Krystyna Starzyńska „Hańcza”

Archiwum Historii Mówionej

Krystyna Starzyńska, z domu Grzegorzewska. Mieszkam w Warszawie na Duracza. Rodzina moja składała się z rodziców, dwóch braci i ja, była nas trójka dzieci. Mama nie pracowała w ogóle, ojciec pracował w „Kurierze Warszawskim”, który już nie wychodzi po wojnie w ogóle. [To było] coś w rodzaju „Gazety Wyborczej” Michnika, bo to było trzy razy dziennie wydawane, poranny na śniadanie, obiad i wieczorem. Redakcja była na Krakowskim Przedmieściu, z boku był „Bristol”. Musieliśmy tylko korzystać ze szkoły prywatnej, ojciec dość dużo zarabiał, nie był na państwowej posadzie, tylko to było wydawnictwo tak jak Michnika, prywatne.

  • Do jakiej szkoły pani chodziła?

Chodziłam normalnie do powszechnej, myśmy mieli willę w Świdrze, tam był internat sióstr, poszłam do czwartego oddziału, dwa lata myśmy tam zimowali, bo rodzice zmieniali mieszkanie. Musieliśmy przyjechać do Świdra, po prostu dwa lata ojciec jeździł do redakcji normalnie. Brat chodził do Mikołaja Reja, później skończył Politechnikę Warszawską, był inżynierem mechanikiem.

  • Pani była najmłodszym dzieckiem?

Byłam najmłodsza, drugi miał zamiar iść do szkoły rolniczej z internatem, ale niestety już była wojna, on nie mógł chodzić do szkoły, tylko skończył liceum. W czasie okupacji było honorowane przez Niemców liceum drugiego stopnia (tak się nazywało), to było dwuletnie, do matury, bo byłam objęta tym okresem, gdzie kończyłam małą maturę i dużą maturę. Małą maturę skończyłam jeszcze w wolnej Polsce, a już niestety dużą poszłam i zobaczyłam, że na Pradze było dwuletnie gimnazjum, tam [nauczali] profesorowie z [późniejszego] SGPiS-u. Miałam prawo, ekonomię, wszystko oni tam wykładali, bo nie mieli pieniędzy. To był okres taki, gdzie profesorowie przecież w liceum by nie wykładali, ale jak taka była historia, że była okupacja, zamknięte uczelnie, wszystko, to jedno, [co mogli robić,] to było to liceum. Chodziłam z Żoliborza na pieszo na Pragę codziennie i wracałam, nie było przecież [innej możliwości].
„Kurier” nie wychodził już, ojciec był bez pracy, mama w ogóle nie pracowała, wszyscy musieliśmy jakoś żyć. Do półtora roku to biżuterię sprzedawali, ogródek, który był pięknie zrobiony, to trzeba było przekopać, kartofle, buraki, włoszczyznę, wszystko zasadzić. Pamiętam, pierwszy raz w życiu jadłam zupę, która była zaprawiana olejem, nigdy w życiu tego nie zapomnę, to było coś tak potwornego, że utkwiło mnie całe życie, jakie było coś okropnego, ale jakoś przeżyliśmy to.

  • Wróćmy jeszcze do czasów sprzed wojny. Jaka panowała atmosfera w pani domu?

Chłopcy, już jeden był po studiach, musieli się wziąć za jakąś pracę. W domu zrobili wytwórnię z jakimś człowiekiem (nie pamiętam nawet, jak on się nazywał), bimber robili. Światło też było na lewo zrobione, pamiętam, jak szli do nas, dzwonili do furtki, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, coś było na lewo podłączone, przewód złapałam, żeby wyciągnąć, to mnie tak rzucało, nie zapomnę tego też, ale oni to robili. Dostawa, nie pamiętam, dziesięć chyba złotych za odwożenie tego bimbru, gdzieś do tych, co pili.

  • Wspomina pani czasy przedwojenne czy już okupację?

Okupację.

  • Pytałam przed wojną.

Przed wojną wszyscy się uczyliśmy, ojciec pracował, mama normalnie była w domu, zarządzała, bo była służąca, gotowała, robiła, mieliśmy sześć pokoi.

  • Jaka panowała atmosfera, czy była celebracja życia codziennego?

Wszystkie posiłki zawsze były z tatą, z mamą przy stole, każdy miał swoje miejsce. Syn najstarszy, który… Pamiętam, jeszcze przed wojną oni pojechali z politechniką na ostatnie wakacje do Niemiec zobaczyć, jaka tam jest motoryzacja, przyjechał, zaczął mówić ojcu: „Zobaczysz, co się będzie działo, Niemcy nas później zarzucą wszystkim, ty nie masz pojęcia, jaki jest stan motoryzacji”. Ojciec chciał go wykląć, przecież nigdy nie zapomnę, ojciec był strasznym patriotą, pochodził z rodziny, mama mojego ojca była Włoszką, ale rodzina się rozstała czy rozwiedli się, nie pamiętam, tam myśmy nie chodzili, babcia też nie przychodziła, nie mieliśmy takich bliższych kontaktów raczej. Wszystko było tylko to, żeby ta Polska, żeby jakoś przetrwać, bo Niemcy takie robili naloty na dzielnice.

  • Czy pani była przygotowana do wybuchu wojny? Jak pani zapamiętała 1 września?

Zawsze człowiek pamięta, bo to się cały świat zawalił. Przecież byliśmy normalną rodziną z ojcem pracującym, bo kiedyś tak było przed wojną, że jedna osoba pięć osób mogła utrzymać, dla wszystkich było wszystko, a dzisiaj jest nędza.

  • Gdzie państwo mieszkali?

Mieszkaliśmy na ulicy Długiej, tak jak jest plac Krasińskich, to my mieszkaliśmy na tym odcinku do Bielańskiej, mieliśmy trzy pokoje wtedy, ojciec składał pieniądze. Później sprzedaliśmy willę w Świdrze, kupił ojciec plac na Żoliborzu i tu zaczął budować. Na Żoliborzu już mieszkałam, jak byłam jeszcze w gimnazjum, w pierwszej klasie, to chodziłam do [gimnazjum] Gagatnickiej, później przeszłam [do innej], to się nazywało Liceum Handlowe na Szerokiej 32.

  • Wojna panią zastała na ulicy Długiej?

Wojna zastała mnie na Potockiej. Pierwszy września był na Potockiej, bo już w trzydziestych któryś latach mieszkałam na Potockiej, bo ojciec już wybudował [dom], sprowadziliśmy się tam. Po Powstaniu Warszawskim ojciec nie wrócił. Miałam taki moment, mój pluton już był tak rozbity, że leżał na Krechowieckiej w szpitalu, tam im nosiłam wodę, opatrywałam rany, bo żeby doktor wszedł i coś zrobił, to naprawdę… On to tak jakby miał dosłownie rzeźnię i tylko ludzi operował, to było straszne.

  • Chciałabym jeszcze usłyszeć pani wspomnienia z czasów okupacji?

Chodziłam do szkoły, później, jak skończyłam maturę, chciałam rodzicom coś pomóc. Tata miał znajomości, była pod zarządem komisarycznym taka fabryka „Koloryt”, dyrektor był bardzo dobrym znajomym mojego ojca. Jak już wzięłam papierek, z ojcem poszliśmy tam, bo to było już pod zarządem niemieckim, to na Długiej też było, pytamy się, czy nie można [znaleźć] jakiegoś miejsca. Myślał, że chcę jakieś jako urzędniczka, mówię: „Panie dyrektorze, a czy nie mogę tam iść, gdzie najwięcej płacą?”. Przecież myśmy nie mieli nic, była straszna sytuacja finansowa u nas, mnie wydawali talerz zupy i ćwiartkę chleba, tę ćwiartkę przynosiłam do domu, bo trzeba było się dzielić, okres okupacji był taki, że dostawało się taką marmoladę z buraków, chleb, ale tylko na tyle na ile osób. Byłam ta jedna sprawiedliwa, mama powiedziała: „Ty będziesz krajać chleb na pięć porcji”, krajałam, nawet, jak zostawało połówkę, oni byli starsi, to połówki dostawali tego chleba, jakoś przeżyliśmy to. Pracowałam w fabryce „Koloryt” przy farbach, to jaką się farbę robiło, to się w takim kolorze było.

  • Jak długo pani tam pracowała?

Z półtora roku. Było tak, że myśmy były kulczarki, to znaczy takie były kulki, które się owijało w krepinę, przepis, tyle i tyle musiało się tych pudełek zrobić, na akord się robiło. Myśmy jeszcze były młode, to myśmy to [robiły] szybko, ale te panie… Nas było osiem w pokoju, jedna była nauczycielką, druga była właśni ta pani, która nas wprowadziła do Armii Krajowej, była żoną kapitana, który był w Anglii.

  • Tam rozpoczęły się pani kontakty?

Mój kontakt z Armią Krajową [rozpoczął się dzięki niej], ona nas wszystkie wprowadziła do Armii Krajowej, myśmy tam były szkolone.
Na Mickiewicza przychodziła doktor, gdzie naszą piątkę, bo to wszystko w piątkach się odbywało, żeby nie było takich kontaktów czy żeby wsypy nie było, bo czasami młode dziewczyny lubią dużo gadać, może coś w nieodpowiednie ucho wpadnie. Była doktór, nazywała się Piotrowska, ona miała męża, który był prokuratorem sądzącym komunistów. Oni już nie wrócili na Żoliborz, oni gdzieś mieszkali na Żoliborzu, nawet nie wiem, gdzie ona mieszkała, ale ona przychodziła, co niedziela myśmy się spotykały tą naszą piątką, ona nas szkoliła.

  • Była pani zaprzysiężona?

Tak. Później ona nas odesłała na Oczki do szpitala do chirurga, myśmy praktycznie pół roku uczyły się owijać rany.

  • Który to był rok?

Nie wiem, dokładnie nie powiem, czy to był 1942, czy 1943.

  • Miała pani świadomość, że te szkolenia służą przygotowaniu do Powstania?

Uczyłyśmy się robić zastrzyki, wszyscy moi koledzy, którzy też byli to tu to tam, przedtem, jak jeszcze była wolna Polska, to uczyli się w Lisa-Kuli na Bródnie (to było takie znane liceum). Pamiętam, że oni też, ale w innej organizacji, nie byli, gdzie ja byłam, tylko myśmy chodziły, jak się spotykałyśmy czy się chodziło gdzieś, to oni pozwalali sobie z witaminy robić zastrzyki. Przecież jak człowiek ma być sanitariuszką to musi mieć jakąś praktykę, żeby człowieka nie zabić. Nauczyłam się dobrze, do dzisiaj sobie sama robię zastrzyki. Później opatrywać rany, w szpitalu na Oczki ktokolwiek przyszedł, to on zaraz mówił: „Panno Krysiu − czy tam inna − proszę zaopiekować się tym chorym”, to myśmy się opiekowały. Rzeczywiście nauczyli nas sporo, tam z pół roku chodziliśmy, może to był 1943 rok, przecież zaraz Powstanie wybuchło.
Na Starym Mieście mieliśmy punkt zbiorczy, bo do kogoś miałyśmy być przydzielone, niestety nie doszłyśmy, bo już Niemcy szli ze strony Warszawy, bo cały Dworzec Gdański Niemcy opanowali, że myśmy parę razy chodzili z naszym plutonem, ze „Żbikiem” do Dworca Gdańskiego. Ile tam poległo – Niemcy tak walili, że nie było możliwości zdobycia tego, żeby przejście było do Warszawy, nie było przejścia.
  • Brała pani udział w tych walkach?

Musiałam tam iść, ze strachu się trzęsłam, ale szłam, trudno. Kolega jeden został trafiony w tętnicę, pierwszy raz tamowałam tętnicę. Myślałam, że ze strachu padnę, bo przecież to była fontanna krwi z szyi, gdyby go nie ucisnąć, to by chłopak nogi wyciągnął, później było strasznie.

  • Chciałam się dowiedzieć o pani zaprzysiężeniu, czy to był specjalny dla pani moment w życiu, w ile osób się odbyło to zaprzysiężenie, gdzie?

Gdzie to nie pamiętam. Ale to było tak, że nasza piątka szła, tylko ta do noszy, cztery noszą, a piąta jest asekuracją. Na przykład jak temu jednemu [przebiło] tętnicę, taką miał fontannę, jak ucisnęło mu się, to druga musiała przylecieć, jakoś wziąć tego bandażu, żeby chłopak nogi nie wyciągnął.
Nie mogę sobie przypomnieć dokładnie, ile nas było zaprzysiężonych, bo myśmy jeszcze z tą naszą instruktorką, ona się nazywała Janka Szwedek, kiedyś nosze wzięłyśmy, jechałyśmy kolejką do lasu, żebyśmy zobaczyły, jak wygląda noszenie noszy. To się nam przydało, bo jak mój pluton był na ulicy Mickiewicza w „Zniczu”, tak jak jest „Szklana Spółdzielnia” na Mickiewicza, to z tej strony był „Znicz”, oni stacjonowali. Myśmy musiały nosić przez górę do szpitala tych rannych chłopaków, już pamiętam, że całą piwnicę miałam, pełne ręce, bo wszyscy już leżeli, ten rękę miał, ten umierał. Pierwszy raz byłam świadkiem [śmierci], później go prześcieradłem nakrywałam, jak już umarł, w pozycji takiej. Chłopak leżał, któremu granat się pod brodą rozwalił, karmiło go się z tej strony i z tej strony, Janusz Popławski, pamiętam, nigdy nie wiedziałam, czy on przeżył, bo on jakoś nie wrócił, może go do szpitala gdzieś wysłali Niemcy, nie mam pojęcia. Później myśmy dostawały kwatery, najpierw miałyśmy na Krasińskiego 18 kwaterę, gdzie pięć nas było, a później powiedzieli, że dom się pali, żebym wyszła. Jak ta ulica się nazywała, gdzie szpital był, gdzie myśmy chodzili... W każdym razie nosiłyśmy wodę, niektórzy byli w strasznym stanie, woda to dla nich była, że można było umyć; warunki to była zwyczajna piwnica, jak było łóżko, to dobrze, jak nie, to na ziemi leżał na sienniku, to były straszne warunki.

  • Jak pani pamięta odbiór waszych działań wśród ludności cywilnej?

Tam, gdzie był szpital na Krechowieckiej, to było podwórko, była studnia, bo wody nie było w domach. Myśmy tam chodzili, a że miałam opaskę biało-czerwoną i sanitariat, to mnie dopuścili do wody, że mogłam kubeł przynieść. Zresztą jeden kolega, który miał tylko jedną rękę ranną, a drugą normalnie mógł się posługiwać, to jeszcze mówi: „Wiesz co, dwa kubły przyniesiemy”, bo oni chcieli pić, trzeba ich było jakoś umyć, żeby jak ludzie wyglądali.
W „Zniczu” jak oni stali, jak myśmy tam doszły, bo Niemcy szli od strony Wisły i tymi ekrazytówkami tak walili w nas. Przecież jak człowiek idzie z tymi noszami, to widać go, a później, jak niesie rannego, już myśleliśmy, że buch, na ziemię kładłyśmy się plackiem, to jego puściłyśmy na tą ziemię, trudno, odbije plecy czy płuca, ale będzie żył. Oni nas mordowali tymi ekrazytówkami, stali, właśnie walili od strony Wisły w nas, a myśmy z góry schodziły. Szczęście, że jakoś człowieka nie trafili. Mnie tylko raz trafili w głowę.

  • To przy jakiej okazji się stało?

Też jak niosłam rannego, ale później mnie przyklepali, bo człowiek nie robił sobie jakiejś… W pewnym momencie pamiętam, że moi chłopcy przyszli i powiedzieli: „Słuchaj, u ciebie dom się pali, matka i ojciec zginęli, trudno, musisz jakąś kwaterę sobie wybrać”, bo to jakaś kwatera w piwnicy. Na Słowackiego 25 mieszkali teściowie mojego brata, bo on się przed samym Powstaniem ożenił, on w ogóle był zawodowym oficerem, kapitanem, a później, już po latach okupacji, zweryfikowali go, był pułkownikiem.

  • Brał udział w Powstaniu?

Nie brał, nikt nie brał, tylko ja z mojej rodziny.

  • Wiadomość o śmierci rodziców potwierdziła się?

Nie. Ojciec już nie wrócił, jakoś nie mogliśmy go znaleźć, bo już weszli Niemcy. Mama wykopała sobie dół, zasypywała się piaskiem, że wyglądała jak nieboszczyk. Jak wracałam z dyżuru, przychodzę, nie poznałam swojej matki, bo ona miała włosy w piachu. Boże, jak zobaczyłam, pomyślałam, że już Powstanie czy nie-Powstanie, muszę z mamą być, bo dom się spalił, ojca nie ma, matka taka, strasznie.
To jeszcze nie był koniec Powstania, dopiero jak ogłosili kapitulację, latanie tymi rowami, przecież na całej Słowackiego były rowy, myśmy nie chodzili. Pamiętam, byłam tak głodna, z naszego plutonu dwóch było, co jakoś zdobyli karetkę pogotowia, zawsze jakoś tych dwóch braci takich było obrotnych, oni chleb zawsze mieli. Jak zobaczyli mnie, to rzucali ćwiartkę chleba, żebym mogła coś zjeść, bo tylko byłam na jabłkach, a jabłka jeszcze lipiec, sierpień to nie do jedzenia były, ale coś trzeba było zjeść, nic nie było. Na tą kwaterę… Później [zostałam] przy mamie, powiedziałam sobie, że żadnej kwatery nie chcę, zostaję z mamą, ale biegałam do tego szpitala normalnie, jeszcze było Powstanie. Dopiero, jak kapitulację podpisali, wszystkim powiedzieli, żeby być na swoich miejscach, kilku u mnie umarło tych chłopaków, bo matki nie wiedziały co [dawać do jedzenia], to robiły takie [nieodpowiednie posiłki]. Na przykład on żołądek miał poharatany, a ona mu przyniosła pyzy, on umarł po tym. To było niedaleko, jednego zawiadomiłam, to ta żona przyszła, ale już jak on nie żył, ona przyszła, ona go pochowa sama czy jak, były straszne sytuacje.

  • Była pani na Żoliborzu przez całe Powstanie?

Całe Powstanie byłam na Żoliborzu.

  • Jakieś wiadomości o tym, co dzieje się w innych dzielnicach, w Śródmieściu, na Starym Mieście docierały do państwa?

Nigdy nie mogłam dojść do Starego Miasta, bo nie było możliwości przejścia z Żoliborza do miasta.

  • Chciała pani?

Chciałam, jak tam było moje miejsce postoju, z którym cały czas byłam od samego wejścia, to chciałam być z nimi, nie z „Żywicielem”, ale byłam z „Żywicielem”. Ostatecznie sobie pomyślałam, co za różnica, jestem, bo jestem, pomagam, noszę tych chłopaków, zawsze się opiekuję. Chyba trzy czwarte miesiąca to ciągle latałam, tylko odpoczęłam, zjadłam. Teść mojego brata, pierwszy raz widziałam, brał wodę i mąkę, robił takie niby kluski czy co, wody się dolało trochę, to była zupa z kluskami. Zjadłam, przecież w ogóle nic, skąd miałam, myśmy nie mieli pieniędzy, żywności, nam nie dawali żywności, trzeba było żyć. Jak ogłosili kapitulację, wtedy już był spokój, bo powiedzieli tak: „Powstańcy mają stanąć na Słowackiego, po jednej stronie Powstańcy, po drugiej ludność cywilna”. Miałam straszne [rozterki], nie wiedziałam, co mam robić, mnie wołają, żebym przyszła do Powstańców, a tu widzę, moja matka jakiś tobół niesie. Jak poszłam do Powstania, oni nie wiedzieli, kto z nas przeżyje, to zdecydowali się, że ubrania zostaną część na Potockiej, część pójdą na Słowackiego 25, może to się uratuje czy to się uratuje, to będzie zawsze można coś [zabrać]. Zostałam w tym, w czym stałam, nic więcej, nawet fotografii ojca nie miałam, bo spaliło się doszczętnie wszystko, nic nie zostało.

  • Jaka była pani decyzja? Po której stronie Słowackiego pani stanęła?

Po stronie ludności cywilnej. Poszłam z matką, ona mnie jeszcze włożyła jakąś walizkę, powiedziałam: „Mama, ja już [nie dam rady]”. Nas zaczęli gnać na Pruszków, tam doszliśmy, jeszcze widziałam, że Powstańcy chcieli koło nas usiąść, mówię: „Panowie, już taka jestem wykończona, nie wiem, możecie usiąść, może was jakoś Niemcy przepuszczą” – bo każdy się chciał ratować, jak tylko mógł. [Nie] wiem, czy dobrze zrobiłam, czy źle, ale po prostu to była moja matka, widziałam, że jest, jak ją można zostawić, iść z tymi [Powstańcami]. Dobrze, będę miała w tym obozie wikt, opierunek. Oni tam przeszli też nienadzwyczajne, bo jeden węgiel musiał do wagonów wrzucać, drugi rozładowywał, takie różne, jeden przy cukrze był, też oni nie byli tak rozpieszczani, broń Boże, mimo że byli jeńcy wojenni. Ale jak przyszli, już przejechałam do Częstochowy, bo myśmy nie wiedzieli, gdzie mamy się podziać, gdzie mamy iść?

  • Byliście państwo najpierw w Pruszkowie?

Nie doszliśmy do Pruszkowa, [szliśmy] na Powązki, byliśmy w takiej hali przy torach kolejowych, jakaś hala była, oni nas tam ładowali. Później na drugi dzień kazali iść, przechodziliśmy przez Włochy, taki tunel, Niemcy nas konwojowali z karabinami, mimo że to ludność cywilna. Nie wiem, gdzie oni nas prowadzili, bo myśmy uciekli stamtąd. Moja mama niesie tobół, powiedziałam: „Mama, trudno, zostawiam”. Na ulicy zostawiłam tę walizkę, nie miałam siły, w ogóle byłam głodna. Ludzie uciekają w lewą stronę, Niemcy zaczynają za nimi strzelać, zrobiło się takie zamieszanie, patrzymy, domki jednorodzinne są gdzieś, mama mówi: „Chodź, uciekamy do tych domków”. Ta kobieta nas przyjęła, to we Włochach było. Poczęstowała nas pomidorami i kartoflami, byłyśmy szczęśliwe, bo nie jadłam dwa miesiące kartofli w ogóle, pozwolono nam się umyć, uczesać. Jeszcze Niemcy chodzili wieczorem, ona nas do piwnicy jakiejś wciągnęła, mówi: „Postaram się zakryć, żeby nikogo oni nie znaleźli”. Rano coś nam coś dała do zjedzenia, poszłyśmy do kolejki, żeby do Brwinowa dojechać, bo tam była mamy koleżanka, mój ojciec chrzestny też miał mieszkanie. Jak myśmy już doszły i dojechałyśmy do Brwinowa, to jak się położyłam, to tydzień czasu leżałam na tapczanie czy na otomanie (kiedyś były otomany, zdaje się, teraz są tapczany). Mama wyniosła dziesięciozłotówki srebrne, dawali jej na targu albo u jubilera dwadzieścia złotych, bo to srebro. W ten sposób miałyśmy trochę pieniędzy, poszła, kupiła kotlety wieprzowe, usmażyła, z kartoflami zjadłam. Co teraz robić, przecież u nich nie możemy zostać, bo słyszymy, że już ci przeszli przez Brwinów, pojechali. Ona pokazuje nam kartę od brata, bośmy nie wiedzieli, co się z moimi braćmi dzieje.

  • Jakieś wiadomości na temat taty były?

Nikt nie wiedział nic, co z ojcem. Myśmy dowiedzieli się dopiero w maju, jak już Sowieci nas wyswobodzili, przyjechaliśmy do Warszawy zobaczyć jeszcze. Jak byliśmy w Brwinowie, dostaliśmy wiadomość, że jeden mój brat jest jako nauczyciel w szkole u braci szkolnych, to zakon francuski, miał szkołę, on z obozu z Wrocławia szedł w stronę Polski, to się zatrzymał i zapytał się, czy może, że on jest uciekinier z obozu. Oni go przyjęli, jako nauczyciel tam był, napisał kartę. Dla nas to się otworzył świat, że już on żyje, to ten młodszy brat. Mówimy: „To my tutaj długo nie będziemy, bo na pewno może następni przyjdą”, oni mieli mimo wszystko dwie córki, ale jedna była chora ciężko na padaczkę, a druga na cukrzycę, to wtedy były nieuleczalne choroby. Pojechałyśmy do Częstochowy, to była taka tułaczka. Dobrze – klasztor męski – poczęstował nas herbatą, nie pamiętam, śniadaniem. Co robić, przecież tam zostać nie możemy, księża nam nic nie mogą pomóc, zastanawiałyśmy się, co zrobić. Powiedziałam: „Mama, pamiętam, że z wycieczką ze szkoły jechałam na Jasną Górę, to myśmy [nocowali] w takich domach noclegowych, tu są widocznie domy noclegowe”. [Szłyśmy] od bramy do bramy, zobaczyłyśmy, że możemy przenocować w takim domu noclegowym. Trzeba było zapłacić, na słomie na podłodze można trochę się przespać, mnie z matką było przyjemniej, wiem, że po mnie chodzili, kroki dawali, bo chcieli, nie wiem, jacy ludzie przychodzili. Rano mówię: „Musimy jakieś mieszkanie czy jakiś pokój chociaż wynająć”, gdzie będziemy, tutaj nie można, w tym noclegowym domu jest okropnie, nad zlewem się umyje, oczy [można] umyć, a co zrobić dalej. Dosłownie aż do Jasnej Góry doszłam, chodziłam od domu do domu, czy nie mają jakiegoś [wolnego miejsca], tych warszawiaków do cholery już przyjechało, to już była zajęta Częstochowa. Co zrobić? Częstochowy dobrze nie znałam, pamiętam, że parami szliśmy na Jasną Górę, poszło się na mszę, człowiek normalnie uczestniczył, wychodził, szedł na stację, wyjeżdżał do Warszawy. To była moja znajomość Częstochowy, nie znałam Częstochowy, Najświętszą Marię Pannę. Nareszcie takie podwórko było w środku, takie mieszkanka były, się pytam, czy ona by nam nie wynajęła, nareszcie ona mówi, że łóżko w pokoju może nam załatwić, ale jedno tylko, że musimy na tym łóżku dwie spać, to łóżko się w nocy zamykało, myśmy na ziemi lądowały. Przy takiej nędzy jak myśmy miały, co mama uratowała, to musiała gdzieś iść na targ, żeby to sprzedać, żeby było co zjeść, na takim piecyku, ona miała tylko taki piecyk, bo wodę święconą sprzedawała pod Jasną Górą, ale jedna przyzwoita. Mnie stamtąd Niemcy wzięli do obozu. Mama poszła na mszę w niedzielę, mówi: „Ty zostań, bo masz kenkartę, to nie wiadomo”, bo to pisze Warschau, Warschau to było od razu – bandyta. Niemcy zaczęli chodzić po wszystkich podwórkach, wchodzili do tego [domu], żebym pokazała [dokumenty], pokazuję, to oni od razu mnie do komisariatu, że bandytę znaleźli.

  • Gdzie pani się znalazła, w jakim obozie?

Obóz taki był do kopania rowów. W komisariacie siedzieliśmy, napisałam kartkę do brata, gdzie on był u księży, żeby powiedzieć, że jestem w komisariacie. Oni znaleźli pieniądze, bo ci policjanci za pieniądze to oddawali kenkartę, mogłam wyjść, a tak to mnie, byłam brunetka, to mnie powiedzieli, że jestem Żydówka, znowuż by mnie na macę zrobili. Już za późno przylecieli księża z tymi pieniędzmi, żeby dać temu policjantowi, żeby mnie wyzwolili z tego. Pojechałam. W tym wagonie poznałam, taki ojciec był, miał dwóch synów, a jeden to był przygarnięty, oni byli z Poznańskiego. Jeszcze koleżankę znalazłam z gimnazjum, żeśmy były razem, z tą Anią siedzimy razem, zaczęliśmy rozmawiać, bo to gdzieś oni nas wywieźli pod Częstochowę, przeciwlotnicze rowy kopali. Miałam to, co miałam w Powstaniu, ona mówi: „Mama mnie [dała] futra karakułowe”. Tak stoimy, później nas przydzielają, bo to były takie obozy, gdzie dach to była słoma, wszyscy leżeli w ten sposób, tak w gwiazdę. Część szła tu, część szła do takiej chaty, bo to gdzieś w lesie.

  • To był kobiecy obóz?

Nie, mieszany, mężczyźni i kobiety były. Oni nam zabrali zaraz wszystkie kenkarty, widocznie policja im oddała. Ci poznaniacy to byli bardzo inteligentni, mieli majątki gdzieś koło Poznania, ojciec [poznany w wagonie] mówi: „Słuchajcie, trzeba z tym naczelnikiem jakoś dojść do porozumienia”, on perfekt mówił po niemiecku. Ten Niemiec mnie proponował, żebym została gospodynią przy tych kartoflach czy coś, człowiek nie wiedział, co ma zrobić, z tą koleżanką najpierw jedną noc spałyśmy właśnie w takim kole.
  • Który to był miesiąc?

Jak uciekaliśmy z tego obozu, to paliły się wszystkie światła na cmentarzach, to był 1 listopada. Myśmy doszli do Piotrkowa, oni załatwili z tymi policjantami czy z Niemcami, nie wiem, w każdym razie zapłacili im pieniądze, powiedział: „Dziewczyny, każda idzie pod rękę z tym, udawajcie zakochanych, żeby przejść przez tą wartę niemiecką”. Jak przeszliśmy później, mówimy: „Dobrze, a gdzie noc spędzimy teraz wszyscy”. Byli ci „Jędrusie”, a jak nie, to można było w niemieckie łapy wlecieć, nie wiadomo, która chałupa trzyma czy jest z Niemcami, czy z Polakami. Później już było tak późno, że człowiek nie wytrzymywał, ciągle szliśmy z tego obozu. Pierwszy raz w życiu widziałam, szłam tak późno, widziałam, jak te dymy nad cmentarzami się snują, myślę sobie, Boże jedyny, ale ciągle wierzyłam, że ojciec żyje. Nareszcie po tym przespaniu się u tych na wsi, wyszliśmy rano, doszliśmy na stację, kupiliśmy bilety.

  • Pamięta pani miejscowość?

Piotrków. Trzeba było przyjechać do Częstochowy. Na jednej stacji za Piotrkowem mówią, że łapanka jest w Częstochowie na stacji. Znowuż musimy się zastanowić, co mamy zrobić, czy mamy jechać do samej Częstochowy, czy wysiąść, wziąć dorożkę, wtedy były dorożki, nie było tak samochodów, nic nie było, dojechać jakoś. Zdecydowaliśmy się na dorożkę, mówimy sobie, przeszliśmy tyle, jeszcze tym łobuzom zapłaciło się, nagle ma się ta wolność [skończyć] – znowuż nas złapią – więc dorożką. Jak mama zobaczyła mnie, powiedziała: „Już księża do nas przychodzili, nie zdążyli”. − „Widzisz, jakoś szczęśliwie doszłam do ciebie”. Jakoś przesiedziałyśmy.
Było wyzwolenie, pierwszy pociąg, który szedł z Częstochowy do Warszawy, to nie dochodził do samej Warszawy. Jechaliśmy, ale wagony nie miały dachów. Boże, jaki to był mróz straszny, myśmy po prostu biegali po tych wagonach, to były po prostu takie towarowe dla świń czy dla innych [zwierząt], tylko były obudowane wagony, dachu nie było, zimno, myśleliśmy, że tam zdrętwiejemy. Dojechaliśmy do Brwinowa, mówimy: „Trudno – z bratem jechałam tylko, mama została, bośmy sobie zdawali sprawę, ile musimy przejść – chociaż tam się zatrzymamy”. Żeśmy się zatrzymali, umyliśmy się, rano z Brwinowa [szliśmy]. Już pociąg nie chodził do Warszawy, tylko na stacjach się z bratem zatrzymywaliśmy. Byłam tak strasznie zmęczona, jak doszliśmy już do Ogrodu Saskiego. Bo ciotka moja mieszkała na Pradze, mówimy, żeby tam się chociaż przespać, to [potem] na Żoliborz przejdziemy jakoś. Myśmy przejechali… Myślę sobie: „Boże, żeby pan Bóg dał, żeby on [brat] nogę skręcił” – bo konary leżały na tym Ogrodzie Saskim, to można było [łatwo się przewrócić]. I on skręcił nogę, więc sobie powiedziałam: „Matko Boska, wysłuchali mnie, on mnie nie potrzebuje tak ganiać” – z Brwinowa przylecieć do Warszawy na piechotę, tylko na stacji: „Pamiętaj, dziesięć minut, musisz już iść” – ciągle mnie tak poganiał. Myślałam, że ducha wyzionę przy nim, ale dzięki temu dojechaliśmy. Jeszcze [trzeba było przeprawić się] przez Wisłę. Jak się [przedostać] przez Wisłę? Jeszcze nie ma mostów. Patrzyłam, a tam podjeżdżali… Podwody, nie wiem, jak to się nazywa, konie… Można było usiąść na tych deskach, oni przewieźli na łódce na drugi brzeg.

  • Jakie wrażenie zrobiła na pani Warszawa po wejściu?

Straszne. To tylko były jedne ruiny, nie było nawet gdzie nogi [postawić]. Podziwiałam, jak ludzie [przechodzili]. Mnie do głowy nie przyszło, mimo że straciłam mieszkanie, wszystko, że mogę iść, gdzie zostały na Żoliborzu na przykład całe osiedla spółdzielcze, że tam można zająć mieszkanie. Mówię: „Jak to, do obcego przyjdę i zajmę mu mieszkanie?”. Mnie do głowy nie przyszło, a ludzie tak robili. Oni na siłę się wprowadzali do mieszkania jakichś obcych ludzi, którzy jeszcze nie przyszli, oni już byli, zajęli mieszkanie, później były straszne kłopoty z tym. Myśmy poszli do ciotki na Pragę na Strzelecką, jeszcze [trzeba było] dolecieć z Brwinowa – myślałam, że ducha wyzionę, zanim tam doszłam. Przespaliśmy się na ziemi z bratem, ciotka miała małe mieszkanko, rano wyszliśmy, mówimy: „Sobie nie wyobrażam, żeby wrócić znowu tą podwodą, jechać przez ten, później lecieć na Żoliborz”. Na Potockiej 13 mieszkałam, myślę sobie, że może ojciec będzie coś pisał. Myśmy ciągle myśleli, że ojciec [żyje]. Myśmy przez Wisłę przeszli z bratem, było już tak troszeczkę przy brzegu, bo to była bardzo ostra zima, Wisła była skuta lodem, mówię: „Chodź, zmówimy pacierz, lecimy, w imię Ojca i Syna, jak dojdziemy, to dojdziemy, jak zginiemy, to zginiemy, trudno”. Myśmy przelecieli przez Wisłę.
Idziemy, to już następny dzień, dochodzimy od Wisły do Potockiej, patrzymy, śnieg, cholera, jest taki, bo to był styczeń. Patrzymy, w jednym miejscu w suterynie światełko jest, dozorczyni uratowała się w swoim mieszkanku, tam pokój. Ona mówi: „Państwo przyszliście, nikt jeszcze nie był nigdzie”. Ona nam pożyczyła łopatę, myśmy mieli schowane, jak już zaczynało się Powstanie, bracia wykopali, serwisy w srebrze okute, to wszystko było, ale dużo rzeczy nam zginęło, tam chowali też poległych, którzy zginęli, to wyrzucili to w diabły, po prostu pochowali człowieka. W rezultacie myśmy dobrnęli na tą naszą Potocką 13, patrzymy, schody stoją, myślimy, może suteryna została, ale wybrzuszenia są, tylko zostały cegły, zleciały cegły, bo to było pierwsze piętro, piętrowa willa, nic nie zostało. Chyba kawałek jakiegoś [muru] czy to były drzwi wejściowe, w każdym razie na drzewie myśmy napisali: „Tatusiu jesteśmy w Częstochowie, żyjemy, odezwij się”. Wzięłam jeszcze taki papier, napisałam, że może to się zmyje, to może to zostanie, bo to był bardzo siarczysty mróz. Zostaliśmy, idziemy do niej, pytamy się: „Czy pani nie ma sanek, bo musimy to wywieźć, to wszystko, co my mamy, my nic nie mamy, tylko to, co na sobie, nic więcej”. Ona pożyczyła nam sanki. Mówię: „Jurek, czy my przejdziemy przez Wisłę z tym ciężarem?”. − „Jak w jedną stronę przeszliśmy, to w drugą przejdziemy, pomyśl sobie o ojcu czy o matce, lecimy”. Przelecieliśmy tą Wisłę znowuż w tamtą stronę, u ciotki zostawiliśmy te wszystkie [rzeczy]. Później dzięki temu mama to sprzedała, zrobiło się tak bardziej normalnie za rok chyba.
Brat najstarszy, jak skończył politechnikę, to praktykował u Gieschego, była wielka fabryka Gieschego, Niemców, myśmy nie wiedzieli, co my mamy teraz ze sobą zrobić. W Warszawie nic nie ma, nie mamy się gdzie udać, gdzieś trzeba żyć, na wsi chyba nie, trzeba iść do pracy, trzeba jeść, co robić. On mówi: „Wiecie, my pojedziemy, to może nam przydzielą mieszkania w Katowicach, bo tam byłem”, w Katowicach chyba miesiąc byli, później stamtąd pojechali do Niemiec na wycieczkę, on był w Katowicach oblatany, my nie. Mówi: „Tutaj się tworzy jakieś biuro polskie”, przydzielili mu, a że on się interesował, to była ulica Świętego Jana, był sklep, nad tym na pierwszym piętrze była pracownia, oni kreślili, widocznie ci Niemcy mieszkali, którzy sprzedawali techniczne rzeczy, na tym się nie znam zupełnie, ale brat tak. Na drugim piętrze była kuchnia, stołowy pokój, na trzecim piętrze był gabinet, na czwartym dla dziecka, lalki, to wszystko było. Dostał ten przydział, dwa tygodnie tam byliśmy, myślę sobie, taka ładna lalka, wezmę, to jakiemuś dzieciakowi, brat cioteczny miał takie małe dzieci, to jemu dam. Nagle przychodzą jacyś panowie, mówią, że oni mają załatwione z wydziału szkół, że dostają ten przydział, a my możemy sobie wybrać, jakie chcemy mieszkanie, to oni nam postarają się załatwić przydziały. Okazuje się, że to byli szabrownicy, którzy wyrzucili nas z tego mieszkania, myśmy powiedziały: „Już nie bierzmy jakichś, jak Sowieci się po rynnach wdrapują na takie piętro, to, mama, na czwartym piętrze bierzemy, przecież to jest niemożliwe”. Z matką wzięłam dwa pokoje z kuchnią na czwartym piętrze, jak kiedyś okno otworzyłam, patrzę – morda Sowieta siedzi, on po rynnie się wdrapał. Nie wiem, on [kto?] miał takie torsje, wątroba, wszystko, krew leciała, czterdzieści sześć lat, jak umarł.

  • Jest taki szczególny dzień albo wydarzenie, które zapisało się w pani pamięci?

Mieszkałam drugi dom od Mickiewicza na Potockiej, po drugiej stronie teraz jest zabudowane wszystko, a przedtem były podmokłe tereny, tam w czasie okupacji samoloty alianckie robiły zrzuty. Ten zrzucił to, a gdzieś dalej następny część do tego. [Potem] to leżało, bo to do niczego się nie nadawało. Oni mieli też trudności, jak lecieli z Anglii, nie wiem, czy oni z Anglii lecieli. Mój teść był w Dywizjonie 303 całą okupację, wywieziony z PZL-em, oni wszyscy pojechali przez Francję do Anglii, dopiero wrócił dziesięć lat po wojnie do Polski.

  • To robiło na pani wrażenie?

Bardzo duże, jak zrzuty były. Myślałam, że oni nam coś takiego konkretnego [zrzucą], a to wszystko była część jakiejś rzeczy, której nie można było sklecić, bo gdzieś może dalej. Przecież Praga była zupełnie niepowstańcza, miałam kolegów, którzy właśnie na Pradze mieli swój punkt rozpoczęcia Powstania Warszawskiego, gdzie musieli na Pragę iść, wszystkich ich od razu do obozu wywieźli. Tak nam się nie udało Powstanie. Może to była ambicja jakichś ludzi, nie mam pojęcia, dlaczego to Powstanie, wiedząc, że to jest wszystko niemożliwość, myśleli, że może Niemcy, że Sowieci wejdą tutaj.

  • Liczyli na to.

Liczyli.
[…]

  • Czy była pani represjonowana?

Nie. Miałam takiego… Jak już wróciłam, jak wyszłam za mąż, jak zaczęliśmy odbudowywać, brat parter, a ja pierwsze piętro, to żeby gdzieś jeździć, wychodzić, to myśmy tylko [wybierali] posady, żeby zarabiać, żeby murarzowi dać, na raty mogliśmy. W przedsiębiorstwie budowlanym pracowałam, gdzie rozłożyli mnie całość na doprowadzenie gazu, wody na pierwsze piętro, to mnie rozłożyli na ileś lat, co miesiąc płaciłam. Wszyscy wyjeżdżali, normalnie się cieszyli życiem, a ja jak idiotka ciągle z mężem. Mój mąż na politechnice pracował, był dyrektorem administracyjnym, to wszystko mu podlegało. Rektor zawsze raczej był od nauki, a administracja, kwestura wszystko do niego należało. On pracował tu, jeszcze chodził do szkoły, prowadził sekretariat szkoły, żeby mieć dwie pensje, żebyśmy mogli jakoś odbudować to, jeden pokój. Jak mój syn się urodził, myślę sobie, Boże, żeby deszcz nie padał, bo on w wózku był, nie było jeszcze sufitu, przecież zmoknie, miałam ciężkie życie, nie miałam takich, mimo że na dobrym stanowisku mąż pracował, ja jakoś dobrze, ale życie się nie układało tak fiołkowo. Ludzie potrafili tu wyjeżdżać, tam wyjeżdżać, a my nie, ciągle tylko trzeba było w te cegły, w to wszystko wkładać.

  • Mąż brał udział w Powstaniu?

Nie. Oni mieszkali na Pradze z mamą, ojca już nie było, tylko siostra, on i mama. Jego wywieźli z Pragi do obozu, on był po stronie niemieckiej, rozładowywał wagony z węglem. Później mój teść szukał syna, znalazł ten obóz, pojechał, a syn tydzień wcześniej pojechał do Polski, się nie spotkali. Później teść mój wrócił do Polski po dziesięciu latach tam siedzenia.

  • Kiedy dotarła do pani wiadomość o ojcu?

W maju po wyzwoleniu, w 1945 roku. Idąc na Potocką (przyjechałam pociągiem), szłam ulicą Mickiewicza w stronę Potockiej, spotykam sąsiadkę, która po drugiej stronie Potockiej jeszcze wtedy miała gospodarstwo, sklep: „Czy pani wie, że pani ojciec leży na Bohomolca?”. Wiedziałam, że ojciec tu z mamą byli, ale myślałam, że był w obozie, ciągle dawaliśmy ogłoszenia: „Tatusiu, jesteśmy tu i tu, nie jesteśmy na Potockiej, bo się spaliło” – ciągle mieliśmy nadzieję, że ojciec przeczyta. Ona mówi, jest legitymacja z „Kuriera”, 15 września musiał zginąć, to: wrzesień, październik, listopad, grudzień, styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj tyle miesięcy leżał na ziemi. Tych ściągnęli, tamtych ściągnęli, a on widocznie w krzakach gdzieś leżał. Część, jak się szło do Wisły, Bohomolca, to były małe wille, jeszcze po jednej stronie nie było zabudowane, gdzie on leżał, to nie wiem, ale ona mówi: „Niech pani nie idzie, tylko niech pani wraca, przyjadą”. Okazało się, że oni musieli zbić z desek skrzyneczkę i to co z ojca zostało, to się trzymało, bo ojciec z mamą wyleciał z tego domu w pelisie (kiedyś przed wojną to były palta, w środku było futro), to jeszcze jego trzymało, miał podobno w ręku dla mnie [pelerynę], takie były peleryny przeciwdeszczowe. Ojciec już kupił sobie ziemię na Powązkach, ale jak się wszystko spaliło, nawet jednej fotografii nie miałam, nie wiedziałam, gdzie to jest, zarząd cmentarny też się spalił cały, nie było gdzie dowiedzieć się, gdzie ten grób jest. Odszukaliśmy rodzinę ojca, zapytaliśmy, czy by nie pozwolili ojca tam pogrzebać, oni pozwolili. Dopiero, jak mama umarła, na trójkę się dzieliliśmy kosztami, kupiliśmy ziemię, mamie grobowiec zrobiliśmy, ojca symbolicznie umieściliśmy na tablicy, wzięłam troszeczkę ziemi stamtąd, nasypałam, inaczej nie było możliwości. To są takie niestety dzieje. Ciągle [kłopoty]. Jak policja do mnie dzwoni na przykład, że śnieg nie jest [uprzątnięty], ciągle się przyczepiali do prywatnych – a to nie odgarnięte są liście, to śnieg zalega. Jak już brat też mieszkał z żoną, z dzieckiem, ja na pierwszym piętrze, milicjant dzwoni, myślę sobie, co on chce od nas, on mówi: „Karę pani napiszę, mandat daję, prywatny właściciel”. Poszłam z tymi dozorcami, mnie dali 350 złotych kary za niesprzątnięcie śniegu z jezdni, a przecież przy państwowych to nogi można było sobie połamać.




Warszawa, 18 lipca 2011 roku
Rozmowę prowadziła Ewa Strumiłło
Krystyna Starzyńska Pseudonim: „Hańcza” Stopień: sanitariuszka Formacja: Obwód II „Żywiciel” Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także

Nasz newsletter