Maria Jakubicz

Archiwum Historii Mówionej
  • Jak wyglądało pani życie przed wybuchem wojny?

W 1939 roku zrobiłam maturę. Na studia nie poszłam, bo [wybuchła II wojna światowa]. W 1942 roku wyszłam za mąż i urodziłam mojego syna. Po wojnie skończyłam dwuipółletnie studium bibliotekarskie i pracowałam w bibliotece.

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny 1 września 1939 roku?

Pierwszego września byłam w Łodzi, bo mój ojciec poszedł do wojska, a ja zostałam z macochą i z moim bratem właśnie w Łodzi. Ojciec tam pracował. Ponieważ on prowadził skład komisowy fabryki gilz „Sokół” i nie było go, więc go wtedy zastąpiłam. Po prostu póki można było, to przychodzili [kupcy detaliczni]. To znaczy myśmy sprzedawali, a drobni detaliści kupowali. Potem ojciec wrócił [z wojny], 18 października. Dokładnie nie pamiętam kiedy, ale Niemcy wyrzucili nas z mieszkania. Jakiś czas mieszkaliśmy u kogoś zupełnie przypadkowego.

  • Pani ojciec i pani mąż?

Nie, wtedy jeszcze nie [miałam] męża. To był 1939 rok. Ciekawe jest to, że wprowadzili nas z ojcem i jego żoną, bo moja mama już nie żyła, do takiego mieszkania, które ktoś opuścił dosłownie tak, jakby go wyciągnęli z łóżka, pościel była odkryta. Myśmy mieszkali tam jakiś czas. Potem ksiądz proboszcz wziął nas do siebie na plebanię, […].

  • Kiedy znaleźliście się w Warszawie?

W Warszawie znaleźliśmy się w 1942 roku, [bo ojciec został tam przeniesiony]. Wtedy właśnie [po ślubie] w Krakowie, przyjechałam do Warszawy. Ślub brałam w grudniu i potem przenieśliśmy się do Warszawy, z tym że zamieszkaliśmy u teściów na Nowym Świecie, właśnie tam, gdzie potem działo się to wszystko. Potem też z Krakowa do Warszawy przyjechał mój ojciec z żoną, ale oni mieszkali na Muranowie. Jakiś czas [potem] mieszkałam na Żurawiej, w mieszkaniu mojego dziadka, który wyjechał do Skolimowa i pozwolił nam tam zamieszkać. Właśnie w 1944 roku urodził się mój syn Paweł.

  • Czym zajmował się pani ojciec w czasie wojny?

W czasie wojny mój ojciec był sekretarzem generalnym organizacji wolnościowej „Unia”. Potem przeniósł się do Warszawy. To był krakowski oddział, ale w Warszawie ta organizacja też działała.

  • Czym zajmowała się ta organizacja?

To była chrześcijańska organizacja wolnościowa walcząca z Niemcami.

  • Organizacja prowadziła sabotaż?

Oni mieli oddział młodzieżowy, który był związany z AK. Potem brali też udział w Powstaniu. Właściwie niewiele wiem o tej organizacji, bo ojciec starał się trzymać nas z daleka, nie opowiadał ani żonie, ani mnie. Ani w Warszawie, ani w Krakowie nie chciał wciągać nas w te sprawy. Potem wyszłam za mąż i zajęłam się [rodziną], to znaczy starałam się pomagać mężowi. On był po technikum drogowym. Byliśmy w jednym wieku. Piekłam nawet jakieś bułeczki [na sprzedaż], żeby dorobić.

  • Było ciężko?

Warunki były bardzo ciężkie. Mąż zaczął pracować w jakiejś firmie, ale dokładnie nie pamiętam, jaka to była firma. Byłam u teściów. Potem przenieśliśmy się do mieszkania mojego dziadka na Żurawiej.

  • Jak wyglądało życie w Warszawie w czasie okupacji, jeszcze przed wybuchem Powstania? Jak zachowywali się Niemcy?

To jest chyba wiadoma rzecz, że były łapanki, ciągle był niepokój i ciągle się człowiek spodziewał, że ktoś przyjdzie i będzie wyrzucał, […]. Jak mój mąż [szedł] do pracy, to nigdy nie było wiadomo, czy wróci. Bałam się też o mojego ojca. Potem właśnie ten rok jakoś przeszedł. Jak urodziłam mojego syna, to o tyle zmieniło się moje życie, że zajęłam się już tylko tym małym [dzieckiem].

  • W którym roku?

[Urodziłam] piętnastego stycznia 1944 roku. Zamieszkałam [ponownie] u teściów [na Nowym Świecie, bo w mieszkaniu u mojego dziadka był] punkt kontaktowy „Unii”: [jedni] coś tam zostawiali, [inni] przychodzili [i odbierali].

  • Znała pani ludzi z otoczenia ojca, którzy też należeli do tej organizacji?

Prezesem tej organizacji był Jerzy Braun. To był poeta, bardzo mądry człowiek. On zajmował się tym właśnie w Warszawie. Jego znałam [osobiście, a także Jana Hoppe].

  • Czy ojciec w 1944 roku mówił o tym, że jest możliwe to, że Powstanie wybuchnie? Czy miał jakieś informacje?

Nie. Rzadko spotykałam się z ojcem. Oni mieszkali na Wroniej, a my na Nowym Świecie. Z przejazdami było dość trudno, tak że niewiele o tym wiem.

  • Jak zapamiętała pani wybuch Powstania?

Przedtem, gdzieś w maju, przenieśliśmy się z mężem do Radzymina, bo tam dostał pracę. Zamieszkaliśmy w Radzyminie Cmentarzu. Tam dochodziła kolejka wąskotorowa [z Warszawy]. Raczej tylko zajmowałam się dzieckiem, a mąż pracował. Z tego żyliśmy. Właśnie w lipcu zaczęło się słyszeć, to znaczy zaczęto odczuwać i widać było ruchy, coś zaczynało się dziać. Trudno nazwać to konkretnie. Nie widziałam, żeby szło wojsko czy coś takiego, tylko to się po prostu czuło i słyszało naokoło. Przed Powstaniem, jeszcze jak mieszkaliśmy w Radzyminie, to kiedyś wyjechałam [kolejka] na targ [po zakupy] i wtedy Niemcy [zatrzymali] wszystkich pasażerów kolejki. Zaaresztowali nas [i zaprowadzili] do zakratowanego miejsca. Byłam pełna niepokoju ze względu na to, że karmiłam małego. On miał wtedy cztery miesiące. Jakoś udało mi się dać znać przez kratę [komuś], żeby zawiadomił mojego męża, który był z małym w naszym domu. Mąż przyjechał. Razem z burmistrzem przyszli do tego Niemca i powiedzieli, że jestem karmiącą matką. Jakoś udało się mnie stamtąd wyciągnąć. Potem, jak zaczął się dziać niepokój, wróciliśmy do Warszawy, prowadząc kozę, którą ojciec kupił dla małego. To było dość zabawne, bo szliśmy na piechotę przez całą Warszawę. Kozę umieściliśmy w stajni ambasady angielskiej, która oczywiście już dawno była opuszczona. W każdym razie przed wybuchem Powstania mieszkaliśmy już na Żurawiej u mojego dziadka.
W dniu wybuchu Powstania około godziny trzeciej wzięłam małego, mąż był w pracy… Był niepokój. Czuło się, że coś się dzieje. Właśnie niedawno rozmawiałam ze znajomymi, czy oni pamiętają jakiś sygnał. Nie pamiętam, czy był jakiś sygnał. Po prostu był niepokój. Ludzie jakby wyczuwali, że coś się dzieje, […]. Właśnie z tym małym w wózku poszłam do teściów na Nowy Świat. [Wybiła] godzina piąta, zamknęli wszystkie bramy i już nie mogłam wyjść, bo Nowy Świat był ostrzeliwany od strony Krakowskiego Przedmieścia w stronę banku BGK. Byliśmy unieruchomieni, ale byliśmy razem, bo mąż też zdążył wrócić do rodziców.

  • Gdzie później się znaleźliście?

Cały czas byliśmy na Nowym Świecie, z tym że miałam kłopot z dostaniem się do kozy, bo wszystkie bramy były zamykane, wobec czego przez piwnice ludzie zrobili przejścia, żeby się przemieszczać. Myśmy mieszkali pod numerem [Nowy Świat] 26, a koza była pod [numerem] 18, gdzie obecnie też jest apteka. Stajnia była w głębi. Tam właśnie karmiłam i doiłam ją. Niedużo dawała mleka [dla dziecka].

  • Czyli dostała się pani do kozy?

Tak, dostałam się do niej. Mogłam do niej chodzić. Często się nas pytają: „Co wyście tam jedli?”. Ponieważ to był sierpień, były młode kartofle, nigdy nie kupowało się ich za dużo, żadnych zapasów się nie robiło, ale głównym pożywieniem były ziemniaki, kasza, która była u teściowej, mąka. Tym się żywiliśmy. Kozie dawałam obierki, póki były, a później karmiłam ją liśćmi dzikiego wina, które tam rosło.

  • Na Nowym Świecie była pani do końca Powstania?

Nie do końca Powstania, tylko do 7 września… Do moich teściów przyszła bratowa, która mieszkała na Nowym Świecie, ale bliżej Krakowskiego Przedmieścia. Tam już Powstańcy opuścili tą część Nowego Światu i Niemcy ją zajmowali. Ona po prostu, uciekając przed Niemcami, chciała wrócić do teściów. Tak się stało, że mój teść poprzedniego dnia zabrał [od niej młodsze dzieci]. Bratowa miała troje dzieci: chłopiec miał dziesięć lat, dziewczynka dwanaście i czteroletnia dziewczynka. Czteroletnia dziewczynka i ten chłopiec wcześniej zostali przyniesieni przez dziadka do moich teściów, a moja bratowa została tam [ze starszą córka] do następnego dnia. [Gdy] podchodzili Niemcy, to ona chciała po prostu stamtąd uciec. Kiedy była już na pierwszym piętrze albo na parterze (tego nie wiem), zawalił się ten dom. W piwnicy tego domu była siostra mojej bratowej i inni ludzie, którzy się chowali podczas nalotów. Naloty były codziennie. Ona słyszała głosy tych ludzi, nie można było nic zrobić, to znaczy pomóc im, wyciągnąć ich. To, co widziałam, to widziałam ją razem z dwunastoletnią dziewczynką. Wróciła cała obsypana tynkiem. […] W czasie Powstania bramy były pozamykane, ludzie sobie nawzajem pomagali. Ludzie byli zupełnie inni niż teraz. Jak tylko mogli, to sobie pomagali. Przychodził ksiądz, który odprawiał msze święte na podwórku. Myśmy mieszkali w trzecim podwórku od Nowego Światu. To było dosyć daleko.

  • Jak wyglądały msze, które odbywały się w czasie Powstania na podwórkach?

Tam ludzie schodzili właśnie wtedy, kiedy nie było nalotu. Schodzili i uczestniczyli w mszach świętych. W czasie nalotów, które były codziennie i nie wiadomo było o jakiej porze, było tylko słychać lecące samoloty i spadający bomby, człowiek nigdy nie wiedział, czy to nie trafi w nas, schodziliśmy do piwnicy. Wtedy w tej części nie było schronów, tylko schodziliśmy do piwnicy. Ludzie się jakoś do mnie garnęli, bo miałam małe dziecko. Mieli nadzieję, że skoro mam małe dziecko, to może Pan Bóg [sprawi], że tu się nic nie stanie. To było dosyć charakterystyczne. Tak było właśnie przez cały czas, naloty były codziennie. To, co człowiek jadł, to było tak mało ważne przy tym niepokoju i u pewności, czy się jutro będzie jeszcze żyło. To było zupełnie nieważne, ale coś musieliśmy jeść, skoro żyliśmy.
7 września przyszedł na szczęście Austriak mówiący po niemiecku, mówił nawet, żebyśmy chowali łańcuszki czy pierścionki, że jak przychodzą inni, to znaczy jacyś „ukraińcy” czy Prusacy, to po prostu kradną [złote rzeczy]. Nam wszystkim kazał się zgromadzić na ulicy Foksal. Tam już były ruiny. Nasz dom jeszcze stał, ale reszta to były ruiny. Przez ruiny szliśmy na Foksal. Tam się zgromadził cały tłum. To było kilkaset osób z dziećmi, z tobołkami, bo każdy brał, co miał. Tutaj też była tragiczna sytuacja, że jedna matka (nie moja znajoma, tylko z tej dzielnicy) miała dwoje dzieci: jedno na ręku, a drugie, które [trzymała za rękę] miało ze trzy, cztery latka. Zostawiła to starsze dziecko, bo miała nadzieję, że ktoś je weźmie, wychodząc, że jak weźmie [sama] jedno i drugie dziecko, to nie będzie miała czym karmić dzieci, nie będzie mogła nic więcej wziąć. Potem zresztą w Pruszkowie chodziła i szukała, czy ktoś nie wziął tego dziecka. Koza oczywiście została, pewno Niemcy zrobili z niej jakiś użytek. Szliśmy całym tłumem ulicą Foksal i raptem [padły] strzały w kierunku Niemców, którzy nas prowadzili. Niemcy zatrzymali nas i powiedzieli, że jeżeli my nie uspokoimy Powstańców, bo to musiały być powstańcze strzały, to oni będą strzelać do nas wprost w tłum. Nie wiem, czy tamci słyszeli, ale w każdym razie ucichło. Przeszliśmy całą ulicę Foksal do pałacyku, który jest na końcu. Nie pamiętam, czyj to był pałacyk. Potem za pałacykiem oczywiście wszyscy – kilkaset ludzi – schodzili z góry, bo tam jest skarpa (to było mniej więcej na wysokości Muzeum Narodowego), i doprowadzili nas do wylotu tunelu, którym jechały pociągi w kierunku Warszawy [Głównej]. Załadowali nas [do wagonów]. To były wagony towarowe. Bardzo trudno było się do nich dostać, bo było bardzo wysoko. Miałam małe dziecko i [karmiłam je].

  • Była pani z mężem?

Tak, myśmy na szczęście byli wszyscy: byli teściowie, była bratowa z trojgiem dzieci, sąsiadka.
  • Pani ojciec też był?

Nie, ojca nie było. On walczył na Tamce. Jeszcze jak byliśmy na Nowym Świecie, to jemu się kiedyś udało przejść do nas, ale to już było pod koniec sierpnia. On był wtedy załamany. Mówił, że to nic z tego nie będzie, że to się nie uda, że siła Niemców jest za wielka, żeby Powstanie mogło mieć dobry rezultat. Tak że z nim się już potem nie widziałam. Ojciec został wywieziony, najpierw wyniesiony do Śródmieścia, bo miał straszny karbunkuł na szyi. Mówię, że to jakiś cud był, bo jak akurat przechodził lekarz, który tam się przypadkowo znalazł, bo to byli ludzie przypadkowi przecież, który tuż tuż przed tym, jak ktoś miał przeciąć ojcu karbunkuł, powiedział: „Nie róbcie tego, bo to jest śmierć, jeżeli go przetniecie”. Ojciec z tym został. Potem jechał transportem do Niemiec [jak inni Powstańcy], tak jak innych wszystkich rannych i nie rannych wywozili z Warszawy, tak że on nie przechodził przez Pruszków, tylko zupełnie inną drogą. Na szczęście w Radomsku mieszkała nasza dobra znajoma, która codziennie wychodziła na dworzec, bo pociągi z Warszawy jechały niemal jeden za drugim, i przynosiła kawę, herbatę czy wodę właśnie dla tych, którzy byli wiezieni. Biegła przy pociągu, który się zatrzymywał na stacji i pytała się: „Czy jest Stanisław Bukowski?! Czy jest Stanisław Bukowski?!”. Natrafiła na pociąg, w którym był. Wyciągnęli go stamtąd. Tak, jak ona opowiadała, to uklękła przed Niemcem i powiedziała: „To jest mój ojciec! Pozwólcie mi go zabrać!”. Właśnie dzięki temu uratował się. Zabrała go do siebie do domu.
Jak jechaliśmy pociągiem, to były zerwane tory do Dworca Zachodniego, więc nas wysadzili i szliśmy cały czas Alejami Jerozolimskimi dalej w kierunku Dworca Zachodniego. Szliśmy w kierunku Pruszkowa. To był niesamowity widok, bo to byli ludzie w różnym wieku: dużo starych, jeden człowiek niósł drugiego (chyba swojego ojca) na plecach, ludzie stawali. Najpierw mieli walizki ze sobą. Potem te walizki otwierali i wyrzucali, bo było za ciężko. Miałam pieluchy mojego syna i miałam czarne futerko, które jeszcze przed zamążpójściem ojciec mi kupił. Potem to nam służyło jako posłanie. Doszliśmy do Dworca Zachodniego. Pamiętam doskonale, bo to był wrzesień, piękna pogoda, było bardzo gorąco. Szliśmy wszyscy razem.

  • Jak wyglądała Warszawa?

Warszawa była częściowo już zrujnowana. Nie tak jak potem, bo potem Niemcy sami burzyli każdy dom. Jak myśmy szli, to przed Dworcem Zachodnim były już pola, tak że ci, co byli na polach, rzucali nam pomidory. Na Dworcu Zachodnim wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do Pruszkowa. Tutaj właśnie umieścili nas w parowozowni czy w czymś takim. W każdym razie tam były kanały, gdzie reperowano wagony, lokomotywy. Kto na czym miał, to siedział i czekał, co z nami dalej będzie. Tak się zdarzyło, że raptem znalazła się kuzynka mojego męża, która tam była w białym fartuchu jako sanitariuszka. Nawet powiedziała mężowi: „Jakbyś chciał, to dam ci fartuch i możesz wyjść jako lekarz”. Mąż jednak wolał zostać z nami. Zawsze podkreślam, że jednak wolał [zostać z nami] zamiast uciekać, chociaż też miał tyle lat, co ja, czyli dwadzieścia cztery. Potem właśnie wieczorem podstawiali pociągi i wywozili ludzi w różnych kierunkach, tak że nie nocowaliśmy tam nawet. Ósmego września (akurat pamiętam tą datę, bo to były moje imieniny) zaczęli nas przygotowywać do wyjazdu. Znowu szła cała gromada. Na szczęście była tam moja bratowa z trojgiem dzieci. Mąż wziął małego na rękę. Niemiec pyta się: „Gdzie matka?”. Młodych wyciągali z całego tłumu i po prostu wywozili do Niemiec na roboty. Mój syn właściwie uratował męża, bo Niemiec pytał się, gdzie jest matka, a on powiedział, że zginęła w gruzach, a ja szłam za nim i miałam [na ręku] najmłodszą córkę bratowej męża. Znaleźliśmy się w wagonach.

  • Jak panią traktowano?

[…] Byłam z dzieckiem. Było ciemno, po ciemku wsiadaliśmy do wagonów. Wagony były odkryte. Potem, jak się zrobiło widno, to raptem się zdziwili, że taki młody człowiek jest tutaj z nami. To była wyjątkowa historia, właśnie przez mojego syna. [Wywozili nas] w różnych kierunkach. Nas powieźli do Sobienia. To była wieś w Poznańskim. Wyszliśmy z pociągu, wszyscy usiedliśmy po prostu na rynku i okoliczni chłopi przychodzili i po prostu brali do roboty, bo gdzieś musieliśmy mieszkać. Oczywiście [ponieważ] mój mąż był młody, chętnie wzięliby go do roboty, ale była i żona, i dziecko, tak że razem poszliśmy do Sobienia. Sobień to właściwie była wieś. Tam mieszkaliśmy u gospodarzy. To byli bardzo biedni ludzie. Z jednej i z drugiej strony były lasy. W lasach byli Powstańcy, którzy między sobą jakoś też walczyli, co jakiś czas słyszało się tam strzały. Właśnie nie jestem pewna, jak długo myśmy tam byli. Myśmy tam przyjechali 8 września, ale to chyba było już na początku października… Oni bardzo rzadko piekli chleb, bo byli bardzo biedni, a myśmy mieli trochę pieniędzy, bo w czasie Powstania [nic się nie kupowało]. To nie było dużo, ale w każdym razie myśmy mieli trochę pieniędzy i chcieliśmy kupić trochę chleba. Posługując się węchem, chodziliśmy z mężem do miejsc, gdzie pieką chleb. Przyszliśmy do jakiegoś domu. Oczywiście powiedzieli, że nam sprzedadzą chleb. Usiadłam przy stole i czekałam, aż ta pani odkroi chleb, a na stole leżał kawałek gazety. Dosłownie kawałek, bo nawet nie cała strona starej gazety. Popatrzyłam na to mimo woli. Traktuję to jako cud, inni mówią, że to przypadek, ale to jest tak wyjątkowy przypadek. Właśnie w tej części gazety było napisane, że nas szukają. Było [podane] nasze imię i nazwisko, że gdziekolwiek jesteśmy, żebyśmy przyjechali do Radomska. Po tym pojechaliśmy właśnie tam. Też nie pamiętam, jak myśmy się tam dostali. W każdym razie jakoś dostaliśmy się do Radomska.

  • Do ojca?

Ojca już nie było, bo wyjechał już stamtąd do Krakowa, a myśmy poszli do naszej znajomej, u której przedtem był ojciec. Ponieważ ona miała małe mieszkanie, najpierw prosiła, żeby ktoś inny nas wziął. Tamta osoba też nie bardzo chciała nas z dzieckiem, bo to przecież było małe dziecko. W końcu umieścili nas na dworcu. Tam mieszkali państwo, którzy nazywali się chyba Blińscy. On był zawiadowcą stacji. U nich właśnie dosyć długo byliśmy.
Bardzo dużo im zawdzięczamy. [Gospodarz] załatwił pracę mojemu mężowi w jakiejś niemieckiej firmie, [która działała] na tym terenie. Mąż pracował chyba [jako] robotnik. W każdym razie chodziło o to, żeby mieć jakieś pieniądze. [Właściciele firmy] po prostu bali się, żeby Niemcy nie zabrali ich [i pracowników] do wojska. [Dlatego firma zebrała] wszystkich swoich pracowników [z rodzinami] i powiedzieli nam, że jedziemy do Łodzi. W Łodzi kiedyś mieszkaliśmy, więc tam też został dom, jakieś rzeczy. Mieliśmy nadzieję, że nas tam zawiozą. Tymczasem odebrali nam wszystkim kenkarty i powieźli przez Sudety do Czechosłowacji. Tam była wieś, która nazywała się Kijów, tak jak ten wielki Kijów w Rosji. Tam właśnie byliśmy parę dni i potem pojechaliśmy dalej do Austrii, do Wiednia. Jechaliśmy przez Wiedeń. Nawet widziałam z daleka słynne wiedeńskie wesołe miasteczko, a naokoło ruiny, bo przecież [alianci] też bombardowali Austrię, Wiedeń. Na ruinach jednego z domów znalazłam krzyż, który wzięłam i mam nawet do dziś. Całą drogę z nami przeszedł.

  • Gdzie się znaleźliście?

Znaleźliśmy się w Leopoldsdorf. To jest przedmieście Wiednia. Tam umieścili nas najpierw w jakimś [pomieszczeniu]. Nie wiem, co to było, w każdym razie tam było dużo siana. Nas było chyba z siedemnaście osób. Tam było dużo ludzi z Poznańskiego, a my z Warszawy byliśmy właściwie tylko we [troje].

  • Syn też był z wami?

Cały czas syna trzymałam na ręku i karmiłam.

  • Mąż był też z panią?

Mąż też był wtedy, bo jak mówiłam, on wtedy pracował w tej firmie niemieckiej i dlatego nas tam powieźli. [Gdy siedzieliśmy] właśnie na sianie z tymi różnymi ludźmi, to też był nadzwyczajny przypadek, przechodziła tamtędy młoda dziewczyna, która zobaczyła mnie z dzieckiem i następnego dnia przyszła, i zabrała mnie do swojego panieńskiego pokoiku. To było też Leopoldsdorf, tylko to była dzielnica willowa z małymi domkami. Tam właśnie mieszkaliśmy. To był grudzień, w styczniu Paweł kończył roczek.

  • Dlaczego tam przyjechaliście?

Wyobrażaliśmy sobie, że Niemcy uciekają od wojska i dlatego nas tam powieźli, a potem już nas nie potrzebowali. To znaczy paru mężczyzn wzięli do odgruzowywania Wiednia. Myśmy tam siedzieli i czekali na to, co będzie dalej.
Ta pani, [która nas przygarnęła] była bardzo sympatyczna. Mały nazywał się Paweł, ona mówiła do niego [Paulsien]. Wyhaftowała mu nawet sweterek. Myśmy mieszkali tam jakiś czas, tylko nie mogę sobie właśnie dokładnie przypomnieć, jak [długo] to było. To musiało być parę tygodni, bo starałam się utrzymać porządek w tym domu, żeby jej tam nie zabrudzić. Oczywiście od ludzi z Poznańskiego spisałam sobie kilkanaście słów niemieckich, bo oni mieli więcej do czynienia z niemieckim, i mogłam się tym posługiwać w codziennej rozmowie. W pewnym momencie po kilku tygodniach zawalił się w Wiedniu dom, w którym mieszkali krewni tych państwa, [u których mieszkaliśmy]. Oni musieli ich przyjąć, wobec tego myśmy musieli się wynieść. Poszliśmy do innej dzielnicy Leopoldsdorf. Zatrzymaliśmy się w pralni jakiegoś domu. Tak jak u nas były geesy, to był sklep, który był od zewnątrz, wewnątrz były dwa podwórka. Właścicielka – Niemka – która nazywała się Frau Grasel, miała krowę. Ona [Niemka] po prostu uciekła przed zbliżającymi się Rosjanami. W tej pralni mieszkaliśmy przez jakiś czas. Ponieważ codziennie były naloty (Fliegeralarm, tak to się słyszało), wszyscy z Leopoldsdorf gromadzili się w starym browarze, który tam był. On był na tyle duży, że tylu ludzi mogło się tam pomieścić. Nad nami właśnie rozgrywała się bitwa między Niemcami a Rosjanami. Dlatego właśnie mówię, że nie pamiętam, że musieliśmy być tam parę tygodni, bo to już musiał być chyba początek marca.
W pewnym momencie walki na górze ucichły i słyszymy, że ktoś wali do bramy. Ponieważ miałam małe dziecko, wyszłam pierwsza. Tam był już Rosjanin, ale na szczęście stary. Mówi: O! Riebionko. Powiedział, że też takie zostawił pod Moskwą. Potem kazali nam wszystkim się rozejść do domów. Przecież tam było dużo Austriaków. Różnie to było, bo takich browarów było tam więcej. Tam też byli właśnie ludzie. Do niektórych przychodzili Niemcy, którzy strzelali po prostu na oślep w tłum, więc myśmy tutaj mieli trochę szczęście, że nam spokojnie pozwolili się rozejść. Mieszkaliśmy w pralni u Frau Grasel. Jak wróciliśmy do niej, to tam już były na szczęście tabory rosyjskie – starzy Rosjanie. Widziałam, że niektórzy mieli nawet różańce, […]. W każdym razie dawni ludzie. Różnie tam się słyszało. Myśmy po rosyjsku też nie umieli rozmawiać. Jakiś rosyjski major przyszedł. Mąż do niego wyszedł i usiłował porozumieć się z nim. Ponieważ Rosjanie mieli taki zwyczaj, że oblewali się wodą kolońską czy perfumami, które gdzieś znaleźli, mąż mówi do niego: Haraszo waniajet. On mówi, że chyba pachnie, a nie waniajet. To jest rzecz, którą ciągle pamiętam, bo to było zabawne. W każdym razie ten Rosjanin mówi: Bieri wsjo, bieri wsjo, bo chadziajka uszła, tak wy bieri wsjo. Nam w ogóle przecież do głowy nie przyszło, żeby tam zostawać. Jeszcze przyszedł jakiś też Rosjanin, też właśnie z taboru, przyniósł całą stertę ubrań. Zostawił mi to i mówi: Wy bieri to. [Powiedziałam]: Nie, nam to nie nada. Mój mąż wziął z tego palto, ja chyba też płaszcz, bo tego też nie mieliśmy. Słyszeliśmy o tym, że oni gwałcili Niemki. Mój mąż nieraz występował jako rozjemca, tłumaczył, bronił. Do mnie też przyszedł taki Rosjanin. To było w nocy. Wzięłam dziecko na rękę i mąż był, tak że on jednak nic mi nie zrobił.

  • Chcieliście wrócić do Polski?

Potem to nie było takie proste. Też nie pamiętam, ale to były chyba już początki wiosny. Ci ludzie, którzy tam właśnie byli i mówili po polsku, skrzyknęli się (więcej było tych z Poznańskiego), znaleźli ślepego konia, wóz, worki z mąką i włożyli to na wóz. Myśmy też powkładali swoje rzeczy. Siedemnaście rodzin i dzieci, to znaczy dziecko było jedno – moje. Jedna z pań, która miała ischias i nie mogła iść, więc [jechała wozem] i trzymała [Pawła] na ręku, a myśmy wszyscy szli za wozem właśnie. Cały czas szliśmy wzdłuż Dunaju. Dwieście sześćdziesiąt pięć kilometrów szliśmy na piechotę. Raz zatrzymali nas Rosjanie. Mój mąż, który też był, prowadził konia za uzdę, miał buty oficerki. [Rosjanie] chcieli mu zdjąć te buty, ale jakoś mąż porozmawiał z nim, wspomniał coś o pani Wasilewskiej, że Polska i Rosja to jednak mają kontakty i on jakoś nas zostawił, nie zabrał tych butów. Potem po kilkunastu kilometrach znowu był postój, znowu właśnie byli tam już Rosjanie. Zatrzymali nas wszystkich. Mężowi zabrali wieczne pióro, które miał. Na wozie była sterta różnych tobołków, więc pytali się nas, czy nie mamy jakichś instrumentów muzycznych. [Mąż] powiedział, że nie mamy. Dobrze zapamiętałam to, że jak staliśmy przy wozie, on przechodził i każdemu patrzył w oczy, i mówi: „Nikomu nie wierzę, ale tej wierze”. Popatrzył akurat na mnie. Puścili nas. Odjechaliśmy na kilkadziesiąt kroków i raptem słyszymy, że ktoś leci za nami. Zaczęliśmy poganiać konia i biec pędem, ale na szczęście nie dogonili nas. Po drodze mijaliśmy jeszcze całe opustoszałe wsie.
  • Zatrzymywaliście się tam?

Zatrzymywaliśmy się. Na przykład przyjechaliśmy do jednej wsi, a [tamtejsi chłopi] mówią: „Czy są kobiety, bo nasze kobiety wyjechały do lasu, bo tutaj gwałcą”. Nie chcieli nas wpuścić do tej wsi. Spaliśmy po prostu na polu. Kiedyś parę dni byliśmy w opustoszałym dworze. Znaleźliśmy tam ziemniaki, mąkę wymieniało się na [chleb]. Już nie pamiętam dokładnie. Jedzenie było wtedy nieważne. Po drodze mijaliśmy też takich ludzi, jak Francuza, który leżał i też chciał [się] dostać do siebie. Mijaliśmy różne osoby. Potem doszliśmy właśnie do Budapesztu. Do Budapesztu przyjechaliśmy akurat 1 maja. Budapeszt był cały w czerwonych chorągwiach, tak jak i u nas to było. W Budapeszcie byliśmy chyba dwa tygodnie. Wszystkich nas wymyli, wyprali nam wszystko, co było. To była jakby kwarantanna. Po prawie dwóch tygodniach załadowali nas do pociągów towarowych, dali nam surową kozinę i kaszę na drogę. W ten sposób dojechaliśmy do Warszawy. Trwało to dwa tygodnie, bo pociąg ciągle się zatrzymywał. Jak tylko pociąg się zatrzymał, ludzie wychodzili, jakąś puszkę znaleźli, chcieli [tę kozinę] ugotować, a pociąg [gwizdał] do odjazdu.
Wróciliśmy do Warszawy, wróciliśmy do ruin. Pamiętam, że na granicy jakiś kolejarz mówi: „Po co wyście wrócili? Po co wyście wrócili?”. Warszawa była już zrujnowana. Na Nowym Świecie odnawiały się już parterowe lokale. Właśnie w takim lokalu siedziała babka i sprzedawał obwarzanki czy coś. Myśmy mieli niedużo bagażu i dziecko. Edek, mój mąż, poszedł [szukać kogoś] ze znajomych, z krewnych, bo przecież jego krewni, moi różni krewni [mieszkali w Warszawie], ale nikogo nie było już wtedy w Warszawie. Ta pani pozwoliła nam się przespać jedną noc u siebie. Zabrała nas do siebie gdzieś koło Tamki. Następnego dnia pojechaliśmy do Piastowa do mojego wujka – brata mojej mamy – który tam miał domek i kawałek [ogrodu]. Tam mieszkaliśmy jakiś czas.
Jak mieszkaliśmy w tej pralni w Leopoldsdorf, to Paweł już chodził, bo wtedy miał już rok i miesiąc. Rosjanie, którzy kradli zegarki, to jak im zegarek przestał chodzić, to wyrzucali, bo był nieużyteczny. Paweł znalazł taki zegarek na ziemi i przyniósł go nam. On miał dwie złote koperty, to znaczy był cały złoty, był duży, taki jak dawniej nosiło się na łańcuszku albo panowie nosili w kieszonkach. Potem dzięki temu mogliśmy przeżyć, bo sprzedawaliśmy te koperty i można było za to żyć.

  • Ostatecznie gdzie zatrzymaliście się po wojnie?

Zatrzymaliśmy się w Piastowie, ale niestety długo tam nie mogliśmy mieszkać i pojechaliśmy do Łodzi do mojego ojca i jego żony [Heleny] na ulicę Nową. Tam mieszkaliśmy jakiś czas. Potem mąż… Ponieważ tam było kilka dosyć dużych pokoi, jeden też był zajmowany przez ludzi, którzy byli w Szczecinie i mówili, że tam jest możliwość zarobku, podjęcia pracy. Mój mąż tam pojechał.

  • Wróciliście później do Warszawy?

Do Warszawy już nie, tylko mieszkaliśmy właśnie w Szczecinie. Mąż mój dostał tam mieszkanie. Pracował tam potem w tramwajach. Tam skończył szkołę inżynierską. Mieliśmy już wtedy troje dzieci. Tam urodziłam właśnie najmłodszą Basię i potem właśnie, jak [mąż] skończył uczelnię, była możliwość powrotu do Warszawy. […]

  • Jak ocenialiście realia nowej Polski?

Miałam trójkę dzieci i w zasadzie ciągle byłam zajęta tym, żeby mieli to, co im potrzeba, i nie bardzo orientowałam się w tym wszystkim. […] [Tekst dopisany na życzenie rozmówcy, nieobecny w nagraniu wideo: Wiem natomiast, że mój ojciec Stanisław Bukowski brał aktywny udział w opozycji antykomunistycznej. Działał w organizacji inteligencji katolickiej „Unia”, która wchodziła w skład Konfederacji Niepodległościowych Organizacji Polskich. Za swoją działalność wraz z innymi został aresztowany i po sfingowanym procesie politycznym został skazany na 15 lat więzienia. Pobyt w więzieniach przepłacił zdrowiem. W czasie „odwilży” w 1956 roku został, wraz z innymi, całkowicie zrehabilitowany. Więcej informacji o działalności Stanisława Bukowskiego można znaleźć w wydawnictwie „Chrześcijanie”, tom V, wydanym przez Akademię Teologii Katolickiej w Warszawie w 1980 roku, strony 401–482 (i w innych wydawnictwach)].


Warszawa, 6 maja 2011 roku
Rozmowę prowadziła Anna Konopka
Maria Jakubicz Stopień: cywil Dzielnica: Śródmieście Północne

Zobacz także

Nasz newsletter