Lidia Cercwadze-Wardisiani

Archiwum Historii Mówionej

Lidia Szubert-Wardisiani.

  • Jak pani wspomina swoje dzieciństwo?

Dzieciństwo jako małe dziecko miałam bardzo dobre – do momentu wybuchu wojny, bo jestem dzieckiem wojny. Wojna wybuchła, jak miałam pięć lat. Pamiętam, jak zaczęła się wojna. W 1939 roku w Warszawie – była piękna pogoda, ale wyły syreny, bo zaczęły się walki powietrzne samolotów nad miastem. Myśmy mieszkali nad Wisłą, więc wszyscy wylegli nad Wisłę patrzeć: „O, jakieś ćwiczenia czy co?”. Okazało się, że to już wojna. I tak dzień za dniem – strach, naloty, bombardowanie Warszawy. Widziałam, jak szły pułki ułanów, naszego wojska na wojnę. Ludzie oddawali, co mogli – papierosy, żywność, słodycze, chleb, wodę w manierkach, bo było gorąco. Szły wojska na Modlin, bronić. To się widziało i czuło się, bo stale były naloty, pożary. Sklepy były porozbijane, były trudności z aprowizacją. Pamiętam, jak z matką szłyśmy przez Nowy Świat na Stare Miasto, bo znajomy miał tam sklepik z żywnością. Obiecał nam, że nam trochę czegoś [da]. Pamiętam Zamek Królewski, jak się palił – cały w kłębach dymu. Potem pamiętam, jak Niemcy weszli do Warszawy. Defilada – ludzie byli załamani kompletnie, ponurzy, płakali. [Niemcy] szli butni, tylko słychać było łomot butów po bruku.
Potem – lata okupacji. W Warszawie – łapanki, łapanki, nigdy nie było wiadomo, czy rodzice wrócą do domu. Rozstrzeliwania ludzi na ulicach. Koło mojego domu też była taka egzekucja – jeszcze do tej pory stoi mur na Solcu, ze śladami kul.

  • Czy słyszała pani, jak strzelali?

Tak, bo myśmy z okna oglądali – trochę na skos, mój dom był odsunięty od Solca o dwie posesje.

  • Czy zaczęła pani chodzić do szkoły?

Chodziłam do szkoły. Jeździłam do szkoły Czerniakowską. Czasem wracałam piechotą do domu. Kiedyś wracam, idę sobie normalnie, z tornistrem, a naprzeciwko mnie Hitlerjugend, chłopak [z psem], może czternaście lat, może piętnaście. Miałam wtedy osiem lat. Pies do mnie podszedł, zaczepiłam tego psa, że na mnie szczeknął. A młody chłopak jak się nie odwinie, jak mnie nie rąbnie pejczem przez twarz! Tak że to były nieciekawe wspomnienia.

  • A jak pani wspomina swoją szkołę, koleżanki?

To była szkoła zakonna sióstr nazaretanek. Jest do tej pory – w tej chwili jest to prywatne gimnazjum i liceum. W czasie wojny była wydzielona część budynku. Bardzo przyjemnie siostry nas traktowały. Uczyły piosenek, polskich wierszy, a wszystko było pod przykrywką, że uczymy się robótek ręcznych, szycia. Ale to była tradycyjna szkoła – jak to mówią – z zasadami. Ale do okresu Powstania skończyłam zaledwie cztery klasy. Jak wybuchło Powstanie, to miałam dziesięć lat.
Wróciłam [do Warszawy] dwa dni przed [Powstaniem]. We wtorek wybuchło Powstanie, a w niedzielę wróciłam z wakacji, byłam za Świdrem. Już słychać było kanonadę artyleryjską, że idą ruscy. Więc już napięcie, że zbliża się front, że trzeba się szykować na zmianę. Przyjechaliśmy do domu wieczorem. Już transporty przez wszystkie mosty, Niemcy uciekali.
1 sierpnia byłam w domu. Zaczęło się po południu. Trochę padał deszczyk. Zaczęły się strzały. Ale ojciec nic nie mówił – przynajmniej ja nie wiedziałam, bo mnie w ogóle nic nie mówił. Wiem tylko, że ojciec od czasu do czasu spotykał się z rozmaitymi ludźmi i że kiedyś, jak się sprzątało, to się znalazło za piecem ojca pistolet. Ale jako dziecko niewiele orientowałam się w tym, co się dzieje. Ale ojciec oczywiście już był wtedy w akcji, matki też nie było, tak że byłam sama w domu z moją babcią. I strach – co będzie. Ani matki, ani ojca, my same, strzelanina na ulicy. Moja matka dopiero wróciła po dwóch, trzech godzinach. Przeszła ulicami przez wszystkie strzały, przez plac Trzech Krzyży. Zbiegła Książęcą, pod obstrzałem wróciła do domu. Tak że szczęśliwie. Dobrze mówiła po niemiecku, więc jak ją zaczepiali, to mówiła, że wraca do domu. Dosyć odważnie z nimi rozmawiała, więc ją przepuścili.

  • Jak mijały pierwsze dni Powstania?

Na Powiślu (właściwie to był bliski Czerniaków) było dosyć spokojnie. Obstrzał był z mostu, był obstrzał od strony sejmu, bo stały tam baterie niemieckie, więc z tamtej strony skarpy nas obstrzeliwali. Zbudowaliśmy [barykadę] – też nosiłam krzesła, stołki, byle co – każdy się do tego przykładał. Barykada stała w poprzek ulicy, bo ataki niemieckie szły od strony mostu Poniatowskiego, Solcem. Postawili barykadę, ale Niemcy mieli swoje namiary – widocznie widzieli to – bo zaczęli obstrzeliwać i było bardzo dużo rannych. Trafili w barykadę, kilkanaście osób było poranionych, kilka osób było zabitych. Potem trzeba było ich odnieść, odtransportować do szpitala na Czerniakowskiej. Na drzwiach, na stołach, blatach ciągnęło się tych ludzi do szpitala. Tak że przez sierpień jeszcze na przyczółku czerniakowskim było względnie spokojnie. To znaczy nie można było ani na ulicę wyjść, ani dobrze na podwórze wyjść, bo [Niemcy] mieli dobry wgląd z mostu. I był bardzo dobry wgląd ze skarpy, od strony sejmu. Jak tylko ktoś się pokazał, to był silny obstrzał. Wiem też, że gdzieś siedział snajper niemiecki na dachu. Myśmy mieli mieszkanie na piątym piętrze, poszłam patrzeć, co się dzieje, w stronę mostu. Usłyszałam tylko „bzz” – koło mojej głowy, rykoszetem odbiła się kulka. Tak że bym dostała.

  • Było niebezpiecznie.

Tak, nie można było [wychodzić]. Jak człowiek potrzebował [zejść] do piwnicy, to trzeba było przemknąć się, dosłownie.

  • Czy mogła pani mieszkać w swoim mieszkaniu, czy trzeba było cały czas być w piwnicy?

Dwa pierwsze tygodnie mogliśmy [mieszkać], bo Niemcy byli wtedy zajęli Wolą, Ochotą – tamtym rejonem miasta. Natomiast na przyczółku czerniakowskim było spokojnie. Ale potem już się zaczęło. Zaczęły się naloty, zaczęły się ostrzeliwania, bo na moście kolejowym postawili działo kolejowe. Działo kolejowe ostrzeliwało. Myśmy mieszkali na piątym piętrze, więc spadły wszystkie dachówki, lała się już woda, już było niebezpiecznie. Przenieśliśmy się na pierwsze piętro. Któregoś dnia siedzę na pierwszym piętrze, zostawili mi małe dziecko, bo poszli po żywność. W pewnym momencie słyszę charakterystyczne ryki „krowy”. I – łup! w narożnik domu. Jak rąbnęli w narożnik domu, tak rozsypało się pół pokoju. Mnie nakryła futryna, dzieciaka wyrzuciło z wózka, przeleciał przez pół pokoju na drugą stronę. Nic nie widzę, tynk [nas] obsypał, w pokoju ciemno. [Pył] jakby ktoś mąkę wysypał. Mnie ogłuszyło. Dopiero po jakimś czasie wylazłam spod futryny, zbiegłam na dół. Moja matka była wystraszona, myślała, że może zginęłam, bo w to mieszkanie uderzył pocisk.
Ale jak już padła Starówka, to zaczęła się walka o przyczółek czerniakowski, tym bardziej że już… To już było widać, że Sowieci weszli na Pragę, mniej więcej na samym początku września. Było już ich widać z naszego domu, że stoją na pozycjach po drugiej stronie Wisły. Zaczęła się walka o przyczółek czerniakowski. I wtedy zaczęło się piekło, bo nasi usiłowali zatrzymać przyczółek do ostatniego momentu. Niemcy już spacyfikowali Stare Miasto i wszystkie siły rzucili [na przyczółek]. Bez przerwy były i naloty, i ataki czołgów na barykady – od strony budynku Sejmu, na Powiśle. Siedziało się cały czas w piwnicy, bo nie było już sposobu w ogóle się pokazać.

  • Czy w piwnicy było światło?

Światło było z karbidówek, ze świec – takie było światło. Wodę myśmy mieli, bo mieliśmy studnię na podwórzu, tak że woda była. Potem była komiczna sytuacja. Wszyscy byli brudni, zakopceni, obsypani pyłem. Sąsiedzi koło nas byli strasznie nieszczęśliwi, że są tacy brudni i zawszeni. Nawnosili sobie kubłami wody do balii. [To była] stara kamienica, więc w piwnicy była pralnia. Czymś rozpalili, trochę podgrzali wodę, pokąpali się. Już szczęśliwi, że są wykąpani, a tu raptem – łubudu! Ciemno się zrobiło, wszystkie światła, jakie były, pogasły, ludzie nie wiedzą, co się dzieje. Wreszcie po jakimś czasie zapalamy świece i co się okazuje: wszystkie sadze z komina wysadziło, tych ludzi na murzynów znowu obsypało sadzami. Aż się popłakali z tego wszystkiego! Co się okazało: wysadzili mosty na Wiśle i straszny podmuch, który poszedł – wszystkie sadze z komina powysadzało w całym domu i w piwnicy. Tak że wszyscy byli na czarno.

  • Jak wyglądało zaopatrzenie w żywność?

Żadnej nie było – co kto miał, to jadł. U nas, nad Wisłą były stajnie, dorożkarze mieli konie, było dużo gołębiarzy [hodowców gołębi], więc wszystko szło pod nóż. I konie się tłukło, i co kto mógł. Niektórzy ludzie mieli [zapasy] z kartek. Na przykład moja matka odkryła, że w jakiejś torbie była mąka żytnia, to przez jakiś czas jedliśmy kluski żytnie. Ponieważ mój ojciec był oficerem łącznikowym [pseudonim „Konstruktor” w Grupie „Krybar”], więc krążył między jedną dzielnicą a drugą. Kiedyś nam przyniósł woreczek grochu. Ale ten groch był tak przemieszany z solą (widocznie wyciągnął go z jakiegoś magazynu, gdzie im zrobił się miszmasz z produktami), że tego grochu nie można było jeść, bo był cały z solą. A że był tłuczony, więc w końcu się go wyrzuciło. Żadnego zaopatrzenia w zasadzie nie było, żyło się resztkami. Głód był, ale jakoś…
Potem była walka o przyczółek. Pamiętam, któregoś dnia, na początku września – prawdopodobnie liczyli na to, że przyjdzie desant – przyszedł pułkownik „Monter” z całą asystą. Ponieważ nasz dom był bardzo wysunięty w kierunku Wisły, to stali tam, opowiadali, naradzali się. Pamiętam, jak przyszedł, w bryczesach – chodził w bryczesach, oficerkach, miał „pierożek” na głowie.
Potem już był regularny bój. Dosłownie regularny bój o przyczółek, o każdy dom. Między domami były porobione przekopy, to tylko widziałam, jak chłopcy (z „Parasola”, z „Zośki” i częściowo z „Kryski”) kursowali z bronią po przekopach i przejściach. Tylko strzały i strzały. Myśmy tylko czekali, kiedy wreszcie wpadną Niemcy.

  • Czy powstańcy zatrzymywali się na dłużej?

Nasz dom był drugi z kolei, a oni głównie tkwili w pierwszym. Przez nasz dom była droga zaopatrzeniowa, więc przebiegali do pierwszego i potem z powrotem. Ale pamiętam, że wiecznie coś było [coś się działo]. Jak który ranny, to zatrzymywał się u nas, ludzie [organizowali] pomoc. [Był jeden] u nas – oczy mu zaprószyło piaskiem, płacze, że nic nie widzi. Trzeba mu było przetrzeć oczy. Drugiemu zaciął się pistolet, to trzeba było wyciągnąć oliwę, żeby mu trochę [naoliwić] pistolet. Stale coś było.

  • Czy zdarzali się też ciężko ranni?

O tak, bo bez przerwy… Tylko że sanitariuszki swoich żołnierzy jakoś zaopatrywały i odtransportowywały do punktów sanitarnych, tak że w naszym domu ranni nie leżeli. Głównie byli transportowani do Szpitala Czerniakowskiego na rogu Ludnej i Czerniakowskiej (teraz jest szpital wojewódzki).

  • Czy zdarzały się przypadki, że cywile i powstańcy wchodzili w konflikt?

Jeśli chodzi o moich sąsiadów, to tego nie było. Była raczej duża obawa, co będzie z nami. Bo stale przychodziły wieści, że na ten odcinek jest duża ofensywa oddziałów Dirlewangera. A to była zbieranina rozmaitych kryminalistów. To był straszny element. Mało tego, że tam byli i „kałmucy”, i „ukraińcy”, ale były [też] rozmaite bandziory. Mordowali ludność cywilną niesamowicie. Byliśmy przerażeni, co z nami będzie, bo naprzeciwko nas wymordowali wszystkich mieszkańców, powywieszali na trzepaku. Ciągle słyszało się o tym, że mordują kobiety, że obcinają piersi, że rozbijają dzieciaki. Było po prostu przerażenie, co z nami będzie.
Ale tak się szczęśliwie złożyło w całym nieszczęściu, że do nas wpadli nocą, 15 września, kiedy już desant, w zasadzie, przyszedł 15 września, tylko nie do naszego [miejsca], gdzie byłam, tylko obok – [desant] „berlingowców”. Niemcy wpadli do nas, do domu 15 września. Wrzucili granat na schody, do piwnicy. Granat poturlał się po schodach, rozprysnął, pokiereszował trochę ludzi, ale nie tak bardzo, [raczej] podrapał ich. Ale wparli. Powstańcy się wycofali, to był wieczór – widocznie już nie było możliwości utrzymać dalej placówkę. Niemcy natychmiast wyrzucili wszystkich z domu: Hände hoch! Alles raus! Tak jak człowiek stał, tak wszystkich nas wyrzucili z piwnicy. Postawili nas pod murem na podwórku, przy oficynie. Stoimy, nie wiemy, co ma się z nami dziać – czy nas rozstrzelają, czy nas gdzieś pognają. Potem zdecydowali, że nas wyprowadzą. Wyprowadzono nas poprzez gruzy do następnego domu, nad samą Wisłą, pod most Poniatowskiego, bo mieli tam swoje główne siły. A z tamtej strony już cały czas szły ataki. I myśmy wyszli, tak jak żeśmy stali – bez żadnego… nic. Wtedy wyszłam w sandałkach, w letniej sukience, moja mama też. Moja babcia tylko zawsze marzła, to włożyła płaszczyk, zawsze miała na sobie.
Drogi do tej pory nie zapomnę. To był widok jak z apokalipsy, to dosłownie był filmowy widok. Myśmy szli brzegiem Wisły. Cały Solec, cała Wioślarska się paliła. Pożary odbijały się w rzece. Palił się kościół na Solcu. W kościele, jakimś cudem, stał któryś z księży i żegnał nas krzyżem. Nad samą Wisłą – dosłownie tak, że widać było twarze – szły samoloty angielskie. I myśmy widzieli twarze lotników. Mosty już były pozwalane i niziutko szli w kierunku Żoliborza. Nawet niektórzy na przygaszonych silnikach, bo szli lotem szybowcowym, cicho. Dosłownie tak nisko, że było ich widać z kabin. A Sowieci walili do nich z zenitówek. I to ja sama, na własne oczy widziałam, że Sowieci walili do tych angielskich samolotów z zenitówek. Nikt mi nie wmówi, [że nie] – żadna prasa – bo na własne oczy to widziałam, jak strzelali do lotników angielskich. Czy to byli nasi, Polacy z RAF-u w angielskich samolotach, czy to byli Anglicy… Ale w tym dniu widziałam, jak fruwali. Wtedy nie widziałam, żeby robili zrzuty. Owszem, trzeba przyznać Sowietom, że zrzucili nam parę razy (ruskie kukuruźniki) na podwórko pojemniki z żywnością. Ale zrzuty też były prymitywne, bo zrzucali worki nie na spadochronach, tylko tak walili. To wszystko się rozwalało, rozsypywało. Był z tego niewielki pożytek. Pożytek był o tyle, że czasami zrzucali puszki i te puszki można było potem jeszcze zużytkować. Ale jak rąbnęli parę worków z mąką, to było potem nie do odzyskania.
  • I gdzie panią zapędzili Niemcy?

Wtedy nas zapędzili właśnie pod most Poniatowskiego, na [ulicę] 3 Maja, do bloków. Tam, na własne oczy, widziałam sławne „krowy”. To były sześciolufowe moździerze. Z tyłu była korba, którą kręcili i wtedy wyrzucali pociski. Widziałam – stały trzy czy cztery wyrzutnie pod filarami mostu. Kazali nam przenocować na podwórku (stali w blokach na 3 Maja). Moja mama mówi: „Może znajdziemy tu coś do jedzenia”. Nic nie było, bo domy były do końca rozszabrowane. Jedyną rzecz, co znalazła – znalazła kryształową wazę (kryształową miskę). Mówię: „Mamo, a co to?”. Mówi: „Jeżeli trzeba nam będzie czegoś się napić, to w czym się napijemy? Nie mamy ani garnczka… nic kompletnie. Chociaż niech będzie coś, w czym będzie można napić się wody”. Miskę kryształową ciągnęliśmy ze sobą przez to całe nieszczęście. Następnego dnia przepędzili nas stamtąd przez Tamkę, po tamtej stronie mostu. Tamka też calutka paliła się. Było przejście korytarzem ognia. Była tylko wąska ścieżka, domy, stropy waliły się – tylko iskry szły, dym do nieba. Przeszliśmy przez Tamkę, do góry. Potem poszliśmy koło Kopernika, na plac Piłsudskiego i przez Muranów. Muranów to była pustynia. Tylko było widać jeden jedyny kościół na Lesznie, a tak to była pustynia.

  • Same gruzy?

Same gruzy – i to do równa, jak by po tym przejechał buldożer. Idziemy, ciągnęło nas dwóch konwojentów. Szczęście, że z naszego domu wygarnął nas Wehrmacht, a nie ci od Dirlewangera. Bo Wehrmacht jeszcze zachowywał się względnie humanitarnie, powiedziałabym.
Konwojowali nas przez Warszawę, przez tereny getta, Muranowa – to były tereny getta, więc były kompletnie jakby zniwelowane. Idziemy, a nasi konwojenci gdzieś się ulotnili, gdzieś ich diabli wynieśli. Patrzymy, a samochodem podjechali „ukraińcy” i ściągają karabin maszynowy na nas. Każdy już zaczął się żegnać, bo już chyba wybiła ostatnia godzina, bo jak „ukraińcy” się dorwą, to już koniec. W ostatnim momencie – jak już nakładali taśmy – zjawili się raptem nasi konwojenci, niemieccy. Na [„ukraińców”] po niemiecku wrzaski, żeby zatrzymali swoją akcję. Dalej myśmy poszli aż do kościoła na Woli, [gdzie] był następny etap. Jak weszliśmy do kościoła na Woli, to już był zmrok. Ale tam była gehenna. Dookoła, pod parkanem – stosy trupów, dookoła kościoła. To były dziesiątki trupów zwalone na kupę. Myśmy przenocowali w kościele, a dopiero następnego dnia nas popędzili na Dworzec Zachodni i do obozu w Ursusie. W Ursusie siedzieliśmy trzy dni.

  • Czy do Ursusa dotarliście piechotą?

Nie. Na Dworcu Zachodnim wsadzili nas do pociągu (już nie pamiętam, czy to był towarowy, czy inny). [Zawieźli] nas do Ursusa, do obozu.

  • Jakie były warunki w obozie? Czy dano wam jeść?

Żadnych warunków nie było. Betonowe podłogi, mokre, kanały jak w warsztatach samochodowych. Każdy, co kto miał, to ściągał – tektury, deski, żeby [nie siedzieć] na betonie, tylko gdzieś się przytulić. Kryształowa miska nam w końcu uratowała sytuację. Przyjechał Czerwony Krzyż z garkuchnią i rozdawali zupę. I żeby nie ta miska, to by człowiek nawet nie miał w czym zjeść. Z miski myśmy jedli i wszyscy sąsiedzi jedli. Za tę miskę dawali nam złote monety, żeby tylko [ją] dać. Tak człowiek nieraz, podświadomie, coś znajdzie, co mu w końcu może uratować życie. Moja matka, co prawda, nauczona była życia w bolszewii. Moja matka [była] urodzona na Ukrainie, więc całą bolszewię przeszła na Ukrainie. Dopiero w dwudziestym trzecim roku, po wojnie bolszewickiej, wróciła do Polski, więc wiedziała, co to znaczy w ogóle wojna, bolszewia i ciężkie warunki. Więc instynktownie potrafiła się zachować w ciężkich, ekstremalnych sytuacjach.

  • Co było później w Ursusie? Segregacja?

W Ursusie – siedzieliśmy trzy dni – bród, smród i ubóstwo, [bo] ani się umyć, garkuchnia raz dziennie przyjechała. A potem była selekcja. Przychodziły pielęgniarki, niemiecki doktór czy felczer, czy Bóg wie kto. I [selekcja]: którzy młodsi, to do roboty albo do Oświęcimia; którzy starsi [czy] dzieci, to do Generalnej Guberni. Chcieli nas rozdzielić. Matkę chcieli wziąć na roboty, a mnie z babcią do drugiej grupy. Ale moja mama dobrze mówiła po niemiecku, więc jakoś się z nimi wykłóciła i zostawili ją z nami. Po selekcji, po paru dniach, wsadzili nas w wagony i jechaliśmy do Generalnej Guberni. Chyba nas wieźli całą dobę. Wsadzili nas po południu, to jechaliśmy całą noc, potem cały dzień i wieczorem nas wyrzucili pod Kielcami, w lesie. Już było zimno, już był początek października. Myśmy szli przez Warszawę parę dni, potem byliśmy w Ursusie, tak że to był już koniec września. Już był szron, zimno w nocy jak nie wiem co. Wyrzucili nas. Patrzymy, a oni się gdzieś zabrali, tak że jesteśmy sami. Chwała Bogu, że już nie ma szkopów. Rozłożyliśmy się w lesie, ludzie nazbierali gałęzi, popalili ogniska i do rana jakoś człowiek przetrwał. Rano przyjechali okoliczni chłopi i pozabierali nas do rozmaitych wsi na przetrwanie.

  • Dokąd pani trafiła? Do jakiego gospodarza?

Przyzwoity był człowiek. Ale była taka bieda wtedy, w tych kieleckich wsiach, że człowiek sobie nie wyobrażał. W lasach była ogromna partyzantka, były oddziały „Jędrusiów” [i inne]. Wioska – to była z jednej strony wioska, a z drugiej strony las. Rano przyjechali Niemcy – wygarnęli kury, świnie, co zdążyli wyrabować, a wieczorem przyszli partyzanci, żeby się posilić. Już były wykopki, zaczynały się już kartofle. [Chłopi] mieli głównie kartofle, kto miał krowę, to mleko. I grzyby – była kupa grzybów w lesie. To myśmy chodzili kopać chłopom kartofle, żeby trochę im się odwdzięczyć i jakoś trzeba było przeżyć. Chodziłam z gospodarzami na wykopki. A po południu chodziłam z mamą na grzyby. I kartofle z grzybami były na okrągło. Mieli jeszcze trochę zboża, to była kasza. Mama im nieraz zrobiła na obiad krupnik z kartoflami, z grzybami, to byli strasznie szczęśliwi, że mieli coś innego. A obrzydła mi ich zupa – gotowali kartofle z ulęgałkami. Zalewali to mlekiem i to było takie świństwo, że do dziś dnia nie mogę patrzeć na ulęgałki. Paskudne. Ale człowiek jadł, bo co miał do roboty? Musiał jeść to, co było.

  • Czy duża była ta chłopska rodzina?

Nie. To było starsze małżeństwo, on nawet był chyba sołtysem. Chyba jego syn był w partyzantce, a córka gdzieś… Tak że było ich dwoje, chałupkę mieli niedużą. Urzędowaliśmy w ich kuchni.
Potem już podchodziła zima, to moja matka mówi: „Przecież nie będziemy tu w zimę. Trzeba pojechać do Częstochowy”. To spakowaliśmy się, do stacji było piętnaście kilometrów, to podwiózł nas wozem. Wsiedliśmy, pojechaliśmy do Częstochowy. [W mieście] żeśmy nikogo nie znali. Mama spotkała swoją koleżankę, ale koleżanka mówi: „Nie mogę ciebie przyjąć, bo mam dwa pokoje z kuchnią, a już piętnaście osób u mnie jest. Ale jak nie masz gdzie przenocować, to przyjdź do nas wieczorem”. Myśmy poszli na miasto i mama pyta się ludzi, czy gdzieś można się zatrzymać. Spotkała starszą panią i mówi: „Proszę pani, czy pani nie zna kogoś, bo my jesteśmy we trzy, nie mamy dachu nad głową”. A ona wyciąga klucze z kieszeni i mówi: „Niech pani idzie do mojego mieszkania. Proszę sobie otworzyć, bo ja nie mam czasu, bo mi syna złapali na okopy. Idźcie, otwórzcie sobie mieszkanie, rozgośćcie się. Zróbcie sobie herbatę, coś, zanim ja wrócę”. Moja mama mówi: „Jak ja mogę iść do pani…”. [Kobieta] mówi: „Ja już sama nic nie mam. Mnie wyrzucili z domu – z majątku – u mnie nie ma co ukraść. To, co mam, to rozporządźcie się tym, co mam. Jak wrócę, to dalej…”. I żeśmy były u niej przez całą zimę. Mieszkanie miała okropne, nędza – dom był [tak] stary, że się sypał, ale żeśmy tam przeżyli.

  • Jak pani zapamiętała koniec wojny?

Och! Pamiętam, jak weszli Sowieci do Częstochowy. To był sądny dzień, sodoma i gomora! Inwazja zaczęła się o pierwszej, naloty sowieckich samolotów zaczęły się o pierwszej, a koło czwartej weszły ich czołgi. Niemcy byli zupełnie zaskoczeni, tak że uciekali, gdzie pieprz rośnie. Dosłownie odchodzili od talerza zupy i uciekali. [Sowieci] zbombardowali miasto czołgami i samolotami.
Na drugi dzień zrobiła się sodoma i gomora, bo rozbili wszystkie sklepy. Wszystko, co było do rabowania, to wszystko wyciągali ze sklepów – co się dało. Ani nie było możliwości coś kupić, ani nie było możliwości gdzieś… Tylko człowiek mógł wziąć worek i zbierać po tych sklepach, które były rozbite. I myśmy tak zrobiły. Wzięłyśmy worek na plecy i zbierałyśmy, co można było, do jedzenia. Chleb, to chleb; jakieś konserwy, to konserwy; jak ogórki, to ogórki. Z takim workiem wróciłyśmy… I przez dwa tygodnie to był taki burdel – z przeproszeniem – póki nie weszły wojska polskie. Bo potem zorganizowali milicję, trochę porządku się wprowadziło, ruszył handel, piekarnie. A tak, to takie było to całe wyzwolenie. A takie pijane towarzystwo! Te wojska – „kałmuki” jakieś niesamowite, na koniach, co trochę większe od cielaków. Powłóczyli nogami, jechali na tych koniach, ledwo się trzymając – pijani w sztok, kompletnie! Strach było chodzić po mieście.

  • Czy bała się ich pani?

Pewnie, że się bałam, ale co miałam robić? Trzeba było gdzieś przeskoczyć, coś załatwić, coś przynieść. A ile razy wpadli do nas do mieszkania: „A słoninę macie?”. – „No, nie mamy – bo skąd?” – „A cebulę macie?”. – „No, mamy”. – „No, to dawaj!”. Wyciągali pół litra, stawiali na stole i się zaczynała zabawa. Nasza pani gospodyni miała córkę, która miała wtedy osiemnaście lat. Moja mama mówi: „Zabierajcie się, dziewczyny, szybko z mieszkania”. Zbiegamy do szewca na parterze. A ci stawiają wódkę na stole, łupią cebulę, wyciągają pistolety i strzelają po wszystkich obrazkach. I – zabawa. I to tak było parę razy. To było właśnie wyzwolenie.

  • Kiedy pani mama zdecydowała się na powrót do Warszawy?

Jak już front się przewalił, to zdecydowała się w ogóle zobaczyć, co się dzieje, czy znajdzie się znajomych. Część naszych znajomych, krewnych była na Pradze, więc trzeba było odnaleźć się, żeby wszyscy [byli] razem. [Chcieliśmy] dowiedzieć się, co się stało z moim ojcem, bo ojciec cały czas był w akcji, potem był ranny. Jak tylko front się przewalił, to matka przyszła do Warszawy. Ja byłam pierwszy raz w Warszawie w kwietniu. Jeszcze strasznie to wszystko wyglądało. Chodziło się wąziutkimi ścieżkami, po gruzach. Jeszcze śmierdziało to miasto tak nieprawdopodobnie, że się niedobrze robiło. Wszędzie – ani nie było grobów, trupy po piwnicach, kupa złodziei, szabrowników. Jak wróciliśmy do naszego domu, to w ogóle nie można było wejść. Jak byliśmy w pierwszym pokoju, to z kuchni już zdążyli nam wyszabrować blat kuchenny.

  • A gdzie panie wtedy mieszkały? Znów na Powiślu?

W Częstochowie byłyśmy do kwietnia. Potem znalazłyśmy krewną, która nas właściwie częściowo urządziła w Łodzi, tak że żeśmy potem przenieśli się do Łodzi. W Łodzi już poszłam do szkoły – skończyłam szkołę i gimnazjum, zaczęłam studia.
  • Co było z pani ojcem? Jak się potoczyły jego losy?

Ojciec był bardzo ciężko ranny. Dostał po nogach granatnikiem, szrapnelami, więc jedną nogę miał do amputacji. Ponieważ pracował z lekarzami w szpitalach, w [szpitalu] Przemienienia Pańskiego, miał dużo przyjaciół wśród lekarzy. W tym szpitalu trafił na swojego przyjaciela, chirurga. Powiedział mu: „Słuchaj. Albo ja umrę, albo rób coś z moimi nogami, żebym ja te nogi miał”. Koniec końców, że chirurg, jego przyjaciel, zachował mu nogi. Ale po upadku Powstania, po kapitulacji – [ojciec] leżał na Wspólnej – dostał się do oflagu w Altengrabow, [gdzie] był szpital główny. W Altengrabow był w szpitalu. Tam go przejęli Anglicy i przewieźli go do Londynu. Był potem pod Londynem w szpitalu wojskowym, [gdzie] miał parę operacji na nogi. Potem matka znalazła go przez Czerwony Krzyż i zdecydowała, żeby wracał. Ojciec chciał, żebyśmy my może tam, ale jednak matka zdecydowała, żeby wrócił. I wrócił. Już chciał wracać, już był wygojony i dosłownie dwa tygodnie przed transportem znowu noga mu pękła – w miejscu, gdzie miał ranę – znowu w gipsie. Tak że go w Gdyni znieśli na noszach ze statku. Moja mama miała jeszcze szczęście w tym całym zamieszaniu, że spotkała w Gdyni naszego sąsiada, który był w oddziałach AL na przyczółku czerniakowskim (Jurek, młody chłopak, miał może dwadzieścia lat). Jurek, jak już nas chwycili Niemcy, widział nas z dachu i jeszcze wrzeszczał do nas: „Idźcie z Bogiem! Do zobaczenia!”. Myśmy go poznali, bo miał charakterystyczny głos. Gdzieś się dostał. Jak berlingowcy potem przeprawili się, to przepłynął z nimi Wisłę i dostał się do „berlingowców”. A że był AL-owcem, to zaraz z nimi doszedł do porozumienia.
Jak moja mama odbierała ojca w Gdyni z transportu… Idzie Gdynią i myśli, jak tu zrobić, żeby jakoś [z ojcem] wrócić do Łodzi. Patrzy – idzie Jurek w komandorskim mundurze, jako komandor. Mama mówi: „Jurek! A co ty masz z marynarką wspólnego? Chyba tylko to, że pływać umiesz?”. Mówi: „Ach, proszę pani. Jestem teraz tutaj od transportu”. – „No, to jak ty jesteś od transportu, to mi daj natychmiast jakąś ciężarówkę, bo męża trzeba przetransportować”. – „A dobrze, oczywiście. Dam pani ciężarówkę i jeszcze konwojenta z karabinem”. I tym sposobem odebrałyśmy mojego ojca. Takie to nieraz przypadki rządzą ludźmi.

  • Czy nie chciała pani zostać w Warszawie? Wolała pani Łódź?

Nie mogłam zostać w Warszawie. Dom zrujnowany, dachu nie ma, światła nie ma, wody nie ma. Dookoła kupa bandziorów, jakichś pijanych żołdaków. Ani zaopatrzenia, ani pracy, ani możliwości – nic. W Łodzi mieliśmy jakieś mieszkanie – trzeba było zostać. A z domu nic nie zostało. Moja mama znalazła trochę fotografii na podwórzu, poplamionych wodą. I [trochę ] książek.

  • A czy później, przez całe lata, mieszkała pani w Łodzi, czy jednak powróciła do Warszawy?

Nie. Mieszkałam w Łodzi do 1950 roku. Potem, jak ojciec już trochę się wyleczył, to zaczął pracować w budownictwie, w Warszawie (bo moja druga babcia mieszkała na Pradze). [W Warszawie] dostał z budownictwa mieszkanko na Mokotowie – jak już zaczęły budować się bloki, chyba w 1951 czy 1952 roku. I potem się tutaj przenieśliśmy.

  • I jakby pani miała porównać Warszawę przedwojenną i powojenną…

Przedwojenną Warszawę niewiele pamiętam. Tylko pamiętam to, że po ulicy jeździło się saniami, bo jak nasypało śniegu, to chodziły nie dorożki tylko sanki z dzwonkami. Śnieg wszyscy dozorcy zgarniali na jezdnię. Dorożki przypinały płozy i jeździło się po Warszawie sankami. Pamiętam, że były światła, kolorowe wystawy na Nowym Świecie – tyle pamiętam sprzed wojny. A pamiętam tylko Warszawę z czasu okupacji i później.

  • Smutna była ta Warszawa czasów okupacji.

Och. Przed okupacją była piękna. Resztki domów, które jeszcze teraz [są] na Nowogrodzkiej czy na Lwowskiej… Taka Warszawa była przed wojną. Inna zupełnie niż jest teraz. Powiedziałabym, że to było miasto z szykiem, eleganckie. A dzisiaj jest bardzo kosmopolityczne, nie ma tego charakteru. Jest inna. Ale cały świat jest inny.

  • Wszystko się zmienia.

Wszystko się zmieniło. Za mojego życia wszystko się zmieniło. Od telefonu na korbkę po komórki.



Warszawa, 14 września 2009 roku
Rozmowę prowadziła Anna Kraus
Lidia Cercwadze-Wardisiani Stopień: cywil Dzielnica: Powiśle

Zobacz także

Nasz newsletter