Łucja Kamińska-Bernaciak

Archiwum Historii Mówionej

Moje nazwisko: Łucja Kamińska-Bernaciak. W momencie wybuchu Powstania miałam dziewiętnaście lat. Miałam już syna trzymiesięcznego, byłam mężatką.

  • Czy pani pamięta wybuch II wojny światowej?

Pamiętam, miałam czternaście lat, jak wojna wybuchła. To były wakacje, byłam na obozie wędrownym. Wylosowałam obóz wędrowny, kierunek Włodzimierz – Izbica, tamte strony. Byłam harcerką. Wtedy trzeba było szybko wracać do domu, nie było mowy o szkole. Wylądowałam na wsi u mojej babci, w gospodarstwie za Grójcem, sześćdziesiąt pięć kilometrów od Warszawy.

  • Proszę powiedzieć o pierwszych latach okupacji.

Pierwsze dni byłam na wsi z rodzicami. Byli Niemcy. Cały dramat, wszystko przeżywałam na wsi, wszystkie lęki. Cała moja rodzina tam była.

  • Gdzie pani rodzina mieszkała w czasie okupacji?

Moja rodzina, moi rodzice mieszkali w Warszawie na ulicy Franciszkańskiej. Mój ojciec był cieślą budowlanym i pracował w Fabryce Papierów Wartościowych na Sanguszki. Ale jak wojna wybuchła, to musiał uciekać i schował się u mojej babci. Tam było gospodarstwo rolne w Falęcicach za Grójcem. To jest sześćdziesiąt pięć kilometrów od Warszawy. Tam myśmy skromnie przesiedzieli, baliśmy się, skryci. Schrony żeśmy wykopywali w polach, w lesie, różnie to było. Ojciec się ukrywał. My, dzieciaki, to mniej. Jak wojna wybuchła, to miałam czternaście lat.

  • Czy pani chodziła do szkoły?

W czasie okupacji nie. Jak skończyłam czternaście lat, to skończyłam szkołę powszechną. W czasie okupacji chodziłam, ale później. W 1943 roku przyjechałam z mamą do Warszawy. Myśmy mieli mieszkanie na Franciszkańskiej. Jak Niemcy likwidowali getto, zawężali getto, to wolne mieszkania po Żydach oddawali tym, co poprzednio zabrali.

  • Mieszkanie na Franciszkańskiej też się znalazło w granicach getta?

Tak, tylko to była Franciszkańska 21, gdzie moi rodzice mieszkali, a potem oddali nam Franciszkańska 13 i tam mieszkaliśmy. Mieszkałam tam dość długo.

  • Miała pani kontakt z harcerkami przedwojennymi?

Nie było kontaktu, to już było nieaktualne. Lęk był, baliśmy się wszyscy, jak myszy uciekaliśmy po kątach, chowaliśmy się. Zaczęłam chodzić do szkoły włókienniczej w 1942 na 1943, w godzinach rannych. W Warszawie, w pałacu Staszica była szkoła włókiennicza, tam dziewiarstwa się uczyłam, a po południu chodziłam do szkoły handlowej Ewerta na Wilczą – do dwóch szkół. Tak do czasu, jak wyszłam za mąż za mojego męża. Mieszkał w tym samym domu co ja, tak żeśmy się poznali. Godzina dziesiąta, to było jeszcze widno, a ósma – godzina policyjna, no to wszystko się odbywało (rozmowy, życie towarzyskie) na podwórku. Tak poznałam mojego męża. Mieszkał na drugim piętrze, ja na parterze i powstało małżeństwo.

  • Czy ludzie byli solidarni w czasie wojny?

Byli bardzo solidarni, jedni drugim pomagali.

  • Czy w mieszkaniu, w którym pani zamieszkała na Franciszkańskiej, były jakieś ślady tego, że tam mieszkała przedtem rodzina żydowska? Czy myśleliście o tych ludziach?

Trudno mi powiedzieć. Śladów – chyba nie, bo wszystko było zgruzowane, obdrapane. Każdy co mógł, to tam robił. Ale moje mieszkanie, Franciszkańska 13, od ulicy miało właz i tym włazem chodziłyśmy do getta. Ja też byłam parę razy w getcie.

  • Jakie wrażenie? Czy pani pamięta?

Pamiętam.

  • Jak to wyglądało?

Pamiętam chodzących Żydów, obdrapanych. Nie wszyscy, najwięcej dzieci biednych, żebrzących. Dużo tych z pejsami, ortodoksyjnych Żydów. Zresztą wychowywałam się między Żydami, nawet umiałam mówić po żydowsku. Trochę mi zostało.

  • Po co pani szła do getta? To przecież było groźne.

Nie, na początku nie było tak groźne. Było zagrodzone, oni szwendali się, chodzili. Niemcy jeszcze nie byli tacy okrutni. Jeszcze przepuszczali, były przejścia. Dlaczego tam wchodziłam? U nas był pan, który był sędzią i komisarzem, ściągał długi czy coś, jak gdyby komornik. On w naszym domu często bywał. Franciszkańska 13 to był pierwszy dom od muru. Getto zmniejszali, okrajali, było coraz mniejsze. Ulica Franciszkańska przecinała Bonifraterską. Bonifraterską jeździły tramwaje. Po jednej stronie Bonifraterskiej był mur i tam było getto, a po drugiej już byli Polacy. Dużo Żydów przelatywało, jeszcze przechodzili. Jak Niemcy Żydów wyprowadzali na różne roboty, to koło nas przechodzili.

  • A pani dlaczego tam chodziła?

Zabierał mnie pan komisarz, żeby zobaczyć – to raz – i chciałam sobie coś kupić, a tam można było kupić. Oni mieli jeszcze magazyny. Nawet kupiłam dla mojego ojca garnitur.

  • A czy pani pamięta, jak wybuchło powstanie w getcie? Czy pani była wtedy w Warszawie?

Byłam w Warszawie, ale już wtedy nie wchodziłam do getta, tylko widziałam przez mur. Nieraz w domu, gdzie mieszkałam, wchodziliśmy na piętro i z piętra (nie z dachu, tam jakaś dziura była) żeśmy oglądali, co się tam działo. Widziałam straszne sceny. Między innymi widziałam, jak na ulicy Świętojerskiej Żydówki, jedna drugiej z balkonu zawiązały głowę i samobójstwo popełniały. Wisiały, bo nie każdy mógł spaść. Spuszczały się z trzeciego piętra. To widziałam, to było straszne. Nie wiem, czy one wcześniej jakieś środki zażywały, czy coś. Wiem, że wisiały.

  • Czy to budziło lęk, obawę?

Lęk. To było coś makabrycznego, nie mogłam do siebie dojść, wszystkim opowiadałam. Wszyscy widzieli. To była szczelina między murem w getcie (na ulicy Świętojerskiej) a domem. To jest tuż przy ogrodzie Krasińskich, tu gdzie teraz jest sąd, budynek wielki. Świętojerska była akurat na granicy.

  • Z czego się pani rodzina utrzymywała w czasie okupacji?

W czasie okupacji mieliśmy kartki. To było tak: mój szwagier był motorniczym na tramwajach, moja siostra od niego otrzymywała pieniądze i ze wsi zwoziliśmy produkty. Kartofle się przywiozło, mąkę się przywiozło, na kartki się chleb dostawało, „gruz” wstrętny jak nigdy. Do teraz razowego chleba nie lubię. To było makabryczne. Myśmy ze wsi te produkty mieli. Dobrze, że było gospodarstwo, wiadomo. Jak ktoś miał gospodarstwo na wsi, to wziął wóz kartofli, przywiózł tutaj, to już było parę złotych. Moja mama tak sobie radziła. Nie wiem, skąd wtedy myśmy mieli pieniądze, czy w ogóle były pieniądze.

  • Pamięta pani niedostatek, czegoś owało?

Pamiętam, że jak chodziłam do szkoły, jak mi igła upadła, to nie mogłam jej podnieść, kręciło mi się w głowie. Byłam niedożywiona. Mama [gotowała] kaszę na gęsto, był chleb „gruz” z marmoladą. Trzeba było czymś zapchać żołądek. I herbata, piliśmy napoje. Mama ze wsi coś przywoziła. Na wsi moja babcia miała sad, to owoców trochę się przywoziło, kartofle, mąkę.

  • Czy pani się zetknęła z nielegalnymi gazetkami, z jakąś działalnością podziemną podczas okupacji?

Bez przerwy czytaliśmy.

  • Skąd dostawało się gazetki?

Na parterze był sklep i tam było dwóch starszych panów, kawalerów. Zaczęli nas uświadamiać. Oni mieli spożywczy, a w sąsiednim sklepie pani miała torebki damskie. Inteligentni ludzie, wykształceni sklepy wtedy prowadzili. To od nich. Oni mieli zawsze i nam dawali. Myśmy byli sąsiadami od podwórka, a oni od ulicy mieli sklepy. Wkoło wszyscy ludzie mieli. Każdy miał, kto chciał.

  • Czy pani pamięta jakieś działania małego sabotażu, napisy na murach czy akcje, które prowadzili?

Napisy pamiętam, ale akcji nie. Jak wybuchło Powstanie (bo teraz rozmawiamy o getcie, to było jeszcze het przed Powstaniem), już byłam zajęta dzieckiem.

  • W którym roku pani wyszła za mąż?

W 1943.

  • Jak wyglądał ślub wojenny?

Bardzo romantycznie. Na rogu ulicy Franciszkańskiej i Bonifraterskiej był sklep rzeźniczy, wędliniarski. Ten pan nie miał dzieci. Bardzo mnie lubił i obiecał: „Jak będziesz potrzebowała, to ci zorganizuję”. Zorganizował mi dwa białe konie i karetę. Te konie poszły na drugi dzień na rzeź, ale pojechałam do ślubu parą koni. A ślub był bliziutko, w kościele Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny na Przyrynku, a mieszkałam na Franciszkańskiej 13, to ile było numerów. Do trzynastego niewiele było. Od Zakroczymskiej to niedaleko. Ale tak żeśmy pojechali. Śmieli się wszyscy, że te konie, mam nawet ich fotografię. Te konie poszły na rzeź. On nie był rzeźnikiem, on miał tylko sklep, prowadził z żoną. Miał jakieś układy i wiedział, gdzie to idzie.

  • Potem pani była w ciąży. Myślała pani o przyszłości dziecka? Świat był wtedy straszny.

Ciąża była nieplanowana. Byłam głupia, młoda, co miałam zrobić? Płakałam. Jeszcze mąż był zabrany na Skaryszewską. Wykupiłam go później. Ale pamiętam, w ciąży podleciałam, nie wiedziałam, co ze sobą [zrobić]. Byłam młoda jeszcze, głupia. Podleciałam pod Skaryszewską, do szkoły, myślałam, że rozwalę ten żelazny płot. Niemcy patrzyli się, a ja płakałam głośno, krzyczałam, a on w oknie sterczał.

  • Kiedy go złapali, w jakich okolicznościach?

Z ulicy, łapanka była i wszystkich na Skaryszewską. Potem można było wykupić. Wykupiłam go za pieniądze.

  • Komu się dawało te pieniądze?

Nie umiem powiedzieć. Przez jakiegoś policjanta.

  • Niemcom się dawało?

Tam była szkoła, nie wiem, kto pilnował, jak to było. Wiem, że jakiemuś policjantowi żeśmy dali pieniądze, a on to już tam… Wiem, jak wyszedł. Płakał i wszyscy płakali, bo to była straszna rzecz. Na sznurku żeśmy jedzenie [podawali], bo tam siedział chyba parę dni, nie tylko jemu, tylko innym też. No ale w końcu się udało.
  • Pani ciągle pod tą bramą stała?

Przy parkanie. Tam bramy nie było. Wejście przez furtkę żelazną, do dziś jest. Kiedyś tam byłam.

  • Przed Powstaniem pani już nie mieszkała z rodzicami?

Nie, nie mieszkałam.

  • Gdzie pani mieszkała?

Mieszkałam na Pańskiej 39. Mój mąż tam kupił mieszkanie.

  • Jak wtedy wyglądała Pańska? Teraz wygląda zupełnie inaczej.

Wtedy była prosta, od Towarowej w prostej linii do PAST-y, do Wielkiej. Wiem, że jak Niemcy ustawili „krowę”, jak pociski wywalała, to w prostej linii. Myśmy się tego najbardziej bali, bo jak pocisk uderzył, największą szkodę robił odwłok z pocisku. Wiem, że w mój dom, Pańska 39 (miał ślepy mur), jak wywalił ten odwłok, to akurat w samą łazienkę. Nikogo nie było, ale ściana była, mur i tam pocisk wywalił dziurę – „krowa”, jak to się mówiło. Pańska była prosta, ładna ulica.

  • Kamienice po obu stronach?

Po obu stronach. Mieszkałam [pod numerem] 39, a vis-à-vis mnie była ulica Mariańska i tam był duży dom. To był ośrodek zdrowia.

  • Żydowski, w czasie jak tam było getto?

Jak było getto – tak.

  • Potem też był ośrodek zdrowia?

Też. W czasie okupacji to był taki punkt, ściągali wszystkich rannych do tego. Pamiętam go, wyłożone białą terakotą, ściany też na biało. Był przystosowany na ośrodek zdrowia.

  • Czy ktoś z pani otoczenia, z pani rodziny brał udział w konspiracji?

Mój brat. Ten, co zginął.

  • A pani nie ciągnęło do konspirowania?

Mnie nie ciągnęło. Nie mogłam, byłam w ciąży. To był mój dramat. Moje koleżanki przychodziły, jedna mi przyniosła malton dla małego, druga mi przyniosła skondensowane mleko, dwie puszki.

  • A to już w czasie Powstania?

W czasie Powstania.

  • Proszę powiedzieć, jak pani zapamiętała wybuch Powstania?

To już się gromadziło, naokoło wszyscy mówili, szeptali sobie, coś było wiadomo. Burza gromadziła się do wybuchu. Nie było co jeść, nie było w sklepach. Pamiętam, moje dziecko miało trzy miesiące, malutkie było, chore. Miał krwawą dyzenterię. Nie wiedziałam, co zrobić, byłam za głupia, za młoda. Matki mojej nie było, wyjechała akurat do ojca, na wieś. Poleciałam do mamy (nie wiedziałam, że matka wyjechała) coś się poradzić.

  • To było 1 sierpnia?

Pierwszego. Wiem, że doleciałam do placu Krasińskich. Tam był pomnik Kilińskiego. Na tym obrzeżu, na rancie spacerowałam, spotkałam kolegę. On mówi: „Zaczekaj, Lucyna, dam ci kapusty”. Mieszkał zaraz obok. Poleciał po tę kapustę, a ja obrzeżem chodziłam. W tym momencie Niemcy [nadjechali] z Żoliborza, samochodem pancernym, z jednej i z drugiej strony karabiny. Ale nie strzelali, tylko przejeżdżali. Widocznie to była ich trasa, nie wiem. Co miałam zrobić? Uciekłam w Bonifraterską, tam był rozwalony sklep. Schowałam się w tym sklepie, przeczekałam tam. Nie wiem, jaki czas, nie mogłam długo czekać, bo pokarm mi leciał, miałam pełno mokrego.

  • Pani miała ze sobą dziecko?

Nie, sama byłam. Mówię: „Dolecę do mamy”. To było ze cztery domy. Doleciałam do Franciszkańskiej. Franciszkańska 13 to był narożny dom. Wchodzę, a wszyscy krzyczą: „Co ty tu robisz?!”. Powiedziałam: „Gdzie mama? Mama jest?”. – „Pojechała do Falęcic”. – „A gdzie Józiek?” To mój brat, ten co zginął.: „Nosi broń. Jest w akcji”. – „Co robi?”. – „Nosi broń kanałami”. Ale w tym czasie, jak tam doleciałam – a na pierwszym piętrze był magazyn mebli Cieszkowskiej – okna pootwierane, ludzie wywalali wszystko, budowali barykady. Wtedy wpadłam, byłam roztrzęsiona cała, płaczę, pytam się, mleko mi leci, wiem, że dziecko małe tam jest, nie wiem, co zrobić. [Dziecko] było pod opieką siostry męża, ona była jego matką chrzestną, była starszą osobą, więc miało opiekę. Ale to nie wszystko, przecież ona go nie nakarmi. Matki nie ma, to się odwróciłam i z powrotem. Dotarłam tylko do rogu Długiej i Miodowej.

  • Na piechotę cały czas pani szła?

Tak, To nieduże kawałki, zresztą wtedy nie było mowy… To już była piąta godzina. Wtedy nie pamiętam, która godzina, ale wiem z historii. Jak leciałam do Długiej… Jest do dziś ten przystanek przed pałacem Krasińskich, był przystanek autobusowy i chyba tramwajowy. Wiem, że ludzie stali na tym przystanku, po dwie osoby, po trzy. Mężczyźni ciągali rannych, były całe strugi krwi. To wszystko do kościoła garnizonowego. Teraz też jest garnizonowy. Tam pełno było trupów. Jakie to wrażenie robi! Drżałam, płakałam, krzyczałam i leciałam: gdzie, jak, którędy, ja dojdę? Doleciałam tylko do rogu. Na Długiej, na rogu był sklep kolonialny i do tego sklepu wpadłam. Już nie mogłam się ruszyć, nie pozwolili mi, muszę tam zostać. Całą noc w tym sklepie, w podziemiach. Tam była pani, która pracowała. Czy właścicielka, nie wiem. Było ciepło, tam były wina, sucharki, ale nie było mowy o jedzeniu i piciu. Żeśmy płakały obie, skurczone, i czekałyśmy.

  • Słyszała pani strzały?

Tak. Żeśmy myślały, jak tu wyjść. Nie można było wyjść na ulicę. Żeśmy poszły do piwnicy i w piwnicy siedziałyśmy do brzasku. O spaniu nie było mowy, chyba się zdrzemnęłam przy stole. W każdym razie wiem, że do świtu, a skoro świt żeśmy wyleciały. Było kilku mężczyzn, chłopaki. Jeden miał karabin, opaski. [Powiedzieli], żeby za nimi iść (jeszcze nie było widno, świt) i żeby pod murem [iść]. Przez Długą doleciałam do Ciepłej, a tam była komenda polskiej policji konnej, granatowej. Wiem, że przelatywałam przez Krochmalną. To była ta dzielnica, gdzie kiedyś latałam, bo moi rodzice mieszkali kiedyś na Gnojnej. Rynkowa się nazywała, ale w piosence to jest „na Gnojnej, u Józka”. W tym domu mieszkali moi rodzice. Przez Krochmalną przeleciałam, a na Ciepłej była komenda policji konnej. Moja noga nie miała miejsca na chodniku, po trupach szłam. Tyle było trupów, że nie wiedziałam, jak nogę ustawić. Ale trzeba było naprzód, już się człowiek nie zastanawiał, po tych ludziach i naprzód. Na drugi dzień dotarłam na Pańską, to już było niedaleko. Jak doleciałam do Pańskiej – tylko okrzyk wielki. Jedno dziecko było w tej całej kamienicy. Wszyscy ludzie (to był dom studnia) mnie dorwali. Płakałam wniebogłosy. Dziecko malutkie, nie mam co jeść, nie mam co pić. Głupia gospodyni! Żebym była mądra, to bym jakiś zapas sobie zrobiła, ale nawet pieniędzy nie miałam. Byliśmy biedni, dopiero mieszkanie mój mąż wykupił.

  • Mąż był z panią?

Był. Ale co to za bycie? Wszyscy krążyli: piwnica albo na podwórku i gadki-szmatki: co tam, co tu, co siam, ten zginął, tego nie ma. Najgorsze, że nie było co jeść, nie było co pić, wody nie było. Ale los dla mnie był łaskawy. Kiedy ten odwłok walnął w łazienkę…

  • To było na początku Powstania?

Tak. Od razu się zawaliło do piwnicy, róg domu się zawalił. Już nie mogłam do swojej piwnicy dotrzeć. Ale ludzie jedni drugim pomagali i mnie zaraz powiedzieli: „Pani Kamionowska, niech pani tu weźmie po tych, oni zginęli”. Była rodzina tramwajarza, mąż z żoną i córeczką. Pojechali do rodziców na Pragę i już nie wrócili. „Oni nie wrócą – widocznie się znali – to niech pani ich piwnicę zajmie”. Zajęłam tę piwnicę (piwnice to były klateczki, tylko deskami oddzielone), a sąsiad obok to był niewidomy, który handlował na ulicy grzebieniami. Wszyscy go znali. Mieszkał w tym samym domu z żoną. Żeśmy byli przez ścianę z desek. Zajęłam piwnicę tych państwa, co nie wrócili, i chciałam sobie miejsce zrobić, żeby łóżko polowe tam postawić. Trzeba było się tam też przespać. Jak podrzucaliśmy węgiel, znalazłam zakopane takie trzy związane butelki bimbru. To mi uratowało życie. Pijaczków nie uje nigdzie, a w tym domu furman mieszkał, pan Korzeniowski, pijaczek nie z tej ziemi. Nie powiedziałam, że mam, ale on szukał, pytał. W końcu mówię, że mam troszeczkę. On mi za to przynosił wodę. Na ulicy Ceglanej – to bliziutko było, zaraz przy Krochmalnej – była wytwórnia marmolady i była studnia, więc wszyscy do tej studni. Niemcy wiedzieli o tym. Każdy, jak było ciemno, to do studni. Rano – pełno trupów. Trupy odstawiali, odrzucali, nowi szli po wodę. Tak trzeba było. Pan Korzeniowski tej wody trochę przynosił, dostał szklaneczkę spirytusu i był szczęśliwy. A ja dzieliłam jak Żydówka. Moje dziecko miało krwawą dyzenterię i nie miałam co dać jeść ani pić dziecku. Jak wychodziłam [z Powstania], to on był kości powleczone skórą, taki był chudzina. Już nie miał siły płakać, tylko ział, usta jak kura otwierał. Patrzyłam na to, nie miałam innego wyjścia, co miałam zrobić?

  • Czy człowiek się do takich rzeczy przyzwyczaja?

Uodporni się ze śmiercią, z tym dramatem. Stosy gruzów, popalone ludzkie ciała. […] Jak się przechodziło ulicą Wolską, to przy każdym domu była piramida pierza i kości, bo tam „ukraińcy”, armia Własowa tam czystkę robiła. Wszyscy nam to mówili. Ale jak nas prowadzili na dworzec, to już było po egzekucji, tam już były czystki porobione.

  • Ile dni pani była na Pańskiej?

Na Pańskiej byłam cały sierpień. Siódmego września ulotki zwalali, to jeszcze żeśmy nie wierzyli w to, to jeszcze żeśmy czekali. Chyba 27 września… […]

  • Czy pani widziała Powstańców?

Widziałam. W moim domu była w piwnicy piekarnia i dla Powstańców piekarze piekli chleb. Oni przychodzili, zabierali. Przychodzili, myli się, jedli, a ja im pomagałam, co mogłam, jak dziecko spało. Małe dziecko to ciągle śpi. Darłam bieliznę, co tylko mnie już nie będzie potrzebne, darłam. To było na opatrunki, to było potrzebne. Nic innego nie mogłam dać.

  • Co ludzie mówili o Powstaniu, jak pani siedziała w piwnicy? Czy pani pamięta, jakie nastroje były wśród ludzi?

Nie było tego, że po co to, jak teraz się mówi: „A po co, to pomyłka”. Tego nie było. Tylko się rozmawiało, że ten zginął, tam zawalone. Tylko takie dramaty się komentowało i ratowało się. Gdzie jedzenie, gdzie wodę można zdobyć. Na Ceglanej była woda. Jeszcze mówili, żeby do „Haberbuscha” pójść. [U nas] chleb piekli.

  • Czy mieszkańcy też coś mogli skorzystać?

Korzystali. Dostawałam trochę chleba. I jeszcze z Ceglanej, z wytwórni marmolady (to nie tylko marmolada, tam mieli różne [rzeczy]) pamiętam, że ten pijaczek, pan Korzeniowski, mi przyniósł kankę kaszy. Nie do jedzenia. Ta kanka była po perfumach. Chociaż byłam wygłodzona i musiałam coś jeść, żeby pokarm mieć, niemożliwe było, bo od razu z powrotem.

  • Czy w czasie Powstania miała pani kontakt z gazetkami, które wtedy wychodziły w Warszawie? Skąd pani wiedziała, co się dzieje w innych dzielnicach? Czy wiedziała pani, co się dzieje?

Wiedziałam, bo jedni drugim mówili. Ktoś przyleciał to z Mokotowa, to ze Starówki. W domu, gdzie byłam, Pańska 39, ranni na Mariańską przychodzili, to zawsze coś mówili. Na mojej ulicy, na Pańskiej, wokół Mariańskiej był cmentarz. Wszystkie płyty były zdjęte. Gdzie pochować tych ludzi? Na moim balkonie… Mam zdjęcia tego domu. Najpierw mieszkaliśmy na trzecim piętrze, potem mąż zmienił na pierwsze piętro, bo usiłował prowadzić dom handlowy „Centroigła”. Handlował igłami dziewiarskimi, a ja skończyłam szkołę dziewiarską. Mój mąż pracował u takiego pana, to był Polak, ale nazwisko miał Reinhold Wegner. On handlował częściami do maszyn dziewiarskich, mój mąż tam był kierownikiem handlowym.
  • Pani mówiła, że na balkonie coś było.

Był cmentarz, a na moim balkonie, na pierwszym piętrze, miałam pełno ciał ludzkich. Jak walnęła „krowa”, ten pocisk (Pańska była prosta, strzelista, więc szły prosto pociski), przez to miałam tak na balkonie. Pełno było z jednej, z drugiej strony. Jak chowano ludzi? Zawinięto w coś. Jak reagowałam? Wszystko bym oddała. Bielizna, pościel, co tylko. To było wszystko potrzebne, ludzie nie mieli.

  • Nie trzymała pani dla siebie, na jutro?

Nie, nic. Darłam w kawałki, to były bandaże. A skąd miałam pieluchy? Miałam trochę. A gdzie miałam prać, gdzie miałam suszyć?

  • Jak się higienę utrzymywało?

Obwiązana byłam paskiem, sznurkiem i wisiały mi pieluchy.

  • Tak się suszyły?

Tak.

  • Pani potrzebowała wody do picia i do prania.

Czym prać, gdzie prać? Nie było wody do prania, to darłam wszystko. A dziecko było chore, miało dyzenterię krwawą. Co miałam zrobić? On nie mógł nic jeść. Co miał jeść? Drżałam, żeby mu przegotować wodę, jeżeli dostałam trochę wody, żeby była przegotowana. Czasami się udawało, ale wszyscy krzyczeli, żeby dymu nie było, żeby żadnego śladu nie było. No to w piwnicy, aby tylko zagotować, żeby mu coś dać. Dostałam od koleżanek malton, nigdy nie zapomnę. Do dziś nie wiem, jak to wygląda. Było jak kakao. Malton i skondensowane mleko. Szczęśliwa byłam, że mogłam wodę z tym skondensowanym mlekiem… Teraz można kupić, ale wtedy na wagę złota. To moje koleżanki były. Już jedna i druga nie żyje. One były w akcji.

  • Pani mówiła o pogrzebach. Czy był ksiądz albo religijne uroczystości?

Nie było księdza, skąd ksiądz? Nie było.

  • Czy pani w czasie Powstania widziała Niemców?

Widziałam.

  • Przychodzili tam?

Widziałam Niemców, na przykład na Towarowej. [Stali] co parę metrów Niemcy, jak żeśmy wychodzili. W czasie Powstania nie widziałam ich.

  • Czyli to była polska enklawa: Powstańcy i cywilni mieszkańcy. Czy zetknęła się pani z przedstawicielami innych narodowości, którzy biernie bądź czynnie uczestniczyli w Powstaniu?

Żydzi. Ale to nasi, Polacy.

  • Byli tam?

Tak.

  • W jaki sposób się pani z nimi zetknęła?

Też siedzieli w piwnicy. Był taki przypadek. Jak był atak, bomby czy pociski, to potem była cisza. Była mgła. Ta mgła opadała. Najpierw było czerwono. Pamiętam, że schowałam się do klatki i obcas mi od butów odpadł. Na razie było czerwono, potem coraz jaśniej, coraz jaśniej, bo opadał pył. Potem żeśmy wołali jedni przez drugich: „Panie Guzik!”. To był dozorca. A on: „Pani Lucynko!”.

  • Wszyscy się nawoływali?

Tak, czy ktoś żyje. Nie wiadomo było, kto, gdzie, co spadło na głowę, czy dach został. Nie wiadomo. A skąd Żydzi? Naraz ludzkie jęki i nie wiemy, skąd te jęki. Zawsze byłam aktywna. Siostra mojego dzieciaka trzymała, bo się bała ruszyć. Więc jęki. Skąd, gdzie? Pomagałam piekarzom, zawsze coś robiłam, szukałam żarcia. Skąd te jęki? Piramida ziemi się zrobiła na ulicy. Tam w jednym miejscu bomba upadła, tu był dół, a tu była piramida, góra. Tam były jęki. Nie mogliśmy się dostać. Może piwnicami? Tam była kobieta, Żydówka. Troje dzieci miała. Wyrwali ją po jakichś trzech… Co odkopał metr, to dwa metry się zawaliło, ale w końcu dotarli i ona wyszła z dziećmi. Te dzieciaki, ona też, kożuchy trzymali. Widocznie mieli to i trzymali, bo to można było pod tym spać i na tym spać.

  • Musieli się tam wcześniej ukrywać.

Tak, na pewno.

  • Była jakaś różnica w ich traktowaniu?

Nie, wtedy to nie było, że to Żydzi. Wszyscy z litością, każdy żeby tym dzieciom coś może dać jeść. Później taka akcja się zrobiła, mężczyźni na Ceglaną latali po wodę, całe baniaki marmolady poprzynosili. To niemożliwe było jeść. Jak człowiek głodny, to słodycze… Ale przynosili.

  • Czyli cały czas był jakiś ruch?

Ruch był, pomagali sobie w żywieniu. A ponieważ tam była piekarnia (piekarnia nie mogła ludziom dawać, tylko dla Powstańców), Powstańcy przychodzili, dlatego ja widziałam, mieli opaski. Wszystko młode chłopaki.

  • Czy pani jadła słynną zupę „pluj” z jęczmienia od „Haberbuscha”?

Nie, do mnie to nie dotarło.

  • Proszę powiedzieć, jak pamięta pani dzień, kiedy pani musiała opuścić dom. Jak to było, przyszli Niemcy?

Było tak: krzyk był, że Niemcy. Ale to byli „własowcy” w mundurach niemieckich. Krzyk jest, to wszyscy, gdzie mogli, chowali się, przykrywali.

  • Było wiadomo, że jak „własowcy”, to gorzej niż Niemcy?

Gorzej. Bo oni mordowali i gwałcili. To półdziki naród.

  • Przedtem, przed Powstaniem, właściwie nie było z nimi kontaktu, prawda? Dopiero w Powstaniu?

Tak.

  • I od razu się wieść rozniosła, że są okrutni?

Tak. Oni pustkę robili na Woli.

  • Pani o tym słyszała w czasie Powstania?

Tak. Oni zbliżali się z Woli. Jak krzyczeli: „Własowcy!”, to każdy jak mógł, gdzieś się ukrył. A jak ja mogłam się ukryć? Tylko się nakryłam czymś. Małe dziecko, gdzie mogę uciekać? Nakryłam się, żeby mnie nie widzieli, [żeby się] jakoś zamaskować. Były hale na Ceglanej i… Jak się ta ulica nazywa, nie umiem teraz powiedzieć. Koło Ceglanej, od Żelaznej idzie, taka mała. Wiem, że tam były hale, w tych halach się dużo ukrywało. Był sprzęt, jakieś maszyny.

  • Pani tam też była?

Chowałam się tam, bo Pańska była blisko, tylko się przeszło na drugą stronę. Tutaj już było tak zniszczone, a myśmy się już przymierzali, żeby w ogóle opuścić Warszawę.

  • Pani mówiła, że ulotki się pojawiły.

Tak, 7 września były ulotki.

  • Na jaki temat?

Żeby kobiety, mężczyźni, starcy opuszczali Warszawę.

  • To były niemieckie ulotki czy polskie?

Po polsku napisane, ale Niemcy zwalali.

  • Czy pani myślała o tym, żeby wyjść?

Myślałam. Nie mam jeść, nie mam pić, dziecko chore, co miałam do roboty? Gorzej nie może być. Wszyscy, nie tylko ja, ale wszyscy gremialnie żeśmy wychodzili.

  • Było jakieś miejsce ustalone, z którego się miało wychodzić?

Tak, do ulicy Towarowej. Pańska była prosta, ale bomby, doły, gruzy, wszystko. Jak dom się rozpadł, to okna, trupy, wszystko tam było. Szło się po wertepach.

  • Pani 7 września zdecydowała się, żeby wychodzić, i poszła pani w Towarowej?

Tak. Nie tylko ja, ale cała kolonia, wszyscy. Żeśmy szli pieszo.

  • To było 7 sierpnia?

Nie, 27 września. Siódmego września były ulotki, pamiętam, pierwszy raz zwalone.

  • Wtedy jeszcze nie szliście?

Nie szliśmy, ale już żeśmy powiedzieli, że idziemy. Nie na co czekać.

  • Czy pani sobie wyobrażała, że Powstanie długo będzie trwało? Że ma szanse na powodzenie?

Taka mądra to nie byłam, nie umiałam tak myśleć i rozumować. Jak wszystko zgruzowane naokoło i Niemcy, to co człowiek mógł oczekiwać. Tylko śmierci. Mówię: „Czy śmierć w gruzach, z głodu i bomby walą, czy iść?”. Chyba iść. Jest szansa, że gdzieś się wyjdzie na powietrze. Marzyło mi się, żeby niebo zobaczyć.

  • Czyli 27 września pani z całą rodziną ruszyła w stronę Towarowej?

Z całą rodziną. Ja z dzieckiem, siostra mojego męża. Mój mąż nie poszedł, został.

  • Dlaczego?

Nie wiem, dlaczego. Mężczyźni nie wychodzili, bali się, że Niemcy do obozu wezmą czy rozstrzelają. Nie wiem, nie poszedł. Mężczyźni w ogóle nie wyszli. Tylko ja wyszłam i kuzynka mojego męża z dwojgiem dzieci. Kto z tego domu był, to już nie pamiętam. Szliśmy, aby do Towarowej. Towarowa była oczyszczona, gruzy były po lewej i po drugiej stronie, a środek był przygotowany dla pojazdów. Tam nie było nic zniszczone.

  • I w którą stronę poszliście?

W kierunku Dworca Zachodniego. Szliśmy Towarową do Wolskiej, Wolską prosto na Dworzec Zachodni.

  • Kto was pilnował, konwojował?

Niemcy.

  • Jak oni się zachowywali?

Nie mogę powiedzieć, żeby źle. Obojętnie. Szliśmy i szliśmy.
  • Nie była to bardzo dramatyczna wędrówka?

Nie.

  • Czy pani coś ze sobą miała?

Miałam. Dziecko miałam, palto miałam na skóreczkach króliczych. Dziecko w długiej poduszce, futrem się zapięłam i jeszcze kocem mnie okręcili, i sznurkiem mnie powiązali.

  • Czy to był ciepły dzień? Pamięta pani, jaka była pogoda?

Pamiętam, że było ciepło. Ale kto tam myślał wtedy? Aby tylko uratować. Uratowałam, że miałam palto. Dziecko potem położyłam w tym palcie, zapięłam i miał futerko, a ja kocem się nakryłam. Koc to taki pakłak wojskowy, tak powiązana byłam. Naokoło miałam powiązane pieluchy. Te pieluchy to były darte prześcieradła, powłoczki, co tam było z bielizny. Uszyłam sobie torbę z płótna, z prześcieradła, podwójną, z uszami. Uszyłam ręcznie, w piwnicy. Z boku wzięłam dwie łyżki, dwa widelce, dwa noże. Za ucho wzięłam garnek do gotowania, przyczepiłam, dyndał mi. W środku miałam trochę bielizny dla małego, koszulki, kaftaniki. Na sobie miałam sukienkę czarną, wizytową, miała grosiczki, do tego wzięłam spódnicę, miałam przyzwoitą spódnicę od kostiumu. Miałam sweterek zapinany, czerwony. Wiem, że na ten sweterek było za ciepło, to tylko sukienkę i spódniczkę. Spódniczkę po drodze zdjęłam, bo było niemożliwe iść. Na nogach miałam buty z cholewami, kozaki na obcasiku. I poszłam.

  • Pani myślała o przyszłości?

Trzeba było mieć buty, to wzięłam najlepsze i ciepłe, z cholewką. Nie wiem, czy majtki miałam, chyba miałam. Wiem, że miałam białą chustkę ścisło, bo wszy były, więc trzeba było chronić się przed wszami. Chustka była ściśle przylegająca i obwiązana, żeby nie wyszły wszy.

  • Ze wszystkim tym pani trafiła na dworzec? Nikt pani nie odebrał niczego?

Odebrał mi. Ukradli mi garnek. Jakim cudem, nie wiem. Potem miałam trudności, bo w obozie w Pruszkowie były porozstawiane zupy, kotły, beczki z zupą. Można było wziąć, chochlę się dostawało. Nie miałam w co. Nie wiem, jakim cudem nie miałam garnka. Ale zlitował się jeden kolejarz i dał mi z [naczynie], blachy, lutowane. Jak postawiłam, żeby zagrzać wodę, to mi się rozlutowało i ogień zagasł.

  • Ile dni pani była w Pruszkowie?

W Pruszkowie byłam chyba trzy, czy cztery dni. Więcej nie.

  • Jak obóz wyglądał?

To już inaczej się myśli, jak normalnie. Już nie byłam taka obserwatorka i spostrzegawcza. Wiedziałam, że są tory kolejowe, wiedziałam, że są wagony, że to nie jest obóz, tylko warsztaty kolejowe. Tylko szukałam miejsca, gdzie jest trawka. Usiadłam, rozłożyłam to i dzieciaka położyłam. Popatrzyłam w niebo i żeby on popatrzył w niebo. Mówili, że rozdają zupę, to poszłam, żeby się najeść chociaż. Jak widzieli, że jestem z dzieckiem, to miałam przyjaciół, bo dla innych przynosiłam. Inni nie dostawali albo stali w kolejce, albo różnie było, a ja z dzieckiem zawsze dostałam, to przyniosłam moim najbliższym. Byłam jeszcze młoda, zdrowe nogi miałam. Nie pamiętam, ile byłam. Mniej jak trzy dni to nie. Był budynek czerwony, z dachem, jakiś biurowiec. Tam poszłam na spanie. Z dzieckiem miałam trochę taryfę ulgową.

  • Czy pani odczuwała lęk? Czy czuło się grozę w Pruszkowie?

Nie. Wiedziałam o tym, że będą nas wywozić, ale gdzie, to mi było już wszystko jedno. Aby iść stamtąd. Wiedziałam, że nowy transport przychodzi i każdy wyjeżdża. Podstawiali pociąg i wagony podstawiali odkryte, bydlęce. Też mnie tam załadowali. Ile tam nas było, nie wiem. Było nas jak śledzi w tym wagonie. Takim wagonem między innymi (bo wagonów było sporo) wyjechałam do Guberni, to się nazwało Generalna Gubernia.

  • Czy jak pani wyjeżdżała, to coś pani wiedziała, co się dzieje w Warszawie, czy Powstanie jeszcze trwa?

Wiedziałam, że już kończy się Powstanie.

  • Widać było dym nad Warszawą?

Bez przerwy. Dym był bez przerwy.

  • Gdzie pani wylądowała?

Pierwsza rzecz, co pamiętam, to wylądowałam w miejscowości Włoszczowa. Znana miejscowość do dziś. Trafiłam do Włoszczowej i we Włoszczowej wagon został odczepiony. Co było, gdzie, nie wiem, bo to się nie myśli. Inaczej się myśli. Deszcz padał, to była jesień, wrzesień, już koniec. Myślałam, żeby nie padało. Mężczyźni na zmianę robili z siebie parasol. Trzymali koc i ręce, żeby kilka osób mogło siedzieć spokojnie. Nie było przecież dachu. Tak żeśmy jechali. Po drodze kolejarze i ludzie rzucali chleb, butelki z kawą, herbatą.

  • Czyli po drodze można było z tego, co ludzie rzucili, pożywić się trochę?

To było niewiele, bo cały wagon był. Ale dużo ludzi przychodziło.

  • Była świadomość, że oni myślą?

To była bardzo ważna rzecz. Kolejarze najwięcej.

  • Jak to się odbywało we Włoszczowej?

Teraz jest piękna Włoszczowa. Ale wtedy, jak podjechaliśmy, odstawili na bocznicę. Już była organizacja dobra, RGO było, Niemcy nakaz dali. Tam już było lepiej. To były lasy jędrzejowskie, Niemcy się bali. Tam działali partyzanci. Jak myśmy tam wylądowali, to był sołtys, wieś była wyznaczona, że przyjdzie [ktoś] wtedy i wtedy do tego wagonu. Sołtys organizował podwody, wozy konne. Takim wozem konnym przyjechałam do wsi. To było od Włoszczowej trzy kilometry, droga ładna, bita. To była Wola Wiśniowa. Tam była remiza strażacka i plac przy remizie, jak zwykle. Tam myśmy się roztasowali wszyscy. Podwoda przywiozła kilka, kilkanaście czasami osób. Był sołtys i podsołtys, zgrani szwagrowie. Ta wieś miała ponad sto gospodarstw. To były czasy, gdzie w lasach byli partyzanci, a na stacji kolejowej i w mieście, we Włoszczowej, Niemcy. I wszystko grało. Sołtys z podsołtysem, z Niemcami wszystko wiedzieli, nie pozwolili krzywdy zrobić ludziom. Jak myśmy tam wylądowali, to każdy z rolników mógł sobie wybrać, zaprosił sobie kogoś, kto nie byłby kłopotliwy, mógłby pomóc w gospodarstwie. „A pani to z dzieciokiem!”. Na końcu byłam. Wszyscy już się porozchodzili, a ja nie. Podsołtys przyszedł do mnie, [stanął] nade mną,: „Pani pójdzie do mojej żony”. Tak mi powiedział. Ale nic mnie to nie wzruszało. Tak jak na perskim rynku! Zabrał mnie i zaprowadził mnie do swojej chałupy, do swojej żony. Miał murowany dom, pokój z kuchnią. Czyściutko, a ona śliczna gospodyni. Byli w średnim wieku, już dorośli synowie byli. Miałam jak w niebie u nich.

  • W tym jednym pokoju z kuchnią pani z nimi mieszkała, też z synami?

To był czas, kiedy synowie spali w stodole. Spałam w pokoju. Dwa łóżka złączone, jak u Żydów, pierzyny. Tam spałam z moim synem, a moi gospodarze we dwoje w kuchni zawsze spali. Podwójne łoże, tam spali. To była duża kuchnia, duży pokój. Na wsiach się nie spało w pokojach, tylko w kuchni spali gospodarze. A synowie, dwóch chłopaków, to sobie w stodole spali. Może później inaczej, ale jak przyjechałam, to tak było. Dwóch dorosłych chłopaków, nikt mi nie zaproponował głupoty. Młoda babka, to by o seksie pomyślał, by się umizgiwał do mnie. Nigdy. Tam mnie szanowali. A moja gospodyni mówi: „Tosiek, idzi do Wojteckowej, przynieś kolibkę”. Jeden nazywał się Tosiek, drugi Janek. Zaraz sagany nastawili, ciepłej wody. „Janek, balię przynieś”. Z dołka czy z piwnicy, jak oni to nazywali. Zaraz kąpiel małemu zrobili, kolebkę. Kolebka wysłana była sianem czy słomą, nie wiem, poduszeczka. Mój dzieciak już miał spanko. A mnie w pokoju położyli. Balia, ciepła woda natychmiast i ten dzieciak… Ona polewała. Mało: siano było zaparzone. To nie była zwykła woda, pachnące to było. On w tym sianie. Ona mówi: „Tadzinka!”. Moja gospodyni Tadzinkowi taką kąpiel! Wszystko od razu z nas, wszystko uprała. Balię, tarę, poprała, na płot, wszystko wyschło i było elegancko. A nas do spania. Nie wiem, chyba ze dwadzieścia cztery godziny spałam. Obudzili mnie partyzanci. Zapali światłem, latarką, zobaczyć mnie, bo wszyscy wiedzieli, że z Warszawy przyjechali. Do sołtysa nie przyjdą? Najpierw. Do podsołtysa tak samo, bo on po drodze. Sołtys się nazywał Kita, a mój podsołtys: Gawron. To szwagrowie byli. Jedzonko miałam, oni mało jedli. Dobrze jedli, czysto. Mojemu małemu zaraz mleka, bułki. Cały piec napiekła bułki i nasuszyła. Torebki poszyte i suszona bułka. Tak miałam u nich. A mój dzieciak akurat, jak na złość, świnki dostał. Płakał, nie mógł, tylko trzymał głowę. Wtedy się nauczyłam: tę bułkę, co ona ususzyła, rozmoczyć w mleku i przykładała mu. Wyciągnęło mu świnkę!

  • Żadnego lekarza?

Chodziłam i mnie wozili do lekarza. A ta bułka z mlekiem, to każdemu powiem. Nie ma okazji, bo teraz się do lekarza idzie. Tak mu wyciągnęło! Taki biedny był! Wszystko było dobrze, wszystko ku dobremu szło.

  • Czy pani pomagała w gospodarstwie?

Pomagałam, wszystko. Zabrałam się za mycie okien, garnki zmywałam, kartofle obierałam, wszystko chciałam robić, podłogi szorowałam. Zazdrościli z całej wsi Gawronowi, że ma taką warszawiankę. To nie jest wszystko. Oni zazdrościli i przychodzili do mnie. Przynosili małemu mąkę, przynosili dodatkowo masło. Tak bez niczego.

  • Nigdy pani nie usłyszała złego słowa?

Nigdy. Do tej pory jestem w kontakcie z nimi.

  • Pani mówiła, że „własowcy” tam przyszli?

Byli, tak. To były lasy jędrzejowskie. Były znane z partyzantki. Niemcy napuszczali „własowców”, żeby ich przetrzebili. Jedni byli groźni i drudzy byli groźni. Ci szli wiadomo dlaczego, a „własowcy”, bo Niemcy im kazali. Ale się zachowywali dobrze. Przyszli na przykład do mojego gospodarza. Ale jacy bezczelni! Byłam młoda dziewczyna, dziewiętnaście lat, krew i mleko. Mój gospodarz kazał mi [spać] w kuchni zamiast żony. Spałam od ściany, z nim. A „własowiec”, komendant, tak mnie prosił, żebym wyszła tylko na spacer, że porozmawia ze mną. A on mówi: „Nie!”. Mój gospodarz był mądry, nie dał mnie ruszyć. Co oni zrobili? Do ula wsadzili jakąś broń, granaty czy coś, i powiedzieli, że znaleźli w tej wsi, że wieś spalą albo wezmą zakładników. Sąsiad wyjednał, że im jubel zrobił w tym samym mieszkaniu, gdzie spałam. Wszystko wynieśli z domu i zrobili stoły, tak jak wesele. Natłukli kaczek czy kur, już sama nie wiem, co tam było. Rosół nagotowali, makaronu. Wszystkie kobiety ze wsi, bo to był atak na całą wieś, że zakładników wystrzelają. Oni wiedzieli, sołtys też wiedział. Trzeba było ich ugłaskać. W jaki sposób? Wódy, bimbru. Im nie wolno było dużo pić, ale żarcia… Byli wygłodzeni. Mięsa, wszystkiego! Gospodynie wszystko to robiły. Cała wieś zjednoczona była w obronie, a chłopakom wszystkim kazali pouciekać do lasu.

  • Czy – oprócz pierwszej nocy – widziała pani partyzantów?

Tak. Przyszli, zaświecili mi z ciekawości, ale byłam półprzytomna. Normalnie byli poubierani, mieli różne stroje, trochę wojskowe, trochę niemieckie, trochę polskie. Pasy mieli, czapki mieli.

  • Przychodzili w nocy czy w dzień?

W nocy.

  • Do kiedy tam pani była?

Byłam tam trzy miesiące: październik, listopad, grudzień. Daty nie pamiętam. Dlaczego mówię, że trzy miesiące? Bo miałam rodziców, mój ojciec był na wsi u babci. To było za Grójcem, sześćdziesiąt pięć kilometrów od Warszawy. Jak byłam w Woli Wiśniowej, to myślałam, jak tu się dostać do moich. To jest około dwustu kilometrów. Wszyscy mi pomagali, jak to zrobić. Najpierw napisałam.

  • Poczta działała?

Nie pamiętam, jak to się działo. Nie umiem powiedzieć, jak się dowiedziałam, że oni są na miejscu. To mi się zatarło w pamięci. Wiem jedno: że musiałam się dostać do Kielc, a z Kielc prosta droga. Nie było żadnych autobusów, pociąg był. Czy ja pociągiem się dostałam? Najpierw sama pojechałam.

  • Bez dziecka?

Tak. Sama najpierw pojechałam, i zdaje mi się, że pojechałam pociągiem. Bałam się, ale pojechałem pociągiem. To mi się już zatarło. Wiem, że do Kielc, a z Kielc to pamiętam, że „na łebka”.

  • Kto panią zabierał?

Samochody po drodze.

  • Kto tymi samochodami jeździł? Polacy?

Polacy jeździli. W służbie u Niemców rozwozili różne… Bałam się, miałam duszę na ramieniu, bo się trzeba było bać. Różnie to było.

  • Zwłaszcza młoda dziewczyna.

Tak. Zdaje się, że dojechałam do Białobrzeg, a to trzy kilometry od Falęcic. Tak mi się wydaje, już tego nie umiem powiedzieć. Wiem, że jak dostałam się do domu, wszyscy do mnie! I z powrotem, po dziecko. Wzięłam siostrę męża i żeśmy przyjechały z dzieckiem. Pożegnałam się z nimi. Potem jeździłam do nich często, długo jeździłam. Nie wiedziałam, jak im się odwdzięczyć. Wiem, że z Warszawy można było dużo rzeczy kupić, dostać. Wiem, że na przykład dla mojego gospodarza „karakułkę”, czapkę… Nie wiem, jakim cudem, czy za coś? Był handel wymienny, było coś za coś. Wiem, że bielizny, obrusów. Oni nie mieli pościeli, to wiem, że [załatwiłam] pościeli. Moja gospodyni taka była mi wdzięczna!
  • Kiedy pani wróciła do Warszawy?

Najpierw się ulokowałam u moich rodziców. Pamiętam, jak przyjechałam do Warszawy, jeszcze trupy niemieckie były w Alejach Jerozolimskich.

  • A to była wiosna, zima?

Zima. Zamarznięte trupy. Śnieg był jeszcze. Ludzie to jeden drugiemu powie. Warszawa zgruzowana, pamiętam, że jak szłam w Alejach Jerozolimskich, przy Żelaznej, to były trupy niemieckie. Wiem, że żeśmy w jedną stronę szli, do Pańskiej musiałam dojść koło Żelaznej. Jak z powrotem wracałam, to te trupy były odwrócone. A dlaczego? Bo mieli złote zęby (ludzie mówili), to im powyjmowali.

  • Pani dom stał?

Mój dom stał, ale bez dachu.

  • Czy coś w domu było?

Nic. Graty były. Lało się, bo dachu nie było, wszystko zamoczone, klepki. Ja tam nic nie miałam. Co ja miałam? Starą szafę Szczerbińskiego. Ona była dobra, długo później była. Było lustro niezbite. Było łóżko, był tapczan, to wszystko było. Kredens w kuchni. Wszystko starocie, ale [jednak] graty jakieś były. Nie zwracało się na to uwagi, tylko trzeba było drzwi zamknąć, szyby. Ale wtedy myśmy nie myśleli o tym, żeby zostać na Pańskiej, tylko żeśmy szukali jakiegoś miejsca. Mój mąż miał brata na ulicy Topiel i tam był cały dom właściciela fabryki Fuchsa. Dom cały był, dach był. Tam ludzie zajmowali po pokoju i myśmy tam pokój zajęli.

  • Tam pani zamieszkała od stycznia?

Na trochę. Były okna, był dach, nie ciekło. A tutaj żeśmy zostawili, co tutaj można było.

  • Jak Warszawa wyglądała? Czy zaskoczył panią wygląd Warszawy, czy pani się spodziewała tego?

Jak żeśmy przyszli, jeszcze były gruzy, ale już było dużo uporządkowane. Główne arterie były uporządkowane. Wojsko to robiło, bo trzeba było jeździć. Zaczynało być życie. Na Marszałkowskiej był przewrócony tramwaj, a w tramwaju był bar.

  • Co się z panią działo potem, po 1945 roku?

Po 1945 roku mój syn…

  • Jak się potem chował? Początek życia miał niezwykle trudny.

Nade mną był Anioł Stróż, że on nie umarł. Miałam dramat, bo mój mąż się rozpił, mój mąż prawnik. Prawo skończył, a robił „na lewo”. Miał dom handlowy „Centroigła”. Koledzy przychodzi z Niemiec, spotykali się, wszystko przy wódce, przy bimbrze. Miałam ten dramat. Tutaj dziecko małe, trzeba było żyć, on handlował, z Niemiec przywozili igły dziewiarskie, wszystko z Niemiec.

  • To po wojnie?

Tak. Zaczęłam handlować, jeździłam do Łodzi po igły. Niemcy jeszcze tam byli. Tutaj sprzedawałam, miałam na życie. Najpierw na Topiel, ale musiałam Topiel opuścić, bo przyszedł właściciel. To myśmy w gruzach znaleźli spalone mieszkanie na Kopernika 15. Tam mieszkałam dość długo, w domu Marconiego.

  • Wchodziło się do wolnego domu z myślą, że jak przyjdzie właściciel, to trzeba będzie się wyprowadzić?

Tak, tak było. Na Kopernika było spalone i schody były spalone. Na drugim piętrze ktoś mieszkał, na trzecim też mieszkał. Powiedzieli, że nikogo nie ma, bo jest wypalone, kto tu przyjdzie. Myśmy od początku, od tynku, od podłogi, wszystko żeśmy [zrobili]. Schody wybudowaliśmy do pierwszego piętra. Inni lokatorzy, co wyżej mieszkali, to naokoło wchodzili, frontem. A my musieliśmy (tam nie było frontu) schody zbudować. Wtedy nie było żadnego problemu, było tyle rozwalonych domów, z gruzów się wzięło schody.

  • Jak ktoś miał potrzebę, to szukał w gruzowisku?

Tak. Cała Warszawa to było gruzowisko. Tylko arterie główne były uporządkowane, żeby można było przejechać i przejść, ale po bokach to wszystko były gruzy.

  • Czy jest jakiś obraz z Powstania, który ciągle do pani wraca, który pani mocno zapamiętała?

Zapamiętałam, jak wychodziłam z Warszawy, do Towarowej, przez te wertepy, przez te gruzy, przez te spalone trupy. Przy każdym domu na Wolskiej była piramida kości: ludzie i pierza pełno. To nie było rumowisko, ale kupa pierza, ludzkich kości. Wystawały nogi, ręce, ciuchy, ubrania. Przy każdym domu. Tego się nie zapomni.

  • Co pani sądzi o Powstaniu teraz, po latach? Czy ono powinno wybuchnąć?

Wszyscy mówią Bóg wie co. A Czesi co zrobili? Mówili tak: „Hitler Háchę wziął pod pachę, Hácha z uciechy oddał mu Czechy”. Nie zginęło tyle ludzi, nie zniszczone było. A my co za bohaterstwo zrobiliśmy? […] Byłam młoda dziewczyna, świat się do mnie uśmiechał. To wszystko zginęło. Tyle młodzieży zginęło, tyle dobra, majątku narodowego. Komu to było potrzebne? Wiadomo było, kto są Niemcy. Do dziś wiadomo, że mamy z lewej strony i z prawej wrogów. Nigdy nie będą naszymi przyjaciółmi Niemcy i Rosja. Wszystko robią, żeby (tak to rozumiem) Polska była wasalem. Jak ktoś stanowi rodzinę, to stanowi też majątek. Masz coś, coś posiadasz, jesteś czymś. Jak nie masz, to cię lekceważą. Jak my teraz lądujemy? Wszystko się wyprzedaje. Strasznie jestem wściekła na to.

  • Pani mówiła, że świat się do pani uśmiechał. Mimo wojny pani to czuła?

Powiedziałam, że nade mną Anioł Stróż. Dlaczego? W samo Powstanie znalazłam spirytus. Do dziś nie mogę tego zapomnieć, on mnie przecież uratował. Druga rzecz: trafiłam do Woli Wiśniowej. Było tam ponad sto osób, ja jedna utrzymuję kontakt, jedna modlę się za nich. Tam kilkoro dzieci ma moje imię, mam chrześniaków. To też się liczy. To znaczy, że wszystko z mojej strony było w porządku. I z ich strony. Byłam młoda, miałam humor, kawały mi się sypały z rękawa. Przychodzili sąsiedzi, żeby posiedzieć ze mną. Bawili mi dzieciaka, przynosili mu coś: a to miodu mu przyniósł, a to jakiegoś soczku, żona kluski zrobiła, to mi przynieśli. To się liczy, teraz umiem to ocenić. Nigdy nie byłam chytra, nigdy nie byłam pazerna, zawsze z ludźmi, umiałam coś pomóc, coś zrobić, nigdy nie byłam ważna, że nie poszłam. Umiem w polu wszystko robić, jestem z wykształcenia rolnik.

  • Po dziewiarstwie pani się tym zajęła?

Nie, to w innym czasie. Dziewiarstwo skończyłam, potem pracowałam. Zawsze mi było mało wiedzy. Mój mąż był prawnik, popijał, zrobił się alkoholik, poniżał mnie. Miał takie brzydkie, chamskie określenie: „Ty [niezrozumiałe], ja mam dowody, że jestem mądrzejszy”. Kto tak może powiedzieć? Kto chce mnie poniżyć? Cham. Rozeszłam się z nim i poszłam na studia, jak mój syn miał siedem lat. Byłam studentka, która miała stypendium losowe, bo nie miałam trójki w indeksie po sesji.

  • Pani poszła na dzienne studia?

Dzienne, nie zaoczne, nie wieczorowe. Na Kopernika mieszkaliśmy. Mój syn do szkoły, a ja w autobus i na SGGW, na Rakowiecką. Zdawałam sobie sprawę, że z czego będę żyła. Aż dostałam stypendium losowe, co miesiąc sto złotych więcej, bo nie miałam trójki. A dziekan, profesor Kaniewski, mówi: „Dla tej mateczki”. On mnie tylko ciągle głaskał. Byłam młoda. Jeszcze dodatkowe stypendium w wakacje dostawałam. Bezpłatne obiady dostawałam, dziad byłam. Nikt mnie teraz nie zapyta: „Pani Kamieńska, jak się pani miała?”, tylko: „Jak się pani ma?”. A ma się dobrze. Zaczęłam studia w 1954 roku. Skończyłam normalnie, nic zaocznie. Zaczęłam trzy i pół roczne, chciałam jak najszybciej, bo musiałam pracować, musiałam utrzymywać, rodzinę miałam, Tadzio i ja byliśmy rodziną. Skończyłam, podjęłam pracę, byłam z miejsca pełnomocnikiem Banku Rolnego w Mińsku Mazowieckim. I cały czas jestem szefową, bo mam cechy herszta. Jestem odważna, pracowita, nic się nie lenię, życzliwa ludziom. To doceniają. Skończyłam studia, byłam szczęśliwa, zadowolona. Byłam z biednej rodziny. Moja matka czytać, pisać nie umiała. Nauczyliśmy ją podpisać się, to umiała. Mój ojciec natomiast to [był] sekretarzem w wojsku, kaligrafii się uczył, był rzemiechą. Matka była ładna i zgrabna. Nas było pięcioro w domu. Zawsze dobrze się uczyłam. Ojciec i matka zawsze byli dumni, bo z nagrodami zdawałam. Pięcioro nas było, a ja tylko jedna zdawałam. Wróżyli mi, że muszę mieć wyższe wykształcenie. Prości ludzie nie znali, co to posłać dziecko, maturę zrobić. Oni wiedzieli, co to matura? Nie wiedzieli. Albo na wyższe studia. Skończyłam studia, ale nawet matce nie mówiłam, że skończyłam, tylko że jestem na kursie dziesięciomiesięcznym, bo dwa miesiące wakacji. Jeździłam na wieś i tam zasuwałam w polu. Mówię: „Mamo, muszę jeszcze drugie dziesięć miesięcy, bo powiedzieli, że jak nie skończę drugie dziesięć miesięcy, to muszę za pierwsze dziesięć płacić”. – „To jedź, jedź córko”. A jak skończyłam, to matka była dumna i ojciec był dumny, bo byłam pani dyrektor Banku Rolnego. Potem byłam dyrektor Inspekcji Nasiennej. Krzyż Kawalerski dostałam, mam osiem odznaczeń.

  • Ładny życiorys.

Marzeniem moim było, żebym, jakbym umarła, miała na klepsydrze: pani inżynier. Wzrusza się człowiek. Moje marzenie było takie. Ja bym posadzkę całowała. Takie dziecko biednych rodziców… Anioł Stróż nade mną czuwa. Na tej wsi gospodarze tacy byli. Później mieszkanie znalazłam spalone. Wszyscy: „Co ty, skąd?”. Mało tego, zamieniłam to mieszkanie. Po co mi były trzy pokoje z kuchnią? Trzeba było ogrzewać, palić. Zamieniłam z kierownikiem Wydziału Ekonomicznego Rady Narodowej te trzy pokoje z kuchnią na mniejsze, ze wszystkimi wygodami, na Grójeckiej. Byłam przez dwie kadencje radną. Zawsze miałam takie… Jak to nazywam: Anioł Stróż. I do tej pory.





Warszawa, 28 września 2011 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Rafalska-Dubek
Łucja Kamińska-Bernaciak Stopień: cywil Dzielnica: Śródmieście Południowe

Zobacz także

Nasz newsletter