszyli getto i dali nam mieszkanie na ulicy Wielkiej 26. Przez środek Wielkiej szedł mur – Wielka, Bagno, do placu Grzybowskiego. Potem jak już zacząłem rozrabiać, że tak się wyrażę, to już zmieniałem mieszkanie jak rękawiczki.

  • Chciałabym jeszcze zapytać, jak pan wspomina dzieciństwo przed wybuchem wojny?

Przed wojną byłem grzecznym chłopczykiem. Granatowe spodenki na kant, biała koszulka, grzeczny chłopczyk. Co prawda w drugiej czy trzeciej klasie kilka razy po łapach od nauczycielki dostałem za rozrabianie. Ale potem spoważniałem i byłem już grzecznym chłopczykiem do wybuchu wojny. Potem niestety z grzecznego chłopczyka zrobił się zabijaka.

  • Czym zajmowali się pana rodzice?

Matka pracowała w sławnej klinice stomatologicznej, róg Marszałkowskiej i Próżnej, a ojciec był laborantem w zakładzie bakteriologii i mikrobiologii lekarskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Ten zakład był pod kierownictwem profesora Nicza. Żona profesora Nicza była artystką plastyczką i warszawska syrenka wyszła właśnie spod jej dłuta. Potem wojna, a wojna wiadomo.

  • Jak pan zapamiętał 1 września, wybuch wojny?

1 września jeszcze byłem na wsi. 1 września zaczynał się rok szkolny, miałem już skończoną szkołę podstawową, ale to generalnie wracało się z wakacji. Niestety pociągi już były zawalone wojskiem i zostałem nad Bzurą i wtedy ogarnęła nas ta sławna bitwa nad Bzurą. Byłem świadkiem, jak nasi świetnie przetrzepali Niemców. Do Warszawy wróciłem chyba dopiero na początku października i to Niemcy mnie przywieźli, bo pociągi w ogóle nie chodziły. Poszliśmy na najbliższą stację do Żychlina. Czekaliśmy jeden dzień, jedną noc, jeden dzień, następną noc, no i wyszliśmy na szosę. Szedł transport, furmanki niemieckie w kierunku Warszawy. Stary Niemiec był, Kutschera, poprosiliśmy i wziął nas na furmankę. Dwa dni żeśmy jechali, ale przyjechaliśmy do Warszawy.

  • Jak pan wspomina atmosferę polskiego września, przerażenie?

Czy przerażenie? Na pewno, przecież Niemcy byli straszni. Tam gdzie byłem na wsi, [zabijali] zupełnie niewinnych ludzi. Jak to gospodarz przed wojną – dba o swoje. „Pańskie oko konia tuczy”. Wrócili do swoich gospodarstw, jak już front przeszedł, [a Niemcy] rozstrzelali kilku z nich. Zresztą cała wojna taka była, to była jedna wielka mordownia.

  • Jak to się stało, że trafił pan do konspiracji? Czy może pan opowiedzieć, jak to pan pamięta?

Oczywiście, że pamiętam. Tylko jednej rzeczy nie pamiętam, w jakich okolicznościach poznałem Heńka Grodzkiego. On mnie wciągnął do ZWZ-u, to był listopad 1939 roku.

  • Szybko.

On był w Związku „Odwet”, który potem po rozkazie generała Sikorskiego o utworzeniu Armii Krajowej, przeszedł do „Kedywu” Armii Krajowej. No i zacząłem rozrabiać w tym Związku „Odwetu”.

  • Na czym polegało pana rozrabianie?

Początkowo, chyba przez pierwsze pół roku, byłem gazeciarzem, ponieważ ta kamienica to był świetny budynek dla konspiracji. [Były tam] dwie bramy, można było jedną wejść, drugą wyjść. Dla wtajemniczonych (bo tam było kino „Koloseum”, sławne, największe w Warszawie przed wojną) przez kulisy tego kina można było wyjść jeszcze na ulicę Bracką 18. Tak że warunki dla konspiracji były fantastyczne. Dziewczyna zawsze przychodziła, czekałem za oficyną, szła z pakietem, już popakowane były „Biuletyny Informacyjne”. Ona mnie mijała, dawała mi w grabę i wychodziła drugą bramą. Wracałem do domu, tornisterek, udawałem uczniaka i okolice, Książęcą, Nowy Świat, Bracka, plac Trzech Krzyży roznosiłem. Chyba Heniek – ten właśnie, który mnie wciągnął, był przecież moim pierwszym bezpośrednim dowódcą – widocznie coś musiał kapitanowi powiedzieć, bo kapitan przyszedł razem z nim do mnie, przyprowadził go. Jak kapitan obejrzał te wszystkie pomieszczenia, te wszystkie możliwości, to się za głowę złapał i mówi: „Słuchajcie, taka melina to majątek”. Ponieważ mieliśmy dostęp do sal wykładowych, ćwiczeń, mimo że to wszystko było przez Niemców zaplombowane, przecież Polak wszystko potrafi, to z miejsca zorganizował tam Podoficerską Szkołę Łączności. Można było przewody ciągnąć, na duże odległości rozmawiać, i na klucz, i fonią. To trwało do października czy do listopada 1940 roku. Wtedy była duża wsypa w Warszawie. Automatycznie przerwano szkolenie, wszystkie kontakty. Po tej wsypie, po nowym roku już, zaczęliśmy znowu się zbierać do kupy.
Wykorzystując Święta Bożego Narodzenia zorganizowano jedyną, pierwszą i ostatnią, udaną ucieczkę z Pawiaka. Jakimś cudem, nie wiem jak, trudno mi to dzisiaj powiedzieć, jeden z członków komendy głównej ZWZ-u nie załapał się w tej ucieczce, został na Pawiaku. Żeby go uratować dostał wesz z tyfusem. Ponieważ wtedy jeszcze Pawiak nie miał własnego szpitala, to go umieścili na ulicy Chocimskiej w szpitalu zakaźnym, to jest koło placu Unii Lubelskiej.

  • W jaki sposób przeniesiono tą wesz?

No jak to? Przecież klawisze byli wśród naszych członków. Ale po tej ucieczce przetasowali, rozstrzelali kilku, duże straty ponieśli. Jak on zachorował i jak już go wyleczyli, to żeśmy go stamtąd uprowadzili. Mróz był sakramencki. Rany Boskie! To był koniec stycznia, początek lutego. Myślałem: akcja, ile godzin? Dziesięć, piętnaście minut, ciach mach i tego. Czekamy dziesięć minut, piętnaście, już się ciemno robi, bo to około czwartej popołudniu. Ciemno się zrobiło, mróz sakramencki, już skostniałem, zacząłem płakać, tak zmarzłem na kość. W końcu go wyprowadzają. Załatwili tych policjantów, którzy go pilnowali. Jak zobaczyłem tego faceta, którego wyprowadzili, to mi się ciepło zrobiło. W fartuchu białym, na bosych nogach klapki, a tu kornet, bo przeważnie służbą pomocniczą były zakonnice w szpitalach przecież. W takim kornecie na rykszę go, ja tą rykszę rozbujałem, oni Chocimską w dół do Belwederskiej i na Podchorążych na melinę go zawieźli. Tam go dopiero ubrali. A ja biegiem do tramwaju i do domu. To była pierwsza moja akcja, a potem to się już posypało.

  • Czy wiedział pan o przygotowaniach do Powstania?

Przecież samo założenie organizacji, od 1939 roku [już było wiadomo]. Szkolimy się, idziemy do konspiracji po to, żeby w odpowiednim momencie ruszyć do boju. Tak że to już było z góry założone.

  • Jak pan pamięta przygotowania do Powstania, lipiec 1944 roku?

Jak słucham tych mądrych głów w telewizji czy w radio, to mnie diabli biorą. Przed Powstaniem, to był 20, 21, 22 może 23 lipca, został rozbity front Armii „Środek”, a Warszawy broniła Armia Środek dowodzona przez generała Formana. Jedna armia sowiecka wypierała już Niemców z Radzymina. To jest raptem dwanaście kilometrów. Wawer, Anin i pod Rembertów już podjeżdżał zwiad pancerny innej armii sowieckiej, więc moment idealny do rozpoczęcia Powstania. Wśród Niemców panika, rozbite jednostki. Przecież Niemcy byli butni, czyści, wygoleni zawsze, buty błyszczące elegancko, a szli poszarpani, nieogoleni, brudni. Trzy czwarte broni nie miała, bo chyba porzucili ją, uciekając. Wśród Niemców popłoch, nawet gestapo ładuje się na samochody i wyjeżdża, no to wybuch Powstania był idealnym [momentem]. Zresztą to nie tak było, że ciach mach chłopaki do boju. Komenda Główna trzy dni obradowała, porozumiewała się z Londynem i Londyn dał wolną rękę przewodniczącemu Polskiego Państwa Podziemnego, on miał zadecydować wspólnie z generałem „Borem” i ze sztabem Armii Krajowej. W takiej sytuacji, gdzie taka panika, że front przerwany, nie ma rady. A jeszcze 27 lipca była pierwsza koncentracja. Niemcy wydali plakaty, obwieszczenie, że ma się stawić nad Wisłą w odpowiednich punktach sto tysięcy ludzi w wieku od osiemnastu do sześćdziesięciu lat do kopania okopów fortyfikacji. Oczywiście nikt nie poszedł, to jest zrozumiałe. Tu już bolszewicy na przedmieściach Warszawy, więc na wezwanie Niemców nikt się nie zgłosił. Jaka będzie ich reakcja? Niemców było około dwudziestu tysięcy, garnizon warszawski uzbrojony nie tak jak my. Przecież mogli masakrę zrobić z miasta. Po naradach Jankowski, Bór-Komorowski, „Radosław” i inni: „Zaczynamy”.

  • Kiedy pan się o tym dowiedział?

W dniu wybuchu Powstania.
  • Jak pan pamięta 1 sierpnia 1944 roku?

1 sierpnia. Tak się składa, że mój oddział miał melinę na Karolkowej, na Woli. Przechodziła kolej obwodowa z Warszawy Praga przez Dworzec Gdański, przez Powązki, Wolę, na Dworzec Zachodni. Bardzo wysoki nasyp był, kilkumetrowy, mosty były, pod spodem przecież tramwaje chodziły. Około trzystu metrów za tym nasypem kolejowym mieliśmy magazyn broni. Zresztą jak podchorążówkę kończyłem, to tam wykłady mieliśmy z nauki o broni, taktyczne i inne jak to w wojsku, hocki-klocki. Jak wybuchło Powstanie, to byliśmy wtedy w Śródmieściu i idziemy po broń. Na Karolkowej mamy swoją podręczną, którą używaliśmy w akcjach, a główny magazyn był w jakiejś fabryczce. Porucznik nasz był właścicielem tej fabryczki i nam tam dawał w kość przy okazji szkolenia. Tam mieliśmy cały magazyn broni. Na Karolkową żeśmy doszli, ale podchodzimy jeszcze, za szpitalem Łazarza były ogródki działkowe, idziemy po broń do magazynu o świcie, szaro zaczyna się robić. Dziwnie, jak to jest? Powstanie wybuchło, a nikogo nie widać. W pewnym momencie zaczyna się piekło. Nie wiedzieliśmy, że ten cały nasyp kolejowy obsadzony był już przez Niemców. Widocznie usłyszeli, że tam łazimy i jak otworzyli ogień, to powietrze się gotowało. Wszyscy plackiem i rakiem z powrotem. Już zaczęło szarzeć i żeśmy zobaczyli, że altanki rozbite i już zabici leżą nasi żołnierze. Widocznie zginęli w pierwszych godzinach, zaraz po wybuchu Powstania. Wycofaliśmy się na Karolkową i tam żeśmy urzędowali.
Rejon naszego działania to był plac Opolski, Górczewska, Długosza, Szlenkierów, Tyszkiewicza, Młynarska. Barykadę róg Młynarskiej i Wolskiej trzymał pluton AL-u. Fajne chłopaki, mimo że się nie kochaliśmy specjalnie i do dzisiejszego dnia, ale jako solidarność żołnierska to muszę powiedzieć, że chłopaki naprawdę dzielnie walczyli, ale raptem cztery dni. Amunicji nam zało, broni nie mieliśmy, rozbili nas kompletnie. Oddział „Hala”, który bronił Woli od strony Powązek, Koła, rozbity kompletnie, „Hal” ranny. Porucznik „Żar”, który też tam razem z nami był i nasz dowódca, kapitan „Waga”, zabici obaj. Zlikwidowali nas w tym układzie. A Bataliony „Zośka” i „Parasol” na Dzielnej obstawiały Komendę Główną Armii Krajowej, tam była siedziba. W tej sytuacji Komenda Główna musiała rzucić Batalion „Parasol” na nasze miejsce, bo ćwierć dzielnicy zostało nieobsadzone. A my dostaliśmy rozkaz wycofania się już wtedy. Tam działy się straszne rzeczy. Najlepszy dowód jak w 1945 roku, jak już wróciłem do Warszawy w lutym, robili porządki pierwsze, to z Woli wywieziono ponad dwanaście ton ludzkich szczątków. Tak Niemcy, a właściwie ta dzicz azjatycka… Od Powązek atakowała brygada Kamińskiego, Azjaci, a tu Dirlewanger z kryminalistami. Żeśmy ich naszatkowali trochę też, ale oni z ludności cywilnej zrobili masakrę. Szpital na Płockiej – wymordowali wszystkich.

  • Był pan świadkiem czy pan tylko słyszał z opowiadań?

Nie, bo jak myśmy przyszli na Wolę, to już… Porucznik „Żar” właśnie i jego oddział trzymał Płocką, Działdowską. Postawiliśmy sobie barykadę róg Żytniej i Karolkowej. Padał deszcz, a myśmy zrywali płyty chodnikowe, utytłani byliśmy niesamowicie, ale zapał. A ludność cywilna pomagała przecież, rany boskie! Ostawiliśmy barykadę 2 sierpnia, rano o świcie. Potem przyszliśmy już po dniu pracy. Potem na placu Opolskim Tyszkiewicze żeśmy bronili, na noc. Trzeciego rano wstajemy, alarm. Dwie „Pantery” przeszły, rozwaliły barykadę dokumentnie. Poszły Karolkową prosto, aż do Mireckiego i prawdopodobnie te dwie „Pantery” złapał Batalion „Zośka”. My co, co mogliśmy zrobić biedaki z tymi pistolecikami?

  • Jak był pan uzbrojony w czasie Powstania?

Miałem swojego etatowego visa. Niektórzy to parabellum! Parabellum mnie nie pasowało, miałem visa, a długa broń to na zmianę z kolegą. On szedł spać, to ja brałem na pozycję. Potem żeśmy się zmieniali, raz karabin, raz pistolet maszynowy szmajser, różnie to bywało. Niewesoło było z bronią, a najgorzej z amunicją przecież było. Co z tego, że mieliśmy pistolety maszynowe i sto nabojów na pistolet maszynowy, jeśli wywala czterysta na minutę.

  • Czy udało się państwu odebrać jakieś zrzuty?

Nic na Woli nie dostaliśmy. Dopiero pierwsze zrzuty to w Śródmieściu, a przez cztery, pięć pierwszych dni nic nie było. Potem wycofaliśmy się, kazali nam się wycofać, „Parasol” przejął nasze pozycje. Z Długiej, jak kto może, przedzieramy się do Śródmieścia. Ale ponieważ głupi ma szczęście, to poleciałem, nie wiem jakim cudem, Długą, przez plac Bankowy, przez plac Żelaznej Bramy – a w Ogrodzie Saskim przecież byli Niemcy. Jak przeskakiwałem przez plac Żelaznej Bramy, to akurat był nalot i zrzucali bomby zapalające. Widocznie Niemcy się pochowali w okopy i mnie się udało przebiec pod tymi bombami. Przeskakiwałem tylko kupki palące się, żarzące się. [Dotarłem] do Granicznej i na Granicznej to już byłem wielki pan. Potem na Boduena już przeszedłem. Jeszcze tylko musiałem przeskakiwać przez Próżną. Potem snajper z budynku PAST-y kilka osób już tam położył, to mnie ostrzegli: „Uważaj!”. No to się zebrałem, siups, jeden skok i już byłem po drugiej stronie. Potem różnie, potem to jak potem, wojna i wojna.

  • Co się później z panem działo w Śródmieściu? Przyłączył się pan?

Niewielu nas przeszło do Śródmieścia, chyba sześciu, siedmiu słabo uzbrojonych, bo tylko w pistolety. Broń cała [została] tam, straty, przecież nas przemaglowali niesamowicie. Przydzielili nas do dowództwa Powstania na Jasnej. Przy placu Dąbrowskiego było dowództwo Powstania, tam urzędował „Monter” i nas wsadzono do plutonu żandarmerii. Byliśmy takie chłopaki do wszystkiego. Pilnować porządku, a gdzie dziura to: „Lećcie tam, bo nie mogą sobie poradzić!”. No to my tam i tak do zapychania dziur byliśmy. Tak żeśmy się bawili na ulicy Boduena. Starówka, 31 sierpnia wycofali się ostatni…
Chyba 5–6 września [Niemcy] wzięli się za naszą dzielnicę. Tak nas rąbali, że ulica Jasna… Najpierw na Boduena rozwalili naszą kwaterę bombą. Major mówi: „Jurek, leć do komendy głównej na Jasną. Co mamy robić?”. W Jasną wszedłem chyba dwieście metrów, koniec. Płomienie, gruzy na wysokość pierwszego piętra, z ocalałych jeszcze murów takie płomienie, taki ciąg powietrza, że aż mnie do góry unosiło. Nie ma mowy o przejściu, przecież musiałbym przez ogień przechodzić. Wróciłem z powrotem, ale już był goniec, już był rozkaz, że mamy się wycofać do kina „Palladium” na Złotej, wszystkie oddziały zbiórka. Tam dopiero rozdzielanie. Wy tu, ty tu, ty tam. Nam przydzielono kwaterę na ulicy Piusa XI, Piękna róg Kruczej i tam żeśmy urzędowali i też takie chłopaki do wszystkiego. Jak trwoga była na Poznańskiej, to: „Lećcie tam na pomoc”. My na Poznańską. Dwa razy aż na Czerniaków lecieliśmy, póki nie przecięli na Książęcej… Tam był wykop zrobiony w dół, aż do Rozbrat. Potem już Niemcy wzięli szpital, odcięli drogę, tak że już od… Mniej więcej jak już ruscy nad Wisłą stanęli. Nie pamiętam dokładnie, to już sześćdziesiąt pięć lat temu było.

  • Jak wyglądało to panów „latanie”? Panowie latali dołem, piwnicami czy ulicami?

Różnie, na brzuchu, na czworakach, piwnicami. Przecież Marszałkowską od Królewskiej można było, nie wychodząc na zewnątrz, dojść aż do Alei Jerozolimskich. To znaczy oczywiście trzeba było przeskoczyć Sienkiewicza, Moniuszki i tak dalej. Ale wszystkie kamienice miały poprzebijane piwnice. Mało tego, jeszcze były strzałki: „Tu na Marszałkowską. Tu na Sienkiewicza”.

  • Jak pan wspomina atmosferę w oddziale, kolegów?

Ech, już powoli wiedzieliśmy, że przegraliśmy. Tylko nam zostało zacisnąć zęby i powiedzieć: „Czekajcie, nie damy się”. Już nam została tylko złość i zawziętość, nic więcej.

  • Jakieś przyjaźnie zawiązały się między państwem, czy nie było na to czasu?

Przecież to wojsko, to koledzy, razem walczymy. Do nas strzelają i my strzelamy. Tak że tutaj jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nikt się nad niczym nie zastanawiał. Na przykład utłukli mojego zastępcę, miałem kaprala podchorążego, śliczny chłopak, blondynek, falujący włos, na barykadzie róg Marszałkowskiej i Złotej. Pochowałem go gdzieś, strzeliłem z visa salwę na wiwat. Ale to już…

  • Jak reagowała na walkę ludność cywilna? Zetknął się pan z jakimiś objawami sympatii, czy raczej negatywnie?

Mój najgorszy dzień w Powstaniu, przynajmniej dla mnie, to było chyba już w połowie września. Major mówi: „Jurek, weź sobie jakiegoś chłopaka na rozpoznanie. Nie wiemy, jaka jest sytuacja od strony Woli”. Wziąłem jakiegoś kumpla i idę. Przyszedłem na Graniczną, na Grzybowskiej była barykada. Przełazimy przez tą barykadę i idziemy, a chłopaki: „Panie sierżancie, do cholery, dokąd pan idzie? Przecież my jesteśmy ostatnim posterunkiem, tam nie ma nikogo!”. Mówię: „Rozkaz, trudno, muszę iść zobaczyć”. Doszliśmy do Wroniej, na Wroniej napatoczyliśmy się na Niemca. Wiadomo, jak to się idzie w terenie nieznanym, pistolet w garści. On z karabinem, zanim podniósł lufę, to już leżał. Kumpel od razu pas z nabojami, karabin i przychodzi refleksja: „Zaraz, a skąd on się tu wziął!”. Wychylam się na Żelazną, cholera jasna, a od Chłodnej pod murami, pod gruzami, dwa rzędy Niemców, wszyscy z bronią gotową do strzału. „Ty, chłopie, zjeżdżamy bo nas…”. Odskoczyliśmy dalej, przeczołgaliśmy się przez gruzy i z powrotem. Dochodzimy już, około 300–400 metrów przed tą barykadą, przez którą żeśmy przeszli, ludzie się na nas rzucili: „Wy gnoje! Wy szczeniaki! Coście zrobili, patrzcie, ile ludzi przez was ginie! Miasto zburzone!”. To był mój najgorszy dzień w Powstaniu, nie to, że strzelali… Przede mną uciekali, ile razy ja uciekałem jak zając, ale to było najgorsze dla mnie przeżycie z ludnością cywilną, mało nas nie pobili. To było najgorsze dla mnie w Powstaniu.

  • Wiem, że pytanie o dzień codzienny w Powstaniu, życie codzienne poza walką jest może trochę dziwnie. Ale jak by pan mógł opowiedzieć jak pan pamięta, co państwo jedli, jak państwo spali?

Fajnie było przez pierwsze trzy dni, a jeszcze jak chłopaki zdobyli [magazyny na] Stawki, to żarcia mieliśmy dużo, nie było problemu. Dziewczyny nam gotowały cuda-niewidy. Ale jak przeszliśmy już na Śródmieście Południe, to już było niewesoło. Byłem szczęśliwy, jak wyżebrałem od dziewczyn dwa razy w tygodniu pół szklanki wody, żebym mógł się ogolić. Wszy miałem, jadłem psie mięso i tak się żyło. Spałem w worku, co Niemcy trupy chowali, bo przecież już było zimno we wrześniu. Nie wiem, jakim cudem te worki znaleźli. Były takie jak cementowe, tylko długie jak kanapa, kilka warstw kartonu. Jak się człowiek wsunął, to i ciepło było. Tak było.

  • A jakiś czas wolny?

Nie było wolnego czasu, marzył człowiek, żeby się godzinę przespać. Ciągle jak nie tu lecieć, to tam lecieć. Rozwaliło kamienicę, ludzie płaczą, krzyczą ratunku. Lecimy, wyciągać jak ktoś zmiażdżony, przywalony gruzami. Tak że nie było chwili wytchnienia.

  • Czy uczestniczył pan w jakichś formach życia religijnego, mszach świętych?

Przyznam się szczerze, że nie. Oddziały tyłowe to tak, spotkania, aktorzy im śpiewali piosenki. Nie miałem takiej przyjemności.
  • Czy docierała do państwa jakaś powstańcza prasa, czy mieli państwo czas, żeby posłuchać chwilę radia?

Nie… Ach, na Boduena mieliśmy radio. Ale co my na tego Boduena byliśmy? Dwa tygodnie chyba czy trzy. Jak już nas znowu rozpracowali, to zniszczyli kompletnie dzielnicę. Przecież się pchali od Nowego Światu, Mazowiecką od Królewskiej i Świętokrzyską od Nowego Światu, od Górskiego. Tak że ciągle ganianie.

  • Czy zetknął się może pan z jakimiś osobami reprezentującymi inną narodowość niż polska w czasie Powstania?

Nie. Wiem, że byli Słowacy na Starym Mieście, że część Żydów, których „Zośka” wyzwolił z getta. Podobno Zgrupowanie „Chrobry II”, co trzymało Haberbuscha, oni chyba kilku Żydów mieli w swoich oddziałach, ale my nie. Nasza grupka, kilka osób, potem jeszcze kilku do nas dołączyło, już nie pamiętam, skąd oni się wzięli. Byliśmy tacy do korkowania dziury, gdzie się pali to my.

  • Czy mógłby pan jeszcze opowiedzieć jakieś wspomnienie z Powstania, które panu miło utkwiło w pamięci, do którego pan lubi wracać?

Kąpiel w wannie, jedyna przez całe Powstanie. To była najprzyjemniejsza chwila, jedyna kąpiel przez dwa miesiące.

  • Kiedy się udała taka kąpiel?

Na Boduena mi jakieś dziewczyny załatwiły, jeszcze woda była. Nie wiem, trudno mi powiedzieć… Ale to nawet nie było na Boduena… Zaprowadziła mnie do swojej rodzinki czy znajomych i tam mi zrobili kąpiel i to był najprzyjemniejszy dzień w Powstaniu.

  • Taka zupełna przeciwność – najmniej przyjemny?

Tak jak mówiłem, reakcja [ludności cywilnej]. A tak, to po pierwszotygodniowym entuzjazmie ludności cywilnej to potem, czy budować jakieś stanowiska, czy barykady, już nie było chętnych. Do tego stopnia, że nawet musieliśmy zmuszać pod bronią do pomocy, wyciągać z piwnic mężczyzn. Przecież kobiet, dzieci nikt nie brał, ale z mężczyznami były takie przypadki.

  • Bał się pan w czasie tych wszystkich akcji?

Czy ja wiem, czy się bałem? Cholera wie czy się bałem… Nie było czasu się bać. Miałem piękne stanowisko. Tak jak z tego pokoju miałem ostrzał ulicą Pańską aż do Żelaznej, a z drugiej strony ulicą Bagno na plac Grzybowski. Siedziałem sobie, nikt nie miał prawa nosa wysadzić. W pewnym momencie słyszę: Uuuu! Uuuu! Uuuu! Myślę sobie: „Oho! Coś podejrzanie dla mnie” – to „krowa” ryczała. Zdążyłem tylko złapać pas z ładownicami w jedną rękę, karabin w drugą rękę, odwróciłem się i pierwsza mina trafia. Łup! Łup! Wszystkie sześć trafiło w to mieszkanie, w którym siedziałem. Niech je diabli wezmą! Znalazłem się piętro niżej, zobaczyłem więcej gwiazd niż Kopernik i Galileusz razem wzięci. Upadłem na plecy, wszystko wali się, belki, stropy, ściany. Ile czasu leżałem, to nie wiem. Jak otworzyłem oczy, to już było czyste powietrze, było czym oddychać, tylko mnie strasznie plecy bolały. Ruszam palcami: „Aha, nogi są, ręce są”. Zacząłem się wygrzebywać z tego gruzu. Zlazłem na dół, jak mnie dziewczyny zobaczyły, to tak jak upiór z opery wyglądałem. Do dzisiejszego dnia mam kręgosłup uszkodzony. Niestety stać nie mogę.

  • Co się działo z panem już pod koniec Powstania i przy kapitulacji?

Cóż, pilnowaliśmy ludność cywilną, jak się ewakuowała. Ale też była heca. Jak już większość wyszła, to też byłem zszokowany. Dostaliśmy po pięć dolarów żołdu. No i co? Jak szykujemy się do wyjścia, to co trzeba wziąć? Kupić sobie chleba. Krucza mniej więcej w okolicy Wspólnej, Hożej, jakieś targowisko się zrobiło. To nieprawdopodobna historia. Człowiek głodował, cholera jasna, jęczmień niedogotowany gryzł, a tu nagle weki ze słoniną, z kiełbasami, chleba wszędzie. Myślę sobie: „Ludzie! Tu człowiek, cholera jasna, łazi ledwie, osłabiony z głodu, a tu takie żarcie niesamowite”. Ale mam pięć dolarów. Stoi facet z chlebem. „Jeden bochenek chleba proszę”. – „A co pan ma?”. – „Mam pięć dolarów”. – „E tam”. – „No to co?!”. – „Pół litra wódki za bochenek!”. Musiałem łazić, znalazłem faceta, który handlował wódką. Kupiłem za pięć dolarów pół litra wódki, wróciłem do niego, dostałem bochenek chleba, wsadziłem sobie w chlebak i byłem gotowy do wyjścia z Warszawy. Piątego jak żeśmy wymaszerowali, to jeszcze jak nas na piechotę pędzili na Dworzec Zachodni, to w ogródkach działkowych, mimo że cebuli nienawidziłem przez całe życie do dnia dzisiejszego, to byłem szczęśliwy, że udało mi się kilka cebul wyrwać z działek, kilka pomidorów i bochenek chleba. Tak wyszedłem z Warszawy.

  • Dokąd pan trafił, jak pan wyszedł z Warszawy?

Do obozu do Pruszkowa. Byłem tam dwa dni i na tym się skończyła moja okupacja.

  • To znaczy?

Bo zrobili selekcję. Starych na lewo, młodych na prawo i w transporty do Niemiec. Tylko dojechałem jakieś dziesięć kilometrów za Łowicz i tyle mnie Niemcy widzieli. Jeszcze trzech takich wariatów – żeśmy zwiali, wyskoczyliśmy z pociągu.

  • Gdzie panowie trafili?

Do wioski, nazywała się Chruślin. Wyskoczyliśmy tuż przed granicą Generalnej Guberni i Rzeszy, dosłownie kilometr. Gdybyśmy się spóźnili, to już nie mielibyśmy szans ocalenia, bo już bylibyśmy w Rzeszy. A tak to jeszcze doszliśmy do tej wiochy, tam żeśmy siedzieli do lutego. Jak front się przewalił, no to my zaraz… Jeszcze tam zmontowałem drużynę, z leśniczym nawiązałem kontakt. Jeszcze karabin wykombinowałem, trochę amunicji. Za mało jeszcze Niemcy w skórę dali, trzeba było jeszcze wojować. Ale jak już się front przewalił, to z miejsca z powrotem do Warszawy. Dwa razy musiałem iść około stu kilometrów. Raz, pierwsze podejście, Warszawa była otoczona wojskiem, nie wpuszczali nikogo bo teren zaminowany. Wróciliśmy z powrotem i za około dwa tygodnie, chyba 25 – 27 lutego i wtedy już żeśmy doszli do Warszawy.

  • Jak wyglądała Warszawa?

Obraz nędzy i rozpaczy, pustynia, gruzy. Niektóre większe bloki, gdzie Niemcy stali, to ocalały, a tak reszta to… Po pierwsze, teren getta od ulicy Leszno, prawie pod same Powązki i od Okopowej do placu Bankowego – to nie istniało. Kościół został tylko jeden. To niesamowity widok, jedna płaszczyzna, gruzy, ruiny i ten kościół jeden, co Niemcy zostawili. Resztę przecież kompletnie zniszczyli w czasie Powstania. Na nasza pociechę było tylko to, że mimo takiej ogromnej dysproporcji w uzbrojeniu, jaka była miedzy nami a Niemcami, oni ponieśli takie same straty jak my. Tu mamy jeszcze satysfakcję.

  • Czy już w Warszawie doczekał się pan końca wojny, czy później się pan jeszcze gdzieś przemieścił?

Nie, w Warszawie.

  • Co państwo robili w Warszawie?

Moje mieszkania wszystkie, gdzie mieszkałem, były rozbite, a na Brackiej 18, o której wspominałem na początku, mieszkał jeden z naszych członków. Łażąc po mieście, zobaczyliśmy, że ten blok stoi. Byłem z kolegą, też powstańcem, z kumplem. Mówię: „Tadek, jedyny ratunek, idziemy do Zorika”. Rzeczywiście, mieszkanie ocalało, on był już. Mówię: „Chłopie, przenocuj nas, bo to już wieczór”. A to luty, zima, zimno jak cholera przecież. On mówi: „Chłopie, żeś mi z nieba spadł”. – „Co się stało?”. – „Masz tutaj klucze, idź na ulicę Nowogrodzką 10. Na trzecim piętrze, to jest mieszkanie mojego wujka, majora Zalewskiego, dowódca batalionu mostowego z Kazunia, saperów. Masz tu klucze, opiekuj się tym mieszkaniem”.
Ale niedługo się nacieszyłem, bo jak pułkownik „Radosław” wydał rozkaz, około 20 marca, o ujawnianiu się, to znowu była zaprawka, bo jak wiadomo wszystkich akowców zamykali. Ujawnić się. Ponieważ mój ojciec był piłsudczykiem, a Piłsudski przecież był socjalista, to mój ojciec do musiał należeć partii socjalistycznej. Wykombinował mi legitymację PAL-u, to była Polska Armia Ludowa, to były siły RPPS-u i się z tym ujawniłem. Jako podporucznik poszedłem do WKR-u. „Oj, panie poruczniku, z nieba pan nam spadł!”. Mówię: „Co się stało?”. – „A, jak nam oficerów uje! Gdzie pan mieszka?”. – „Tu, na Nowogrodzkiej”. – „Dobra”. Zapisał wszystko, pieczątka, da mi znać. No i dali znać, 15 maja już byłem w wojsku. 48. Pułk Piechoty, Tarnowskie Góry, na kompanię cekaemów. Buch! Co prawda niedługo tam służyłem, bo chyba w lipcu czy w sierpniu pojechaliśmy na akcję żniwną. Cekaemy poszły do magazynu, zostały tylko karabiny i pepeszki wśród żołnierzy. Odwaliliśmy żniwa we wsi Zima Wódka, koło góry Świętej Anny, bodajże cztery kilometry było, koło Wielkich Strzelec.
Potem już nie wróciliśmy do Tarnowskich Gór. Dostałem rozkaz obsadzić strażnicę na szosie z Raciborza do Czechosłowacji. Ależ to była granica! Cyrk na kółkach. Jak można pilnować granicy, jeżeli chałupa jest w Polsce, a stodoła jest w Czechosłowacji. Proszę upilnować. On mówi: „A co, pan mi tu zabroni chodzić?! Spieprzaj pan! Co pan mi tu będzie rozkazywał?! Ja idę do swojego!”. Ale potem już stamtąd ściągnęli nas do Kłodzka, tam już kilka pułków było i powstał WOP. Mnie przydzielili do 53. Komendantury Wojsk Ochrony Pogranicza do Wałbrzycha. Najpierw zostałem dowódcą plutonu komendanckiego, bo żandarmeria to była nazwa kapitalistyczna, więc nie wolno było używać. Tam byłem trochę, a potem musiałem uciekać na granicę, bo odmówiłem współpracy z informacją. Zaczęły się szykany. Dowódcą komendantury był major Rudziński, notabene potem mój szwagier. Mówi: „Jurek, koło ciebie smród. Chcesz iść na strażnicę? Nie radzę ci tu zostawać”. Mówię: „Muszę”. Poszedłem na dowódcę strażnicy. Wtedy to się nazywało grecbauden, naprzeciwko Kowar. Ale i tam mnie zaczęli szukać. Napisałem podanie do Wrocławia, do komendy okręgu, że proszę o zwolnienie ze służby. Wtedy się pisze byle co, aby się wyrwać. Napisałem to w maju, a we wrześniu przyszło: „Zdać strażnicę, zgłosić się do komendantury do Wałbrzycha po akta personalne i przyjechać do Wrocławia”. Zalakowana koperta i pojechałem. Potem do Warszawy do departamentu personalnego i do rezerwy. Tak się skończyła moja służba wojskowa, to znaczy zasadnicza czy jak ją tam nazwać.

  • W którym roku to było?

We wrześniu 1946 roku. Raptem służyłem półtora roku.

  • Czy później był pan jakoś represjonowany, jeszcze po 1946 roku?

Nie.

  • Chciałabym jeszcze na zakończenie zapytać, czy chciałby pan może podzielić się jakąś osobistą refleksją na temat Powstania, na temat przeżyć wojennych?

Co na to mogę odpowiedzieć?… Powiem tylko tyle: żebym wiedział za jaki naród przez siedem lat łeb nadstawiałem i straciłem zdrowie, to dzisiaj bym tego nie zrobił. Ale pocieszam się tym, że część mojej głupoty, odpowiedzialność, to spada na rodziców, na nauczycieli, profesorów, instruktorów w organizacjach młodzieżowych, księży. Tak nas wychowali, co zrobić.

Olsztyn, 5 września 2008
Rozmowę prowadziła Justyna Kasparek
Jerzy Kochanek Pseudonim: „Jarecki” Stopień: starszy sierżant podchorąży, dowódca grupy dywersyjno-szturmowej Formacja: Zgrupowanie „Waligóra” Dzielnica: Wola, Śródmieście Płn-Pd Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter