Maria Stefania (Siostra Andrzeja) Górska

Archiwum Historii Mówionej



  • Znajdujemy się na ulicy Wiślanej 2, obok pokoju, gdzie przebywał zawsze będąc w Warszawie papież Jan Paweł II. Poproszę siostrę, żeby się przedstawiła.

Jestem siostra Maria Stefania, w klasztorze Andrzeja Górska. Urodziłam się roku 1917, 2 sierpnia, w Łodzi, gdzie była cała moja rodzina. Mam dużo rodzeństwa, siedmioro. Przyjechałam do Warszawy na studia, na biologię, bo wtedy w Łodzi jeszcze nie było uniwersytetu. Tutaj zamieszkałam w internacie dla studentek sióstr Urszulanek przy ulicy Gęstej/Wiślanej/Dobrej. Bo to dom mający trzy wejścia i trzy adresy. Tutaj przeżyłam razem z siostrami Powstanie. Wstąpiłam do Zgromadzenia w lutym 1938 roku. Odtąd byłam już jako Urszulanka razem z siostrami. Jeszcze rok przed wojną matka Ledóchowska, która mnie przyjmowała do Zgromadzenia, wysłała mnie na próbę pracy misyjnej na Polesiu, w Bołodowie, po której wróciłam tutaj. Już potem przez całą okupację byłam w Warszawie. Byłam oczywiście świadkiem. Przeżywałam razem z całym domem Powstanie Warszawskie.

  • Jak siostra wspomina Łódź przedwojenną? Siostra się tam wychowała, tyle rodzeństwa? Siostra był najstarsza czy najmłodsza?

Łódź wspominam jak najlepiej, ponieważ to moje rodzinne miasto, brzydkie, zadymione. Inni mówili, że Łódź jest straszna. Dla nas była zawsze piękna. Łodzianie Łódź kochali! Nawet po tym, jak stworzyliśmy tutaj Klub Łodzian wśród studentów warszawskich. Byliśmy klubem chyba najżywszym, najbardziej kochającym swoje miasto. Głoszącym jego dobre imię wszędzie, gdzie tylko się dało. Kochałam Łódź. To było miasto ludzi pracujących, skromnych. Może wtedy mniej zwracałam uwagę na wielką nierówność między tymi, którzy się bogacili, fabrykantami, to byli przeważnie Żydzi, Niemcy, a ludźmi pracującymi właśnie w wielkim procencie w fabrykach. Fabryki były wielkie, Scheiblera, Grohmana, Poznańskiego. To był też Żyd. Do dziś pozostały domy, po fabrykach. Oczywiście zamieszkałe normalnie przez ludzi w tej chwili. Chyba żadna z tych fabryk teraz nie istnieje. Jeszcze była wielka fabryka Kohna, Żyda, manufaktura widzewska. Też istnieje, ale już jako zupełnie innego użytku dom.

  • Jak było przed wojną? Czy kultury mieszały się za sobą, kultura żydowska z niemiecką, z polską?

Tak.

  • Czy były przyjaźnie między tymi osobami?

Mam najlepsze wspomnienie z tego współżycia, właśnie koleżanek Żydówek, Niemek. Były autentycznie Niemki. Okazało się, że one były specjalnie przysłane, żeby w razie okupacji już być na miejscu. Nie czuło się wielkich różnic. Tak samo była młodzież z rodzin uboższych i bogatszych. Również tego się nie odczuwało. Między nami panowały naprawdę dobre, zwyczajne koleżeńskie stosunki. Były różnice, oczywiście. Na przykład w śniadaniach, jakie dostawałyśmy z naszych domów. Część z koleżanek w ogóle nie przynosiła niczego do jedzenia. Normalnie, dyskretnie dzieliłyśmy się wszystkim. Czasem bogatsze dziewczynki przynosiły pomarańcze. Widziałam, że nawet wstydziły się jeść bez podzielenia się z innymi. Tak, że stosunki były bardzo miłe.

  • Gdzie siostra mieszkała i chodziła do szkoły?

W Łodzi mieszkałam na Sienkiewicza. To jest równoległa do Piotrkowskiej. Samo Śródmieście, parafia świętego Krzyża. Chodziłam do szkoły, do jedynego państwowego gimnazjum w Łodzi wówczas, do Sczanieckiej. To było Państwowe Gimnazjum imienia Emilii Sczanieckiej. Było kilka gimnazjów, ale prywatnych, dosyć wysoko płatnych. Tak, że czesne, które u nas było półrocznym, tam było miesięcznym. Moją siostrę zaproszono do bardzo dobrej szkoły imienia Elizy Orzeszkowej, do której chodziło bardzo dużo Żydówek. Szkole zależało na tym, żeby nie miała nazwy szkoły żydowskiej. Dlatego poproszono bezpłatnie kilka zdolnych dziewcząt, dobrze się uczących, Polek, katoliczek, żeby troszeczkę zniwelować charakter może bardziej narodowościowy w szkole. Szkoły między sobą żyły bardzo sympatycznie, w bliskim kontakcie. Rozgrywałyśmy na przykład zawody [w] siatkówkę, o mistrzostwo Łodzi grałyśmy. Poszczególne gimnazja wystawiały swoje reprezentacje. Były walki. Potem, kto zdobył mistrzostwo Łodzi, przyjeżdżał do Warszawy. [Walczył] o mistrzostwo Polski. Siatkówka była bardzo modna. Właściwie to były głównie rozgrywki w siatkówce.

  • Siostra zdecydowała się przyjechać do Warszawy na studia, tak? Na biologię, tak? Ale to znaczy, że siostra wtedy nie myślała o powołaniu, tylko chciała studiować biologię?

Właściwie chciałam studiować medycynę. Chciałam być lekarzem. Podobało mi się to, bo to nie tylko zawód, ale powołanie społeczne, żeby pomagać ludziom. Pewno Judym troszkę był gdzieś w podtekście, w świadomości. Tak sobie wyobrażałam, że to będzie zawód, który pozwoli mi jednocześnie społecznie dużo dobrego zrobić. Ponieważ nie dostałam się na medycynę. Okazało się, że jednak trzeba było wtedy mieć protekcję. Zdałam egzamin, dobrze nawet, ale nie dostałam się. Wobec tego poszłam na biologię. Wydawało mi się, że to najbliższe. Ewentualnie potem zaliczę sobie coś z biologii i na medycynę. Może uda mi się wcześniej zrobić medycynę. Zresztą postarałam się o pozwolenie, żeby robić prosektorium, które było dla pierwszego roku medycyny. Tak właśnie przeżyłam pierwszy rok i drugi. W trakcie drugiego roku jednak wstąpiłam do zgromadzenia. Już się wtedy dużo mówiło o wojnie. Bałam się, że nie zdążę zrealizować swoich planów życiowych i że wojna może niespodziewanie wybuchnie. Wolałam przeżywać ją już jako członek zgromadzenia.

  • Jak rodzina to przyjęła, że siostra poczuła powołanie?

Rodzina moja przyjęła to spokojnie. Nas było sześć córek, jeden syn. Jedna siostra już wstąpiła przede mną dwa lata wcześniej, potem ja, potem jeszcze trzecia wstąpiła, już po wojnie. Dlaczego tak spokojnie przeżyła? Dlatego, że była rodziną katolicką. Z siostrami miałyśmy kontakt od samego dzieciństwa, bo jako katechetki mieszkały już wtedy na Czerwonej. Bardzo dużo dobrego robiły [dla] dzieci łódzkich. Czerwoną, swój dom w Łodzi, otworzyły dla dzieci. Tam był piękny ogród, park, w którym mogłyśmy się spotykać, bawić. Piękna kaplica [była] z wystawieniem Najświętszego Sakramentu w niedzielę. Po prostu siostry zapraszały, prowadząc Krucjatę Eucharystyczną. Żebyśmy na Czerwoną przychodziły jak do swojego domu. To był dom kultury dla dzieci z rodzin katolickich w Łodzi.

  • Pani siostry wstąpiły też do Urszulanek?

Tak. Wszystkie trzy wstąpiłyśmy do tego samego zgromadzenia. W czasie dzieciństwa, to było wkrótce po kanonizacji świętej Teresy. To wtedy ideałem świętości i życia zakonnego wydawał się Karmel. Tak, że początkowo wydawało nam się, że pójdziemy do Karmelu. Rzeczywiście, wtedy Karmelitanki założyły swój dom w Łodzi. Ale u nas jednak, my wszystkie trzy poszłyśmy do Urszulanek.

  • Warszawa przedwojenna. Siostra powiedziała, że to już się czuło. To był 1938 rok. Czuło się napięcie wśród ludności, że będzie wojna?

Nie. Wśród ludności [i] wśród młodzieży to się nie czuło. Czuło się, w prasie pisano, jakieś małe konflikty. Wiem, że matka Ledóchowska na granicy miała przykrości, kiedy przekraczała, przyjeżdżała z Rzymu, z wizytacji domów, przez Niemcy do Poznania. Zatrzymano ją, zrewidowano. Była bardzo szanowana osoba, staruszka już wtedy. Tak, że czuło się nastroje przedwojenne, raczej w powietrzu. Wolałam czym prędzej wstąpić. Najprzód myślałam, że skończę studia i wstąpię. Ale w czasie studiów [wstąpiłam] i uzgodniłam to zresztą z matką Ledóchowską, żeby nie czekać, że mogę kończyć dalej w klasztorze będąc. Tak zrobiłam.

  • Później wybuch wojny, wrzesień 1939 rok. Jak siostra to zapamiętała?

W 1939 roku to już byłam na Polesiu. W 1938 roku wstąpiłam [do Zgromadzenia]. Skończyłam rok akademicki w czerwcu. Matka Ledóchowska wysłała mnie na Polesie, żebym tam odbyła praktykę leśnictwa. Dlatego, że w tym czasie Zgromadzenie dostało wielkie lasy od Skirbuntów (była jeszcze druga fundacja na Wołyniu). To były tysiące hektarów lasów. Matka chciała przygotować po prostu fachowego leśnika. Ponieważ miałam już dwa lata biologii, więc wydawało się, że studia leśnictwa zrobię szybko. Miałam się przerzucić z Uniwersytetu na SGGW. Już miałam nawet przesłane papiery. Ale we wrześniu 1939 roku okazało się, że wojna wybuchła.

  • Siostra była wtedy na Polesiu, tak?

Już przyjechałam. Właściwie przyszłyśmy. W momencie, kiedy Rosjanie ruszyli na Polskę, my byłyśmy tuż przy granicy. Ostrzeżono nas, żeby uciekać. Prawie że na pieszo przyszłyśmy spod Pińska do Lublina, w ciągu dwóch tygodni. Szłyśmy dniami i nocami. Tak szybko zebrałyśmy się, prawie jak stałyśmy. Okazało się, że Rosjanie już nacierają od wschodu. Tak, że pamiętam, 1 października 1939 roku znalazłyśmy się pod Lublinem, w Dąbrowicy, w domu Jezuickim.

  • Jakie były później dalsze losy siostry? Czy właśnie starała się siostra dostać do Warszawy?

