Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Maria Aleksandra Biernacka „Poręba”
Maria Aleksandra Biernacka
pseudonim
„Poręba”
stopień
łączniczka
formacja
Bateria Artylerii Przeciwlotniczej „Żbik”
dzielnica
Śródmieście
  • Proszę powiedzieć, z jakiej rodziny pani pochodzi, z ilu osób się składała, z czego rodzice się utrzymywali, w jakiej dzielnicy mieszkaliście.

Nazywam się Maria Aleksandra Biernacka. Dlaczego ważna ta Aleksandra? Aleksandra ważna, ponieważ niestety okazało się z mojej praktyki życiowej, że jest bardzo wiele na świecie Marii Biernackich. To już nie tylko różnice w wydawaniu analiz, co jest dość niebezpieczne, ale nawet w związku z tak zwaną listą Wildsteina, gdzie też jakaś Maria Biernacka się napatoczyła. Zmuszona byłam wypisywać do IPN, dopiero dostać zaświadczenie, że to mnie nie dotyczy. Stąd twardo stoję przy Marii Aleksandrze Biernackiej.
Biernacka jest moim nazwiskiem mężowskim, moje nazwisko rodowe Sturgólewska, ojciec Aleksander, matka Stanisława z przydomkiem Poręba. Używał go jeszcze mój dziad, jest na jego bilecie wizytowym. Ojciec i stryjowie, jako szczerzy demokraci, przestali już używać przydomku, uznali, że to jest za długie przy tak długim nazwisku, stąd przybrałam sobie później „Porębę” jako swój pseudonim wojenny. Tyle o nazwisku.
Mieszkaliśmy na Pradze, na Radzymińskiej 56, był to wtedy jeden z nowo wybudowanych domów, na tak zwanej Szmulowiźnie, co też łączyło się z tym, że było znacznie tańsze komorne za czteropokojowe mieszkanie niż w centrum Warszawy.
Ojciec był kierownikiem Głównej Księgarni Wojskowej. W 1939 roku był w sztabie Batalionów Robotniczych Obrony Warszawy w Śródmieściu. Później w czasie okupacji był bardzo czynny konspiracyjnie. Został złapany przez Niemców, idąc na Powstanie z Pragi. Wywieziono go do Buchenwaldu, gdzie bardzo szybko zginął. Mama zajmowała się działalnością charytatywną w szkołach, brała też udział w konspiracji. Zmarła w 1974 roku, przeżyła męża o tyle lat.
W naszym mieszkaniu na Pradze w czasie okupacji był punkt konspiracyjny i był rozdział prasy. Rozdawano prasę codzienną i prasę tygodniową. Również były spotkania wyższego rzędu konspiracyjnego, jak [zauważyłem] na ówczesny małoletni rozumek, ponieważ mieszkała u nas doktor Rajecka „Winka”, która potem była na Złotej w oddziale „Gurta”. Na odprawy przychodził również pan, który okazał się majorem „Zagończykiem”, również z „Gurta”, [nazwisko] Steczkowski, potem pułkownik. Na Powązkach leży. Tak że to wszystko u nas, dom żył życiem konspiracyjnym.

  • Pani przed wojną była małą dziewczynką.

Byłam małą dziewczynką. Jeszcze à propos „mała dziewczynka”. W roku 1938 miałam dziesięć lat. Mała dziewczynka chodziła do szkoły na Kawęczyńskiej 2, która miała nazwę Powstańców 1863 roku, do tej pory ją ma. Na ulicy Jagiellońskiej było schronisko dla powstańców 1863 roku, nielicznych już wówczas. Do nas do szkoły przyjeżdżali na uroczystości powstańcy z 1863 roku, w granatowych mundurach z czerwonymi wyłogami. Były to ogromne uroczystości, traktowaliśmy ich z ogromną atencją. Pamiętam, jak prowadziłam pod rękę szczuplusieńką staruszeczkę, bodajże pani Fabliszewska, którą sadzaliśmy w pierwszych rzędach na akademiach, na wszystkich przedstawieniach. Wszyscy byli już porucznikami, podobnie jak my teraz. Mieliśmy bardzo ścisły związek z nimi. To mi potem się nasunęło jako analogia z moim własnym życiem, że też otarłam się bezpośrednio. Tak jak w tej chwili nastolatki, to się nakłada jako ten trend.

  • Jak wyglądało patriotyczne wychowanie w szkole?

Jak wiadomo, to był ten okres szczęśliwy, zresztą to znane pokolenie Kolumbów, jestem taki dodatek do Kolumbów – 1928, to pokolenie II Rzeczpospolitej, wychowane w atmosferze, gdzie wszystko się zgadzało. Zgadzał się dom, zgadzała się szkoła, zgadzał się kościół, wszystko było mówione jednym językiem. To wychowało takie pokolenie. Poza tym bardzo wysoki poziom wykładowców, bardzo dobrzy nauczyciele. Tyle, jeśli chodzi o moje dziecinne, najwcześniejsze wspomnienia, związane z moja szkołą i z patriotyzmem.

  • Co robiła pani w czasie okupacji? Czy chodziła pani do szkoły?

Po skończeniu sześciu klas, był wówczas podział – szkoła powszechna sześć klas albo siedem, jak się ukończyło poziom zawodowy, następnie gimnazjum cztery, liceum dwa [lata]. Po skończeniu mojej ukochanej szkoły imienia Powstańców z 1863 roku… Na Pradze było Gimnazjum imienia Marii Curie-Skłodowskiej, założone świeżo przed wojną. Założyła go dyrektor Zanowa z gronem bardzo entuzjastycznych nauczycielek, żeby szerzyć oświatę w tych trochę zaniedbanych szkółkach. Potem już Niemcy zajęli gmach koło zajezdni tramwajowej na Kawęczyńskiej i szkoła zaczęła działać konspiracyjnie na kompletach, również we współpracy ze znaną praską szkołą, z pensją pani Heleny Rzeszotarskiej, niezmiernie zasłużonej w oświacie polskiej. Wcześniejsze klasy siódme były ulokowane u pani Rzeszotarskiej na Konopackiej, a część z nas już szła pod przykrywką różnych szkół, bądź to zawodowych, bądź kompletów. W ten sposób przez okupację ukończyłam mniej więcej cztery klasy gimnazjum, z tym że jeden rok wypożyczona byłam na pensję pani Rzeszotarskiej.
Komplety i szkoły szły pod przykrywką szkół zawodowych, szkoły zawodowe mogły przyjmować uczniów od czternastu lat. Ponieważ do szkoły poszłam, mając sześć lat, byłam za młoda, stąd trafiła mi się taka przygoda, że moja kochana szkoła Curie-Skłodowskiej wypożyczyła mnie z pensji pani Rzeszotarskiej na jeden rok. Zresztą płacąc mnie, przypuszczam, jakieś czesne, to nie mogło być za darmo. Myśmy wtedy nie byli [dobrze] sytuowani. Spędziłam jeden rok w luksusowej atmosferze, w klasie czternastoosobowej, która mi przypominała atmosferę „Emancypantek” Prusa, z siedzącą przy drzwiach damą klasową – panią Bielecką. Tak że ten rok u pani Rzeszotarskiej wspominam niesłychanie miło, zresztą ona prowadziła lekcje religii. Dzięki niej tak dobrze poznałam i zapamiętałam msze po łacinie, że później w trakcie obozu, po Powstaniu, byłam ministrantem polskiego księdza. Tak to wyglądało. Komplety pewnych lekcji w prywatnych mieszkaniach, szkoły zawodowe. Na Saskiej Kępie szkoła gospodarstwa, fotograficzna na Chmielnej, to jeszcze jakaś inna. Tak genialnie system oświaty działał. Genialnie zupełnie, organizacja państwa podziemnego w zakresie oświaty była świetna. Zresztą w [zakresie] innych może też, ale jeśli chodzi o oświatę, świetna.

  • Uczestnictwo w tajnym nauczaniu było jakimś zagrożeniem?

Oczywiście, przeważnie dla nauczycieli. Tak zwane poświęcenie nauczycieli, dyrektor Zanowej i nauczycieli.

  • Pani rodzice nie mieli nic przeciwko narażaniu córki na jakieś tego typu represje?

Jak się okazuje, nie, ponieważ mnie puścili na Powstanie.

  • Kiedy pani się zetknęła z konspiracją?

Poza ogólną atmosferą w domu to [był] kolportaż prasy. Jeszcze w 1940 roku urodziła się nam, jako rodzinie, nieoczekiwanie najmłodsza siostra. Jej wózeczek służył doskonale do przewożenia codziennej prasy, był bardzo wygodny.

  • Czy pani również w tym uczestniczyła?

Tak, oczywiście, ale to głównie mama z siostrą. Na terenie naszego domu było też wiele zaprzyjaźnionych kwater, które odbierały codzienną dawkę prasy konspiracyjnej. Natomiast sama, jeśli chodzi o moją własną działalność to zostałam zachęcona przez starszą koleżankę z gimnazjum Jadzię Szpytównę, która mnie zapytała, czy włączyłabym się do działalności konspiracyjnej. Bardzo chętnie na to przystałam. Potem miałam spotkanie zaaranżowane z moją późniejszą komendantkę na placu Zbawiciela. Zostałam przyjęta i zaprzysiężona. Z tym znów się wiąże jeszcze jedna sprawa, mianowicie niestety zawyżyłam sobie nieco wiek, bo to było jeszcze za wcześnie. Bardzo szybko był raport karny, który skończył się wyrokiem ułaskawiającym, ze względu na tak zwaną czystość intencji.

  • Kiedy to było?

To był sierpień 1943 roku. Nie miałam jeszcze wtedy piętnastu lat. Na własną rękę działałam rok przed wybuchem Powstania. Akurat w Powstanie był rok mojej działalności w Armii Krajowej.

  • Jak to wyglądało?

Doskonale pamiętam, że przysięgę składałam w domu, nie pamiętam dokładnie numeru, ale na ulicy Grottgera. Czym to się wryło w moją pamięć szczególnie? Bo na pierwszym piętrze jest tabliczka: „Kornel Makuszyński”, którego bardzo lubiłam. Jakby mi ktoś miodem posmarował serduszko. Piętro wyżej składałam przysięgę. Zresztą bardzo to przeżyłam, przysięga jest bardzo wzruszająca, bardzo taka silna [jako przeżycie]. Potem się okazało, że w tym domu na parterze mieszkał mój późniejszy profesor z anglistyki Stanisław Helsztyński, akurat dom na Grottgera. Zapamiętałam przysięgę na zawsze i osoby, które tam mieszkały.
Teraz moja działalność: to znaczy ten rok znów to było zupełnie sensownie pomyślane, to były dwa nurty – szkolenie i konkretna działalność. Szkolenie, ponieważ miałam być łączniczką, ale musiałyśmy przejść szkolenie sanitarne. To było wszystko po południu w różnych miejscach Warszawy, u różnych koleżanek czy kolegów z danego oddziału, plutonu czy sekcji, z odpowiednimi wykładowcami. Jak wspomniałam, [to był] sanitariat.
[Szkolenie z] łączności: ponieważ nazywaliśmy się przynajmniej baterią przeciwlotniczą i w planach prawdopodobnie było opanowanie Okęcia, również wchodziło w grę rozpoznawanie sylwetek samolotów, potem pewne prace nawet rozpoznawcze na Okęciu, które też były prowadzone. Była broń oczywiście, nawet musztry trochę było. To było szkolenie. Natomiast nurt drugi to były pewne zadania, które były zlecane. Zadania były różne. Na przykład pamiętam takie zadanie: jako łączniczka, jako kurierka [jeździłam] na trasie tak zwanej Most, to był plac Bankowy–Otwock. Na placu Bankowym dostawałam materiały jakieś, były w gilzach papierosów. Jeździłam do Otwocka z obstawą. Byłam mała, niepozorna, odbierano mi dokumenty. Tylko raz tak jechałam, to mi się wryło w pamięć.
Były takie prace jak na przykład wywoływanie. Rzucono konspiracyjnie „Dywizjon 303” Fiedlera. Na ulicy Orlej mieliśmy punkt fotograficzny z jakimiś kolegami, to już było w lutym, bo ręce marzły od tych odczynników. Robiliśmy jakieś kopie z tego, bo to były zrzucone mikrofilmy.
Największą przygodę miałam, jak zlecono mi przewiezienie kb do jakichś celów szkoleniowych przez most Poniatowskiego z Warszawy na Grochów, do takiego miejsca. Zresztą sama w tej chwili nawet się dziwię, jak można było mi zlecić, ale zlecono. To było w takich deszczułkach i w papierze, ale troszkę łyskało, jednak tamten papier się przecierał. Jechałam tramwajem po drugiej stronie, a podtrzymywał mnie młody żołnierz z Wehrmachtu, mniej więcej osiemnastolatek. To też tak mi się wryło w pamięć, że trudno było o tym nie pamiętać. To wiozłam, takie coś to miałam raz.
Były prace, jak wspomniałam – Okęcie. Też w lutym czy w marcu miałam zlecone rozpoznać jakieś obiekty, które były w wyznaczonych miejscach. Okazało się, że to były zamaskowane działka przeciwlotnicze, takie obudowane. Była na przykład tego typu praca, że już niedługo przed Powstaniem było zlecenie, dostawaliśmy kawałki ulic, które z planu przenosiliśmy, robiliśmy ogromne powiększenie z danego wycinka. Mój wycinek to była Żelazna od Złotej do Alej Jerozolimskich po prawej stronie, w stronę Alej ten kawałek. Trzeba było wyrysować dzielnice, wszystkie miejsca, które były, czy to posterunki, czy sklepy, czy piwnice. Możliwe przejścia z posesji na posesję, wszystkie tego rodzaju. Cały szereg elementów, które należało na tym planie umieścić. O piątej rano wstawałam, jechałam, to wszystko jakoś lepiej czy gorzej mi się udawało, kombinowałam. To mniej więcej taki przekrój działalności.
Teraz samo Powstanie. Jak wspomniałam, mieszkaliśmy na Pradze, na ulicy Radzymińskiej 56. Działalność już wojenną zaczęłam nieco wcześniej, bo 26 lipca telefonicznie zostałam zmobilizowana. Ponieważ wtedy miałam jeszcze warkocze, na szczęście byłam na tyle rozsądna, jak na swój wiek, że pierwsza rzecz – poleciałam i ścięłam warkocze u fryzjera. Byłam niesłychanie mądrą, okazało się, na moje późniejsze losy.
Miałam plecak, który w tej mojej poczciwej szkole [numer] 30 w jakimś konkursie zwyciężyłam. W czwartej klasie były [do wygrania] harcerskie plecaczki brezentowe. W ten plecaczek zapakowałam tyle, co mniej więcej mogło być na kilka dni potrzebne. Troszkę bielizny, sweterek, tego rodzaju rzeczy. Trochę jedzenia, jakieś kiełbaski, które nawet jakieś zaprzyjaźnione wędliniarnie dały. Widocznie też wiedziała, bo powiedziałam jej, że na kilka dni idziemy. Przygotowawszy to wszystko, rodzice się zgodzili na to, wiedzieli, że działałam, że to ma być na kilka dni. Ojciec mnie bardzo serdecznie pożegnał, powiedział mi, to też zapamiętałam na całe życie: „Wzięłaś na siebie ciężki obowiązek. Pamiętaj, że masz mu sprostać”. To było takie uroczyste. Pożegnaliśmy na parę dni, a to było już na zawsze.
Pojechałam, miałam wyznaczoną kwaterę na Lekarskiej, na Kolonii Staszica. Od 26 do 1 sierpnia byłam razem z koleżanką. W boju była również moja druga koleżanka. Byłam łączniczką, jeździłyśmy głównie gdzieś jak północna Wola, w różne miejsca. Pamiętam doskonale, że dostarczałam meldunki, widziałam gromadę bardzo starszych panów, którym meldunki moje były doręczne. Wnioskuję, że byłam łączniczką, można powiedzieć, nawet sztabową. Przypuszczam, że to były ostatnie narady przed wybuchem Powstania.
Na Lekarskiej byłam dwa czy trzy dni. Powstanie wybuchło we wtorek, drugiego czy trzeciego dnia przekwaterowano mnie na plac Napoleona do mieszkania państwa Jezierskich. Taki dom też fantastyczny dla celów konspiracyjnych, bo fronton do Poczty Głównej, do ówczesnego placu Napoleona, a z boku wejścia do kamienicy, od Moniuszki i od Sienkiewicza. To jest doskonałe dla celów konspiracyjnych. Wspaniałe, przedwojenne warszawskie mieszkanie na pierwszym piętrze, przepiękne. Córka państwa Jezierskich Marysia Bogdańska była naszą szefową sanitariatu, po wojnie już w Paryżu wyszła za mąż, za hrabiego Rzewuskiego. Ich syn zginął w czasie okupacji. U nich byłam jeszcze dwa dni.
Dzień przed Powstaniem udało mi się jeszcze wymknąć, dostałam przepustkę, że jeszcze pognałam do domu na chwilę. Pamiętam, że jak wracałam, była szalona ulewa, której później w Powstaniu niestety nie było. W każdym razie tak mnie zlało, że się przeziębiłam i dostałam bardzo wysokiej gorączki. Państwo Jezierscy położyli mnie czym prędzej do łóżka. 1 sierpnia, jak się zaczęły strzały na Mazowieckiej około godziny piątej, potem zaczął się atak na Pocztę Główną, czyli akurat mniej więcej vis-à-vis tego domu, to leżałam właśnie z dość wysoką gorączką, tak że mnie przenieśli z pokoju frontowego do holu. Leżałam w holu, bo zaczęły latać odłamki. Szybko do siebie doszłam, w dwa dni. Stamtąd, ponieważ mój oddział już był wtedy na Chmielnej, na naszej głównej kwaterze, przysłano po mnie odpowiednią koleżankę czy kolegę, zaprowadzono mnie do naszej kwatery głównej na Chmielną 67, gdzie był nasz oddział. To był sam początek Powstania.
  • Pamięta pani nazwiska swoich przełożonych?

Tak. To był harcmistrz Szczepański „Żuk”, po wojnie był we Francji, w Stanach Zjednoczonych, teraz był na zjeździe. Część pamiętam, mam listę, tak że mogę później sprawdzić. Nasz oddział to była Harcerska Bateria Przeciwlotnicza „Żbik”, dowódca porucznik „Żuk” Szczepański.

  • To był pani bezpośredni przełożony?

Tak, bezpośredni przełożony. Był jeszcze podporucznik „Lew”, byli podchorążowie, były trzy plutony chłopców. Jeden pluton miał bardzo piękne pseudonimy, jezior – „Świteź”, „Narol”, [niezrozumiałe]. Była oczywiście sekcja sanitarna i dość liczna sekcja łączności, do której należałam. Byłam łączniczką po szkoleniu sanitarnym.
Nasza kwatera główna to były zakłady graficzne Wierzbickiego, to było Chmielna 67. Frontowy dom niewysoki, piętro czy dwa piętra. Kamieniczka niewysoka, na pierwszym piętrze było mieszkanie państwa Wierzbickich. Ich wtedy nie było. Jak myśmy byli, to było pusto. Był balkon i fortepian, bo z balkonu się patrzyło. To była służba wartownicza z balkonu w stronę Żelaznej. Dziedziniec, z tyłu dość wysoki dom wielopiętrowy, były zakłady wydawnicze Wierzbickiego. Pod tym wysokim domem było podpiwniczenie też dość głębokie, w którym była nasza kwatera główna. Były wysokie półki z ogromnymi ryzami papieru dla celów wydawniczych, które nam służyły jako sypialnia. Na dole była centrala telefoniczna.
Niemcy nie bardzo mogli nas zbombardować ze względu na bliskość torów, myśmy byli tuż nad torami i myśmy tych torów strzegli, uniemożliwialiśmy transport z tej strony. To nam dawało cień bezpieczeństwa, że nas nie zbombardowano. Na to mieli wielką ochotę. Tylko nas ostrzeliwano, ale nie zbombardowano.

  • Czy pani pamięta swoje pierwsze powstańcze zadanie?

Pierwsze powstańcze zadanie było niesłychanie tragiczne, chociaż dla mnie było, jak widać pomyślne. Powstanie zaczęło się we wtorek, mnie zaprowadzono do kwatery, po tej mojej krótkiej chorobie gwałtownej, w czwartek, piątek, sobotę. 6 sierpnia była niedziela. Jakieś trzy dni byłam i w ciągu tych trzech dni poznałam koleżanki, których nie znałam z okresu konspiracji. To były sanitariuszki – Ania Deful pseudonim „Rzewuska”, Anka Orbit i Ania Łopaczyńska. Z Anią Deful, jak to bardzo często bywa, nawiązałyśmy bardzo bliski kontakt. Grała na fortepianie „Dla Elizy”. Bardzo ją lubiłam, myślę, że to by była bardzo duża przyjaźń. To było 6 sierpnia, cały czas była piękna pogoda, miałam służbę na balkonie, o którym wspominałam, że był na pierwszym piętrze frontowego domu, służbę jako PO, żeby obserwować, czy nie ruszają czołgi od Żelaznej, czego się obawialiśmy. Wpada porucznik „Żuk” i woła: „Łączniczka dyżurna!”. – „Melduję się”. – „Rozkaz tu jest”. – „Jestem PO na tym”. Podrywają się trzy dziewczyny: „My pójdziemy, nie mamy nic do roboty”. Poszły i nie wróciły. To jest najtragiczniejszy dla mnie początek Powstania.
Potem była służba jak służba, normalne. Nasz rejon od Żelaznej do Marszałkowskiej, Chmielna, ulice, które w tej chwili zajmuje Pałac Kultury – Sosnowa, Śliska, Złota. Wrażenie, które zostawiło na mnie bardzo silny ślad, to msze na Złotej, gdzie pierwszy raz dostaliśmy rozgrzeszenie – in articulo mortis. To zrobiło na mnie bardzo silne wrażenie.
Było jeszcze coś takiego, dziwna komórka. W Powstaniu różne rzeczy się działy, było coś takiego, co się nazywało drużyną dowódcy, składało się z dwóch czy trzech dziwnych osób.
To było tak: podobno sierżant z Gwardii Ludowej (myśmy o Gwardii Ludowej w ogóle nie słyszeli) pseudonim „Neron”, taki warszawski roboczak, bardzo rubaszny, ale bardzo sympatyczny i Żyd „Jurek”, też taki właśnie, nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić, tośmy nazwali ich drużyną dowódcy. Oni spełniali odpowiednie funkcje przy dowódcy. Nie wiem, co się z „Jurkiem” stało, ale „Neron” zginął, ścięło mu czaszkę na Chmielnej. Bardzo go mile wspominam.
Jeszcze jeśli chodzi o to nasze życie. Szczególnie w drugim okresie Powstania były organizowane konwoje do fabryki Haberbuscha i Schielego po jęczmień, bo przecież nie było co jeść. To były całe wyprawy, robiliśmy to nocą.

  • Pani również w nich uczestniczyła?

Braliśmy cywilów, była obstawa – ja i kolega, jedna [osoba] z przodu, jedna z tyłu. To była cała wyprawa, bo szło się niesamowitą plątaniną piwnic, wychodziło i wracało. To trwało dobrych parę godzin nocnych, zanim się wróciło z tym jęczmieniem. Potem się robiło tę ohydną kaszę „pluj”, już trudno coś gorszego. Jest coś jeszcze gorszego, to jest budyń robiony bez mleka i bez cukru. To żeśmy tego sporo jedli. Ale jak nic nie było, to też się zjadło.

  • Czy pani była uzbrojona?

Dostawałam broń tylko na zadania, nie byłam uzbrojona. Na przykład, jak mieliśmy za zadanie ostrzelanie jakiegoś obiektu, to z dwoma kolegami zostaliśmy wyznaczeni, grałam przy nich rolę magazynu podręcznego. To znaczy miałam pouwieszane granaty na pasku, żeby w razie czego im podawać, jak będą potrzebne. To też było na Chmielnej 57, o ile pamiętam, na trzecim piętrze. Strzelaliśmy w stronę Marszałkowskiej, mieliśmy ostrzelać jakiś obiekt, chyba hotel. To ostrzeliwali chłopcy. Znalazł się jeszcze gąsior jakiś, w którym właściciele robili prawdopodobnie nalewkę. Wszystka nalewka dawno poszła, ale zostały jakieś wiśnie. Myśmy tych wiśni po garstce sobie zjedli – na puste żołądki troszeczkę takich wiśni to była dość silna dawka. Tak żeśmy w dość dobrym humorze zeszli piętro niżej, wtedy trzasnęło. Wypatrzyli nas i trzasnęli. Gdybyśmy zostali, to byłoby dopiero duże bum, bo były granaty przecież. Tak że nam się udało.

  • Czy pani czuła zagrożenie, czy pani czuła śmierć na każdym kroku?

To jakoś dziwne, ale myśmy o tym nie myśleli. Jak na przykład szłam z meldunkiem na Jasną czy gdzieś, to w trakcie bombardowania akurat, sztukasy pikujące potwornie w dół. Wpadałam do najbliższej bramy, wtedy to takie przedziwne uczucie, bo ta poczciwa warszawska brama, szeroka, mury odpychają, potem potworny kurz. Potem, może to jest częściowo młodość, częściowo, że tak być musi, bez histerii. Zachowaliśmy się jakoś zupełnie wzorowo pod tym względem, bez żadnych ataków okazywania strachu, wyjątkowo dojrzale. Może właśnie była to ta młodość, że w pewnych momentach wydaje się, że młodość jest tak dojrzała, a może po prostu niedoświadczona.

  • W pierwszych dniach Powstania pani zgrupowanie w podziemiach dworca zdobyło pociąg pełen broni. Czy pani pamięta to wydarzenie?

Nie. Pociągu żadnego [nie pamiętam], przyszłam 3 sierpnia. W pierwszych dniach, 4, 5 sierpnia był jakiś wypadek. Ponieważ mieliśmy butelki zapalające, był pożar, który nam się udało ugasić. Potem to były tylko wypady na tory. Nam dworca oczywiście nie udało się opanować, bo to były siły przeważające, ale udało się unieszkodliwić ruch. Stale mieliśmy ostrzeliwanie z tamtej strony Alej na naszą, ostrzeliwano nas od Emilii Plater. My też w tamtą stronę [celowaliśmy], stamtąd czasami im się udawało trafić naszych żołnierzy. Poza tym mieliśmy jeszcze wypady w stronę Marszałkowskiej i Żelaznej z Dworca Pocztowego, właśnie tam zginął „Neron”, też w czasie wypadu do Żelaznej.

  • Czy wiedzieliście, co dzieje się dookoła?

Była bardzo rozbudowana prasa.

  • Pani czytała prasę?

Tak, czytaliśmy prasę. Poza tym omawialiśmy codziennie [wydarzenia], bo codziennie wieczorem o godzinie ósmej, dziewiątej był symboliczny rodzaj ogniska. Symboliczna żarówka albo jakaś paląca się świeczka, koło tego omawianie całego dnia z „Żukiem”, normalna harcerska odprawa. To właśnie było naszym codziennym rytuałem. Jeszcze jest nawet też to samo podejście. Pamiętam różnicę w podejściu dziecka i dziewczyny, bo w Powstanie 15 września kończyłam akurat szesnaście lat.
W 1939 roku, gdzie też bardzo śmiesznie, bo oblężenie Warszawy właściwie przeżyłam na Emilii Plater (bardzo niedaleko miejsca, w którym byłam później w Powstaniu, po drugiej stronie Chmielnej), wtedy jako dziecko bałam się potwornie tych bombardowań straszliwych. Ten potworny dzień 25 września 1939 roku – kto przeżył to w Warszawie, to na pewno go pamięta. Potem się modliłam, żeby to wszystko się skończyło, byle jak, byle by już tego nie było. Natomiast, jak się okazało w końcu Powstania, jak dostaliśmy już wiadomość, że jest kapitulacja, to reakcją u nas był płacz, nie radość. Rozpaczaliśmy, że już jest [koniec], byliśmy przygotowani na wszystko, czy nas zgniotą, ale że się nie poddamy. To była pierwsza reakcja. Potem się zaczęło dalej.

  • Pani wspominała o zupie „pluj”, o spaniu na ryzach papieru. Jak wyglądało życie codzienne?

W tej chwili sobie uświadamiam, że bardzo niewiele o życiu codziennym człowiek pamięta. Przypuszczam, że musiały być jakieś koce. Nie potrafię tego koca sobie wyobrazić, ale musiał być. Przypuszczam, że pod głową miałam plecak. Spałam na ryzach pakowego, grubego papieru.
Mycie to też pamiętam, że miałam, dopóki była woda w kranie. To był pierwszy okres, a potem, jak już nie było, to była kwestia zdobycia jakiegoś garnka wody i jakiegoś miejsca, gdzie by można było tym się ochlapać. Takie miejsce sobie znalazłam w jednej z kamienic koło nas na Chmielnej, na trzecim piętrze. Chodziłam z garnuszkiem wody, jakoś się opłukiwałam, ewentualnie przepłukałam skarpetki czy coś. To była moja cała, oczywiście bardzo skromna mykwa.
Jeszcze jedno, na podwórku był tak zwany klop, klozet. Jak już się pozapychały wszystkie i nie było wody, nie było normalnej kanalizacji w domach, szczęśliwie używało się tylko te przybytki. Znów był strach, żeby przypadkiem nie znaleźć się tam w czasie nalotu, żeby kariery nie zakończyć w tym miejscu.
Jedzenie. Przynosiliśmy jakąś zupę w południe. Pamiętam, były duże puszki metalowe, które z kolegą też dźwigałam. Na Sosnowej były kuchnie, które dla kilku oddziałów gotowały, to się przynosiło zupę. Też w czasie bombardowania żeśmy z zupą wpadali do bram. Potem koszmarna kasza „pluj”, dalej jakoś to wszystko minęło szybko. Ludzie najpierw byli długo bardzo życzliwi, bardzo pomocni, bardzo się dzielili wszystkim z nami. Jakieś przydziały pewne były, bo były jednak magazyny, to było rozdzielane na oddziały. Tak to jakoś szybko poleciało.

  • Jakiś czas wolny pani pamięta?

Tego czasu było trochę mało, ale właśnie było. Nie wiem dlaczego, stale było się zajętym. Albo coś trzeba było zrobić, [albo] wtedy bez przerwy były warty, dyżury różnego rodzaju. Dyżury na klatkach schodowych w domu wychodzącym na tory [były] pełnione non stop. Dyżury z frontu ulicy, patrole różne, w których trzeba było brać udział. To tak leciało, jakby były marynarskie szychty. Jak tylko chwila wolna to: „Przespać się, czy coś na chwilę”, bardzo szybko to zlatywało.

  • Czy może była pani w kinie Palladium na Złotej?

Kiedyś raz czy dwa byliśmy, pamiętam, to było bardzo miłe. Kwitło to życie, myśmy byli trochę na uboczu, ale też czasem [korzystaliśmy]. Jak mówię, było nieoczekiwanie dużo zajęć. Poza tym kwestia umycia to zajmowała jedną trzecią dnia, transport z garnkiem wody gdzieś na trzecie piętro. Tak że to wszystko razem tak się nakładało, że dosłownie czasu to było mało.
  • Czy pani w czasie Powstania miała kontakt z rodziną?

Nie. Nie miałam zupełnie, nic nie wiedziałam.

  • Nie wiedziała pani, co się z nimi działo?

Nic. Nie wiedziałam bardzo długo.

  • Czy to pani przeszkadzało?

Było mi smutno, ale wiedziałam po prostu, że nic na to nie mogę poradzić, że to już jest poza moimi możliwościami.

  • Brała pani udział w życiu religijnym?

[Udział] bardzo złożony, ponieważ była stale groźba wiszącej nad nami śmierci. Mieliśmy msze na Złotej, zawsze były modlitwy poranne, wieczorne. To był taki już rytuał codzienny. Modlitwa poranna, apel, ognisko wieczorne, modlitwa też, zakończona: „Idzie noc…”.

  • Mieliście własnego kapelana?

Własnego nie, [był] na Złotej u „Gurta”. Jakoś tak właśnie mi się udało Powstanie przeżyć. To mi przypomina jeszcze jedną dobrą wróżbę, którą miałam. Jak zmieniałam po tym moim wczesnym zmobilizowaniu kwaterę z Lekarskiej na plac Napoleona (obecnie Powstańców), jechałam z plecaczkiem lekko zawiniętym w papier. Na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich z tramwaju wysiadała jakaś młoda osoba, przypuszczam, że młoda dziewczyna, która mijając mnie (to było na początku wagonu), szepnęła mi do ucha: „Szczęść Boże, koleżanko”. Zniknęła w tłumie. Nie zapamiętałam ani jej twarzy, tylko sylwetkę może lekko zauważyłam. Zapamiętałam to na całe życie, [słowa], które mi tak bardzo w serce zapadły. Bardzo to było miłe. Tak mi jakoś się szczęściło, widocznie tak mi było pisane.

  • Czy dyskutowaliście o artykułach, które były zamieszczane w pasie powstańczej?

Raczej nie, nie było żadnej analizy, która potem nastąpiła ze wzmożoną siłą. Może pewni koledzy tak, ale my nie. W tym natłoku codziennym to po prostu uważało się, że to są fakty, taka jest rzeczywistość, nie mamy co tutaj rozważać, typu „co by było gdyby” – naszą rzeczą jest trwać. Zobaczymy, że może to się uda. Jeszcze też były przecież nadzieje związane ze zrzutami, to wszystko się rozgrywało po kolei, [potem] nastąpił koniec.

  • Czy widziała pani jakiś zrzut?

Tak, oczywiście. Myśmy byli przecież na dachach, wchodziło się na [dach], dawaliśmy sygnały świetlne. Niestety wiatr też znosił [zasobniki]. Trochę dostaliśmy zrzutów, ale niewiele.

  • Czy podczas Powstania zetknęła się pani bezpośrednio z żołnierzami nieprzyjacielskimi? Z Niemcami czy żołnierzami innej nacji?

Nie. Tylko przez lornetkę [widziałam], na wprost na szczęście nie. Po drugiej stronie.

  • Widziała pani niemieckich jeńców?

Jeńców tak. Jeńców widziałam, byli bardzo fair traktowani, bardzo porządnie, z zachowaniem wszystkich wymogów konwencji [genewskiej].

  • Czy zapadło pani w pamięć coś z kontaktów z ludnością cywilną?

Przyznam się, że nie, bo potem jakoś się zrobiło pusto, zniknęli. Może akurat w naszej [okolicy]. Zostaliśmy sami, gdzieś się porozchodzili po innych [domach], że nagle ich nie było. Długo byli, a potem nagle znikli. Może część wyszła, nie wiem. W każdym razie przy końcu to już zupełnie nie pamiętam kontaktów z cywilami.

  • Nie pamięta pani żadnych aktów okazywania niechęci powstańcom?

Nie pamiętam, może nie zwracałam na to uwagi. Jakoś na to wszystko dopiero zaczynają się nakładać późniejsze wrażenia, dywagacje, ale aby być szczerym, to wtedy nie byli.

  • Jakieś wydarzenie z Powstania, które utkwiło pani w pamięci na cale życie.

To właśnie to, o czym wspomniałam na samym początku. Potem smutek po ginących kolegach. To były najważniejsze wrażenia. Szok kapitulacji.

  • Pani ugrupowanie trwało w Śródmieściu do końca Powstania?

Do samego końca trzymaliśmy naszą pozycję, utrzymaliśmy ją, stamtąd wyruszaliśmy do [Ożarowa].

  • Czy pani pamięta, kiedy dowiedzieliście się o kapitulacji?

To było 2 października. Potem był wymarsz, nie pamiętam, czy trzeciego, czy któryś. Myśmy maszerowali do Ożarowa. To było zupełnie koszmarne, bo byliśmy już bardzo wycieńczeni. Marsz do Ożarowa to było zupełnie jak jakaś Golgota, poobcierane nogi do krwi, niemożność ciągnięcia tych nóg. Zresztą ludzie po drodze byli dla nas niesłychanie mili, starali się jak mogli nam pomóc, dawali wodę, pomidory, których myśmy nie widzieli przez całe dwa miesiące, jakiś chleb nam rzucali.
Koszmarna hala w Ożarowie, ogromna, gdzie dosłownie deptało się po ludziach, zapchana ludźmi. Potem następnego dnia ładowanie do wagonów bydlęcych i podróż w nieznane. Też strach, że jedziemy na południe. Widzimy, że Częstochowa, strach, czy to przypadkiem nie Oświęcim.

  • Wiedzieliście, że zgodnie z umową kapitulacyjną jedziecie do obozu?

Wiedzieliśmy, że mamy pójść do niewoli, ale co mogło by być, to było w dalszym ciągu dla nas rzeczą zupełnie niewiadomą. Tak że baliśmy się.

  • Czy pani pamięta żołnierzy niemieckich, którzy was konwojowali?

Byliśmy tak upchani w wagonach, że właściwie [nie mieliśmy kontaktu].

  • W jaki sposób wychodziliście z Warszawy?

Po prostu były jakieś normalne wrzaski: Raus! Ordnung! Żadnych jakichś popychań czy bicia nie zauważyłam, tylko ryki jakieś normalne.

  • Czy pani wie, co się stało z rannymi z pani oddziału, z kolegami?

Moi koledzy akurat na szczęście wszyscy wyzdrowieli, nie mieliśmy problemu, bo byli lekko ranni, tak że nie zostawiliśmy ciężko rannych. U nas tego problemu na szczęście nie było.

  • Co pani niosła ze sobą? Co pani wynosiła z Powstania?

Myśmy dostali coś w rodzaju żołdu. Dostałam, nie wiem, to był chyba kawałeczek bransoletki czy coś, to było ogniwko złote. Przez dziurę mi wyleciało z kieszeni, koniec. To było to, nic poza tym. Jeszcze parę kostek cukru dostaliśmy na zakończenie, nie wiem skąd. To wszystko.

  • Nie miała pani koca?

Nic zupełnie. To dopiero był problem, bo potem zaczęła się robić zima. Potem nas z Ożarowa już [wywieźli], okazało się jednak, że szczęśliwie to nie Oświęcim, tylko obecnie to się nazywa Łambinowice, Lamsdorf. Dostałyśmy swoje numery. To był ogromny obóz i ogromny Stalag, zresztą z tradycją pierwszej wojny światowej. Można powiedzieć, już tradycyjny stalag. Miałyśmy wyznaczony swój niesamowity teren, pewnie na płaskim [terenie], ograniczony drutami kolczastymi, wszędzie wieże. Była masa żołnierzy, byli Rosjanie, były jeszcze jakieś inne narodowości. To był ogromny obóz, nie jestem w stanie powiedzieć, jak był duży, bo byliśmy kwaterą ograniczeni drutami, ale to był jeden z największych obozów – Lamsdorf.
Stamtąd żeśmy były przetransportowane do Saksonii, do Mühlbergu, potem Turyngia – Altenburg. Z Alteburgu, w styczniu już przez całe Niemcy prawie do Oberlangen, do Emslandu nad granicę holenderską.

  • Jakie były warunki w tych obozach?

W Lamsdorfie warunki były odpowiednio nędzne, jak można sobie wyobrazić. W każdym razie w Lamsdorfie to jeszcze jakieś kartofle dostawałyśmy jakby pieczone, zupa chyba była – brukiew. Co jeszcze? Takie zielone, nie pamiętam już, jak to się nazywa, jakieś paskudztwa straszne. Byłyśmy bardzo głodne. Były oczywiście jakieś mycia i też odwszenia. Jeszcze w Lamsdorfie była taka dość zabawna historia, bo przy tym myciu i odwszeniu też brali udział jeńcy rosyjscy. Nie wiem, bo jeńców nie brali, ale to może Ukraińcy. W każdym razie jakaś harmonia się znalazła. Tutaj bierzemy kąpiel, a harmoszka zagrywa. U nas zresztą, ponieważ byłyśmy rozebrane do naga na to odwszanie, łachy poszły do odwszania, byłyśmy zawszone, wszystkie najstarsze koleżanki otaczały wianuszkiem najmłodsze, żeby przypadkiem piękna młodość nie tyczyła oczu tych Ukraińców. Tylko wszystkie staruchy szły na około, a młódki do środka, chroniły [je]. Tośmy zapamiętały, żeśmy się zaśmiewały, żeśmy zrobiły im właśnie taki kawał.
W Mühlbergu też był międzynarodowy obóz, mieliśmy francuskiego kapelana. Niemcy, którzy też kochali robić rewizje w barakach, uważali, że coś znajdą u nas. To był taki zwyczaj, że przed barakami wysypywali kopczyki ziemi, zostawiali je na jakiś czas, potem po rewizji je przekopywali, bo uważali, że będziemy coś w nie wtykać, chować jakieś noże czy coś, uważali, że w ten sposób nas złapią. W Altenburgu, w Turyngii to już był tylko żeński obóz. Byłyśmy zakwaterowane na terenach dawnego teatru. Też, jak tak szłyśmy do tego teatru, jak maszerowałyśmy przez ten na pewno piękny Altenburg, to nas bachory z Hitlerjugend obrzucały kamieniami, pluli na nas. Myśmy w obozie, w Altenburgu spędziły święta Bożego Narodzenia. Nawet zorganizowałyśmy jakąś szopkę, z którą chodziłyśmy po barakach. Było kilka baraków, kosę zrobiłyśmy, z którą latałyśmy, wartownikom niemieckim tę kosę do szyi przykładałyśmy. Tak że było sporo [śmiechu], uciekali z wielkim strachem.
W Altenburga na początku roku był ostatni transport do Oberlangen, to był transport koszmarny, bo Zagłębie Ruhry było niezmiernie bombardowane. Jak nas wieziono, to całe wagony się modliły, bo byłyśmy oczywiście zaplombowane. Na dworcach nas zostawiano, słyszałyśmy alarm, wycie syreny, tupoty nóg uciekających wszystkich do schronu. Myśmy zostawały na wierzchu zaplombowane. Huki bomb, a my czekamy, czy nas trafią, czy nie. To było bardzo ciężkie przeżycie.
Potem rozległy [teren], równinny Emsland, niedaleko Meppen i Oberlangen, które kiedyś też było podobno niemieckim obozem koncentracyjnym. Obok Oberlangen było Niederlangen, też jakieś tereny obozowe.
Były wyznaczone komanda do różnych prac. Kopało się torf, utrzymanie czystości, oczywiście [było] niesłychanie głodowo. Doczekałyśmy największej radości, czyli wyzwolenia przez Maczka 12 kwietnia 1945 roku. To był zrobiony zupełny wypad, taka szarża ułańska. Nas wyzwolono, rozstrzelano od razu paru Niemców SS w obozie. Naokoło przecież była wojna. Zostawiono nam bardzo niewielką obstawę, same się już [zabezpieczyłyśmy], miałyśmy wewnętrzną jakby konspirację w obozie, tak że miałyśmy własną łączność, własne siły jak gdyby zbrojne. Dostałyśmy broń, same pełniłyśmy wartę, broniłyśmy same obozu.
Potem już zaczęła się euforia, powoli już zaczął Maczek coraz bardziej zajmować te tereny, zaczęło się to krótkie królestwo Maczka w drodze do Wilhelmshaven. Meppen [Haren] na jakiś okres potem stało się tak zwanym Maczkowem, czyli ośrodkiem polonijnym. Na dobry rok czy półtora. To jest właśnie jeden z tych momentów, licznych niestety, które, sądzę, nie zostały do tej pory wykorzystane w polskiej sztuce. Tyle lat minęło. Przecież tak to wszystko szło. Żeby tylko Polaków pokazać, jacy są okropni, że są wszystkiemu winni w ogóle, to jest coś niesamowitego. Przecież Katyń, kiedy pokazano? Po ilu latach? Jeszcze od strony cierpień pań, a nie tych, które czekają na rodziny. To jest żenujące. Poddano się takiej presji, żeby jakoś wszystko, co nasze, zaniżać. Nic dziwnego, że teraz są takie tego efekty. Przecież takie momenty – Czesi pokazali swoich lotników. Czy my pokazaliśmy swoich lotników? Czy Tobruk się pokazało? Czy pokazało się Narwik? Czy pokazało się na przykład jeden z takich nielicznych momentów wspaniałych jak to, że obóz kobiet żołnierzy AK uwalniają Polacy? Maczek, który idzie i uwalnia Belgię, Holandię. Przecież to jest do pokazania, jak to powinno być wyeksponowane. Cisza, tyle lat minęło, nie ma. Było powstanie w getcie, było Powstanie Warszawskie. To przecież niesamowite. Mamy nadzieję, że to wszystko jakoś jednak się odkręci. Jest bardzo wiele zmarnowanych lat, a szkoda. Ale trzeba to odkręcać, jeszcze raz odkręcać, pokazywać.
  • Co pani robiła po wyzwoleniu?

Po wyzwoleniu w obozie było mniej więcej tysiąc siedemset kobiet, wybrano sześćdziesiątkę dziewcząt, takich w wieku rozwojowym, bo uczących się, niedouczonych, na które zapotrzebowanie zgłosiły polskie siły lotnicze. To wszystko było robione prawdopodobnie nie bardzo legalnie, tylko troszeczkę na własną rękę. Wybrano nas sześćdziesiąt, pojechałyśmy do Holandii, do miejscowości Enschede, bardzo pięknej zresztą. Miesiąc przechodziłyśmy badania, jakiś rodzaj poobozowej rekonwalescencji.

  • Byłyście bardzo wychudzone?

Byłyśmy bardzo wychudzone, byłyśmy bardzo zabidzone. Stamtąd trzema Dakotami poleciałyśmy do Anglii, wtedy lotniskiem było nie Heathrow, a Clayton pod Londynem. To było też bardzo [ekscytujące], pierwsza podróż samolotem w życiu. To robiło wrażenie, jak się leciało nad kanałem, witały nas, przelatywały patrolujące eskadry myśliwców, skrzydłami machali, to właśnie kredowe Dover, lądowanie w Clayton. Wcielono nas do RAF-u na różne stacje. Najmłodsze wcielono do stacji Sealand koło Chester w północnej Anglii, przechodziłyśmy normalne szkolenie rekruckie. Jestem taki wojak, ponieważ [przeżyłam nie tylko] Powstanie, przedtem rok szkolenia, przecież się szkoliłam, jakby nie było. Co to za szkolenie było! Ale było, nawet z bronią. Potem osiem miesięcy obozu, potem dwa lata w RAF-ie. Rzadko kto tyle ma.
Był kurs rekrucki, potem miałyśmy różne specjalności. Na przykład byłam elektrykiem, dali mi electrician, ale odkomenderowano do nauki. W ciągu półtora roku zdaliśmy. Był kurs specjalny, profesorowie, oczywiście opieka edukacyjna Londynu, władz oświatowych emigracyjnych. Zdałyśmy matury. Tak że maturę zdałam w 1947 roku, w styczniu. Ponieważ mama była z maleńką Ewą urodzoną w 1942 roku, zginął tatuś w Buchenwaldzie, to uważałam, że muszę wrócić pomóc matce. Miałam stypendium, miałam wszystkie możliwości zostania na studia w Anglii, ale uważałam, że muszę wrócić. Wróciłam w 1947 roku.
Najpierw zaczęłam studia, dostałam się na Akademię Nauk Politycznych. Wtedy na Akademii Nauk Politycznych była prawie przedwojenna obsada. To była bardzo dobra, przedwojenna szkoła. Profesor Makłowski – prawo międzynarodowe, Strokowski – geografia, Bertoni i inni. To była częściowo wspaniała obsada, a częściowo już takie nowiny jak Schaff, który zaczynał karierę. W każdym razie, jak po roku zgłosiłam się na praktykę, obejrzano mnie ze zdumieniem w MSZ, wtedy zobaczyłam, że trzeba czym prędzej, Marysiu, uciekać, to nie da rady już niestety. Dokończyłam trzy lata, nie zrobiłam magisterium, ale z miejsca się przeniosłam na uniwersytet, na anglistykę, to stało się moim zawodem. Skończyłam anglistykę.

  • Nie było problemu z uznaniem świadectwa maturalnego z Londynu?

Owszem było, uznano to, jakiś jeden egzamin dodatkowy musiałam zdać z polskiej [historii] współczesnej, coś w tym rodzaju, a tamto było nostryfikowane.

  • Pamięta pani, czy dużo ludzi decydowało się tak jak pani na powrót do Polski? Jaka była atmosfera?

Atmosfera była pełna dyskusji, bo masa była przeciw. Doskonale to rozumiałam, też nie wiem, czy bym nie została, ale jednak poza wszystkim innym to emigracja jest zawsze emigracją, nawet przy najlepszych układach to są ludzie innej kategorii. Co innego jest być u siebie. Ludzie sobie nie zawsze z tego zdają sprawę. Częściowo teraz ci nasi współcześni emigranci, jak czasem się dochrapią czegoś [dużego] czy czasem małego, to uważają, że to już [nie wiadomo co]. To nie to, są tak daleko od danego kraju, od danego społeczeństwa, są na innym statucie zupełnie. Co innego jest być u siebie. To jest jedna sprawa. Wcale tej decyzji nie żałuję, że wróciłam. Już tak mi było pisane, to jest mój kraj, trudno. Jak mówią Anglicy: Right or wrong, it is my country. Ze względów rodzinnych wróciłam. Może inaczej wróciłabym po studiach, a może nie, też nie wiem. W każdym razie było bardzo dużo dyskusji, bardzo dużo było całkiem zrozumiałych za i przeciw. Przede wszystkim masa zrozpaczonych ludzi z całej połowy Rzeczpospolitej przecież, którzy znaleźli się po tych swoich koszmarnych przeżyciach w Związku Sowieckim, po tej swojej całej poniewierce, po tej swojej bogatej karcie wojennej, zupełnie jako repatrianci. Ci ludzie mieli największe problemy, nie mieli gdzie wrócić. To tragedia straszna, ale to nasza tragedia narodowa.

  • Czy pani doświadczyła jakichś represji po powrocie?

Nawet mój stary życiorys pisałam, że jak skończyłam anglistykę, to nie mogłam dostać pracy. Chodziłam, zdawałam jakieś egzaminy wstępne, pisałam, wszystko było cacy, a potem nagle: „Nie potrzeba”. Już bardzo byłam przygnębiona: „Co będę na litość boską robić?”. Sytuacja się zmieniła, jak wyszłam za mąż. Jakaś kadrowa czy kadrowy już nie bardzo sprawdzał, już mnie dopuszczono. Złapałam pracę, to mnie wpuszczono do radia. Byłam tłumaczem, a dwa lata później już dostałam propozycję lektoratu na uniwersytecie. Byłam lektorem, potem wykładowcą, starszym wykładowcą. Ponieważ całe życie nie byłam w partii, miałam dostać asystenturę, ale mnie usunięto. Asystentury nie dostałam, bo już nie byłam politycznie dobrze ustawiona. Zostałam w nurcie lektorskim, już nie było dla mnie miejsca. Poza tym prowadziłam kursy językowe w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej. Tym się zajęłam. W „Lingwiście” organizowałam nauczanie laboratoryjne, tym się bawiłam trochę i tłumaczenia też [robiłam], trochę literatury, trochę innych rzeczy. Tak że tak to wyglądało.

  • Jak jeszcze raz zdarzyłoby się to, co się zdarzyło w 1944 roku, co by pani zrobiła?

Absolutnie to samo, nie było po prostu innej możliwości. To jest tak, jak nazwał chyba Nowak-Jeziorański lub wielu jemu podobnych, że to było jak wybuch wulkanu, to było nie do utrzymania, to musiało buchnąć. Trzeba było przeżyć upokorzenia tych czterech lat okupacji, żeby czuć, jaka jest szalona, nagromadzona straszliwa wola walki, odwetu za nieszczęścia, które ten biedny kraj przeżył. To musiało buchnąć po prostu, inaczej bylibyśmy jacyś spodleni, jakby tego nie było. To było coś nieuchronnego. Tak to odczuwam. W rozmowach, w pisanych wypowiedziach na temat Powstania przeważa element martyrologii, strat. To jest oczywiście prawdą, ale trzeba wziąć pod uwagę raz, że Warszawa była tak zniszczona po 1939 roku, tego nie bierze się pod uwagę; dwa, że Warszawa była niszczona kilka miesięcy po wyjściu powstańców. Dom po domu, niszczona, rabowana. To przecież nie był wynik Powstania, tylko wynik działalności [Niemców] i „kochanych naszych sprzymierzeńców”, sowiecko-niemiecka, zbiorowa działalność.
Natomiast jeśli chodzi o nas samych, to ci, którzy w Powstaniu brali udział, to wiedzą i czują to. Nigdy ani wcześniej, ani później nie czuli tak smaku wolności. To była wolność i radość ogromna. Niesłychane braterstwo. To było coś przepięknego.



Warszawa, 17 września 2009 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Rafalska-Dubek

Zobacz także


łączniczka

Danuta Stępniewska „Niusia”

Danuta Stępniewska, urodziłam się w 1916 roku. Co pani robiła przed 1 września 1939 roku?...

więcej
łączniczka

Maria Suwińska

Zanim przejdę do czasów okupacyjnych, chciałbym panią zapytać o pani życie przed wojną, o pani...

więcej
cywil

Teresa Krzyżanowska

Nazywam się Teresa Krzyżanowska, byłam w czasie Powstania w Warszawie. Miałam wtedy dwanaście lat....

więcej
cywil

Ryszard Żórawski

Wprawdzie w czasie Powstania był pan ośmioletnim dzieckiem, ale pamięta nawet momenty okupacji, kiedy to...

więcej