Sergiusz Hornowski „Adam”

Archiwum Historii Mówionej

Jestem przedwojennym oficerem zawodowym, wychowankiem Korpusu Kadetów numer 2 w Chełmnie, wychowankiem Szkoły Podchorążych Sanitarnych w Warszawie, którą ukończyłem w 1938 roku. Do wojny pracowałem w Wesołej, jako lekarz 2. Dywizjonu Pomiarów Artylerii. Mobilizowałem, tuż przed 1939 rokiem, Brygadę Pancerno-Motorową, „Grota” Roweckiego, [poza tym] różne oddziały, które w Rembertowie szykowały się do wojny.
W czasie wojny zostałem skierowany jako zastępca dowódcy kompanii sanitarnej 3. Dywizji Piechoty Legionów do Lublina. Mobilizowałem swoją kompanię na Majdanku, później brałem udział w obronie Wisły, odwiozłem rannych do Brześcia nad Bugiem znad Wisły. Następnie przyłączyłem się do oddziałów przebijających się na południe i wziąłem udział w bitwie pod Tomaszowem Lubelskim w Tarnawatce, byłem tam ranny, dostałem się do niewoli w szpitalu w Tomaszowie Lubelskim. Stamtąd wreszcie uciekłem i przyszedłem do Warszawy. Zostałem później lekarzem w Markach.
W Markach od początku zorganizowałem ZWZ, a później Armię Krajową rejon „Celków”. Byłem komendantem tego rejonu, dowódcą liniowym i w 1942 roku po wielkiej wpadce na ulicy Trębackiej zostałem przeniesiony na stanowisko szefa służby zdrowia rejonu „Celków”. W momencie zbliżania się już wojsk radzieckich w 1944 roku, z chwilą zajęcia Strugi przez oddziały 2 Armii Pancernej Związku Radzieckiego, przyłączyłem się do mobilizowanego Batalionu „Obroży” rejonu „Celków” i razem z tym oddziałem brałem udział w walkach na przedpolu Warszawy. Najpierw w kierunku na Marki, Pustelnik, a następnie na Zielonkę. Po nieudanych atakach i przerwie wywołanej zarządzeniami Stalina, powróciłem, bo byłem ranny… Najpierw przeszliśmy pod Ręczaje, w Laskach pod Reczajami broniliśmy się otoczeni przez Niemców. Wreszcie na początku września dostałem się do Marek, byłem ranny w głowę odłamkiem i później wkroczyły wojska radzieckie, zgłosiłem się do wojska polskiego. Niestety nie puścili mnie do wojska, powiedzieli, że za dużo jest rannych w Markach i za duże straty, nie ma żadnego lekarza w Markach.
Tymczasem przyszło NKWD, aresztowało mnie i wywiozło najpierw do Borowicz, to jest między Leningradem a Moskwą, a następnie po roku, jako szczególnie niebezpiecznego, na Syberię Zachodnią za Swierdłowsk, dzisiaj Jekaterynienburg, gdzie byłem w różnych obozach trzy lata. Po trzech latach dopiero, w końcu 1947 roku wróciłem do kraju. To byłby mniej więcej krótki opis moich przygód wojennych.

  • Dobrze, jakby pan mógł teraz jeszcze przedstawić się i powiedzieć gdzie się pan urodził.

Urodziłem się w Tyflisie w 1914 roku jeszcze przed I Wojną Światową. Byłem synem oficera armii rosyjskiej, ale katolika, Michała Hornowskiego, który później walczył z bolszewikami i jako podpułkownik Wojska Polskiego był szefem inżynieryjnym Modlina i polskiego wybrzeża, fortyfikował polskie wybrzeże. Następnie mój ojciec był dyrektorem w Urzędzie Wojewódzkim w Toruniu, jak poszedł na emeryturę. […]

  • Jak to się stało, że zdecydował się pan na medyczne wykształcenie? Czy ktoś z rodziny był lekarzem, czy to po prostu była pana pasja?

Problem dosyć śmieszny, jak zwykle w życiu. Po ukończeniu Korpusu Kadetów zdawałem najpierw na artylerię, ale powstała możliwość wyjazdu do Warszawy na egzaminy do sanitarki i wobec tego zapisałem się na te egzaminy. Wyobraźcie sobie, że zdałem z pierwszą lokatą, siedmiuset kandydatów na pięćdziesiąt miejsc. Jak już zdałem, to zostałem przyjęty. Później bardzo mi się to podobało i w sanitarce spędziłem przecież sześć lat studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Przy czym zawsze specjalnie zajmowałem się Zwiazkiem Radzieckim, ponieważ urodziłem się w Tyflisie i do Polski przyjechałem dopiero w 1923 roku. Znałem bardzo dobrze język rosyjski i specjalnie zawsze zajmowałem się literaturą i zagadnieniami rosyjskimi. Moja matka była prawosławna i była półkrwi Gruzinką, bo mój dziadek po stronie matki, powstaniec z 1863 roku został wysiedlony na Kaukaz i ożenił się z Gruzinką. Stąd też moje imię Sergiusz, to jest typowo gruzińskie imię Sergo. Ale to są takie ciekawostki życiowe.

  • W którym roku pan skończył studia?

W 1938 roku, to znaczy absolutorium miałem w 1937, a wszystkie egzaminy zdałem do kwietnia 1938 roku.

  • Czyli w czasie wybuchu wojny już pan był rok po studiach.

Tak.

  • Proszę powiedzieć jak pan zapamiętał wrzesień 1939 roku?

Już powiedziałem przed chwilą.

  • Ale tak bardziej szczegółowo.

W 1939 roku byłem lekarzem 2. Dywizjonu Pomiarów Artylerii i mobilizowałem tam różne jednostki, bo przecież od marca 1939 roku do września były bez przerwy mobilizowane jednostki i lekarze mieli dużo roboty. Każdą taką jednostkę trzeba było przeszczepić, przebadać, odesłać wszystkich nienadających się do służby wojskowej, niektórych wyleczyć. To była straszna robota, a lekarzy wojskowych było mało i w garnizonie Rembertów, i Wesoła, teraz tam cała dywizja stoi, a ja byłem tam sam jeden. Jeździłem jeszcze do pacjentów konno.

  • Proszę teraz powiedzieć, też tak bardziej szczegółowo, o organizowaniu II Rejonu Obwodu „Obroży”. Jak to się wszystko działo?

II Rejon, „Obroża” to był Obwód VII Warszawski, Warszawa miała cztery obwody miejskie lewobrzeżne, dwa prawobrzeżne i VII Obwód „Obroża” obejmował powiat warszawski i składał się z ośmiu rejonów. Rejon pierwszy to było Legionowo, drugi Marki, Celków, trzecim był Rembertów, Dąby, czwarty był Otwock, piąty, przechodził już na drugą stronę Wisły, to było Piaseczno, Ożarów i Kampinos. To jest dokładnie opisane w książce „Termopile Warszawskie”.

  • Tak, tylko jakby pan mógł właśnie opowiedzieć o samej organizacji.

Tam jest moja fotografia i moje dane.

  • Proszę teraz opowiedzieć jak pan pamięta właśnie organizację II Rejonu?

II Rejon musiałem zaczynać od podstaw. To był rejon specyficzny, odznaczał się tym, że była bardzo silna komuna, bardzo silne prądy lewicowe. Dla porównania trzeba powiedzieć, że w Markach było w czerwcu 1944 roku stu czterdziestu dwóch członków partii komunistycznej, to znaczy dokładnie PPR-u, Polskiej Partii Robotniczej. Dla porównania w całej Warszawie nie było ich czterystu, w całym Lublinie ich nie było siedemdziesięciu. Takie były stosunki, a w Markach ich było stu czterdziestu dwóch. Naturalnie oni nie mieli swojego lekarza i ja byłem też i ich lekarzem, musiałem ich obsługiwać, w pewnym sensie. Bardzo specyficzne warunki były w Markach, na przykład w naszym batalionie były trzy drużyny komunistów, Gwardii Ludowej.

  • Jak się odbywała w ogóle sama organizacja, od samego początku?

Od 1942 roku naszym komendantem był, Marian Okińczyc „Bil”, wtedy był kapitanem i on miał sztab, który liczył kilkunastu ludzi. W sztabie była komendantka Wojskowej Służby Kobiet Janina Turska. Józef Sieja był komendantem Służby Ochrony Powstania. p class="pytanie">Ale to nie o nazwiska chodzi, chodzi o to jak to się odbywało. Od 1942 roku to się zaczęło, tak, ta organizacja?
Mówiłem o 1944 roku. W 1944 roku właśnie komendantem był Okińczyc, a dowódcą 1. kompanii osiowej był porucznik Albin Furczak i oni kierowali militarnymi posunięciami. Byłem lekarzem tego zgrupowania z jednej strony, a z drugiej strony byłem wyznaczony do kontaktów z wojskami radzieckimi. Chodzi o to, że myśmy ściśle musieli współpracować z tymi oddziałami i walczyliśmy razem z nimi, jako osłona ich czołgów. Nasze boje zostały ocenione przez naszego komendanta pułkownika „Krzyżaka”, komendanta „Obroży”, jako najważniejszy niemal moment w przebiegu działań zbrojnych w Warszawie. Dlatego, że takich strat w bezpośredniej walce z Niemcami i takich wyczynów, nikt inny z tych rejonów nie wykonywał.

  • No właśnie, bo tam Powstanie zaczęło się wcześniej. Proszę opowiedzieć…

Zaczęło się o dwa dni wcześniej.

  • … jak to wszystko wyglądało, jak pan to pamięta, wybuch Powstania w tamtym rejonie?

Najważniejsze rzeczy, które tam się działy, to był moment, kiedy przyszedł, ja byłem akurat w sztabie rosyjskiej brygady pancernej, drugiego dnia, rozkaz Stalina: „Zatrzymać ofensywę”. Otóż ten rozkaz skazywał na śmierć brygadę pancerną i nas, bo my nacieraliśmy i liczyliśmy na to, że w dalszym ciągu jesteśmy tylko czołówką wojsk, które nacierają na Warszawę. W tym momencie dostaliśmy wiadomość, że zabrano nam osłonę lotniczą, 8 Armia Pokryszkina natychmiast ma przejść na południe.
Zabrano nam Pułk Artylerii Rakietowej. Zabrano nam park amunicyjny, wszystko zabrano, wszystko idzie na południe i to był oficjalny rozkaz: „Zostajecie sami”. Równocześnie na nas zaczęły nacierać cztery dywizje pancerne, cały niemiecki III Korpus Pancerny, najlepsze dywizje pancerne niemieckie, mianowicie: „Totenkopf”, „Viking” i „Herman Goering”. Te trzy dywizje pancerne na nas zaczęły nacierać i już 3 [sierpnia] musieliśmy toczyć walki z „Herman Goering”, która nacierała od strony Nieporętu. To były bardzo nieprzyjemne momenty, ciężkie, tylko oni też nie mieli osłony piechoty, dwóch esesmanów na początku, a za nimi czołgi. Ale ich było dużo, oni otoczyli Rosjan i z dziewięćdziesięciu czołgów zostało dziesięć w ciągu kilku tygodni. Tak wykończyli część tych Rosjan. Jak nas otoczono w lasach pod Ręczajami, to na początku września nasz dowódca Okińczyc zdecydował się uciekać, gdzie się da, rozejść się. Myśmy powolutku, po cichutku zaczęli się wykradać z tego otoczenia. Niemcy też nie mieli wielu żołnierzy, żeby z nami walczyć, bo te czołgi stały i ledwie się broniły. W końcu dotarłem do Marek, tam byłem ranny.

  • Jak to się stało, że pan został ranny?

Ostrzeliwali nas artylerią, myśmy się kryli w lasach i jeden z odłamków trafił mnie w głowę. Nawet nie było dużego krwawienia, ale wdała się ropa, [zaczęło się] ropienie kości czaszki. Jakoś przeszło, brałem ówczesne znakomite leki, miałem dosyć dużą apteczkę z sobą i ratowałem Rosjan, bo oni też nie mieli już lekarstw. Wszystko było na mojej głowie.

  • Jakie warunki medyczne panowały podczas Powstania w szpitalu, który pan prowadził? Co pan miał do dyspozycji?

Myśmy się szykowali bardzo do Powstania. W naszym szpitalu, w naszym rejonie był szpital psychiatryczny w Drewnicy. Ponieważ w szpitalu psychiatrycznym nie było żadnej sali operacyjnej, nie było żadnych przygotowań do opatrunków, do tego wszystkiego, więc tuż przed wojną, to znaczy tuż przed Powstaniem zacząłem się starać u Niemców o zorganizowanie oddziału chirurgicznego, tłumacząc to rozwojem jaglicy. Co to jest jaglica nawet nie wiecie?

  • Nie.

To jest taka choroba oczu, przed wojną bardzo popularna, wywołana przez pewne zarazki, która powoduje ślepotę. […] Dzisiaj lekarze w ogóle nie wiedzą, co to jest jaglica, a przed wojną to były bardzo duże problemy i Niemcy się bali tego, bo to choroba zakaźna. Wyobraźcie sobie, dostałem bardzo dobry sprzęt dla szpitala w Drewnicy. Naturalnie okulistę zorganizowałem. Doktor Morawiecki, później był profesorem okulistyki w Gdańsku, tam organizował. Był doktor Leszycki, który tym wszystkim się zajmował i to wszystko organizowaliśmy w szpitalu w Drewnicy. Ale szpital został od nas odcięty frontem, bo same Marki, Drewnicę i Zacisze zajęli Niemcy i nie można było dotrzeć w ogóle do szpitala. Tak że myśmy musieli swoich rannych zostawiać w chałupach i domach w Strudze, w Pustelniku Drugim, w Nadmie. Co jeszcze chcecie ode mnie wiedzieć?

  • Jakie było medyczne wyposażenie?

Mieliśmy nosze, miałem dużą walizkę, w której miałem surowicę przeciwtężcową, duże ilości sulfamidów, dagenan, sulfatiazol. Ówcześnie to było najdoskonalsze leczenie. Poza tym mieliśmy dużo morfiny. Tą morfiną podzieliłem się z lekarzem rosyjskiej brygady pancernej, bo im zało morfiny, a ponieważ oddziały pancerne w boju wymagają ogromnej ilości morfiny… Wiecie dlaczego?

  • Żeby uśmierzyć, żeby mogli walczyć?

Bo głównym elementem jest oparzenie, oparzenie strasznie boli, jedynym ratunkiem dla tych wyjących z bólu ludzi jest danie im morfiny. Oni nie mieli już morfiny i tylko alkoholem, spirytusem poili swoich oparzonych czołgistów.

  • Proszę powiedzieć ile miał pan do dyspozycji sanitariuszek?

Proszę sobie wyobrazić, że w tym oddziale nie było ani jednej sanitariuszki. Sanitariuszki wszystkie zostały, przeszkoliłem ponad trzydzieści sanitariuszek w okresie przed [Powstaniem], ale w w tych walkach nie brały udziału.

  • W takim razie kogo pan miał do dyspozycji?

Miałem dwóch kaprali fachowych sanitariuszy, z wojska jeszcze i po dwóch noszowych, tak że miałem dwa patrole męskie sanitariuszy.

  • Jeżeli chodzi o takie środki jak bandaże, opatrunki, czy tego nie owało?

Oni mieli porządne torby z zaopatrzeniem we wszystko jak się należy. Ten oddział był dobrze wyposażony jeżeli chodzi o służbę zdrowia.
  • Jak było z wyposażeniem jeżeli chodzi o broń?

Z bronią też nie było najgorzej, były dwa ciężkie karabiny maszynowe, sporo było STEN-ów, pistoletów maszynowych, nawet niemieckich, najwięcej było mauzerów. Blisko trzystu odeszło od razu, bo nie było broni, a ci co pozostali, to wszyscy byli dobrze zaopatrzeni w broń. Amunicji też mieliśmy spore zapasy.

  • Proszę powiedzieć, jaka atmosfera panowała wśród walczących żołnierzy podczas Powstania w pana rejonie?

W pierwszej chwili był zachwyt i zadowolenie, że już walczymy, że podjechały czołgi, że idziemy na Warszawę, że zdobędziemy Warszawę. Jeszcze nas pobudzało to, że nad nami bez przerwy szły klucze samolotów bojowych Ił 2, których Niemcy się strasznie bali, które były opancerzone od spodu. Myśleliśmy, że już będziemy uwolnieni niedługo, że Rosjanie zajmą Warszawę. Wiedzieliśmy o tym, co się działo we Wilnie, słyszeliśmy już o Chełmie, o Komitecie Wyzwolenia Narodowego, ale nie zajmowaliśmy się tym specjalnie. Gorzej było w momencie, kiedy Rosjanie już przyszli w połowie września, zajęli Marki, wtedy się zmieniło od razu. Na przykład odebraliśmy zrzut z zachodu i wszyscy, którzy odbierali ten zrzut, zostali aresztowani przez NKWD i wywiezieni. Mało tego, nasz dowódca major „Bil” Okińczyc został aresztowany i zamordowany na Łubiance. Mało tego, dowódca grupy uderzeniowej „Struś”, który właśnie spalił te czołgi, a później odebrał zrzut pod Drewnicą, też został aresztowany i zamordowany, tylko już wcześniej, nie na Łubiance. Mnie też aresztowano 22 października, też wywieziono i później skazano na Syberię.

  • Właśnie, bo w pana sprawie interweniowało bardzo dużo ludzi, też te środowiska komunistycznego, z tego co wiem.

Tak.

  • Jak to się stało, że jednak oni byli nieugięci, że pana wywieźli?

Oni nie mieli nic do gadania. Jak mnie aresztowali, to wyobraźcie sobie, najpierw trzymali mnie w dole wykopanym na trzy metry, wiązka słomy na dnie, pod Drewnicą. Potem mnie stamtąd wyciągnęli i przewieźli na front pod Białobrzegi. Tam mnie też trzymali obok jakichś podejrzanych ludzi, żeby coś ode mnie wyciągnąć, jakieś wiadomości, nie wiem jakie. Potem stamtąd mnie przesłali do Wołomina. Do Wołomina mnie konwojował żołnierz, nie miałem kajdanek, nic, tylko odwieźli mnie samochodem ciężarowym do Radzymina.
Na rynku w Radzyminie zobaczył mnie komendant polskiego posterunku, komunista Wybrański z Marek. Wyobraźcie sobie jak rzucił się do mnie: „Panie doktorze! Ponad trzystu rannych mamy w Markach, a nie ma żadnego lekarza! Jakie szczęście, że ja pana złapałem!”. Chciał mnie zabrać koniecznie, to ten Rosjanin mówi: „Nie dam”. „A co ty masz do gadania?! Musimy zabrać swojego doktora!”. „Nie dam, mam odstawić go do Wołomina”. Wojna domowa, a ten Rosjanin zaczął strzelać w powietrze, na rynku w Radzyminie. Zbiegło się mnóstwo [ludzi], przybiegł komendant garnizonu w Radzyminie i rozsądził, że nie da, konwój musi odprowadzić mnie do Wołomina, a on poda tylko adres i „interweniujcie w Wołominie”, [powiedział] do komunistów w Radzyminie. Jak tylko przyszliśmy do Wołomina, to zaraz mnie przerzucili w inne miejsce, zatarli ślady i nie ma mowy. Takie były stosunki.

  • Jak wyglądały przesłuchania prowadzone przez NKWD?

Na przykład w Markach przy pierwszym moim aresztowaniu przez NKWD, to major, Żyd, bardzo grzecznie do mnie, tego, owego, co ja powiem, czy ja należałem, czy gdzieś, naturalnie wyparłem się wszystkiego. „No to musicie z nami współpracować”. Mówię: „Ja nie mogę współpracować, ja jestem bezpartyjny”. A dlaczego? Dlatego nie mogłem się przyznać, bo gdybym się przyznał, to jest sprawą… Chodziło o to, że jak się przyzna człowiek, to musi zeznawać jako świadek i wtedy odpowiada za prawdziwość, a jak nie przyzna się, to nie odpowiada za nic. To są zagadnienia prawnicze. Ale zgłosili się Żydzi, których ukrywaliśmy w Markach, było kilkunastu Żydów […], oni do niego poszli i wypuścił mnie. Ale po sześciu, ośmiu dniach kto inny mnie aresztował, już bez żadnego zeznania, bez niczego, już tylko te wędrówki po tych wszystkich różnych ośrodkach i w końcu dowieźli nas do Sokołowa. W Sokołowie wsadzili do wagonu i wywieźli do Borowicz, w okropnych warunkach. W tym transporcie wyładowali od razu dwudziestu martwych, którzy nie przetrzymali transportu.
W Borowiczach siedziałem w okropnych warunkach prawie rok, a później zostałem zesłany na Syberię.

  • Proszę nam więcej opowiedzieć o Borowiczach.

Borowicze były obozem przejściowym o zaostrzonym rygorze, tam umieszczali przede wszystkim esesmanów niemieckich i nas traktowali jako bandytów. W tej chwili tam zebrano około czterech tysięcy ludzi, z tego ponad sześciuset zmarło, mają mieć swoją specjalną izbę w Muzeum Niepodległości, nawet dwie izby. Tam są nazwiska tych zmarłych, tam są wszystkie te historie. Warunki były okropne, ludzie umierali jak muchy, bo w ciągu pierwszych pięciu miesięcy ponad pięćset [osób] zmarło.
Przede wszystkim głód i niewiarygodne wszy i pluskwy. Nie można sobie wyobrazić żadnych lekarstw, nic, żadnego ratunku. Na wysokość metra, kupa pluskiew. Ludzie, z których całą krew wypijały pluskwy, niewiarygodne warunki, straszne warunki. Dużo ludzi wymarło. W obozie lekarzowi jest troszkę lżej żyć, bo zawsze lekarz, to jest lekarz i ja miałem to szczęście, że znałem dobrze Rosję, znałem dobrze stosunki radzieckie. Oni ze mną się liczyli i osobiście jakoś to przeżyłem, chociaż dwa razy byłem w karcerze w strasznych warunkach, za to, że chorych zwalniałem z pracy, bo wykazywałem za dużo chorych.

  • Późniejsze losy proszę powiedzieć, po Borowiczach, jak pan już trafił na kolejne zesłanie. Jak to wyglądało?

W Borowiczach byłem od początku grudnia 1944 roku do końca 1945 roku i stamtąd przejechałem do Swierdłowska, za Swierdłowsk właściwie, do obozu. Tam też były trudne warunki, tam była głodówka. Już było po wojnie, po tych wszystkich historiach, a w 1947 roku już przyszło zarządzenie, że mamy wracać do kraju. Wtedy zmieniło się wszystko i już tylko kilka osób zmarło, już później w końcu 1947 roku nas odesłali do kraju przez Brześć. W Brześciu nad Bugiem znowu miałem kłopoty. Mój transport, około ośmiuset ludzi, przejechał do Białej Podlaskiej. To był obóz przejściowy w Brześciu i mnie zatrzymano, jako naczelnego lekarza tego obozu. Musiałem siedzieć i przyjmować transporty akowców z całej Polski, i z Powstania, i z wszystkich stron, znowu bardzo ciężką miałem pracę. W końcu zbuntowałem się, strajk ogłosiłem: „Nie wychodzę do pracy”. Po dwóch dniach mnie odesłali do Białej Podlaskiej, a tam już spotkałem kolegów.

  • Co potem się z panem działo?

Później wróciłem tutaj do domu, zastałem żonę z dwojgiem dzieci, dwoje moich małych dzieci już podrosło. Zdecydowałem, że gdzieś trzeba iść do pracy. Poszedłem na chirurgię do profesora Manteuffla, to był wtedy najlepszy oddział chirurgiczny w Warszawie i zacząłem tam pracować. Miałem oprócz tego dziesięć posad, trzydzieści pięć godzin obliczeniowych na dobę pracy, to były specjalne stosunki.
Po wojnie nie było lekarzy zupełnie, trudno sobie wyobrazić. Na przykład byłem tutaj lekarzem rejonowym w 1948 roku i miałem rejon od Czerniakowskiej za filtrami, aż do Mostu Kierbedzia, do tego nieczynnego mostu, bo wtedy był zrujnowany, Mostu Śląsko-Dąbrowskiego, cała Dobra, cały Solec, Tamka, Górnośląska wszystko to był mój rejon. Na to wszystko byłem jedynym lekarzem.

  • Proszę powiedzieć czy nie miał pan nigdy, już później żadnych problemów z racji tego, że należał pan do Armii Krajowej, już później, kiedy wrócił pan do Polski?

Na początku musiałem się meldować, ale najciekawsze było to, że ciągle leczyłem wszystkich „przestępców”. Skibiński, Rzepecki, Moser, Wiloch, to wszystko nazwiska skazanych z WIN-u, albo z Armii Krajowej. „Kryska” był moim pacjentem, Porwit, ci wszyscy leczyli się u mnie i musiałem obrabiać to wszystko. Ale ciekawa rzecz, na przykład nie chcieli za żadne skarby dopuścić do tego, żebym dostał docenturę, albo profesurę.
Doktorat zrobiłem bardzo wcześnie, już w 1949 roku, przyznano mi doktorat, pisałem bardzo dużo. Cztery razy reprezentowałem Polskę na różnych zjazdach międzynarodowych, ale tylko w obrębie wschodu, na zachód mnie nie puszczali, nie pozwolili mi wyjeżdżać. Później jak wystawiono moją kandydaturę na docenta, to nie [zgadzali się], muszę zdać kandydata nauk, mimo posiadanego doktoratu. Musiałem zdawać materializm dialektyczny u Schaffa i różne inne historie.
W końcu zostałem kandydatem nauk, ale docenta mi nie dali. Jestem doktorem medycyny i kandydatem nauk medycznych, ale broń Boże docentury, albo profesury. Moi uczniowie już dawno byli profesorami. Takie śmieszne historie, ale machnąłem ręką na to wszystko.

  • Żadnych poważniejszych utrudnień nie było?

Nie, mnie osobiście nie aresztowali, nie ciągali tutaj. Mało tego, ci moi komuniści z Marek jak przyjechałem, przyjechali do mnie z delegacją, żebym wracał do Marek, że mi gwarantują pół miliona złotych pensji, wtedy kiedy dostawałem dwadzieścia jeden tysięcy pensji, i na rękę jeszcze, i mieszkanie, i wszystko, bylebym tylko wrócił do Marek. Powiedziałem: „Nie, już raz od was wyjechałem. Drugi raz nie pójdę”. Nie poszedłem, ale: „No to kogo pan da?”. „No to jest mój kolega z sanitarki, to może tam pójść”. Poszedł kolega z sanitarki, rok popracował, po pół roku go aresztowali i pięć lat przesiedział.

  • Jak pan teraz wspomina samo Powstanie Warszawskie i kiedy pan analizuje to wszystko, to co pan myśli o samym Powstaniu?

O samym Powstaniu, co powiem? Za mało myślimy, zawsze jest powiedzenie, że to Stalin nas zdradził. Stalin tylko korzystał z okazji, a główną przyczyną upadku Powstania Warszawskiego jest polityka Anglii. O tym się nie mówi, ale chodzi o to, że Anglicy walczyli o Morze Śródziemne, nie chcieli dopuścić Rosjan na Bałkany i wylądowali w Grecji. W momencie, kiedy wylądowali w Grecji, zaczęli toczyć ciężkie walki z komuną grecką, Stalin zdecydował się zmienić kierunek natarcia. To nie jest przypadek, że już 9 sierpnia padła Rumunia, a 23 sierpnia padła Bułgaria. To było wszystko wywołane właśnie nie sprawami polskimi, bo sprawy polskie były rozstrzygnięte już w momencie zajęcia Lublina i powstania komitetu. Z Warszawą byłoby to samo co z Wilnem, bez większego kłopotu. To znaczy zlikwidowaliby w krótkim przeciągu, bez żadnych akcji wojennych, część wcieliliby do wojska. W interesie Stalina zajęcie Warszawy niewątpliwie byłoby ogromnym sukcesem i było całkowicie możliwe, gdyby całą ofensywę zamiast skierować na południe, skierowali na Warszawę, tak jak było początkowo przewidziane. Z chwilą, kiedy wybuchło Powstanie, to Stalin się bardzo ucieszył, bo to związało siły niemieckie.

  • Ale w takim razie czy pana zdaniem Powstanie miało sens?

Powstanie nie miało sensu, było politycznie absolutnie niepotrzebne.

  • Dziękujemy bardzo.

Ale gdyby nie Anglicy, to Warszawa byłaby zajęta i Powstanie trwałoby tylko kilka dni. W końcu 1944 roku o sytuacji bojowej decydowało lotnictwo, już nawet nie czołgi tylko lotnictwo, a zabranie 8. Armii Pokryszkina od razu zmieniło całkowicie pole bitwy pod Warszawą. Przecież sześć starych Junkersów bez przerwy bombardowało bez żadnych kłopotów Warszawę, lewobrzeżną, Powstanie. Gdyby ta armia lotnicza była na swoim miejscu, tak jak poprzednio, to przecież zniosłaby tych Niemców jak nic. Czołgi niemieckie były bezbronne, ale tylko wobec lotnictwa, wobec Iłów. Chodzi o to, że z góry pancerze są dużo słabsze niż z boków i wystarczy z góry niewielkie działko żeby zlikwidować, zapalić ten czołg. Już wtedy zmienił się front, już zupełnie inaczej wszystko wyglądało.



Warszawa, 8 listopada 2008 roku
Rozmowę prowadziła Aleksandra Żaczek
Sergiusz Hornowski Pseudonim: „Adam” Stopień: kapitan, dowódca Rejonu, szef służby zdrowia Formacja: Obwód VII „Obroża”, II Rejon Dzielnica: Marki Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter