Luiza Latkowska „Lusia”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Luiza Latkowska, z domu Erben. Urodzona 4 października 1924 roku w Tczewie.

  • Pani pseudonim?

„Lusia”.

  • Co pani robiła w czasie Powstania Warszawskiego?

Byłam sanitariuszką.

  • Proszę mi powiedzieć kilka słów o latach przedwojennych.

Urodziłam się w Tczewie, mój tatuś był naczelnikiem warsztatów kolejowych. Przed samym wybuchem wojny tatuś wywiózł nas na wakacje do Bydgoszczy, do naszej cioci, ponieważ stwierdził, że czasy są jakieś niespokojne. Normalnie zawsze wyjeżdżaliśmy gdzieś dalej na wakacje. Ze względu na te niespokojne czasy, że mówi się o wojnie, pojechaliśmy do Bydgoszczy. Byłyśmy u cioci, z siostrą moją, młodszą Ulryką. 20 sierpnia rodzice do nas przyjechali do Bydgoszczy, aby nas zabrać z powrotem do domu, do Tczewa, dlatego że szykuje się okres bardzo niespokojny.

  • Jaki był Tczew, jakie to było miasto, jak pani je wspomina?

Tczew był bardzo kochany, tylko jedno co mnie zastanawiało już przed samym wybuchem wojny: jak wróciliśmy z wakacji do Tczewa, to po ulicach [chodziło] bardzo dużo młodzieży mówiącej po niemiecku. Zresztą w swoich wspomnieniach takie dwa epizody opisałam. Idę, a chłopiec mówi po niemiecku i ja do niego: „Zastanów się, dlaczego ty tak po niemiecku mówisz. Przecież jesteś w Tczewie, to jest polskie miasto”. Na co on odpowiedział: „Już niedługo, ponieważ Tczew był niemiecki i będzie niemieckim miastem”. Niemcy wybudowali w Tczewie, nie pamiętam w którym roku, może trzy lata przed wybuchem wojny, piękną szkołę powszechną. To była szkoła powszechna i tam było też gimnazjum dla Niemców. Tylko Niemcy tam uczęszczali. Jako dziecko wtedy nie przywiązywałam specjalnej wagi. Dopiero później, jak już wybuchła wojna, zastanawialiśmy się, dlaczego tak było.
Mój tatuś był ewangelikiem, ale my byłyśmy katoliczki. W naszym kościele katolickim, w naszej parafii, zawsze w każdą niedzielę o godzinie dziewiątej rano, była msza dla Niemców. Ksiądz odprawiał w języku niemieckim, bo to była msza dla tak zwanych Deutsch katolików w Tczewie. Tam było bardzo dużo Niemców, ale ja tego nie odczuwałam, ponieważ obracałam się w rodzinach polskich i myślałam, że to jest moje ukochane miasto.
Jak przyjechaliśmy z Bydgoszczy do mieszkania, mieliśmy piękne mieszkanie, trzypokojowe, patrzę, a po pokojach kosze, kufry, walizy, mówię: „Mamusiu, co się dzieje?”. Tatuś mi odpowiedział: „Słuchaj, wojna wisi na włosku, dziecko. Spakowaliśmy wszystko, bo to będzie wszystko wysłane do Warszawy. Wy z mamą pojedziecie do Pińska”. Tam mamusi brat był dyrektorem szkoły i tatuś uważał, że jak tam wyjedziemy, to będziemy najbezpieczniejsi. Wyjechaliśmy do Warszawy. Przyjechaliśmy do Pruszkowa i tam żeśmy się zatrzymali w Pruszkowie. Nie wiem, ile to trwało. Miały być podstawione pociągi, żeby jechać na wschód, na Polesie. Tymczasem okazuje się, że pociągi dalej nie jadą. Dojadą najwyżej do Warszawy, do dworca Gdańskiego, ale dalej już pociągi nie pojadą, ponieważ mosty zostały pozrywane. Ciocia, to znaczy mamusi siostra, jeszcze z nami była. Z Pruszkowa pojechaliśmy do Warszawy i w Warszawie niestety musieliśmy opuścić pociągi, bo z Warszawy pociągi już dalej nie szły. To był 1939 rok, zaczęły się pierwsze bombardowania. Na piechotę żeśmy szły, znaczy mama, ciocia, ja i siostra. Chciałyśmy koniecznie dostać się na ulicę Śniadeckich, bo na ulicy Śniadeckich mieszkała ciocia mojego tatusia. Po schronach, po różnych bramach, tak doszłyśmy do ulicy Śniadeckich i tam żeśmy u cioci się zatrzymali.

  • Oblężenie Warszawy pani przeżyła? Jak pani zapamiętała obronę Warszawy?

Obrona Warszawy, wszystko w porządku. Niemcy bombardowali, to był koszmar. Zresztą wszyscy siedzieliśmy po piwnicach. Niby bombardowali, ale Warszawa w 1939 roku naprawdę bardzo mało ucierpiała. Przypuszczam, że Niemcy z góry zakładali, że oni jednak Warszawę zdobędą. Pamiętam okres, jak Niemcy już zajęli Warszawę, jak wjechali wozami, samochodami ciężarowymi, na których był chleb. Ludzie zareagowali: „Boże, no dobrze, że chociaż chleb dostaniemy” – [Niemcy] rozdawali bochenki chleba. Ludziom w pierwszej chwili zdawało się, że to nie będzie aż tak tragicznie. Były na placu Zbawiciela, nigdy tego nie zapomnę, bo ulica Śniadeckich była bardzo blisko placu Zbawiciela. Leżały konie zabite, ale mięso było tak powykrawane z tych koni, tak powycinane. Zaczęła się okupacja.

  • Niemcy przyjechali i zaczęli rozdawać bochenki chleba?

Tak, tak! To był taki początek. Widocznie chcieli ludzi tym [chlebem przekonać]. To był dzień lub dwa. Potem były łapanki, wywozy do obozów. Ludzie się bali, to był koszmar! Później to był koszmar. Pracowałam. Nasi znajomi, rodziców znajomi przyjechali z Gdyni i z Tczewa. Na ulicy Koszykowej pan Gierdalski otworzył sklep z butami. Ja, żeby nie wywieźć mnie do Niemiec (bo przecież wywozili młodych ludzi i dzieci, po dwanaście, czternaście lat, z łapanek brali i wywozili), pracowałam w tym sklepie. W 1939 roku mój tatuś ewakuował warsztaty do Łuninca z Tczewa. Nas wysłał, a sam został w Tczewie. Wszystkie maszyny, to wszystko, trzeba było, żeby nie dostało się w ręce Niemców, to trzeba było wywieźć na wschód. Tatuś, z maszynami, z tym wszystkim dojechał do Łuninca. Wojna wybuchła.
Tatuś liczył, że my będziemy w Pińsku u wujka, a tatuś do nas później dołączy. Tymczasem Rosjanie, że tak powiem, uderzyli nas w plecy i ojciec mój był już na wschodzie. Nie mieliśmy absolutnie żadnego kontaktu z tatusiem. Myśleliśmy, że tatuś nie żyje. To było, nie pamiętam już, którego grudnia. Słyszymy jak po schodach, bo wchodziło się do cioci do kuchni, tam były dwa wejścia. Słyszymy, jak ktoś wchodzi po schodach i puka. Mamusia otwiera drzwi, patrzy, a w drzwiach stoi mój tatuś. W strasznym stanie, wychudzony, zarośnięty, w takim płaszczu. Mama tak spojrzała i mówi: „O Boże, Edku! To ty czy duch twój?”. Tatuś, na to powiedział: „Tak, Aniu, to ja, ale nie zbliżaj się do mnie”. Okazało się, że jest tak brudny – insekty, wiadomo, jak to w takich warunkach, przecież uciekał stamtąd. Tatuś przez rok czasu nigdzie nie pracował.
Było trochę biżuterii. Jeśli chodzi o bagaże, które zostały wysłane z Tczewa, to nic nie dotarło. Część, która doszła do Dworca Wschodniego w Warszawie, ponieważ dworzec został spalony, zbombardowany, to wszystkie bagaże, które tam przyszły, to wszystko zostało spalone. Rodzice wszystko stracili. Pamiętam, że mama sprzedawała wszystko, tylko obrączkę swoją i tatusia zostawiła. Tak to wszystko było sprzedane. Tatuś, później, ponieważ doszli do wniosku… że mama zaczęła szyć. Tatuś zgłosił się na Dworzec Zachodni do pracy jako kolejarz. To była parowozownia. Naczelnikiem był Niemiec, nazywał się Jackowski. Dlaczego to tak wspominam? Ponieważ, tatuś jak wrócił z pracy, to opowiadał i żeśmy się bardzo śmiali. Pan Jackowski do ojca powiedział: „Panie Erben. Przecież pan ma niemieckie nazwisko. Pan jest chyba Niemcem”. Na co ojciec odpowiedział: „Panie naczelniku, nie. Ja jestem Polakiem” – powiedział. „Ale pan ma nazwisko Jackowski, znaczy że jest pan bardziej Polakiem jak ja”. On odpowiedział: „No, tak, bo moja rodzina to się wywodziła z Mazur” – tak skomentował.

  • A pani ojciec skąd pochodził?

Mój dziadziuś, tatusia ojciec, był katolikiem i był Czechem. Ojciec miał rodzinę również w Niemczech. Miał siostrę. Tatuś mój był Polakiem i umarł Polakiem. Mojego tatusia siostra mieszkała przed wojną w Sopocie i na Politechnice Gdańskiej wykładała Niemcom, uczyła języka polskiego. Też miała niemieckie nazwisko, mąż jej był inżynierem, nazywał się Gajer, ale ciocia się z nim rozeszła i mieszkali w Sopocie. Ciocia wykładała język polski. Dziadziuś i babcia byli u cioci w Sopocie i jak dziadziuś umarł, to jedynym jego pragnieniem było, powiedział do babci i do cioci: „Pamiętaj, ja muszę leżeć na polskiej ziemi”. Mój tatuś przywiózł dziadziusia do Tczewa i dziadziuś był pochowany na cmentarzu w Tczewie. Był katolikiem, ale powiedział, że leżeć może tylko na polskiej ziemi. Mimo że to niby wolne miasto, ale dziadziuś powiedział, że nie chce absolutnie leżeć w Sopocie.

  • Pani tata był ewangelikiem? Z wyboru?

Tatuś był ewangelikiem, augsburskim. Babcia była ewangeliczką. Dlaczego? Tak jest, że dzieci idą zawsze, jeśli chodzi o wyznanie, po matce. Tak, że babcia była ewangeliczką, dziadziuś był katolikiem, tatuś był ewangelikiem augsburskiego wyznania. Muszę jedno powiedzieć, tak wierzącego, tak prawego człowieka, jak mój ojciec był, to naprawdę... Ja to pamiętam z dzieciństwa, że jak ksiądz po kolędzie chodził, ksiądz Gajdus, takiego mieliśmy cudownego księdza. Jak chodził po kolędzie, to zawsze na końcu przychodził do nas, bo zawsze mówił: „Panie Erben, ja najbardziej lubię przychodzić do państwa, bo ja sobie mogę z panem podyskutować, porozmawiać, a poza tym pan ma zawsze taką wspaniałą nalewkę”. Tatuś [podawał] nalewkę czy jakieś winko. Zawsze ksiądz przychodził do nas, zawsze byliśmy po kolędzie, zawsze na pasterkę tatuś z nami chodził do kościoła. Mało tego, jak nie raz, rano żeśmy wstały z siostrą, to tatuś od razu: „Pacierz był mówiony?”. Pierwsze to zawsze nam przypominał, czy pacierz mówiony.
Poza tym mój ojciec w czasie okupacji... Tatuś jechał wtedy do Pruszkowa i z ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie odchodziła kolejka do Komorowa, do Pruszkowa. Mieliśmy przyjaciół w Pruszkowie, państwa Witczak. On był starostą w Tczewie. Tatuś właśnie do nich jechał. Stoi, żeby wejść do kolejki, stali też Niemcy, żołnierz stał i kilkoro ludzi, żeby wejść. Za tatusiem stała kobieta i tatuś się odwrócił. Patrzy, że ona jest w ciąży, więc tatuś się odsunął, żeby ją przepuścić, a ludzie się pchali. Ona weszła, a Niemiec doszedł do tatusia i go tak uderzył, że tatuś rozbił okulary, upadł. W Warszawie była w Alejach Jerozolimskich taka klinika „Omega”, więc tatusia zabrali do tej kliniki. Tam tatuś miał operację, bo miał później nawet taką bliznę na czole. Leżał w tej klinice,[...]. Ten Niemiec tatę przeprosił, ale on nie chciał, to jest wszystko nieważne.

  • Ten Niemiec przeprosił go?

On był zmuszony, żeby przeprosić go, już nie pamiętam dokładnie. Wiem, że przeprosił, ale to były dochodzenia. Miałam szesnaście lat, dzisiaj to już nie wszystko pamiętam, tylko takie niektóre wypadki pamiętam. Tatuś miał pięćdziesiąt dwa lata, jak umarł w Warszawie. Tatuś był na Syberii, był zesłańcem. Dziewięć lat był na Syberii, wrócił.
Po dwadzieścia jeden lat mieli, jak się [z mamusią] poznali. Ojca zesłali na Sybir. W Irkucku, w Archangielsku pracował w kopalniach. Potem uciekł, przyjechał do Polski, a mama czekała na niego. Później się pobrali i wyjechali razem do Tczewa. Tatuś tam właśnie zaczął najpierw na kolei pracować i później wojna. Straszne rzeczy, jak sobie to wszystko przypominam. Miałam takie cudowne dzieciństwo, naprawdę. I szkoła, i koleżanki i to trzeba było potem wszystko zostawić i wyjechać. W strachu. Rodzice wszystko stracili, cały dobytek.
Jeszcze pamiętam, [...] jak rodzice pytali, co bym chciała na gwiazdkę, to ja zawsze mówiłam: „Książki”. Pamiętam, że w ostatnią gwiazdkę dostałyśmy z siostrą encyklopedię Gutenberga, w pięknej, zielonej, płóciennej oprawie, ze złotymi literami i to wszystko zostało. Książki, obrazy, dywany, wszystko.
Ja pamiętam, że w zimie chodziłam w mojego kuzyna płaszczu zimowym. Był niewysokiego wzrostu, pamiętam Gienka, zresztą on zginął w Gross-Rosen. Właściwie można powiedzieć, ponieważ miał niemieckie nazwisko, nazwiska to jednak nie mają nic wspólnego. Zresztą, utarło się tak. U nas w Polsce bardzo często się utarło, że jeżeli ktoś był ewangelikiem, to był Niemcem. Albo jak był prawosławny, ja na przykład mam zięcia, który jest wyznania prawosławnego, ale jest Polakiem. Nie ma absolutnie nic wspólnego wiara z narodowością. Miałam katolików w Tczewie, Deutsch katolików, a byli zatwardziałymi Niemcami. Sąsiadka nasza w Tczewie, nie będę nawet wymieniała jej nazwiska. Pierwsze, jak opuściliśmy mieszkanie, rodzice opuścili mieszkanie, to ona pierwsza zaczęła. Katoliczka, która chodziła z różańcem, pierwsza zawsze na mszę na dziewiątą szła. Ona pierwsza zaczęła mieszkanie ograbiać. Mało tego, ponieważ ja bardzo lubiłam rysować, moje córki są plastyczki i wnuczki moje też pokończyły Akademie Sztuk Pięknych. Do tego stopnia jakaś zemsta. Dostałam tusze w różnych kolorach, ponieważ bardzo lubiłam rysować. Gazetki rysowałam do szkoły. [Zemsta] do tego stopnia, że buteleczki z tym tuszem były po roztrzaskiwane po ścianach. A tatuś był ewangelikiem.
  • Wracamy teraz do Warszawy.

Tatuś umiera. Tatuś miał anginę pectoris. Umarł na serce. Ojciec – dziewięć lat zesłania na Sybir. Później – nigdy tego nie zapomnę – był 3 maja, a tatuś zawsze był, bo to zawsze notable, jak to się mówi… Kiedyś to burmistrz, starosta w Tczewie to była zawsze trybuna, naczelnik, naczelnicy poczty, to wszystko było. Ja w pochodzie, zawsze dzieci, młodzież w trzeciomajowym pochodzie. Przechodzimy z naszą szkołą, tak spojrzałam, zawsze jak przechodziliśmy, to zawsze kiwałam tatusiowi, jak stał. On zawsze mi też kiwał, jak stał. Patrzę, a tatusia nie ma na tej trybunie. Pierwsze co, jak już przeszliśmy, przemaszerowaliśmy, to ja pędem do domu, że może coś się stało. Okazało się, że tatuś zasłabł i do szpitala tatusia zabrali. Wtedy właśnie stwierdzono, że ma anginę pectoris, to jest tak zwana dusznica bolesna.
Pamiętam, w Warszawie żeśmy mieszkali, tam u cioci. Zresztą, cały czas żeśmy tam u cioci mieszkali, na ulicy Śniadeckich. Była alkowa. Pamiętam, jak tatuś z mamusią w tej alkowie spali, tam były dwa łóżka. Później już, tatuś się tak źle czuł, przed śmiercią, to jak weszłam, to tatuś mówi: „Dziecko, odejdź”. Jemu się zdawało, że ja mu zabieram to powietrze, tak się dusił. Później zabrali tatusia do szpitala, bo był w tak złym stanie. Zmarł w drugi dzień świąt, zielonych świątek. Przyszła, podobno, pielęgniarka, żeby dać termometr. To był dwuosobowy pokój. Ten pan, który leżał z tatusiem, mówi: „Siostro, może niech siostra nie budzi pana Erbena, bo właściwie całą noc pojękiwał, nie spał. Widzę, że teraz zasnął”. Siostra podeszła, tatuś tak leżał na boku, siostra podeszła i chwyciła tatusia za rękę, a tatuś już nie żył. Miał pięćdziesiąt dwa lata, tyle co mój Piotruś. Takie jest życie.
Potem pamiętam, że mama nic nie miała. Nie było ani pieniędzy, ani nic. Jeszcze pamiętam taki moment, że jak byłam u tatusia w pierwszy dzień Zielonych Świątek, tatuś palił papierosy, mówi do mnie tak: „Lizuchna, może masz papierosy”. – „Tatusiu, no skąd ja mam mieć papierosy?”. – „Dziecko, postaraj się o papierosa”. Mówię: „Tatusiu, nie mogę ci dać papierosa, bo przecież, Boże, jak ci się coś stanie…”. Nie dałam mu tego papierosa, a później miałam taki wyrzut, przecież odmówiłam mu w ostatnich jego godzinach, jak tak pragnął tego papierosa. Później, pani doktor mi powiedziała: „Proszę panią. By miała pani całe życie wyrzut sumienia, że może ten papieros by tatusia zabił”. Dla tatusia i tak nie było żadnej szansy, bo tatuś miał niedomykalność zastawek. Dzisiaj operuje się zastawki. Jak dali nam znać, że tatuś nie żyje, pan doktor powiedział: „Zastawka się zamknęła i nastąpił koniec”.
Mamusia moja pojechała później do Pruszkowa, pan Witczak właściwie. Mama powiedziała do pana Witczaka: „Wiesz co, Rysiu. Nie wiem co, że Edward tak bardzo chciał się z tobą zobaczyć” – mówi. „Koniecznie daj znać Ryszardowi, żeby koniecznie do mnie przyjechał, bo ja się muszę z nim zobaczyć”. Mamusia wtedy powiedziała: „Dobrze, Edku, ja pojadę zaraz po świętach i powiem Ryszardowi, żeby do ciebie przyjechał”. Mamusia to wszystko opowiada panu Witczakowi, a on wtedy powiedział tak: Ja wiem, o co mnie Edward chciał prosić. Chciał, żebym was nie zostawił, żebym się wami opiekował”. I rzeczywiście. Cały pogrzeb, wszystko tatuś miał pierwszej klasy, bo to przedtem były tak zwane klasy. Piękny pogrzeb tatuś miał, leży na ulicy Młynarskiej, pochowany. Razem z tatusiem, na ulicy Młynarskiej, leży moja mamusia pochowana. Miała katolicki pogrzeb, bo to nie ma żadnych problemów, żeby chować. Mamusia przeżyła tatusia, miała 96 lat, jak zmarła.

  • W którym roku?

Nie pamiętam. Chyba już dwadzieścia dwa lata nie żyje.

  • I zostały panie same.

Tak.

  • Czy pani w czasie okupacji w ogóle należała do konspiracji?

Właśnie, że nie. Mimo że u nas, u cioci, nawet Rajski, kuzyn mój [należał]. Ja nie wiem, moja mama się strasznie bała o nas. Namawiali mnie. I szwagier mój był w konspiracji. Przed samym wybuchem Powstania, Janek Olszewski powiedział: „Lusiu kochana...”.

  • Kto to był Janek Olszewski?

Janek Olszewski to jest mój kuzyn. Kiedy mieszkaliśmy na Żoliborzu, był w ruchu oporu. Był w ruchu oporu, Janek Przygocki. Zastrzelił go „gołębiarz” na ulicy Marszałkowskiej.

  • Zaraz dojdziemy do Powstania.

Pracowałam. Mama się ciągle bała, że mnie gdzieś wywiozą. Ja zresztą też byłam taka trochę chorowita. Często miałam plamy na płucach, wyjeżdżałam często do Zakopanego. To wszystko się stało po szkarlatynie, bo byłam chora na szkarlatynę, jak miałam dwanaście lat. Chodziłam na komplety. Kocioł był i te nasze komplety przenieśli gdzie indziej. Później bardzo żeśmy się denerwowali, bo trzy osoby zostały aresztowane, Niemcy aresztowali. Ja wtedy byłam przez jakieś trzy, cztery tygodnie na Żoliborzu, u tych wujostwa.
Wujek mój był prokuratorem generalnym przed wojną. Wujek był aresztowany, wyjechał do pracy do Radomia jako sędzia. Tam dostał adres, że może sobie wynająć pokój. Już się wprowadził z walizką do tej właścicielki, ale mówi: „Proszę panią, to ja jeszcze wyjdę do miasta, muszę sobie jeszcze różne sprawy pozałatwiać”. Jak wrócił, dzwoni, otwiera mu mężczyzna w płaszczu skórzanym, w kapeluszu i mówi: „A pan do kogo?” Mój wujek powiedział: „Proszę pana, ja tu wynająłem mieszkanie” „A to prosimy” Wujek wchodzi, a tu w przedpokoju stoi właścicielka, właściciel pod ścianą i Niemcy. Wszystkich aresztowano. Wujka też aresztowali wtedy. Aresztowali go, wywieźli go do Majdanka. Później został przewieziony do Łodzi, bo ciocia się starała i wszyscy przyjaciele. Wywieźli go do Łodzi, a z Łodzi wywieźli go do Oświęcimia. Ciocia dostała informację, że umarł, ale wiadomo, jaka to była na pewno śmierć. Został Janek, syn i jeszcze urodził się Krzysiu. Krzysiu urodził się w 1940 roku, tak że była szalona różnica wieku, bo Janek miał szesnaście lat, jak się urodził Krzysiu. Ciocia została sama na Żoliborzu, wtedy ja byłam na Żoliborzu. Janek mówi tak: „Ty, Lusia, wiesz? Muszę ci powiedzieć, że ma wybuchnąć Powstanie. Pamiętaj, nie wolno ci – dosłownie tak powiedział – nie wolno ci siedzieć pod pierzyną u mamy. Dam ci znać, kiedy będzie punkt zbiórki. W każdym razie ja będę na placu Wilsona i godzina jak będzie...”. Było wszystko, że będzie o dziewiętnastej. Moja mama zatelefonowała i tak strasznie płakała, mówi tak: „Proszę cię, przyjedź do domu”. W południe przyjechałam na ulicę Śniadeckich do mamy. Gienek, mój kuzyn, już go nie było, bo dla odmiany pojechał do swoich przyjaciół na Starówkę. Stamtąd go aresztowali, do Gross-Rosen został wywieziony. Mamusia tylko była, z ciocią i z siostrą. Przyjechałam i mówię tak: „Mama, nie mogę, już muszę wracać, dlatego że jestem umówiona z Jankiem” – tłumaczyłam, nic. „Nie, co ci po głowie chodzi…”.
Wsiadłam w tramwaj, dojechałam do alei Jerozolimskich i zaczęły się pierwsze strzały. Chodniki, barykady, tramwaje zaczęły być przewracane. Wróciłam na ulicę Śniadeckich. Na ulicy Śniadeckich pod numerem 8 była szkoła. Z tej szkoły, z podwórka, można było przejść na ulicę Koszykową. Pod siedemnastym na ulicy Śniadeckich byli Niemcy. Oni cały czas walili z karabinów maszynowych, cały czas była ulica Śniadeckich ostrzeliwana. Jak mama, sąsiedzi stali w bramie, ja też stałam w bramie. Nic mamusi nie mówiłam, mimo wszystko to zawsze się z Jankiem, z Jasiem Przygockim, z Jankiem Olszewskim, zawsze żeśmy na te tematy rozmawiali. Nawet Janek mówił: „Pamiętaj, Lusia, jak będą strzały jakieś albo coś, to pierwsze co, to trzeba rzucać się na ziemię”. Nie zapomnę nigdy, jak przebiegałam i słyszę kulki, to upadłam. Mama podobno zaczęła krzyczeć: „Zabita! Zabita!”. Ja leżałam plackiem, jak usłyszałam, że zmieniają taśmę, to wtedy poderwałam się i przebiegłam na drugą stronę.
Zgłosiłam się do architektury i tam dostałam legitymację. Koleżanka nauczyła mnie obsługiwać centralę, siedziałam na centrali, ale architektura została zbombardowana przez Niemców i wtedy przenieśli mnie na ulicę Koszykową. W prywatnych domach były szpitale, na Koszykowej, na dole była apteka. Tam byłam sanitariuszką. To był mój pierwszy szpital na ulicy Koszykowej.
Pamiętam, jak było bombardowanie, wszyscy ci, co chodzili ranni, wszystko do bramy. Ja z tymi, którzy nie mogli chodzić, byłam na górze. Było pierwsze piętro zajęte, drugie piętro zajęte, w prywatnych mieszkaniach. Ci biedacy płakali: „Siostro, zostaniemy zabici!”. Niemcy dosłownie nad dachami latali. Tymczasem bomba uderzyła w bramę i wszyscy, którzy byli w bramie, zginęli, a myśmy ocaleli. Moja koleżanka [zginęła], również sanitariuszka. Potrzebne były leki, więc jak zaczęli odkopywać, odgruzowywać aptekę, to ona była tam skurczona pod ladą. Widocznie po jakieś leki sięgała, pewnie nawet nie wiedziała, że ginie, tak była przykucnięta i tak ją odsypali. Potem pochowana była na podwórku, wszyscy chowani byli na podwórku.

  • Jak ona się nazywała?

Nazwiska nie wiem, tylko „Niusia”, pseudonim „Niusia”. Potem żołnierze odbili ulicę Śniadeckich pod siedemnastym. Już mieliśmy barykady, tramwaje były, chodniki. Nasz szpital z ulicy Koszykowej został przeniesiony na ulicę Śniadeckich pod siedemnastym. Tam byłam w szpitalu pod siedemnastym. […]. Pamiętam, był taki żołnierz, mówi do mnie tak: „Siostrzyczko, niech siostra zobaczy, jakie mam zdobyczne spodnie. Siostra widzi, jakie są podarte. Niech siostra zobaczy, jakie są długie. Czy siostra by mi ich nie skróciła?”. Ja mówię: „Słuchaj, nie ma sprawy – mówię – moja mama ci je skróci”. Moja mama podczas okupacji szyła, żeby jakoś zarabiać. Dał mi te spodnie. Przychodzę na dyżur, a tu rannych nam zwożą. Okazuje się, że Niemcy zaatakowali. Był taki okrągły lokal, kawiarnia Lardelliego na ulicy Polnej, i Niemcy zaatakowali. Tam była nasza barykada. Niemcy zaatakowali z Pola Mokotowskiego. Bardzo dużo wtedy naszych żołnierzy zginęło, bardzo dużo. W życiu nie zapomnę... Na noszach wnoszą tego chłopca, dostał w tętnicę, krew sikała... On spojrzał na mnie i powiedział: „Siostro, chyba te spodnie już nie będą mi potrzebne”. Nie były potrzebne, bo nie przeżył. Pamiętam dziewczynkę, czternaście lat, miała ogólne zakażenie... Mówi do mnie: „Siostrzyczko, czy ja będę żyła? Czy ja umrę?”. Mówię: „Kochanie, na pewno będziesz żyła. Na pewno nie umrzesz!”. Ale jak przyszłam na następny dyżur, to jej też nie było. Takich przeżyć było bardzo dużo.
Pamiętam, jak upadła PAST-a. Przywieźli nam – jeszcze na ulicy Koszykowej – przywieźli nam poparzonych. To było niesamowite. Twarze, jeden pęcherz. Siedzieliśmy przy tych biedakach, była woda wapienna z olejem lnianym i łyżeczkami polewaliśmy im twarze. Też umierali, potem się ich na podwórkach chowało. Pamiętam taki moment na ulicy Śniadeckich, miałam nocny dyżur wtedy. Doktor Borsuk kazał nam stanąć w pełnym rynsztunku. Na Śniadeckich były dwa podwórka, na to drugie podwórko żeśmy przeszli. Tam pod murem stali Niemcy, którzy mordowali naszych, siedzieli na dachach i strzelali do ludzi i oni zostali rozstrzelani. Ja się później pytałam, po co myśmy tam byli. Doktor Borsuk powiedział, że jest międzynarodowe prawo, że jeżeli straceniec przeżyje, to trzeba go ratować, a oni nie przeżyli, dzięki Bogu. Tak właśnie zabili Janka, mojego brata ciotecznego, który cieszył się, że visa dostał. Wyszedł przed bramę, na ulicy Marszałkowskiej, vis-à-vis księdza Skorupki, strzelił do niego taki szubrawiec i go zabił – to znaczy jak byłam u niego. Jak dali znać, że on jest ranny, to poszłam do niego, ale umarł. Potem Niemcy odbili znów ulicę Śniadeckich i przenieśliśmy się na ulice Jaworzyńską.

  • A ten chłopiec od spodni, czy pamięta pani jego nazwisko lub pseudonim?

Nie, nie pamiętam. Pamiętam, Niemcy kulkami „dum-dum” strzelali, nigdy nie zapomnę, przynieśli taką dziewczynkę na noszach, dostała w plecy, a z drugiej strony wszystkie wnętrzności. Doktor jej tak upychał. Powiem tylko tyle, nic nie odda tego, co się widziało i co się przeżyło. To siedzi w człowieku do końca życia, tego się nigdy nie zapomni. Nie zapomnę też – na początku Powstania wodę bez kolejki dostawaliśmy (bo wody nie było), a później to: „Powstania wam się zachciało”. Musieliśmy normalnie w kolejkach stać po kilka godzin, a przecież rannych trzeba było obmyć, nakarmić. Nie było jedzenia, że po łyżce marmolady rannym się dawało, bo gdzieś tam zdobyli.

  • Czy po zdobyciu małej PAST-y wśród rannych nie było Niemców?

Nie, nie było. Pamiętam Niemca, na ulicy Śniadeckich pod siedemnastym. Był bardzo ciężko ranny, tak strasznie wody wołał i nikt mu nie chciał dać. Doktor Borsuk wtedy powiedział, że niestety trzeba mu tej wody podać, nie wolno odmówić. Żadna z sióstr nie chciała dać wody. Nie pamiętam, czy on przeżył. To było w piwnicach, rannych tam mieliśmy porozkładanych.

  • Później pani przeszła na Jaworzyńską?

Tak. Na ulicę Jaworzyńską. Z Jaworzyńskiej już byliśmy ewakuowani. Moje matczysko, moja mama bardzo przeżyła to, tak płakała, tak błagała. Tak że ja nie wyszłam ze szpitalem. Szpital był ewakuowany do Lubeki. Może lepiej bym miała, gdybym poszła z tym szpitalem, a nie wróciła do domu. 6 października wychodziłam z Niemcami. Mama myślała, że cały czas będziemy z nią, a to nieprawda.

  • Jakie wydarzenie z Powstania utkwiło pani w pamięci?

Utkwiło, mi jak biegłam z meldunkiem do szpitala, przez Aleje Jerozolimskie, na ulicę Jasną. Nie wiem, co to był za meldunek. W kopercie. Przy ulicy Kruczej i przy Alejach Niemcy strasznie walili. Musiałam przebiegać, a leżały ciała zabitych i potem też wracałam. Na Jaworzyńskiej to już... Przyznam szczerze, że niektórzy ludzie też byli dobrzy. Zupki gotowały nam panie – dla żołnierzy. Moja siostra poszła na Wolę, tam były spichrze. Nie było jej trzy dni. Moja mama strasznie to przeżywała. Po trzech dniach przyniosła w plecaku pszenicę. Nie mieliśmy żadnych zapasów. Moja mama kręciła to przez młynek do kawy i z tego gotowała krupniczku. Mama zawsze mówiła, jak ugotowała, a ja nie chciałam jeść: „Zjedz, zjedz, bo zabierzesz w słoiku”. Zawsze jak szłam na dyżur do szpitala, to żeby komuś podetknąć trochę tego jałowego jedzenia. To są straszne rzeczy. Z Pola Mokotowskiego, bo tam były ogródki, żołnierze kapustę przynosili, żebyśmy im gotowały, na jakichś maszynkach. Myśmy rozdawały to paniom takim, które się opiekowały, przynosiły jedzenia. Już na Jaworzyńskiej to było coraz gorzej,[...].

  • Przyszedł ten moment, przyszedł rozkaz...

Tak. Powstanie upadło, Niemcy wszystkich aresztowali. Wróciłam do domu. 4 października urodziny miałam, a 6 października żeśmy wyszli. Pruszków już był zajęty i wywieźli nas do Ursusa. Byłam w Ursusie, w halach. To były hale od tego ciągnika, puste i tam nas wszystkich zwozili, zwłaszcza ze Śródmieścia, jak upadła Starówka.

  • Gdzie stamtąd pani trafiła?

Trafiłam do Niemiec, do Spelle [?]. Niemcy wywieźli mnie z obozu, z Ursusa. Wywieźli mnie do obozu przejściowego, do Spelle. To było osiemdziesiąt kilometrów za Oberhausen, za holenderską granicą, to był przejściowy obóz. Tam byłam i stamtąd uciekłam. Opisałam to w moich wspomnieniach, wszystko jest w muzeum. Stamtąd uciekłam i wróciłam do Łodzi. Ukrywałam się do wyzwolenia, u rodziców mojego męża. My z moim mężem trzy miesiące się znaliśmy i się pobraliśmy.

  • Jak wybuchło Powstanie, to miała pani dwadzieścia lat? Czy jakby pani miała znowu te dwadzieścia lat, to czy poszłaby pani do Powstania?

Pewnie, że bym poszła. Jak można patrzeć, żeby wywozili do obozu. Ile mojej rodziny zginęło w obozie. W Oberhausen, w Gross-Rosen, w Oświęcimiu. Straszne rzeczy. Krzysiu, ten mały braciszek Janka, to dziecko nigdy się nie uśmiechało. Jak przyjechał, to już było po wojnie. Przecież byłam mężatką. Przyjechał, bo go wujek zabrał chyba do Katowic. On przyjechał do Tczewa i tak siedział taki smutny. Pytam go: „Krzysiu, ale dlaczego ty jesteś taki smutny?” On na to: „Widzę Niemców. I wiesz co, jak będę duży, to będę ich zabijał”. Dziecko tak powiedziało.



Łódź, 14 listopada 2009 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Luiza Latkowska Pseudonim: „Lusia” Stopień: sanitariuszka Formacja: Obwód I Śródmieście Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter