Jadwiga Janowska „Elżbieta”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Jadwiga Janowska, urodzona 30 stycznia 1928 roku w Warszawie. Pseudonim w czasie Powstania „Elżbieta”.

  • Czy może nam pani opowiedzieć o tym, czym zajmowała się pani rodzina przed wybuchem wojny?

Ojciec mój pracował w elektrowni, był majstrem mularskim. Myśmy chodziły do prywatnej szkoły, do Roszkowskiej-Popielewskiej na Bagatelę 15. Trzy siostry byłyśmy.

  • Pani siostry były młodsze czy starsze?

Starsze, ja byłam najmłodsza. Tam moja najstarsza siostra Celina Wojciechowska została aresztowana, bo zdawała wtedy maturę, znalazła się na Pawiaku.

  • Ale to już było w czasie okupacji?

Tak, w czasie okupacji. Przed samym Powstaniem.

  • Czy mogłaby pani powiedzieć, czym zajmowała się rodzina przed wybuchem wojny?

Przed wybuchem wojny ojciec pracował właśnie w elektrowni, matka wychowywała nas, nie pracowała.

  • Czy może nam pani powiedzieć coś więcej o szkole? Jaki wpływ na pani wychowanie wywarła szkoła?

To była szkoła elitarna, dobra szkoła. Przychodziły koleżanki takie, powiedzmy, jak Zosia Podwińska, jej ojciec był posłem. Zagórskie, tego generała Zagórskiego bratanice tam chodziły. Mówię o takich znanych nazwiskach. Później kto tam jeszcze był? Majewscy, to była rodzina Majewskich, tych „ołówkowych”. Potem kto jeszcze z takich… To już trudno zapamiętać.

  • Czy nawiązała pani w czasie nauki w tej szkole jakieś szczególne przyjaźnie?

Tak, Krysia Zagórska była też. To wszystko były rodziny… Każde imieniny, urodziny, to się odbywały zawsze u koleżanek. Zagórska miała siostrę.

  • Gdzie pani mieszkała?

Mieszkałam przed wojną na ulicy Zakrzewskiej 6. To zostało spalone, bomba spaliła nam to mieszkanie.

  • Jaki wpływ na pani wychowanie miała rodzina?

Rodzina była katolicka. Ponieważ ojciec mój pracował w budownictwie, to często latem dużo jeździł, robił plany, pracował z inspekcją budowlaną. Ojca przyjacielem był Kalbarczyk, to był inżynier z budownictwa. Też znane nazwisko, bo był mistrzem łyżwiarskim przed wojną. Mieszkali na Sadybie, tak że myśmy się przyjaźnili. On też miał trzy córki, więc taka była rodzinna przyjaźń. Później z tej szkoły bardzo dużo przyjemnych [rzeczy] pamiętam… Tylko to była bardzo rygorystyczna szkoła, tak że miałyśmy tarcze, [to znaczy] nie ja, przepraszam, bo ja jeszcze do szkoły powszechnej chodziłam, ale siostra miała. 126 numer tarczy, no i znaczek taki był. Trzeba było w tym chodzić, nie wolno było być rozpiętym, nie wolno było, żeby bez beretu być. Tak że była bardzo rygorystyczna szkoła, nie była taka pobłażliwa.

  • Jak zapamiętała pani wakacje w 1939 roku?

Szkoła nasza miała willę czy to domek naszej przełożonej Roszkowskiej w Zalesiu Górnym i tam dziewczynki w czasie przerw szkolnych wyjeżdżały i miałyśmy kaplicę. Spędzałyśmy tam dwa tygodnie, jak były te małe wakacje. A jak duże wakacje, to jak kogoś stać było wyjechać… dziewczynki to wyjeżdżały sobie do Zakopanego. Moja rodzina nie była taka bardzo zamożna, raczej średniozamożna.

  • A jak spędziła pani ostatnie wakacje przed wybuchem wojny?

Ostatnie wakacje? Przeważnie jeździliśmy do Góraszki. Ojciec, jak pracował, szczególnie latem (właśnie u niego zawód taki był, że często latem pracował), to myśmy wyjeżdżali rodziną na wieś Góraszka. To było nie tak daleko Warszawy. Dzisiaj to wydaje się bardzo blisko, ale kiedyś było dość daleko.

  • Czy w pani rodzinie, czy w pani domu rozmawiano o wybuchu wojny jeszcze w sierpniu?

Nie, w ogóle rodzice nigdy nie rozmawiali o polityce.

  • A jak zapamiętała pani wybuch wojny?

Wybuch wojny to właśnie bombardowanie. Jak mieszkaliśmy na Zakrzewskiej, to nikt nie wiedział, że samoloty nadleciały i bombardują. Myśmy w ogóle wszyscy wyszli, oglądaliśmy, że samoloty przyleciały. I wtedy zaczęły bombardować i pierwsza bomba, która uderzyła, to właśnie w parku, bo na Chełmskiej był park, później bomba uderzyła w nasz dom. Ponieważ myśmy mieszkali na trzecim piętrze, więc od razu to mieszkanie zaczęło się palić. Ojciec mój wtedy pracował, a poza tym to było lato i prowadził na Łazienkowskiej kościół, bo tam miał być stadion i miało wojsko mieć msze. Tam mój ojciec prowadził ten kościół, całość [budowy] tego kościoła prowadził. Tak że często go nie było w domu i wtedy właśnie ojca nie było w domu, kiedy dom się spalił, to znaczy nasze piętro. Tak że my dosłownie (plecaczki miałyśmy) uciekałyśmy z tego domu i biegłyśmy do następnych domów, które były niewykończone. Zresztą kiedyś, przed wojną, to nie było tak, że na przykład dom wybudowali i już ludzie mogą mieszkać, tylko trzeba było odczekać, zaczym to wyschło. I te domy właśnie stały puste i żeśmy się znalazły w piwnicy. Wtedy jeszcze było nasze wojsko, to dali nam kaszy słonej, okropnej do jedzenia, dali wszystkim, co stracili ten dom. I matka moja w ostatniej chwili właśnie miała torbę i tę torbę zgubiła przy tym wszystkim bałaganie. Dopiero w tej piwnicy ktoś znalazł, że jest ktoś, kto znalazł torbę, ale wtedy jak zdjęcia tam były, to dopiero moja mama patrzy, że to są nasze zdjęcia. Ale do rana to już nie było ani wojskowego, wszyscy byli w cywilnych ubraniach i Niemcy wpadli do tej piwnicy z karabinami. Oczywiście – wszyscy Raus! Strzelali do mężczyzn, przeważnie do mężczyzn. Strzelali, jak ktoś się grzebał czy coś, ale wtedy właśnie to pamiętam taki czas. Popędzili nas nad rzekę, aż do Wilanowa. Ale w międzyczasie ciągle były wybuchy, bo to było wszystko podminowane. Ten teren, co myśmy szli, to co jakiś czas Niemcy zatrzymywali nas i były te wybuchy. Średnia siostra moja, Basia, zginęła nam, [to znaczy zagubiła się]. Bo jak był ten wybuch, to mamusia myślała, że ona po prostu wpadła w ten dół, że ją rozerwało. Myśmy się dopiero spotkali w Wilanowie u dyrektora szkoły… Messnera chyba.

  • Co działo się z pani rodziną w czasie okupacji?

W czasie okupacji to myśmy mieszkali już wtedy w Wilanowie. Okres po wojnie to siostra chodziła jeszcze do Roszkowskiej-Popielewskiej na komplety, bo to komplety wtedy były.

  • Pani też kontynuowała edukację?

Tak, ja chodziłam na plac Trzech Krzyży, do gimnazjum handlowego pod patronatem „Społem”. Ale na początku, kiedy szkołę powszechną skończyłam u Roszkowskiej-Popielewskiej, to pierwszą klasę gimnazjum… Wtedy już była okupacja, to była taka imitacja szkoły, że to jest krawiecka szkoła, że to krawiecka klasa. Bo nie wolno było [uczyć się w] gimnazjum. Tak że myśmy [uczyli się] jako [szkoła] krawiecka i moja mama bała się, że ja… Nie chciała, żebym była krawcową. Nie wiem, tak widocznie jej coś było, że ja już wtedy byłam taka dość samodzielna, w ogóle szybko się usamodzielniłam. Poszłam na plac Trzech Krzyży, sama zdawałam egzamin i zdałam do gimnazjum handlowego.

  • W którym to było roku?

Nie pamiętam…

  • Czy to było w czasie okupacji?

Tak, to już była okupacja. Bo jeździłam do tej szkoły… na Książęcej jechał tramwaj i skręcał zawsze w prawo do Nowego Światu. Ja jako dziewczynka właśnie taka, co chodziłam do tej szkoły, to tam był zakręt i wyskakiwałam z tego tramwaju zawsze, z tego końca. Wpadłam wtedy na Niemca i ten Niemiec złapał mnie za beret, chciał mnie uderzyć i wtedy uciekłam do kościoła, biegiem. Ale nic mi nie zrobił, tylko beret mi zrzucił. Tak mi trzepnął w głowę i do kościoła uciekłam. Zlękłam się po prostu. Tak że takie były [zdarzenia]… Co tam jeszcze w okupację było takim wydarzeniem?

  • Co było podstawowym źródłem utrzymania pani rodziny w czasie okupacji?

Ojciec mój w czasie lata prowadził budowy, plany robił, zatwierdzał. Bo to wszystko działo się w inspekcji budowlanej. Tam w dalszym ciągu pracowali wszyscy inżynierowie i tak dalej. Tak że ojciec tam [pracował] latem, a zimą cały czas w elektrowni. Tak że brał sobie dyżury nocne, gdzie w nocy pracował w elektrowni, a w dzień pracował na budowach.

  • Kiedy pierwszy raz zetknęła się pani z konspiracją?

Jeszcze nie było [ich] na Pradze, jak pamiętam, ojciec mój wtedy jeszcze żył i tak opowiadał właśnie… Ale co to było? Jako to było, że… Później był moim mężem, ale [wtedy to był jeszcze] mój chłopak, wywieźli go na roboty. On mieszkał w tym domu co ja, tylko że ja mieszkałam na pierwszym piętrze, a on na parterze. Jego rodzice mieli sklep. Jego wywieźli na roboty. Później, jak rodzice jego wykupili i on mnie wciągnął właśnie, bo on miał kolegów. On mnie wciągnął w akcję rozbierania broni, właśnie u tego kolegi, Romana Bańki. Tam był porucznik, jak pamiętam, Janusz Wiśniewski. To był nasz porucznik. On przychodził i on nam dawał wykłady. Na dwa dni to wiem, że gdzieś do Śródmieścia mnie zabrali … to ja tak uciekłam wtedy z domu na dwa dni i kurs pielęgniarski skończyłam, sanitariuszki. Dwie [były oprócz mnie], Danka i drugiej nie pamiętam, jej koleżanka.

  • Jak wyglądały zajęcia na tym kursie? Czego pani się uczyła?

No, bandaże, jak rana czy coś. Teraz ze szczegółami to już tak nie pamiętam, ale w każdym bądź razie to było takie… Higiena, nożyczki, trzeba było wszystko to [umieć]… Pokazały mniej więcej, jak ranę się opatruje…

  • Gdzie odbywały się te zajęcia?

W mieszkaniu, ale żebym w tej chwili… Jak teraz się spotykamy na Powązkach, to wiem, że jedna z tych sióstr żyje, ale jedna już nie żyje. Jedna Danka, to wiem, że żyje. Ale nazwiska też nie pamiętam. Zresztą wtedy nie było nazwisk, przeważnie pseudonimy były.

  • Czy pani rodzina wiedziała o zaangażowaniu w konspirację?

Nie, mój ociec nie wiedział. Mój ojciec tylko był zakonspirowany w elektrowni.

  • Czy ktoś jeszcze oprócz pani ojca należał do konspiracji w pani rodzinie?

Nie wiem, bo siostra moja jak była aresztowana… to jest nawet w spisie na Pawiaku. Szkoda, że tej książki nie przyniosłam, ale jest jej nazwisko, imię, kiedy aresztowana była. Nawet jest zaświadczenie, które dałam…

  • W którym roku siostra została aresztowana?

W 1942 chyba.

  • W jakich okolicznościach?

Zabrali ją z elektrowni, bo ona praktykę wtedy odbywała, ojciec jej załatwił. Ale tam już zaczęła pracować, z tym że jeszcze kończyła maturę. Właściwie to było koleżeńskie pożegnanie czy bal. Nie wiem, jak to dzisiaj nazwać. Wszystkie koleżanki, które matury pozdawały, u jednej z tych koleżanek rodziców to było. Tam było właśnie też to zgromadzenie, bo wszystkich aresztowali.

  • Która to była z pani sióstr?

Celina, [mam] zaświadczenie z Pawiaka.
  • Jakie były jej dalsze losy?

Dalsze losy takie były, że mój ojciec strasznie rozpaczał. To była najstarsza córka. W Wilanowie była restauracja pod nazwą „Nadzieja”. Tak ci państwo się nazywali, którzy prowadzili. Ojciec rozpaczał strasznie, tam chodził po prostu i wypił sobie i płakał. Właścicielka nie mogła patrzeć, że mój ojciec tak rozpacza, więc mówi: „Panie Wojciechowski, wie pan co, może by coś tutaj jakoś [zadziałać], bo tu taki gestapowiec jest. On tu mieszka, tak jak jest kościół w Wilanowie”. To był przedwojenny, to Polak był, tylko że on w alei Szucha pracował, był w mundurze gestapowskim, takim zielonkawym, już nie pamiętam jako dziecko, ale wiem, że on pracował w alei Szucha. Przychodził do tej knajpy, miał swój gabinet i pił też. Ona go z tego znała właśnie, że on tam zawsze przychodził. Jak ojciec przyszedł, [właścicielka] mówi: „Panie Wojciechowski, może wie pan co, ja porozmawiam z tym gestapowcem i coś może [pomoże]. Musi się pan jakoś przygotować do tego”. I tak rzeczywiście było, ona załatwiła. Poza tym myśmy miały taką [ciocię] na Pawiaku, to znaczy na Pawiaku, ona mieszkała na Anielewicza przy Pawiaku, bo jej mąż był kiedyś policjantem, komendantem policji. Ciotka Janka, ale nazwiska też już nie pamiętam. Ona pracowała na Pawiaku, bo jej mąż jako policjant przed wojną po prostu zachorował na serce i na ulicy umarł. Tak jak się mówi dzisiaj, zawał dostał. Wtedy to się mówiło, że szlag go trafił, takie było powiedzenie. Ale wtedy właśnie ona jako żona policjanta (później, już w okupację) pracowała na Pawiaku. I moja mamusia przez te znajomości, żeby tutaj temu w alei Szucha, jak mamusię tam już wzywali, bo już tak załatwiła… Wszystko sprzedali moi rodzice wtedy, wszystko, złoto, co tylko mieliśmy. Ojciec budował nawet koledze na Wilanowie dom, plany zrobił, wszystko, pilnował mu całego budynku i jemu dał to wszystko w zastaw i jeszcze pieniądze pożyczył na to wykupienie [siostry] z gestapo. Ona to wszystko załatwiła, ta kobieta wtedy… Tak że mamusia była trzy razy wzywana w aleję Szucha na zeznania, właśnie do tego gestapowca. I tam wypytywali się, kto ona, z kim ona, bo rewizja też w domu była. Jak gestapo przyjechało do domu, to mojej siostry nie było, bo wtedy na praktyce była w elektrowni, pracowała jako praktykantka po maturze. A tutaj jak przyszli do mieszkania, to tak przyszli, że oni szli przez sklep i dopiero na górę. Mamusia sama była, powiedziała, że nie ma córki: „A gdzie jest? A gdzie jest pani mąż?”. – „A mąż też jest w elektrowni, bo pracuje”. – „No to jak pani kłamie, to będzie mąż aresztowany”. Bo pokazali zdjęcie mojej siostry. „Kto to jest?”. A ona: „To jest moja córka, Celina Wojciechowska”. – „Aha. A gdzie ona jest?”. – „Ona jest w elektrowni”. Oni samochodem pojechali do elektrowni, tam zameldowali, nie wiem, to jakiś Niemiec był, ten cały szef elektrowni, zameldowali, że ją zabierają. Tak jak stała, kazali do samochodu wejść i zawieźli na Pawiak. Ojciec mój wtedy dostał właśnie wiadomość… Wezwali ojca na górę do dyrektora, Niemca, tylko że to polski Niemiec był, to nie był Niemiec, folksdojcz, jak to nazywali i powiedział: „Proszę pana, mam dla pana taka przykrą wiadomość, że córkę aresztowano”. No i wtedy się zaczęło właśnie to, że ojciec…

  • Udało się wyciągnąć pani siostrę z więzienia?

Tak, po czterech miesiącach. Tak że to wszystko… Ale to nie chcę powiedzieć, bo to jest przykre powiedzenie. To wszystko, co ojciec dał temu człowiekowi, temu swojemu koledze, złoto i te wszystkie… Rozliczył się, że ojcu wszystko było już załatwione, to wtedy kiedy miał oddać to złoto, to powiedział, że nie ma, bo mu ukradli. Niemiec wyciągnął, pomógł że zwolnili, to właściwie nie Niemiec, bo tutaj chodziło o tą panią Nadzieję, tu ona najwięcej zrobiła, bo tamten dostał pieniądze i w porządku, ale tutaj Polacy nas tak, właśnie kolega ojca załatwił. Nie mieliśmy nic, zostaliśmy zupełnie bez niczego. Ale siostra wróciła wtedy.

  • Jak zapamiętała pani ostatnie tygodnie, ostatnie dni przed wybuchem Powstania?

Ostatnie dni to było tak… Ojciec mi kazał iść po rower, bo miał go do reperacji czy coś takiego. Poszłam po ten rower i kiedy już z rowerem szłam, to ci wszyscy moi znajomi, właśnie ci, co tam żeśmy się zbierali, to mówią: „Słuchaj, a ty chodź z nami, bo o piątej mamy być wszyscy przy parku Dreszera”. Bo cała zbiórka była przy parku Dreszera. Ale ja nie mogłam, bo jak ojciec mi kazał… U nas nie było w domu tak [swobodnie], jak ojciec powiedział, to było święte. Musiałam ten rower dostarczyć. Ale jak rower dostarczyłam, to uciekłam z domu i poszłam na Służew. Ze Służewa aż na pola i tam zebrało nas się dziesięcioro: siedmiu chłopców i trzy dziewczyny.

  • Dlaczego pani poszła na Służew, a nie do parku Dreszera?

Bo chciałam dostać się na Mokotów, właśnie do tego parku, gdzie myśmy byli umówieni, a inaczej nie było można, bo tu wszędzie już byli Niemcy. Ale i tu też byli Niemcy. Przez te pola szła ta nasza dziesięcioosobowa grupa, która chciała się dostać do Warszawy… Myśmy w ten deszcz, to był taki deszcz wtedy, lało i myśmy szli przez pola i jak budki były, co pilnowali, to tam żeśmy się czasami schowali i żeśmy przesiadywali. Następnego dnia Niemcy nas obstawili, całą grupą szli, a nawet… nie pamiętam, ale mnie się wydaje, że oni jechali chyba jakimiś… nie wiem, czy to były… jakimiś samochodami tak objeżdżali. Wyskoczyli ci Niemcy, nie wiem, ilu nawet ich tam było, w każdym razie kilkunastu chyba było i wszystkich nas okrążyli. Całą grupę poprowadzili do Pyr (siedmiu chłopców i trzy dziewczyny). W międzyczasie, jak myśmy tam… miałam tylko legitymację szkolną, nie miałam jeszcze dowodu osobistego, to tam obstawili nas Niemcy. Ja stałam i podeszła do mnie koleżanka z Roszkowskiej-Popielewskiej i mówi: „Jadzia! A co ty tu robisz?!”. Ja mówię: „Myśmy tak szli i złapali nas Niemcy”. A ona mówi: „Poczekaj, ja zaraz coś tutaj…” – i pobiegła. Ona miała siostrę matki, która była pielęgniarką u lekarza Niemca. Zaraz przyszła jej ciotka i mnie zwolnili z tej grupy, ale ta grupa została i Niemcy kazali im iść do stodoły, do takiego pomieszczenia, gdzie była słoma, i tam ich kazali usadowić, kazali im zostać w tej stodole. Ja nocowałam wtedy u tej koleżanki, już ta matka zaopiekowała się mną i tam nocowałam. A tutaj ciekawa byłam rano, co w ogóle się dzieje. Pobiegłam tam i co się okazuje, że jedna z tych koleżanek zachorowała, czterdzieści stopni gorączki, krwawa dyzenteria i nie wiadomo co, czy to tyfus. A Niemcy strasznie się bali tyfusu. Więc jak wezwali właśnie tę pielęgniarkę i przyszła, zobaczyła, że ta ma taką temperaturę, szybko ten Niemiec przyszedł, ten lekarz… ona pracowała wtedy… to było w Pyrach. Jak on zobaczył, że ona ma taką temperaturę, że to jest krwawa dyzenteria, to wszystkich kazał puścić, tych chłopaków i te dziewczyny, w ogóle. Bo oni się bali, że to może być tyfus. Właśnie dzięki takiej sytuacji wszystkich wypuścili. Już później z nimi nigdy nie miałam kontaktu.

  • A co z panią działo się później?

Kazała mi mama mojej koleżanki wracać do domu. Mówi: „Słuchaj, ty idź do domu, bo tam się o ciebie martwią na pewno”. Ja rzeczywiście szłam pieszo i mnie wtedy nikt nie zaczepił. W każdym bądź razie wiem, że taki jest w Służewie jakiś olbrzymi budynek jakichś zakonników, tylko nie wiem jakich. W każdym bądź razie tam Niemcy wtedy byli i oni stali tam z karabinami, pilnowali tego wszystkiego, a ja szłam. Wiem, że wtedy to było przecież lato, gorąco, buty zdjęłam, założyłam je sobie na plecy i szłam. Nikt mnie nie zaczepił wtedy. W Wilanowie stał już mój chłopak na szosie, czekał, nie wiem na co. W każdym bądź razie jak był w Warszawie, tam jakoś, nie wiem, załatwił sobie, że poleciał… wiem, że też jakieś przykrości miał. Z Powstania się zwolnił… Uciekł, po prostu uciekł na parę dni, żeby mnie [szukać], bo jak ja z nimi nie poszłam, to on nie wiedział, co się ze mną stało. Przyszedł do mamusi mojej i mamusia mówi, że nie ma Jadzi. Myśmy koleżankę mieli i on właśnie spytał się tej Wandy Słoniewskiej i tak na tej szosie siedział, nie wiem, czy cały dzień, czy jak, nie wiem. W każdym bądź razie myśmy się spotkali.

  • Czy pamięta pani, kiedy to było dokładnie? Który to był dzień sierpnia?

Pierwsze dni sierpnia.

  • Co działo się później?

Później on poszedł na swoje stanowisko do Warszawy. Oni byli na Belwederskiej wtedy. Tam zginął właśnie Roman Bańka, został zastrzelony. To była chyba Belwederska… On chciał kogoś ściągnąć z szosy, bo tam właśnie pół domu zajęli Niemcy, pół domu oni zajęli. Jeden z tych chłopców wybiegł i oni go postrzelili, a on chciał go ściągnąć, że może jeszcze go uratują, i jego zabili też. To jest Roman Bańka, jego brat jest Tadeusz. Jest w „Baszcie”, spotykamy się, jak są te roczne [uroczystości]… Na Mokotowie jest pomnik w parku Dreszera i tam się spotykamy.

  • A co działo się z panią?

A ja później, właśnie jak wróciłam, ojciec mój był, matka. Ojciec wtedy został aresztowany i wszystkich mężczyzn zamknęli do kościoła jako zakładników. Na Sadybie już byli Powstańcy wtedy i w kościele jak był ojciec, to już wtedy brałam udział, koleżankę jeszcze zorganizowałam, że myśmy chodziły, taki kosz miałyśmy i zbierałyśmy żywność, bo szpital był na Sadybie, w domach.

  • Szpital powstańczy?

Tak, powstańczy. Myśmy chodziły właśnie po Powsinie, za Wilanowem… Już teraz nie pamiętam tych nazw. Ludzie dawali wszystko: mąkę, cukier, kurczaki. Myśmy to wszystko zanosiły do tego szpitala. Zosia Zygańska, pamiętam, to była taka moja koleżanka (mnie Niemcy nawet nie zaczepiali), takie dwie dziewczyny sobie szły z koszem, jak to kiedyś były w maglu, myśmy obydwie ten kosz niosły, przechodziłyśmy na Sadybę do szpitala i wracałyśmy z pustym koszem i dalej chodziłyśmy. Z tym że ojciec siedział wtedy w tym kościele, nie wiem, ale chyba z tydzień zatrzymywali go. Ojcu też nosiłam jedzenie do tego kościoła. Kiedy wracałam właśnie, też z Zosią, to zaczepili nas „ukraińcy”. Wtedy ja nawet nie wiedziałam w ogóle, kto to jest Stalin, nigdy nie słyszałam tego nazwiska. U nas w domu nigdy nie rozmawiali na ten temat. Właśnie jak idąc z nią z tego kościoła (jej też ojciec był w tym kościele), [szło] tych dwóch „ukraińców”. Byli pijani, mieli takie blachy, pamiętam jak dziś, blachy, w mundurach ukraińskich. Pistolet wyjął, przyłożył mi do skroni i mówi po rosyjsku czy po ukraińsku, ja tylko zrozumiałam: Czy choczesz Stalina? – to pamiętam jak dziś. Zlękłam się, nie umiałam wtedy po rosyjsku, bo myśmy się nie uczyli, myśmy w szkole francuski mieli, tak że w ogóle nie miałam pojęcia. Tylko ze strachu: „Nie! Nie! Nie!”. To było moje słowo: „Nie! Nie! Nie!”. On przeklął, zostawili nas i poszli.
Taki był wypadek, to przejście miałam okropne wtedy. Jak ojca puścili, to myśmy się dowiedzieli, że moja siostra jest w elektrowni, w Powstaniu bierze udział i jest zaopatrzeniowcem w żywność, rozdziela żywność. Jak ojciec się o tym dowiedział, matka szczególnie, to nic, tylko przebijemy się do mojej siostry, do Celinki, co na Pawiaku siedziała i ją wypuścili, a potem brała udział w Powstaniu. Jedna siostra już była mężatką, urodziła dziecko, malutka jeszcze była i oni uciekli z rodziną jej męża, bo jej męża później też aresztowali, ale to później, do Kopanej pod Pruszków. Jak to wszystko już się zaczęło, ten bałagan, to z tym maleńkim dzieckiem oni uciekli. Tak że tylko byłam ja, mama moja i ojciec. Myśmy się dostali na ulicę Chełmską. Na tej Chełmskiej już nie było mowy, na Podchorążych już Niemcy byli i już taka strzelanina straszna była, że myśmy musieli uciekać. Nawet byłam w tym szpitalu, bo tam jest park i w tym parku był szpital. Biegałam do tego szpitala i im pomagałam cały czas. Ale później, jak już tak… Matka oddała krew, bo już krew potrzebna była. Przychodzili tacy, nie wiem, z Czerwonego Krzyża i zbierali od ludzi krew. Wiem, że w tym budynku, gdzie myśmy były, to tam już wszyscy ci, co byli, to już gotowali, robili, a ja już nie miałam miejsca, już dla mnie w ogóle nie było miejsca. Dziewczyna przyjdzie gotować tutaj. Wszystko już było zajęte, nikogo tam nie dopuszczali. Ojciec jeszcze dokądś poszedł, bochenek chleba kupił. Stamtąd już musieliśmy wyjść. Nie było mowy, bo już taka była strzelanina straszna z [ulicy] Podchorążych, że myśmy się wrócili.
Ojciec spotkał swojego kolegę z elektrowni i poszliśmy na Sadybę. Na Sadybie znów braliśmy udział w tym szpitalu – ojciec, ja, matka. Ojciec swoich znajomych spotkał, też tego, co potem rozstrzelany został. To jego kolega był z elektrowni, też z tej organizacji. Ja cały czas [byłam] w tej akcji ze szpitalem. Matka też pomagała, ale była bardzo załamana, już psychicznie się załamywała, już nie mogła tego wszystkiego [wytrzymać], przeżywała strasznie.
To było do 3 września. Trzeciego września Niemcy zdobyli Sadybę i wszystkich wywieźli do obozu, a ponieważ mój ojciec znał się na budownictwie, zrobił schron w ogrodzie. Taki schron zrobił na około piętnaście osób. Tak że to było wszystko tak zakryte i jakieś fasole już suche, to wszystko już tak było, że Niemcy po nas chodzili i nie znaleźli nas. Piątego września… Nawet się znalazło dziesięć osób: od ojca z elektrowni nawet było dwóch kolegów już później, jednego żona, drugiego była żona i ja, mama moja, było nas chyba piętnaście osób w tym schronie. Jeden człowiek wyszedł wcześniej, bo on wyszedł z 3 na 4 września, a myśmy wyszli z 4 na 5 września, z tego schronu, bo tam już nie można było siedzieć, aż był smród straszny. Już tak śmierdziało, że… Już tam się ktoś załatwił po prostu. Nie było w stanie [tam wysiedzieć], bo nie można było wyjść ani nic. Jest jezioro na Sadybie i przez to jezioro w nocy ojciec nas poprzenosił, przez tą wodę. Znaleźliśmy się w takim… To też Sadyba, tylko tak jak teraz jest elektrociepłownia, to tam właśnie domki były popalone, ale jeszcze wysokie były piwnice i myśmy w tych piwnicach siedzieli. Ale niedługo siedzieliśmy, bo o godzinie piątej esesmani przyszli z karabinami, wyciągnęli wszystkich stamtąd. Trzech młodych chłopców było, po dwadzieścia lat, tatuś miał pięćdziesiąt lat, kolega ojca też był w tym wieku jak ojciec. Kazali nam wyjść na takie pogorzelisko. Wszystkich mężczyzn rozstrzelali. W moich oczach, ja z matką stałam, trzymałam matkę, matka trzymała mnie, żebyśmy nie doszły do tych Niemców, bo nas zabiją. Tylko tutaj [została] grupa kobiet, a samych mężczyzn… Stali i zostali rozstrzelani. Ojciec mój dostał z tyłu, była maleńka dziurka, a [z przodu] było całkiem wszystko rozwalone. Są dokumenty ojca, wszystkie zakrwawione. Jak upadli ci mężczyźni, to jeden z Niemców [strzelił] z pistoletu… Każdy dostał w skroń jeszcze. No i załatwili to, do nas strzelili parę razy, krzyknęli: Raus – i poszli. To byli esesmani. Oni następnego dnia jeszcze przyszli. Jak myśmy zobaczyły to wszystko, to była rozpacz, straszna rozpacz była. Dobiegłam do ojca. Te papiery, zegarek ojciec miał jeszcze, omega czy cyma, już nie pamiętam, to wzięłam i te dokumenty wszystkie zakrwawione. Dwóch ludzi się znalazło, wykopali dół i zakopali wszystkich pięciu mężczyzn. Następnego dnia przyszli ci esesmani, bo jak zajęli Sadybę, to obserwowali cały ten teren i zobaczyli, że tutaj jakaś grupa ludzi kręci się i dlatego przyszli później i tych trzech chłopaków, Powstańców rozstrzelali i tatusia, i kolegę.
  • Czy może nam pani opowiedzieć o tym, jak w pierwszych dniach Powstania reagowali cywile na to, co dzieje się w mieście?

Wszyscy pomagali, wszyscy pomagali. Poszłam z koszem, to ludzie wszystko oddawali, jedzenie, kaszę, mąkę, co tylko mieli oddawali.

  • Czy to nastawienie w jakiś sposób zmieniało się wraz z upływem czasu?

Nie, nie zauważyłam tego. Bardzo wszyscy… Jeszcze jak myśmy szli do Warszawy, a z Warszawy ludzie uciekali, to ojca, co mijali, znajomi, to mówi tak: „Józiu, dokąd ty idziesz, w ten ogień?!”. Takie było powiedzenie. Ale moi rodzice tak się uparli (i ja musiałam z nimi iść), że tam musimy dojść i będziemy walczyć w elektrowni, bo tam jest moja siostra. Takie było nastawienie mojego ojca.

  • Czy kiedy przebywała pani na Sadybie, spotkała się pani z jakimiś przejawami życia religijnego?

Tak.

  • Były organizowane msze?

Zawsze. I to było już, nawet pamiętam, że jakiś głupi śmiech mnie ogarnął. Coś takiego, że w takich momentach strasznie się śmiałam. Nawet chcieli mnie wyrzucić z piwnicy. Powiedzieli do mojej matki, że jak się nie ustatkuję, to mnie normalnie wyrzucą. Ale później się dowiedziałam, że to na tle nerwowym miałam taki właśnie śmiech beznadziejny.

  • W tej piwnicy odbywała się jakaś msza, nabożeństwo?

Tam nie było księży. Jeśli chodzi o szpital, to tam tylko te zakonnice, lekarze. Ale nie pamiętam, żeby tam księża byli. Nie pamiętam. Ale ludzie byli życzliwi.

  • Czy w czasie Powstania spotkała pani w Warszawie jakichś obcokrajowców po stronie Powstańców?

Nie.

  • A jak zapamiętała pani Niemców, których spotkała pani w czasie Powstania?

Jak oni wtedy przyszli, jak oni rozstrzelali mojego ojca, to byli esesmani, bo później powiedzieli, że są z SS. Przyszli i… Nie wiem, tak jakoś… Trochę znałam niemiecki, później był francuski, ale potem jak już była okupacja, to już uczyli nas niemieckiego. Ale jeszcze chodziłam trochę na komplety zamiast siódmej klasy. Chciałam skończyć siódmą klasę, a kiedyś chodziło się tylko sześć klas, to chodziłam na komplety i to była pierwsza klasa gimnazjum. Tam niemieckiego się uczyłam. Jak właśnie przyszło tych dwóch Niemców wtedy, pamiętam, moja matka w ogóle się nie odzywała, bo leżała, bardzo źle się czuła. Dostała… Bardzo przeżyła to psychicznie, bardzo. Załamała się dosłownie, po śmierci ojca. Tam była żona komendanta i zaopiekowała się mamusią. Coś gotowała, żeby jakoś ją… To było rozwolnienie, to były wymioty, strasznie źle się czuła. Później jak ci Niemcy przyszli, to nam kazali iść i kartofle im obierać. Kilka tych kobiet musiało, ja… Matka, to już widać było, że była chora, oni to widzieli, więc tylko nas wzięli i kazali kartofle obierać. Całe wanny musiałyśmy tych kartofli obierać na Sadybie. Później na Noakowskiego jeszcze kazali nam wlec się i tam też ci esesmani byli. Tam właśnie też obieraliśmy i trzeba było później z powrotem przyjść na Sadybę. Później Sadybę spalili. Jak oni nas później puścili i myśmy miały wrócić, to już nie można było wrócić na Sadybę z Noakowskiego, bo już się paliła, tak że nawet już z mamusią się nie spotkałam wtedy.

  • Co się działo z panią później?

Później już [szłam] do Piaseczna. Siostra moja z elektrowni, bo tam 3 września Niemcy Powstanie już zlikwidowali i do Pruszkowa ją wywieźli. W Pruszkowie ona jako sanitariuszka… Pomogły jej uciec stamtąd. Ona odszukała mnie, bo właśnie w Kopanej, gdzie była moja siostra [Basia], co uciekli z dzieckiem, to [Celinka] gdzieś od ludzi się dowiedziała, że oni tam są, i tam się znalazła. Już się dowiedzieli, tylko tam ktoś powiedział, że ja zginęłam, nie ojciec. One mnie zaczęły szukać, w ogóle nas zaczęli szukać, mnie i mojej matki. Moją matkę znaleźli u kogoś po chałupach, tak jak się zatrzymała. A ja później szłam i moja siostra gdzieś zobaczyła mnie w oknie i mówi: „Jadzia!”. I tak żeśmy się wszyscy spotkali wtedy. Tak że nie byłam w obozie w związku z tym, że po tej tragedii w ogóle nas Niemcy puścili.

  • Kiedy wróciła pani do Warszawy?

Cały czas byłam w Warszawie po wyzwoleniu, pierwsze dni.

  • Jak wyglądała wtedy Warszawa?

Jak wyglądała? Myśmy, parę osób było… gruzy, same gruzy. Jeszcze na Złotej było kino i tam były magazyny, to myśmy się tam najedli czekolady, bo rozbili ten cały magazyn. Czekolady były, wiem, że wino… Rozbijali butelkę o kamienie… Wino starsi pili. Tak że tu były gruzy, gruzy.

  • Gdzie państwo wtedy zamieszkali?

Zajęliśmy mieszkanie na Mokotowie. Pół domu było zwalone, a dwa pokoiki i taras, jeszcze ta połowa tego domu była. Jeszcze klepka była zawalona, pół domu się zawaliło. Jak myśmy tam zamieszkali… Już wtedy była siostra… Mojego szwagra wywieźli do obozu, do kamieniołomów w Austrii, tak że była moja siostra z tym maleńkim dzieckiem i ja, matka i ta siostra Celina. Żeśmy zajęli to mieszkanie, dwa pokoje wtedy zajęliśmy. Ale siostra moja zaraz poszła, poszukała właśnie… Ona wtedy już zaczęła szukać tej inspekcji budowlanej, żeby powiedzieć, że ojciec zginął. Tam właśnie ten Kalbarczyk ją zatrudnił. Ona jedna pracowała na nas wszystkich. Tak się utrzymywaliśmy. Wtedy poszłam do szkoły jeszcze. To już było na Hożej pod 13, tam chodziłam do szkoły, a siostra moja właśnie pracowała w inspekcji budowlanej i ona utrzymywała nas, całą rodzinę. Bo siostra z dzieckiem maleńkim, to mamusia się zaopiekowała, bo już później lepiej się czuła, już jej się troszeczkę poprawiło. Ale później do końca życia miała takie właśnie zahamowania psychiczne.

  • Czy po wojnie pani bądź pani rodzina była represjonowana za udział w konspiracji?

Po wojnie nigdzie nie mogłam pojechać. Siostry moje wyjechały z Polski, i jedna, i druga. Celina wyjechała pierwsza, a później Basia wyjechała z córką. Uciekły po prostu z Polski. Tak że ja już nigdzie nie mogłam pojechać. Nawet do Jugosławii. Pracowałam w Hotelu Europejskim i kiedyś nawet zwróciłam się do premiera Cyrankiewicza, żeby mi pozwolił, żebym mogła wyjechać. No to on mi powiedział: „To napisz”. No to napisałam list i podałam mu, on był wtedy z Kliszką. Do Urzędu Rady Ministrów mnie wezwali na drugi dzień rano o dziewiątej, przez mojego dyrektora, i tak mnie zwymyślał i powiedział, że jak ja śmiałam w ogóle podejść do Cyrankiewicza i żeby mu w ogóle list podawać. Ale ja byłam zawsze jakoś tak, nie wiem… Niczego się nie bałam.

  • Wróćmy może jeszcze do Powstania. Jakie jest pani najlepsze wspomnienie z tamtego czasu?

Najlepsze wspomnienia? Byłam bardzo taka… Byłam jeszcze młoda dziewczyna, więc zawsze mile… Miałam jakoś szczęście do ludzi, że ludzie mnie lubili. Jak chodziłam tam jako dziewczyna, przecież nie byłam zorganizowana, tylko taka na bieżąco. Po prostu sama z siebie tam się angażowałam.

  • A jakie jest najgorsze wspomnienie?

A najgorsze?… To rozstrzeliwanie mojego ojca.

  • Czy coś jeszcze szczególnie utkwiło pani w pamięci z tamtego czasu?

Z tamtego czasu… Jak ojciec był zatrzymany w tym kościele jako zakładnik. Też było tak, że gdyby jakiś jeden Niemiec był rozstrzelany albo zabity, to tych wszystkich mężczyzn by rozstrzelali, bo oni byli zakładnikami. No i później, jak już wracałam, nie wiem, ze szkoły chyba wtedy, to było na Rozdrożu, otwierali kanały i wtedy wyjmowali tych nieżywych ludzi. To było straszne, to było okropne.

  • Kiedy to było?

Zaraz po wojnie, w pierwszych dniach.

  • Jak teraz, po tych wszystkich latach, ocenia pani Powstanie Warszawskie?

Uważam, ja według siebie uważam, że to była straszna zdrada. Nas po prostu oszukali. Myśmy naprawdę… Tylu młodych ludzi, moich kolegów, znajomych zginęło i nikt nam nie pomógł, nikt. Nie było pomocy. To co była pomoc, to więcej Niemcy skorzystali jak my. Bo nawet to, co zrzucali, żywność czy coś, czy broń, to wszystko szło raczej do Niemców. Myśmy tylko takimi punktami byli. Starówka, Mokotów i to tylko punkty były, a tak to… Niemcy mieli broń, Niemcy mieli wszystko. Nam nikt nie pomógł, nikt.

  • Czy na koniec tej rozmowy chciałaby pani w jakiś sposób podsumować?

Szkoda młodych ludzi. Strasznie dużo młodych ludzi zginęło.





Warszawa, 8 marca 2011 roku
Rozmowę prowadził Dominik Cieszkowski
Jadwiga Janowska Pseudonim: „Elżbieta” Stopień: służby pomocnicze Formacja: Obwód V Mokotów, V Rejon, Batalion „Oaza” Dzielnica: Czerniaków, Sadyba

Zobacz także

Nasz newsletter