Maria Joanna Szmida „Kama”

Archiwum Historii Mówionej

Maria Joanna Szmidowa, z domu Tarasiewicz.

  • Jak wyglądało pani życie przed wojną?

Byłam bardzo szczęśliwym człowiekiem, miałam cudowną rodzinę, wspaniałych rodziców. Skończyłam seminarium dla wychowawczyń przedszkoli i pedagogium. Miałam wstąpić na psychologię. Stało się to dopiero w czasie okupacji. Profesor Baley mnie właściwie ściągnął do takiej małej grupy i później przez kilka lat, prawie przez trzy lata, próbowaliśmy się edukować po linii psychologii wychowawczej. Profesor bardzo żałował, że nie skończyłam. Nie skończyłam niestety, bo później się los tak ułożył, że nie dało rady.
Miałam rodzeństwo. Siostrę i brata. Brat był też już po liceum chemicznym, dostał się na studia nauk społecznych, był społecznikiem. Myśmy w ogóle byli rodziną taką, że nie żyliśmy dla siebie, tylko zawsze patriotyzm bardzo był podkreślany. To było po stu dwudziestu trzech latach ciężkiej niewoli i dlatego moje pokolenie wyrastało w wielkiej miłości do ojczyzny, do Piłsudskiego. Jeśli tam były na górze tarcia, to on był takim człowiekiem, który zawsze potrafił rozwiązywać te problemy. I my jako zupełnie młodzi ludzie (co ja miałam [lat], nawet jak byłam dzieckiem) to uwielbialiśmy „Dziadka”. Chodziliśmy do szkoły dziewięćdziesiątej ósmej, w alei Szucha, jak szedł, bardzo często szedł z Belwederu do GISZ-u, ogromnie lubił mojego brata, który był prześlicznym chłopcem ze złotymi włosami i niebieskimi oczami. On nieraz go poczochrał po główce, a to nas obdarzył jakimiś czekoladkami, cukierkami. Tak że myśmy czekali, zanim do szkoły poszliśmy, żeby wypolować „Dziadka”. Szedł zawsze z jakimś oficerem. Spokojnie. Uwielbialiśmy go. Tak że mój był dom był domem patriotów. Wychowani byliśmy jakoś inaczej, jak się teraz chowa dzieci, ale to inna epoka.
Oczywiście, jeszcze byłam w [szkole] dziewięćdziesiątej ósmej, jak przyszedł druh Łukaszewski Heniek i zapraszał młodzież do izby harcerskiej. Oczywiście my w pierwszym rzędzie – ja i mój brat. Bo siostra później była w mojej grupie zuchowej, jest pięć lat młodsza ode mnie. Bardzo nam się to podobało, w ogóle harcerstwo nam się podobało, tak że ja skończyłam kurs dla wodzów zuchowych, ponieważ zawsze miałam inklinacje opiekuńczo-wychowawcze i miałam iść na psychologię, więc wszystko jakoś tak pasowało do wymogów, żeby się, jak „Kamyczek” mówił: „Jesteś urodzoną mamą i opiekunką”. A umiałam się jeszcze bawić z tymi dziećmi, dzieci przez wychowanie, przez zabawę wychowywać. Przez wiele lat byłam taką wolontariuszką w naszym Domu Harcerskim u druha „Kamyczka” Kamińskiego.

  • Jak pani wspomina druha Kamińskiego?

Kamiński był wspaniałym człowiekiem. Wymagał, żeby wszystko szło w porządku. Był dość uporządkowany, ale był bardzo serdeczny, bardzo zaangażowany w nasz ruch. Właściwie wiadomości o Powstaniu, o BiP, zresztą jeździł do Londynu, opowiadał nieraz cudownie i naprawdę był to przeze mnie bardzo, bardzo kochany druh. Jak wybuchła wojna, to pierwsza [rzecz, którą zrobiłam], pobiegłam do naszego Domu Harcerskiego, do druha Kamińskiego: „Co ja mam robić? Co będzie z nami? Jak się mamy zachować w tej sytuacji, kiedy niespodziewanie dostaliśmy taki cios w plecy”. I on mi powiedział, że mam chyba na Zielną 25 iść, tak mi się zdaje, tam jest druh, wtedy nie ,,Orsza” jeszcze, tylko druk Staszek, tak się mówiło… „To mu druhna pomoże, będzie łączniczką między mną i główną kwaterą, a pozostałymi dzielnicami”. Bo to Mokotów i Śródmieście. I tak do momentu, kiedy dostaliśmy polecenie zgromadzenia się na Saskiej Kępie, na Saskiej 6, tam był domek harcerski. (Tam między innymi kończyłam kursy zuchowe). Cała chorągiew warszawska wymaszerowała stamtąd. Oczywiście ja w swojej grupie, z 54. WDH. Mieliśmy już poszczególne zorganizowane zastępy. Ja należałam do sanitariuszek i z torbą (taką torbę miałam od generała Kołłątaja-Srzednickiego) już dostałam takie pełne wyposażenie. Bo kończyłam przed wojną między innymi kurs dla sanitariuszek przy Szpitalu Ujazdowskim.

  • Ten kurs sanitariuszek to był dla harcerek…

Dla harcerek. Nawet właśnie dzięki temu, że chłopcy Jacek i Rafał byli w mojej grupie zuchowej, to generał Kołłątaj-Srzednicki, który był szefem Szpitala Ujazdowskiego (to wojskowy szpital), mało że zezwalał nam na przeprowadzanie tam zbiórek, on zorganizował szkolenie dla grupy harcerek. Ja nawet i do szkoły mojej, do której chodziłam, do seminarium, przychodził taki porucznik (nazwisk nie pamiętam, zresztą się nie interesowałam tym) i przeprowadzali szkolenie po linii sanitarnej i sanitarno-wojskowej, żeby wiedzieć, jak się zachować na placu boju. Przecież inaczej, jak ktoś jest chory, a inaczej, jak jest człowiek okaleczony, czasem rozerwany. Ja miałam okropne pierwsze takie zetknięcie z człowiekiem, który mnie chwycił za nogę: „Druhno, ratuj!”. A on miał rozpruty brzuch i wnętrzności właściwie były obok. Nachyliłam się. Co mogłam zrobić? Wzięłam w swoje łapy, nieduże wtedy jeszcze, to wszystko włożyłam, chustę wyciągnęłam, żeby to przykryć z mojej torby. On westchnął i zmarł. Chłopcy jak dobiegli, bo ja już wołałam chłopców z noszami – Tomaszów Mazowiecki. To są obrazy, które ja widzę jeszcze. Chłopcy już podbiegli, wzięli go na te nosze, żeby odłożyć, i pewnie gdzieś tam pochowali człowieka. Bo to stację zbombardowali i na stacji było tyle ludzi nieszczęsnych, posiekanych, że mieliśmy pełne ręce roboty.

  • To było w trzydziestym dziewiątym jak…

To już był wybuch wojny. To było w czasie tego naszego marszu z Warszawy.

  • Wróćmy jeszcze na chwilę do czasów przedwojennych. Czym zajmowali się pani rodzice?

Mój ojciec był komendantem cywilnej służby przy wojsku. Ochrona fortów Bema, Cytadeli. A mamusia nie pracowała, była w domu.

  • A w której części miasta państwo mieszkali?

Na Matejki, od Alei Ujazdowskich na wprost jak się wychodzi… Teraz stoi tam nasz pomnik, na miejscu naszego domu. Wiejska, Matejki. To jest Śródmieście. Chodziłam do szkoły dziewięćdziesiątej ósmej na Szucha, to już park Ujazdowski, Łazienki, Trakt Królewski, to był mój dom – Nowy Świat. I tutaj najlepiej się poruszałam.

  • A jaki wpływ na panią wywarła szkoła?

To była cudowna szkołą. To byli nauczyciele z wielkim poświęceniem, z wielką miłością do ojczyzny. Oni nam przekazywali wszystko, co najlepsze, swoją wiedzę. Kierownikiem była pani Władysława Dziubińska. Są nazwiska, których się nie zapomni do śmierci. To była osoba, która walczyła o szkołę polską. Do takich należała też matematyczka Kwietniewska, którą nie bardzo lubiłam, bo raz mi dwóję postawiła. Raz jeden jedyny w życiu miałam dwójkę, ale trudno, przeżyłam. To były kobiety [między innymi] katechetka Janina Kotarbińska, ciotka profesora Kotarbińskiego. Mieszkała na Wilczej. W czasie okupacji myśmy przez płot do niej przechodzili, bo tak się łączyło Matejki 4 i Wilcza chyba 5, a tutaj w naszym podwórku stał śmietnik i jak po tym śmietniku się weszło, można było przez ten płotek przejść. Do pani Dziubińskiej chodziliśmy, bo trzeba było czasem zupkę zanieść, bo to już była leciwa pani też. To byli święci ludzie. Te kobiety przechowywały orła. Myśmy tego orła dopiero jak byłam w pierwszym czy drugim oddziale… Jakoś od początku lubiano mnie bardzo. Jeszcze nasza szkoła była na Pięknej, w tym pałacyku i tam był orzeł. One karmiły, przechowywały prawdziwego orła, co prawda szarego, nie białego. Chciały go wypuścić na wolność, bo właściwie dla nich to był symbol, pokazanie, że ten orzeł zdobędzie wolność, że Polska będzie. One żyły przecież w tamtych czasach, przed dwudziestym rokiem. To były już starsze panie. Cudowne. Wspominam moją wychowawczynię, panią Nasiłowską chyba, nie jestem pewna nazwiska, ale [imię to] pani Lena, cudowna, opiekuńcza. To byli ludzie, którzy chcieli dzieciom przekazać naprawdę nie tylko wiedzę, ale zaszczepić w nich miłość do ojczyzny, szacunek do drugiego człowieka – to wszystko, co jest naprawdę wartością w życiu. Nie było żadnych kłótni. Były pięknie wystawiane z okazji różnych świąt akademie, gdzie wystawialiśmy różne małe sztuki, tańczyliśmy, śpiewaliśmy. Przed lekcjami zawsze była w auli modlitwa wspólna. Naprawdę to było coś, co na całe życie zostaje. Cóż mogę powiedzieć… Tego orła zawieźliśmy do zoo. Chyba dyrektorem był wtedy pan Rabczyński czy coś (też nazwiska nie pamiętam), przyjął tego „naszego” orła, myśmy mówili, że to „nasz” orzeł. W wielkiej klatce zawieziono tego orła, żeby przekazać do zoo, bo już przy szkole nie mógł być. I później szkoła została przeniesiona (tutaj była maleńka) w aleję Szucha. Tak że już drugi, trzeci oddział… To było w pierwszym oddziale albo w drugim, tego już też nie pamiętam. W każdym razie później chodziłam do alei Szucha, obok była szkoła powszechna Rodziny Wojskowej, a ponieważ ja byłam związana z Rodziną Wojskową, to i 54 WDH miała w GISZ-u bardzo piękny lokal, taki trzyizbowy. To był taki parter, niski parter, i tam izba była dla harcerzy, dla zastępów. Pośrodku była ogólna izba. Tam się jakieś kominki odbywały, tam urzędował druh Łukaszewski, on był drużynowym, i jego żona „Sowa” Romka Łukaszewska. I na prawo była nasza izba zuchów.
Ja miałam wspaniałych zuchów, między innymi byli generała Kołłątaja chłopcy, Jacek i Rafał, bo Jasiek już był ponad, i później oni obaj zginęli ponoć w czasie Powstania. Ja już później straciłam z nimi kontakt, bo oni wyrośli, przeszli do zastępu Antka Sakowskiego, wtedy kiedy już przekazywałam moich zuchów na harcerzy. To była zawsze bardzo duża uroczystość, bardzo się celebrowało te rzeczy.
I cóż. Przed wojną szybko to… Był obóz nad Wigrami dla instruktorów zuchowych, na którym byłam. Zdawało mi się, że świat jest piękny, uczciwy, radosny, ale okazał się okrutny, o czym przekonaliśmy się już w czasie okupacji. Myśmy bardzo szybko spotkały się wszystkie, wracając już. Romka to chyba… Janusz Przydworski to później żeśmy się spotkali, bo oni byli w grupie starszoharcerskiej, w GC [?], to oni tam byli na wierzchu, nie wiem gdzie. Bo myśmy przeszli bardzo długą drogę. Ostrzelali nas wielokrotnie. Braliśmy udział w pomaganiu [w miejscach takich] jak Piaski lubelskie. Tam przecież straszna bitwa się odbyła. W Stoczku nas też dopadli, ostrzelali nas z broni pokładowej, na szczęście nic się nie stało. Później spalili ten Stoczek. Tragedia. Jak żeśmy prawie już wracali do Polski, do Warszawy, to straszna tam rozpacz, bo tam już Niemcy całą parą rządzili już w Stoczku, tak że już spędzili podobno ludzi narodowości żydowskiej do kościoła i kościół podpalili. Dla nas to był taki szok, że nie mogliśmy w to uwierzyć, że w dwudziestym wieku są barbarzyńcy. Tym bardziej że oni byli unser Gott, Bóg z nimi, więc jeśli Bóg miał im doradzać takie rzeczy, to… rzeczywiście nie wiem, panie Boże, czy jesteś, czy nie chcesz patrzeć na ten świat.

  • Jak duża grupa harcerzy uczestniczyła w tym marszu?

Przypuszczam, że to było gdzieś ponad półtora tysiąca ludzi, co najmniej. Z tego co ja się zorientowałam, bo później dochodziły jeszcze grupy z Żoliborza, a tutaj całe Śródmieście, Mokotów – co najmniej półtora tysiąca. Później te grupy się rozeszły, bo przyszedł taki rozkaz, żeby grupy, drużyny pomniejsze raczej nie szły taką gromadą, by nie dać samolotom możliwości zbombardowania nas. Przecież nawet w Miłośnie nas ostrzegali. Myśmy szli w stronę Lublina… I Modlina też. Ja nawet na Modlin myślałam [iść] i mój brat. Mój brat się później odłączył gdzieś pod Stoczkiem i wylądował w Wilnie, gdzie później został przez szaulisów aresztowany i zesłany do [niezrozumiałe] za to, że na pohulance wystawił „Noc listopadową”. Tam była pani profesor Parandowska, jeśli jeszcze pamiętam tych ludzi, bo Wilno było przepiękne i mój brat miał ogromny sentyment do Wilna. Dociągnął do tego Wilna chyba ze Światopełkiem i później zesłali ich wszystkich. Szaulisi to nic innego jak gestapo. Litwini się nie popisali.

  • We wrześniu 1939 roku co dla pani jako sanitariuszki harcerskiej było najtrudniejsze w czasie tej wyprawy?

Szybko dostaliśmy szkołę w Tomaszowie Mazowieckim i to mnie czy to zahartowało, czy w jakiś sposób ustawiło, że wojna jest okrucieństwem tak strasznym, bo jak zobaczyłam tego człowieka… A drugi – tu ręka leży, a tam rozszarpana noga. Strasznie tych ludzi ten wybuch pokancerował. Po prostu mówię: „Muszę trwać, dokąd tylko mogę. Zawsze muszę myśleć o tym, żeby mieć pełną torbę”. Tak jak mówię, generał Majewski (te pecekowskie, taka torba zielona) to jeszcze sprawdzał i mówił: „Taki lek, taki lek, to…”. Tu strzykawkę miałam przecież, zastrzyki robiłam bardzo dobrze. Po wojnie też jak ktoś potrzebował, to zawsze przychodzili z całej ulicy. Takie leki nasercowe, na żołądek, opatrunki, przede wszystkim [środki] opatrunkowe. I ten anogen, taki środki dezynfekcyjny był, to się mówiło: „Czuwaj, anogen”. Czy ten anogen pomagał? Nie wiem, co to była za mieszanka, ale przy okaleczeniach używaliśmy to do dezynfekcji.

  • Czy w późniejszych dniach ta ilość środków medycznych była wystarczająca?

To się zmniejszało. Ale muszę powiedzieć, że jeśli się wchodziło do apteki, to nawet nie brali pieniędzy, jeśli się prosiło o środki opatrunkowe. W Chełmie dostałam od aptekarza całe opakowanie ligniny i takich przygotowanych malutkich opatrunków na jakieś rany. Co prawda na małe rany, ale lepsze było mieć coś jak nic.
  • Jakie nastroje panowały wśród harcerzy?

Harcerze zachowali godność, spokój, pogodę. Nie było już tej radości takiej, nie śpiewało się już… Jak się śpiewało, to albo pieśni religijne, albo patriotyczne. Już naszych harcerskich, tych radosnych przy ognisku, już tych pieśni raczej nie śpiewaliśmy. A poza tym trzeba było zachowywać dużą rozwagę, żeby przechodzić. Doszliśmy do Chełma, Piaski lubelskie. Potem dostaliśmy rozkaz powrotu do Warszawy. Nie wiem, jak to Roman… Nawet brat Heńka przyniósł wiadomość i nie wiem, skąd dostał tę wiadomość, w każdym razie [dostał wiadomość], że mamy wracać do Warszawy. I coraz to mniejszymi grupami.
Pięćdziesiąta czwarta do końca trzymała się dzielnie. Było nas tam dwadzieścia parę osób. Droga była bardzo smętna i byliśmy już… Zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy już pokonani. Niełatwo się wracało. Doszliśmy do Warszawy, no i pierwsze co zobaczyliśmy, to zbombardowane na Saskiej Kępie kilka willi, dziury, jeszcze zapach spalonych domów, spalonych ciał. Szliśmy, łzy nam leciały i patrzyliśmy, czy dojdziemy do domu. [Szła] nasza mała dość grupka. Jeszcze Łukaszewscy, Sawicki, Marysia Adamska chyba była z nami. Coraz nas mniej było, bo już się zaczęli rozchodzić, bo w Warszawie mówili nam, żeby pojedynczo, małymi grupkami, żeby nie zwracać na siebie uwagi.
Dotarłam do siebie na Matejki i tak żeśmy się umawiały, że jak dotrą do siebie do domu, zobaczą, czy wszystko jest, jak jest, to się spotkamy na Matejki. Oczywiście na Matejki, bo to jest najlepszy punkt dla wszystkich. Po kilku dniach… Na szczęście mój ojciec nie wyszedł, bo był ostatnio szefem zaopatrzenia wojskowego. Musiał wydawać wszystko, pilnować, [więc] tylko on został i pułkownik, bo dowódcą też był pułkownik. Już nie pamiętam jego nazwiska. Do końca z ojcem wydawali żołnierzom broń i koce, buty, odzienie, to wszystko z magazynów, to były magazyny wojskowe na Solcu. Więc tato już był w domu, matka też i siostra, ta mała. Mama mówi: „Budowaliśmy…”. Coś tam kopała gdzieś, okopywali się pewnie, żeby zabezpieczać, bo kazali okna lepić, ale to na nic się nie zdało, większość okien była powybijanych. Okropnie to wszystko wyglądało. Tak się zaczęło.
Po kilku, chyba po dwóch tygodniach, przyszedł Roman Łukaszewski i Romka, Marysia i tak jakoś po kolei zebraliśmy się i zaczęliśmy myśleć, co tu dalej robić. Stworzymy jakąś grupę. I dość szybko jakoś się nasze „Szare Szeregi” zawiązały. Z początku nie bardzo wiedzieliśmy, no to z „Kamyczkiem”, z Broniewskim, był Marian jeszcze, już też nazwiska [nie pamiętam], był pierwszym szefem. Jeszcze był Janek Błoński, Janusz Przydworski. Jakoś żeśmy się tak spotykali, oni później stworzyli plan, do którego też mnie wciągnęli, ale plan się krótko… Pierwsza bitwa z gestapo i niestety to wyszło tak tragicznie, że właściwie Janek Błoński, cała rodzina zginęła. Właściwie wśród nas był zdrajca. Przecież nasi chłopcy, ci co byli rozstrzelani na Nowym Świecie, to też Paradowski zdradził. Miał wyrok, wykonano niestety nie na nim, tylko na jego bracie. Oni byli bardzo podobni. To gdzieś na Kruczej czy gdzieś, ulicy nie będę mówiła, bo nie pamiętam. Widzę niektóre rzeczy, ale już nie pamiętam.

  • To był wyrok sądu Polski Podziemnej?

Tak. Już wtedy działały, „Biuletyn” już wychodził. Kolportowaliśmy, były skrzynki kontaktowe, gdzie się zostawiało pewne ilości, resztę roznosiliśmy. Mieliśmy swoje zadania. Już rozlepialiśmy ulotki, rozsypywaliśmy, już do kina się wchodziło, żeby rozsypać proszek na kichanie i rozrzucić im „Same świnie siedzą w kinie” – taka ulotka była.

  • A czym pani zajmowała się osobiście?

Ja przede wszystkim… Myśmy mieli te szkolenia i jak trzeba było, to kolportowałam, rozwieszałam, dwa razy podpalałam [niezrozumiałe], raz z moim bratem, raz z Romką Łukaszewską. Raz z Romką Łukaszewską i jeszcze z kimś to przed dworcem, to trochę byłoby się skończyło nie najlepiej, gdyby trochę kierowcy samochodów, taksówkarze nas nie osłonili i tak się udało. Niszczenie, na placu Trzech Krzyży bez przerwy już był… codziennie nowe zwycięstwo, gdzie oni już poszli… Ja tylko patrzyłam, żeby… To nie było takie łatwe stanąć, niby się gapić, a powyciągać te ich oznaczone chorągiewki. A tak to ćwiczenia, zajęcia – Władek Cieślak prowadził zajęcia wojskowe. Między innymi dziewczyny też. Mam nawet zdjęcie z dziewczynami, jak było szkolenie wojskowe. Było tam sześć dziewczyn. A tak to, co trzeba było, czy informacje przenieść, to jeszcze się kontaktowaliśmy z naszymi dowódcami.

  • A kto był w tym czasie pani dowódcą?

Oni się zmieniali. Ja miałam kontakt z Tadeuszem Kwiatkowskim, to po linii wydawnictwa, „Biuletynu Informacyjnego”. Później Tadeusz był aresztowany, przejął już to ktoś inny, nazwiska nie pamiętam. Dowódcą ogólnym był Marian, też nazwiska nie chcę przekręcić. Jurkowi Borkowskiemu jeszcze powiedziałam, to było kilka lat temu, mój umysł był trochę świeższy. Później był ,,Orsza”. Jak ,,Orsza” przyszedł, to ja najczęściej miałam [kontakt] z ,,Orszą”, a przede wszystkim ciągle z Romką Łukaszewską, miała przedtem pseudonim „Sowa”, a później miała „Ewa”, w czasie okupacji. I z Marysią Chełmicką-Szubertową to już… Do końca właściwie to myśmy... Marysia Adamska, Urbach Marysia też, Urbach Bronka. Jest taka grupa, która tak jak na tym zdjęciu – myśmy właściwie ciągle były w kontakcie i to, co trzeba było działać, [to robiliśmy]. Pomoc rodzinom poaresztowanych. Ja jeszcze z początku byłam kierownikiem przedszkola przy Katolickim Związku Poległych, bo kończyłam seminarium przy Katolickim Związku Poległych, ale ponieważ popadłam w konflikt z pewnymi nauczycielkami… One w trosce robiły to. Ja sobie zdawałam sprawę, że one się bały, a ja uważałam, że trzeba mówić (bo mieliśmy też szkołę podstawową), że trzeba uczyć historii, a one, ponieważ był zakaz mówienia czegokolwiek o Polsce, a ja [nawet] przynosiłam prasę… Moja dyrektorka, Halina Mystkowska, od początku do końca to był bojowy, wspaniały człowiek. Nie bała się, tylko poprosiła mnie od gabinetu, powiedziała: „Marylka, powiem ci uczciwie. Musisz zrezygnować, bo one są [wystraszone]. W pewnym sensie ja je rozumiem, że one się boją”. To wszystko stare: Bogdanowicz, Rowińska, to starsze panie już, dobrze po sześćdziesiątce pewnie. To były jeszcze moje profesorki i im głupio było, że ja zostałam kierowniczką tego przedszkola i szkoły powszechnej. Dyrektorką była, jak mówiłam, pani Halina Mystkowska, wspaniały człowiek. Strasznie dużo straciła – męża, syna. Po wojnie udało mi się ją spotkać. Byłam bardzo szczęśliwa, że przeżyłam, ale wszystko już było nie tak. Ani naszego domu, koło wizytek, tam była moja szkoła – tam teraz jest parczek księdza Twardowskiego.

  • A pani była kierowniczką tego przedszkola już w czasie okupacji?

Nie, w czasie okupacji. Musiałam zrezygnować, bo po skończeniu, ponieważ byłam prymusem, uważano mnie za bardzo… Tak jak profesor Baley zawsze mówił: „Widzę, że mnie zastąpisz”. Później nie zastąpiłam go, płakał co prawda, w Łodzi jak żeśmy się spotkali, tośmy się ściskali na Piotrkowskiej. On płakał, ja płakałam. On przeżył, taki niewysoki był, ale bardzo serdeczny i bardzo mnie lubił. Zawsze widział, że… Bo ja, jak coś robiłam, to robiłam z pasją. Jak mam coś robić byle jak, to wolę wcale. A zawsze byłam szybka, jak trzeba było gdzieś zadziałać, na pewno byłam, na pewno przyszłam, punktualnie, bo byłam tego nauczona. Takie rygory to się wyniosło nie tylko z domu, ale i z harcerstwa, że obowiązuje szacunek dla drugiego człowieka. Umawiasz się o tej godzinie, o tej jesteś.
Przeszłam do pracy w przedsiębiorstwie mojego kolegi, też porucznika, nie wiem, jaki miał pseudonim Gienek, Romantowskiego. To był [zakład] Alt- und Abfallstoffe – starzyzna, odpadki. On to przejął po „dojczach” i myśmy mieli trudne zadanie. Wyprowadzaliśmy z getta część Żydów. Co tu dużo mówić? Zawsze się myślało, żeby chociaż jeden mógł zostać po aryjskiej stronie. Jak najbardziej aryjsko, że tak powiem, bo wiadomo było, że to będzie zagłada. Poza tym współdziałaliśmy, żeby im wywieźć pewne rzeczy. Wyniosłam im sporo brylantów, żeby kupili broń, bo oni też wtedy szykowali powstanie.

  • W jaki sposób udawało się wyprowadzać Żydów z getta?

Z Abteilung Wirtschaft miałam [dokument], kolega to załatwiał, nie ja. Ja tylko byłam później zobowiązana odprowadzić taką samą grupę, jaką się wyprowadziło. Oni byli sortowaczami szmat. To wszystko szło… Niemcy to [dzielili], tutaj Putzlappen, tutaj na to, to na to, różne podziały były. Dobrą odzież to oni przecież wysyłali do siebie, całe wagony tam szły. Przecież oni ograbiali dom po domu. Ja nie wiem, z tego getta chyba wywieźli… Nie wiem, skąd oni przywozili, chyba nie tylko z getta, bo mnóstwo, całe wagony przychodziły, rozładowywało się te wagony, samochody podjeżdżały, ciężarówki i podwoziły. Na Pradze taką mieliśmy sortownię. Ja musiałam iść po tych Żydów. Ja albo szef, właściwie najczęściej my dwoje. Jako tako wtedy mówiłam, ponieważ w szkole obowiązywał język niemiecki, to się musiałam podciągnąć, tak że jakoś mogłam się jeszcze dogadać. I Romantowski, który dobrze znał język. I tam mieliśmy też pewne układy. Jak był taki Hauptmann, to on tak liczył, niby liczył, nie liczył. Ja wiedziałam, że jak on będzie, mogę jednego człowieka uratować. A jeśli jego nie będzie, jeśli będzie Imert, to podły gad, takie nazwisko podłego gada pamiętam, bo on mnie zdzielił pejczem tak, że przez długi czas miałam – a byłam w płaszczu ze skóry podszytym zamszem, to nie był taki leciutki płaszczyk – to miałam przekrwione i popękaną skórę na plecach. Długi czas miałam znamię, które długo schodziło. Za to, że rzuciłam… myślałam, że on nie zauważy, rozmawiał, stał, no i gdyby nie Hauptmann, to on by mnie chyba tam zasiekał tym pejczem. Tylko Hauptmann: Halt, i chwycił go za pejcz. A ja tak dyskretnie rzuciłam torbę z chlebem, bo tam dzieci były, głodne, one: „Jeść, jeść!”. Jak pani tuż przy bramie wchodziła do getta, to serce pani pękało, jak patrzyło się na te szkieleciki. Tam ciężko było, strasznie ciężko. Nie mogłam pojąć, co to za getto. Mnie to się nie mieściło w głowie. To było poza moją wyobraźnią. Myśmy żyli w innym świecie, w cudownym, ciepłym domu rodzinnym. A tu. Tam człowiek się nie liczył. Widzę, stoi stary człowiek w białej koszuli (ja nie wiedziałam, przecież oni mają tam swoje religijne różne obrzędy). Stoi na balkonie, i za chwilę ten człowiek rzuca się… Coś śpiewa, w takiej białej, długiej koszuli, stary, siwy człowiek i on spada z tego piętra i nikt nie podchodzi. Dopiero po jakimś czasie ktoś podchodzi i mówi: „Nie żyje”. On był ciężko podobno chory, tak jeden z tych [łączników] Nuss, był takim łącznikiem między niemieckimi władzami a żydowskimi. Okropne rzeczy się widziało, lepiej nie mówić. Jak widać matkę leżącą już nieżywą i dzieci szarpiące ją, dwoje małych dzieci: „Mamełe, mamełe” – po żydowsku wołały mamę. Okropność. Ja musiałam tam iść, musiałam wziąć tych ludzi. W szmatach wywiozłam około sześciorga małych dzieci. I dopiero stamtąd wywoziłam je do Nieporętu. Takiego Tadzia to chyba ze dwa miesiące musiałam [przetrzymać]. Najpierw trzeba go było odwszyć, umyć, ostrzyc tak, żeby można pokazać. Też pod strachem Boga, bo wie pani… To nie były łatwe czasy. Zaprzyjaźnionym kierownikiem szkoły w Nieporęcie był mój kuzyn i Irena, Mordzińscy, i oni te dzieci… W większości rzadko byli chłopcy, przede wszystkim dziewczynki, ale sześcioro dzieci uratowaliśmy tam. I oni pochowali, gdzieś po tych rodzinach porozprowadzało się te dzieci.

  • Czy ta pomoc była w ramach „Żegoty”?

Ja znałam tego „Żegotę” właśnie przez Romantowskiego i ja to robiłam jako harcerka, jako człowiek, a nie jako… nie należałam do „Żegoty”, tylko należałam do „Szarych szeregów”. Ale ponieważ moim zadaniem była ochrona dzieci, to nie jest powiedziane, że dziecko żydowskie nie jest dzieckiem, że dziecko inne, arabskie, chińskie [nie jest dzieckiem]. Dziecko jest dzieckiem i każdemu dziecku należy pomóc i koniec. Takie było nasze zadanie i takie nasze rozumowanie.

  • Z kim kontaktowaliście się państwo z drugiej strony? Bo rozumiem, że ta pomoc musiała być bardzo precyzyjnie zaplanowana i zorganizowana, żeby udawało się ludzi wyprowadzić.

To już załatwiał Romantowski. Poza tym ja chodziłam po tak zwane ausweisy do Abteilung Wirtschaft. Też najpierw mnie Gienek poznał z szefem, bo był pan Weil, Austriak. Musze powiedzieć, że po aresztowaniu siostry mojej Weil, jak się dowiedział, to natychmiast przyjechał, bo ja… Zresztą powiem, jak to się odbyło…. On wiedział, że te ausweisy, które on mi daje, że to jest dla ochrony nie zawsze aryjczyka i nie zawsze Polaka. Dla Polaków też to… twardo dawał. On ciągle mi podkreślał, że on jest Austriakiem, ale jest tutaj jest kierownikiem Abteilung Wirtschaft i on nam szedł na rękę. Nie wiem, jakie tam były układy między szefem czy Gienkiem a nim, ale był bardzo ludzki i bardzo nam się przysłużył. Po wojnie nawet myślałam… On mi dał adres i ta jego żona bardzo mnie zapraszała, że jak skończy się wojna, żebym do Wiednia przyjechała do nich, ale przecież ja wyszłam bez niczego. Gdzie ja mogłam szukać, a w książce telefonicznej Weilów to tam było od licha i trochę. To szukaj takiego, który był w Warszawie, był kierownikiem Abteilung Wirtschaft. Pewnie wrócili, przypuszczam, że przeżyli, ja nie wiem, chyba swoich [Niemcy] nie wypędzili tak podle z Warszawy, jak nas wyrzucili z domów – bez słowa, bez niczego.

  • Pani, idąc do getta, tylko na początku, przy wejściu była, czy też wchodziła dalej?

Bardzo rzadko, parę kroków. Daleko nie wolno było, dalej nie dali wejść. Najlepsza była ta brama przy Ogrodowej, tam najczęściej był ten kapitan. On był, jeszcze taki [drugi]. Bo tam zawsze stał jeden w budce z karabinem maszynowym czy pepeszą, ja już przestałam w tej chwili rozróżniać [broń]. Samochód jak wyjeżdżał, to naładowane były te szmaty wszystkie i tam dzieci [ukryte]. [To wymagało] wiele trudu, to wtedy zawsze nasi ładowacze… Bo był samochód i jeszcze dwóch ładowaczy, naszych, a tam Żydzi niby pomagali, to trzeba było strasznie [uważać] – dusza na ramieniu, żeby któremuś [Niemcowi] nie przyszło [do głowy] strzelić w te szmaty czy dźgnąć. Te dzieci [zachowywały się] jakby ich nie było, nie było ich słychać. Jak się je wyciągało ze szmaty, to one się nawet bały buzię otworzyć.

  • Jak duże te dzieci były?

W wieku cztery, pięć lat. Małe dzieci, bo dużych by się nie schowało. Takie małe najłatwiej jest ukryć, najłatwiej było na wsi adoptować. Jeszcze tam był Janusz Radziwiłł, niedaleko Nieporętu miał swoją rezydencję, miał dwóch synów. On bardzo oględnie, zachowywał dużą rezerwę, ale poprzez ten kościół, księdza to on powiedział, żebym się nie martwiła o te dzieci, on współdziała z moim kuzynem. Dzieci będą zabezpieczone i będą spokojnie żyły.
  • Dzieci przeżyły wojnę?

Ja po wojnie w Warszawie nie miałam do czego wrócić. Z trzech mieszkań nie ocalało żadne. Ocalało połowę mieszkania moich kuzynów na Wilczej. Oni na pierwszym piętrze mieszkali, a trzecie i drugie piętro to prawie było ścięte, że jak deszcz padał, [to ciekło]. Tylko zostały właściwie trzy pokoje i łazienka, które ocalały, a reszta z pięciu pokoi te dwa poszły, tak że [było] zagrużone, spadło to wszystko. Ja nie wiem, czy to bomba poszła, czy pocisk, może z tej „krowy” skosili ten dom. Myśmy na Wilczej u Orzechowskich się zatrzymali, moi rodzice się zatrzymali i tam rodziców znalazłam. Ale tam, po pokoju jak deszcz padał, to tylko trzeba było biegać i miski podstawiać, gdzie więcej leje, bo padało. Na górze mieszkania ścięte, nie było gdzie wracać. Mój mąż postanowił, ponieważ był łodzianinem, powiedział, że jedziemy do Łodzi, zobaczymy, co w Łodzi, bo już większość, Społem była w Łodzi, już byli moi znajomi, ponieważ ja w czasie okupacji miałam punkt kontaktowy w Społem na Grażyny, tam donosiłam prasę do nich. Mówię: „Trzeba było zobaczyć, czy ze Społem ktoś jest”. Co prawda nie wszyscy byli. Barcikowskiego nie było w Łodzi, ale był Marszałek, już wtedy był nawet prezesem, bo tam się pozmieniało momentalnie. Organizowali to od początku. Mój mąż nawet zaczął też pracować w Społem, a ponieważ jego rodzina i jedni i drudzy mieli jedną willę, drugą willę, mieszkanie, no a nie bardzo tak w domu, który po dziadkach był, chyba na Polnej, od Piotrkowskiej odchodziła (krótko żeśmy tam mieszkali)… Niemców wyprowadzali z Łodzi, bo Niemców było sporo w Łodzi trzeba przyznać. [Kuzyn] taką Niemkę [znalazł], ale ona w czasie okupacji podzieliła mieszkanie, bo nie miała tyle pieniędzy, żeby to opłacić, to został tylko duży pokój i taka kuchenka, a drugie dwa pokoje to ona komuś [oddała]. Zamurowane to było, ale myśmy już mieli ten jeden pokój, już byliśmy szczęśliwi. Rodzice też przyjechali z Warszawy i mieszkaliśmy w jednym pokoju z moimi rodzicami i moją siostrą. Mój brat w Warszawie, wrócił z obozu. Był poprzez aleję Szucha, Pawiak, Oświęcim, Mauthausen-Gusen, w kamieniołomach, ale wrócił szczęśliwie. On z Cyrankiewiczem był bardzo związany, z [niezrozumiałe] Czesiem. Nie wiem, czy dobrze, czy źle, w każdym razie oni budowali Związek Byłych Więźniów Politycznych w Warszawie, chyba na Kredytowej.

  • Wracając jeszcze do ratowania Żydów, to ile dorosłych osób udało się uratować?

Przypuszczam, że około też sześciu. Może nawet więcej, ale ja nawet nie zawsze wiedziałam, jak wyprowadzałam. Myśmy nie chcieli nawet wiedzieć, bo to jest obciążenie. Człowiek jest tylko człowiekiem i czasem może coś powiedzieć gdzieś nie w tym miejscu, a ktoś wykorzysta to w sposób nieprawidłowy, zgłosi czy coś. Tak że może i więcej. W każdym razie ja pamiętam te swoje dzieci. Tadzio był u nas chyba ze dwa miesiące.
Moi rodzice nie należeli do antysemitów. Przecież papiery dla Józefa Hochsingera to ja załatwiłam, dla mojego wuja i dla niej, dla Niusi, dla jej brata. Profesor Hilschner do nas zaglądał, żeby się zobaczyć z Józefem, bo to profesorowie. Oni obaj kiedyś wykładali w Berlinie, to mieli jakieś wspólne tematy. Mój dom był zawsze otwarty dla ludzi i wszyscy wspominają zawsze, że do mamy Tarasiewiczowej jak się przyszło czy na Matejki, to gar zupy zawsze był i każdy wyszedł z talerzem zupy. Jak nas wyrzucili, to na drugie piętro… Bo dwa podwórka były, trzecia kamienica i dopiero w trzeciej kamienicy nasz dom był. Dobre to później było i złe, bo w czasie Powstania była blisko szpitala.

  • Wychodzili Żydzi z getta, jechało się na Pragę…

Tam zawsze się miało przygotowaną [metrykę]. Przecież ile ja tych oryginalnych metryk urodzenia wyciągałam z kościoła Świętego Jana i u nas na placu Trzech Krzyży od Świętego Aleksandra, bo tu znałam księży, tu moi rodzice brali ślub, tutaj my byliśmy chrzczeni, i komunia święta i tak dokąd żył ksiądz Brzeziński… Ale on zostawił takich, że jeszcze jak ktoś mówił, że Tarasiewicz, to wiedzieli, że trzeba pomóc. Żeśmy wyszukiwali, dawało im się metrykę, od Weila ja bardzo często wyciągałam jakieś ausweisy, to się wpisywało nazwisko i on już miał jakieś zabezpieczenie. A resztę na ogół oni później sobie radzili. Chyba też mieli grupę czy wiedzieli, czy pieniądze dostawali jakoś. Ja na zakup broni wyniosłam całe pudełko od zapałek brylantów. Miałam duszę na ramieniu, bo jakby mnie Imert zaczepił… A on bezczelny był, ale nigdy już mnie później nie dotknął. Ale pamiętam ten pejcz.

  • Pani później te brylanty…

Oddałam, właśnie w naszym biurze. „Żegota” przychodził, (myśmy na niego mówili „Żegota”) i oddawałam to Romanowi i „Żegocie”, bo to szło… Ja nie wiem. Komitet też dział po tej [aryjskiej] stronie, taki żydowski, później kanałami tam dawali. Stąd mieli tę broń, przecież za te pieniądze. Przecież w getcie nie było broni, to stąd ta broń była, tutaj kupowana, tutaj sprzedawali pewnie gdzieś tam do jubilerów. Nie wiem, ja się tym nie interesowałam, nie chciałam. Nawet mi chcieli sprezentować, powiedziałam: „Nie”. Miałabym do końca życia wyrzuty sumienia, że może za cenę jakiegoś życia noszę brylanty.

  • Jak długo trwała ta pomoc Żydom?

Do powstania [w getcie].

  • A od momentu powstania getta udawało się ich wyprowadzać?

Tak, udawało się. Od początku, przez bramy, przez jedną, przed drugą, zrobili nawet podkopy. Nawet ludzie porobili, ci co bliżej mieszkali, na Pawiej czy jak, nie wiem, już tych ulic [nie pamiętam], tam podkopy były. Kartofle, warzywa, jakieś mięso szmuglowali, handlowali z nimi. To przecież ci Żydzi mówili: „Byśmy całkiem umarli, gdyby nam Polacy nie pomagali”.

  • Wspominała pani o roznoszeniu gazetek i ulotek. Jak często odbywały się takie zadania?

Przynajmniej raz, nieraz dwa razy w miesiącu.

  • I ile punktów pani miała?

Ja obierałam przeważnie albo od „Horpyny”, albo od Romki i z Szarej. Na Szarej to tam Marysi ojciec był szewcem. U niego taka dobra melina była i ona przechowała mnóstwo rzeczy. Wiem, że Julek to zabezpieczył, bo ona za słoikami miała jeszcze dużo nawet gazetek pochowanych. U mnie, do mojego biura przychodzili, też miałam. I na Grażyny nosiłam osobiście. Zawsze do któregoś z prezesów szłam i zostawiałam im. Oni już tym, komu mogli, wiedzieli, komu dać, bo w takiej gromadzie ludzi to ludzie i ludzie są. Tak jak przecież Paradowski był jednym z kolegów naszych chłopców. Ja nie wiem, przecież on wszystkich tych kadetów… Jacek Adamski, Jacek Kirszenstein, jeszcze jeden, ale nie pamiętam, bo byłam zaprzyjaźniona z tymi rodzinami. A on wydał i przecież ich rozstrzelali na Nowym Świecie. A on [wydał] w ogóle nie tylko ich, bo wielu, wielu innych. Później ten, co dostał wyrok, jeszcze zastrzelono jego brata. Oni byli bardzo podobni do siebie. Tak się złożyło, że ,,Orsza” mi powiedział, że ja mam przechodzić przez Kruczą (chyba to była Krucza ulica) na wszelki wypadek. Nic więcej nie powiedział. Wiedziałam już, że jest wyrok, ale nie wiedziałam, że tamten będzie wychodził. Wyszedł ten brat i został zastrzelony. Przeszedł [Paradowski], ja też przeszłam, nie wolno się było zatrzymywać, bo na co czekać. A on później, w dalszym ciągu, jak się dowiedzieliśmy, że to brat jego zginął, to on w odwecie za brata chyba cztery czy pięć osób [zadenuncjował], całe rodziny, tak zginęli rodzice Janka Błońskiego. Przecież Błońskiego wydał przede wszystkim on, całą rodzinę. To byli wspaniali ludzie. Jego ojciec był krawcem, ale był takim panem z wykształceniem, mecenas sztuki, miał przepiękne obrazy. Koło braci Jabłkowskich, w tym budynku mieszkali. Myśmy często tam też bywali, a Janek miał w piwnicy całe laboratorium. Szkoda, to wspaniały człowiek, taki z pasją. To byli ludzie, którzy mieli pasję walczenia o dobro, o Polskę, o ludzi.

  • Czyli pani była przy tej pierwszej egzekucji, pani ją widziała?

Nie, nie. Tą egzekucję to można powiedzieć, że widziałam i nie widziałam. Widziałam, jak pada, a byłam w odległości, powiedzmy, dwudziestu, trzydziestu metrów, na początku ulicy. Dopiero wchodziłam i nie wiedziałam właśnie, czy ja to miałam zobaczyć, czy miałam potwierdzić później. ,,Orsza”, jak do niego się zgłosiłam, to mówił: „Pomyłka, zginął jego brat”. Tyle mi powiedział, a ja nie dociekałam. Gadulstwo nie było mile widziane.

  • A ten brat nie współpracował z Niemcami?

Nie, co trzeba było załatwić – cicho. Posypywało się przecież też tym proszkiem w tramwaju, polewało się czasem, bo konduktor (też nie pamiętam nazwisk) całą akcję prowadził tramwajową. Nie tylko, bo Mokotów był bardzo czynny. Na Mokotów do szkoły zawoziłam, w szkole też odbierał ode mnie… Nazwiska już mi plączą, bo to były nazwiska, nie z którymi zrosłam, że tak powiem.

  • Opowiadała pani o różnych akcjach. Jak planowało się takie zdarzenie? Czy one były wcześniej planowane?

Nie, niektóre były spontaniczne. Jak była okazja, to się robiło. Zawsze człowiek był przygotowany, że coś trzeba zrobić i coś można zrobić. Ale czasem był przygotowany i wtedy czy „Horpyna”, czy Romka Łukaszewska tośmy się spotykały i mówiły, że będzie taka i taka. Czy zebrać dziewczyny trzeba, czy zwoływać cały zastęp. Z zastępem spotykaliśmy się nieraz raz na miesiąc, nieraz raz na dwa miesiące, to różnie było. One miały też swoją pracę, ale odbierały zawsze w punkcie jakimś „Biuletyny Informacyjne”. To szło samo z siebie. To było ustawione i praca szła na bieżąco, nie trzeba było tego kontrolować. Nie było co spacerować, nie było co za bardzo się afiszować.
Ja do momentu… Przecież aresztowano mojego brata jeszcze na Matejki… Ulotki. Rysio Kronenberg został zatrzymany, miał przy sobie ulotki. Tak zbili chłopca, że przyznał się. Nie chciał powiedzieć, od kogo dostał. Cud, że oni nie splądrowali całego naszego mieszkania, jeszcze na Matejki. Mój kuzyn spał na łóżku wyścielonym „Biuletynami…”, które rano miały być rozniesione do wszystkich punktów. I gestapo w nocy… Zresztą moja siostra napisała taki piękny wiersz o aresztowaniu. Był publikowany wielokrotnie. Zabrali go na gestapo, z gestapo na Pawiak, później Oświęcim, Mauthausen-Gusen w kamieniołomach. Po aresztowaniu Janusza musieliśmy bardzo ostrożnie wynieść to wszystko z domu. Mama trochę miała w swoich bandażach, bo akurat zrobił się jej jakiś karbunkuł, jakiś wrzód, stale trzeba było to bandażować i miała kupę tych bandaży, więc całą część, tę, co Janusz miał przy sobie, to ona miała w tych bandażach. A Józek spał na łóżku. On pracował w fabryce na rzecz Niemców, był mechanikiem. Miał ausweis. Oni weszli, przy kuchni była taka wnęka i on, ponieważ nie miał się gdzie zatrzymać, przyjechał z Pionek. W Pionkach pracował w fabryce części broni, mój kuzyn Marian był dyrektorem i Józek u niego tam pracował, ale ponieważ tam też mieli różnych kapusiów, on musiał się ewakuować, żeby nie być aresztowanym. No to do Warszawy. Gdzie? Do cioci Tarasiewiczowej. W tej wnęce taka kozetka stała i on sobie tam spał. Dobrze mu się tam mieszkało, zahaczył się do tej fabryki, powiedział, że jest mechanikiem. On spał na tych „Biuletynach Informacyjnych”. U mojego brata, jedną [ulotkę] znaleźli. Raz go uderzyli, drugi raz, tak że przeleciał przez pokój, w szafę wpadł. Pięknie – sześciu drabów na jednego chłopaka. Wyciągnęli z kieszeni ulotkę: „No, masz?”. – „Wracałem z pracy, ktoś mi dał, nawet nie przeczytałem jeszcze”. Ale już byli szczęśliwi, że mają dowód, ulotkę: „Chcecie nas, Polacy, potruć, pozabijać”. Wy zabijacie Polaków. To im wolno, ale odwetu nie wolno. Musiałyśmy tak delikatnie poroznosić, bo to było bardzo dużo, cały prawie… na Mokotów i na Śródmieście, więc to była duża ilość. Jeszcze moja siostra, taka młodsza uczennica, w tornistrze nosiłyśmy. Rozniosłyśmy tam, gdzie trzeba.
I jakoś cisza się zrobiła, kazali nam nie kontaktować się przez najbliższe dwa, trzy tygodnie, więc przez trzy tygodnie rzeczywiście niewiele się tam działo, tyle że zawsze byłam w kontakcie z Marysią i Romką Łukaszewską. To były kontakty codzienne, bo my jeszcze [poza tym] byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Tak że każdy musiał wiedzieć… Przecież Heńka aresztowali, ale się udało go jakoś wyprowadzić, bo to że niby coś nielegalnie kupił czy coś takiego. Jakoś udało się Romce załatwić, cudem boskim. I później już normalnie zbiórki. [Gdy miało być] spotkanie na Matejki, to tak troszeczkę najpierw boczyły się dziewczyny, że to może być niebezpieczne. Ale po wywiezieniu Janusza do Oświęcimia wszystko już wróciło do nas. Kominek już był u nas (takie robiło się kominki), Boże Narodzenie czy w Wielkanoc jajeczko, to zawsze tradycyjnie, czy państwowe święta 11 listopada. Tyle tych wierszy się deklamowało. Mieliśmy zresztą w pierwszym okresie znakomity zespół, nie powiem teatralny, bo to za duże słowo, ale wystawialiśmy małe takie spektakle, dużo się wierszy mówiło, małe scenki opracowane przez Julka (chyba Berger się nazywał), aktor. Później był po wojnie… nie pamiętam, ale sympatyczny. Oni nam nieraz pomagali. Wystawialiśmy na dzień zaduszny bardzo piękne [scenki]. I patriotyczne wiersze, które jak moja siostra powiedziała… Bo ona miała ogromną łatwość uczenia się. Jak ja się uczyłam jakiegoś wiersza czy Janusz, to ona musiała też. I to jej pozwoliło przetrwać Majdanek. Te wiersze ciągle… Jak była w celi małolatek tutaj na Pawiaku, to ona ciągle deklamowała te wiersze. Po „Ojcze nasz” zaczynała się artystyczna część i to były przede wszystkim wiersze, które Krysia deklamowała. Ona całą Makuszyńskiego „Pieśń o ojczyźnie” (to jest takie długie), Słowackiego, wszystkie wiersze. Ja już dziś nie potrafiłabym powiedzieć, a on ma świetną pamięć. A to dziennikarz, może dlatego ma świetnie wyćwiczoną bardziej jak ja.

  • W jakich okolicznościach wyrzucono państwa z mieszkania?

Zwyczajnie, przyszedł Niemiec: „Opuścić mieszkanie w ciągu dwunastu godzin. Tutaj sprowadzamy rodzinę niemiecką”. To taki Ślązak był i ojciec jakoś wyszedł za nim, coś porozmawiał i: „A gdzie ci Ślązacy mieszkają teraz?”. – „Nowy Świat 26”. – on powiedział. I tato tam poszedł do tego człowieka i mówi, że jest taka [sytuacja]. [Ślązak] mówi, że oni też dostali [nakaz], bo to była dzielnica niemiecka – Aleje Ujazdowskie, Wiejska, Matejki to była dzielnica niemiecka. On dwoma wózkami… moi przyjaciele wózkami od warzyw [przewozili]. Mebli nie wolno zabrać, zresztą co takie ciężkie meble w stołowym, to kto by to podniósł i czym, jak to przenieść. Zabrali moją porcelanę, była w dwóch koszach, Rosenthala, taka moja wyprawowa, której niestety nigdy nie miałam, nie wiem. Może jeszcze jakieś rodziny niemieckie się na niej karmią. W dwóch koszach było oryginalnie zapakowane. Zawsze mówiłam, że podzielę się z moją siostrą, ale się już nie podzieliłam. Ale zabraliśmy to, [poza tym] jakieś osobiste rzeczy, ubrania, tylko trochę tych drobiazgów mama, takich pamiąteczek naszych różnych, zebrała w kosze, to co się dało. I tym wózkiem żeśmy przejechali się na ten Nowy Świat 26, a mieszkania chyba 41. Nawet meldunek gdzieś znalazłam kiedyś z Nowego Światu. Tośmy z moją matką szorowały w Wielki Piątek ściany, bo to było wszystko pożydowskie, ściany były olejne, myśmy tego nigdy nie stosowali. Olejną to w kuchni się robiło tylko lamperie, żeby łatwo było umyć, jak się coś pryska z kuchni. A tutaj wszystko szorowałyśmy od góry do dołu i to z takiego prawie czarnego zrobiło się szafirowe, jakiś rzucik jeszcze, ale było czysto. Wielki Piątek, Wielka Sobota to były ciężkie prace. Trochę tej pościeli żeśmy zabrali, pościel pozwolili zabrać, bo oni też mieli swoją, ręczniki i takie osobiste szmatki-łatki, a reszta została w domu. Jeszcze jak żeśmy odjeżdżali, to on mówił: „A, nie martwcie się. My będziemy to szanować, jak się wojna skończy wracam na Śląsk, a wy wrócicie do swojego domu”. Ale niestety dom nie przetrwał.

  • W którym roku została wymuszona ta zamiana?

Chyba w czterdziestym pierwszym czy drugim. W czterdziestym drugim była już aresztowana moja siostra. Przed samą Wielkanocą – to chyba był czterdziesty drugi.


  • W jakich okolicznościach aresztowano pani siostrę?

Coś wtedy… Wtedy była i Wanda Albrechtówna aresztowana, i Wiesia Nowosławska, i Krysia, jakaś wpadka całej grupy. Nie wiem, jak to się stało, nawet nie będę mówiła. To mogłaby siostra tylko powiedzieć, jak to się stało. Po prostu ja byłam wtedy akurat na dyżurze w drukarni, nie było mnie w domu. Przyszli po siostrę… To mi później ojciec mówił, dopiero po jakimś czasie się z tatą zobaczyłam, z rodzicami. Wracam z drukarni, jeszcze człowiek tak pachnie zawsze tą farbą, no i miałam cały pakiet, który miałam na Szarą zanieść, ale już wolno było chodzić, to ja po godzinie policyjnej idę. A nasza dozorczyni z miotłą lata i zamiata i prosto mi pod nogi i mówi: „Siostra aresztowana”. Mądra kobieta. „Nie wchodzić do domu, bo tam jeden czeka”. Ja tak spokojnie, niby przeszłam, coś do niej zgadałam, mówię: „Przepraszam”, coś. Jakoś delikatnie w tył zwrot, więc pręciutko zaniosłam na tą Szarą do Urbachów ten „Biuletyn Informacyjny” i poszłam do swojego biura. Mówię do Gienka Romantowskiego, jaka jest sprawa. Nie chcę tutaj [zostać], bo oni mogą przyjść do biura. I byli rzeczywiście w biurze, ale mnie już nie było. Przyszli sprawdzić, czy ja jestem. Nie ma mnie. A gdzie jestem? Powiedział, że wyjechałam służbowo gdzieś tam. A mnie zabrał Weil, akurat przyszedł, ten z Abteilung Wirtschaft, i jak go zobaczyłam, to powiem szczerze, trochę mi się nogi ugięły, bo myślę sobie: „Jednak on jest w służbie niemieckiej. Austriak, był zawsze życzliwy…”. On zawsze: O Maria, Maria, wie gehts? Mówię: „Nic dobrego, nie idzie dobrze, bo moja siostrę aresztowano”. – „Och, to gestapo”. Aż się czerwony zrobił i mówi: „Ja Marię zabieram. Ona tu nie może zostać, bo tutaj też mogą przyjść, nie popuszczają tak lekko”. I tylko że mam najpierw wyjść sama, jego samochód stoi i on mnie zawoła. Nie wiedziałam, czy mnie zawiezie do gestapo, czy… Zawiózł mnie do swojego domu, też mieszkanie bardzo znanych ludzi, nazwiska już nie pamiętam, znałam ich, to taka arystokracja warszawska. Mieli piękne mieszkanie, piękne obrazy. Żona jego i dwoje dzieci, takie cztery i trzy latka i te dzieci: Fräulein, Fräulein. I jak się uczepiły Fräulein, to mnie przez dwa tygodnie nie chcieli wypuścić. One mnie uczyły, jak się ta zabawka nazywa po niemiecku, jak się nazywa kapustka po niemiecku, jak to. Ja miałam przez niego kontakt. Pisałam liścik, on zawoził do Romantowskiego… Gestapo przyszło, Romantowski powiedział, że ja wyjechałam i prawdopodobnie przez jakiś czas, najbliższe dwa, trzy miesiące mnie nie będzie. Ale już później nie przychodzili. Okropnie. Nie chciałam tam dłużej u nich być. Dwa tygodnie byłam w tym niemieckim domu. Mój tato przekazał wiadomość i Romce, i Marysi, tak że już wiedziały (zresztą wiedziały już od pani Albrechtowej), że dziewczyny są aresztowane, jedna i druga. Była w celi małolatek na Pawiaku. Siostra niedawno miała takie spotkania na Pawiaku, nawet pana doktora poprosiła, Jasia… taki zaprzyjaźniony. To był najmłodszy więzień Pawiaka, on miał dwa miesiące, [był] z matką. Ojca rozstrzelali, a Maria (też chyba tak miała na imię jego matka) była aresztowana. Później Jasia, jak miał dwa lata, dali zezwolenie, żeby rodzina [go zabrała]. Ona nie miała żadnej rodziny, właśnie jacyś krewni go zabrali, potem oddali do domu dziecka, ale przeżył i został znakomitym kardiochirurgiem. Jasio jak stanął w progu: „Nie wolno wychodzić z celi, nie wolno wychodzi z celi”. Dwa lata był w celi z matką.

  • Czy w czasie więzienia na Pawiaku pani brat albo pani siostry…

Były grypsy. Nie było to bardzo częste, ale byli tam jeszcze przecież pracownicy tacy, którzy… Zawsze coś kosztowało, nie kosztowało, niektórzy byli nie to, że za mało patriotyczni, ale po prostu biedni i też jak im się zaproponowało jakiś datek, pieniądze, to bardzo chętnie zawsze brali i zawsze mówili, że jeśli coś będą mogli pomóc, [to pomogą]. Zakonnica też była, ona wyniosła… Rzadko te grypsy. Ja miałam taki stojak na kwiaty w smoki, zresztą oryginalny chiński, taka misa, można było owoce kłaść, można było kwiaty wstawić. I w te smoki myśmy z mamą napchały, tam aż ciasno było już od tych grypsów. Niestety nic nie ocalało. To, co w piecu, jak się właśnie… Jeszcze w czasie Powstania szłam przez to mieszkanie się umyć… Bo wszyscy mieszkaliśmy tylko w piwnicach. W piwnicach porobiło się przejścia z jednego domu do drugiego, trzeciego, żeby można było poruszać się po całej dzielnicy. Bo miałam się stawić u Kazika Brzezińskiego, Hoża czy Krucza. W ciemno chodziłam do nich. Zresztą teraz też była jakaś uroczystość, bo Kazik szefował przez pewien czas i tam zginął. I tam ,,Orsza” też urzędował i myśmy się tam umówili. Ale ja przed piątą, mówię: „Pójdę, jeszcze wstąpię do kościoła”, bo to od kościoła Świętego Aleksandra do Kazika niedaleko się skręcało. Mówię: „Pójdę jeszcze na chwilę do kościoła”. Tak w kościele jeszcze czasem człowiek chwilę odetchnął, jakoś tak zdawało się wolno. Ale z tą wolnością nawet w kościele nie było tak… W kościele też czasem zostawialiśmy dla księży biuletyny, informacje. Z księdzem się umawiało, w którym konfesjonale i gdzie się kładło, jak, kiedy.

  • W których kościołach?

Ja przeważnie właśnie u Aleksandra, bo to był mój najbliższy kościół i tutaj znałam dobrze księży, tak że tutaj nie czułam… Zawsze się wchodziło do kościoła, to człowiek patrzył, kto jest, bo też nie wiadomo było. W kościele potrafili być tacy, którzy potrafili sprzedać.

  • A czy pani spotkała się osobiście z takimi przypadkami?

Moja babcia się spotkała z tym. Babcia mieszkała na placu Trzech Krzyży u mojego wuja i schodziła sama, mimo że już była bardzo leciwa, bo już też po dziewięćdziesiątce. Schodziła do kościoła Świętego Aleksandra. Jak babcia to mówiła, bo przecież jeszcze była przytomna, poszła do kościoła. Ślub był. Nagle gestapo idzie, tupią, brzęczy to wszystko. I od ołtarza zabrali młodą parę. Ona była tak strasznie tym przejęta, moja babka znała język niemiecki znakomicie, była oburzona, że śmieli wejść i podobno nawet czapek nie zdjęli. Nie mogła tego przeżyć. I babcia, schodząc, to luty był, poślizgnęła się i złamała nogę w biodrze. I niestety po dwóch tygodniach babcia już nie żyła. Ale to może Pan Bóg zaoszczędził jej tego wygnania z Warszawy, żeby do końca upokorzyć człowieka. Babcia jak to mówiła, to łzy jej leciały jak grad. Kobieta, która mówi: „Ja jestem twarda, nie jestem z płaczek, ale nie uszanują ani Boga, ani człowieka, ani nawet tego świętego sakramentu. Mogli chociaż poczekać, żeby oni odeszli od ołtarza. Nie – od ołtarza ich zabrali”. Tego nie mogła przeżyć. Na nas też to rzutowało, bo babcia nie musiała sobie tej nogi złamać i mogła jeszcze pożyć, ale widocznie takie były wyroki.

  • Mówiła pani o szkoleniach, które pani przeprowadzała. Jakie to były szkolenia?

To szkolenia przede wszystkim prowadziła doktór Hanka, nawet to chyba była bratowa ,,Orszy”, prowadziła też sanitarne. Były też takie szkolenia, jak przychodził Władek Cieślak „Giewont”, po wojskowej linii, czyli jak się zachowywać w różnych sytuacjach, czego oczekiwać, na co zwracać uwagę, takie ogólne instrukcje.

  • Jak wyglądały przygotowania do Powstania i jak długo one trwały?

Trwało, to wiadomo ile dni. Przygotowania… Były oddziały AK i Szare Szeregi i były bojowe, oni przygotowywali już broń, nie broń i oni mieli już wszystko… Nas o tym nie informowano. My miałyśmy tylko być gotowe, żeby mieć zaopatrzenie w odpowiednie leki, bandaże , żeby w razie czego spełniać rolę i łącznika, [i służb sanitarnych]. Łącznik to od każdego szefa było wiadomo, że trzeba będzie iść na centralę, na plac Napoleona i przenieść meldunek. Na to byłyśmy przygotowane. Nawet ,,Orsza” mówił: „Spotkamy się jeszcze przed tym. Myślę, że zdążymy się spotkać przed piątą”. To dowództwo wyższe planowało wybuch godziny Powstania i ,,Orsza” wiedział, że o godzinie siedemnastej, z tym że: „Może jeszcze przed siedemnastą się spotkamy”.

  • Mieliście się państwo spotkać z ,,Orszą”?

Tak, u Kazika Brzezińskiego, ale ja wyszłam dużo wcześniej i minęły mnie na Nowym Świecie dwa wózki od jarzyn, takie jakimi nas koledzy przenosili na Nowy Świat. Te dwa wózki przykryte plandeką i na plandekę narzucone jakieś warzywo czy owoce. Jeden z chłopców puścił mi oko, więc zrozumiałam, że to broń. I spokojnie odjechali. Dzięki Bogu, że odjechali, bo byłaby jakaś straszna rzecz. Ja jeszcze tak postałam chwilę, bo wyszedł fryzjer. On zawsze mnie łapał, on strasznie lubił mnie czesać (dlatego nie umiem się sama uczesać, tylko muszę iść do fryzjera), i mówił: „Oj, te chłopaki, żeby tylko zdążyli”. A też się zorientował, to taki młody człowiek, u którego zawsze mogłam pakę [„Biuletynu Informacyjnego”] zostawić. On zawsze w ręczniki, gdzieś tam [chował] i porozdawał, gdzie trzeba. Pomocny był, pan Tadeusz. Odwróciłam się i mówię, że już idę. Doszłam do apteki – zaporowy ogień z BGK. Coś niesamowitego! Skaczą te kule ponad głową, widocznie z drugiego piętra czy skądś strzelali, nie wiem skąd. Ja się zatrzymałam przy aptece, cofnęłam się, weszłam nawet. Mówię: „Może to jakaś prowokacja, przecież nie ma jeszcze piątej”. Jeszcze mogłam spokojnie dojść, jakieś za dziesięć, za piętnaście piąta było, tak że miałam ochotę do kościoła wstąpić i dopiero na Kazika dojść, żeby być o siedemnastej. Ale ogień, krzyki na ulicy, widocznie ktoś został ranny. Ale ten aptekarz mówi: „Niech pani wchodzi, pani Marylko”. Znali mnie, byłam w kontakcie z nimi, zaopatrzenie jak coś tylko dostawali, to ja zawsze zaopatrzenie do swoich apteczek musiałam gdzieś kupować i nie budzić specjalnie zainteresowania. Bo też nie wiadomo, bo człowiek wszystkim wierzył, a później nikomu. Po Paradowskim człowiek przestał wierzyć. Bo jak kolega mógł kolegów wszystkich, kadetów pozdradzać i wszystkich wysłać na śmierć. Ale sam skończył… Do Oświęcimia go posłali, że tam siatka jest, w Oświęcimiu. Niemcy coś wiedzieli. Oczywiście, że była. [Jeńcy] wiedzieli już, kto to jest, przecież niejeden już mu zawdzięczał, że tam siedzi – doprowadzili go, że poszedł na druty. Wyrok był w Oświęcimiu na Paradowskiego. Tak że człowiek się zawsze bał, ale jeśli chodzi o aptekę, to był bardzo solidny i bardzo pomocny człowiek. I on nie pozwolił mi jeszcze wyjść, mówi: „Nie, niech ten ostrzał się uspokoi. Zobaczymy, poczekamy chwilę”. A tutaj wygląda na to, że oni zeszli, nie tylko z góry, ale i z dołu zaczęli strzelać, tak że od bruku odbijały się kawałki bruku. Krzyki, ludzie się rozbiegli, ci co byli na Nowym Świecie, Aleje Jerozolimskie, wszystko to [pouciekało]. Jak popatrzyłam przez szybę, dokąd można było zobaczyć, zrobiło się pusto. Odczekałam, mówię: „Nie stawiłam się na miejsce. Co ja mam zrobić? Wracam do domu”. Od domu jestem kilkaset metrów. Mówi: „Jeszcze niech pani poczeka, niech pani jeszcze [nie idzie], bo jeszcze nie wiadomo…”. Ale jakoś uciszyło się. Jak ruszyłam, przy ścianie poleciały strzały. Ale nie trafił mnie żaden. Doleciałam do swojej ulicy. Już był chyba właśnie ten porucznik, który objął dowództwo tego odcinka „Powiśle”. Nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska.

  • A pseudonim?

Nie, nie był z naszych, był chyba nawet z innego oddziału czy organizacji, trudno mi powiedzieć. Ale powiedział: „Ja jestem dowódcą odcinka Powiśle”. I tyle. No więc myślę sobie: „Jest ktoś”. Mówię: „Nie doszłam do swojej grupy, jestem z »Szarych szeregów«“. – „To się druhna przyda”. – „Jeśli tylko trzeba… Tylko pobiegnę na górę do rodziców, powiem, że niestety Powstanie już się zaczęło trochę wcześniej i jestem tutaj”. – „Dobrze. Ja tu będę…”. On stał właśnie koło fryzjera, a później mówi, że idzie od strony Foksal, że nie może stać we wnęce, bo w bramie właściwie stał, tylko na Foksal mam przyjść (Pierackiego czy Foksal to wszystko jedno). Poszłam do rodziców powiedzieć, że jestem, i zostawiłam chyba torebkę, coś miałam przy sobie (kto wie, czy nie miałam jakiegoś „Biuletynu…”) i poszłam do niego. Pytał, czy będę próbowała porozumieć się z ,,Orszą”, bo jeszcze telefony działały. Ale coś nie bardzo się mogłam dodzwonić. Później wreszcie moja mama się dodzwoniła i miałam zostać na Nowym Świecie i zgłosić się do szpitala oftalmicznego, bo szpital potrzebuje pielęgniarek. A szpital oftalmiczny był już wcześniej przeniesiony do pałacyku na Pierackiego, w pałacyku Zamoyskich.
Jak tam poszłam, od razu spotkałam Władka Kuczyńskiego, doktora, harcmistrza, i Władek mówi: „Boże, nie mam już tych ludzi gdzie kłaść”. I chorzy, i poparzeni tym napalmem czy czymś, rany, całe ciało odpadało – okropność. Mówi: „Zajmiesz się tymi [rannymi, żeby mniej cierpieli]”. Bo tylko się kładło takie płaty namoczone w środku znieczulającym i owijało. To ciało dosłownie odpadało tym ludziom. Takich oparzeń to ja już później w życiu nie widziałam. […] Władek mówi: „Słuchaj, jest tak mało miejsc, co by tutaj zrobić?”. Ja mówię: „Wiesz, tu jest teatr, »Ateneum«. Słuchaj, tam jest taka ogromna sala”. I tam zrobiliśmy szpital. Ludzie poznosili materace, kanapki jakieś, rozkładane łóżka. I zaczęło się. Niestety od strony Wisły, Powiśle od Starówki zaczęły przychodzić osoby postrzelone. Cały czas trzeba było w tym szpitalu, i tu i tu, pracować. Tam zakonnice były jeszcze, w oftalmicznym, była jedna okulistka, też siostra, i było chyba z dwóch lekarzy, trochę pielęgniarek. Mało ludzi ciągle, a tych chorych! Boże, okropnie dużo i okropna praca. Zgłosiłam się tam. Powiedział, że mam się meldować. Wobec tego, jak on zobaczył, ten porucznik, przyszedł i mówię, że my tutaj zakładamy polowy szpital. Dość prymitywny, łóżka i materace jeden na drugim, na podłodze leżały, ale już ludzie mieli gdzie się położyć. Nawet przychodzili ci, którzy byli bez domu. Ludzie przyjmowali co prawda takich, ale nie można było już mieszkać w domach, bo tak ścinali, rąbali, że całe życie zeszło do piwnic. Oczywiście pierwsza rzecz, jaką zrobiliśmy w pierwszych dwóch dniach, to barykada między Nowym Światem a Chmielną czy Warecką (już nie wiem), to też znosili, co kto miał. Jakieś stare krzesła, biurka. Ja mówię, że to trzeba umocnić tak, żeby te kule przez to nie przeszły, bo postrzelili jednego, drugiego. Mieliśmy ciągle tych z postrzałami, którzy chcieli przejść albo z tej strony, albo z tej strony i później od razu trzeba było ich do szpitala. I tam Władek oczywiście napracował się strasznie. Nawet on nie wychodził ze szpitala, bo nie miał gdzie. Ja mówiłam: „Władek, chodź do nas, do mamy”. Może ze dwa razy poszedł do naszego domu na drugie piętro umyć się, bo nie było przecież kiedy, a spocony, zmęczony zabryzgany krwią. Warunki były tam poniżej wszelkiej krytyki, ale w miarę naszych możliwości udzielało im się pomocy.
Muszę powiedzieć, że chyba ze trzy razy z Basią Kirszenstein ze Smolnej (dziurami do nich dotarłam i Basia później też do mnie dotarła) z apteki dostaliśmy wszystko, co tylko było, leki, dla oftalmicznego on [aptekarz] dał wszystko, co tylko uważał, że może się przydać – i watę, i opatrunki, i jakieś leki. Część poszła do oftalmicznego, a część tych opatrunków, bandaży [do nas]. I tak było tego mało i trzeba było robić bandaże tak, jak robili to w 1863 roku: kobiety darły prześcieradła na szarpie i tym się bandażowało. Niestety te pokancerowane nogi gorzej było…
Taka nasza sąsiadka z ciekawości weszła na strych i [„gołębiarz”] musiał ją postrzelić właśnie z BGK, bo BGK ciągle strzelało, oni ciągle ostrzeliwali wejście do Nowego Światu. Chciała zobaczyć, bo już się mówiło, że Starówka już pada, że pędzą ludzi. To jest prawda, pędzili ludzi przed czołgami, pędzili starców, dzieci, jak ktoś padł, to nie zatrzymywali się, tylko przejeżdżali przez człowieka. Niejednego później trzeba było odskrobywać. Potworne. To są barbarzyńcy XX wieku, tego nie da się inaczej nazwać. Mamy przebaczać, modlimy się, przebaczamy naszym winowajcom, ale zapomnieć tego nie można. W pierwszym momencie powiedziałam, że naród, który dopuścił się takiej hańby ludobójstwa, powinien być wymazany z mapy świata. Ale mój głos się nie liczy w tym wielkim świecie.

  • Pani też widziała takie pędzenie ludzi przed czołgami?

Tak, tak. Przecież ją musieliśmy ściągnąć, tę kobitę, bo tak: „Iiii”, wyła strasznie, a wiedziałam, że poszła. Jeszcze mówiłam: „Pani Anno, niech pani nie wchodzi”. To była młoda kobieta, nie miała trzydziestu lat na pewno. I postrzał dostała w głowę. Do oftalmicznego ją musieliśmy [zabrać], bo przecież tutaj nie było sali operacyjnej, w oftalmicznym oni mieli dużo lepiej zorganizowane. Jak weszłam i zerknęłam na to. Ja się nie dziwię, [że ją postrzelono]. Ona podobno była już parę razy na tym strychu. Ja wtedy akurat ją zobaczyłam, że wchodzi: „Niech pani nie wchodzi, bo obstrzał jest okropny”. Akurat tak strzelali, widocznie dla tamtych chcieli zrobić tutaj czystkę, taki ogień zaporowy szedł. Wyciągałam ją stamtąd, bo leżała, piszczała, pełno krwi, cała głowa we krwi. Tak jakoś [pocisk] poszedł po tym… Zaraz przyszedł mój ojciec i ktoś, kogo ja [zawołałam], bo darłam się: „Chodźcie pomóc”. Bo tam czasem ludzie szli do swojego mieszkania, niektórzy jeszcze kwiatki podlewali. Zresztą moja matka też kwiatki podlewała. „Wieczorem – mówiła – jak ciszej jest, to ja idę kwiatki podlewać”.
Każdy jeszcze wierzył, że może… Nie wyobrażaliśmy sobie, że wszystko pójdzie w gruzy, że wszystko wypalą. Polewali tym napalmem. Koledzy, którzy zostali wybrani, to tych czterystu takich wybrali mocnych mężczyzn do grabienia mieszkań, bo jak Niemcy się zachowywali: podjeżdżały samochody, pościel, materace rzucali na te duże samochody, bo był front na wschodzie i tam marzli, bo tam mieli kupę tych nieszczęsnych żołnierzy. Niemcy, nie Niemcy, ale jak już był odmrożony, ręce odpadały, nogi odpadały czy był jeszcze poharatany, to oni… Pościel gdzieś tam podobno na wschód szła. Cenne rzeczy, obrazy, to… u mnie była ta moja porcelana Rosenthala w dwóch koszach, to pan Haupmann, kolega, który matce mojej przekazał, Wiesio. Wiesia jeszcze raz później spotkałam, wyjechał i ślad po nim zaginął. Nie wiem, czy on w ogóle z Polski wyjechał, bo to był kawaler, nie miał żadnych zobowiązań, uczynny, ale nigdzie nie należał. Jak trzeba było pomóc, to on zawsze pomógł. W każdej słusznej sprawie. Jego ojciec nauczył go tego, żeby nie należeć do żadnej partii, nigdzie się nie zapisywać, do żadnych organizacji. Nie, to nie. Ale Wiesio musiał być pod karabinem, pod pistoletem, bo pan Haupmann szedł z pistoletem, jak oni nieśli te kosze. On przeczytał, Rosenthal daje takie [z opisem], co było w zawartości. To była moja porcelana wyprawowa. I do swojego samochodu, to był drugi samochód. Obrazy – był Fałat i był Kossak jeden, no to obrazy tam. Jeszcze coś tam było, bo moja mama kochała się w porcelanie, to u nas dużo było takich cacek. To, co jemu wpadło w oko, to do swojego samochodu. I między innymi wziął podobno też ten wazonik chiński i te wszystkie tam były, nie wiem, czy przyszło mu kiedyś do głowy, ale do swojego samochodu wziął, to bardzo piękna rzecz. Oczy się ruszały smokom… Miałam taki mały wazon, on mi przypominał właśnie te smoki w mojej dużej misie.
  • To grabienie było już po Powstaniu?

Po Powstaniu już było, oczywiście. Właśnie odeszłam od tego tematu, a Powstanie jeszcze trwało. Ja byłam w tym szpitalu z Władkiem, żeśmy opatrywali tych postrzelonych, których stale napływało z Powiśla, gdzieś tutaj donosili nam tych chorych. Właśnie lżej chorzy byli u nas, niewymagający operacji, tylko pozszywać, bo tutaj nie było sali operacyjnej, więc nie było warunków na to. Ja chyba po takich dwudziestu czterech godzinach, bo to ani poprzedniego dnia nie było spokoju, a poprzedniego dnia jeszcze byłam, zdaje się, na placu Napoleona, bo jeszcze chyba ze trzy razy byłam z meldunkiem na placu Napoleona. Po drodze brałam jeszcze prasę ze Szpitalnej i pocztę dla Nowego Światu i Powiśla. Pocztę oddawałam porucznikowi, on mówił, że jest cały zastęp małych łączników, taki „wróbel”. Jeden taki stał przy naszym szpitalu, taki mały z karabinkiem, w niemieckim hełmie. On malutki: „Ile masz lat?”. – „Dziewięć”, taki wróbelek. To mu jeść przynosiłam.
Myśmy gotowały jeszcze jedzenie dla tych chłopców. Musieliśmy kuchnię uruchomić. W pierwszej bramie po lewej stronie był taki pawilon, nie pawilon, tam jakiś folksdojcz miał restaurację. Chłopcy… nawet nie wiem, co to za grupa była. U Giżyckiego na Smolnej była grupa, ale jeść im się chciało. A tam były magazyny Meinla – kasza, cukier i trochę makaronów, ale tego makaronu to było, co kot napłakał. To się chyba ze trzy razy ugotowało, to przynajmniej wszyscy pojedli, a kasza manna to, powiedziałam, tylko dla dzieci może być. Trochę ryżu było, to chłopcy przynieśli nam tymi dziurami, przekopami (to nie było takie łatwe) ze Smolnej do nas. A my z Basią jeszcze próbowałyśmy na Skarpę iść, bo tam ogródki działkowe były, Basia wiedziała o tym i mówi: „Chodź, pójdziemy, trochę zieleniny, żeby to okrasić, zerwiemy”. Ostrzelali nas zresztą, z tamtej strony Wisły nas ostrzelali, ale jakoś szczęśliwie, nic nam się nie stało. Aleśmy nakosiły wtedy, co się dało – jakaś marchew, buraki, pietruszkę – co się dało wyrwać i co tam jeszcze było, tośmy rwały, nie patrzyły, ciemno było. Dwa worki żeśmy tego przyciągnęły do kuchni. Moja mama trochę rządziła w tej kuchni, żeby gotować, bo trzeba było i tym chorym trochę zupy było zanieść, [i dla nas]. Oftalmiczny to gotował, miał kuchnię i dla tamtych gotował, a dla tych naszych (to taki przypadkowy szpital, to właściwie taka była ochrona, żeby mieli dach nad głową i udzielenie im pierwszej pomocy) [musieliśmy sami zorganizować].

  • Gdzie się zanosiło ciężej rannych?

Donosili chłopcy z AK i cywile. Po zbombardowaniu elektrowni to przecież przynieśli. Mojego ojca też przyprowadził sąsiad, bo też był kontuzjowany. Na szczęście nic mu się nie stało poza kontuzją. Miał torsje, ledwo go prowadzili, nie mógł chodzić. To był wstrząs, jak go rzuciło, ten podmuch. Wiem, bo ja też byłam rzucona raz, jak szłam na Napoleona. Jak mnie podniosło i rzuciło, przez płaszcz miałam pozbijane siniaki na łokciach, kolanach. Podnosi człowieka, a przecież coś człowiek waży. Szalona siła.

  • A jak było z wodą?

Długi czas była woda. Później na górze nie było wody, tylko jeszcze dołem gdzieś można było łapać wodę. Nie wiem, czy już filtry przestały działać wszystkie. Na dole można jeszcze było, w piwnicach gdzieś tam odkręcali zawór i jeszcze woda leciała, a na górze nie było. Ja wtedy przyszłam chyba po dwunastu godzinach albo i więcej, chciałam się umyć trochę. Wzięłam dzbanek, przed wojną były takie dzbanki z uchwytem, wzięłam trochę wody, mówię: „Pójdę do siebie na górę, obmyję się i przebiorę”. Ja się nie pocę, ale czułam się taka lepka, nieświeża. Poszłam na górę. Umyłam się, wychodząc, jeszcze wzięłam torbę. Torba stała przy drzwiach. (Teraz to ja wiem, co tam było, i będę pamiętać zawsze, co miałam w torbie). Zabrałam ją. Niby wszystko było, dokumenty, takie najważniejsze rzeczy, to wszystko było zniesione do piwnicy, a ta torba, myślę sobie, że pewnie jakieś fatałaszki. Wzięłam, a tam rzeczywiście były moje nowe buty, tylko mój tato był taki przewidujący, że wyjął prawidła, włożył mi tam pończochy, majtki, cały komplet elegancki dostałam od mojego narzeczonego, z Wiednia przywiózł, piękny, w te buty wpakował. Tam miałam kimono japońskie, które przysłał mi mój wuj, który w Japonii był attaché. Nieprzydatne dla nikogo, raz w nim byłam, bardzo piękne zresztą, przepięknie haftowane. Co tam jeszcze było? Trzy mydła Pulsa, pół kilo kawy, bo od Meinla mieliśmy taką sąsiadkę, ona kradła takie wycinki i przynosiła do nas. Ona bardzo lubiła moją mamę, a mama ją karmiła, bo ona była biedna, biedne dziecko właściwie. Niby na służbie, gdzieś ją przywieźli, a pracowała jako sprzątająca u Meinla, później zrobili z niej sprzedającą. A nie miała gdzie nieraz spać, nie miał kto jej dać łyżki zupy. Moja mama to taka, że wszystkich karmiła całe życie. Tak ją przygarnęła, te dziewczynę i ta dziewczyna później jak podkradła trochę tych bonów na kawę, to się szło, nie gadałam nic, tylko dawałam bony, brałam kawę. Dzięki temu mieliśmy kawę. Ach, to też takie różne nieprawidłowości.

  • A jak wyglądał taki zwykły dzień pracy powstańczej w szpitalu?

Czytało im się, mówiło im się wiersze. Ksiądz był, raz odprawiał nawet mszę świętą, tośmy wszyscy byli. Poza tym była tam taka „Wawa” i Jankowski chyba. Ona taka wielka baba, to z jakiegoś kabaretu. Oni czasem przychodzili i do oftalmicznego, i tutaj kiedyś na placyku żeśmy zrobili taki wieczór, żeby trochę ludzi rozerwać. Ludzie płakali, modlili się. Na każdym podwórku były ołtarzyki porobione. Ludzie się modlili bardzo. Z każdego domu przez piwnicę poprzez mur powybijane były dziury i można było od apteki, od Smolnej przejść przez cały Nowy Świat tymi dziurami. I tak się chodziło, bo tak to był taki obstrzał, że groziło to zawsze postrzeleniem.

  • Wspominała pani o prasie powstańczej. Czy to był raz, kiedy pani ją miała?

Dwa razy odbierałam prasę dla całego Powiśla i Śródmieścia, wprawdzie Nowy Świat to nie Śródmieście, wszędzie nie dało rady pewnie. Dali mi sporo nawet tych „Biuletynów…” i przeniosłam je. Wtedy wstąpiłam właśnie na pocztę i też mi na poczcie nawet jedna z tych [dziewcząt] mówi, że ona mnie ciągle [pamięta] (jak mnie zobaczyła na zebraniu, jeszcze jak ,,Orsza” był), mówi: „Ooo, to ja druhnę pamiętam, bo druhna odbierała pocztę dla Powiśla i dla Nowego Światu”. Na Nowym Świecie to ja mogłam przez te dziury przesyłać. Na Kopernika był jeszcze jakiś list, pamiętam, chyba do jakiegoś doktora, przecież tam szpital dziecięcy był. To tak trochę kiepsko… Chłopcy właśnie tacy mali poznosili tą pocztę, takie dzieciaki – warszawskie cwaniaki. Tak nazwałby je „Kamyczek”. Dzieci, które byłyby zuchami wspaniałymi, które wiedziały, co się dzieje, jak trzeba działać, jak trzeba pomóc. Wszędzie weszły, wszystko powtórzyły, tak że jak coś trzeba było przekazać ustnie, to jak pacierz potrafiły. Dobre wychowanie, to była dobra dzielnica – Nowy Świat, [Trakt] Królewski. Śródmieście to właściwie była taka enklawa kultury warszawskiej, bo trudno mówić o Pradze, o Woli, innych. Żoliborz też należał do takich bardziej… ludzie zamożni tam przeważnie się budowali. Te spółdzielnie też były dość kosztowne.

  • Czy rozmawiało się o artykułach z tych gazetek?

Trochę ludzie rozmawiali. Ja niewiele miałam czasu. Czasem słuchaliśmy radia. Łapało się radio Toulouse. Jak ja już słyszałam „Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej…”, to ja musiałam odejść, nie chciałam nic wiedzieć. Bo oni podawali czasem, jakie są ruchy, gdzie są zrzuty. Nasi chłopcy, ci wojskowi, mieli to, porucznik mówił, że będą zrzuty, ale nie na naszym terenie, tak że my wiedzieliśmy, że będą jakieś zrzuty. Był jakiś samolot zwiadowczy z Londynu, to on też o tym wiedział, on dostawał te meldunki, dużo nam mówił. Zawsze przychodził do nas, tam gdzie nasz szpital taki był, pokój z boku (tam szatnia kiedyś musiała być albo coś takiego) i tam żeśmy się spotykali, on zawsze mówił: „Dobrze, że druhna tutaj jest i tak trzeba”. Jak trzeba było meldunek, to on przynosił mi coś i mówi: „Ja po to przyjdę za dwie, trzy godziny”. Wiedział, że ja mogę za godzinę się tam doczołgać, a mogę, bo to też trzeba było dobrze uważać, żeby dojść. Też nieraz przez piwnicę mnie przeniosło. […] [Patrzę] z drugiego piętra i widzę tłum ludzi stojących i SS-Galizien, a on do mnie po rusku mówi: „No, szybciej”. Ja mówię: „Ja musze iść po dokumenty”. A on trzyma w dłoni granat, zawleczkę: „Jak wejdziesz, to w kawałkach wyfruniesz”. I mój ojciec mnie chwycił za rękę i mówi: „Trudno, dokumenty to się…”. I ja z tą torbą stoję, nie postawiłam jej. Trzymam tę torbę, nie wiem, dlaczego tak ściskałam mocno. Nie wiedziałam, co [tam jest], tylko musiałam ścisnąć pięści, bo coś w człowieku pęka, że ktoś taki przyjdzie… Ci moi rodzice poubierani, mama w płaszczu, ojciec też, ci ludzie wszyscy. A mówi: „Jak kto został, to i tak się przejedzie”. Ja jeszcze mówię do niego… Często jeździliśmy na Wołyń do moich kuzynów, ja nie znałam rosyjskiego, ale po rusku dobrze się z nimi rozmawiało, od tych chłopców nauczyłam się trochę ukraińskich słów. SS-Galizien nas pacyfikowało. Nie dali wejść z drugiego, z pierwszego, z drugiego napędzili, wypędzili nas na Foksal. Ja chciałam do tego szpitala. Widzę, że Władek stał w środku. A on: Raus, raus! – drze się do niego. Przecież on był w fartuchu i nie wiem, bo jak… Tak mnie odepchnął, bo gdyby nie ojciec, to pewnie wylądowałabym na ziemi. Bo ja coś chciałam im powiedzieć, zatrzymać się tam. Nie wiem też, co się dzieje w oftalmicznym, przecież tam tylu ciężko chorych. Mówię: „Boże, co tu robić?”. Jedna rzecz, którą miałam na górze – uzupełniłam sobie swoją torbę lekami, bandażami i jeszcze wzięłam taką nalewkę (mama robiła takie rzeczy) na żołądek, wszystkie takie biegunkowe rzeczy (tylko ona znała skład przeróżnych ziół, korzeni). Stała właśnie w stołowym czy może w kuchni, gdzieś musiało być blisko na mojej drodze. W kuchni [na pewno], bo ja się w kuchni myłam, nie w łazience, bo tam spokojniej było, ciszej. Więc wzięłam jeszcze butelkę z tymi ziołami, jeszcze wcisnęłam do tej torby, i miałam pełniusieńką torbę leków. Jeszcze zastrzyki nasercowe, kardiamid jeszcze miałam i jeszcze coś, jakiś lek, też do zastrzyków, już nie pamiętam. W każdym razie miałam całą torbę, taka byłam zadowolona, że sobie uzupełniłam, i z tym zeszłam, i z tą torbą, i z tą torbą. I tak stałam, a tu tłum ludzi. Przepędzili nas, tam było chyba z pięć setek tych ludzi. Od Giżyckiego obstrzał. Tam nasi chłopcy przecież byli, więc nie wiem, po co oni strzelali. Ci się odwrócili, jak puścili całą serię… Człowiek już nie wiedział, z której strony, gdzie, kiedy dostanie. A później nas przepędzili aż przez Bednarską, do Krakowskiego Przedmieścia, przez Miodową, Chłodną. Na Chłodnej też taki incydent, który… jak mówię – jak możesz przebaczyć? Dziecko maleńkie płakało. Pewnie matka ani pokarmu nie miała, ani czym nakarmić tego dzieciątka. Ten Werkschutz jakiś, bo to chyba Werkschutze, starsi, jakiś żołdak, wdarł się tam, wyrwał jej to dziecko, [złapał] za nóżki… Widzę, jak on rzuca… A wszystkie domy palą się. Chłodna po prawej stronie stoi w płomieniach, żar idzie. I rzucił to dziesiątko rozdarte w te płomienie. Ja oczywiście rzuciłam się do przodu, bo myślę sobie: „Wyrwę mu to dziecko”. Ale ojciec i mama trzymali mnie: „Dziecko, nic nie zrobisz w tym tłumie, tyle że oni rozstrzelają, nie rozerwą jednego dziecka, ale nas wszystkich wytłuką”. Może miała rację, trochę mnie hamowali. Człowiek jeszcze młody i miał siłę, to wydawało mu się, że ma obowiązek jeszcze walczyć. Przegrana, wiadomo, że przegrana. To nie była wojna do wygrania.
Dopędzili nas do kościoła na Woli. Dantejskie sceny. Jedna rodzi, jeden umiera, ktoś ciężko chory jęczy, leżą, ktoś wymiotuje. Po tych konfesjonałach z początku to tam siusiali, tam się załatwiali, a później gdzie kto stał. Niektórzy mieli jakieś biegunki, bo ci ludzie byli strasznie chorzy. Boże, stłoczeni jak śledzie w beczce, jeden obok drugiego, nie bardzo było się jak poruszać. Tak żeśmy stali chyba ze dwie godziny. Tłum. Kościół był upchany. Nie zapełniony – upchany. Nawet nie można było podejść do kogoś, kto wzywał pomocy, bo nie przepuścili inni, bo nie było jak się przesunąć. Tak że nas tutaj od… Ponieważ chyba [byłam jako] końcówka z moimi rodzicami, tak mnie wepchali od wejścia na lewo i okienko było. Ja jeszcze przez to okienko wyglądałam. Zatrzymywali wszystkich mężczyzn. Kolega akurat mówi: „Może masz kawałek mydła?”. Ja jeszcze wyciągnęłam, bo miałam w torbie lekarskiej, oczywiście całą kostkę mydła. Wyciągnęłam to mydło i wyrzuciłam mu przez okno to mydło. On mówi: „Grzebień mam, ale kawałka mydła już nie, a już kilka dni jestem poza domem”. Widocznie on też musiał być gdzieś w akcji. Ja przytomnie, schodząc z góry, zdjęłam z płaszcza, bo miałam na sobie cieniutką jesionkę i na to wzięłam taki płaszcz skórzany, bardzo elegancki, bo przedwojenny. Zdjęłam i włożyłam to do kieszeni. Później mama mi to wyciągnęła i wzięła do swoich tam… Nie chciała, żebym ja to miała przy sobie… Jak się potrafi żołnierz zachować, to dał świadectwo na Krakowskim Przedmieściu: „Ręce, baby! Baby, ręce do góry!”. Tyle potrafił po polsku powiedzieć. No to każda wyciąga. Jak zobaczył gdzieś pierścionki, ja przytomnie, miałam też pierścionek i obrączkę, zdjęłam i wpuściłam sobie do… wydziobałam dziurkę, jak szłam, po drodze. Nie wiem dlaczego, tak mi się jakoś [zrobiło], może z nerwów. Te pierścionki dwa tam wsunęłam i z tymi pierścionkami wyszłam. Ocaliłam te [palce], bo nie miałam nic na palcach, a kobiecie wyłamał palec, [jak nie mógł zdjąć] to bagnet wyjął i ciachnął. Boże! Kobieta zemdlała tuż obok nas, dałam jej bandaż. Obciął jej palec dla pierścionka. Można sobie wyobrazić, co za mentalność, jaki upadek moralny żołnierza, człowieka z tej samej rasy niby. Aryjska, aryjska – mają się czym chwalić.

  • I z tego kościoła…

Z kościoła najpierw mężczyzn gdzieś tam zabrali i ciężarówki odwiozły gdzieś tych mężczyzn. Starszych, jak mój ojciec, jeszcze ojciec siwiusieńki, jeszcze po kontuzji, no to takich starych ludzi nie brali. Byli z nami w kościele starsi panowie. A tych młodych, w sile wieku, taki, który widocznie się nadawał, może do roboty, nie wiem, może zabrali ich [na potrzeby wojska]. Wojsko potrzebowało przecież robotników. Z tej grupy wybrano czterystu takich mocnych, właśnie ten Rysio mówił, że odwieźli ich gdzieś na plac i tam czterystu wybrali, to jakichś przy torach. Podjechały bydlęce wagony i tam pakowali. A ich czterystu z powrotem na samochody, zawieźli do Warszawy i do dyspozycji wojska. A to wojsko, dom po domu, mieszkanie po mieszkaniu wyciągali. Przez okna wyrzucali pościel i ta pościel leciała na wschód. Koce, kołdry, poduszki. A inne rzeczy sobie przywłaszczali. Mówi, że wiedział, że ja mam porcelanę, i mówi: „Wiesz co? Korciło mnie, żeby puścić, ale on by mnie zastrzelił. Nie tylko mnie i tych dwóch, którzy szli przede mną”. A to były dwa kosze wiklinowe. Mówi: „No to twoja porcelana pojechała do Niemiec”.

Ale nie porcelany, „nie żałuj róż, gdy płoną lasy”. Tragedią było to, że później nas wypuszczali, wchodził: „Wychodzić!”. Halt! – stoją. Stoi stolik, przy stoliku: „Ile masz lat?” – pytają i każdy mówił. Młodzi idą na bok, starzy idą na bok. Rodzice [trafili gdzie indziej], rozdzielono nas. Później starych popakowali na samochody i do Pruszkowa. Po co tych ludzi wieźli do Pruszkowa, nie wiem. Nas popędzili do tej bocznicy i w wagony, ale też do Pruszkowa nas dowieźli. I w Pruszkowie w warsztatach kolejowych [było] okropnie, ale woda chociaż była, więc się każdy trochę obmył, bo już ludzie byli umęczeni do końca.
Tam napchali nas do tych warsztatów i grupami znowuż po kolei [kazano] wychodzić. Meldowali i znowuż pytanie: „Ile masz lat? Ausweis?”. No to w ausweisie mam pieczątkę i [informacja], że mogę sto złotych wziąć czy coś takiego, mam taką [oznaczenie]. Postemplowali nas, wszystkie młode dziewczyny, młode kobiety, ale nawet i z dziećmi odstawili nas na bok. To stoimy tam. Rodziców moich oddzielili, takich starszych ludzi przepędzili do jednego baraku i gdzieś tam za chwilę podjechał pociąg. Starszych ludzi pakowali do tych wagonów i one gdzieś odjeżdżały. Nie wiem, gdzie odjeżdżały, w każdym razie gdzieś tam moi rodzice dojechali, do Sienna koło Kielc chyba. Tam wujo miał swój majątek i wujo dowiedział się, że jadą warszawscy wygnańcy. On też miał jakieś kontakty, bo zawsze tam mieli podziemne [powiązania] i telefony, nie telefony, tam coś było, tak że już pilnował, że może [znajdzie] kogoś z rodziny. No i moich rodziców wyłowił, dzięki temu rodzice moi zostali u wuja w Siennie. Ale nikogo z rodzinny więcej nie było, bo to akurat może była nie ta dzielnica. Tam jeszcze jakiegoś kuzyna później [znalazł]. Przyszedł ten kuzyn sam, ale to był już taki bardzo stary pan, jakiś tam wujo tej wujenki ponoć. Rodzice zostali w Siennie, ale o tym ja się dowiedziałam dużo później.
Nas posegregowali na tyle, na ile można było posegregować ludzi w bydlęcym wagonie. Tak nas poupychali, równiusieńko. Tak że też trzeba było stać, bo usiąść nie można było, uklęknąć nie można było i tylko trzeba było stać. Więc posegregowali, jeden, drugi, trzeci wagon i pociąg ruszył. Było tych wagonów kilka, nie wiem, ile było. Później w Skierniewicach zatrzymał się. Mi w Skierniewicach być może i udałoby się uciec, bo miałam tę torbę, a były dziewczyny z PCK, podawały wodę do picia… Ale była taka służąca, którą wyciągnęłam z gruzów z moim ojcem, i ona trzymała mnie i krzyczała: „Bo ona może uciec, bo ona może uciec”. Józefa Wojna. Po co myśmy ją ratowali… Gołą, w koszuli nocnej przyprowadziliśmy ją do naszego domu, bo ona była służącą naszych przyjaciół na Sokolej, a dom poszedł w gruzy, bo został zbombardowany. Wyciągaliśmy ją z ojcem moim i z ludźmi. Pracowaliśmy tak ciężko, żeby tych ludzi wyciągać, a ona mi się odwdzięczyła. Pilnowała, żebym ja czasem nie uciekła. Ona, no i Mietka, też tego mojego kolegi [siostra, sympatia?], takiego serdecznego zresztą. Gienek był bardzo przyzwoity, ale Mietka była strasznie tchórzliwa i też trzymała się mnie kurczowo. Ona była chora, co prawda, na serce, więc ona ciągle ode mnie kropelki dostawała, to się bała, żeby jak mnie straci, to straci już wszystko.
Ale i tak nas już później rozdzielili. Zawieźli nas do Breslau, do Wrocławia. We Wrocławiu miałam ochotę, wiedziałam, że tu są Polacy, [myślałam], że może uda nam się uciec. Ale nie udało się. Wobec tego dalej zostałam zawieziona na Burgweide, to jest Brochów obecny. Tam były obozy. Dziesięć tysięcy ludzi w moim. Jak ten powiedział, że dziesięć tysięcy. Zdawał meldunek, jak nas wyładowywali z nas z tych wagonów bydlęcych – dziesięć tysięcy ludzi z Warszawy. Oczywiście o tych warunkach to nie chcę mówić nawet, bo można tylko płakać. W życiu nie widziałam, że może być tyle pluskiew. Były tam prycze, tam były już pobudowane, widocznie już przez ten obóz przeszło mnóstwo ludzi, ale nie wiedziałam, nie wiedziałam, że jest czarno od pluskiew, że coś czarnego to są same insekty. Oczywiście miałam to szczęście, że na trzecie piętro się wgramoliłam, bo myślę sobie, że może tam [będzie lepiej]. Miałam jakiś amoniak, polewałam sobie naokoło, że może jakoś w kucki… Nie wolno było stać, tylko tyle ile napędzili, to tyle ile było prycz, to na wszystkie prycze – po dwie, po trzy żeśmy siedziały na tych pryczach. Następnego dnia znalazłam sobie pryczę oczywiście. Ta Mietka miała postawioną miskę z miętą, którą zdobyło się wieczorem, to na tej mięcie centymetrowy kożuch pluskiew pływał. Możecie sobie wyobrazić, co to były za warunki, tak ludzi, tak nas potraktowali. Ale to wszystko nic.
Jest jakaś kuchnia polowa (nie wiem, czy to PCK, przypuszczam, że PCK), nie można było się tam dorwać. Dostaliśmy miski cynowe i [kazano] stanąć. Rygor, popychają, przepychają. Ukrainki – chyba tam Ukrainek sporo było – one żądzą tą kuchnią, kto dostanie zupę, kto nie dostanie zupy. Jak ktoś się nie podobał, to potrafiła kopnąć i wypchnąć z kolejki. Ja wzięłam tą zupę, a za siatką siedzą ludzie pod gołym niebem z dziećmi, kobiety, przede wszystkim same kobiety, większość. Tam było kilkudziesięciu starszych ludzi. Ja nie wiem, jak się ci ludzie starzy tam dostali jeszcze z tą grupą młodych kobiet. Ja nie wiem. Młodych – to już nie młodych, bo w różnym wieku, ale kobiet. Kobiety osobno były, a tam jeszcze było tych kilku mężczyzn i oni ani nic pomóc, ani nic. Chodzą, pytają, czy coś, czy może kawałek chleba, bo dziecko płacze. Później patrzę, rzeczywiście te z PCK przywiozły jeszcze chleb krojony w kawałki. Ale jak tu dostać tego chleba, więc ja mówię, że ja chcę dla tych dzieci. Ta mi chce mi dać, a Ukrainka wybiera jej z ręki ten chleb i mi daje jedną kromkę. Ja mówię, „A tam są dzieci głodne, idę tam do dzieci”. – „Nie”. Wyrzuciła mnie stamtąd, dosłownie wypchnęła mnie. Ja mówię: „Muszę coś tu zadziałać”. Z drugiej strony podeszłam, ta mi nalała drugą miskę, taka była jakaś bystra kobieta, się zorientowała, że ja chce dla tych dzieci tej zupy, nie dla siebie. Ja mogę nie jeść i dwa, i trzy dni, nie umrę, a takie dziecko, jak słyszę, jak one strasznie płakały, tyle tych dzieci za tymi drutami. Ja dwie czy trzy miski tej zupy zdobyłam. Ta Mietka jeszcze mi pomagała, mówię: „Trzymaj”, a ona: „Ja bym też zjadała”. – „Dla ciebie to staniesz i postoisz, a to jest dla tych dzieci”. Poszłam pod tą siatkę. Siatka jak to siatka, do ziemi, tam gdzieś [przymocowana]. Wołam jakiegoś faceta i mówię, że może mi pomoże, bo ja ciągnę do góry, żeby chociaż dziurę zrobić i tą miskę przesunąć tam dla tych dzieci. On miał jakieś obcęgi i poprzecinał od góry tak trochę tego i rozchyliło się tak, że on wyciągał z jednej strony, taki pan z drugiej strony, tacy starsi, ale zdaje się, że oni mało mieli do czynienia z prawdziwą pracą w życiu, bo te ręce były takie niezdarne, no ale w każdym razie odciągnęli tą siatkę i ja te dwie miski, jedną, drugą podałam i tą trzecią podaję i nagle dostaję kopniaka w pupę, takiego, że o mały figiel jakby kobieta nie złapała tej miski w porę, to by ta miska poleciała jej na twarz i zupa by się wylała. Odwracam się, żeby sprawdzić, kto mnie tak załatwił. Patrzę, a to ta Ukrainka, a ja wstałam i mówię: „Ty jesteś kobietą?”, a ona coś mi tam mamrocze, że coś tego. „Ale czy ty jesteś kobietą? Ty widzisz płaczące dzieci i twoje serce nie drga? Kto ty jesteś? Powiedz, kto ty jesteś”. Ona mówi: „Maruszka”. – „Maruszka? Och, jak ty jesteś Maruszka, jestem Maria. I ty nosisz moje imię i ty jesteś takim podłym człowiekiem?!”. A ona nic, tylko stoi. Widzę, że coś ją zatkało. Nie wiem, co ją zatkało, czy to, że ja powiedziałam, że jestem Maria. Mówię: „Ja mogę nie jeść trzy dni czy cztery i mnie nic nie będzie, a takie maleństwo nie może tego zrozumieć. Patrz, jak one płaczą, jak chcą kawałek chleba te dzieci”. To ona do mnie mówi: Chadi. Idę za nią, ci panowie od razu odskoczyli od tej dziury, wszystko się pochowało. Zaprowadziła mnie do takiego magazynku i dała mi taką bańkę po marmoladzie i mówi: Stait, stait. Trochę chciała po polsku, trochę po rusku, ale mówi do mnie stait, to ja stoję. Nie wiem, czy ona chce mi rąbnąć w głowę tym, czy co. Wyszła, za chwilę przyniosła mi cały baniak tej zupy i przyniosła chyba z osiem kawałków chleba, te kawałki były takie podziabane, ale było osiem kawałków chleba. I daje mi w takiej chustce nawet ten chleb i tą zupę i mówi: Chadi. No to idę z tym, niosę to. Do tej dziury mnie przyprowadziła, wołała tych [mężczyzn], żeby odsunęli i przytrzymali tą siatkę, bo to przecież taka dziura, żeby to. No i dałam im tą zupę. Dziękują, dziękują. Ja mówię: „Słyszysz, jak ci dziękują? Widzisz, jak to być człowiekiem? Człowiek tym się różni od zwierzęcia, że się dzieli zawsze, tak moja matka mówiła. Dzieli się z drugim człowiekiem i ty jako kobieta masz obowiązek dzielić się, dokąd możesz, z drugim człowiekiem. Pamiętaj, że jak ty dasz kromkę chleba, to w potrzebie i tobie tą kromkę ktoś poda”. No i taką mowę jej tam wygłosiłam. Ona od tej pory przyniosła mi drugi baniak, bo mówi, że trzeba dać na wymianę. Jak znowuż przyjechali, no to później była mięta, no to znowu tej mięty zaniosłam, żeby te dzieci miały coś tej mięty się napić. Deszcz był, przecież to była jesień, deszcz w nocy padał, te dzieciaki pod gołym niebem. My to chociaż z tymi pluskwami, ale w baraku.

  • Tam za tą siatką to była inna część obozu jeszcze?

To był obóz, tak. Oni tam chodzili naokoło, nie wolo było im się ruszyć, bo zaraz strzelali. Ten obóz tylko był taki… Nie wiem, czy był czymś ogrodzony, czy nie, ale za tą siatką to przedtem musiał być jakiś obóz pracy czy coś. Tutaj już nie było miejsca, tu się już nie dało ruszać po prostu. W tych barakach napchali, na każdym łóżku po trzy kobitki siedziały. Jeśli można było usiąść w te pluskwy. To się zgarniało, ohyda. Ja mówię, wlazłam tam na to trzecie piętro, jeszcze byłam młoda sprawna, ale to obrzydzenie brało. Ta Mietka się położyła na dole, bo ona miała jeszcze jakieś reumatyczne schorzenia i [chore] serce i tą miskę zdobyłam dla niej tej mięty, a rano nie można było pić tej mięty (ona chciała jakieś leki pobrać czy coś), bo kożuch taki centymetrowy pływał obrzydliwych, śmierdzących pluskiew. Tutaj nam na ten Burgweide tej zupy przywozili trzy dni, ja byłam trzy dni, nie wiem, jak tam dłużej [to wyglądało].
Rano: Raus! Raus! Zebrali nas i znowuż wpędzili do wagonów bydlęcych. Ale już trochę luźniej było, bo wybierali tylko młodsze takie, chociaż też z dziećmi brali, widziałam. W naszym wagonie nie było dzieci, tylko same takie młodsze, do czterdziestu, pięćdziesięciu lat to wszystko, a ja już miałam dwadzieścia, to takich młodych napchali, ile tylko się dało. I jedziemy. Gdzie jedziemy? Przywieźli nas do Świdnicy. Słyszę, jak krzyczą: Schweinitz, Schweinitz. Ja wiedziałam, że Świdnica. Interesowałam się historią, tak że wiedziałam, że Breslau to Wrocław, Świdnica to Schweinitz, Hirschberg to Jelenia Góra. Oni po niemiecku mówili nasze nazwy. Co prawda ktoś tam mówił: „Co, osiemset lat te ziemie nie były nasze”, a ja mówię: „Ale one jeszcze będą nasze”. Pani sędzina się strasznie oburzyła, że sieję tu jakąś wrogą propagandę. A ja mówię: „Nie propagandę, tylko prawdę mówiłam, że kiedyś te ziemie wrócą do Polski. Tutaj są święci nasi, nasi książęta byli”. […] I tam robiłam im takie wykłady historyczne. Ale w każdym razie w Świdnicy zapędzili nas, przynajmniej moją grupę, około mniej więcej osiemdziesięciu kobiet do Baderaumu. Wszystko trzeba zdejmować i dawać do dezynfekcji. I znowuż się trafiła dziewczyna, nie wiem, miałam szczęście chyba, Ukrainka. Ona do mnie zupełnie zrozumiałym językiem mówi: „Nie dawaj tego płaszcza, daj do tego kosza, co stoi koło mnie, bo nie dostaniesz swojego, a jeszcze będzie śmierdzieć strasznie”. Miałam w tej swojej torbie, którą wyniosłam z Warszawy, nylony. Później dałam jej nylony, bo wtedy [rzadkie], nylony to takie cieniutkie, piękne pończoszki, bo wtedy jeszcze nie było rajstop, tylko pończochy. Taka była zadowolona. Bo chciałam jej się zrewanżować, a mydła jej nie dam, bo mam te trzy mydła ulubione mojej mamy „złoty tulipan”, to ja nie wiem, jak długo będę musiała później żyć bez mydła. A bez mydła to trochę trudno żyć. Z Baderaumu jak nas wypędzili… Oczywiście to jest okropne, napędzono nas, [polewano] raz zimną wodą, raz taką gorącą, że parzy, no ale umyli nas. Niby odbierały te swoje rzeczy, niby swoje, ale rzeczywiście podobno jakieś pachnące nie bardzo. Ja wyciągnęłam te swoje rzeczy od Ukrainki z tego kosza, ubrałam się i znowuż otwierają się drzwi Baderaumu, raus, raus, wypędzili nas. Zapędzili nas do takiej świetlicy. W świetlicy spisują nasze personalia, imię, nazwisko, ilość lat. W świetlicy było chyba trzech, czterech pasibrzuchów, Niemców, ale po cywilu. I taki grubas, okazało się, to był Betriebsmeister z cukrowni z Weizenrodau, Pszenno obecne. On sobie wybrał czterdzieści [osób], on pierwszy wybierał. I ja trafiłam do cukrowni. Do Bożego Narodzenia, po Bożym Narodzeniu dopiero kończyła się kampania i tutaj zaczął się zbliżać front i zaczęły się ciężkie…
W cukrowni nie powiem, żeby było lekko. Też mieszkałyśmy w barakach. Obok były baraki rosyjskie. Rozmawiałam z takim profesorem, który mówił, że przywieziono ich dwa tysiące. Później nawet mieszkali w tych barakach, w których później Polacy mieszkali, część Polaków mieszkała. I to nawet właśnie z Filtrów, z ulicy Filtrowej, jakąś ekipę to całą tutaj przywieźli i tam w jednym z baraków pracowali mężczyźni, tacy, którzy znali się na urządzeniach. Tam zresztą spotkałam mojego męża, którego się nie spodziewałam, że mogę go spotkać. On był specem od silników. W cukrowni jest cała maszyneria ogromna, bo to cała produkcja idzie przez ogromne zbiorniki, skomplikowana praca. Ale nie będę mówiła o produkcji cukru, bo to nie jest istotne. W każdym razie [profesor] mówił, że tam było dwa tysiące, a zostało ich dwustu tylko przeżyło. A reszta, niestety warunki były podłe. Tam na ich polu nie było jednej trawki, bo wszystko co się dało zjeść, to ci ludzie nawet i trawę zjadali. Ci, co pracowali jeszcze na… tylko wielu zginęło. Jak pracowali w Zuckerhausie na górze, zimno, no to ten, który dołapał się jeszcze trochę cukru czy melasy, czy buraka cukrowego, [to miał jakieś szanse]. Zdarzyło się, że potrafili za to, że złapał burak cukrowy i jadł, to potrafił go zastrzelić taki żołnierz pilnujący. Możecie sobie wyobrazić: za buraka zabić człowieka. Ja mówiłam, że to niemożliwe, a ten profesor mówi: „Tak, i to niejeden tak poszedł”.

  • A czy nad paniami Niemcy też się znęcali w tym okresie?

Nie. Nie wolno nam było iść dalej. Traktowali nas jako wolnych pracowników w obozie pracy. Wolno było do Świdnicy dojść, do kościoła. Lekarz był w Świdnicy, to wolno było, tylko trzeba było się temu szkopowi meldować. Taki był w mundurze stary człowiek, taki Werkschutz, i on jakoś się zachowywał [przyzwoicie]. On chciał mówić po polsku, to mówił (przepraszam, ja to powtórzę, to nieładnie): „Setzen Sie, zupa na lawe”, żeby usiąść na ławie, tak zapraszał. Bo on będzie pisał, że da mi przepustkę, czy mnie wolno iść do kościoła, czy mnie wolno pójść… Raz w miesiącu wolno było pójść do kościoła, tak jak w całych Niemczech. Niemcy uważali, że Polakom wystarczy raz w miesiącu. Czy do dentysty. To u dentysty zostawiłam właśnie… Żona dentysty była aktorką, więc przehandlowałam moje kimono za sweter i majtki (przepraszam, ale taka prawda). A on mi zrobił zęby, bo rzeczywiście korona mi spadła, jeden ząb mnie bolał. Wyleczył mi te zęby i taką koronę zrobił, że później korona (to ósemka była) wyszła razem z korzeniem. Z wdzięczności za to kimono to wyleczył mi zęby. A ta aktorka dała mi ciepły sweter. Rzeczywiście okropny kolor, taki czerwony, że się wszyscy śmiali, że to weiß und rot, najmodniejszy, bo to taki aż w oczy kłuł, no ale był ciepły, a ja wyszłam przecież tylko w jednej sukience. Jak byli Polacy, którzy już tam pracowali na tej cukrowni, to tamci chłopcy przynieśli mi takie granatowe spodnie i bluzę, bo mówi: „Jak pani pójdzie w tym ubranku, to może pani nie będzie miała w czym w ogóle chodzić”. Mieli nam dać jakieś [ubrania]. Gdzieś później dziewczyny szukały, ci chłopcy, mężczyźni już wiedzieli, gdzie te magazyny, to jakoś trochę [znaleźli] tych spodni wyszarganych, takich dresówek. I dostałyśmy nie buty, a takie drewniaki. Okropnie – nogi poprzerzynane, krwawiły. Dobrze, że miałam bandaże, plaster, to wszystkie chodziłyśmy pooklejane i [miałyśmy] pobandażowane stopy.
Nie było to łatwe, proste życie, a przy tym patrzyło się, jak się wychowuje dziecko. Ja, jak nie było pracy, zanim się kampania zaczęła, to oni na dominium nas brali, ja byłam za kuczera, ponieważ ja się nie bałam konia, ja na koniach jeździłam, wychowałam się w 10. pułku, w daku [dywizjonie artylerii konnej], to dla mnie koń to był przyjaciel. Ale to były bachmaty, takie belgijskie, ogromne, to ja byłam prawie mniejsza jak jedna noga konia, to trochę mnie się robiło ciepło na sercu, ale tam taki Rosjanin, taki Iwan oporządzał te konie… Ja nie zaprzęgałam, zaprząc to ja nie potrafię, pod wierzch to wiem jak, ale do wozu nie widziałam jak. On zaprzęgał, ja byłam za kuczera. Jeździłam, woziłam cegły. Ręce miałam do krwi zdarte, skórę. Taki stary Niemiec się zlitował i [dał] mi rękawice brezentowe. Taki staruszek, jak patrzył, poprzynosił takie rękawice z brezentu, to przynajmniej nie zdzierało skóry. A jak się zachowywały dzieci? Tam przychodziły dzieci, bo to była ogromna [góra], stojące w polu składowisko cięgieł, które trzeba było na to dominium zawieźć, a tam w powale ptaszki miały gniazdka, jaskółki czy jakieś inne. Ci chłopcy przychodzili tylko po to, żeby tam się wdrapać i poukręcać głowy tym ptaszkom. Ja mówię: „Jak wy możecie? To jest podłość! Te ptaszki dają wam tyle radości, śpiewają”, to w zamian za to, jak żeśmy wyszły, to rzucili mnie kamieniami. Gdyby nie ten Niemiec, to chyba by mnie tam ukamienowali. Tak się wychowywało niemieckie dzieci. Jak ten naród może być dobry? Ja po wojnie to powiedziałam, że powinien być naród barbarzyńców skreślony z mapy świata. Hańba dla narodu, dla ludzi, dla człowieka, który jest zrodzony tak jak każdy inny, czy to żółty, czy czarny. Niewolnictwo już chyba minęło, a jak oni się zachowali – nie można tego inaczej określić jak barbarzyństwo. Mieli takich wspaniałych muzyków, poetów… […]

  • A co się działo, jak zbliżał się front?

To ja musiałam, dzięki takiemu prokurentowi – Niemiec, który korzystał z uprzejmości wtedy jeszcze nie męża, ale tego mojego bardzo dobrego przyjaciela, ponieważ Romek, mój mąż, był wychowankiem ojców oblatów. Był prawie przed drugim święceniem i wystąpił z klasztoru. Znał znakomicie łacinę i język francuski, ponieważ to klasztor francuski. Ten prokurent, bardzo kulturalny pan, miał przepiękną bibliotekę nieopodal właśnie cukrowni. Mam wrażenie, że ta cukrownia kiedyś należała do niego, tak przypuszczam. Jak nie pytałam, bo wszystko było już państwowe. A on był prokurentem, miał przepiękne książki i stale zapraszał męża do tłumaczenia z łaciny (on zdaje się, był z łaciną na bakier) i po francusku jakieś książki… On powiedział mężowi, ponieważ wiedział, że my się bardzo przyjaźnimy, żeby rano o piątej dał mu Marschbefehl, książki pracy, żeby być na stacji i żebyśmy natychmiast wyjechali, że on już… Bo to już było po kampanii cukrowej. Myśmy też tam byli do końca, dziewczyny przetrwały te starsze. Jedną tylko spotkałam, która mówiła, że przetrwały z wielkim strachem, a te dwie młodsze to ciągle chowały po łóżko, to do szafy, gdzieś w kotle jedną schowali, przykryli, że jej nie ma. [Prokurent] powiedział, że przyjeżdża SS, z Breslau potrzebują kobiet dla mężczyzn. No to co? To do domu publicznego, nic innego. I że mam z Romkiem być, o piątej będzie jechał pociąg i mam wsiąść i on ma wracać do siebie, bo on przedtem był właśnie w Liebau, to obecnie Lubawka. Oczywiście przyszedł. Ja i tak nie miałam nic, miałam tylko tę jedną torbę, coraz bardziej pustą, bo już posprzedawałam. W butach każda po kolei chodziła, jak poszły to… bieliznę też, jak szła do lekarza, to tylko ja miałam przyzwoity komplet, to pożyczałam, żeby wiedzieli, że Polki to nie są szmaciary. Na to nie można było pozwolić. Wolałam [pożyczyć], uprało się i następna też potrzebowała. Tak trochę jak wypożyczalnia… Mój komplet jeden porządny stał się prawie wypożyczalnią bielizny dla tych, które musiały iść do lekarza, dostawały zwolnienie. A myć… Po mnie nie chodziły żadne insekty, bo ja się codziennie myłam. Pachniała woda korzonkami buraków cukrowych, bo… Ale tam były prysznice, trzeba powiedzieć, że codziennie była ciepła woda, a że pachnąca, trochę taka zielonkawa, to od tego skóra mi się nie zmieniła, ale przynajmniej byłam czysta. Mąż przyszedł, kazał mi zabrać wszystkie rzeczy, jakie są, ubrać się i o piątej rano mamy być na dworcu. On będzie za piętnaście piąta, bo był w barakach męskich. I oczywiście dostosowałam się do tego. Powiedział, o co chodzi. Ja powiedziałam to Zosi, z którą mieszkałam, która była Lagerführerką, notabene Żydówka, ale żeśmy ją ukryły. Ją i Zosia też druga była, też Żydówka. Między nami były dwie Żydówki i dzięki Bogu przetrwały.
  • A to były dziewczyny z Powstania?

Wywiezione jak my. Po Powstaniu cała grupa była. To wszystko były wywiezione warszawianki. O przynależność się nie pytało, nie te czasy były. Przynajmniej w moim odczuciu [nie wypadało], nigdy nie pytałam, kto skąd pochodzi, jakiej jest narodowości. To nie było ważne. Był człowiek.

  • Ale w pani otoczeniu podczas Powstania były osoby, które pani podejrzewała, albo była pewna, że są z mniejszości narodowych?

Oczywiście. Ja miałam wyczucie. One też miały do mnie zaufanie. Przyszła do mnie i mówi: „Ja jestem Żydówka, wiesz?”. Ja mówię: „Milczenie jest złotem. Trzeba zachować [dla siebie]. Jesteś Zosia i masz być Zosia”. Druga Zosia to była strasznie bojaźliwa, ale strasznie pracowita. Ale przeżyły, jedną i drugą spotkałam we Wrocławiu. Ta jedna wyjechała dawno do Izraela, jak tylko pierwsze były niepowodzenia polityczne. A ja wyjechałam i pojechałam z mężem do Liebau. I oczywiście muszę się zgłosić od razu do Arbeitsamtu. Mam Marschbefehl, mam książkę pracy. Książkę zatrzymali i skierowali mnie do fabryki części samolotowych, części podnoszące samoloty do lądowania. Oczywiście najpierw na frezarce pracowałam. Wiedziałam, co to jest frezarka, bo kiedyś byłam w jakiejś fabryce, zwiedzaliśmy, ale wpadł mi mimo okularów – te okulary takie były podziurawione – opiłek w oko. (Dzięki temu tak szybko straciłam wzrok, bo te żółte plamki mi powysiadały). Wtedy – to straszny ból jest – zawieźli mnie do okulisty, nie mogłam otworzyć oczu. [Okulista] powiedział, że muszę pracować na innym stanowisku. Po dwóch, trzech dniach jakoś… Muszę powiedzieć, że oczywiście wyciągnął opiłek, widocznie na porządku dziennym mieli doświadczenie. Dał mi jakieś krople, maść. Po trzech dniach oko było zupełnie dobre. A majster mówi: „To już nie pójdziesz na frezarkę, tylko do mierzenia »wolcringów«”. »Wolcringi« to te [elementy], od których zależało, czy samolot wypuści podwozie i będzie lądował na kołach, czy nie. Więc dla mnie nowa rzecz, musiałam się z tym [zapoznać]. To był inżynier, on nie umiał, zresztą bardzo sympatyczny człowiek, który w Kolonii miał rodzinę, zbombardowali mu dom i ciągle był w rozpaczy, ciągle chciał jakoś nam pomóc. Ksiądz nasz katolicki też już pracował na tych »wolcringach«, ale też się nie znał, i był zagłodzony, zabiedzony, że żyły pokurczyły mu się pod nogami. Chodził jak staruszek, młody jeszcze człowiek. I ten ksiądz rzeczywiście starał się być opiekuńczy i pomóc. Przyszła młoda dziewczyna przecież… Ten mi mówił, że jak będzie tutaj, to będzie dobry. [??] Tam jest taki „Karliczek” i taka część samolotowa, gdzie on kontrolował, czy to się podnosi, czy nie. Ale długo żeśmy myśleli i też żeśmy coś wymyślili. Raz poszłam do „Karliczka”, on był wściekły: Sem Czech – „Tak, wiem, a ja sem Polak”. Tak żeśmy się dogadali. Ale ja muszę zobaczyć, jak to działa. I popatrzyłam, miałam bystre oko, do jakiego momentu to się musi [przesunąć] i jak to się sprawdza. Tak że w pewnym momencie wiedziałam, gdzie muszę zrobić przerwę, żeby się już podwozie nie otworzyło. Oni niszczyli moje miasta. Zniszczyli mi Polskę, zniszczyli mi Warszawę, wszystko, co najdroższe. Nie miałam wyrzutów sumienia, że oni też. Nie otworzy się, będzie lądował na brzuchu, to samolot się rozleci albo wybuchnie. To już mnie nie obchodziło, to od pilota zależy. W międzyczasie była wizytacja Czechów i też przyszedł pan inżynier… Właściwie nauczył mnie ten Czech, po jego wizycie to ja byłam pewna, że moje „wolcringi” są na medal. On też powiedział: Sem Czech i ja nie bardzo chciałam z nim rozmawiać, a on mówi, czy jestem z Powstania, powiedziałam: „Tak”. I taka praca… „Wszyscy jesteśmy teraz w niewoli” – tyle odpowiedział. Zamilczałam, nie odezwałam się, ale on mi mówił, że tak jak jest ten okrąg, są narzędzia, trzeba to zrobić. Te kuleczki, jak, jaki układ – powiedział mi bardzo dokładnie. Ja już wtedy byłam przekonana, że tak jak sama wykoncypowałam, to zrobiłam dobrze, ale on mi jeszcze to poprawił. Na pewno te „wolcringi”, które wyszły ode mnie, nie zostały… Ale może na szczęście już nie zdążyli, bo kilka miesięcy później, już z jednej strony szli Anglicy, znaczy Amerykanie weszli tam od strony Trautenau, a z tej strony ruscy ostrzelali cały nasz obóz, jeszcze kilka osób zostało rannych. Ja dostałam zezwolenie na mieszkanie, zresztą dzięki temu szefowi mojego męża, jak powiedział, że jego ojciec był rzeźnikiem. Nieprawda, ale był bardzo ciężko chory przez pierwsze trzy dni, ale był tam Francuz i był Węgier i oni męża poduczyli, jak się zachowywać i jak pracować w tej rzeźni, bo tam była i rzeźnia od razu, i zakład mięsny. To przede wszystkim dla wojska i na kartki dla ludności. Ponieważ właścicielem był Niemiec, który przyjechał z Ameryki, na swoje nieszczęście. Kupił dom, wszystko i ta wojna go tu zastała. Bardzo zresztą zacny człowiek, bo dzięki niemu dostaliśmy zezwolenie na wzięcie ślubu 2 lutego i to w kościele, bo ksiądz też nie mógł dać ślubu, jak nie było takiej bumażki od zarządcy z urzędu cywilnego. Więc w urzędzie cywilnym najpierw nam dali ślub. Z tym że pierwszy raz też uczestniczyłam jako świadek w takim ślubie, że siedziała ta Niemka, zresztą w zaawansowanej ciąży, a na krzesełku leżała szabla i jakieś zdjęcie, pewnie tego jej lubego, i odczytali, że on bierze ślub z nią, a on gdzieś tam był na froncie. Takiego śluby jeszcze nie widziałam. Dostali ten ślub, ona wzięła te papierki, zadowolona, czekała na nią ta formuła, sobie poszli. A myśmy najpierw: „O, Poloki, Poloki!”. Nie „Polacy”, tylko „Poloki”. Ja się nie odzywałam nic, mąż nic nie mówił, ale on już był kupiony przez szefa męża, przez tego amerykańskiego Niemca. Napisał: „Jesteście mąż, żona, możecie w kościele wziąć ślub”. A ksiądz się ucieszył, Ślązak. Ksiądz powiedział, że nie jest Niemiec, on jest Ślązak. Za pokutę kazał nam zrobić trzy razy zdrowaśkę, od razu po ślubie. Ten nasz ksiądz oczywiście celebrował, ale on nie miał prawa odprawiania tam mszy świętej, tylko celebrował przy mszach i ten ksiądz go tam trochę wspierał. Później przyszedł i mówi: „Idź się pomodlić, tam jest Matka Boska Częstochowska po prawej stronie”. Zasłonięty był obraz Matki Boskiej Częstochowskiej drugim obrazem. On faktycznie tak odstawał, tak że było widać Matkę Boską Częstochowską bardzo dobrze.

  • Jak nazywał się ten ksiądz?

Nie pamiętam jego nazwiska. On był w Gnieźnie. Myśmy go odwiedzali, on nas odwiedzał, ale nie pamiętam jego nazwiska.

  • Jak pani była ubrana do ślubu?

Musze powiedzieć, że pracował z nami jako wolny pracownik Czech i jego żona. Taki „Karliczek”, a ona miała… taka miła kobietka, uciekło mi jej imię. Oni byli z Trautenau i jeździli do Trautenau. Pieniądze nam nawet wypłacali, te grosze, ale wypłacali. Myśmy mieli trochę tych pieniędzy, ja jej dałam tyle, co miałam. Ona mi kupiła materiał. Myśmy jej powiedzieli, że mamy obiecany ten ślub 2 lutego, bo to wolna niedziela dla Polaków. Polakom tylko wolno było wchodzić do kościoła w pierwszą niedzielę miesiąca. Ona mi kupiła materiał, była w dodatku krawcową – jedwab w gałązki bzu, bardzo piękny, w kolorze lekko różowo-lila na białym tle. Uszyła mi taką sukieneczkę, taka skromniuteńka, i przywiozła mi czerwony płaszcz, taki przeciwdeszczowy. Mówi: „To włożysz na to, bo w kościele może być zimno, to jest luty przecież”. Chociaż muszę powiedzieć, że nie było tak bardzo zimno. Ja miałam tylko ten swój skórzany płaszcz, więc nie bardzo tak wyglądało do kościoła, i ten czerwony płaszcz. Ona była na naszym ślubie. Siedem par było polskich, dostali zezwolenie. Myśmy byli tą siódmą parą. Nasz ksiądz jeszcze specjalnie… Ten kazał nam za pokutę trzy zdrowaśki zmówić, a ten powiedział tylko: „Idźcie tam, bo tam jest obraz Matki Boskiej”.

  • Czy ludzie mogli być na tych ślubach?

Tak, tak, tylko Polacy. Niemcy nie przychodzili na polskie [śluby], bo to ten ksiądz czytał ewangelię po polsku (też nasz polski ksiądz) i wtedy żeśmy mówili po polsku pacierz, „Ojcze nasz”. Bo tamten odprawiał nie po niemiecku, tylko po łacinie, a ten modlił się z nami, z całą grupą. Tam był duży obóz, tam przecież była roszarnia. Roszarnia to fabryka płótna, lnu, przeróbka. Tam się w wodzie stało, straszne. Te kobiety były takie biedne, to też nieraz żeśmy ratowali je, te nogi miały popuchnięte strasznie, w tej wodzie tyle godzin stać… Poza tym w tej naszej fabryce pracowało też ponad tysiąc ludzi. W większości to byli Polacy, trochę było takich wolnych Czechów, nie wiem, czy było dziesięciu. Myśmy tylko z tym „Karliczkiem”. Bo ten „Karliczek” był taki… On się jakoś z moim mężem [poznał się bliżej], później przyprowadził żonę, bo oni mieli swoją kwaterę, nie mieszkali, jak wszyscy na tym… Ja dostałam później zezwolenie na mieszkanie, dostaliśmy pokój w domu męża szefa, a oni mieli swoją kwaterę, to ona nas zapraszała. Mieliśmy takich dobrych przyjaciół, którzy pracowali w Molkerai, to był taki inżynier z Poznania, wspaniały człowiek, uczciwy do szpiku kości. Zawsze wiaderko maślanki przynosił. Ale maślanki było trochę, ja wiem, z półtora litra, a pod spodem było wspaniałe masło. Albo przywiózł całe wiaderko śmietanki, pysznej. Jego tam bardzo szanowali, bo on się na tym nie tylko znał, a w ogóle [z wykształcenia był] inżynier pszczelarz. On mówił cudownie o pszczołach. Jak się żegnał, to mówi: „Jak to się skończy wszystko, to was zapraszam do Poznania – nawet byliśmy raz u niego – do moich uli, do mojego królestwa pszczelego”. Miał chyba ze sto tych uli. Pod Poznaniem. Tak samo jak Krzyżyńscy, [niezrozumiałe], też Poznańskie. To tacy… myśmy pomagali i oni pomagali, zawsze trochę jajek zorganizowali. Polacy są zawsze obrotni, jak jest bieda, to jeden drugiemu pomaga. Gorzej, jak jest spokój, cisza, to jeden drugiemu syczy. […]

  • Kiedy wkroczyły wojska radzieckie?

To był początek… chyba 5 kwietnia. Albo 15 kwietnia…

  • I jak Rosjanie się zachowywali po wejściu?

Zwołali od razu radę. Mój mąż znał rosyjski, tak że zaciągnęli go tam, bo ci Niemcy nie mogli się dogadać. Najpierw to straszny obstrzał. Obstrzelali nam całe nasze baraki, wysadzili pociąg na bocznicy. Na szczęście nie było tam ludzi, tylko jakieś [materiały] wojskowe, chyba amunicja, bo huk był taki, że całe Liebau się trzęsło, szyby ludziom powypadały bliżej [miejsca wybuchu]. I [Sowieci powiedzieli], że nie będą tutaj stacjonować, zostawią tylko z garnizonu zarządcę i tam kogoś jeszcze i Polacy mogą sobie jechać, gdzie chcą. „Zwolnieni jesteście z roboty”, tak, Arbeit już nie, a tutaj jest front i Niemcy mają nie wychodzić, bo inaczej ich pozamykają. Tak się skończyła ta mowa. Jak mąż przyszedł, od razu żeśmy zaczeli [pakować] manatki. Ten [szef] błagał nas, żebyśmy zostali, że dokąd my jesteśmy, on jest bezpieczny. Bał się ruskich. Jak ja mu mówiłam, jak jego rodacy się zachowywali, jak zachowywali się w Warszawie, w obozie, w Katyniu, powiedziałam im o Katyniu, bo przecież już wszystko wiedziałam, to on trzy razy się przeżegnał i mówił, że nie może uwierzyć, nie może odżałować swojego kroku, że to wszystko przez jego żonę, bo ona tak chciała koniecznie do tych Niemiec wrócić, a czegoś takiego w Ameryce by się nie doczekał. I może by łatwiej mu było przeżyć nawet tę wiadomość, jak ja mu powiedziałam, że: „Twój naród to są barbarzyńcy”. W dwudziestym wieku żeby tak traktować ludzi, czołgami rozjeżdżać. A obozy koncentracyjne! […]

  • Wróćmy jeszcze na chwilę do pani losów. Gdzie pani przebywała do końca wojny? Mówiła pani, że wyzwolenie było w kwietniu, a wojna się skończyła w maju.

Żeśmy wrócili. Ci ludzie, ten Krzyżyński, który był tam na wsi z rodziną, rolnik, w Brzuchowicach piękne miał gospodarstwo. Wywieźli go z rodziną, z dziećmi, trójka dzieci (żona jeszcze urodziła Marysię, to nawet była chrzestna córka mojego męża). On, wóz drabiniasty, wszystko to… Myśmy nic prawie nie mieli. Ja wzięłam woreczek jakiejś kaszy i swoje osobiste rzeczy, które już w tym czasie zdobyłam. Jakieś buty, jakąś sukienkę, jeszcze tą ślubną, w której później chodziłam. Jedyną zresztą miałam sukienkę, a wyszłam z Warszawy też w jednej jedynej. [Krzyżański] w wóz zapakował swoje dzieci. Ponieważ wszystkie konie były zabrane przez Niemców, tylko były muły, pół-koń, pół-osioł, jak ja mówię. Zaprzągł takiego muła i jeszcze taki chłopak pracował z Poznańskiego, Jasiek, i mówi: „Pakujemy się i wracamy do Polski”. Najpierw on zawiózł nas, żeby zobaczyć jego gospodarstwo. Bardzo piękne, miał wszystkie maszyny. [Obawiał się], czy jego maszyn nie poniszczyli, ale nie, jeszcze jakieś dodatkowe [zostały], bo tamci Niemcy uciekli, którzy gospodarzyli na jego [gospodarstwie]. Tylko on miał osiem krów, a zostało tylko cztery, więc biadolił, że okradli go z krów, z tego, tak jak to rolnik z krwi i kości.
U niego pobyliśmy, trochę odpoczęliśmy, i odwiózł nas do jakiejś stacji do Gorzowa czy coś, nie pamiętam tej stacji. Tam oczywiście też [jechałam] w wagonie bydlęcym, bo nie było wagonów. Albo na lorze mogłam jechać, albo w tym bydlęcym, to już wolałam w bydlęcym, bo jak będzie czy deszcz, czy wiatr, to jakoś wolę w tym bydlęcym. Dojechaliśmy do jakiejś większej stacji, nie pamiętam, chyba do Poznania, i w Poznaniu przesiadka. Były wagony: „Kto do Warszawy?”. Oczywiście żeśmy się jakoś wcisnęli do tej Warszawy. Siedzenia były już zarezerwowane przez innych, którzy mieli więcej szczęścia czy [wsiedli] wcześniej, ale już byliśmy w normalnym wagonie.
Dojechaliśmy do Warszawy. W Warszawie wiedziałam, że rodzice są w Warszawie na Wilczej u Orzechowskich. Tam, gdzie część mieszkania była skoszona, ale tam jeszcze rodzice mieszkali. I tam żeśmy się zatrzymali. Jeszcze miałam to szczęście zobaczyć kardynała Wyszyńskiego, jak prowadził procesję. Od [kościoła] Świętej Anny do katedry. Dla mnie to było święto. I Warszawa. Przede wszystkim, że Warszawa jest, że nie umarła. Jednak jak wychodziłam, to miałam uczucie, że moje miasto umiera, tylko ogień, strzały. Jak przyszłam, to gruz. Nie istniał Nowy Świat, Matejki, nic, nasze domy nie istniały.
  • Czy miała pani kiedykolwiek problemy ze Służbą Bezpieczeństwa w związku ze swoim udziałem w Powstaniu?

Ja napisałam w pierwszej ankiecie, że ja byłam harcerką i cały czas byłam w „Szarych Szeregach”. Owszem, wezwali mnie raz. Pytali, czy ja w dalszym ciągu jeszcze… Ale to już we Wrocławiu, bo w Warszawie gdybym była, pewnie byłoby gorzej, a tutaj jakiś taki mało się orientował. „A co pani tu robi?”. Ja mówię: „Mam dziecko i chciałam tutaj skończyć studia, ale niestety zlikwidowano psychologię”. Nawet nie pracowałam jeszcze wtedy. To było na samym początku. Powiedzieli mi, że mogę skończyć albo w Poznaniu, albo w Warszawie. Ale w tej chwili nie mogę zostawić małego dziecka, które nie ma jeszcze roczku. Dopiero żeśmy się zagospodarowali, dopiero dostaliśmy dom, który trzeba spłacać i nawet co do mebli, to mam dowód, że kupiłam od Niemców, którzy wyjeżdżali. Ja nie należę do grabieżców, nic nie jestem im winna, oni mi bardzo dużo. Dali mi odszkodowanie trzy tysiące za to, że pracowałam w Niemczech.

  • Jakie jest pani najlepsze wspomnienie z Powstania?

Najlepsze czy najtragiczniejsze? Najtragiczniejszy to był koniec, gdy patrzyłam na umierające miasto i wiedziałam, że już nic nie możemy. A najszczęśliwszy był taki moment, że 15 sierpnia (to dzień moich urodzin) przyszedł ksiądz, odprawiał mszę i wszyscy byli tacy [uniesieni], śpiewali, modlili się. Tak mi się zdaje, że to był taki dzień, który dał mi jakby siłę, napęd, że trzeba trwać dalej, trzeba robić wszystko, że jeszcze tu wrócimy. To jest nasze i jeszcze będziemy wolni. Nie mogłam się pogodzić z tym, że Niemcy nigdy nie byli przyjaźni, nigdy. Wiemy to z historii. Po 123 latach to myśmy nabrali już trochę ducha tych, którzy walczyli, nie zawsze wygrywali. Nawet jeśli dziś przegramy, to jutro musimy wygrać i ja doczekam tego. I tak w Powstaniu [myślałam]. Nawet ten ksiądz tak mówił: „Musimy trwać, bo zawsze po złym musi nastąpić dobro”. A mój ojciec mówił: „Do złego nie należy dodawać złego i smutku, bo to nic nie pomoże. Trzeba myśleć pozytywnie i walczyć o to, żeby jutro było lepiej. I tylko żeby jeden drugiego wspomagał, żeby wspierał”. Ja mówiłam, że Polacy po wojnie będą ogromną rodziną, tak wierzyłam… Człowiek młody to jest głupi strasznie. Stąd ja chcę wierzyć, że jak ktoś mówi po polsku, nie może zrobić mi krzywdy, ja jemu nigdy nie zrobiłam krzywdy. Musi kiedyś wreszcie zapanować trochę szacunku, dobra i wzajemnego zrozumienia. Trzeba być tolerancyjnym, każdy jest inny. Nawet brylantów nie ma bez opałów, dlaczego człowiek ma być idealny. Samych świętych nie ma, nie każdy może być Janem Pawłem II. To jest niepowtarzalna rzecz. Takich gdybyśmy mieli pięciu, to Polska byłaby koroną w złocie wśród wszystkich narodów.

  • Czy po wojnie mówiła pani o swoim zaangażowaniu w ratowanie Żydów i została uznana pani za Sprawiedliwą wśród Narodów?

Nie. Nikt mnie o to nie pytał. Ale wśród przyjaciół tak, bo miałam tutaj lwowiaków, którzy bardzo się tym interesowali. Ponieważ sama kiedyś chciałam być lekarzem i tak się ułożyło, że miałam przede wszystkim przyjaciół ze świata medycyny. Nawet we Wrocławiu prosili mnie też o kilka słów o tym. Znałam wszystkich po kolei. Nawet profesor Hirszwelf…

  • A jaki był profesor Hirszweld?

Ja go tutaj tylko raz spotkałam. Był bardzo życzliwym, starszym panem. Trudno mówić o urodzie, w każdym razie nie miał nic w sobie żydowskiego, bo krzyczeli, że to Żyd. Na pewno był Żydem, on się ukrywał, przychodził do Józefa, do nas. Mój ojciec… To było duże ryzyko. Pomaganie Żydom groziło przecież śmiercią, ale mój ojciec mówił, że tak jak trzeba było… ten jest kardiologiem, ten jest znakomitym ginekologiem i w ogóle, że tych ludzi trzeba chronić, bo tyle zginęło wspaniałych ludzi. Wiedzieliśmy – w Katyniu, w Miednoje, tam mój wuj zginął. Ci ludzie są potrzebni, żeby w Polsce odbudować znowuż medycynę, żeby miał kto ratować tych ludzi, którzy wyszli okaleczeni, którzy wyszli chorzy. Niekoniecznie rany zewnętrzne, ale ci ludzie przecież serca mieli skołatane. Ojciec mówił: „Trzeba im pomagać, bo nie będzie kto miał uczyć”.

  • Czy w czasie okupacji czy Powstania miała pani taki moment, kiedy się pani strasznie bała?

Raz. To chyba było na Wareckiej czy na Chmielnej, jak nade mną przeleciała [bomba]. Widziałam, jak to leci, i przeniosło mnie i rzuciło w gruzy. Nie wiedziałam, gdzie to wybuchnie. Przecież tam skosiło dom. Zupełnie, nic nie zostało. Tylko tam pewnie na górze już nikt nie mieszkał, bo to wszystko mieszkało w piwnicach, tylko żeby ich nie zasypało. Ale wtedy miałam… Nie mogę powiedzieć, że byłam szczęśliwa, myślę: „Tym razem do rodziców nie wrócę”. Ale doszłam na plac Napoleona i wróciłam z placu Napoleona i oddałam porucznikowi… Tyle lat go pamiętałam. Nawet jego nekrolog zobaczyłam w gazecie, było też jakieś wspomnienie o nim.

  • Poszłaby pani jeszcze raz?

Gdzie?

  • Do Powstania.

Dziś to już nie. Dziś, jak się ma dziewięćdziesiąt dwa lata, to ja jestem szczęśliwa i mówię moim dzieciom i wnukom i prawnukom. Ostatnio byłam u mojej prawnuczki, która ma już jedenaście lat. […] Mówię im, że są wybrańcami losu, że nie muszą znosić tego upokorzenia, jakie my znosiliśmy, że w naszym własnym kraju przychodzi obcy człowiek i on niszczy wszystko, co dla nas drogie. Nie ma szacunku dla niczego, dla nikogo, nie traktuje człowieka jak człowieka. W szkole mówiłam, do moich wnucząt chodziłam nawet wtedy, kiedy to jeszcze nie bardzo odpowiadało. Nauczycielka trzęsła się ze strachu i mówi: „Boże, żeby tylko nas nikt nie zdradził, nawet z tych dzieci”. Ja mówiłam tylko prawdę, czym jest wojna, czym było Powstanie. Mówili, że Powstanie to niepotrzebne, nie takie. Potrzebne. Każde Powstanie mówiło o tym, że Polska i Polacy nie zgadzają się na obcych, mają swój honor. „Bóg, honor i ojczyzna” – to nie tylko moja przysięga, to jest nasze zobowiązanie na całe życie.


Wrocław, 13 lutego 2013 roku
Rozmowę prowadziła Urszula Adamowicz
Maria Joanna Szmida Pseudonim: „Kama” Stopień: podporucznik, sanitariuszka, wywiadowca-łącznik Formacja: Rejon Śródmieście Północne Dzielnica: Śródmieście Północne, Powiśle Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter