Leokadia Kalisiak „Lala”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Leokadia Kalisiak z domu Traczyk, mam skończone siedemdziesiąt dziewięć lat. Urodziłam się na wsi, ale całe życie spędziłam w Warszawie i moje rodzeństwo urodziło się w Warszawie [...]. Mój najstarszy brat zmarł na zakażenie krwi. Wtedy zostałam wysłana do babki, nie było mnie w Warszawie ze cztery lata. Pamiętam, jak mnie przywieźli, to chodziłam do przedszkola do Haberbuscha, róg Żelaznej i Grzybowskiej.

  • Gdzie państwo mieszkali?


Na Grzybowskiej 51 naprzeciwko Haberbuscha.

  • Proszę opowiedzieć o rodzinie, czym się zajmowali rodzice?


Ojciec był rzemieślnikiem, mama miała w sumie sześcioro dzieci. Najstarszy i najmłodszy mój brat umarli, reszta żyje do tej pory.

  • Gdzie pani chodziła do szkoły?

 

Pierwsza moja szkoła to była żeńska „dziewiętnastka” na Chłodnej, naprzeciwko kościoła Karola Boromeusza. Po wybuchu wojny chodziłam do różnych szkół, dlatego że nas przerzucali – najpierw na Żelazną, naprzeciwko szpitala Świętej Zofii. Potem, jak getto utworzyli, to nas przerzucili na Młynarską. Skończyłam szkołę podstawową i zapisałam się do szkoły na Krakowskie Przedmieście, przy Mesalce, naprzeciwko kościoła Świętego Krzyża. Tam prawdopodobnie była szkoła Chmielewskiej, dawne gimnazjum. To była szkoła handlowa. Wybuch Powstania, to akurat ukończyłam pierwszą klasę.

 

  • Jak pani zapamiętała wybuch wojny?


Wszystko pamiętam.

  • Gdzie pani wtedy była?

 

Na Grzybowskiej. Bez przerwy były naloty i wszyscy lecieli do piwnicy. W ogóle przyjechaliśmy z wakacji. Cała Warszawa była zawalona wozami drabiniastymi. Po chleb były niesamowite kolejki. Ale w naszym domu, na Grzybowskiej 51, była piekarnia „Złoty Róg” Rangego. Po całodziennej sprzedaży chleba, który mógł upiec, to mieszkańcom podwórek (były dwa podwórka) dawał chleb. Raz stałam na Krochmalnej, ale to było koszmarne stanie za chlebem, bo były tłumy. Poza tym bez przerwy naloty, poza tym bez przerwy wypatrywanie wieczorem, czy gdzieś nie siedzi tak zwany gołębiarz, który nadaje sygnały, znaki Niemcom, gdzie mają bombardować. Nie było to wesołe.


Potem przyszła okupacja. Mama zajęła się [handlem]. Ojciec nie mógł utrzymać rodziny, ciężko było. Haberbusch i Schiele to była olbrzymia wytwórnia piwa. Konie były perszeron, których się obecnie nie widuje na ulicy. Niemcy mieli tak zwane Bezugscheiny, jak gdyby przepustki, zamówienia. Przyjeżdżali po piwo. Moja mama, ponieważ była kobieta odważna i łebska, zaczęła kupować Bezugscheiny. Kupowała dwadzieścia, trzydzieści butelek piwa czy pięćdziesiąt, a ja z mamą, z moim bratem, w workach roznosiliśmy je po różnych kawiarniach czy innych piwiarniach. W ten sposób utrzymywaliśmy się. Oczywiście wszyscy byliśmy w konspiracji.

  • Jak się zaczęła pani przygoda z konspiracją?

 

Zaczęło się normalnie, bo to wszystko się znało. Były zbiórki bardzo często u nas, była bibuła, to znaczy rozkazy na bardzo cienkich bibułkach. Chłopaki się schodzili, przynosili broń. Na przykład kiedyś niosłam stena. Chłopak szedł „pusty”, a ja w worku czy w torbie niosłam przed nim albo za nim. On był bardziej narażony niż ja na zatrzymanie przez żandarmerię. Myśmy zasadniczo potrafiły obchodzić się z bronią, bo się uczyłyśmy. Nie mówię o stenie, ale o visie. Potrafiliśmy rozebrać, to nie było nam obce.

  • Gdzie pani składała przysięgę?


Przysięgę składałam na Mokotowskiej chyba 72, dom stoi. Przejeżdżam często i nigdy nie wiem, który. Była „Regina” i były dziewczyny, wtedy dla mnie dorosłe panny. Zastanawiały się jaki pseudonim [powinnam wybrać]. „Sosenka”, bo byłam wiotka, szczuplutka, wysoka, ale w końcu zostałam „Lala”.

  • W którym to było roku?


W 1942, jak „Regina” mnie już mogła oficjalnie u siebie zatrudnić. Jak skończyłam czternaście lat, to wtedy mogłam oficjalnie. Tak to mama mówiła: „Ty jesteś za młoda”. Mój brat był w konspiracji, starsza siostra była w konspiracji. Jak tylko powstała Armia Krajowa, skończyłam czternaście lat, już mogłam być zatrudniona. Polegało to głównie na tym, że roznosiłam „Biuletyn Informacyjny”. [...] Kupiłam książkę „Tajne drukarnie Warszawy”, ale nie mogę znaleźć. Prawdopodobnie nie było drukarni, tylko była rozdzielnia. To jest dom, który do tej pory stoi na Nowogrodzkiej, gdzie jest Operetka, ale wejście jest troszeczkę dalej, w stronę Poznańskiej. Dom jest ucięty. Po tylu latach poszłam, dwa miesiące temu, weszłam w bramę, na prawo skręciłam (tam był Caritas przed Powstaniem) jest olbrzymi hol i kręcone schody do góry. Tam przychodziłam. Wchodziło się po kilku schodkach z holu, pierwsze drzwi na wprost i była rozdzielnia. Brało się rulony, wychodziło się i roznosiło. Głównie przenosiłam potem do „Reginy” do domu, ale niezależnie od tego nosiłam do Sądu na placu Krasińskich, nosiłam na Szkolną, nosiłam na Chmielną, a resztę od nas brała Praga, Pelcowizna i „Regina” brała.

  • Proszę opowiedzieć o pani „Reginie”.


Któregoś dnia rano, idę, patrzę, a budynek otoczony jest kozłami z drutem kolczastym, żandarmeria stoi. Przeraziłam się, myślę: „Wpadli!”. Lecę do „Reginy”, mówię: „Pani »Regino«, jest wpadka, cały budynek otoczony kozłami i żandarmi stoją”. Miała włosy w koczek, paskiem skórzanym [związane], to była baba-chłop, mówi: „Czekaj »Lalka«, idziemy”. Ubrała się. „Idziemy”. Do końca, [do wybuchu] Powstania wchodziłam tam, mimo że jeszcze w holu stał żandarm, wchodziłam po kilku schodkach nie na piętro, tylko na parter (do tej pory jest [budynek], tylko pokoje są odcięte, dom jest skrócony) i brałam prasę, „Biuletyn Informacyjny”. Nie wiem, jak to było możliwe, ale było.

  • Nie było żadnej wpadki?


Nie, nie było. Owszem, tam, gdzie mieszkałam, na Krochmalnej 9, to rzeczywiście było otoczone, bo była drukarnia, ale Niemcy [jej] nie znaleźli. Ale też wpadli do nas, nas nie było, tylko była siostra. Na górze były lornetki, prasa, wszystko, ale w piwnicy szukali, wszystkie mieszkania sprawdzali. A my poprzedniego dnia z siostrą paliłyśmy różne papiery wojskowe, które były niepotrzebne, ale był plik na bibułce, na przebitce, ostatnie wojskowe historie. I z moją starszą siostrą Martą mówimy: „To zostawimy, włożymy do szuflady w kuchni, przy kuchni, gdzie się pali. Jak coś, to można zwinąć, wrzucić pod czajnik i będzie okay”.

Poszłam po prasę, mama poszła handlować piwem. W domeczku była moja siostra, moja kuzynka, która przyjechała ze wsi. Nas otoczyli, Krochmalna 7, 9, 11. Przed wojną mieszkał Singer, noblista. Tylko część była zniszczona, od Granicznej do naszego budynku wszystko było odgruzowane, typowa żydowska dzielnica. Przed tym tam było małe getto. Getta były dwa i łączyły się mostem na ulicy Chłodnej. Jak zlikwidowali małe getto, to Polacy się wprowadzili i myśmy się wprowadzili. Mieli informacje, że w jednym z tych trzech domów jest tajna drukarnia. Otoczyli żandarmi, tak zwane „piekiełko”. Po wszystkich mieszkaniach biegali i wszystko rozwalali. Jak wpadli, jak powiedzieli, żeby otwierać drzwi, Hände hoch, one podniosły [ręce], całe się trzęsły ze strachu… I był z nimi sąsiad, jakiś sublokator, który piętro niżej mieszkał, i on podszedł prosto do kuchni, gdzie się paliło i czajnik stał. Podniósł czajnik… Normalnie to cug porwałby [papiery], a on wyjął te zgniecione papiery (to nie były papiery, tylko na przebitce było). Od razu pobiegli po oficera. Przyszedł oficer. Moja siostra była bardzo ładną dziewczyną. Ten [sublokator] zaczął mówić, że myśmy całą noc palili papiery. Nie wiem, czy to był Austriak. W każdym razie schował do kieszeni i już więcej nie przyszedł do mieszkania. A my, jak już zdjęli obstawę niemiecką, to myśmy byli bardzo szczęśliwi, dlatego że myśleliśmy, że pójdziemy do partyzantki, ale niestety – nie wzięli nas do partyzantki.


Następna przygoda, mój przyszły mąż (nie wiedziałam, że [nim] będzie) mieli szalone pomysły, więc zawsze chodzili z bronią, z reguły. Jak myśmy wchodzili na klatkę schodową, było ciemno, to on wyskakiwał: Hände hoch! Takie głupie żarty. Robili sztuczne alarmy w nocy, wszyscy schodzili, my nie, bo wiedzieliśmy, że to mój brat z kumplem robili za syreny. Wszystko zbiegało do piwnicy, a my nie. Kiedyś [przed Wielkanocą] idziemy sobie mniej więcej, jak jest pałac Lubomirskich (on jest przestawiony), to była Żabia czy nie Żabia, patrzymy, idzie feldżandarmeria, więc my w następną ulicę i prosto na następny patrol wpadliśmy. Oni: Hände hoch!, no więc my ręce podniosłyśmy i całe się trzęsłyśmy. Dzięki Bogu, że tego dnia nie miałam broni, bo by nas złapali, nie wiadomo, co by z nami zrobili. Takie były głupie kawały. Potrafili niektórzy, jeszcze większe półgłupy, nosić gwiazdę czerwoną i chodzić po ulicy. Potem byli w koncentracyjnych obozach, też takie były wypadki.
Następnie, kiedy miałam naprawdę stracha, szłam sobie w niedzielę Kruczą albo Hożą, albo Wilczą: Pusta ulica, mam prasę. Skręcam w Kruczą, w Hożą albo Wilczą (nie wiem, nie pamiętam teraz) i natykam się na feldżandarmerię. Idą ulicą, chodnikiem i jezdnią, z blachami. Myślę sobie: „Jak nie wejdę między nimi…”. A mieli takie zwyczaje bardzo często, że jak zobaczyli młodą dziewczynę, zabawiali się. Myślę sobie: „Jak stchórzę, to drogo za to zapłacę”. Ale coś pogadali, ale przepuścili mnie. To było takie [zdarzenie], kiedy się porządnie zastanowiłam, co mam robić, jeżeli chodzi o czasy okupacji. Normalnie się nie bałam, nigdy nie byłam w żadnej łapance, chociaż bez przerwy maszerowałam i latałam po Warszawie. Albo lekcje były historii na Żoliborzu, albo z prasą. Ale Pan Bóg czuwa nade mną.

  • Pierwsza działalność to były „Orlęta”?

 

To były „Orlęta”. Brat i siostra byli w „Orlętach”, dużo dzieci było, dlatego że to była robotnicza dzielnica – Wronia, Łucka, Grzybowska. W tych organizacjach, nawet jeżeli chłopak był biedniejszy, to był w jakiś sposób dokarmiany, były zbiórki, były obozy. Myśmy chodziły w zielonych mundurkach, czarne skarpety, znaczy pończochy wywijane, bo nie było skarpet. Byłam na jednym obozie przed samą wojną. Mój brat jeździł – do Zawiślaka. To już było towarzystwo starsze, cztery lata, w tym wieku to jest dużo.

  • Jak pani pamięta przygotowania do Powstania? Czuło się w powietrzu, że coś będzie?


Pewnie. Kurtkę, battledress, który przed wojną nie był modny, szyłam sobie na Powstanie na Płockiej 17. Myśmy wiedzieli, że będzie Powstanie, [tylko] nie wiadomo [było] dokładnie kiedy. W dzień Powstania już rano byłam w Alejach Ujazdowskich, dom stoi, gotyk, nie dochodząc do placu Trzech Krzyży, po prawej stronie. Na pierwszym piętrze, czy to była biblioteka, w każdym razie był punkt. Stamtąd odbierałam opaski i rozwoziłam na Ochotę. Doskonale wiedziałam, siostra i brat już byli skoszarowani dwa tygodnie przedtem, na Pradze. Jak opaski rozniosłam, to przyleciałam do domu, a mama mówi: „Marta dopiero co była, przyniosła całą walizkę swoich rzeczy, które wzięła na Pragę”. Nie bardzo się orientowali. Mówi: „Niepotrzebne mi są. Parę dni, potem wrócę do domu”. Cały czas byłam przekonana, że nie zdążyli przejść przez most Kierbedzia, że [siostra] na pewno zginęła na Starówce. To było tak, że część zdołała przebiec na Pragę, a część została na Starówce. Dopiero po wojnie się dowiedziałam, że jednak zdążyła przebiec. Przyszłam do domu, wiedziałam, że mam punkt kontaktowy na Moniuszki, tam była szkoła Gepnerówny. [...] To był dom zaraz od Marszałkowskiej, idąc w stronę Jasnej po prawej stronie, teraz tych domów nie ma. Chyba na drugie albo na trzecie piętro weszłam. Były normalne klasy i zaraz zaczęła się strzelanina. Wyjrzeliśmy przez okno, a na dole, na podwórku stali mężczyźni. Niektórzy w mundurach wojskowych oficerskich.

  • Która to była godzina?

 

Najwcześniej zaczęło się na Żoliborzu, [ale tu] to było po piątej. Ponieważ mieszkałam na Krochmalnej 9, to było przy Granicznej, przy Saskim Ogrodzie, więc miałam na Moniuszki kawałeczek. Wieczorem padał deszczyk, wieczorem przyszedł łącznik i nas zabrał stamtąd i przeprowadził na Świętokrzyską, jak była komenda – Marszałkowska, Jasna, Świętokrzyska. To była komenda generała „Montera”. Była Poczta, więc były kojce. Myśmy całą noc nie spali. Byliśmy przeświadczeni, że to będzie trwało dwa dni, ileś godzin, ale nie dłużej. Młodzieży była cała masa, nikt nie chciał spać, żeby niczego nie przegapić. Część oddziałów nie dotarła do swego miejsca, dlatego że godzina w ostatniej chwili była ustalona, nie wszystkie łączniczki zdążyły zawiadomić, tudzież poszli do pracy. Nie wszyscy chłopcy czy dziewczyny zdążyli otrzymać rozkaz, że już o piątej się zaczyna. Jak tam byliśmy, całą noc się nie spało.


Potem wielka radość. To był szał radości. Okna były pootwierane. Cała Świętokrzyska była dużo węższa, teraz jest szeroka. Radość przeogromna. Wszędzie flagi biało-czerwone. Jak się wychodziło z kojców, bo to dwa piętra pod ziemią, a potem był jeszcze szpital. Jak [później] zdobyli PAST-ę, tam trzymali Niemców, radość była przeogromna. Rano, to młodzieży – chłopaków i dziewczyn, takich jak ja młodych, to wszystko stało i czekało, że jak wyjdzie oficer i powie: „Łącznicy!”, to każdy [pobiegnie]. Radość niesamowita.

Pierwszy rozkaz, jeżeli chodzi o mnie... Była zdobywana Poczta Główna na placu Napoleona, obecnie [plac] Powstańców. Pierwszy rozkaz, żeby zanieść do porucznika „Szarego”. Wyskoczyłam na Świętokrzyską i wpadłam na plac, za często tam nie bywałam, były roboty, budka zielona, narzędzia były i lecę na Pocztę Główną. Wpadam na podwórko, była rampa dla samochodów, wpadam w boczną sień. Szukam porucznika „Szarego”. Na dole leży ranny Niemiec, ale wiem, że sanitariuszki są. Lecę na piętro, wpadam do pokoju, w którym są rozłożone kołdry atłasowe bez pokrycia, w szklankach jeszcze herbata ciepła.

Znalazłam porucznika „Szarego”, ale zginął potem w Powstaniu. To był mój pierwszy rozkaz, który zaniosłam. Co rano było tak, że tej młodzieży [stało mnóstwo] i każdy błagał, w oczach miał oczekiwanie, prośbę, żeby dostać [rozkaz do przeniesienia]. Młodzi ludzie nie znają wartości życia, nie znają trwogi. Mówią, że tylko głupi się nie boi, takie jest powiedzenie. Ale naprawdę myśmy się nie bali zupełnie, może z głupoty. Prawdopodobnie z głupoty.

  • Ile było tej młodzieży?


Sama młodzież była, podrostki. Miałam wtedy szesnaście lat i trzy miesiące. Takich chłopaków i dziewczyn to pełno stało, dziesięć, piętnaście. To wszystko czekało, żeby [był] rozkaz i żeby biec, żeby coś robić. Potem przyszłam w Aleje Jerozolimskie. Aleje Jerozolimskie najpierw były nieprzekopane, więc jeżeli szłam na Mokotowską z rozkazem, szłyśmy we dwie, to trzeba było przejść przez Widok. Podwórko było, teraz jest w Alejach Jerozolimskich marmurowa płyta i jest napisane, ale wtedy była ciężka, żelazna brama. W bramie stało pełno chłopaków i ksiądz. W banku, który jest obok Nowego Światu i Alej, byli Niemcy, na Dworcu Głównym byli Niemcy. Ksiądz mówi: „Nie puścimy was, bo tutaj ogień krzyżowy. Zabiją was, bo nie macie żadnej osłony”. Trzeba było przebiec Aleje, żeby donieść. Ale my jak my, nie ma mowy. Mówi: „W takim razie ubezpieczamy was”. Jedni strzelali w stronę [dworca], drudzy w stronę banku. Myśmy przebiegli. Tamtą stronę pamiętałam dokładnie, ale przecież musiałam wracać, nie pamiętam, jak wróciłam. Tam moja koleżanka i jej matka mieszkała. Jeszcze za Alejami było zupełnie spokojnie, cicho, więc do niej wstąpiłyśmy. W łazience była wanna wypełniona zimną wodą. Jeszcze się umyłyśmy i wróciłyśmy. Do tej pory nie wiem którędy, na pewno też przez [Aleje Jerozolimskie].
Potem był rów łącznikowy, a potem to już był rów obudowany, światło było, żandarmeria stała, musiało [się] mieć przepustkę, bo przeważnie wojsko tamtędy przechodziło. Potem było bezpiecznie. Przeprowadziłam swoich rodziców. Jak tylko Ukraińcy… Ukraińców nie było w czasie Powstania okazuje się, to były inne jednostki wschodnie. W każdym razie przeprowadziłam moich rodziców. Mama z siostrą stały pod ścianą do rozstrzelania. Powstanie dla mnie było piękną rzeczą. Potem mieszkaliśmy naprzeciwko szpitala.

  • Gdzie pani mieszkała w czasie Powstania?


Najpierw mieszkałyśmy na Świętokrzyskiej w boksach. Potem przeniosłyśmy się na Moniuszki, gdzie teraz jest PZU. Weszłam, teraz jest olbrzymia sala na pierwszym piętrze, a przedtem nie. Nad wejściem był nasz pokój, jedno okno, dalszy pokój to był ciemny. Tam z dziewczynami z „Kilińskiego” kwaterowałyśmy. Przychodziło pełno chłopaków. Myśmy wszędzie latały z rozkazami. Ponieważ było strasznie zabałaganione, więc poszłam na Świętokrzyską po szczotkę, żeby pozamiatać. Dzięki Bogu, że poszłam, bo wtedy uderzyła „gruba berta”, działo kolejowe. Uderzyło, przeszło przez nasz pokój i upadło w „Adrii”. Miałam koleżankę, która była bardzo dzielna. W pewnym momencie zaczęła strasznie się bać, myśmy ją tam umieścili. Były kolumny. Przy jednej kolumnie postawiliśmy fotel, ona siedziała, nie wychodziła, strasznie się bała. Jak pocisk kolejowy wpadł, on się nie rozerwał, położył się na parkiecie, tylko ją zabił. Myśmy ją pochowały na Sienkiewicza, gdzie teraz poczta jest, był trawniczek. Myśmy ją pochowały, tylko ją jedyną. Ażebym była, to też bym była zabita.
Stamtąd poszłyśmy na Szpitalną. Zostałyśmy na Szpitalnej. Tych domów już nie ma, [tylko] naprzeciwko stoją całe jak były. Zostałyśmy spalone, tam się część moich rzeczy spaliło. Potem, w ostatnich dniach, nie można było wejść w Świętokrzyską, cała się paliła. Wiatr był huraganowy, nie było mowy, żeby wejść. Wtedy [nas] przenieśli, już nie było żadnej kwatery. Przedtem, zaczym się Świętokrzyska paliła do Marszałkowskiej, to jest wejście od Jasnej na Pocztę, są też dwie kolumny, jak było bombardowanie, Niemcy latali tak nisko wzdłuż Świętokrzyskiej, z jakimś chłopakiem przytuliliśmy się do kolumny, to dosłownie widzieliśmy pilota, który leciał wzdłuż Świętokrzyskiej. Tak nisko latały samoloty. Potem, jak to wszystko było spalone, mamę, tatę i siostrę wyprowadziłam.

  • To już był wrzesień?


To już była mniej więcej połowa, wyprowadziłam ich 8 września mniej więcej. Szli na Politechnikę, a ja wróciłam. Już nie miałam żadnej łączności, ale zawsze miałam łączność z „Reginą”. Wiedziałam, że jest na Śliskiej.

  • Jak miała „Regina” na nazwisko?

 

Aniela Cieszkowska z domu Jabłonowska. Poszłam do niej. [...] Weszłam, to było w podwórku, stał piętrowy budyneczek, a na parterze dziewczyny siedziały, nie znałam ich wtedy specjalnie. Pytałam się, gdzie jest „Regina”. – „»Regina« jest w bramie, jest dyżurka i ona tam siedzi”. Wchodzę do dyżurki, mała dyżurka, wielki murowany kocioł do prania, widzę moją ubóstwianą „Reginę”, stoi z chochlą i miesza. Stanęłam i zdębiałam. Jak to? Ona gotuje wielką chochlą. Mówi: „Co patrzysz się na mnie, »Lalka«?”. Mówię: „Patrzę się”. – „Co ty myślisz, że chłopaki nie potrzebują jeść? Gotuję i będziemy roznosić”. Rzeczywiście roznosiłyśmy. Pamiętam, kiedyś szłam, jak jest Waliców i Ceglana, ten dom stoi na Żelaznej, to był przedwojenny dom. Chłopakom przyniosłyśmy. Był rów łącznikowy na Waliców przy Ceglanej, rów nie bardzo głęboki, ale trzeba się było schylać.

Do tej pory na domu Haberbuscha są ślady po pociskach, którymi do nas strzelali. Wtedy pocisk chłopakowi (myśmy tego nie widziały, tylko chłopcy mówili) urwał głowę na tym podwórku.

Jeszcze były zrzuty 18 września, piękny słoneczny dzień. Całe niebo było pokryte różnokolorowymi spadochronami, nie tylko białe. Cały czas się ze mną kłóciły, że nie było. W muzeum była wystawa, w pałacu Lubomirskich na Osi Saskiej, patrzę – jest bluzeczka żółta ze spadochronu. Cały czas twierdziłam, że nie tylko białe, ale kolorowe były spadochrony. Niebo było piękne, było słońce. To było sto osiem samolotów. Wszyscy myśleli, że to ląduje brygada Sosabowskiego, że to są nasi. To niestety były tylko pojemniki. Z tym że już Żoliborz upadał, Mokotów się kończył, nie mówiąc o Okęciu, zasadniczo jeszcze Śródmieście [walczyło], część pojemników przejęli już Niemcy, część przejęli nasi chłopcy. To był piękny dzień.

 

  • Pani już wtedy była w „Chrobrym II”?


Tak, już byłam na Śliskiej. Zajmowałam się właśnie tym, czym mogłam. Już nie nosiłam żadnych rozkazów, po prostu byłyśmy po to z „Reginą”, żeby chłopakom na wszystkie miejsca, gdzie siedzieli na barykadach, coś do jedzenia zanieść.

  • Pani nosiła jedzenie tylko do „Chrobrego”?


Tam tylko Chrobry był. To była moja dzielnica, każdy dom, każdą ulicę znałam, nosiło się.

  • Co się gotowało? Była zupa-pluj czy coś jeszcze?

 

Zupa-plujka była, zależy gdzie, jakie magazyny zdobywali. Jeszcze jest taka sprawa, że były magazyny Haberbuscha i były magazyny na Prostej, jak się jedzie tramwajem na Wolę, to prawie przy murze, między Żelazną a Towarową. Za murem był młyn i też się chodziło, tylko trzeba było do młyna wchodzić po drabinie. Napełniało się worki, nie wiem, czy to była pszenica, czy żyto, w każdym razie ziarnem. Ja tego nie tłukłam, ale z tego ktoś coś gotował, osobiście nie gotowałam, nie dostąpiłam tego zaszczytu. Wszystko się robiło, co było potrzeba.

Tym bardziej jak szliśmy do Elektrowni, szliśmy Tamką (Tamka to była jedna wielka flaga), jeszcze tam nie było ciężkich bojów, było pełno dzieci, były teatrzyki, były kroniki filmowe.

Chodziłam do Palladium. Jak byłam w Śródmieściu, to ze trzy razy byłam na kronikach filmowych. Były teatrzyki dla dzieci urządzane.

  • Kto urządzał teatrzyki?


Warszawiacy byli świetnie zorganizowani, były w każdym [domu] komitety, kobiety bardziej chętne i prały, i gotowały, wszystko robiły, chociaż nie należały do żadnej organizacji.

  • Ludność cywilna.


Po prostu ludność cywilna. Tak samo barykady budowali wszyscy, nie to, że powstańcy. Dzieci, wszyscy ściągali, co mogli, żeby wybudować barykadę. Przed wybuchem Powstania była godzina policyjna, nie można było wychodzić, ale dozorca w naszym domu nie zamknął bramy, jak nie zobaczył, że wszyscy młodzi weszli. Była wielka (teraz się tego nie widzi) więź społeczna. Było można liczyć na sąsiada. Na ulicy jak łapanka jest, czy coś, to jeden drugiego uprzedzał, nikt nie pozostawał obojętny, przynajmniej mi się tak wydawało. Atmosfera była wspaniała.

 

  • Pamięta pani podczas Powstania nabożeństwa?

 

Oczywiście, absolutorium było bez spowiadania się, co bardzo mi się przydało [przez] całe życie. W bramach pod domami były nabożeństwa. Wtedy absolutorium ksiądz udzielał i komunię, zawsze były nabożeństwa.

Mam wrażenie, że ci ludzie, którzy mieli zginąć (tak jak „Morro” zginął, wyskoczył, jak berlingowcy dopływali, i dostał w pierś), przeczuwali jednak swoją śmierć. Jak się przebijali ze Starówki przez Senatorską, ilu zginęło ich? W kościele Świętego Antoniego ile jest tablic? Oddział „Morro” jednak zaległ na ulicy, zaraz co Bank był, całą noc przesiedzieli. Zresztą miałam znajomą, która z nimi była. Mieli panterki, zdjęli opaski biało-czerwone, rano przez Saski Ogród, który był obsadzony Niemcami, przeszli do Królewskiej. Królewska 16, [tam] była przed wojną Giełda, potem już nie było, była oranżeria, po której też nie ma śladu nawet. Ponieważ była reduta na Królewskiej 16, to myśleli, że to idą Niemcy, bo chłopaki w panterkach, z bronią, w hełmach. Zaczęli krzyczeć: „Nie strzelać! »Starówka« idzie!”. Przeszli przez cały Saski Ogród i Niemcy myśleli, że to są Niemcy. Były bohaterskie chłopaki, dziewczyny to samo.

  • Wieczorami jak gromadziły się dziewczyny, to były śpiewy?

 

Co śpiewałam? Najbliższa była mi muzyczka: „Bluzeczka twa zamszowa...”, dopiero potem się śpiewało. Piosenki, które znamy, powstańcze, niektóre były, ale normalnie, to nie było sal, że można było [się] zebrać i śpiewać. W jednym pokoju było kilka [dziewczyn], były zmęczone, czy coś. Tu gdzie byłam, owszem, myśmy spały na Śliskiej na podłodze i pod brezentowymi płachtami. Po brezencie chodziły wszy i w ogóle miałyśmy wszy. Miałam warkocze. Mama mi zostawiła gęsty grzebień, to chodziłam do łazienki, która nie była czynna, ale co mogłam, to rozczesywałam.

Po nas chodziły wszy, dopiero Niemcy w Lamsdorfie, jak nas wzięli do pierwszej mykwy, to dopiero włosy musiałyśmy zanurzyć i z miejsca się pozbyłyśmy.
Po pierwsze były ostrzeliwania. Potem jak zaczęli ostrzeliwać Śliską, to wiadomo było, że co dziesięć, piętnaście minut będzie następny pocisk, Gruba Berta tak zwana, działo kolejowe. Człowiek, jak ma szesnaście lat, nie chodzi do piwnicy, bo to nie honor. Myśmy nie schodzili do piwnicy. Teraz, z perspektywy dorosłych lat, to dopiero sobie mogę wyobrazić, co czuły matki z dziećmi, co czuli ludzie starzy. To nie był honor, żeby się chować w piwnicy, absolutnie. Dopiero z perspektywy lat można ocenić, ile ludność cywilna wycierpiała. Myśmy byli pełni entuzjazmu. To są dwie różne rzeczy.

  • Słyszała pani nieprzyjemne rzeczy od ludności cywilnej?


Nie słyszałam. Powiem fakt, wynosimy rannych, była przerwa już pod koniec Powstania i Niemcy ogłosili, że można wynosić rannych na Towarową, naprzeciwko dawnego Dworca, jak Srebrna. Szłam z moją koleżanką i niosłyśmy rannego ze Śliskiej. Jak się ulica kończyła, to wszędzie były barykady. Przejścia były bardzo wąskie, ludzi [się] nie widziało. Nikt się specjalnie nie rwał, bo ludzie byli zmęczeni, głodni, wystraszeni. Weszłyśmy w Łucką i minęłyśmy Wronią, potem jest Towarowa równoległa. Wszystko jest wypalone, wnęki okien, wnęki bramy, wszystko. My ledwo idziemy, ranny człowiek jest bardzo ciężki. Myśmy nie miały siły, szłyśmy. Naraz z gruzów wyskakuje trzech młodych chłopaków w panterkach. Myśmy były tak umęczone, że myśmy nawet nie zwróciły uwagi, że nie mają biało-czerwonych wstążek. To byli młodzi Niemcy. Oni nam pomogli przenieść [rannego] na Towarową. Towarowa była zupełnie pusta, tylko się stawiało nosze. Czerwony Krzyż wszędzie był. Były na nożycach aparaty fotograficzne, więc jeżeli to się gdzieś zachowało, to powinno być [na zdjęciach]. Filmowali jacy to Niemcy byli humanitarni. To oni nam pomogli kawałeczek od Wroniej do Towarowej. Jak byśmy wiedziały, że to Niemcy wyskakują, to byśmy nie wiedziały, po co wyskakują, żeby nas rąbnąć? Według mnie było trzech, ale dwóch nam pomogło i doniosło nosze na Towarową, a myśmy z nimi byli, zostawiliśmy rannego. Taki wypadek też miałam na koniec Powstania.

  • Jak pani zapamiętała zakończenie Powstania?

 

Zakończenie Powstania to była jedna wielka rozpacz. To były dni, kiedy mogłam iść do swojego domu (gdzie zginęło pięćdziesiąt sześć osób) na Krochmalną 9. Nigdzie nie poszłam. Byłyśmy strasznie oburzone, że jest kapitulacja. W ogóle wielkie oburzenie było, że: „Jak mogli skapitulować? Dlaczego nie do końca? Wiedzieli co robią!”. W naszym poczuciu to była straszna tragedia. Przybite, zgnębione siedziałyśmy i w ogóle nie mogłyśmy darować, że nastąpiła kapitulacja. Ogólne przygnębienie było straszne.
Miałyśmy plecaki niemieckie z końską sierścią, niewiele miałam majątku. Na Grzybowskiej jak się zatrzymaliśmy, „Regina” mieszkała na Grzybowskiej, mówi: „»Lalka«, co ty masz?”. Mówię: „Nic nie mam”. Poleciała jeszcze do domu, [...] przyniosła koszulę nocną, ale wiem, że jak byłam w niewoli, to nie miałam pończoch. Poszły słuchy, że Niemcy wszystkie te plecaki odbierają, bo były niemieckie. Niemcy mieli plecaki, to co się nakłada na plecak było z końskiej sierści rudej. Jak [zobaczyli] plecak, to wszystko wywalali, zabierali. Trzeba się było przepakować. Ponieważ nie miałam wiele, miałam chlebak, to wszystko wzięłam.


Potem całe kolumny szły pieszo do Ożarowa, do fabryki kabli. Dzień był jasny, piękny. Niemcy nas z psami [pilnowali]. Psów nie było za wiele jeszcze wtedy. Ludność cywilna była kierowana na Pruszków, a wojsko na Ożarów. Były hale, bo była fabryka kabli. Była ubikacja, normalna toaleta, jedna czy dwie, to się wszystko wylewało. Potem zrobili na placu, gdzie było pełno ludzi, doły, troszeczkę desek. Widzieliśmy, kto mógł siedzieć, jak [się] było ciekawym. Nad ranem już nas wyczytali i do wagonów. Można powiedzieć, że jedną noc spędziłam i do wagonów towarowych. Zaczęłam się interesować bardziej. Nam się wydawało, że setkę władowali do tego wagonu. Mówią, że największe były osiemdziesięcioosobowe, nas ładowali cały wagon. Zadrutowali, nie wstawili nic, żadnego kubła. Myśmy miały scyzoryki czy coś, trzeba było dziurę zrobić.
Jechaliśmy na Śląsk do Lamsdorfu. Nie wypuszczali nas z wagonu. Przyjechaliśmy do obecnych Łambinowic, był obóz jeszcze z pierwszej wojny światowej, duży. Tam jeszcze Francuzi siedzieli, jak myśmy byli, to jeszcze podchorążacy [siedzieli], wojsko polskie z 1939 roku, siedzieli Jugosłowianie, Serbowie, różne kraje, które były z Niemcami w sporze. Były baraki po ruskich żołnierzach, którzy zostali wymordowani. Okna powybijane, drzwi też, toaleta gdzieś pod drutami.

Jak przyjechałyśmy, to jesteśmy głodne. Dziewczyny z „Chrobrego” miały nawet sok w półlitrowych butelkach, takie były przemyślne dziewuchy. Chłopaków od razu [poczęstowały]. Były pojedyncze druty, tak że można było przerzucać, jak się w kurtkę policyjną zawinęło. Nie miałyśmy wody, jak szłyśmy. Nam się chciało pić, a wody nie było, był tylko sok, którego nie można było wypić. W każdym razie one na [stronę] chłopaków przerzucały. Siedzieli Serbowie, siedzieli jacyś inni, grali nam na harmonii. Pierwsze wrażenie – kotły. Podchodzimy do kotłów, odkrywamy przykrywy, a tam spalone zielsko. Potem [już] wiedziałam, że to jest jarmuż. Powiedziałyśmy jako bohaterki: „Tego jeść nie będziemy”. Koniec. Tu bohaterki przyszły, a tu jarmuż spalony nam dają. Niemcy nic nie powiedzieli na to, tylko po jakimś czasie przyjechał gruby Niemiec bryczką, zajrzał i powiedział: Schluβ! , koniec, i kazał nam wydać suchy prowiant. Ale to było tylko raz, więcej się nie powtórzyło.
Byłyśmy kąpane. Trzeba było iść do kąpieliska, oczywiście latałyśmy nagie, a oni chodzili między nami w mundurach, ale na nas wrażenia nie robili, do tej pory nie robią. Potem, jak wróciłam do Polski, weryfikację miałam w Alejach Niepodległości. Kazali mi iść do baraku, a to był pobór żołnierzy, więc cały barak był nagich chłopów. Miałam przejść przez cały barak, bo oficer siedział w swojej kanciapie między chłopami. Ale mieli ubaw. Wszystko na golasa stali, zrobili mi wąskie przejście, musiałam przejść. Na mnie to wrażenia nie robi. Jak myśmy szły, to był chyba początek listopada, w każdym razie zaczął mżyć drobny śnieżek.

  • Cały czas mówimy o Łambinowicach?


Tak. To była skarpa, a niżej były łąki, były baraki. Ci, co byli z 1939 roku, to się jakoś zagospodarowali. Ale widzę po prawej stronie są wykopane doły. W dołach siedzieli, jak nam wtedy powiedzieli, partyzanci jugosłowiańscy. To stary bolszewicki zwyczaj: kopie się w ziemi dziurę, niczym nie przykrytą, nic nie ma, wsadza się ludzi skazanych na śmierć. Widziałam takie coś. Po iluś latach pojechaliśmy, ale nawet nie można było zobaczyć, gdzie był Lamsdorf, były tylko baseny. Po basenach zobaczyłyśmy, że to był Lamsdorf, nasz obóz. Stamtąd, po jakimś miesiącu (pamiętam Pijewski, aktor, chłopaki – stali przy wyjściu i nam śpiewali) myśmy jechali do Mühlbergu. To był obóz międzynarodowy, byli Amerykanie, Francuzi, Anglicy. Oni się mieli bardzo dobrze, grali w piłkę. Od razu coś do naszego kotła podrzucali. Pierwszy raz zobaczyłam masło orzechowe, bo mieli świetne. Czerwony Krzyż działał sprawnie, jeńcy nie byli głodni.

  • Dostała pani paczki z Czerwonego Krzyża?


U nas były baraki czyste, ale nie było prycz. Była masa pledów, nie koców, piękne, jasne pledy, naprawdę w dobrym gatunku. [...] We trzy miałyśmy legowisko na podłodze, czysto było i miałyśmy pledów ze dwanaście. Trzepałyśmy sobie, paznokcie sobie zrobiłyśmy, bo nie miałyśmy co robić. Obcokrajowcy stali za drutami, a pełno dziewuch młodych i to krasiwych. Zaczęły sobie z koców szyć kostiumy. Niemcy się zorientowali, później jeszcze zobaczą jedną w kostiumie z koca, to zabiorą nam koce. Byłyśmy tam niedługo. W końcu zażądali Niemcy sto dziewcząt do fabryki w Karl-Marx-Stadt, dawne Chemnitz, zbrojeniowa Germania. [...]
Ponieważ moja „Regina” była komendantką i przyrzekła mojej mamie, że będzie miała na mnie oko, więc nie chciała mnie puścić, ale robiłam histerię, bo moje przyjaciółki odjeżdżały, a ja miałam zostać. W końcu też pojechałam. Załadowano nas, chyba setkę dziewczyn. Wczesnym rankiem nas przewieźli albo wieczorem. Niemcy zawsze wozili albo wczesnym rankiem albo wieczorem. Zasadniczo nie przejeżdżało [się] przez miasto, nie przechodziło [się] przez miasto. Przyjechałyśmy po południu albo wieczorem do fabryki. Fabryka, trzypiętrowy dom, potem były hale, potem różne montażownie, wszystko było otoczone bramami. Dali nam jeść w miskach glinianych bardzo dobrą zupę. Potem na górę, na trzecie piętro wchodziło się po żelaznych kręconych schodkach. Weszłyśmy, a tam nie ma prycz. Powiedzieli, że musimy poczekać parę dni, bo prycze się dla nas robią, nowiusieńkie prycze. Rzeczywiście wstawili bardzo szybko. Miałyśmy sypialnię, potem była jadalnia, a potem można się było wykapać. Wstawałyśmy o godzinie szóstej i pracowałyśmy do godziny szóstej, dwanaście godzin. Potem, jak już prycze były, to nam kazano ustawić się w rząd podwójny i przyszli kierownicy poszczególnych działów. Wybierali sobie dziewczyny, jak na końskim targu.
Mnie wybrał Ruber, bardzo przystojny młody Niemiec, i Izę Rzeszowską, która jest w Afryce Południowej. Tylko ją i mnie przyjął, a reszta poszła. Myśmy bardzo dobrze trafiły, bo na montażownie. Miałyśmy stół, imadła, sztance, pilniki, coś piłowałyśmy, potem się odstawiało, kładło się. Nie miałyśmy ciężkiej pracy. Reszta dziewcząt poszła, bo było schwartzkommando, które było często brane do przewożenia maszyn, różnych rzeczy. To one ciężko miały. Były olbrzymie hale, olbrzymie maszyny, dziewczyny wyciągały resztki blachy, metalu, to gdzieś woziły. Natomiast Ruber nas nigdy do ciężkich [prac nie brał]. Byłam na jednej hali, a ona była na drugiej, nigdy nie wolno nas było brać, to były jego dziewczyny, nie wolno.
Jak przyszłam pierwszego dnia, robotnicy siedzieli przy stali, wszystko na niebiesko się paliło. Miałam warkocz, stanęłam. Byli młodzi Niemcy i Flamandczycy i starzy Niemcy, cztery osoby przy stole. Stary Niemiec na skos przede mną stał, co jakiś czas mi dawał [znak], żebym poszła za drągi, stół, gdzie się stawia sztangi, żebym pospała sobie. Nigdy tego nie robiłam. Od czasu do czasu, jak wszyscy szli na obiad, a myśmy zostawały, to mi przez dziurkę mógł bezpośrednio podać albo jabłuszko albo kanapkę wepchnął. Taki był czuły Niemiec. Wtedy dostałyśmy pierwsze paczki i zresztą jedyne. Nie paliłam. Myśmy miały papierosy, to były amerykańskie papierosy, więc dziewczyny paliły. Jak dostawałam od cywilów Flamandczyków liście, to dawałam dziewczynom, robiły sobie papierosy. Młodzi Niemcy za nami chodzili, żebyśmy chociaż jednego papierosa, a my nigdy.
Miasto jest położone w części na dole, jest kanał, potem fabryka, potem góra, potem dalsza część miasta. W każdym razie Niemcy, jak były naloty, bardzo często były alarmy, uciekali do swoich pod budynkiem. [...] Dla nas było wykopane, tak jak są transzeje, okopy, tylko to było zadaszone, było światło i były ławeczki. My tam siedziałyśmy sobie.
Alarmy były bardzo częste, samoloty przelatywały. Jak był alarm, to nas spędzali po schodach karabinami. Bardzo się bali. Zresztą nie byli okrutni dla nas, ale starali się nas zepchnąć tak samo. Siadałyśmy, śpiewałyśmy, jak bohaterki narodowe. W ogóle było radośnie, bo nigdy na nas nic nie spadło. Dostałyśmy pierwsze paczki. Cały czas myślałam, że z Izraela, a przecież Izraela jeszcze wtedy nie było. Było mleczko i kawa, papierosy, serki jak w paczkach czerwonokrzyskich. Myśmy dostały paczki, a oni nas spychają. My nie chcemy. My to jeszcze, ale te, które przyszły spać po całej nocy, to nie chciały. Oni karabinami, kolbami, żeby zwalać ich, żeby w końcu wstały. Zwalili nas, spędzili na dół, ale w końcu mówimy: „Paczki zostały!”. My pod prąd, oni nas kolbami, a my pod prąd idziemy. Dobiegłyśmy, nie wszystkie, te bardziej sprytne dziewczyny, złapałyśmy resztki paczek. Zagnali nas do schronów.
Z początku było cicho, ale potem zaczęło się. Takie bombardowanie tylko tam przeżyłam. Fala za falą nadlatywały, bez przerwy bombardowania, ciężkie bombardowanie. Myśmy zamilkły, zupełnie cicho siedziałyśmy, światło nam zgasło w ogóle. Były dwa wyjścia i siedzieli żołnierze z karabinami. Zupełnie było cicho, ciemno. Chcemy wyjść jednym wyjściem, nie ma, zasypane, ale drugie nie było zasypane. Tak nad ranem uchylamy [drzwi], a tu nie [ma] wyjścia. Wszystko się pali. Gazy były, więc były płomienie niebieskie, różowe, ściana ognia. Wtedy całą fabrykę, wszystko, co myśmy zostawiły, spłonęło i Niemców przysypało, ale nie przebiło do piwnic. Mieli łopaty, kilofy, wydostali się i podeszli, [sprawdzić] co z nami. Byli przekonani, że myśmy wszystkie zginęły, bo straszny ogień oddzielał nas od drugiej części zabudowań fabrycznych. Jak ogień troszeczkę [przygasł], to nasze „żółtko”, jak myśmy nazywały, okryli celtą, polewali wodą i przeskoczył już mały ogień. Patrzą, a my żyjemy. Oczywiście bez pończoch, bez niczego, bo tylko na chwilę.
To był koniec lutego, może początek marca. W każdym razie śnieżek zaczął padać. Mówi jeden z Wachmanów: „Idziemy w miasto po pożywienie”. Momentalnie zniszczyli miasto, Chemnitz było zniszczone zupełnie. Wszędzie nas wyrzucali. W końcu przyszłyśmy z niczym. Ninka Han, moja przyjaciółka, pracowała w kuchni, jak Gruzinka postawna wyjechała. W każdym razie mówimy: „Ninka, pracowałaś, to przecież były piwnice, gdzie były kartofle, trzeba się dokopać”. Dokopałyśmy się. W nocy młodsze szły pod budynek, który się palił jeszcze, jak w piecu piekarniczym, można było dwadzieścia minut wytrzymać, dłużej [się] nie wytrzymywało, a drugie szły do naszych schronów, bo wszystko było zbombardowane. Dokopałyśmy się. Zrobiłyśmy ognisko, poszukałyśmy kubła, [znalazłyśmy] trójnóg i kartofle z jeżynami gotowałyśmy. Niemców karmiłyśmy i same siebie karmiłyśmy, do tego jeszcze piekłyśmy kartofle. Wtedy wygnali masę jeńców, żołnierzy z obozów, to myśmy piekły, stałyśmy we wnękach, podrzucałyśmy, co mogłyśmy. Chyba z tydzień czasu koczowałyśmy na śniegu. Bez pończoch, ale nigdy się nie zaziębiłam. Bez przerwy chorowałam na pęcherz, a tam nic, absolutnie nic mi nie było.
W międzyczasie, w styczniu, zajechały sanitariuszki z Zeithain, więc nas było koło sto trzydzieści. Wszystko młode dziewczyny i nas teraz gnali. Gnali nas do Hermsdorfu, to było parę kilometrów za Chemnitz. Tam byli przeważnie dolmeczerzy – tłumacze. To był budynek, [który] stał przy drodze. Im się tam podobało, super powodziło. Jak nas zobaczyli, sto trzydzieści umorusanych, brudnych dziewuch, to najpierw pierwsze pytanie było: „Słuchajcie, czy chcecie gotować same, czy Niemcy mają gotować?”. Mówimy: „To zobaczymy kuchnie”. Kuchnie były śliczne, ale myśmy nie chciały gotować, absolutnie. Tam było tak, że oni mieli [dużo] paczek. Powiedzieli: „My wystawiamy buty na zewnątrz”. Wystawiali buty i Niemiec im czyścił. Mieli wszystko. Zaraz ksiądz się znalazł i w ogóle było bardzo fajnie. Trzeba było stamtąd nas wysłać do naszego obozu macierzystego czyli do Oberlangen pod granicę holenderską. Dziewczyn po dwadzieścia pięć, po trzydzieści [wysyłali]. Zawsze miałam szczęście, że byłam przy głównej komendzie z dziewczynami, więc zawsze jechałam ostatnim transportem.
Pamiętam, że ostatnią noc, to nas umundurowali, dali bieliznę, dali plecaki, a w plecakach czekolada, kawa, ryż, wszystkie najlepsze rzeczy. Prawie że nie byłyśmy w stanie tego unieść. Wzięli olbrzymi wóz z kołami, na dyszel, to wszystko załadowali, zaprzęgli się i zawieźli w nocy nas na stacje. Pożegnaliśmy się bardzo czule i czekaliśmy na pociąg. Przyszedł pociąg. Tym razem pociągi były strasznie zatłoczone Niemcami. Nas było dwadzieścia czy dwadzieścia pięć, ostatni transport co szedł. Niemcy od razu wszystkich wyrzucili z paru przedziałów, ile potrzeba było [miejsc], nawet żołnierz, jak miał rękę na temblaku, lekko ranny, to też ich wyrzucili i nas posadzili. To był koniec wojny. Potem przyszedł oficer. Pyta się, czy nie przeszkadzać nam będzie jak lżej ranni będą na korytarzu. Powiedzieliśmy, że nie, absolutnie, mogą sobie stać na korytarzu. Jechaliśmy, wszędzie bombardowania, przez lasy, szum, bo zagłuszali radar. Gdzieś nocowaliśmy w kazamatach. Jednocześnie przerzucali nas z miasta do miasta.
Pamiętam, stoimy na peronie, dziewczyny w mundurach, plecaki i czekamy na pociąg. Pociągu nie ma. Na drugim torze stoi skład szpitalny, ranni Niemcy, są łóżka, drzwi otwarte, część siedzi. My stoimy i niektóre które paliły sobie „playersy” czy inne. Oni nas obserwują. W końcu nie wytrzymali. Oficer z sanitarnego przychodzi do naszej „Pantery”, dolmeczerki, pyta się, kim my jesteśmy. „Jeńcy wojenni”. Mówi żebyśmy przestały palić, bo ranni niemieccy żołnierze nie mają papierosów, a one mają od Amerykanów. „One muszą przestać palić”. Jak „Pantera” powiedziała: „Dziewczyny mamy przestać palić”, wszystkie zaczęłyśmy palić. Normalnie, gdyby to nie był koniec, to by nas uspokoili, ale wtedy się inaczej z nami obchodzili.
Przyszedł nasz pociąg, wsiadłyśmy, potem autobusami jechałyśmy. W każdym razie jak się do autobusu wsiadało, to się z kolei wyjmowało czekoladę, żeby na ich oczach jeść. Tak jechałyśmy aż dojechaliśmy do Oberlangen. Przed Oberlangen pięć kilometrów była szkoła, [w której] nocowali saperzy niemieccy. Całą noc (przynajmniej ja i parę dziewczyn) myśmy nie spały, tylko handlowały z saperami niemieckimi. Wiedziałyśmy, że obóz to jest obóz. Po co nam czekolada czy ryż, my potrzebujemy kartofle, słoninę i cebulę, to jest potrzebne. Całą noc myśmy handlowały z Niemcami, oni bardzo chętnie, bo rarytasy. Ranek wstał. Na północy to jest wcześnie, było radośnie, słonecznie, były zagajniki. Miałyśmy tak ciężkie plecaki, że złożyłyśmy się po dwie fajki, wynajęłyśmy chłopa niemieckiego. Plecaki wrzuciłyśmy na wóz, szłyśmy sobie, śpiewałyśmy radośnie. Szłyśmy do ostatniego obozu. Nie wiedziałam, że to jest ostatni obóz macierzysty, nasz obóz. Jak podeszłyśmy bliżej, mówię: „Dziewczyny!”. Zupełnie jakby rój pszczół się wyroił, a tam było tysiąc siedemset siedemnaście dziewcząt i niemowlaków jeszcze [trochę] było. Nie wiem, czy tak odczułam, że taki jest gwar. Było cicho, były moczary, nie było domów, wsi.
Przyszłyśmy do obozu i pierwsze nasze komando, to było „szajs-komando”. Te, które ostatnie przychodzą, wywożą „szajs”. Strasznie byłyśmy oburzone, ale nam wytłumaczono, że pierwsze komando to jest „szajs-komando”. Zaprzęgałyśmy się do dyszla, czyściło się latryny i wywoziło się pod nadzorem Niemców. Zauważyłam, że są chętne do wywożenia. Okazało się, że były dziewuchy, które bardzo chętnie szły, bo tylko dojeżdżały do pola, zostawiały nowicjuszki jak my, a same leciały na pobliską wieś i handlowały z Niemcami. Kupowały kartofle, cebule, róże rzeczy. Potem się skończyło. Byłam bardzo krótko, bo byłam ostatnim transportem. Niemcy uciekają, wszystkie szosy są zawalone.
Naraz wrzask niesamowity, wjeżdża czołg. Dziewczyny, które znały języki [pobiegły], a to była 1. Dywizja Pancerna generała Maczka: „My Polaki!”. Niesamowita radocha była. Samochodów się nazjeżdżało. Dziewczyny, obojętnie – stara, młoda, pełno żołnierzy, lotnicy, marynarze. Każda mogła wyjść za mąż, największa brzydula. Rozwalili bramę. Oni się dowiedzieli, że gdzieś w pobliżu, pięć kilometrów od granicy holenderskiej, jest obóz kobiet – żołnierzy. To jedyny obóz na świecie był. Poszedł jeden zwiad, jeden czołg. Rozwalili bramę, stanęli i mówią: „To teraz co musimy wam tutaj przysłać? Rozwaliliśmy bramę”. Wszędzie w okolicach były jednostki niemieckie, rozbite bardzo groźne oddziały. Ale nasza dzielna komenda powiedziała: „A po co nam? Nam [potrzebna] broń!”. Jak broń, to broń. Dali nam. W związku z powyższym, jak dali broń, to zrobili kompanię wartowniczą. Jak mój syn powiedział: „Mamo, widziałem kiedyś, że byłaś w spodniach”. Mówię: „Tadek, nie zawracaj mi głowy, nigdy w spodniach nie chodziłam”. Spodnie cięłyśmy, wyfasowałyśmy z magazynów niemieckich piękne nowe kożuchy.
Był rów naokoło obozu, [to była pierwsza warta], druga to już asfalt i zostawili tylko jeden wóz pancerny z radiostacją i dwóch chłopaków czy czterech, z karabinem maszynowym. My z karabinami, w kożuchach, w nocy łaziłyśmy do momentu, kiedy nie zobaczyłyśmy chłopaków. Jak zobaczyłyśmy chłopaków, to prędko z małej [warty] na dużą i z nimi chodziliśmy. Byłyśmy bardzo dzielne.


Potem była weryfikacja, kto co umie. Dziewczyny, które były po maturze i znały francuski, to jechały do Brukseli na studia wyższe. Część poszła do oddziałów, jako kantyniarki, różne dziewczyny starsze. Mój wiek, ponieważ było miasteczko nad Emsem (to jest rzeka), Haren, generał Maczek wszystkich Niemców wyrzucił, wysiedleni zostali. Stało się pierwszym polskim miasteczkiem na terenie strefy angielskiej. Była szkoła. Na przykład dyrektorem pierwszym był Tadeusz Nowakowski z Wolnej Europy, nawet mam świadectwo z jego podpisem. Byli nauczyciele, wszystko oficerowie, w różnych obozach siedzieli, to przyszli do nas i było normalne gimnazjum. Masę chłopaków z 1. Dywizji Pancernej, z różnych jednostek, którzy byli z Rosji wywiezieni, którzy nie pokończyli [szkół], nie zrobili matury. Nawet Józef Szajna, który był w obozach koncentracyjnych, też tam robił maturę. Raz się z nim widziałam na przyjęciu. Tak było, było bardzo fajnie. Dla nas zrobili internat, chłopaki mieszkali w bursie, było przedszkole. Była szkoła krawiecka, była jeszcze jakaś szkoła. Było bardzo dobrze zorganizowane to miasteczko, tym bardziej że masę ludności wywiezionej, polskiej, tam ściągało. Jednego dnia, podobno, było ze sto pięćdziesiąt par na ślubnym kobiercu, żeniło się wszystko na potęgę. Welony robiły z firanek. Było wesoło, uczyłyśmy się, latałyśmy. Przyszła powódź, zalała nas. Potem ksiądz nas na ambonie wyklął.

  • Za co?


Dlatego że wszystko było otoczone wodą. Chłopaki podjeżdżali łódkami i myśmy jeździły. Powódź, to stoi woda. Jednego dnia wracałyśmy, nastąpiła powódź, wszystko zalało. Byłyśmy otoczone wodą. Do nas przyjeżdżali różni nasi chłopcy. Na pewno nie płakałyśmy.

  • Trudno płakać…


Trudno płakać, jak ma się szesnaście, siedemnaście lat. To była przerwa. Ponieważ moja matka w Murnau, codziennie mówili: „Twoja mama cię poszukuje. Poszukują cię przez radio”. Mój chłopak szedł przez Syberię, bo był ze Wschodu. Mieli wrzody, od czasu do czasu się odnawiały. Był w szpitalu. Myśmy z moją przyjaciółką, Krysią Kaczorowską, powiedziały: „Jedziemy do Polski”. Żaden oficer łącznikowy nam nie był potrzebny, powiedziałyśmy: „Jedziemy na stację i pierwszy pociąg, który wraca do Polski, to my jedziemy”. Przyjechał ze szpitala, bo dzwonili, całą noc siedzieli z nami żołnierze, oficerowie, żebyśmy nie jechały do Polski. Dużo przecież [dziewczyn od nas] zostało na całym świecie, ale nie wyobrażałam sobie życia na Zachodzie, w ogóle nie.
Nie tyle może za rodziną, ile za Warszawą tęskniłam. Jak zgrzyt był w Bremie czy w Hamburgu, na stopie jeździłyśmy, ile miałyśmy przygód, to mi się wydawało, że tramwaj skręca na plac Grzybowski czy coś, strasznie się tęskniło za Warszawą. Powiedziałyśmy: „Jedziemy”. Zapakowali nas na dżipa, pojechałyśmy na stacje, ale pociągu nie było. Pojechali po coś jeszcze, w tym czasie przyszedł pociąg załadowany cały wojskiem z zachodu, Polakami. My w całym transporcie byłyśmy dwie – Krysia Kaczorowska i ja. Pół wagonu zrobiło miejsce dla nas, jako dla dam. Byłyśmy w mundurach, opalone jeszcze, poprzyczepiałyśmy sobie rzepy, więc byłyśmy kapitanowie. Jak zobaczyłam polskich żołnierzy, byli ślicznie umundurowani, to znaczy dopasowane mundury, jak to na Zachodzie. Natomiast, jak zobaczyłam naszych biedaków w tych płaszczach. W każdym razie na granicy wtedy był okres, że Rosjanie wagony przeczesywali, rabowali i tak dalej. Do naszego pociągu żaden nie podszedł. Nasi oficerowie podeszli do oficerów radzieckich. Myśmy stały, wysiadłyśmy z wagonu, stałyśmy z daleka. Pytają się: „Co to za dziewuszki?”. Mówią: „To są polskie oficerki”. Miałyśmy rzepy, z daleka nie widać. Tak przyjechałyśmy. Przez Legnicę jechałam i przyjechałam do Warszawy. Jedyne dolary, które dostałam (dwadzieścia dolarów) to pożyczyłam jakiemuś profesorowi, bo żonę ściągał przez mojego chłopaka, na wieczne oddanie. Przyjechałam, a tu nic nie ma. Zupełnie nic nie było.

  • Kiedy pani wróciła do Polski?


Wyjechałam stamtąd 8 sierpnia. Mam zdjęcie, na którym się żegnam przed naszym internatem. Parę dni jechaliśmy.

  • To był 1945 rok?


1946. Tęsknota jest niesamowita. Mamy zjazdy, w 1988 roku, po czterdziestu paru latach niewidzenia się, zjechało się całe bractwo z całego świata. Są i w Ameryce, i w Kanadzie, i w Nowej Zelandii, wszędzie są. Zauważyłyśmy, że nasze koleżanki tam mają pozakładane rodziny, mają wnuczki, a na starość zostawiają wszystko i przyjeżdżają tutaj. Jak moja córka wyjeżdżała na Zachód, to mówi: „Mamo, gdzie pojadę, to bez przerwy ta Polonia, że oni tak tęsknią. Mówię: „Jak tęsknicie, to wracajcie”.

  • Miała pani później nieprzyjemności?


Nie mogę powiedzieć, że byłam szykanowana. Potem, jak w „Solidarności”, to miałam kradzież. Jedyny raz w życiu nie posłałam łóżka, miałam pościel rozłożoną, wszystkie moje odznaczania, ordery i mojego męża pięknie poukładane i szukali. Jak zobaczyłam, że było włamanie, tylko patrzyłam, czy złodzieje [nie zabrali odznaczeń]. Zadzwoniłam, że patałachy, bo nawet kraść nie potrafią. Nie miałam. Zakładałam „Solidarność” u siebie, był stan wojenny, mój zastępca miał przepustkę nocną, ja natomiast nie miałam. Dyrektorzy powiedzieli: „Jak was będzie przeszło pięćdziesiąt, to przystąpimy do was”. Ale nigdy nie przystąpili, chociaż było dużo więcej. Ale żebym osobiście była szykanowana, [to nie]. Żebym miała represje, nie mogę powiedzieć, zresztą: a co ja im zrobiłam?

  • Mówiła pani, że wspomina okres Powstania jako wielką radość? Jak ogólnie patrzy pani na Powstanie, mając tą wiedzę, doświadczenie?


Mam wiedzę, zależy co się czyta.

Po pierwsze ukazały się przed Powstaniem ogłoszenia, że sto tysięcy Polaków [jest] potrzebnych do kopania rowów. Oni Warszawę by zostawili? Mój brat i moja siostra byli na Pradze. Przez megafony Rosjanie [nawoływali], żeby nareszcie ludzie powstali, że oni idą. Myśmy byli przekonani, że pomogą. Guzik pomogli, nie pomogli nic, tylko czekali aż się Warszawa wykrwawi. To była ich normalna polityka, żeby się Warszawa wykrwawiła.

Trudno powiedzieć. Masę [ludzi zginęło], jak się mówi: brylanty rzucane, Kamiński mówi… Takiego entuzjazmu, patriotyzmu… Chociaż byli młodzi, którzy nie czuli tej potrzeby. Ale młodzież inna, wychowana w różnych organizacjach, gimnazjach, szkołach, organizacjach harcerskich to jednak była bardzo patriotyczna. Przecież nas nikt w domu nie uczył. Miałam rodzinę bardzo dobrą, ale żeby mnie ojciec uczył patriotyzmu? Szkoła uczyła, myśmy się w szkole i w organizacjach uczyli. Miłość w nas i zaangażowanie, to się [ze szkoły wynosiło]. Nic mi mama nie mówiła – musisz być dobrą Polką i tak dalej, takimi sloganami nie mówiło się do nas.

  • A i tak cała rodzina była zaangażowana?


Cała rodzina była zaangażowana. Mama w Powstaniu tak samo, dopóki nie wyszła, chłopakom prała i udzielała się. Ojciec, ponieważ w dzieciństwie był chory na Haine-Medina (myśmy wtedy nie wiedziały, że Haine-Medina istnieje) każdy człowiek ułomny, to inaczej podchodzi do niebezpieczeństwa, bo nie jest sprawy fizycznie. Natomiast mama była twarda chłopka. Wiedziała, że jak trzeba, to trzeba. Wiedziała, że wszystkie dzieci są zaangażowane, że dzieci mogą nie wrócić. Mamy nie chcieli wziąć, miała czterdzieści cztery lata, tylko [miałam] siostrę młodszą o rok i mama z nią poszła. Jeszcze chcieli brata ściągnąć. Przyszły jednostki sowieckie, jak przychodzi szpica, parę czołgów wjeżdża, to ludzie różni (nie mówię o Polakach, którzy byli przymusowo zwerbowani do Niemiec), to następuje grabież, jest odwet. Przyszli potem Polacy z 1czy 2 Armii, powiedzieli: „Uciekajcie, bo my się wycofujemy. Jest nas bardzo mało, idą większe siły”. A gdzie można uciekać? Nigdzie. Wtedy weszły jednostki esesowskie, zgarnęli wszystkich ludzi pod mur kościelny, karabiny maszynowe, i zaczęli rozwalać tych ludzi. W ostatniej chwili moja mama, moja siostra, jej znajoma, zdążył kierownik przylecieć i ludzi, którzy u niego pracowali w fabryce okularów, uratował. Reszta została rozstrzelana. Cała moja rodzina była rozproszona wszędzie i wszyscy wrócili.

  • Mogła to być nagroda za patriotyczną postawę.


Do tej pory nie wyobrażam sobie… Dla mnie Powstanie, potem wybór Karola Wojtyły, potem „Solidarność”, to było coś pięknego.

Warszawa, 26 czerwca 2007 roku
Rozmowę prowadziła Ola Żaczek

Leokadia Kalisiak Pseudonim: „Lala” Stopień: plutonowa, sekcyjna, łączniczka Formacja: Zgrupowanie „Chrobry II”, Komenda Okręgu AK Dzielnica: Śródmieście

Zobacz także

Nasz newsletter