Potem nawiązałyśmy kontakt z naszą [matką] generalną. Ona, i młodsze siostry, które z Mołodowa wyszły, ściągnęła do Warszawy. Było nas kilka młodych sióstr, dwudziesto, dwudziestoparoletnich, które były jeszcze przed nowicjatem. Matka ściągnęła nas do Warszawy, żeby od stycznia 1940 roku otworzyć w Warszawie nowicjat, ścisły, kanoniczny nowicjat dla młodych sióstr. Znalazłam się w tej gromadce. Potem w 1941 roku złożyłam śluby już w Warszawie. W 1944 [roku śluby] wieczyste, na całe życie.

  • 1941 rok, ale one były oficjalne? Przecież Kościół, księża, siostry zakonne byli bardzo prześladowani przez Niemców.

W Generalnej Guberni się nie odczuwało, wyraźnego prześladowania. Może to bardziej było w Warthegau, w Łodzi. Zaistniała granica między Łodzią i Warszawą. Właściwie była bardzo trudna do przekroczenia. To były zupełnie dwie inne sytuacje. Tak, że tutaj nie odczuwałyśmy żadnych nacisków ze strony Niemców. Poza tym, że zlikwidowano szkoły średnie. To nas zabolało. Wtedy otworzyłyśmy własnym personelem Liceum Pedagogiczne właśnie w tajnym nauczaniu. Wydawało nam się, że jednak nie możemy zrezygnować z kształcenia nauczycieli.

  • Gdzie się odbywały te zajęcia liceum?

W domu na Wiślanej odbywały się zajęcia. Szkoła się bardzo pięknie rozwijała. Dlatego, że było dużo ludzi młodych, dziewcząt, po maturze małej, tak zwanej, które nie bardzo wiedziały, co z sobą zrobić. Chętnie wstępowały do Liceum Pedagogicznej. W sumie to ponad dwieście dyplomów Liceum Pedagogicznego wydałyśmy. Byłam jednocześnie sekretarką Liceum, więc pamiętam, jak [ono] rosło. Jak tylko się jakoś po cichutku młodzi ludzie dowiedzieli, że Liceum otwieramy [to] dużo było zgłoszeń. Jednocześnie poprowadziłyśmy też roczny kurs pedagogiczny. Miałyśmy siostry przygotowane, po magisteriach z pedagogiki, z psychologii. Tak, że mogłyśmy własnymi siłami poprowadzić za zgodą, wiedzą kuratorium szkolnego. Potem nasze dyplomy wszystkie zostały uznane. Młodzież, która skończyła [nasze] Liceum Pedagogiczne, mogła się dostać na studia, na wszystkie uniwersytety w Polsce.

  • Oprócz działalności takiej jak tajne nauczanie, to siostry prowadziły też inną działalność, pomoc dla ludności?

Cały nasz dom na Wiślanej był nastawiony na pracę dla innych. Prowadziłyśmy kuchnię, tak zwane RGO, Rady Głównej Opiekuńczej. Ten skrót teraz ludziom nic nie mówi. To było wtedy tak jak gdyby państwowo-kościelna Caritas. To były dwie kuchnie. Jedna dla dzieci. Wydawałyśmy osiemset porcji świetnych zup, właściwie eintopf, że zupka była jednocześnie i drugim daniem, i deser, ciastko, coś w rodzaju podwieczorku. Druga kuchnia, niezależna od tej, była dla dorosłych. Wydawałyśmy tysiąc porcji zupy. To wydawnictwo odbywało się tutaj na podwórzu przeważnie. Pan Bóg dał, że jesień była piękna. Wydawałyśmy dosłownie na podwórzu, i zupy, i chleb. Potem nawet w czasie Powstania nie przestawałyśmy tej działalności, żywienia wszystkich, którzy tego potrzebowali. Sąsiedztwo całe korzystało. Ludzie w czasie już potem działań wojennych nie bardzo mogli sami zdobywać żywności. Więc tutaj miałyśmy zapasy, miałyśmy duże piwnice pod kościołem Salezjanów naprzeciwko. Poza tym zlikwidowano młyn na ulicy Bednarskiej. Młynarz bezpłatnie wstawił nam za darmo cały swój depozyt mąki, kilkadziesiąt worków mąki. Więc czułyśmy się w obowiązku piec, zwłaszcza chleb. Dawać tym, którzy zgłaszali się po chleb. Tak, że to było bezpłatne, w ramach solidarnego dzielenia się tym, co miałyśmy. Co też dostałyśmy od innych, nie tylko dla siebie.

  • Słyszałam, że siostra dostała Medal „Sprawiedliwy dla Narodów Świata”. Mogłaby siostra tą historię opowiedzieć?

Dostałam medal, chociaż przyjęłam go z pewnym zażenowaniem. Medal się należał Zgromadzeniu. Powiedziano, że w statucie instytucji Yad Vashem powiedziano, że przyznaje się osobom. Osobom, które w jakiś sposób, z narażeniem może czasem własnego życia, ratowały dzieci żydowskie. Wobec tego było to uznanie za pracę. Dzieci przechowywało się u nas dużo. Miałyśmy różne zakłady, domy dziecka. Łatwiej było w domu dziecka umieścić dziecko żydowskie, żeby nie zwracało uwagi niż prywatnie zaopiekować się. Byłam pośrednikiem w odbieraniu dzieci spod getta. Były [w getcie] jednak osoby, które zajmowały się znowu wyprowadzaniem dzieci, czasem niemowląt. Pamiętam, że ostatnie dziecko, któreśmy otrzymały tam, pod gettem, to był niemowlaczek, syn któregoś z przywódców powstania w getcie. Była tylko bezimienna kartka: „Ocalcie mojego pierworodnego.” Bardzo żeśmy się wzruszyły. Rzeczywiście, ślicznie dziecko, malutki, zaczynał mówić. Uczyłyśmy go mówić nie mama, tata, tylko: „Ja jestem Hiszpan.” Bo się bałyśmy, że dziecko zwróci na siebie uwagę, ponieważ było bardzo ładne, śliczny chłopczyk, czarnulek. Więc, żeby nie spotkała go przykrość. Przetrwało to dziecko. Pierwsza osoba, która potem zgłosiła się, to już w Milanówku, po odbiór swojego dziecka, to była rodzina chłopczyka.

  • Siostra spotkała się później z nim po wojnie, z tym chłopczykiem, z małym Hiszpanem?

Nie.

  • Jakiś kontakt był?

Nie. Były inne dzieci, kilkoro, z którymi utrzymywałam kontakt prawie do dzisiaj, kontakt korespondencyjny. Są w Ameryce, jedna, druga, w Jerozolimie ktoś. Tak, że mamy znajomości z czasów wojennych, właśnie żydowskie znajomości, bardzo miło. Czasem przyjeżdżając z Izraela czy nawet ze Stanów [Zjednoczonych] odwiedzają nas. [...] Podchodzenie do murów getta? Wszystko było w Warszawie niebezpieczne. Łapanki były wszędzie. Zawsze można było być czymś zaskoczonym. Ale to się wtedy nie myślało. Myślało się tylko, żeby dziecko dostać i żeby donieść do domu. Potem znaleźć dobre dla niego miejsce. Miałyśmy bardzo odważną, otwartą generalną przełożoną, matka Leśniewska. Zresztą była po socjologii. Kończyła Wszechnicę. Szerokiego umysłu była. Tak nastawiła wszystkie domy nasze, które istniały w Generalnej Guberni, żebyśmy były otwarte specjalnie dla dzieci żydowskich. Mogło nie być miejsca, ale zawsze musiało się znaleźć. Tych dzieci nie wolno było nie przyjąć. Jeżeli już ktoś do nas zgłaszał, czasem ktoś znajomy, czasem ktoś nieznajomy zupełnie. Czasem nam po prostu podprowadzano dzieci pod dom, pod furtę. Otwieramy furtę i dziecko jest, zziębnięte, źle ubrane. Wiedziałyśmy, że to trzeba przyjąć. Mamy wielką radość, bo jednak dużo sympatycznych kontaktów przez wiele lat się utrzymywało. Czasem dostawałyśmy, to już też parę lat temu, cytrusy z Izraela, czy ze Stanów Zjednoczonych. Ciekawe było, że ci ludzie chcieli często zostać bezimienni. Nie chcieli podawać swoich dalszych nazwisk. Okazało się, że też się nie chwalili między sobą gdzie byli [podczas wojny]. Słyszałam, nawet w Izraelu, że przypadkowo dowiedziałam się kiedyś, że dwie sąsiadki to były dwie osoby, które tutaj się przechowywały. Przez wiele lat nic o tym nie mówiły. Nie chciały wracać wspomnieniami do tych strasznych czasów, strasznych przeżyć.

  • Niemcy przychodzili tutaj, robili rewizje?

To był dom, twierdza. Myślę, że przede wszystkim Pan Bóg nas chronił. Tutaj chyba w czasie okupacji żaden Niemiec nie przekroczył progu. Jak gdyby oni się bali wejść. Tak, że robiłyśmy różne rzeczy niedozwolone. Przede wszystkim miałyśmy oficjalną piekarnię chleba kartkowego. Nie wszyscy wiedzą, że w trakcie okupacji na chleb, dostawało się przydział mąki i kartki. Tylko każdy mógł dostać swoją porcję. Miałyśmy oficjalnie piekarnię, jednocześnie to była piekarnia dla ludzi z okolicy. Piekłyśmy i białe pieczywo, i bułki. Tak, że można było dużo dobrego przy tej okazji zrobić. Kiedyś byłam w sklepie, tutaj niedaleko. Teraz już sklepiku nie ma. Był tłok. Pani wchodzi. Widać, że jej się spieszy. Prosi tak: „Proszę mi podać jedną Urszulankę!” Aż się zdenerwowałam. Myślę sobie: „Co to znaczy podać Urszulankę?” Sklepowa wyciąga chałkę białą i podaje. Wiadomo było, że to jest pieczone tutaj. Ale naprawdę Pan Bóg nas chronił. Poza tym, muszę powiedzieć, że nie miałyśmy strachu. Uważałyśmy, że co się da dobrego, to trzeba zrobić.

  • Wróćmy jeszcze do dzieci żydowskich, bo siostry się starały znaleźć dla nich dom, tak?Czy one cały czas tu przebywały czy były u jakichś rodzin?

Nie, nasze domy. Miałyśmy domy dziecka. Miałyśmy wtedy w Zakopanem i jeszcze gdzieś dom dziecka. Starałyśmy się dzieci [tam umieszczać]. W Milanówku w Brwinowie był dom dziecka. [Starałyśmy się] te dzieci umieścić między dziećmi. Co ciekawe, że nie zdarzyło się, żeby dzieci polskie, czy nawet wtedy, kiedy pokłóciły się między sobą, żeby sobie coś wymówiły, powiedzmy, że to są dzieci żydowskie. Nigdy. Tak, że nie było mowy o zdradzie, o wydaniu. Ale na ogół dzieci w zgodzie żyły. Okazało się potem, że dzieci żydowskie, które się znalazły u nas, miały swoich rodziców nawet czasem przez płot, niedaleko. Rodzice bali się swoje dzieci albo dziadkowie, czasami z rysami semickimi, trzymać u siebie. Uważali, że będzie bezpieczniej, jak dzieci będą w gromadce, pod opieką sióstr. Tak też było.

  • Do domów dziecka Niemcy nie wchodzili, nie szukali dzieci żydowskich?

Nie. Nie miałyśmy [takiej sytuacji]. Tutaj w Generalnej Guberni ani Niemcy nie byli tacy strasznie nachalni. Niespodziewanych rewizji [nie było]. Nie było czegoś takiego. Naszym domem się nie interesowali, chociaż mogliby zwrócić uwagę. Jednocześnie były [u nas] tajne komplety. Dużo młodzieży przychodziło, wychodziło. Na szczęście nie. Dużą naszą robotą były oficjalne kuchnie RGO.

  • Ale siostry załatwiały dzieciom akty chrztu, nowe dokumenty dzieciom żydowskim, że to są dzieci polskie i katolickie?

Tak. Oczywiście byłyśmy w kontakcie. Albo przychodziły z dokumentami. Tylko potem musiały się uczyć, jak się nazywają, jak się nazywają ich rodzice. Żeby w razie wizytacji, wizyty, aresztowania, żeby to się zgadzało. To były smutne sprawy, bo jednak dzieci były zalęknione. Byłam wychowawczynią w Milanówku. Miałam dwie siostry rodzone, które się nigdy do tego przed dziećmi nie przyznały, że są siostrami. Jedna z nich tylko, kiedy nie miała aktu chrztu i chciałyśmy ją ochrzcić, bo już doszła do momentu, że chciała przyjąć Komunię Świętą, bo widziała, że inne dzieci przystępują do Komunii Świętej. Przygotowywałyśmy ją do chrztu, więc starsza siostra, z mojej grupy akurat, we łzach na ucho powiedziała: „Siostro, to jest moja rodzona siostra. Ona jest ochrzczona. Ale ja nie mogę tego powiedzieć. Tego mi nie wolno było powiedzieć nikomu.” Ona się wyspowiadała z tego księdzu. Ksiądz powiedział: „Słuchaj, ja z tego, co mi mówisz na spowiedzi, nie mogę robić użytku. Więc ty sama musisz [powiedzieć] siostrze, do której masz zaufanie, że ona jest ochrzczona.” I tak ona zrobiła. Ale dyskrecja, że one nigdy między sobą tego nie pokazały. Przychodziła babcia, jakoby do jednej. To była babcia również tej drugiej. To były bohaterskie zachowania. Dzieci były jednak szalenie dyskretne. Między sobą też nie rozmawiały na te tematy. Nie chciały. Wiedziały, że to jest temat tabu

  • Ale dzieci katolickie. Jednak jakie to było ciekawe, że dzieci katolickie nigdy nie powiedziały.

Nikt, nigdy. Ani żadnej złośliwości, ani niedyskrecji, ani straszenia: „Bo powiem. Bo zdradzę.” Rzeczywiście, nigdy tego nie było. Była, to dzisiaj to modne słowo, solidarność. To była wielka solidarność człowiecza.

  • Część naszego społeczeństwa powinna brać wzór z tych dzieci katolickich, jak należy postępować.

Oczywiście. Na pewno, to było budujące dla nas. Bardzo dużo się uczyłam od dzieci. Poza tym, szalona dyskrecja. My często jesteśmy niedyskretni. Mówimy niepotrzebnie o rzeczach, które nam powierzono. One milczały.

  • Czy siostra miała jakąś nieprzyjemną sytuację, czy zagrażającą życiu w czasie okupacji? Czy była siostra świadkiem łapanki czy rozstrzeliwania?

Mam tylko jedno przykre przeżycie. Rzeczywiście, to już pod sam koniec okresu okupacyjnego, kiedy chłopczyka miałam na ręku. Ponieważ było małe dziecko, nie było jak go wziąć. [...] Dziecko trzeba było przewieźć do Brwinowa. Znalazłam ranny pociąg. Do Brwinowa jeździłam na lekcje, ponieważ tam były komplety. Biologii uczyłam raz w tygodniu. Akurat wtedy wzięłam dziecko, miałam na ręku. Ktoś z daleka, był policjant nasz, granatowy jeszcze z kimś. Zwrócili uwagę, bo widziałam, że pokazują w moim kierunku, że co to znaczy, że zakonnica [jest] z dzieckiem. Strasznie się wtedy zlękną, co to będzie jak podejdą, zobaczą czarnulka, Hiszpana. Wtedy zupełnie odruchowo, podjechał pociąg w innym kierunku. Wsiadłam do pociągu. W ten sposób uniknęłam [nieprzyjemności]. To był jedyny moment grozy. Myślałam o dziecku, żeby dziecku nie zrobili krzywdy. Kiedy indziej lęków nie miałam zupełnie.

  • Teraz wybuch Powstania Warszawskiego, 1 sierpnia. Siostry w ogóle wiedziały, że będzie Powstanie w Warszawie? Że ludność, powstańcy, że AK się szykuje?

Tak. Wiedziałyśmy. Dom bardzo się przygotowywał. Szyłyśmy opaski. Był przygotowany patrol, cztery siostry, piąta patrolowa. Do tego patrolu zresztą też należałam. [Byłyśmy przygotowane], że będziemy służyć również jako pielęgniarki w okolicy, na ulicach. Byłyśmy w kontakcie z różnymi. Oczywiście nie wszyscy, każdy wiedział swoje. Wiem, że nasza [matka] generalna miała kontakt i z Kossak-Szczucką i z innymi. Nie wiedziałyśmy dokładnie, kiedy wybuchnie Powstanie. To nas zaskoczyło, bo właśnie z [matką] generalną... Matka generalna, Leśniewska, wzięła mnie, żeby jeszcze odwiedzić księdza biskupa z Pińska, który się strasznie bał wojny. Był tutaj w sanatorium na Hożej. Żebyśmy poszły do niego, bo on jest bardzo podenerwowany, smutny. Poszłyśmy. Doszłyśmy wtedy tylko do Placu Trzech Krzyży. Zaczęły się strzały. Po pierwszej strzelaninie matka mówi: „Wracajmy do domu!” Wróciłyśmy do domu. Ci, którzy byli, bo wtedy Niemcy się pokazali, myśleli, że to chyba są siostry Niemki. Przepuszczali nas. Nikt nie pytał, dokąd idziemy. Skręciłyśmy w Oboźną, szłyśmy Nowym Światem i zaczęły się już strzały z Uniwersytetu w kierunku Teatru Polskiego. Już nie mogłyśmy dalej pójść. Zatrzymałyśmy się w bramie [gdzie] zebrało się dużo osób. Potem przychodzili ranni. Przesiedziałyśmy [w niej] cały tydzień. Właściwie otwierając już punkt opatrunkowy. Potem w pewnym momencie zrobiła się cisza. Udało nam się przejść do Teatru Polskiego. Podziemiami do Tamki, gdzie były siostry, do samego naszego domu, piwnicami [doszłyśmy]. Jeszcze były napisy: „Do Urszulanek po chleb.” Więc my strzałkami doszłyśmy do naszego domu. Tak, że tutaj znalazłyśmy się, tylko po tamtej stronie ulicy Dobrej. Więc, żeby przejść, bo Niemcy ustawili działo wzdłuż Dobrej, siostry z naszym dozorcą wykopały przejście pod szynami. My wieczorem, czekając cały dzień, aż zrobią to przejście, pod szynami przeszłyśmy. Taki był ostrzał domu. Ponieważ to była [matka] generalna, bardzo kochana i ja na dodatek też, siostry z radością przyjęły nas. Okazało się już wtedy, że cztery siostry poległy w czasie Powstania. To był dla nas wielki smutek. Poległy blisko Uniwersytetu ratując rannego. Niemcy zobaczyli siostry i ręcznymi granatami dobili. Jedna siostra z tego tylko wyszła, jedna jedyna. Zresztą dwa tygodnie temu zmarła, siostra Jana Płaska. Tamte cztery poległy od razu, na miejscu. Tak, że to była nasza danina powstańcza.

  • Chociaż Niemcy wiedzieli, że to są siostry zakonne. Miały opaski.

Miałyśmy opaski Czerwonego Krzyża. To nic nie przeszkadzało. To była walka na początku bardzo dzika, bez zachowania ogólnoświatowych przepisów, pewnego honorowego prawa.

  • Jaka była rola siostry w Powstaniu Warszawskim? Bo był patrol, siostra była w patrolu sanitarnym jako pielęgniarka?

Cały dom był na służbie. Miałyśmy piec piekarski, właściwie piekarnię. Wobec tego wydawało nam się, ponieważ nam ofiarowano mąki bardzo dużo, że naszym obowiązkiem jest piec chleb. Zrobiłyśmy trzy ekipy, po osiem godzin każda. Piekłyśmy w dzień i w nocy. Wydawałyśmy chleb w ciągu dnia, na podwórzu. [Nasze] podwórze jest świadkiem wszystkiego. Żadnych okienek nie było. Po prostu na podwórzu chleb się wydawało. Wydawało się zupy, chleb. [...] To było istotne. Podobało mi się, bo to wszystko było bez pieniędzy. To było tak: „Dzielcie się tym, co macie.” Ludzie mówili: „Bóg zapłać! Dziękujemy!” Albo i nie mówili, tak brali. I tak, póki tylko mogłyśmy, do ostatniej chwili. Jednocześnie w domu był szpitalik, zwłaszcza oczne sprawy. W czasie Powstania było dużo ocznych tragedii różnych. Tak, że siostra Wojdo nasza. To była znana okulistka, chirurg. Ona miała swój pokój, bardzo prymitywny zresztą, ale robiła tam operacje oczu. Niestety, bardzo często ludzie zostawali z jednym okiem. Pamiętam, była bardzo dzielna [ranna] łączniczka. Siostra Wojdo schyla się i mówi: „Słuchaj, zostanie ci tylko jedno oko.” A ona mówi: „Jak to dobrze, że to jedno zostanie.” Żadnego użalania się nad sobą, jaka ja biedna, czy będę brzydka. Tylko piękne przypadki heroizmu naprawdę na co dzień, zwyczajnego, nie deklamowanego, albo bardzo z głębi, z serca płynącego. Mieliśmy dużo dowodów tego.

  • Tutaj przychodzili i cywile, i tak samo powstańcy, tak?

I cywile, i powstańcy. [...] Po prostu ci, którzy byli w piwnicach, jak to się zaczęło wszystko walić, przeszli z piwnic do nas. Znalazłyśmy się, tutaj dużo więcej osób było niż normalnie. Całe dolne pomieszczenie wypełniło się ludźmi. Wobec tego musiałyśmy gotować, piec, dla dużej ilości osób. Niektórzy jeszcze, póki mogli, to przychodzili z zewnątrz. Nawet do Salezjanów, którzy są tu obok... [...] To i do nich nie można było przejść górą, tylko podziemiami. Jednak byłyśmy pod takim obstrzałem niemieckim z Uniwersytetu, od Dobrej, od Wiślanej i od Gęstej. Tak, że właściwie do domu nie bardzo było jak wejść. Ale były podziemia.

  • Jaka panowała atmosfera wśród ludności cywilnej? Czy była na przykład radość, że jest Powstanie? Czy ludzie cieszyli się z tego, że będzie wolna Polska?

Radości się nie czuło. Ona była w podświadomości, że to Powstanie jest dramatycznym gestem walki o wolności. Ale Powstanie było smutne. Dlatego, że prawie wszędzie, prawie na wszystkich frontach zaczęliśmy przegrywać. Musieliśmy się wycofywać. Potem zostało Śródmieście, które wreszcie też zostało opanowane przez Niemców. Nas przepędzono tam aż pod Pruszków. Było może świadomość u ludzi bardziej świadomych. A tu mówią: „Wojna. Wojna się zaczęła.” Nawet nie wszyscy nazywali to Powstaniem. Nie wszyscy byli tak wciągnięci w tą myśl. To była elita troszkę polityczna, kulturalna i patriotyczna, która wiedziała, że jest to Powstanie, które musi być, nawet jeżeli przegramy! Damy światu znać, że Polska chce być wolna, że się nie poddaje terrorowi niemieckiemu, że chcemy być wolni!

  • Ale właśnie zdarzały się momenty smutne, że ktoś umierał. To gdzieś pogrzeby odbywały, tutaj gdzieś? Bo to przeważnie na podwórkach pogrzeby się odbywały, tak?

Tak. Też tutaj. Obok tam, u Salezjanów. To był wolny plac. Tak jak zresztą teraz jest. Tam były groby. Po prostu się kopało i grzebało. Miałyśmy księdza, który wyszedł do rannego, został tak ranny, że zmarł. W brzuch dostał kulę. Mówią, że to była dum-dum, zakażona. Tak, że księdza przyniesiono jeszcze do klasztoru. Żył króciuteńko. Druga ofiara Powstania to był mały chłopczyk. Wyszedł z domu, z zewnątrz, na schody i też go trafił odłamek, z Uniwersytetu, w poprzeczną oficynę. Odłamek trafił dzieciaczka w brzuch i też zginął. Miły, kochany, strasznie płakaliśmy. Bardzo opłakiwaliśmy wszyscy go. I cztery siostry, które poszły.

  • Jak się te siostry nazywały, i ten ksiądz? Siostra pamięta?

Ksiądz Burzyński. W opinii świętości zmarł on. Zresztą jego brat też był bardzo świątobliwy. Był też księdzem w naszym domu, był kapelanem w Ozorkowie. Tak, że obaj naprawdę w opinii świętości [zmarli]. Bardzo zacni.

  • Cały sierpień tu jednak na Powiślu było dosyć spokojnie, prawda?

Nie było spokojnie. Nie było można przecież wyjść z domu, ani jedną ulicą, ani drugą. Cały czas strzelano. Tak strzelano, że poprzeczna oficyna, to są wszystkie okna wybite. Szpital, który był najprzód na trzecim piętrze, potem na drugim. Potem [był] na pierwszym, potem w podziemia musiał zejść. Bo to było wszystko wystrzelone, zniszczone. Tak, że tu właściwie walki trwały. My wyszłyśmy 5 czy 7 września, w stronę ulicy Karowej. Już było puste miasto. Już wiele trupów tylko leżało na ulicach. Wyszłyśmy z naszą siostrą, z pierwszej grupy...

  • Z grupy sanitarnej?

Tak. Siostrę, która była ciężko bardzo ranna, miała kilkadziesiąt odłamków w swoim ciele, cała była zabandażowana, niosłyśmy na krześle, przywiązaną, na ramionach. Wtedy Niemcy chcieli ją też zastrzelić: „Po co wy się tak męczycie.” My się strasznie przejęłyśmy. Zdjęłyśmy [ją], nisko skryłyśmy ją między nas. Ale tak ją doniosłyśmy do Pruszkowa, [widzimy, że] ta siostra żyje. Tydzień temu zmarła dopiero. Pięknie jeszcze przeżyła, przepracowała te lata.

  • Tu było bombardowanie, że ktoś był zasypany, gdzieś tutaj?

U nas nie, ale sąsiedztwo. Tam byli ludzie zasypani. Nawet przynoszono ich [do nas] w szoku strasznym. Oni zostali gruzami przysypani. Jeszcze wtedy dało się [przejść], bo były podkopy pod jezdnią. Częściowo z tamtego domu, część ludzi się uratowała. Na pewno ktoś tam zginął też. Czy były tutaj msze święte organizowane i dla powstańców i dla ludności cywilnej w czasie Powstania Warszawskiego? Czy ludzi przychodzili, modlili się?

  • Oni byli w mundurach? To był ślub powstańczy, tak?

Skromnie bardzo ubrani. Nie było widać, że to ślubna para. Zupełnie zwyczajnie [ubrani]. Ale chcieli jednak mieć ślub kościelny jeszcze przed pójściem do Powstania. Zresztą oni się spotkali potem, jednak przeżyli. Przeżyli jeszcze potem wiele lat pięknie.

  • Nie pamięta siostra, jak oni się nazywali?

On się nazywał Stefan Mirowski. A ona chyba Tyszkiewiczówna, z tych Tyszkiewiczów, któregoś rodu.

  • Były śluby, a może i chrzty też były tutaj?

Chrztów nie pamiętam. Małych dzieci tak dużo nie było. Tylko chłopczyk właśnie, który nam zmarł. Tak wyskoczył, wyleciał niepotrzebnie zupełnie.

  • Siostry wychodziły stąd to 5, 6 wrzesień?

Tak.

  • Powiedziano siostrom, że trzeba wychodzić. Dlaczego siostry zdecydowały się wyjść? Przyszło zawiadomienie, że należy opuszczać?

Tak. Dlatego, że Niemcy przychodzili od tej strony. Powiedzieli, żeby opuścić. Że kto chce wyjść cało, to niech wychodzi. To byli Kałmucy, ze Wschodu, bo oni mówili tylko: Czasy! Czasy! Czasy! Chcieli tylko zegarki zbierać, więc tylko nam mówiono, żeby zegarki chować, bo ich nic innego nie interesowało, tylko zegarki. Już mieli tu tak nałożone, cały rząd zegarków. Tak, że oni tu wchodzili. Ale czy to byli... Nie wiem, już mi w tej chwili trudno powiedzieć, co to były za wojska.

  • W każdym razie siostry i pewnie też część ludności cywilnej wyszły?

Wszyscyśmy wtedy wyszli razem. Były starsze panie i chore siostry.

  • I siostra właśnie na krześle, tak?

Siostra na krześle i staruszeczki.

  • I co dalej? Siostry zostały przepędzone do obozu w Pruszkowie, tak?

Do obozu w Pruszkowie, tak. Tam znowu pobyłyśmy troszkę. Pewnie ze dwie noce. Na ziemi tam się lokowaliśmy wszyscy. Duży kościół, świętego Wojciecha kościół. Po iluś dniach dostałyśmy pierwszy raz gorący posiłek, zupę pomidorową, świetną zupę. Tylko problem był w tym, w czym ją wziąć. Nie wszystkie pomyślałyśmy, żeby wziąć ze sobą kubki. Okazuje się, że to jest bardzo ważne, żeby mieć coś, z czego się można napić. Było kilka kubków. Świetną zupę pomidorową ktoś nam przygotował, już nie wiem nawet, kto. Prawdopodobnie miejscowa ludność, bo może tam nie było walk powstańczych. Poza tym my byłyśmy akurat w momencie, kiedy tam się pokazał von Bach. Wtedy to był pierwszy dzień, kiedy pozwalano (w każdym razie siostrom) jak on powiedział – „do domu macierzystego [wrócić]”. Ponieważ my miałyśmy w Milanówku i w Brwinowie, to do domów. To oczywiście nie były domy macierzyste, tylko filie. Ale wtedy mogłyśmy przejść. To był pierwszy dzień. Poprzedniego dnia wywożono jeszcze do Niemiec. Również siostry były. Też się znalazły w Niemczech, w obozie.

  • Takie było szczęście w nieszczęściu, że akurat on przyjechał, odwiedził i siostry mogły wyjechać.

Potem już wkrótce podpisywano…

  • Pakt o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie. To nawet nie był akt kapitulacji, tylko pakt o zaprzestaniu działań wojennych.

Właśnie dlatego nie chcę użyć słowa kapitulacja, bo to nie było to. To było podpisane gdzieś w Ożarowie, na krańcach. Wtedy pozwolono nam się rozjechać.

  • Siostra pojechała do Milanówka czy do Brwinowa?

Do Milanówka. Byłam w Milanówku. Potem jeszcze ładnie pracowałyśmy w Milanówku. Pościągałyśmy nasze uczennice tajnego nauczania i zaczęło się znowu życie. Potem, zaraz w styczniu przyjechałyśmy [do Warszawy]. Jak tylko się dowiedziałyśmy, że można do Warszawy wracać, wróciłyśmy w styczniu na piechotę z Milanówka. Pamiętam nasz straszny szok. Jednak Warszawa była straszliwie zniszczona, wypalona. Nasz dom również [był] bardzo zniszczony. [...] To było cudowne, że przynajmniej trzy pokoje były do wzięcia. Kuchnia była zalana do pasa wodą. Były nieporządki w kanalizacji i w całym układzie wodnym. Ciężkie były początki, ale już wróciłyśmy z radością do swojego [domu]. Kaplica była wypalona cała też.

  • Jak były władze komunistyczne było gorzej, niż jak była okupacja niemiecka?

Trudno powiedzieć, gorzej czy lepiej? Stale robiłyśmy swoje. Miałyśmy tajne nauczanie. Miałyśmy w domu dużo osób pod opieką, dużo starszych pań, chorych. Dużo sióstr było już wtedy chorych. Tak, że my nie odczuwałyśmy [czy] lepiej, gorzej. Każda z nas, ile mogła, tyle pracowała. Rzeczywiście, pracowałyśmy wszystkie, różne dyżury. Cały czas czuwałyśmy nad domem. Cały czas miałyśmy dyżur, we dnie i w nocy, na tarasie również, żeby coś nie spadło. Kiedyś coś spadło, ogień. Został ugaszony, bo kto wie, co by było gdyby on [się rozpalił]. Gdyby wiatr [rozniósł], żeby dom nie był narażony. Tu był drugi taras. Tak, że czuwałyśmy, ale jednocześnie robiłyśmy, co się dało. Robiłyśmy swoje. Żywiłyśmy przede wszystkim ludzi. To było nasze stałe zajęcie. Miałyśmy magazyny pełne. Ludzie odchodząc, wychodząc ze swoich mieszkań, tu nam różne rzeczy przynosili, że to się przyda: „Może siostry z tym coś zrobią.” Miałyśmy poczucie odpowiedzialności za to, co nam dawano też dla innych.

  • Ten pokój właśnie, który ocalał, gdzie przyjeżdżał zawsze, nocował Ojciec Święty.

Ojciec Święty, to nie. Ale to jest pokój Ojca Świętego. Przedtem [nocowała tu] Założycielka, która w 1939 roku zmarła. Jak my mówiłyśmy, święty pokój. Więc on rzeczywiście ocalał. Tak, że tu była od razu pierwsza kaplica. Póki się [nie odnowiło]. Tam się wszystko wypaliło. Wypalone były i świeczniki, i klęczniki, wszystko. Tu jakoś było, że potem palili specjalnie w domu, żeby to nie zostało. Podobno ktoś to tak, nie wiem, czy to Hitler powiedział, żeby kamień na kamieniu nie został. I to tak prawie, że było. Tak się niszczyło Warszawę.
Warszawa, 31 października 2006 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Maria Stefania (Siostra Andrzeja) Górska Stopień: siotra zakonna Urszulanka Dzielnica: Powiśle

Zobacz także

Nasz newsletter