Maria Teresa Tryczyńska „Ryśka”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Maria Tryczyńska, z domu Oczkowska, urodzona 13 października 1930 roku. Obecnie mieszkam w Otwocku-Świder. Pseudonim „Ryśka”.

  • Proszę opowiedzieć o swoim domu rodzinnym.

Urodziłam się na Polesiu, prawie na dawnej granicy polsko-sowieckiej w Stolinie. Ojciec mój był tam wicestarostą po skończonych studiach ekonomiczno-prawniczych w Poznaniu. Matka nie pracowała. Tam przebywałam stosunkowo krótko, bo ojciec został przeniesiony później do Brześcia, a z Brześcia, już jak miałam około pięciu lat, do Warszawy do inspektoratu rządu. To był mniej więcej 1935 rok, bo do przedszkola chodziłam jeszcze tam. Zamieszkaliśmy w Warszawie na Żoliborzu, początkowo na ulicy Brodzińskiego, następnie Wyspiańskiego. To była wówczas ostatnia ulica tej dzielnicy, która dużym polem, na którym pasały się krowy, łączyła się czy był widok raczej na budujący się wówczas Instytut Chemii. To był ten obszar. Czyli ulica Wyspiańskiego była moim domem w tym dniu i wtedy kiedy wybuchła wojna. Chodziłam już wtedy, ukończyłam już drugą klasę podstawową.

  • W 1939 roku?

W 1939 roku. Moja szkoła podstawowa była na ulicy Felińskiego.

  • Jak pani zapamiętała pierwszy dzień wojny?

Pierwszy dzień wojny był bardzo... Zapamiętałam w ten sposób, że usłyszałam rano, jak wstałam, to był 1 września, szykując się czy przygotowując do pójścia do szkoły, nie wiem, czy tego, czy następnego dnia, usłyszałam przez radio: „Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy”. Ojciec, pospiesznie wychodząc z domu, powiedział, że Niemcy przekroczyli granicę państwa polskiego i samoloty będą czy zaczynają bombardować między innymi Warszawę.

  • Wspomniała pani, że pani ojciec pracował.

Ojciec pracował wtedy jako urzędnik (nie pamiętam, na jakim stanowisku) w inspektoracie rządu. Chyba miał dosyć poważne stanowisko i był wezwany przez swój zakład pracy do spakowania wszystkich akt, które miały być ochronione przed Niemcami i potem z kilkoma ludźmi z tego urzędu, przypuszczam, miały być wywiezione w kierunku wschodnim. Gdzie? Nie wiem. Natomiast nas, to znaczy matkę, mnie i moją siostrę, zapakowano do furgonetki z napisem KKO, żebyśmy również opuścili Warszawę, i udaliśmy się w kierunku wschodnim.

  • To było 1 września?

To było w pierwszych dniach września. Nie potrafię powiedzieć, czy 1 września. Przypuszczam, że w kilka dni, bo w Warszawie trwały już walki. Pamiętam bardzo dobrze bombardowanie, gdzie pierwsza widziana w moim życiu bomba spadła tuż za ogrodem mojego mieszkania. Powstał ogromy lej. Oczywiście był to widok i słuchowo, i wizualnie przerażający, ale już bomby... Tak że sądzę, że to były pierwsze dni [wojny]. Jednak pierwsze dni obrony Warszawy spędziłam w Warszawie, bo wiem, że przemawiał Starzyński, wzywając wszystkich, którzy są w stanie nosić broń, do walki o Warszawę, która trwała później jeszcze szereg tygodni i rzeczywiście obrona Warszawy była krwawo okupiona.

  • Te informacje słyszała pani przez radio czy głośniki? Jak to było?

Pierwsze informacje słyszałam przez radio i częściowo od mojego ojca, który ewakuując swoje urzędowe papiery i zajmując się ewakuacją, wpadał do domu i te informacje na bieżąco docierały. Tak że to musiało trwać kilka dni, zanim opuściliśmy Warszawę. Oczywiście oprócz nas bardzo wiele osób, również kolegów ojca z urzędu, wysyłało swoje rodziny gdzieś poza Warszawę.

  • Gdzie pani wyjechała ze swoją rodziną?

Wyjechaliśmy na wieś, na której nieraz spędzałam letnisko, więc stąd ją pamiętam. Zamieszkaliśmy, oczywiście droga była bardzo trudna, ponieważ były nie tylko bombardowania, ale i ostrzeliwanie ludzi z broni pokładowej. Natychmiast, jak się pojawiały samoloty, trzeba było opuścić samochód i gdzieś się ukrywać po bokach, tak że to wszystko pamiętam jak przez mgłę. Wylądowaliśmy na wsi w domu popa.

  • Jak nazywała się wieś?

Nie pamiętam tego, ale w efekcie wszystkich wędrówek, bo było ich kilka z miejsca na miejsce, też dokładnie nie pamiętam, dotarliśmy do Brześcia. Musieliśmy tam dotrzeć już w drugiej połowie września, ponieważ, jak wiemy, 17 września Rosjanie przekroczyli granicę i zaatakowali Polskę od strony wschodniej. Znalazłam się w Brześciu i zaczęłam... To, co pamiętam, to ulice pełne żołnierzy sowieckich, którzy strasznie śmiecili, plując pestki. To pamiętam, bo mnie to w jakiś sposób raziło.

  • Co jeszcze zapamiętała pani o wojsku sowieckim?

Że było głośne, że czasem brutalnie zachowywało się w stosunku do ludzi na ulicach. Szczegółów nie pamiętam, ale wiem, że były bardzo duże represje w stosunku do ludności polskiej. Między innymi, też nie pamiętam, w jakim czasie, ale została wywieziona moja bardzo bliska rodzina – ciotka w ciąży z trojgiem małych dzieci – żona brata mojej matki. Całą wojnę i czas powojenny dosyć długi przebywali na Syberii.

  • Jak się nazywali?

Nagadowska, to znaczy moja matka była z domu Nagadowska i jej brat Nagadowski, i jego rodzina.

  • Co się działo w Brześciu?

W Brześciu poszłam do trzeciej klasy [szkoły] podstawowej (bo drugą miałam skończoną), która już była zupełnie inna. Była to szkoła, w której obowiązującym językiem (oczywiście myśmy go nie znali) był język rosyjski. Tak że z tego okresu pamiętam: paniedzielnik, wtornik, srjeda, cietwierk, piatnica, subota, waskrjesjenje – i na tym skończyła się moja pamięć języka rosyjskiego.

  • Ile miała pani wtedy lat?

Miałam wtedy dziewięć lat.

  • Jak pamięta pani szkołę?

Szkoły dobrze nie pamiętam poza tym, że mi się oczywiście nie podobała, tak jak wszystko. Cierpieliśmy głód, bo matka nie miała środków do życia. Mieszkaliśmy u jakiejś dalszej rodziny. W tej chwili nawet nie pamiętam... Chyba u Stanisławy Krupowiczowej, ale mogę się mylić. Dosyć szybko odnalazł nas w Brześciu ojciec, o którym nic żeśmy nie wiedzieli. Okazało się, że nie przekroczył granicy Polski. Skorzystał z pomocy swoich byłych pracowników i klientów, bo on pracował w Stolinie na Polesiu jako wicestarosta i oni, głównie zresztą Żydzi, udzielili mu nie tylko schronienia, ale ochrony przed mordowanymi wówczas politykami i urzędnikami tego typu, co mój ojciec. Ułatwili mu wyjście z tego regionu i dotarcie do nas, do Brześcia.

  • Mówi pani o mordowaniu polityków i urzędników? Przez kogo? Gdzie?

Na tym obszarze, gdzie... To byli Rosjanie, bo to już było po aneksji. Siedemnastego września była aneksja, więc to było w tym czasie. Oni wkroczyli do Polski i tak jak Niemcy mordowali nas tam, to oni tutaj, i oni rzeczywiście niszczyli wszelkich „paniczyków”, tak chyba nazywali inteligencję. Ojciec odnalazł nas w Brześciu i to było jak cud, bośmy spodziewali się, że może gdzieś jest za granicą, że może nie wróci. Ojciec natychmiast zaczął pracować nad zorganizowaniem mimo wszystko przeniesienia do Warszawy, a granicą umowną wtedy między Rosją a Niemcami, czyli Sowietami a Niemcami, była rzeka Bug (Brześć, wiadomo, jest nad Bugiem). Granica była dosyć pilnie strzeżona i była umowa, że nie pozwalają jej przekraczać ani z jednej, ani z drugiej strony. Niemniej ojciec to jakoś zorganizował i pamiętam tą dramatyczną dla mnie przeprowadzkę, bo to była noc, późna jesień, bardzo zimno. Zawieziono nas czy umieszczono w chacie rybackiej nad rzeką Bug, gdzie pod pierzyną musiałam spać, co było straszne, ale to nie jest istotne. W nocy później rybacy przewieźli nas łodzią rybacką na brzeg niemiecki. Udało się, że nie złapano nas. Pamiętam czarną wodę Bugu i bałam się, że wypełniona przez nas łódź za chwilę zatonie.

  • Czy na tej łodzi była tylko państwa rodzina?

Tylko nasza rodzina, czyli matka, moja młodsza o cztery lata siostra, ojciec i ja. W ten sposób dotarliśmy do strefy okupowanej przez Niemców. Dokładnie nie wiem gdzie. Wiem tylko, że był jakiś pociąg, w którym były powybijane okna. Byliśmy bardzo głodni i zmarznięci, ale dotarliśmy w końcu do naszego domu w Warszawie. Dom był nie tyle zniszczony, ile całkowicie obrabowany, rozgrabiony, tak że właściwie nie mieliśmy nic. Zamieszkaliśmy wtedy już nie na Wyspiańskiego, a na ulicy Krasińskiego, gdzie mieszkaliśmy dosyć krótko, ponieważ ojciec wrócił – przypuszczam, że też jako urzędnik tylko szeregowy – do inspektoratu, w którym pracował, albo do innego urzędu, ponieważ bardzo szybko przystąpił do rządu londyńskiego i w delegaturze rządu londyńskiego...

  • Czy pani wiedziała o tym jako dziecko?

Nie, dowiedziałam się o tym później, bo musiałam się bardzo szybko dowiedzieć, bo musiałam ojca chronić w jakiś sposób. Wiem, że z Mikołajczykiem pracował. Nic więcej o jego pracy z tego okresu nie wiem, ale w każdym razie dzięki temu dostaliśmy mieszkanie na ulicy Słowackiego róg Krechowieckiej, w tak zwanym Czerwonym Domu. To była jedna z głównych ulic Żoliborza. Z placu Wilsona rozchodziły się ulice Krasińskiego, Słowackiego i Mickiewicza. Mieszkałam jeden przystanek właśnie na rogu ulicy Krechowieckiej, gdzie później był mój szpital powstańczy. Tam mieszkałam, umownie nazywał się Czerwony Dom...

  • Czy zaczęła pani chodzić do szkoły?

Zaczęłam chodzić do szkoły, z tym że ze szkoły na Felińskiego bardzo szybko Niemcy nas wyrzucili. Nie wiem dokładnie, kiedy zajęli ten budynek, i chodziliśmy do szkoły na drugi koniec Żoliborza, blisko Dworca Gdańskiego, blisko ówczesnego wiaduktu, który łączył Żoliborz ze Śródmieściem Warszawy na ulicę Śmiałą. Lekcje były częściowo w prywatnych domach, ale prowadzone z normalnym programem szkolnym.

  • To była oficjalna szkoła?

To była szkoła oficjalna. Niemcy o niej wiedzieli, ponieważ nauka mogła być oficjalnie prowadzona do szóstej klasy włącznie, tak że te kilka lat: czwarta, piąta, szósta klasa, właśnie tam chodziłam. To był okres okupacji.
  • Kiedy zetknęła się pani z działalnością konspiracyjną? Właśnie w tej szkole?

Nie. Z pracą konspiracyjną zetknęłam się w miejscu zamieszkania. W domu, w którym mieszkałam, mieszkała „Renia” Rochmankowska (Teresa Rochmankowska), która miała siedemnaście lat, i która zginęła pod koniec Powstania. Dzięki niej i oczywiście za wiedzą ojca, który się na to zgodził, wstąpiłam [do harcerstwa] koło marca 1943 roku, czyli miałam już pełne dwanaście lat, bo urodziłam się w październiku, do 4. drużyny. Moją drużynową była Roma Zdziarska, to pamiętam. Natomiast o tym, że to była 4. drużyna, że była Niżyńska bodajże drużynową, właściwie wtedy nie wiedziałam. Dowiedziałam się o tym, ponieważ, jak mówię, po wojnie ten swój rozdział życia zakopałam głęboko w duszy, bo trzeba było żyć, a miałam silną depresję po upadku Powstania. Więc do tej szkoły na Śmiałą chodziłyśmy, uczyłyśmy się. Pracowałam w harcerstwie, normalna praca harcerska.

  • Na czym ona polegała?

Polegała na tym, że uczyliśmy się podstawowych rzeczy: poruszania się w terenie, alfabetu Morse’a, węzłów i zachowań w różnych niebezpiecznych sytuacjach. Zbiórki odbywały się w mieszkaniu „Romy”, która mieszkała na Krechowieckiej po drugiej stronie ulicy albo na Bielanach w lesie. To były terenowe zbiórki (tam wtedy był bardzo ładny las), na które to zbiórki jechałyśmy pojedynczo tramwajem. Oczywiście po cywilnemu ubrane, bez żadnych rozmów i pojedynczo żeśmy docierali, wysiadali, spotykali się w umówionym miejscu.

  • Jak duża grupa się spotykała?

To była grupa około sześciu osób, pięciu do siedmiu osób. Tam uczyliśmy się chodzić ze znakami, sprawności kolejne realizować. Jak pamiętam, to były bardzo przyjemne wyprawy.

  • Wspomniała pani, że byliście uczeni tego, jak zachować się w niebezpiecznych sytuacjach. Czy może pani podać przykład? Na czym to polegało? Jak mieliście się zachowywać? Jakie to były sytuacje?

Przede wszystkim nie dać znać po sobie, że dzieje się coś złego, czyli trzymać twarz. Po drugie, jeżeli strzelanina miała miejsce, w możliwie bezpiecznym miejscu ukryć się, względnie upaść na ziemię. Najbliższą możliwą drogą i w najbliższej możliwej sytuacji dotrzeć normalnie do swojego domu, a nie do miejsca zbiórki. To była praca ściśle harcerska. Dodatkowo wykonywaliśmy prace związane z przygotowaniem do ewentualnej – o Powstaniu wtedy nie było mowy – [działalności] związanej z walką z Niemcami, a więc obowiązywało nas bardzo dokładne poznanie terenu, w którym żeśmy mieszkali, wszystkich przejść, domów, podwórek. Zlecano nam czasem obserwację Dworca Gdańskiego, ponieważ stamtąd odchodziły pociągi na Wschód w już trwającej przecież ostrej wojnie Niemców z Rosjanami. Pamiętam, ponieważ byłyśmy dziewczynkami, ja byłam jeszcze drobną dziewczynką, tośmy sobie urządzali w okolicy między Powązkami a Dworcem Gdańskim (stały gdzieś na bocznicach pociągi) jakieś zabawy. To były przeważnie pociągi z bronią, tego na pewno nie wiem, ale sądząc po obserwacji, żeśmy obserwowali, jakie są warty, kiedy jest zmiana wart. Tam ludzi nie było, tam raczej była broń, z tego co pamiętam, i z tego, co miałam za zadanie. Potem składaliśmy meldunek swojej zastępowej, że taki i taki pociąg, że tyle i tyle wagonów, że takie i takie warty, że zmieniają się o tej i o tej godzinie, a Niemcy nie bardzo zwracali na nas uwagę, bo myśmy się bawili, piłką, nie piłką, ganialiśmy się, jak to dzieci. Zresztą byliśmy dziećmi i zachowywaliśmy się często również na ulicach jak dzieci.
Ja jeszcze miałam rys charakteru, który trwa do dzisiaj, i którego żaden normalny rozsądny człowiek nie może zaakceptować, że się niczego absolutnie nie bałam. A moja siostra dostawała histerii na widok Niemca, na widok psa zresztą [też], wilczury były przeważnie, ci od Niemców, na widok każdej sytuacji trudnej, a przecież Warszawa była bombardowana, były wypadki strzelanin, były wyroki wydawane, były łapanki.

  • Czy była pani świadkiem zatrzymań?

Byłam świadkiem takich sytuacji: budy zajeżdżały, zbierały wszystkich ludzi, którzy nie zdążyli uciec, zgarniali z tramwaju, z ulicy i potem z tego, o czym mówiło się w domu, ludzie z łapanek byli wysyłani do Oświęcimia, a część była przesłuchiwana w gestapo czy w alei Szucha, część trafiała na Pawiak, ale to już wiem z opowiadań i z tak zwanych czerwonych plakatów, gdzie były wywieszane, ale to wiązało się nie tyle z łapankami, ile z wyrokami na ludziach, którzy współpracowali z Niemcami. Niemcy wywieszali plakaty z nazwiskami ludzi rozstrzelanych za tego rodzaju wykonany wyrok.

  • Czy była pani świadkiem łapanek?

Złapana nie byłam. Byłam naocznym świadkiem łapanek, rozstrzelania nie byłam, tylko wiem, gdzie były czerwone plakaty, ale byłam w łapance dwukrotnie z rodziną. Był obstawiony mój dom. „Biały dom” był od Krechowieckiej, „czerwony dom” był od Słowackiego i były dwie bramy, więc te bramy były zamknięte. Była obstawa. Notabene w „białym domu” mieszkał Zbyszek Cybulski, z którym graliśmy w piłkę, starszy kolega, ten aktor. W jednej z tych łapanek, z tych obstaw, szukali podobno Żydów. Zostali aresztowani dwaj panowie, którzy wynajmowali pokoje w naszym mieszkaniu – pokój w naszym mieszkaniu – pan Szleszyński i pan Kanarkowski. Te nazwiska zapamiętałam dobrze, bo obydwaj zginęli w Oświęcimiu, a o śmierci pana Szleszyńskiego dowiedzieliśmy się dwa czy trzy dni przed przyjściem zawiadomienia, bo Niemcy przysyłali zawiadomienia i rzeczy, że zmarł. Dwa czy trzy dni przedtem on przyszedł do naszego mieszkania, czyli do swojego pokoju. Oczywiście on nie żył, tylko przyszedł jako duch. W czasie wojny spotkania towarzyskie odbywały się zwykle na przestrzeni danej klatki schodowej czy danego domu, bo wiadomo, że była godzina policyjna. Obowiązywało oczywiście zaciemnienie. Często światła nie było, bo było tylko w określone dni, w określone godziny, ale to nie przeszkadzało. Były modne tak zwane wywoływania duchów, czyli oprócz gazetek, które ci uczestnicy spotkań, zwykle to było cztery, sześć osób najwyżej, bo sami wtajemniczeni ludzie z konspiracji, odczytywano gazetki, które między innymi bywały również bardzo często w naszym domu, ojciec przynosił, i były wywoływane duchy. Któregoś dnia, myśmy z siostrą już spały, wszyscy siedzący w gabinecie mojego ojca przy stole ludzie usłyszeli, że drzwi któregoś [z pokoi] (mieszkanie było trzypokojowe), że drzwi ostatniego pokoju otworzyły się. Ktoś nacisnął klamkę i takimi troszkę człapiącymi nogami posuwając się, dotarł do łazienki, po czym kroki ucichły. Matka moja zerwała się, myśląc, że któraś z nas obudziła się, bo to, przypuszczam, było gdzieś koło godziny – nie wiem, do której oni tam siedzieli – do jedenastej, dwunastej. Myśmy spały bardzo mocno. Czyli ten pan, to była data jego śmierci, bo była podana w tym zawiadomieniu, w jakiś sposób przesłał nam sygnał.
Spotkałam się z przesyłaniem sygnału w godzinie śmierci jeszcze raz, aczkolwiek jestem i lekarzem, i racjonalistką. W domu mojej przyjaciółki, jak zmarł jej ojciec, na tej godzinie zatrzymał się, stanął zegar. Oczywiście, że zegar mógł stanąć i tak. Myśmy same nocowały wtedy w mieszkaniu. Matka była właśnie w szpitalu u ojca, zegar się zatrzymał dosłownie w godzinie śmierci. To mówię na marginesie moich przeżyć, ale właśnie takie rzeczy człowiek pamięta.

  • Proszę opowiedzieć o państwa życiu i kamienicy w czasie okupacji, o spotkaniach. Wspomniała pani o gazetkach. Czy pamięta pani tytuły tych gazetek?

Tytułów gazetek nie pamiętam, bo przyznam się, że raczej rodzice, dorośli, starali się, żeby w nasze ręce one nie trafiały z zupełnie jasnych przyczyn. Podawano wiadomości, przeważnie z terenu Londynu, bo tam był nasz rząd londyński, z którym ojciec miał stały kontakt, bo pracował w Warszawie w delegaturze, jak wspomniałam. Zresztą nie wiem, co robił, bo o pracy ojca nic nie wiem poza tym, że pracował na ulicy Królewskiej, bo przy jakiejś następnej obstawie naszego domu, gdzie były przeprowadzane dokładne rewizje w mieszkaniach, znaleziono papier, który ojciec gdzieś wsadził i szukał przez trzy dni, i Niemiec wychodząc, sięgnął do płaszcza roboczego wiszącego przy wyjściu i wyciągnął z [kieszeni]. Był to wykaz współpracowników z gestapo – prawdopodobnie wykaz ludzi do likwidacji. Wiem, że skrót był wtedy GO, którego ci Niemcy, bo byli to Niemcy, nie esesmani, tylko żołnierze, nie bardzo potrafili zrozumieć, bo cała narada była na podwórku tych kilku Niemców, którzy tam prowadzili to i nie bardzo wiedzieli. Matka, jak zobaczyła to, powiedziała mi, żebym natychmiast przedarła się przez obstawę niemiecką i dotarła do ojca. Podała mi dokładny adres na ulicę Królewską i pamiętam, jak to zrobiłam. Na podwórku dzieci bawiły się prawie zawsze, pętały się nawet w takich sytuacjach. Wyszłam z piłką na podwórze i ta piłka wyleciała mi na ulicę. Pobiegłam za tą piłką dosłownie pod nogi Niemca. Ja się Niemców nie bałam, jak mówiłam, więc wybiegłam za piłką i jak wsiadłam do tramwaju, serce mi dopiero zaczęło walić. Oczywiście w tramwajach było nur für Deutsche na przodzie, więc tyły były zawsze bardzo zatłoczone. Bardzo często trzeba było jechać tramwajem, wisząc na zewnątrz na schodkach, ale one na szczęście wolno chodziły, tak że nauczyłam się wskakiwać i wyskakiwać z tramwaju, i robiłam to później też po wojnie. Pamiętam, jechałam. Nie znałam Warszawy. Dla mnie Warszawa kończyła się na Żoliborzu, bo tam się uczyłam, tam pracowałam w harcerstwie, ten teren znałam, wykonywałam tam zadania, które mi powierzano, ale do dziś pamiętam, jak mi waliło serce. Jak dotarłam do ulicy Królewskiej, do urzędu, w którym pracował ojciec, odszukałam go. Powiedział: „Wracaj. Natychmiast wyprowadzacie się z mieszkania”. Dlaczego od razu nie aresztowali matki na przykład? Dlatego że oni nie potrafili odcyfrować – przynajmniej tak słyszałam od ojca – tego skrótu GO, bo on był nietypowy: nie gestapo, tak, jak pisało się, tylko GO – współpracownicy z gestapo. Rzeczywiście matka z nami natychmiast przeniosła się do państwa Lenarczyków (chyba Lenarczykowie się nazywali). Mieszkali w okolicach ulicy, gdzie mieszkałam – Wyspiańskiego, Grudzińskiego, ale i Wojska Polskiego, w tej okolicy. I tam żeśmy jakiś czas mieszkali, dopóki sprawa nie przycichła.
Co jeszcze z zadań, które jako harcerka wykonywałam. Na przykład dostałam z koleżanką plan działania taki: narysować mieszkanie iks na ulicy takiej i takiej. Jak narysować, jak się dostać do tego mieszkania? Ludzie na ogół byli nieufni. Z koleżanką żeśmy uknuły taki plan, a pomysły miałyśmy czasem niesamowite. Zresztą bawiłyśmy się również jako dzieci, grałyśmy w piłkę. Jedną piłkę do siatkówki w naszym podwórku miał „czerwony dom”, miał Zbyszek Cybulski. Mój ojciec jakoś zmontował, gdzieś dostał słupy, zawiesił nam siatkę i graliśmy w siatkówkę. Tam była moja pierwsza kariera. Później grałam w siatkówkę w AZS-ie w szkole średniej i na medycynie. To był jeden z moich ulubionych sportów. Zresztą grałam bardzo dobrze. Więc jak to mieszkanie rozszyfrować? Sprawa była dosyć trudna, bo byle komu nie otwierano drzwi. Więc w godzinach, kiedy wiadomo było, że pozostawała w tym mieszkaniu jakaś starsza pani – kto mieszkał, nie wiedzieliśmy, tylko znaliśmy numer mieszkania – koleżanka zadzwoniła. Ta pani usłyszała dziecięcy głos, więc otworzyła drzwi. Mówi: „Czego chcesz, dziecko?”. – „A ja szukam...”. Podała jakieś wymyślone nazwisko i imię. I coś zaczęła mówić: „Bo ona mi powiedziała, że ona tutaj mieszka. Jednym słowem...”. W tym momencie ja z rozpędem biegłam z góry i krzyczałam, że uciekł mi piesek, i że wpadł na pewno do tego mieszkania, bo drzwi były otwarte. Rozpychając wszystkich, to znaczy koleżankę i przy nogach tej starszej pani, wleciałam do mieszkania, przeleciałam przez całe mieszkanie. Mówię: „No nie ma go”, ale już wiedziałam, gdzie pokój, gdzie kuchnia, gdzie korytarz. Później żeśmy to narysowały. To jeden z takich przykładów, który pamiętam.
Poza tym pracowałyśmy, czego dobrze nie pamiętam, ale [jest zapisane] w tych moich pamiętnikach czy wypracowaniu raczej, które przepisała moja wnuczka, że chodziłyśmy do żłobków, do domów małego dziecka (nie wiem, czy one wtedy nazywały się żłobki), gdzie były dzieci ludzi aresztowanych, dzieci, które nie miały się gdzie podziać. My je bawiłyśmy, przytulałyśmy, szyłyśmy dla nich buciki czy przynosiłyśmy uszyte przez panie rzeczy. Jednym słowem opiekowałyśmy się małymi dziećmi pozbawionymi opieki swoich rodziców na skutek aresztowań.

  • Przejdźmy do momentu, kiedy zbliża się Powstanie. Czy były rzeczy, o których chciałaby pani opowiedzieć?

Być może, ale w tej chwili nie pamiętam, ponieważ, jak wspomniałam, na początku nie miałam nic wspólnego z tym okresem mojego życia od czasu właściwie powrotu do Warszawy i inwigilowania mnie przez UB, łącznie z wyrzuceniem ze szkoły w klasie maturalnej z wilczym biletem, ale to potem.

  • Przejdźmy do samych przygotowań do Powstania. Kiedy to się zaczęło? Kiedy to już wisiało w powietrzu?

Więc wisiało w powietrzu, tyle że nie na naszym poziomie. Nam tylko zlecano jakieś zadania, które żeśmy skrupulatnie wykonywali, wiedząc, że to jest potrzebne ludziom z wyższego szczebla. Powstanie wybuchło 1 sierpnia. W tym czasie w lecie wyjeżdżałam czy... Jeszcze z tych wspomnień... Żywność. Był głód. Trzeba było zdobywać jedzenie w ten sposób, że wyjeżdżało się do Gniewoszowa. To jest miejscowość między Dęblinem a Radomiem, około stu kilometrów od Warszawy, gdzie mieszkała rodzina mojej matki i tam na wsi można było zdobyć jedzenie i przywieźć je do Warszawy, oczywiście ryzykując to, że Niemcy rewidując pociągi, wszystko zabierali.

  • Pani jeździła z matką?

Przeważnie te wyprawy były podejmowane albo przez matkę, albo przez ojca. Pamiętam, kiedyś [Niemcy] wszystko dokładnie zabrali, na szczęście nie aresztowali, dlatego że oni byli nastawieni po prostu na zabranie żywności. Też byłam kilka razy. Pamiętam, że było to dla mnie duże przeżycie, bo miałam w końcu dwanaście lat. Pociągi były potwornie zatłoczone. Pamiętam, że kiedyś nie mogąc się dostać do pociągu, jechałam między wagonami. Wtedy między wagonami były takie ławeczki i pamiętam stukot kół, szyny, taki obrazek z tego pamiętam. Potem w Dęblinie była przesiadka. Czekało się ileś godzin na pociąg do Bąkowca. W Bąkowcu szłam osiem kilometrów, zresztą częściowo przez las czy koło lasu, koło cmentarza zresztą tak samo, do Gniewoszowa, gdzie była moja ciotka i moje rodzeństwo. Między innymi mój brat cioteczny był w partyzantce w AK. Często przynosił broń. Myśmy tam spędzali nie tylko wakacje, ale święta Bożego Narodzenia, Wielkanocne, często przedłużone, ponieważ tam było co jeść. Stąd miałam kontakt pośredni z partyzantką, bo on potrafił przywieźć [broń] i pod łóżkiem położyć, ale przeważnie to zabierali gdzieś na peryferie tej miejscowości, bo tam również przyjeżdżali Niemcy i zabierali, zwłaszcza, jak był targ, wszystko penetrowali po mieszkaniach. Tam chłopaki uczyły się strzelać, tak że często miałam tą broń w ręku.
Kiedyś, pamiętam, jest targ, Niemcy zajechali, a dom mojego wujostwa był wokół rynku; on ma pod łóżkiem pełno broni. Ciotka dostała spazmów, mało nie zemdlała. Na szczęście oni nie szukali broni, tylko żywności. Natomiast ja zarobiłam jedno z pierwszych i może z ostatnich lań, ponieważ jak weszli od drugiej strony do domu, druga ciotka przynosiła słoninę. I tak, jak zobaczyła, że Niemcy wchodzą, tak na stołku położyła słoninę i usiadła na tym w spódnicy, a ja wpadłam i się śmieję. [Mówię]: „Co, ciocia na słoninie siedzi?”, mimo że Niemiec był. Dostałam za to lanie, ale Niemiec się nie zorientował, ponieważ dziecko dosyć szybko mówi, może nie znał na tyle tego słowa, tak że słonina ocalała. Tak że i z partyzantką...
Kiedyś byłam nawet w lesie, bo mnie na rower wziął ten mój brat i zawiózł mnie, i tam poznałam paru fajnych chłopaków. Dwanaście lat miałam, ale to też było już ważne. Pamiętam, jak wrócił kiedyś (były to święta Bożego Narodzenia) po strasznej bitwie. Nie wiem, kiedy to było, ale Niemcy zrobili kocioł.
  • W Gniewoszowie?

Nie w Gniewoszowie, w lasach kozienickich był w partyzantce. Słynna bitwa, tylko nie znam dobrze historii literatury z tego okresu, bo ja do niej nie wracałam. Zresztą mój psychiatra mi nie radził. Nagle zjawił się on, śmierdzący strzęp człowieka w mieszkaniu ciotki. Byłam w tym pokoju, bo kładłyśmy się do spania. On jakoś przedarł się. Ocalało bardzo niewiele osób. Opowiadał o tej bitwie, ale nie pamiętam tego; bardzo dużo zginęło chłopaków. Pamiętam tylko, że ciotka napaliła w takim małym piecyku zwanym kozą, do balii nalała gorącej wody, te wszystkie łachy z niego gdzieś wrzuciła i wsadziła go gołego do wanny, żeby go całego wyszorować. Tak że ten obrazek i wspomnienie tej bitwy, z której wyszedł cało, przy okazji pobytów w Gniewoszowie, pamiętam. On nazywał się Franek Nagadowski i został zamordowany przez UB, złapany z bronią w ręku, bo nie chciał oddać broni, nie chciał wyjść z AK [z podziemia]. Bodajże na stacji w Kozienicach...

  • W którym roku?

Nie wiem dokładnie, w którym, ale to było wtedy, kiedy mieli się ujawniać akowcy, czyli gdzieś chyba w ciągu roku po wojnie. Dowiedziałam się później o tym. Zresztą śladu po jego śmierci nie ma, bo on był złapany pod pseudonimem, nie wiem jakim, i tylko świadek, który był z nim więzieniu, powiedział, że on był zakatowany w śledztwie. Skądinąd wiem, że wywozili stamtąd wtedy ludzi i w jakichś bagnach topili w lasach kozienickich, ale to są opowieści.

  • Wróćmy teraz do Warszawy.

Pierwszego sierpnia znalazłam się właśnie świeżo po przyjeździe ze wsi. Widziałam, że chłopcy się szykowali, bo między innymi mojej przyjaciółki dwaj bracia Jurek Zenowicz (jego dobrze pamiętam) opaskę sobie szykował i tam gdzieś się wybierał. Mnie matka wysłała po kartofle, bo akurat przywieźli kartofle i stał wózek po drugiej stronie ulicy na Słowackiego. To był nasz „dom czerwony”, to po drugiej stronie stał, a tu była kolonia – tam, gdzie się zaczęło Powstanie. Nagle usłyszeliśmy strzelaninę dobiegającą z pobliża, więc ja chyba te kartofle jednak zdobyłam i z kartoflami biegłam do domu, ale już ktoś krzyczał, że od strony CIWF-u, od strony Bielan nadjeżdża czołg. I rzeczywiście, zaczęli strzelać. To była chyba IV kolonia, [tak] nazywał się ten dom. On był prawie u wylotu Krechowieckiej, po drugiej stronie ulicy Słowackiego, i dowiedzieliśmy się, że tam rozdawali broń i zostali nakryci przed czasem, bo czas zbiórki na Powstanie był o godzinie siedemnastej, a to dochodziła godzina trzecia. Jakoś po drugiej poszłam po te kartofle. Stałam tam trochę. Tak że o trzeciej byłam świadkiem właśnie tego i świadkiem zupełnie realnym, bo ktoś krzyknął od razu, jak była wieść, że czołg jedzie, że barykadę budujemy. Zaczęli wszyscy zbierać, znosić cegły, płyty. Panowie piłowali duże drzewa, które rosły na ulicy Słowackiego, żeby drzewo zrzucić na ulicę. Nawet z okien wyrzucali ludzie krzesła, meble niepotrzebne, jakieś rzeczy znosili. Oczywiście brałam czynny udział w budowie tej barykady. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam świst kul bezpośrednio koło uszu, ponieważ prawdopodobnie za czołgami szli Niemcy i strzelali, i to bardzo wyraźny [świst], tak że upadłam, jak mnie uczono, bo byłam na ulicy, był dom, nie było wyjścia. Przeczołgałam się. Miałam około dziesięciu metrów do ulicy Szczepanowskiego. Ona była z drugiej strony, [z jednej strony] Krechowiecka, [z drugiej] Szczepanowskiego i jak już byłam za rogiem, to już się podniosłam, ale świst kul koło uszu pamiętam bardzo dobrze.

  • Miała pani wtedy czternaście lat?

Trzynaście, czternaście skończyłam po Powstaniu, tak że to prawie już czternaście. W październiku skończyłam czternaście, a Powstanie 1 sierpnia wybuchło.

  • Co się działo dalej? Wróciła pani do domu?

Przyniosłam kartofle, to na pewno, bo to było bardzo ważne. Z żywnością w Warszawie było tak źle, że każdy skrawek ziemi, czyli podwórka bloków, nawet trawniki pomiędzy tramwajem a chodnikami były uprawiane przez ludzi na działki i myśmy też taką działkę mieli jedną na ulicy, która była mało dostępna już w czasie Powstania, ale była, i na podwórku również była pod stałym obstrzałem niemieckim. Całe Powstanie, jak zapadła noc, czołgałam się na działkę i zrywałam pomidory, [które] wtedy dojrzewały, bo to był sierpień. Był piękny sierpień, piękna pogoda. Patrzyłam, zielony czy czerwony. Macałam pomidory, pamiętam, i potem przynosiłam: zielony. Jakoś nie mogłam [ich odróżnić], ale one szybko dojrzewały, były wspaniałym uzupełnieniem naszych sucharów, które matka szczęśliwie zmagazynowała...

  • Czy coś jeszcze udało się zgromadzić do jedzenia?

Do jedzenia było troszkę... Była przede wszystkim zgromadzona woda, to znaczy woda znikała w ślad za każdym dniem Powstania, aż znikła zupełnie, tak że nabraliśmy wszystkie naczynia i pełną wannę wody w łazience, która miała nam wystarczyć potem na całe dwa miesiące. Poza tym były jakieś kasze, to, co można było przynieść ze wsi. Cukru oczywiście nie było. Wiadomo, marmolada kartkowa, to ona nawet długo stała, bo to było z buraków, twarda marmolada, mąka. W każdym razie przez jakiś czas jadaliśmy przy pomocy i tych sucharów, i jakieś zupy – coś tam matka gotowała, tak że człowiek głodu wyraźnego nie odczuwał. Potem czułam głód tak duży, że do dzisiaj go pamiętam, bo jak mi w szpitalu siostra zakonna podała kromkę chleba, która została od chorych, to jej nie wzięłam, bo zrobiło mi się bardzo głupio, że to dla chorych. Uczucie głodu zapamiętałam w ten sposób i ono było już w czasie Powstania.

  • Co pani robiła w czasie Powstania?

Zgłosiłam się na ulicę Suzina do redakcji, gdzie byłam kolporterką. Tam była redakcja, gdzie codziennie wydawano bieżącą prasę, którą roznosiłam po wszystkich placówkach Żoliborza (te, które mi wskazano). Tam była moja jedna praca, powiedziałabym uboczna, bo w zasadzie pracowałam przy sali operacyjnej z siostrą „Tomeą” – Jadwiga Lis. Ona zmarła kilka lat temu. Przyjaźń z nią utrzymałam do jej śmierci. Ona była moją wychowawczynią u sióstr zmartwychwstanek, bo jak skończyłam chodzić do szkoły na Śliską, to mama zapisała mnie do szkoły krawieckiej, ponieważ nauczanie na szczeblu ponadpodstawowym było niedostępne. Było karane więzieniem i wywożeniem często do obozu. Przeważnie nauka powyżej szóstej klasy odbywała się albo w szkołach zasadniczych, tak, jak moja krawiecka, którą prowadziły siostry zmartwychwstanki, jak i w jakichś innych szkołach i na kompletach. Mój obecny mąż, którego poznałam dopiero w czasie studiów medycznych, właśnie bywał na tych kompletach. Cały program żeśmy przerabiali, ale w przeciwieństwie do kompletów, gdzie oni mieli dużo łatwiejszy sposób zdobywania wiedzy, to nam nie wolno było nosić ani zeszytów, ani książek. Myśmy mogli posługiwać się tylko tabliczkami z rysikiem, stąd wyćwiczyłam sobie przez ten rok fantastycznie pamięć, ponieważ tylko zapamiętywałam to, co było na lekcji. Oczywiście mogłam pisać, ale z chwilą, kiedy był ogłoszony alarm czy prawdziwy, czy sztuczny, to znaczy, że Niemcy wchodzą do budynku, to wszystko trzeba było zetrzeć i oczywiście do domu już się nosiło puste czy nawet zostawiało tam (już nie pamiętam). Zdobyłam tam bardzo dużą wiedzę z zakresu pierwszej klasy gimnazjalnej.
Ojciec w czasie Powstania cały czas pracował, z tym że nie w komórce zbrojnej, tylko w ekonomiczno-organizacyjnej, tak że cały czas gdzieś wybywał. W ogóle o ojcu bardzo mało wiem, dlatego że był zwyczaj, że się właściwie nie mówiło na te tematy, a zwłaszcza zasada, że im się mniej wie, tym lepiej. Wiem, że w czasie Powstania pracował i zgodził się na moją czynną pracę w czasie Powstania pod warunkiem, że na noc będę przychodzić do domu. Przyjęłam te warunki, ponieważ ojciec był dla mnie dużym autorytetem. W zasadzie dzięki niemu w dużej mierze mam te notatki.

  • Proszę opowiedzieć o zadaniach, jakie pani wykonywała.

Barykadę żeśmy zbudowali, czołg połowę ściany wywalił. Potyczka, która była przy rozdawaniu broni, skończyła się. Najpilniejszą sprawą, do której trzeba było się natychmiast zabrać, było kopanie rowów łącznikowych, przebijanie piwnic, zrobienie całego podziemnego miasta, to znaczy podziemnego [w takim sensie], żeby można było poruszać się, ponieważ cały Żoliborz, a w każdym razie dzielnica, w której mieszkałam, była pod stałym obstrzałem Niemców od strony CIWF-u i od strony Marymontu.

  • Kto wydał polecenie budowy rowów?

Nie wiem, kto wydał. Wszyscy kopali, to i ja kopałam, a ponieważ byłam...

  • Wszyscy, to znaczy ludność cywilna, mieszkańcy?

Tak. I mieszkańcy, oczywiście ci, co mieli czas i możliwość. Ja zaczęłam od razu. Trudno mi powiedzieć kiedy, ale w każdym razie ten pierwszy okres – kopanie rowów pamiętam. Przez ulicę Krechowiecką przekopano duży, bo inne były rowy łącznikowe i inne były rowy przeciwczołgowe, więc tam żeśmy budowali duży rów przeciwczołgowy przez wszystkie...

  • Czym on się różnił od rowu łącznikowego?

Szerokością i głębokością, żeby czołg wjechał, a łącznikowe to wystarczyło, żeby schylony człowiek mógł [przejść], właściwie na wysokość człowieka powinno się robić. Żeby można było przejść przez podwórka trzeba było połączyć piwnice i to była straszna robota, którą wykonywali głównie mężczyźni, bo mury były bardzo grube, a trzeba było dać ciągłość bezpiecznego przechodzenia dla oddziałów i ludzi, którzy pracowali w tym czasie, a dużo ludzi pracowało w różnych dziedzinach, między innymi obsługiwanie tego szpitala. Rozpoczęłam pracę od razu, jak tylko szpital na Krechowieckiej powstał, ponieważ to był bardzo duży kompleks budynków z ładnymi piwnicami, a tylko w piwnicach, jak się później okazało, szpital mógł być bezpieczny. Tam została oddelegowana do pracy moja wychowawczyni szkolna – siostra „Tomea” Jadwiga Lis (jest pochowana na Powązkach) i ja jej pomagałam przy sali operacyjnej, więc czynności takie, jak jakieś bandażowania, przygotowanie do zabiegów i tak dalej.
Ważne jest to, że warunki operacji były tragiczne, bo nie było światła. [Operacje] były przy lampach, najczęściej karbidowych, bo te były najbardziej wydajne. Początkowo były środki znieczulające, potem zało tych środków, więc bardzo stresujące były operacje. Operacji było bardzo dużo, właściwie odbywały się na wiele zmian. Pracowałam zwykle od rana do godziny trzeciej po południu, bo potem szłam na Suzina po gazetki i roznosiłam kolporter, i czasem wieczorem jeszcze do szpitala wracałam. Pomagałam siostrze, tak, jak mówię, przy sali operacyjnej i to była moja główna praca. Pomagałam czasem przy rozdawaniu posiłków pacjentom, to, co trzeba było robić, to, co mogła robić w końcu trzynastoletnia dziewczyna, niezbyt przygotowana do zawodu pielęgniarki.

  • Gdzie pani roznosiła prasę?

Prasę roznosiłam do wskazanych placówek, a najbardziej odległą placówką, do której docierałam z prasą, była Gdańska 2. To była straż pożarna w budynku straży pożarnej i tam już była... Był to budynek najbardziej wysunięty, obstawiony przez nasze wojsko, głównie AK, tak że przez okienka piwniczne można było nawet widzieć nogi Niemców, bo nieraz widziałam. Tam już poza Gdańską 2 była domena części Warszawy zaanektowanej przez Niemców, więc to była najdalej wysunięta nasza placówka w tę stronę Warszawy.

  • Jakie najbardziej niebezpieczne momenty pani pamięta?

Przede wszystkim były pod stałym obstrzałem i sama straż, i droga do straży. Czasem... Kilka razy był obstrzał bardzo duży, jak przebiegałam rowem łącznikowym, oczywiście rowem łącznikowym tylko docierałam, aczkolwiek był on płytki, ale byłam nie za duża, więc sobie łatwo radziłam. Widziałam kiedyś, pamiętam, roztrzaskany mózg człowieka na ścianie, jak dobiegłam do domu straży pożarnej. Tam zwykle stał z wartą jakiś chłopak, tak że bardzo lubiłam tam chodzić, bo chłopcy byli bardzo fajni. Kiedyś miał nawet kwiatek w lufie włożony, który dostałam. Przekazywałam normalnie prasę i wracałam z powrotem. Kiedyś przy takim powrocie, był bardzo duży obstrzał i był chyba zbombardowany albo przez czołg, tego nie wiem, w każdym razie na mojej drodze osunęła się cała ściana domu. Na szczęście zdążyłam przebiec, tak że nie zostałam zasypana gruzami.

  • Czy oprócz prasy nosiła pani jeszcze jakąś pocztę?

Nosiłam pocztę do różnych punktów, po prostu żeby ludziom dostarczyć bieżące komunikaty, do różnych placówek, żeby i placówkom, i ludziom dostarczyć bieżące komunikaty. Pamiętam tylko moment żalu czy niesmaku, że wielkie słowa były pisane, a żadnej pomocy nie było.
Powstanie trwało długo, bo na Żoliborzu trwało pełne dwa miesiące. Był głód, nie było leków, operacje robione na żywo – bez znieczulenia. Nie było środków opatrunkowych, więc środki opatrunkowe dostarczałam w ten sposób, że panie, które siedziały w piwnicach, robiły szarpie. Szarpie to były lniane... W tym okresie z lnu było robionych bardzo wiele rzeczy: pościel, prześcieradła, materiały, więc szarpany [len] – rozbierany na czynniki pierwsze, czyli szarpanie, stąd się szarpie nazywały, dawał taką watę, więc można było robić normalne bandaże, ale szarpie były bardzo potrzebne, bo zastępowały watę, więc panie, które siedziały po piwnicach, robiły szarpie, a ja dostarczałam je do szpitala. Czasem komuś coś pomogłam robić, ale takiej roboty to raczej nie lubiłam.
  • Jak jeszcze ludność cywilna wspierała Powstańców?

Ludność cywilna wspierała... Trudno powiedzieć o posiłkach, bo potem już nigdzie nie było co jeść. Jeszcze szpital miał zapasy. To był szpital numer 100 na ulicy Krechowieckiej – w piwnicach ulicy Krechowieckiej. Pamiętam tragiczne bombardowanie szpitala położonego niżej na ulicy Mickiewicza i przenoszenie przez nas, między innymi brałam w tym udział, z szpitala zbombardowanego tam przez Niemców, który opisuję właśnie między innymi w tym swoim wypracowaniu. Prowadziłam pamiętnik, tylko ten pamiętnik spłonął i potem odtwarzałam wiele rzeczy. To było w nocy. Dom wyglądał potwornie, odarty zupełnie z górnych pięter, z dołu dochodziły jęki rannych. Otrzymaliśmy jakąś platformę konną i na tej platformie przewoziło się rannych z dołu, z ulicy Mickiewicza do nas na ulicę Krechowiecką, która już była na wyższym poziomie. Oczywiście cały obszar był pod bardzo silnym obstrzałem niemieckim z CIWF-u. CIWF to jest Akademia Wychowania Fizycznego – Centralny Instytut Wychowania [Fizycznego] był skrót, więc pod obstrzałem z CIWF-u była w ogóle cała nasza dzielnica, tak że nawet wyjście na podwórko, to natychmiast reagowali strzelaniem. Mieli chyba bardzo dobrych strzelców, bo pamiętam moment, kiedy biegłam może pięć metrów, może dziesięć od klatki schodowej do rowu łącznikowego, i w momencie, kiedy zeskakiwałam do tego rowu łącznikowego, seria poszła na wysokości mojej głowy. Na murze domu była widoczna. Tak że oni musieli mieć bardzo dobrych strzelców i zresztą byli nie tylko w CIWF-ie, który był dalej położony, ale również na Dolnym Żoliborzu częściowo, bo za Gdańską 2... Gdańska 2 już była w rękach niemieckich, a Gdańska 2 to jest jak Słowackiego dochodzi do ronda Potockiej – ulica Potocka, i [obok] była Gdańska 2. Jednym słowem, to był przystanek od nas, to już byli Niemcy. Zresztą, tak, jak mówiłam, nieraz ich nogi widziałam przez okienka piwniczne – przez dziury w okienkach piwnicznych, bo okienka piwniczne wszystkie musiały być szczelnie zamknięte.

  • Była ewakuacja tego szpitala?

Ewakuacja szpitala była straszna. Odbywała się w nocy. Była pod bardzo dużym obstrzałem niemieckim, mimo że to była noc. Pamiętam, że byłam bardzo zmęczono, bo była pierwsza w nocy. Uczepiłam się platformy, na której byli Niemcy. Nie Niemcy [walczący], tylko ranni byli. Zdarzało się, że ranny Niemiec też trafił do naszego szpitala, ale to były pojedyncze przypadki. Kolorowe pociski leciały właśnie w stronę tej platformy, bo to był duży widoczny przedmiot. Najpierw przyczepiałam się z tyłu, żeby odpocząć i potem się zorientowałam, że przecież w ten sposób mogę zginąć, więc zeskoczyłam i cofnęłam się do tyłu, tak że ten moment dobrze pamiętam. Musiała być dwunasta, pierwsza, druga w nocy, jak myśmy tej ewakuacji dokonali.

  • Pamięta pani, jaki to był dzień?

Nie pamiętam, kiedy to było, nie pamiętam.

  • To już było we wrześniu czy jeszcze w sierpniu?

Gdzieś w połowie Powstania, tak myślę, bo byłam jeszcze lekko ubrana; były bardzo ciepłe dni i noce i już było bardzo dużo rannych, szpital był przepełniony. Chorzy leżeli w poszczególnych piwnicach. Oczywiście, jak były jakieś materace czy co kto mógł dać, to [leżeli] na tych materacach. Bardzo dużo ludzi umierało. Między innymi pamiętam umierającego na tężca chłopaka, którego biegnąc, niechcący potrąciłam, a to jest straszny ból u człowieka, który leży, bo aż taki łuk zrobi. Zmarł na tężca, nie było rady. Umierało bardzo dużo ludzi, chowani byli w miejscu na podwórkach.
Co jeszcze pamiętam z tego okresu w Powstaniu? Kałuże krwi wokół ujęć wody. Woda była tylko w pierwszym okresie Powstania, potem było kilka studni na tym terenie, po którym chodziłam. Oczywiście po wodę z domu najczęściej ja chodziłam, bo nie miał kto. Ojciec był w pracy cały dzień, siostra tak potwornie bała się Niemców, że w ogóle nie wychodziła z piwnicy. Była młodsza ode mnie o cztery lata, miała osiem lat, bardzo bujną wyobraźnię, tak że po wodę przeważnie ja chodziłam i to z dwoma wiadrami. Wiadra też były problemem, żeby mieć. Tam zawsze były kałuże krwi, bo Niemcy w te punkty, gdzie ludzie się gromadzili, strzelali po prostu, tak że tam zawsze były kałuże krwi. To z tego okresu swojego biegania [pamiętam], bo jeżeli chodzi o pracę przy sali operacyjnej, to „przynieś, podaj, pozamiataj” – tu zabandażować, tu przynieść, dostarczyć materiałów opatrunkowych, tu nakarmić chorego, to wszystko, co może robić właściwie nie pielęgniarka, tylko salowa, bo niewiele umiałam, ale stąd się wzięła później moja medycyna.

  • Jak długo funkcjonował ten szpital?

Ten szpital funkcjonował do końca [Powstania] i do końca tam pracowałam. Stąd pamiętam też, że już był straszny głód i właśnie siostra „Tomea”, której pomagałam, która przy sali operacyjnej była zawsze, dała mi kromkę chleba. Powiedziałam: „Nie, siostro, ja nie jestem głodna”. Nie mogłam sobie wyobrazić, że mogę zjeść chleb, który jest przeznaczony dla rannych.

  • Czy chciałaby pani o czymś jeszcze opowiedzieć do momentu, kiedy zaczęła się ewakuacja szpitala?

Ewakuacja szpitala, to znaczy tego szpitala w piwnicach, już była po naszej ewakuacji, bo pierścień zaciskał się właśnie od strony Bielan, od strony straży pożarnej, więc tam Niemcy weszli. Weszli do domu naprzeciwko, tak zwane Zimowe Leże (tam domy miały swoje nazwy), i tam chyba byli Powstańcy, bo słychać było rozstrzeliwania. Mówili, że rozstrzeliwują naszych chłopaków. Potem Niemcy zjawili się nagle. To było rano 30 września. Zjawili się nagle w naszym rowie łącznikowym z miotaczami ognia. [Krzyczeli]: Raus! – i po kilku minutach ludzie musieli natychmiast wychodzić. Podpalali tymi miotaczami ognia. Jeszcze nie powiedziałam o śmierci „Reni”. „Renia” była łączniczką AK, która zresztą wprowadziła mnie w szeregi konspiracji i w szeregi AK, bo „Szare Szeregi” włączono do Armii Krajowej. Była na placówce gdzieś głębiej położonej, tak że miałam z nią mały kontakt. Chciała, żeby przyjść do niej. To było gdzieś w okolicy Krasińskiego. Między siostrami zmartwychwstankami a ulicą Słowackiego była ulica Krasińskiego, ale mój ojciec nie zgodził się na to, żebym była całkowicie poza domem. Tak, jak już wspomniałam, że postawił warunek, że na noc będę przychodzić jednak do domu. Zjawiła się dwa czy trzy dni przed końcem Powstania łączniczka „Iwa” i podeszła do rodziców „Reni”. Ojciec – pan Rochmankowski (ich starszy syn zresztą był poza granicami Polski na Zachodzie, być może w Anglii) mówi: „Co, »Renia« ranna?”. I ona powiedziała: „»Renia« nie żyje”. Okazało się, że odłamek tak ją niefortunnie trafił w serce, że ona na miejscu zmarła. Byłam z nią bardzo związana emocjonalnie. Było: Raus! – i wszyscy żeśmy musieli [wyjść]. Jak żeśmy stali, tak żeśmy wyszli. Pamiętam nawet sukienkę, w której wyszłam, coś tam, jakiś plecak. Ci ludzie, którzy mieli przygotowane do wyjścia jakieś walizki, to i tak porzucali po drodze, bo pędzili nas Niemcy w stronę sióstr zmartwychwstanek. Strasznie zburzony, zniszczony był ich klasztor. Przecież chodziłam tam do szkoły. Po drodze były zniszczone armatki, masę pożarów.
Nie powiedziałam jeszcze o tym, że w czasie całego Powstania wieczorem wchodziliśmy na dach, póki jeszcze ten dach był, bo potem on został również zniesiony, [to znaczy] dwa ostatnie piętra, i obserwowaliśmy płonącą Warszawę. To było naprawdę morze płomieni, to było morze ognia.

  • Od kiedy obserwowaliście pożary? Od samego początku Powstania?

Nie potrafię tego powiedzieć, dlatego że byłam w tym wieku, że daty nie były istotne. Każdy dzień był bardzo obfity w różne wydarzenia, więc stąd miałam pełne ręce roboty i wszędzie biegałam: po opatrunki, po szarpie, biegałam do pań, które je robiły, do szpitala – pomagałam siostrze, roznosiłam jedzenie. O godzinie czwartej po południu biegłam na Suzina do redakcji i z redakcji brałam prasę i ewentualne meldunki, które były do przekazania na placówki.
Dopiero wieczorem, tak, jak mój ojciec sobie życzył, lądowałam w domu, też nie zawsze, ale byłam w końcu dzieckiem, więc jak była wolna chwila, że byłam i był dzień, bo były takie, tośmy w jedynym zakamarku, gdzie nie było obstrzału niemieckiego, bo naokoło był obstrzał, tak że nie można było przed dom wyjść na klatkę schodową, ale w tej klatce schodowej narożnej mieszkałam i tu żeśmy sobie nasypali górę piasku i graliśmy w pikuty. Każdy z nas musiał mieć finkę, czyli fiński nóż, więc to się gra w noże. To była jedna moja dziecięca czynność. Druga, może półdziecięca, to przynosiłam, miałam znakomitą pamięć i wszystkie piosenki, które powstawały na pniu w czasie Powstania, uczyłam dzieci, tak że tu przy odrobinie piasku przy grze w pikuty uczyłam ich piosenek powstańczych, które się rodziły. Jeszcze jedna dziecięca [zabawa]: jak już było ciemno, a światła żadnego nie było w piwnicy, a nam się udało zdobyć ogarek świeczki, tośmy grali w karty, w sześćdziesiąt sześć, w kierki.

  • Prawdziwymi kartami?

Prawdziwymi, bo w domach na ogół karty bywały, grano w brydża w prawie wszystkich domach, bo godzina policyjna była o godzinie dziewiątej, noc była długa, zaciemnienie. Życie towarzyskie kwitło i zamykało się często w domu. Tak że to takie jeszcze dodatkowe dziecięce troszkę rzeczy.

  • Czyli próbowaliście państwo w chwilach wytchnienia nie myśleć o wojnie.

Nie myśleć. Graliśmy właśnie w kierki. Nie pamiętam, jak się nazywał chłopiec, który nakręcał sobie moje włosy na palec, czyli pewnie moja pierwsza sympatia z Powstania.

  • Gdzie Niemcy wyprowadzili państwa z Warszawy?

W stronę Dworca Zachodniego. […] Na pewno żeśmy przechodzili, bo dobrze znałam tą trasę koło sióstr zmartwychwstanek… Ulica Stołeczna, czyli teraz główna arteria to była malutka uliczka, po prawej stronie było ogródki działkowe, po lewej, już właściwie na pustkowiu, był klasztor, do którego chodziłam do szkoły. Był bardzo zniszczony, część zbombardowana, bo tam siostry oczywiście do końca też chorych opatrywały. Potem chyba [przechodzi] przez Powązki do Dworca Zachodniego, w każdym razie przez tory żeśmy przechodzili ([pamiętam], ponieważ tory na poziomie Dworca Gdańskiego znałam dobrze z pracy konspiracyjnej) i dalej. Na Dworcu Zachodnim wiele ludzi nie wytrzymywało tego, porzucali wszystko, co ze sobą mieli. Tak się złożyło, ponieważ to była wczesna godzina ranna, że wszyscy żeśmy byli razem, bo ojciec też był tej nocy w domu. Załadowali nas na platformy, zupełnie płaskie. Wiem, że byłam troszkę przerażona, że z tego można spaść, bo to dosyć nas dużo [było] na każdej platformie, i zawieźli do obozu w Pruszkowie.

  • Jak długo byliście państwo w obozie w Pruszkowie?

Nie wiem, niedługo, bo oni od razu, ponieważ zwożono ludzi z całej Warszawy, (a zbliżał się koniec Powstania, bo 30 września nas tam zawieźli), to odbywała się bez przerwy selekcja ludzi tam przebywających: ci do obozu w Oświęcimiu, ci na roboty do Niemiec, a ci: kobiety starcy, dzieci do obozu w Jędrzejowie, być może też i innych. Tam, gdzie „rozbierali” nas, chłopi przyjeżdżali furmankami i brali do swoich domów.

  • Jak w pani rodzinie wyglądała selekcja?

W mojej rodzinie przeszła szczęśliwie dzięki mojej siostrze. Ja w ogóle byłam drobną dziewczyną, więc jak mama zrobiła mi warkoczyki i jeszcze wstążkę zawiązała, to w ogóle byłam dziewczynką – dzieckiem mamusi trzymanym za rączkę. Moja siostra cztery lata młodsza była bardzo wrażliwą, powiedziałabym rozhisteryzowaną nawet dziewczynką, i na widok Niemców strasznie krzyczała – na widok Niemców i psów, a selekcji dokonywali Niemcy z wilczurami. Ojciec mój, który był trochę też wynędzniały i zarośnięty, bo to była już końcówka Powstania, wziął ją na ręce, bo ona się strasznie darła, była też bardzo drobna. Jak myśmy z mamą przeszły, a ona się tak wydzierała, to ten Niemiec machnął ręką też w tą stronę, żeby wrzeszczącego dzieciaka dać do nas. W ten sposób żeśmy wszyscy we czwórkę przeszli przez selekcję w Pruszkowie, łącznie z ojcem. Zresztą całe szczęście, bo ojciec natychmiast nawiązał kontakt ze swoją organizacją i dzięki temu mogliśmy z tej wsi, z której (pamiętam, w obozie to był absolutny głód) przywieźli jakąś zupę...

  • Dokąd trafiliście z Pruszkowa?

Do obozu w Jędrzejowie, do obozu, gdzie już „rozbierano” ludność, już jako grupa wyselekcjonowana, tak że nie byłam długo w Pruszkowie. W Pruszkowie pamiętam tłumy ludzi, masę rannych. Umieścili nas w halach częściowo zalanych wodą. Pamiętam straszne wszy, zresztą później sama je miałam – wszy odzieżowe. Pierwszy raz zobaczyłam właśnie w tym obozie głód i nie było w co wziąć zupy, którą oni przywieźli w Pruszkowie, więc chodziłam po polu i jakąś menażkę znalazłam – metalową puszkę po konserwach. W to dostaliśmy trochę zupy. Z tego wynika, że w obozie w Pruszkowie byliśmy stosunkowo krótko, bo szybko dochodziło do selekcji, bo po prostu on był przeludniony. Wiem, że byli ludzie, którym udało się z Pruszkowa samego uciec, bo jednak Niemcy nie byli już w stanie uszczelnić tak tego wszystkiego. Myśmy byli we czwórkę, więc przeszliśmy do Jędrzejowa. Tam zabrali nas na wieś do chłopów.

  • Pamięta pani, do jakiej wsi was zabrali?

Nie, nazwy wsi nie pamiętam, natomiast ojciec mój, który nawiązał natychmiast kontakt ze swoją organizacją, znalazł się w Kozłowie, gdzie wójt – pan Stanik, był kolegą szkolnym ojca, był również w organizacji. Tam zresztą poznałam wspaniałych chłopaków z partyzantki. On nas tam do siebie ściągnął, czyli to był Kozłów. To była jedna stacja za tunelem, jak się jedzie w stronę Krakowa, bo rodzina mojego ojca mieszkała w Chrzanowie pod Krakowem. Docelowo tam [jechaliśmy], ale wtedy nie było możliwości [dotarcia] tam, jeszcze trwała wojna. Front minął nas właśnie w Kozłowie. Tam na wsi u pana wójta Stanika otrzymaliśmy jedzenie i na wsi znalazł na piętrze pokoik w domu miejscowego nauczyciela, tak że mieliśmy nawet mieszkanie. Pamiętam nawet... Nie, ubrania żeśmy nie mieli, bo jak mama musiała nam uprać to, co miałyśmy na sobie, to musiałyśmy w łóżku leżeć z siostrą. Ale pierwsze wszy. Poszłam do ustępu – do sławojki, tam były tylko takie ustępy na tej wsi, coś mnie swędzi. Patrzę, a tu jakieś chodzą paskudne [robaczki]. Okazuje się, że to były wszy odzieżowe, bo łonowe to kiedy indziej widziałam. Z tych wszy nie mogła nas mama [wyczyścić], kąpała nas, prała bez przerwy, ale one wyłaziły. Jakoś trudno je było wytępić. W każdym razie tam żeśmy jakiś czas mieszkali i tam nawet zaczęłam pobierać dalszą naukę, czyli nie przerwałam nauki, ponieważ w domu nauczyciela, ten nauczyciel był ze szkoły podstawowej, ale materiał znał z gimnazjum i stąd tam kilkoro dzieci, między innymi mnie uczył. Byliśmy tam na tyle długo, dopóki nie został (nie wiem ile) uwolniony Kraków i Chrzanów.
  • Pamięta pani nazwisko nauczyciela?

Nie, nazwiska nauczyciela nie pamiętam. Pamiętam tylko nazwiska tego [wójta] i tych dwóch partyzantów. Jeden to był syn Stanika – Adam, a drugi to był Palka, tak się nazywał. To byli obaj chłopcy z miasta rodzinnego mojego ojca położonego niedaleko Wadowic, między Krakowem a Katowicami – Chrzanowem. Tak że w ten sposób żeśmy dobili do Chrzanowa, już po przejściu frontu.
Potem byłam w charakterze bohaterki bardzo krótko, bo byłam jedną jedyną dziewczyną z Powstania w szkole. Poszłam od razu do gimnazjum, tak że klasę drugą gimnazjalną robiłam od marca. To myśmy musieli dotrzeć do Chrzanowa luty, marzec, bo ja już trzeci... Marzec, kwiecień, maj, czerwiec klasę drugą gimnazjalną robiłam w gimnazjum, do którego chodził kiedyś mój ojciec, który był i którego rodzina była tam bardzo znana i szanowana, bo ojciec ojca był burmistrzem swojego czasu w Chrzanowie.

  • Wspomniała pani o tym, że była pani bohaterką w szkole.

W charakterze bohaterki, tak.

  • Dlaczego?

Bo byłam w Powstaniu Warszawskim, a Powstanie obrosło legendą. Nie mówię o dramacie wyjścia, bo to jest nie do opowiedzenia. To było straszne, to, że tyle nas zginęło. Wiem, że liczy się dwieście tysięcy ludzi, że osiemdziesiąt tysięcy walczących, ale to są szacunkowe liczby. Ja tych ludzi opatrywałam, widziałam ich na co dzień, przenosiłam szpital, roznosiłam jedzenie, sama będąc bardzo głodna, zaopatrywałam w wodę, ale to było wszystko radosne, to była walka o wolność. Nie powiedziałam jeszcze jednego: na dachach, póki było ostatnie piętro naszego domu, które zostało potem zbombardowane, myśmy siadali na kominie i obserwowali całą, dosłownie całą płonącą Warszawę, ale czekaliśmy mimo wszystko na wyzwolenie. Po drugiej stronie Wisły widzieliśmy czołgi sowieckie. Były zresztą podejmowane próby forsowania Wisły przez Polaków, którzy zginęli prawie wszyscy, bodajże na Czerniakowie. Po Powstaniu już słyszałam, że wielu naszych chłopców, którzy chcieli przepłynąć Wisłę, dostać się na tamtą stronę, byli zastrzeleni przez Sowietów. Dowiedziałam się, że Stalin celowo zatrzymał front na linii Wisły, bo Powstanie miało trwać tylko kilka dni i zostać w naszych rękach. [Mówił]: „Niech się wykrwawią”.

  • Jesteśmy w Chrzanowie, już po wyzwoleniu. Wspomniała pani o tym, że w szkole spisała pani swoje wspomnienia.

Tak, w szkole ogłoszono i tutaj mam datę, jest oryginał, równo rok po wojnie Kraków ogłosił konkurs na wypracowanie „Moje przeżycia wojenne i szkolne”, czyli to było równo rok po wojnie – maj 1946 rok. Napisałam szczegółowe opracowanie na podstawie pamiętnika, który prowadziłam w czasie wojny, właściwie pod koniec wojny już, bo piszę od początku wojny, ale pamiętnik obejmował raczej drugą połowę: harcerstwo i Powstanie głównie. Napisałam wypracowanie, które stało się w szkole sensacją, tak że wypożyczali mnie do innych klas i oczywiście wszyscy ci, którzy bali się czy matematyki, czy czegoś tam i cała lekcja [mijała]. Wiem, że czytałam to wypracowanie iks razy, a nawet na akademii, która była, pan od historii napisał specjalnie dla mnie piękny wiersz o Warszawie, który w konkursie deklamowałam otrzymując nie pierwsze, ale drugie miejsce w każdym razie. Pasjami grałam w siatkówkę. W tą siatkówkę, co zaczęłam grać piłką Zbyszka Cybulskiego na podwórku naszym w czasie wojny. Byłam w tym świetna podobno.

  • Skończyła się wojna, jest 1964 rok.

Wstąpiłam do harcerstwa, ale szybko z niego wystąpiłam. To nie było to harcerstwo, to nie były „Szare Szeregi”, to nie było moje harcerstwo. Bardzo szybko komunistyczne rządy wyeliminowały wszystkie moje ideały. Byłam bohaterką okrzyczaną przez całą młodzież, więc mimo traumy ten obraz jakoś odsunął się, ale nie wykreśliłam go z życia. Niemniej miałam objawy psychosomatyczne – silne dosyć bóle brzucha, które mi... Zresztą psychosomatyka prześladowała mnie przez całe życie, bo psychicznie byłam w porządku. Psychosomatyczne, to znaczy choroba wrzodowa, jeszcze inne różne rzeczy, serce w tej chwili...

  • Nie było ogólną tajemnicą, że była pani w czasie Powstania osobą aktywną. Jaki to miało wpływ na pani życie dorosłe? Jak toczył się pani los? Czy miała pani zamykaną drogę do realizowania swoich celów?

W Chrzanowie było okay, bo byłam właśnie w charakterze dzielnej dziewczyny, która była w Powstaniu, o którym zresztą nie opowiadałam, bo nigdy nie lubiłam o tym wszystkim mówić. To się nie nadawało do mówienia, tak, jak zresztą w tej chwili też o Powstaniu mi najtrudniej mówić. Zdawałam sobie sprawę z tego, że to była rzecz cudowna i straszna, nawet z punktu widzenia historii. Wstąpiłam do harcerstwa, ale to nie było to. Jakaś wycieczka na Zachód, nic ciekawego, tak zwane Ziemie Odzyskane, Oświęcim zrobił na mnie straszne wrażenie.

  • Kiedy była pani w Oświęcimiu?

Byłam natychmiast po wyzwoleniu. Byłam drugi raz później i to było zupełnie co innego, bo byłam wtedy, kiedy były nieuporządkowane góry włosów, góry pantofelków dziecięcych, góry sztucznych szczęk, góry szczoteczek do zębów, bo Niemcy, wiadomo, że całego człowieka rozbierali na czynniki pierwsze: wyrywali zęby, obcinali włosy i to wszystko było zagospodarowywane.

  • Pani to wszystko widziała?

Góry, nie w pokojach, tylko góry, bo potem widziałam uporządkowane i nie było żadnych napisów – był Oświęcim tak jak został wyzwolony.

  • Co jeszcze pani widziała oprócz Oświęcimia?

Kraków. W Chrzanowie byłam krótko. W Chrzanowie żyłam życiem młodej dziewczyny.

  • Skończyła pani tam szkołę?

Nie, skąd, ja tam byłam bardzo krótko. Już po roku byłam, ponieważ mój ojciec był wybitnym specjalistą (a jeszcze nie były ukonstytuowane dobrze rządy sowieckie), był natychmiast, jak tylko Warszawa została wyzwolona, powołany przez Kiernika, zresztą współpracującego z Mikołajczykiem, on był z PSL, na stanowisko dyrektora departamentu organizacyjnego w ministerstwie w Warszawie, czyli jak tylko Warszawa zaczęła żyć jeszcze życiem bardzo kulawym, powojennym, głodnym z paczkami z UNRRA, ale były już paczki z UNRRA.

  • Cała rodzina wróciła do Warszawy?

Wróciliśmy do Warszawy, tak że całe liceum byłam w Warszawie. Tutaj dopiero się zaczęło. Ojciec został jeszcze przeniesiony do Głównego Urzędu Statystycznego, gdzie robił wielki spis powszechny powojenny – był głównodowodzącym, że tak powiem, czyli potworna robota, bo ludzi nie było. Następnego dnia po zakończeniu spisu został natychmiast zwolniony. Był potem zresztą w UB stale inwigilowany, prześladowany. W momencie kiedy przyjechałam do Warszawy, było referendum. Brałam czynny udział w referendum, oczywiście nie po linii komunistycznej, stąd miałam nawet takie sytuacje, że na mnie napadano i ulotki gdzieś wyciągano z kieszeni, bluzy. Potem zostałam wezwana do UB na przesłuchanie, a potem, już w klasie maturalnej będąc (klasę maturalną robiłam w liceum Żmichowskiej), zostałam wyrzucona karnie z wilczym biletem w dniu czy na cześć zjednoczenia partii PSL z PPR, czyli partii mojego ojca – partii socjalistycznej, partii Mikołajczyka, z PPR-em.

  • Czyli nie zrobiła matury pani u Żmichowskiej, czy udało się pani maturę zrobić?

Moja matka, która znała świetnie język rosyjski, bo robiła maturę w Białej Cerkwi, chodziła po czynownikach i po ludziach, którzy wtedy nami rządzili, to byli przeważnie albo Rosjanie, albo ludzie ściśle z nimi współpracujący, i tłumaczyła im, że co taka smarkata jest winna, co ona mogła zrobić. Okazało się, że moja przyjaciółka, która bywała u nas w domu, donosiła na mnie – jej brat i ojciec byli w UB, i między innymi chodziło o słuchanie radia londyńskiego – między innymi, bo [był] cały szereg innych rzeczy. Ona była przyjaciółką. Potem okazało się zresztą, że nie tylko była donosicielką, ale i złodziejką, ale to inny rozdział. W każdym razie, jak mnie wezwano po tym wyrzuceniu na UB, to taki plik akt leżał na biurku. Od tej pory co tydzień, co dwa tygodnie chodziłam na przesłuchania. Zresztą mój ojciec też miał tego typu [problemy]. Na szczęście nie został, to znaczy na krótko został zatrzymany, a potem był tylko przesłuchiwany. Matka wychodziła mi przyjęcie do szkoły do Hoffmanowej. Dowiedziałam się dopiero przed śmiercią matki (myśmy na te tematy w domu nie rozmawiali), że pani dyrektor od Hoffmanowej, której nie znałam, moją panią dyrektor od Żmichowskiej zwolnili natychmiast po wyrzuceniu mnie i jeszcze dwóch koleżanek za podobne poglądy, bo myśmy bardzo ostro wtedy wystąpiły. Dyrektor od Hoffmanowej powiedziała: „Mnie nikt nie będzie dyktował, kogo mam przyjmować do mojej szkoły”. W ten sposób na miesiąc chyba czy półtora miesiąca przed maturą dostałam się do szkoły Hoffmanowej. W UB mi powtarzano, że dla takich jak ja to nie ma ani matury, ani żadnych studiów, tylko podstawowe wykształcenie. Zresztą bardzo nieprzyjemnie traktowali – gówniarze, tacy bardzo młodzi ludzie, bardzo bezczelni, a ja już miałam swoje siedemnaście, osiemnaście lat. W ten sposób zrobiłam maturę.
W czasie, kiedy mnie wyrzucili ze szkoły i powtarzali w UB, że nie mam co... to się nie uczyłam na wszelki wypadek, ale bawiłam się. Miałam kolegów, miałam brata ciotecznego na politechnice. Chciałam nie wiedzieć tego wszystkiego. Zdałam na medycynę bardzo dobrze, ale nie zostałam przyjęta. Zdałam maturę bardzo dobrze, mimo wszystko, bo miałam tak wolną głową, że pierwszy i ostatni raz w życiu po angielsku mówiłam płynnie na maturze, i świetną pamięć jeszcze od zmartwychwstanek, mimo że z wiadomościami było różnie. Maturę zdałam, dostałam się na studia medyczne – zdałam, ale się nie dostałam...

  • Co robiła pani dalej?

Jeszcze Kiernik, który był przyjacielem Mikołajczyka, mój ojciec już został wyrzucony dawno z pracy (w filatelistyce się odnalazł), przyjacielem jego był rektor. Rektor miał jeszcze prawo do miejsc rektorskich – siedmiu miejsc rektorskich – i na miejsce rektorskie dostałam się na medycynę. Każdego roku wylatywałam z medycyny. Musiałam zdawać wszystko w przedterminach i dobrze. Skończyłam w ciągu pięciu lat medycynę. Wyszłam za mąż zresztą pod koniec studiów. Dostałam najgorszy na świecie, jaki można było wymyślić, przydział pracy, bo w prewentorium w Świdrze, w którym mieszkam w tej chwili, położonym w dawnych stajniach carskich, gdzie były najbiedniejsze dzieci z Polski chore na gruźlicę, i tam się odnalazłam. Potem zrobiłam specjalizację jedną, drugą i zostałam w pionie leczenia chorób płuc u dzieci, do końca życia stale pomijana we wszelkich awansach, ale jak kiedyś wyleczyłam cudownie wnuczka mojego dyrektora administracyjnego, komunisty zresztą, który też mnie prześladował, to otrzymałam stanowisko ordynatora, a nawet lekarza naczelnego. I tak pracowałam do emerytury i odnalazłam się w tym środowisku, i muszę powiedzieć, że czuję się spełniona zawodowo – medycynę zaczęłam w Powstanie.
Odnalazłam po śmierci ojca (zresztą już dawno) prawie nieczytelne notatki na makulaturze niemieckiej spisane przeze mnie. Był to temat wypracowania ogłoszonego przez kuratorium w Krakowie na temat przeżyć wojennych, który spotkał się z ogromnym uznaniem, a potem ten brudnopis odnalazłam po śmierci ojca w papierach, bo nie przywiązywałam do tego wagi. Moja najmłodsza wnuczka (bo mam już w tej chwili nawet trzech prawnuków) jest w tej chwili w trzeciej gimnazjalnej. Ma dokładnie tyle samo lat jak ja, jak pisałam to wypracowanie. Ona to wypracowanie przepisała, oczywiście przy pomocy swojej matki, bo to było słabo czytelne i zaproponowała w szkole, że przeczyta, bo przerabiali taki temat. Spotkała się z takim aplauzem jak ja w Chrzanowie. Miała dokładnie piętnaście i pół roku, jest w trzeciej gimnazjalnej, tak że już w innych klasach też czytała to wypracowanie. Cisza była idealna, mimo że dzwonek już był na koniec lekcji. Teraz mam propozycję (miałam już, ale na razie czekam) spotkania w szkole w sensie dyskusji, bo posypało się mnóstwo pytań. Młodzież nic na ten temat nie wie, bo przez cały okres okupacji sowieckiej nie była tego uczona.





Warszawa, 28 października 2010 roku
Rozmowę prowadził Barbara Pieniężna
Maria Teresa Tryczyńska Pseudonim: „Ryśka” Stopień: służby pomocnicze, sanitariuszka, kolporterka Formacja: Obwód II „Żywiciel” Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także

Nasz newsletter