Nazywam się Leszek Krajewski.
11 grudnia 1930 roku w Warszawie.
Wtedy na ulicy Śliskiej 62.
Antoni Krajewski i Helena Krajewska.
Mianowska.
Nie, mama była krawcową, miała maszynę do szycia i szyła dla pań. Wszystkie sukienki, całą garderobę, ale dla pań.
Nie, w mieszkaniu miała maszynę do szycia Singera i szyła. Przychodziły klientki. Tak było przed wojną i w czasie okupacji.
Ojciec był cukiernikiem. Pracował w takim zakładzie cukierniczym, ale musiał… Jak się wojna zaczęła, jak ja się urodziłem, to mieszkaliśmy na ulicy Śliskiej 62. Później Niemcy zrobili getto warszawskie i tę ulicę Śliską włączyli do getta, tak że musieliśmy się przeprowadzić. Przeprowadziliśmy się na ulicę Żelazną pod numer 32. Później znowu Niemcy podzielili ulicę wzdłuż, postawili płot z drutów kolczastych i jedna strona ulicy Żelaznej należała do Polski, do Polaków, a druga strona należała do getta. Numery parzyste należały do getta, więc musieliśmy się znowu przeprowadzić z ulicy Żelaznej i przeprowadziliśmy się na ulicę Twardą 48.
Tak, do drugiej klasy. Do drugiej klasy zdążyłem chodzić i koniec, na tym się skończyła moja edukacja.
Szkoła była na ulicy Złotej. Nie tak daleko miałem do szkoły.
O, to już trudno. Tam gdzieś może mam zanotowane, ale tak z pamięci to nie pamiętam.
Pamiętam, jak przez radio redaktorzy ogłaszali: „Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy. Koma pięć – tam takie swoje jakieś hasło wymawia – przeszedł albo nadchodzi. Uwaga, uwaga, uwaga, uwaga. Alarm nadchodzi”.
Niemcy stopniowo wprowadzali swoje rządy, wprowadzili kartki na żywność. Tak że chleb trzeba było kupować na kartki, masła to nawet nie było, tylko margaryna. […] Cukru też nie było, tylko były takie pastylki, imitacja cukru. Tak że z żywnością było bardzo krucho. Ludzie jeździli – byli tak zwani handlarze, którzy przywozili trochę słoniny, trochę mięsa. Oni przywozili to pod swetrami, na sobie, dlatego że Niemcy jak kontrolę wagonów robili, no to jak zobaczyli, że ktoś ma większą wałówę, większe walizki czy coś, to zabierali. Tak że ci handlarze to: „Spod cycka kap kap, słonina i schab, zaczyna się więc sielanka. On objął ją w pół, ona gruba jak wół, pod paltem słonina, rąbanka. Teraz jest wojna, kto handluje, ten żyje” i tak dalej.
Mama miała maszynę i zajmowała się krawiectwem. A tata był cukiernikiem. Tylko że myśmy mieszkali po lewej stronie… Główną arterią komunikacyjną, główną ulicą w Warszawie kiedyś były Aleje Jerozolimskie. Myśmy mieszkali po północnej stronie Alei Jerozolimskich: na Śliskiej, na Żelaznej, potem na Twardej. Ale to wszystko było po północnej stronie, a tata pracował po południowej stronie Alei Jerozolimskich. Tam pracował jako cukiernik w jakimś prywatnym zakładzie cukierniczym na Czerniakowie. Myśmy mieszkali w Śródmieściu, a musiał do pracy dojeżdżać poprzez Aleje Jerozolimskie, na drugą stronę Alei Jerozolimskich i aż na Czerniaków. Tam w zakładzie cukierniczym pracował i tam go zastało Powstanie Warszawskie.
1 sierpnia, jak nikt nie wiedział, że wybuchnie Powstanie Warszawskie.
O getto, tak, tak. Aha. Getta warszawskie były dwa. W Warszawie Niemcy zrobili dwa getta. Jedno getto było tak zwane duże getto (chyba tak się nazywało, jeśli sobie przypominam), a drugie było małe getto. To duże getto to było ogrodzone drutami kolczastymi i płotem, murowanym płotem. Była straszna bieda w getcie.
Jak przeprowadziliśmy się na ulicę Twardą 48, to Niemcy… Niemcy zmieniali granice getta. To znaczy raz w jednej ulicy postawili ogrodzenie, potem w drugiej ulicy postawili ogrodzenie. W końcu ulicę Żelazną przegrodzili – w środku, w jezdni postawili płot z drutów kolczastych od skrzyżowania ulicy Siennej z ulicą Żelazną aż do ulicy Chłodnej. Ulica Chłodna już była odgrodzona, to już było tak zwane getto duże. Tam był mur postawiony i była brama, i do getta dużego to Żydzi nie mogli się dostać, trudno im było, nie puszczali Żydów. A małe getto to było koło nas, gdzie myśmy mieszkali, na ulicy Twardej 48 – jakieś pięćdziesiąt metrów od naszego budynku rozpoczynało się małe getto.
Och, bez przerwy. To znaczy prawie codziennie widziałem, jak Polacy podawali Żydom żywność w workach, w jakichś paczkach, pakunkach. To było ogrodzenie z drutów kolczastych, to rozchylali druty kolczaste, podnosili druty i z bramy wybiegali z workiem ziemniaków czy z czymś innym, z mąką czy tam z chlebem. Przeważnie worki z mąką i ziemniaki podawali Żydom. Rozchylali druty i przez te rozchylone druty wrzucali worki z żywnością do getta. A Żydzi wiedzieli już, wybiegali z bramy i zabierali te worki. Raz nawet się nie udało przerzucić tych ziemniaków do getta i ten worek z ziemniakami zatrzymał się, zaczepił o te druty kolczaste. No i Żydzi nie mogli go odebrać, bo wzdłuż drutów po polskiej stronie chodziły patrole. Patrole to były tak: najpierw getta pilnowała policja polska, przedwojenna, później zamienili. Ci wartownicy, co pilnowali getta, stali w pewnej odległości, co sto czy co sto pięćdziesiąt metrów, po polskiej stronie, z karabinami i pilnowali, żeby nikt do getta nic nie podawał, nie przerzucał, i zabraniali, żeby Żydzi przechodzili na polską stronę. Na polską stronę to przechodziły dzieci. Przeważnie dzieci, mali chłopcy, jakieś dziesięć, dwanaście, piętnaście może lat, przez te druty jakoś tam się przedostali, takie bluzy mieli, sznurkami się opasali i na polskiej stronie już będąc, kupowali żywność i tu za pazuchę do tej bluzy sobie naładowali, to wyglądali pękaci, no i z tym starali się przedostać znowu do getta. Ale ci wartownicy… To było tak, że na polskiej stronie to chodziły patrole żandarmerii niemieckiej, po dwóch, po trzech żandarmów. Oprócz tego policja polska pilnowała. Polska policja pilnowała, tak że jak takiego małego Żyda albo Żydówkę złapali na polskiej stronie, już obładowaną tą żywnością, z tymi burakami czy ziemniakami, to podprowadzali do drutów, do tego ogrodzenia z drutów kolczastych, a przy drutach stały te posterunki. Najpierw to pilnowali chyba policjanci polscy, ale później Niemcy zamienili tych policjantów na Litwinów. Tak, najpierw Litwini pilnowali, bo wojsko litewskie współpracowało z Niemcami. Posterunki stały co sto pięćdziesiąt metrów mniej więcej, jeden od drugiego, z karabinami i pilnowali, żeby przez te druty się nikt nie przedostawał. Więc najpierw pilnowali Litwini, ale Litwini byli tacy dosyć łagodni. Jak widzieli, że Polacy chcą przerzucić jakąś żywność do getta, to oni sobie odchodzili w tamtą stronę, udawali, że nie widzą. Ale potem Niemcy zamienili Litwinów na Ukraińców. Ukraińcy to już byli bardzo srodzy.
O, w getcie, tak. W 1943 roku wybuchło, chyba bodajże w kwietniu wybuchło powstanie w getcie.
No więc ja to mogłem tylko widzieć przez druty, bo myśmy mieszkali w drugim budynku od drutów kolczastych. To było gdzieś pięćdziesiąt metrów od getta, od tych drutów kolczastych ogradzających getto. No to tylko tyle widziałem, co tam w getcie. Tam była straszna nędza. Straszna, bo żywności w ogóle Żydzi nie mieli. Tylko tyle, co Polacy im podawali przez druty i tam, gdzie były mury, gdzie były te sieci kanalizacyjne, takie okienka, to przez te okienka podawali Żydom żywność. […] Raz jak Polacy podawali, bodajże to były ziemniaki, ten worek zaczepił się w tych drutach, to były druty kolczaste, tak że Żydzi nie mogli go odebrać. […] To był ’43 rok chyba, w zimę, ja na sankach jeździłem wtedy po ulicy, pięćdziesiąt metrów od getta – jeździłem, bo człowiek się przyzwyczaił do tych warunków. Ukraińcy wzięli ten worek, który zaczepił się w drutach kolczastych. Nadszedł patrol żandarmerii niemieckiej. Zobaczyli, że ja na sankach jeżdżę po ulicy, bo ja już tak przyzwyczajony byłem, to już wrażenia dużego dla mnie nie było. „Kommt, kommt” – zawołali mnie. Musiałem podejść. To było blisko, jakieś dziesięć, piętnaście metrów od drutów. Załadowali ten worek z ziemniakami na sanki i na ulicę Chłodną. Na Chłodnej była żandarmeria… Nie, na ulicy Żelaznej przy skrzyżowaniu z ulicą Chłodną była placówka żandarmerii niemieckiej i ja musiałem wzdłuż ulicy Żelaznej ciągnąć te sanki. Bo żandarmi szli ze mną, trzech z karabinami, to ja nie miałem wyjścia, musiałem ciągnąć te sanki z tymi ziemniakami do placówki żandarmerii niemieckiej na rogu Żelaznej i Chłodnej. No i tam do bramy wjechałem, zaciągnąłem te sanki do bramy. Niemcy zrzucili worek z ziemniakami, zabrali po prostu te ziemniaki, a mnie, „Raus! Raus!”, „wynoś się”, po prostu. No i ja był zadowolony, wróciłem do domu.
Jedynakiem.
Tak, bo rano szedł, tramwajem musiał jechać, bo Czerniakowska jest za Alejami Jerozolimskimi. Myśmy mieszkali po drugiej stronie Alei Jerozolimskich. No i on poszedł do pracy. To było 1 sierpnia i nikt nie wiedział, że w tym dniu rozpoczną się walki. […]
Proszę pani, Powstanie nie wszędzie w Warszawie wybuchło o godzinie siedemnastej. Wtedy mieszkaliśmy na ulicy Twardej 48 i o godzinie szesnastej ja patrzę przez okno… Bo nikt nie wiedział przecież, że mają wybuchnąć walki. Myśmy mieszkali na Twardej 48, a po drugiej stronie ulicy Twardej były dwa składy. Jeden skład był z materiałami drewnianymi, z tarcicą, tam były różne belki drewniane, materiały drewniane po prostu, a drugi skład był z materiałami żelaznymi. Tam były różne ceowniki, kątowniki, takie wyroby żelazne. I o godzinie czwartej po południu 1 sierpnia ja patrzę przez okno, a ludzie – to znaczy ci Powstańcy – z tego placu, na którym były materiały żelazne, wynoszą różne belki żelazne i zanoszą na róg ulicy Twardej i Żelaznej. Tam zaczynają robić barykadę. Takie grube belki żelazne powbijali, powyciągali te kamienie z jezdni i zaczęli robić barykadę. I te belki stalowe wbijali w ziemię, w ulicę, i za tymi belkami stalowymi układali płyty chodnikowe i tak powstawała barykada. To była bardzo dobra barykada. Przez tę barykadę żaden czołg niemiecki nie mógł przejechać.
No tak, bo ludzie zdejmowali płyty z chodnika i układali jedną płytę na drugą, i powstała taka barykada w poprzek ulicy.
No, osoby cywilne – kto tylko mógł, kto był na siłach.
Tak, mama była w domu.
Tak, inna dzielnica niż Śródmieście.
A później, proszę pani, już od bodajże od trzeciego dnia… […]
Powstańcy, tak. Z biało-czerwonymi opaskami na lewym ramieniu.
Na ulicy Twardej, tylko bliżej Placu Grzybowskiego, tam była placówka Powstańców. A ja wtedy to szykowałem beczki, bo trzeba było szykować beczki z wodą do gaszenia pożarów, na podwórku.
No więc ktoś tam powiedział, że trzeba szykować wodę do gaszenia pożarów i potem sypać piasek, bo takie skrzynki jeszcze robiliśmy do piasku. Bo na podwórku u nas był taki ogródek jak gdyby i tę ziemię sypaliśmy do kasty drewnianej, żeby w razie pożaru było czym gasić. Bodajże od trzeciego dnia Powstania zaczęły samoloty niemieckie latać i bombardować Warszawę. Samoloty niemieckie to były tak zwane sztukasy, bombowce nurkujące. One zrzucały taką skrzynię długości jak ten stół mniej więcej i w tej skrzyni było pełno tych bombek zapalających. A bombka zapalająca wyglądała tak: ważyła mniej więcej około czterech i pół kilogramów i wyglądała jak butelka coli. To była taka mała butelka. Bombek w tej skrzyni to chyba było ze dwieście sztuk. I jak samolot leciał, to zrzucił tę skrzynię z tymi bombkami, to te bombki tak jakby groch roztrząsł ktoś ręką. Rozlatywały się i od razu spadały na dachy budynków. A wtedy dachy w Warszawie przeważnie były kryte deskami i papą. Strychy były drewniane, niżej były murowane, ale strych to już były belki drewniane i papa. Tak że jak rzucali te bomby zapalające, ta bombka przebiła te deski, papę i spadała na strych, a strych był drewniany, rozprysła się, rozerwała się i powstawał pożar.
No były. Nasz budynek na Twardej 48 dwa razy się palił. Ja brałem udział w gaszeniu pożarów.
To było w każdym bądź razie w sierpniu. Bo te samoloty sztukasy latały bardzo nisko nad Warszawą. Zrzucały, rozsiewały te bombki i te bombki spadały na strychy i powstawały pożary.
Raczej w piwnicach to się nie siedziało, raczej na podwórkach, na otwartym powietrzu. Ja przeważnie stałem przed bramą na przykład, obserwowałem skrzyżowanie ulic Twardej z Żelazną, bo ulicą Żelazną jeździły czołgi niemieckie i samochody. Oni mieli placówkę żandarmerii przy ulicy Chłodnej, no to samochody niemieckie jeździły. Tak że ja stałem przed bramą jako obserwator, w razie gdyby Niemcy… bo Niemcy jak zdobyli jakiś odcinek ulicy, którą zajmowali Polacy, to wypędzali wszystkich mieszkańców z budynków przy tej ulicy, ustawiali pod jakimś murem i z karabinu maszynowego egzekucję robili, rozstrzeliwali. Więc ja stawałem przed bramą jako obserwator, czy Niemcy nie wchodzą i nie zaczną wypędzać ludzi z tego budynku, co my mieszkaliśmy, żeby rozstrzeliwać. Niemcy pędzili też ludzi przed czołgami jako tak zwane żywe tarcze.
Moja mama była krawcową, to szyła Powstańcom opaski i bluzy przeszywała. Bo Powstańcy zdobyli pewnego razu magazyny niemieckie, bodajże na ulicy Żelaznej albo gdzieś koło Chłodnej, daleko gdzieś. Niemcy mieli takie swoje magazyny i w tych magazynach trzymali trochę amunicji, ale przeważnie umundurowania i te panterki tak zwane. Więc jak Polacy zdobyli ten magazyn niemiecki, no to przynosili mamie te panterki niemieckie, żeby im przeszywała, żeby taka panterka pasowała na tego Powstańca, bo Powstaniec to był chłopak, a panterka była duża. [Mama] zajmowała się przeszywaniem tych niemieckich mundurów dla Powstańców. No i te opaski też szyła, te biało-czerwone.
Tak, tak, na Twardej 48, przeważnie tam.
No był taki, miałem kolegów to… Bo Niemcy ostrzeliwali Warszawę z różnych rodzajów broni. Zrzucali bomby z samolotów, i burzące, i zapalające. A burzące to takie półtonowe nawet bomby zrzucali, duże, tak że budynki w gruzy się zamieniały.
Na nasz budynek 5 września bodajże spadły pociski rakiet z tak zwanej krowy. To był salwowy miotacz min. To był taki pojazd, który jeździł po ulicy, z jednej strony tego pojazdu były trzy jak gdyby wyrzutnie i z drugiej strony pojazdu były trzy – razem było sześć wyrzutni pocisków rakietowych, tak zwanych krów. Niemcy odpalali te pociski rakietowe elektrycznie. Te pociski rakiet jak wylatywały z tej wyrzutni, to powstawał taki ryk podobny do ryczenia krowy. W jednych dzielnicach to nazywali tę wyrzutnię pocisków rakietowych „krowami”, a w innych „szafami”, bo ten ryk, który powstawał, to taki był podobny, jakby szafę przesuwało się po podłodze – zgrzyt taki powstawał. To było podobne do tego, jak wylatywał ten jeden pocisk, „auuuu” i za chwilę drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty – jeden za drugim wylatywał. No i one gdzieś tam uderzały w budynki. Były dwa rodzaje pocisków: były pociski burzące, no to wtedy jak były wypełnione powietrzem sprężonym, tak że jak rozerwały się, to budynek się rozlatywał. Znaczy część budynków przeważnie, nie cały, ale część budynku – zależy, ile pocisków uderzyło w dany budynek. Jak jeden, to mniej, jak trzy… Bo te pociski tak wylatywały jeden za drugim i uderzały gdzieś tam w jakiś budynek przeważnie.
Uderzyły bodajże trzy pociski.
Września. Pociski wpadły na bodajże na drugie piętro, bo one latały takim łukiem – nie torem prostolinijnym, tylko takim łukowatym – tak że ten pocisk mógł przez dach jednego budynku przelecieć i uderzyć w drugi budynek.
Uderzyły chyba bodajże trzy czy cztery pociski w to skrzydło nasze, bo nasz budynek był od frontu, a oprócz tego dochodziło skrzydło od podwórka, w tym kącie było podwórko.
To znaczy „zniszczone”… Wybuch pocisku to był taki wybuch, że człowiek jak stał w odległości od wybuchu jakieś pięćdziesiąt metrów, to wiatr taki powstawał, że człowieka przewracał.
To było tak: wody już nie było, bo Niemcy odcięli na Filtrach wodę mieszkańcom, tak że wody nie było w tym wodociągu. Ludzie kopali na naszym podwórku, po prostu wykopywali dół, żeby się dostać do wody gruntowej, no bo trzeba było jakąś herbatę ugotować, bo woda była potrzebna. Akurat 5 września dwóch mężczyzn… Oni nie byli z naszego budynku, tylko z sąsiedniego budynku, z ulicy Siennej 75. Bo podwórko naszego budynku przy Twardej 48 łączyło się z podwórkiem budynku przy ulicy Siennej 75. To był taki narożnik i w tym narożniku dwa bloki i dwa podwórka, które łączyły się ze sobą. Z Siennej 75 dwóch mężczyzn kopało wykop na naszym podwórku […]. Ja byłem przy nich. W pewnym momencie słyszałem przeraźliwe ryki tych „krów”: „auu, auu, auu”. To biegiem, ile sił w nogach miałem, z podwórka zdążyłem wskoczyć do piwnicy i w korytarzu piwnicy upadłem plackiem. „Padnij!” – upadłem plackiem. Tylko zdążyłem upaść, a nade mną już przeleciał huragan wiatru. Normalny huragan. Taka wichura niespotykana. Włosy miałem zbite z ziemią, bo jak ten huragan powstawał, część budynku została zburzona przez te pociski rakietowe, to powstał taki kurz i pył, że z odległości dwóch metrów ja w piwnicy nic po tym wybuchu [nie widziałem]. Ludzie, co byli w piwnicach, zaczęli po wybuchu świecić zapałki, to taki żółty pył powstał, że ja pani nie widziałem, bo była jedna mgła żółta. Potem ta mgła opadła. Ja miałem tak włosy zbite z ziemią po tym wybuchu, że można było gwoździe po prostu wbijać w tę skorupę włosów. No… Ja zdążyłem wskoczyć do tej piwnicy i w ten sposób się uratowałem.
Moja mama była wtedy u znajomej, która mieszkała w oficynie tego naszego budynku, w oficynie, w tym bocznym skrzydle na parterze, i mama poszła tam zagotować herbatę. Bo myśmy w mieszkaniu nie mogli nic gotować ze względu na ostrzał […]. I tak jak te pociski padły, ja byłem w piwnicy i to mnie uratowało, że padłem, ale już wyjścia z piwnicy nie było. Kiedyś były takie okienka na podwórku, którymi można było wejść do piwnicy, ale te okienka w czasie Powstania myśmy obsypywali ziemią i tam jakimiś deskami, gruzem, żeby Niemcy nie wrzucali granatów, bo Niemcy jak wchodzili i zdobyli kawałek ulicy, wiedzieli, że ludzie się chowają w piwnicach, więc rzucali granaty do piwnic, żeby zamordować tam ludzi. Więc w razie jak Niemcy wejdą, to żeby nie mogli rzucić tych granatów, to myśmy obsypywali te okienka ziemią i deskami trochę zastawiali. Więc jak te pociski uderzyły w skrzydło naszego budynku, to zburzyły jedną część budynku, część budynku od trzeciego piętra aż do parteru. Była klatka schodowa w tej oficynie, żeby można było do mieszkań wchodzić, więc pół tej oficyny te pociski rakietowe zburzyły, pół klatki schodowej i jedną stronę mieszkań, co były po jednej stronie klatki schodowej, a te mieszkania, co były po drugiej stronie klatki schodowej nie zostały zburzone, tyle że nie można było do nich wejść, bo już klatka schodowa była zburzona. Jak te pociski upadły, to ja zdążyłem do tej piwnicy wskoczyć i to mnie uratowało. Ale gruzy zasypały trochę podwórko, a te okienka też były pozasypywane jeszcze przez nas, no to potem inni ludzie przyszli, zaczęli odkopywać te okienka, żeby było wyjście z piwnicy, bo z klatką schodową już po schodach nie mogliśmy wyjść z piwnicy – była zawalona. Jak odkopali okienko, wyciągnęli mnie i oprócz mnie innych ludzi, co byli w piwnicy – wyciągnęli na podwórko. No i mnie wyciągnęli przez to okienko, ja patrzę, co się dzieje. Patrzę, że jest oficyna, że część budynku zburzona i wszedłem przez okno parteru. Bo w tej oficynie były trzy piętra i był parter, ale parter był tak niski, że można było po prostu wejść z podwórka, można było wejść przez okno, nie trzeba było żadnej drabiny ani nawet stołka. Tak że ja przez okno wszedłem do tej części niezburzonej, do kuchni, bo wiedziałem, że tam mama poszła gotować herbatę. No, poszedłem do kuchni, potem korytarzem do ostatniego pokoju, bo była kuchnia, jeden pokój i drugi pokój, więc wzdłuż i tym korytarzem do ostatniego pokoju poszedłem i patrzę, a mama stoi, stoi pod szafą nieruchoma. Nieruchoma. Po prostu poniosła śmierć na stojąco, stała. No ale cóż ja mogłem, nic nie mogłem zrobić, bo to, wie pani, szok. Stała nieruchoma jak słup.
Tak. Ona była gdzieś w innej piwnicy. Jej nie było w swoim mieszkaniu, tylko mama była w jej mieszkaniu, poszła tę herbatę gotować. No, stała jak słup. No i cóż, ja patrzę, ona się do mnie nie odzywa, ja się do niej nie odzywam, tylko widzę, że stoi nieruchoma. Nieruchoma, jak figura. Jak figura. Jak drewniana figura. Wyszedłem na podwórze jeszcze, ale ludzie weszli potem, jacyś ludzie, chyba cywilni, do tego mieszkania i zabrali mamę. Ja już nikomu nic nie mówiłem, ale oni sami weszli do mieszkania przez okno parteru i zabrali mamę. Przenieśli przez te dwa podwórza – nasze podwórze i przez drugie podwórze, bo te dwa podwórza się łączyły – na ulicę Sienną. Przed budynkiem Sienna 75 zdjęli parę płyt z chodnika i w tym ubraniu, tak jak stała, wykopali dołek i tam mamę pochowali, zasypali. Tylko tyle że mi powiedzieli potem, jak wrócili: tam tabliczkę napisali – nazwisko – na kawałku drewna tabliczkę napisali, krzyż postawili i napisali nazwisko mamy.
Nie, wtedy zginęło, proszę pani, chyba ze dwadzieścia siedem osób, jak sobie przypominam. Tak, bo wszyscy ci ludzie, co byli w mieszkaniach, jak spadali z gruzami, no to już byli zmieszani z gruzami.
Oni byli z zupełnie innego budynku.
Nie, oni już po wybuchu zaczęli kopać. Zaczęli kopać na podwórku dół, żeby pochować mamę.
Oni zginęli, […] oni po prostu nie uciekli. Oni zginęli, bo gruzy z budynku zawaliły się na to miejsce, gdzie był robiony ten wykop, tak że oni zostali żywcem zasypani gruzami. A mnie się udało uciec. Jeszcze zanim gruzy leciały, to mnie się udało wskoczyć do piwnicy i dzięki temu przeżyłem.
Tak. No ja zostałem sam i wszedłem jeszcze po tym, jak mnie wyciągnęli z piwnicy, bo to jakiś czas trwało, wszedłem na stertę gruzów… Bo ci ludzie, co zabrali mamę i pochowali, powiedzieli: „Twoja mama nie żyje” – tylko te słowa mi powiedzieli. Wtedy ja poszedłem do naszego mieszkania. Bo naszego mieszkania nie zburzyli, tylko zburzyli tę przybudówkę, ale nie całą przybudówkę, tylko część przybudówki, tę część, co była akurat koło naszego bloku, koło tego głównego bloku i koło naszej kuchni. Nasza kuchnia miała okna, które wychodziły z kuchni na podwórze – z pokojów okna były na ulicę, a z kuchni wychodziły na podwórze. Jak oni mi to powiedzieli, poszedłem do naszego mieszkania, otworzyłem jakoś drzwi, bo klucze miałem przy sobie. Zabrałem kwiatek z okna, posadziłem kwiatek na mogile mamy i to wszystko.
No tak. Później jeszcze nie koniec. Wszedłem na tę stertę gruzów i odwalałem gruzy. Z tej sterty gruzów, co budynek został zamieniony w gruzy, to odwalałem na dół, bo taką myśl miałem, że może mi się uda odnaleźć kogoś, co był zasypany gruzami. No ale nikogo nie udało mi się znaleźć. Kto tam był w mieszkaniu, to zmieszany był z gruzami. No i jeszcze przenocowałem w tej drugiej piwnicy, co nie była zburzona, w naszym budynku – już po śmierci mamy. Przecież nic ani nie jadłem, ani nie piłem, ani nic nie było wtedy. Na drugi dzień poszedłem na ulicę Miedzianą pod numer 6. Tam mieszkał mój stryjek, brat mojego ojca.
Antoni Stefan. Nie Antoni Stefan, tylko Krajewski Stefan. Krajewski Stefan, bo mój ojciec był Krajewski Antoni. A brat miał brata Krajewskiego Stefana, który mieszkał na ulicy Miedzianej pod numerem 6. I ja poszedłem do niego, no bo już tu nie miałem [jak], bo po tym wybuchu to nasze mieszkanie było zrujnowane, meble były poprzesuwane, pełno kurzu – ruina była w mieszkaniu. No i tam pobyłem parę dni.
Stryj mieszkał z żoną i z córką Barbarą. To była stryjeczna siostra. To była Barbara Krajewska. Oni tam mieszkali i ja tam byłem parę dni, ale Niemcy samolotami bombardowali i przyleciał raz nalot samolotów niemieckich, sztukasów, i sztukas zrzucił bombę na ten budynek, w którym mieszkali. Tylko wtedy to trochę była inna zabudowa niż teraz jest. Wtedy to były budynki frontowe przy ulicy, za tym budynkiem było podwórko i potem było skrzydło drugiego budynku, który należał do tego samego numeru budynku. Przyleciał tam sztukas i ja zdążyłem też wskoczyć do piwnicy. Ten sztukas zrzucił bombę na ten budynek, tylko że zburzył pół budynku, pół oficyny, bo te boczne skrzydła budynków to się nazywało oficynami. Zburzył pół oficyny, a ja akurat zdążyłem wskoczyć do piwnicy, ale tej niezburzonej części. W tej zburzonej części oficyny mieszkał mój kolega szkolny, Tadeusz Roszak, z którym ja chodziłem do szkoły i siedziałem w jednej ławce szkolnej. On tam mieszkał z rodzicami i jego mieszkanie zostało całkowicie zburzone.
Tak. Bo stryjenki i tej mojej siostry stryjecznej nie było w Warszawie, tak że one Powstania nie przeżywały.
Tylko sam stryjek był, tak, Stefan.
Tak, pojawiali się. Przecież z naszej ulicy Twardej 48 był taki Powstaniec. No, już w tej chwili zapomniałem nazwiska. On na parterze mieszkał.
Tak, tylko że on poszedł i on walczył w Powstaniu, ale walczył na Starym Mieście, w innej dzielnicy. Bo tu gdzie ja mieszkałem, to nie było walk, tylko były te bombardowania samolotów i artylerii, i pocisków rakietowych, ale walk Powstańców nie było.
Jak ja byłem na Miedzianej, pod numerem piątym chyba, szóstym czy piątym, bo pod ósmym to była szkoła chyba, do której chodziłem, szkoła powszechna. Bo ten stryj mieszkał w budynku, co w sąsiednim budynku była szkoła. Ja poszedłem do stryjka i tam byłem parę dni. Ale jak bomba uderzyła w ten budynek i zburzyła część oficyny od podwórza, i zburzyła to mieszkanie tego Tadka Roszaka, tego mojego kolegi szkolnego, […] to oni już nie mieli gdzie mieszkać i zdecydowali się wyjść z Warszawy. Bo Niemcy jak latali nad Warszawą samolotami, to zrzucali ulotki, żeby ludność cywilna wychodziła z Warszawy, i oni się zdecydowali wyjść. Ponieważ ja znałem ich dobrze, bo to był mój kolega, więc oni mnie jakoś namówili, żebym też z nimi wyszedł z Warszawy. 5 września [?? wcześniej informacja, że 5 września bombardowanie – red.] chyba wyszliśmy z Warszawy. Wtedy to już całe kolumny ludzi wychodziły z Warszawy. Ulicą Srebrną do Towarowej, Towarową i potem szliśmy z całą kolumną ludzi, którzy opuszczali Warszawę, aż na plac… Tam był kościół…
Nie, nie. Ulicą Wolską myśmy szli, nie Narutowicza.
Do kościoła świętego [Wojciecha]. Niemcy pędzili tych ludzi. Ulicę Towarową to Niemcy zajęli, więc stali po obydwóch stronach ulicy, a środkiem ulicy cała kolumna tych wypędzonych ludzi, między innymi ja i ci Roszakowie. Wyszliśmy aż do Wolskiej, no i Wolską aż do tego Kościoła Świętego [Wojciecha], tam na końcu ulicy Wolskiej i tam Niemcy jak już zgromadzili tam dużą ilość ludzi tych wypędzonych mieszkańców Warszawy, to wtedy robili tak: oddzielali mężczyzn od kobiet i od dzieci. Dzieci razem z kobietami łączyli, a mężczyzn oddzielnie. Stamtąd nas popędzili na dworzec kolejowy, na Dworzec Zachodni, Warszawa Zachodnia. Tam podstawiali kolejki elektryczne – takie elektryczne, co teraz jeżdżą, takie same podstawiali – i tymi kolejkami elektrycznymi wywozili ludzi, tych Warszawiaków, co wychodzili z Powstania, wywozili do Pruszkowa. W Pruszkowie były Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego. Tam były takie duże hale fabryczne i w tych halach fabrycznych to jeszcze za okupacji, jeszcze przed wojną, Polacy remontowali wagony, lokomotywy. Przez bramę tam się wchodziło na teren tych zakładów, tam były takie wielkie hale i w tych halach – tych ludzi wypędzali do hal fabrycznych. Niemcy tam spisywali personalia: nazwiska, imiona. I ja z tymi Roszakami, z tą matką i z tym ojcem i z tym Tadkiem wyszliśmy. Ojca Niemcy oddzielili zupełnie, bo mężczyzn oddzielali oddzielnie, a matka powiedziała, że ja jestem jej drugim synem. Ja zostałem Leszkiem Roszakiem, bo Tadeusz to był jej prawdziwy syn. No i Niemcy zapisali: Zwei Kinder – matka i dwoje dzieci. Tam byliśmy w jakiejś hali przez parę dni i potem nas załadowali do wagonów, do pociągu towarowego i wywieźli w kierunku na zachód, do Breslau. Czyli to jest teraz…
Wrocław, tak. […] Wywieźli do tego Wrocławia, do tego Breslau, no i tam kazali Niemcy nam wyjść na stacji, kazali opróżnić pociąg, bo to był cały pociąg towarowy z tymi wypędzonymi mieszkańcami Warszawy, potem załadowali nas do takich kolejek i wywieźli do miejscowości Gutschdorf. Goczałkowice po polsku się nazywają czy Goczałków, a po niemiecku Gutschdorf. W tej miejscowości Gutschdorf, jak zajechaliśmy, no to tam nas wysadzili na stacji kolejowej i potem nas piechotą pognali do cukrowni. Tam była jadłodajnia, ta cukrownia miała swoją stołówkę, no i co nam tam dali, jakąś zupę. Pamiętam, że w tej zupie czarne robaki pływały, takie malutkie glizdy. No ale myśmy jakiś czas nie jedli, no to tam każdy coś tam może zjadł, nie zjadł. No i to było takie pierwsze spotkanie w tym Gutschdorf, w tej jadłodajni fabrycznej. Później z tej jadłodajni nas wypędzili, były baraki, drewniane baraki i zakwaterowali nas w tym baraku. Były łóżka piętrowe drewniane, łóżko koło łóżka. Ja mieszkałem na pierwszym piętrze, a ten Tadek, mój kolega, mieszkał na parterze na tym łóżku pode mną, a matka na łóżku obok. No i ta matka mnie zapisała jako Roszak Lech, że jestem drugim synem, bo myślała, że jako dwóch synów to może będzie łagodniej traktowana. Tak się ludzie ratowali. Tak że ja byłem tam w tej fabryce, w tej cukrowni jako Lech Roszak.
Ja z Powstania Warszawskiego, to było 5 września bodajże, wyszedłem tylko w samej marynarce, w jednej koszuli, w jednych spodenkach, w spodniach, w jednych butach i jednych skarpetkach, bez żadnej paczki, bez żadnego ubrania zapasowego ani zimowego. Tam o zimowym to nie było mowy nawet – tylko to, co miałem na sobie. […] Niemcy nie dawali ubrań roboczych żadnych. […] A tu już nastał okres jesienny, nastał wrzesień, bo ja wyszedłem 5 września. No to tak, 9 września tam żeśmy byli już w tej fabryce, to byłem w tym baraku wrzesień i październik ‘44 roku, ale ubrania żadnego zapasowego nie miałem. A już nastały słoty, zimno się robiło. Myśmy z baraku do tej cukrowni musieli kawałek drogi iść taką polną drogą. Tam były deszcze, padały, to były kałuże wody, a my po tych kałużach wody szliśmy, Niemcy nas pędzili. To nie tak, że gdzieś tam po chodniku normalnie.
W cukrowni zatrudnili mnie Niemcy do prania worków po cukrze, bo w tej cukrowni to był cukier w kostkach, biały cukier, ale był i żółty cukier w workach. Żółty normalny, ale on był niesmaczny, był inny niż taki biały cukier. Niemcy trzymali cukier w workach, ten żółty. Ja prałem worki. Miałem taką pralkę, tam trzydzieści parę worków musiałem układać dokładnie, żeby się gdzieś tam worek nie zaczepił o coś, bo to pralka elektryczna, naciskałem. Ten niemiecki majster mnie nauczył, pokazał mi, gdzie tam jest ten przycisk elektryczny, taki kontakt. Przycisnąłem, pralka zaczęła chodzić, minutę czy dwie minuty pochodziła, przyciskałem znowu, pralka się zatrzymywała. Aha, jeszcze wodę musiałem nalać, żeby te worki nie były suche w tej pralce, tylko z wodą, i z tej wody powyciągałem i wieszałem. Była obok suszarnia i w tej suszarni były szyny zmontowane w suficie i takie zaczepy, coś w rodzaju jak zaczepy, co się firanki wiesza. Te mokre worki musiałem na tych dwóch zaczepach zaczepić jeden koło drugiego, tak całą partię worków, i przepychałem do tej właściwej suszarni. Tam było bardzo gorąco, tam było czterdzieści stopni ciepła. Przepychałem tę partię worków do tej suszarni, zamykałem drzwi i tam się suszyły. Na drugi dzień się wyjmowało te worki z tej suszarni.
W tym obozie pracy byłem do 30 października, czyli praktycznie tylko półtora miesiąca, może trochę więcej jak półtora. A ponieważ nie miałem żadnego zimowego ubrania, a tu się robiła słota, deszcze padały, zimno, ja tam zachorowałem w tych Niemczech. Po prostu się przeziębiłem i leżałem chory w tym baraku. Już z tego baraku do cukrowni po tej polnej drodze nie mogłem iść, bo byłem chory, miałem gorączkę. Ale w tej cukrowni był taki jakby gabinet medyczny. Bo to była cukrownia, ale cukrownia miała [gabinet], jakby ktoś był skaleczony czy tam coś takiego, tak że [tam można było] opatrywać rany i takie rzeczy. W tym gabinecie Niemcy mieli bańki, co się na plecy stawia. Jak ja w tym baraku leżałem, to już do pracy nie mogłem iść, do prania worków, to ten blokowy zawiadomił tych Niemców w cukrowni, że jest taki chory, i Niemcy dali mi bańki, postawili mi bańki na plecach w tym baraku. Ja tam chyba ze dwa czy trzy dni przeleżałem z tymi bańkami. No i bańki mi zdjęli. Ja już taki półżywy, już się nie nadawałem do pracy, bo byłem po prostu taki na wykończeniu. Jak się nie nadawałem do pracy, to Niemcom nie byłem potrzebny. A że nie było krematoriów ani takich jak w obozie koncentracyjnym, to mnie nie dali. Nie mieli co ze mną zrobić, no to mnie po prostu zwolnili. A że ta matka Tadka Roszaka powiedziała, że jestem jej synem, to i ona skorzystała na tym i razem z tym synem, czyli mnie chorego i tego Tadeusza, jej syna, i tę matkę razem w październiku zwolnili Niemcy z tego obozu pracy. Z tego Breslau jechaliśmy do Generalnej Guberni, bo wtedy Warszawa należała do Generalnej Guberni. Dojechaliśmy do Generalnej Guberni i tam Tadek z matką odeszli ode mnie, a ja potem, jak dojechałem do Warszawy z tych Niemiec, to na stacji kolejowej wsiadłem w pociąg, tę kolejkę podmiejską i tą kolejką dojechałem taki półżywy do Piastowa. W Piastowie i w Pruszkowie miałem kuzynów i tam po tym Powstaniu i po powrocie z tych Niemiec zatrzymałem się w tym Piastowie i w Pruszkowie.
To była rodzina ojca, tak. Daleka rodzina ojca.
Mój ojciec poszedł do pracy 1 sierpnia, bo nie wiedział, że Powstanie wybuchnie, czy operacja „Burza” właściwie, że wybuchnie. Poszedł rano do pracy, do tego zakładu cukierniczego na Czerniaków. Tramwajem pojechał, bo to było daleko od tego miejsca, gdzie myśmy mieszkali. Musiał na drugą stronę Alej Jerozolimskich pojechać do tego zakładu i tam pracować. Jak Powstanie go tam zastało o piątej po południu, to już stamtąd nie mógł wrócić, bo już przez Aleje Jerozolimskie czołgi niemieckie, „tygrysy” jeździły, samochody, bo te Aleje Jerozolimskie potem chyba przechodziły w Aleję 3 Maja, do mostu.
Nie, ojca Niemcy zabrali z tego Czerniakowa. […] Myśmy się rozstali z ojcem 1 sierpnia rano.
Ojciec był na tym Czerniakowie i tam go Niemcy zabrali 28 sierpnia do obozu i wywieźli do obozu koncentracyjnego we Flossenbürgu w Niemczech. Czyli był od 1 sierpnia do 28 na tym Czerniakowie, tam gdzieś w tym zakładzie cukierniczym, bo tam pracował u kogoś jako cukiernik.
Aha. 28 sierpnia wywieźli do obozu koncentracyjnego Flossenbürg w Bawarii w Niemczech i tam w tym obozie koncentracyjnym żył do 17 stycznia 1945 roku i tam zginął. Tak że ja w czasie Powstania Warszawskiego straciłem i matkę, i ojca. Zostałem sam.
Dowiedziałem się w ten sposób, że ja – ale to już grubo po wojnie, to już byłem dorosły – zacząłem szukać przez Czerwony Krzyż. Mam dokumenty. Przez Czerwony Krzyż się dowiedziałem, że ojca zabrali do tego Flossenbürga, do obozu koncentracyjnego i tam w tym obozie koncentracyjnym zginął 17 stycznia 1945 roku. […]
Tak, daleka rodzina ojca.
17 stycznia?
To ja już tam byłem u tej rodziny.
Proszę pani, do Warszawy ja nie miałem po co wracać.
Właśnie, dobrze pani się zapytała. 17 stycznia 1945 roku Rosjanie weszli do Warszawy. Warszawa została niby wyzwolona, a ja byłem w tym Piastowie właśnie u tych kuzynów. Z jednym z tych kuzynów, z Eugeniuszem Prusem, on był pół roku chyba starszy ode mnie, jak Rosjanie wyzwolili 17 stycznia, to myśmy poszli osiemnastego, na drugi dzień, zaraz po wyzwoleniu, po torach kolejowych, bo pociągi nie chodziły wtedy – z Piastowa żeśmy szli aż do samej Warszawy i poszliśmy na ulicę Twardą 48 zobaczyć, co tam się dzieje. No ale co się działo? Nic się nie działo. Dom był spalony, bo Niemcy Warszawę spalili po prostu. Potem poszliśmy na ulicę Miedzianą. No i tylko tyle, cośmy zobaczyli.
Takie odwiedziny. I z powrotem wróciliśmy do Piastowa. Bo ja byłem częściowo w Piastowie, częściowo w Pruszkowie, u kuzynów, u dalszej rodziny ojca.
Poza Warszawą, tak.
Byłem poza Warszawą, tak. Już w Warszawie nie mieszkałem.
Ja w Warszawie nawet nie miałbym gdzie mieszkać, bo Niemcy Warszawę spalili w osiemdziesięciu pięciu procentach. Bo powstanie się zakończyło 2 października 44 roku i powstańcy wyszli do niewoli. Ale wtedy Niemcy już opanowali całkowicie Warszawę, bo wojska rosyjskie stały po prawej stronie Wisły i nie wchodziły do Warszawy. I Niemcy wtedy zburzyli wszystko, co było do zburzenia. Już po Powstaniu Niemcy zburzyli więcej niż w czasie Powstania.
A skąd, nasz budynek był całkowicie spalony. Jak już później, jak już byłem dorosły, pracowałem, jak pojechałem do Warszawy i poszedłem tam na Twardą 48, gdzie mieszkaliśmy, zobaczyć, to tylko był szkielet spalony budynku, bo Niemcy po Powstaniu całkowicie palili Warszawę i burzyli.
Tak, tak.
Jest grób na Cmentarzu Powstańców Warszawskich na Woli. […]
W czasie Powstania została pochowana na chodniku na ulicy Siennej przed budynkiem numer 75, ale po Powstaniu, jak Warszawa została wyzwolona, no to wtedy te wszystkie groby likwidowano i te wszystkie zwłoki zostały ekshumowane i wywożone na Cmentarz Powstańców Warszawskich, na Wolę. I tam została pochowana w kwaterze numer 16, w grobie pierwszym chyba czy coś. Mam zapisane, już nie pamiętam teraz.
Sławno, 9 lutego 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk