Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Stanisław Iwańczak „Kloch”, „Beniaminek”
Stanisław Iwańczak
pseudonim
„Kloch”, „Beniaminek”
stopień
starszy strzelec
formacja
Batalion „Gozdawa”, Kompania Motorowa „Orląt”
dzielnica
Stare Miasto
Zobacz biogram

Moje nazwisko Stanisław Iwańczak, pseudonimy w Armii Krajowej „Kloch” i „Beniaminek”. „Beniaminek” to był nadany przez kolegów.

  • Proszę pokrótce opowiedzieć o swoim dzieciństwie. Gdzie pan spędził dzieciństwo?

Dzieciństwo miałem takie, jakie warto zapamiętać, i daje mnie dużo przyjemności nawet je wspominać. Miałem takie sielsko-anielskie, bym powiedział. Jak kiedyś byłem małym chłopcem, to mieszkaliśmy w Kozerkach koło Grodziska Mazowieckiego, bo mój ojciec pracował w Warszawie, a myśmy tam mieszkali. Raz mnie tam kogut pociął, to potem mieliśmy rosół na obiad. Potem ojciec sprowadził wszystkich. Bo rodzina, ojciec, już przed pierwszą wojną światową mieli dom na Chełmskiej, koło Czerniakowskiej. Moich dwóch braci się urodziło w Warszawie: Konstanty i Ryszard.
Ale wracając do mojego dzieciństwa, potem mieszkaliśmy na Golędzinowie; to jest na styku Nowe Bródno, ulica Odrowąża. To były alejki, tam rosły topole i jeszcze tam rosną. Po drugiej stronie był cmentarz Bródzieński, nie Bródnowski (to niedouczeni panowie mówią „Bródnowski”, a Bródno pochodzi od brodu, nie od brudu). Tam mieliśmy też mieszkanie, ojciec wynajmował u takiego pana, Niemca, Stalinger się nazywał, który grał na harmonii w Dziekance – to jest na Krakowskim Przedmieściu. Tam mieszkało też dużo Niemców. Jeden miał [nazwisko] Mencel, był sklepikarzem. Jego syn Fredek z piłkę z nami grał, w tak zwanego soccera, w piłkę nożną. Potem go polscy żołnierze zastrzelili, jak rozkręcał szyny na wale, jak przez Golędzinów z Pragi pociągi szły; tam właśnie złapali go w trakcie wykonywania sabotażu i dostał w czapę za to, że był niegrzeczny. Ale ta rodzina była bardzo przyzwoita. Dużo Niemców mieszkało w tym domu, bo ten dom należał, jak wspomniałem, do Stalingera. Tam w piłkę graliśmy, takie inne rzeczy. Było w porządku, chodziłem do szkoły. Nauczyłem się czytać, jak miałem sześć lat, a poszedłem do szkoły, jak miałem siedem – to był 1935 rok bodajże, kiedy zmarł marszałek Piłsudski.
Później było normalnie. Wstąpiłem do organizacji paramilitarnej „Orlęta” na Nowym Bródnie; to był w budynku Lisa-Kuli, to było gimnazjum. Tam było kino, tak zwana dziadówa – za dziesięć groszy szło się do kina. Było fantastycznie. Nawet te młode lata były bardzo przyjemne i mile [je] sobie wspominam. Nawet lata okupacji nie były takie złe, bo jako młody chłopiec to właściwie odczuwałem ucisk okupanta i inne rzeczy z tym związane…

  • Proszę powiedzieć, jak pan zapamiętał wybuch wojny?

Przed samą wojną mój ojciec zaczął skupować żywność i bilon, srebrny szczególnie. Nazbierał tego bardzo dużo. Mój ojciec brał udział w rewolucji bolszewickiej, Dzierżyńskiego bardzo dobrze znał, dlatego ja tu jestem – [Dzierżyński] dał mu przepustkę. Mój ojciec brał udział w wojnie rosyjsko-japońskiej w 1905 roku w Port Artur. Tam też dawali informacje Japończykom. (Teraz mówią, że na przykład Kukliński zdrajca; on właściwie nie był zdrajca. Tak samo mój ojciec mógłby być zdrajcą, bo kapował na własnych niby kolegów, a on kapował, żeby Rosjanie dostali po łbie. Tak samo Kukliński – to samo robił. To moje osobiste zdanie). Okupacja… U mnie w rodzinie wszyscy konspirowali: i ojciec, i matka, pięciu braci, jedna siostra. Jeden brat był w AK i wspomagał bardzo Armię Krajową. Znał „Bora” Komorowskiego, bo „Bór” Komorowski często się z nim spotykał, ponieważ mój brat to był człowiek interesu, a Armia Krajowa miała różne rzeczy, pożydowskie na przykład. […]
W czasie okupacji chodziłem do szkoły, skończyłem szkołę powszechną po siedmiu latach, to od 1935 to […] bodajże był 1942 rok. Później byłem w tych „Orlakach”, ale byłem najmłodszy i rodzina mnie poprosiła. żebym zrezygnował z konspiracji. No to zrezygnowałem, ale znów wróciłem przy końcu 1943 i byłem w „Orlakach” przez cały czas, tylko nie byłem aktywny do 1943 roku. Później byłem już. Bo ja wstąpiłem do „Orląt”, jak miałem dziesięć lat, w 1938 roku, i jestem jednym z tych wysłużonych. Notabene jestem głównym inspektorem; w „Strzelcu” to jest stopień pułkownika, inspektor. Byłem pierwszym komendantem obozu strzeleckiego w Beniaminowie, jak przyjechałem tu, do Polski, w 1991 roku.
Ale wracając do okupacji, co ja mogę powiedzieć? [Jeśli chodzi o] moje konspirowanie, to zawsze byłem odsunięty od tych rzeczy, ponieważ rodzina zawsze o tym opowiadała, przynosili broń, ojciec też coś tam przechowywał na strychu (bo mieliśmy własny dom na Krakusa 16, na Nowym Bródnie, nawet dość duży). Właściwie to było tak normalnie, tylko Niemcy rozrabiali. Na Pelcowiźnie zrobili szubienice na krzyżakach, to w różnych publikacjach mówią, że powiesili komunistów, Żydzi mówią, że to Żydów powiesili – wie pan, takie głupoty. Jak się tych spraw nie zna, to można oszukiwać, szczególnie jeżeli chodzi o takie wizualne rzeczy. Cała okupacja tak zeszła. Nie było wesoło, ale w niektórych punktach było lepiej za czasów okupacji niemieckiej niż za PRL-u. To jest fakt; nie tylko ja to mówię, ale dużo ludzi to mówiło. To byłaby cala okupacja. Malowało się różne rzeczy na murach.

  • Malował pan?

Tak, malowałem na Bródnie. Pędzelkiem się wymalowało i od razu się uciekało, bo jakby złapali, to w czapę można było dostać. Moi koledzy kradli węgiel ze stacji Warszawa Praga i przerzucali przez parkan. Ja nie kradłem, tylko kupowałem od nich. Miałem kilku klientów; jeździłem tramwajami i to rozwoziłem, bo mój ojciec pracował w komunikacji miejskiej, to miałem bilet roczny, za darmo jeździliśmy wszyscy. Było bardzo dobrze dla mnie. Potem malowałem litery na pomnikach na cmentarzu i miałem swoje pieniądze na kieszonkowe. Ojciec zawsze mówił: „Musisz zarobić na to, co chcesz wydać”. To wszystko mniej więcej, okupacja. Jeżeli chodzi o Powstanie Warszawskie, to już jest inny rozdział.

  • Proszę mówić.

Wiedziałem, że wybuchnie Powstanie ze dwa tygodnie albo wcześniej, bo bracia rozmawiali. Konstanty był od 1939 roku w konspiracji, mój drugi, najstarszy brat Tadeusz też był i Ryszard był; trzech było od 1939 w organizacji „Orzeł Biały”. Później dołączyli Regina i Mieczysław; to już był 1942 rok, bo oni byli rocznik 1925 i 1926. Lucjan, najstarszy, to był ten biznesmen, który zasilał kasę Armii Krajowej; on tylko płacił – to też dobrze jest, zamiast głowę nadstawiać, a Armia Krajowa potrzebowała funduszy. Właśnie tak było i rozmawiali w domu: jak to będzie, gdzie. Nawet Konstanty mi powiedział, gdzie będzie w pierwszym dniu Powstania. Powiedział: „My będziemy na Woli zatrzymywali Niemców, jak będą uciekać z Warszawy”. Wie pan, takie domniemania były. Ryszard, Mieczysław i Tadeusz byli w 6. Pułku Legionowym, Okręg Okęcie. Tam ich rozbili wszystkich, to Ryszard przeszedł do lasów, do Kampinosu; był w Powstańczych Oddziałach Specjalnych „Jerzyki” u Jerzego Strzałkowskiego. Notabene, to właśnie jeden z dzieci Dalekiego Wschodu, które uratował Dzierżyński; mało kto o tym wie. Ale Dzierżyński, jak mówił ojciec, był wielkim Polakiem. Ja mówię: „Dlaczego, tato?”. A on mówi: „Bo więcej wykosił kacapów na przestrzeni wieków jak całe polskie wojsko”. Potem Regina – siostra – była na Nowym Bródnie. Była patrolową, w oddziale „Najagra” [„Niagara”??] też była patrolową i jakby sanitariuszką. Na mnie zawsze trenowała bandażowanie rannych; to jeszcze w czasie przed Powstaniem takie rzeczy robiliśmy. To chyba wszystko, co przed Powstaniem się zdarzyło.
Ja uciekłem z domu, bo mnie zakazano opuszczać [dom]. Matka nawet mi zabrała buty, a ja jak uciekłem, to buty pod pachę i dałem nogę. Złapałem tramwaj „dwadzieścia jeden” – bo „dwadzieścia jeden” jeździło na Pelcowiznę – i przyjechałem do Śródmieścia na [plac] Żelazną Bramę i tam mnie zaskoczyło Powstanie. Mój brat Tadeusz mieszkał na Ogrodowej i tam jego żona też była, to poszedłem tam do niej. Co się dzieje? Powstanie wybucha i Polacy atakują sądy grodzkie na Lesznie, ale od strony Ogrodowej był bunkier. Tam przyglądałem się z balkonu, jak zdobyli te sądy, bo tam Niemcy… Podjechał jakiś samochód pancerny, wziął Niemców i odwiózł na Nordwache na rogu Chłodnej i Żelaznej. Potem tam byłem na drugi dzień, jak to zdobyli. Ostwacha była na Pradze, vis-à-vis. No i od razu z samego rana wstąpiłem do oddziału „Leśnika”, bo tam był oddział „Leśnika”. „Leśnik” – ten, który był całym szefem uzbrojenia Armii Krajowej. Tam wstąpiłem do oddziału miotaczy ognia, [dowódca] miał pseudonim „Haliński”, i byłem u „Leśnika” przez blisko tydzień.
Żadnych tam walk nie było, jeżeli chodzi o sądy, tylko jak zdobyli, to potem było cicho. Niemców wyrzucili, Niemcy uciekli. Tylko w pierwszym dniu złapali dwóch agentów gestapo. Był krótki sad polowy, wyrok […]; jedna kobieta była i facet, mieli dokumenty gestapowskie. Co do tego faceta, to nikt się tam nie namyślał – pach-pach i już go nie było. Ale ta kobieta zaczęła wrzeszczeć, drzeć włosy z głowy, piszczeć o litość, to nikt nie chciał jej zastrzelić. To tak psychologicznie było. W końcu taki pijany facet podszedł do tego z pistoletem, co miał ją rozstrzelać, i mówi: „Daj pan tę spluwę. Ja tą kurwę załatwię”. Pach, od razu. Mówi: „Nareszcie spokój święty. Ulżyło mi”. To był taki mały epizod. Potem pierwszego dnia widziałem też pierwszego Powstańca, który poległ. Nawet pamiętam, miał pseudonim „Fregata”. To był właściwie jeden, ten pierwszy zabity, którego widziałem. Budowaliśmy też barykadę i ustawialiśmy takie lipne miny. To był róg Białej, […] tam jak ulica Ogrodowa się kończyła.

  • Gdzie pan walczył na Starówce?

Jak już Niemcy zajmowali Leszno i Ogrodową, to mnie zostawili ci „Leśnicy”, bo nikt mnie nie zawiadomił, tylko mnie wysłali gdzieś tam, żebym coś załatwił. Ja wracam, a wszystko puste, tylko widzę Niemców; skikali jak zające z jednej strony ulicy na drugą. To ja myślę sobie: „Stasiu, ty lepiej zmiataj stąd!” – i dałem nogę. Wylądowałem na Starym Mieście i byłem taki zmęczony, usiadłem i myślę sobie: „Cholera by to wzięła!”. W takiej bramie sobie usiadłem, podchorąży podszedł do mnie. Mówi: „No co? Co się z tobą dzieje? Co taki smutny jesteś?”. Ja mówię: „Aaa, byłem tam na Leszno i musiałem uciekać, ale szukam swoich chłopców z »Orląt«”. On mówi: „Masz szczęście. Oni właśnie mają kwaterę na drugim piętrze”. To była Świętojerska, zdaje się. Tam od razu mnie przywitali: „Jak się masz, Stasiu!”. – „Dobrze”. – „W porządku”. Od razu mnie przywitali i byłem już w „orlakach”. W końcu poprosiłem innych, czy mógłbym dostać jakieś pół dnia wolnego, bo chciałem [coś] załatwić, i zacząłem szukać brata, Konstantego. Ale on był gdzieś na pierwszej linii, nie chcieli mnie tam puścić i tak dalej. To co ja zrobiłem? Powiedziałem, że jestem w „orlakach” i na drugi dzień przyszli. Było ich kilku – takie draby w panterkach niemieckich, szmajsery, tak uzbrojone towarzystwo. Mój brat był w Batalionie „Zośka” od samego początku. Ja w konspiracji [nie byłem], on był tylko, w Batalionie „Zośka”. Podszedł do podchorążego plutonowego „Cienia” – on się nazywał Elgas – który był dowódcą mojego plutonu w Kompanii Motorowej „Orląt”, i poprosił go, żeby się mną zaopiekował, ponieważ jestem ten najmłodszy. Był strasznie ze mnie dumny, że uciekłem z domu. Mówi: „No, no, dobrze zrobiłeś, wszyscy powinniśmy walczyć”.
Potem byłem na Stawkach. Tam były różne rzeczy, magazyny, to myśmy tam trzymali warty przez dwa dni. Jak ludzie przychodzili i chcieli brać, to ja im pozwalałem, ale taki komisarz cywilny zabierał, [nakazał] cywilom zabierać. Głupiec! To jest taka polska mentalność: samemu nie zje, a drugiemu nie da; taki pies ogrodowy. Zabronił, a potem Niemcy to odbili następnego dnia. Widzi pan? W 2 Korpusie to samo robili, myszkowali żarcie. Anglicy powiedzieli: „Skąd tyle żarcia macie? Żeście pokradli?”. A my tacy byliśmy zadowoleni z tego, że tyle mamy. Zawsze lepiej mieć więcej jak mniej. To Anglicy potem przez miesiąc zmniejszyli racje. To było we Włoszech, w 2 Korpusie; ja byłem w 2 Korpusie.

  • Proszę powiedzieć, jak pan się dostał do niewoli?

Jak każdy inny. Było zawieszenie broni. Ponieważ rodzina mieszkała po prawej stronie Warszawy, tu w Warszawie nie miałem nikogo właściwie, tylko jakiegoś wujka – ale nie można go było szukać, bo on gdzieś na Starym Mieście mieszkał – nie wiadomo, co się z nimi stało, to ja powiedziałem sobie: „No co, wyjdę z Warszawy jako cywil to co, będę się błąkał?”. Nawet nie wiem, czy to szkoda, czy nie, bo ja decydowałem zawsze o swoim życiu; do dziś dnia to robię, od małego. Ja byłem bardzo krnąbrnym, paskudnym dzieciakiem i nie dałem sobie nic powiedzieć. Mój starszy brat Mietek był bardzo oględny i bardzo inteligentny facet, a ja byłem taki rozrabiaka raczej.
Później byłem w niewoli; każdy wie, kiedy to było – w październiku. Szliśmy na piechotę do Ożarowa, w Ożarowie zatrzymaliśmy się w fabryce kabli. Nie wiem, czy to Niemcy na złość nam zrobili, że w jednej sali był proszek – farby, którymi farbowali kable – w jednym [dole] był niebieski, a w drugim czerwony. To było już późno w nocy, położyliśmy się tam, potem rano patrzymy – jedni są na czerwono, drudzy na niebiesko (czy jakieś inne kolory); ubaw. Zapakowali nas po czterdziestu kilku do wagonu bydlęcego i pojechaliśmy przez Częstochowę. Tam ktoś uciekł, to go postrzelili. Potem jechaliśmy do Lamsdorfu, czyli Łambinowic. W Łambinowicach też wypędzili nas w takim samym stylu, jak wypędzali Żydów w Birkenau, dokładnie tak samo: psy, obstawione wszystkie… Raus! Schneller, schneller! Weiter, weiter! Wie pan, takie niemieckie okrzyki. A my nic! Jeszcze warszawiacy to cwaniacy, to co nam będzie szwab tam tego. W tym czasie [nadleciały] dwa samoloty. Tam było lotnisko niedaleko. Lamsdorf to były największe tereny, jeżeli chodzi o ćwiczenia wojsk niemieckich; tam nawet w czasie wojny prusko-francuskiej były pierwsze obozy jenieckie – to taka historyjka tylko, dygresja. Te dwa samoloty nagle się zderzyły, to wszyscy „Hurra!”, a Niemcy się wkurzyli i popędzili nas naokoło tego obozu, który był dla nas przeznaczony. To było kilka kilometrów; w kółko musieliśmy biegać za to, żeśmy okrzykami radości przywitali śmierć dwóch lotników i dwóch messerschmittów.
W niewoli to jak w niewoli. To najgorszy okres w moim życiu. A tylko z tego względu, że byłem… Miałem takie odczucie, że w tej swojej złości, w tym wszystkim w takiej sytuacji byłem wkurwiony własną bezsilnością, bo nie mogłem nic zrobić, a jednak czułem, że mnie to przygniata. Ale jakoś przeżyłem i potem Amerykanie mnie tam oswobodzili.
  • Jak pan pamięta to oswobodzenie?

Niemcy nas pędzili przez miasteczko Partenkirchen; to było w Bawarii, niedaleko Passau. Tam w nocy lało jak cholera. Tam był Panzeralarm, bo Niemcy zawsze ogłaszali Panzeralarm, jeżeli wojska nieprzyjaciela – to znaczy amerykańskie, bo tam Patton był w Bawarii – były, powiedzmy, dwadzieścia kilometrów od tego miejsca. To tam [stali] Hitlerjugend, takie gówniarze, z Panzerfaustami i Panzerrohr przeciwko czołgom. Przepędzili nas do takiej wiochy jakieś trzy kilometry za Partenkirchen. Tam wsadzili nas do stodoły i rano patrzymy – nie ma wachmanów. Nie ma, cichutko. I nagle pyr-pyr-pyr, taki mały zwiadowczy samolocik wylądował na murawie. Oficer w mundurze amerykańskim, inny mundur, i mówi: „A wy kto? Who are you? French? ” – to, tamto. A my mówimy: „Polacy, Polish”. A on mówi: „Polacy?” – po polsku powiedział. „No to witajcie, chłopcy! Jesteście wolni. Macie dwadzieścia cztery godziny wolnego. Róbcie sobie co chcecie, nic wam się nie stanie”. No to się wszystko rozpierzchło jak szarańcza. I Niemców kilku zostało pobitych, i nawet ktoś chciał zupę gotować, świniaka zarżnęli, wrzucili do kotła i nikt tego nie chciał jeść. Potem kolumna samochodowa przeszła. Murzyni byli w tej kompanii, krzyczeli Pulaski! Kosciusko! – tak po angielsku – i rzucali PX-y, różne racje żywnościowe, co Amerykanie mieli w pudełeczkach, polane woskiem, wodoszczelne.
Było w porządku. Pojechaliśmy do Partenkirchen i tam niektórzy zaczęli szabrować, niektórzy powiedzieli: „Zachowujcie się! Jesteście żołnierzami Armii Krajowej”. Myśmy pojechali do Landshut – to takie miasteczko – pociągiem i tam wstąpiliśmy do armii amerykańskiej. Było nas może sześciu, siedmiu. I tam pracowaliśmy dla Amerykanów. Byłem w amerykańskim mundurze, to, tamto. Miałem jedną belkę i Amerykanie myśleli, że jestem podporucznikiem, w dach mi walili, śmiechu warte. Ale było bardzo dobrze. Tam się odżywiłem. Do dziś dnia mój ulubiony owoc to jest… Mniejsza z tym, zawsze to mam w kuchni. Pojechaliśmy do obozu Polish Military Centre. To było w Langwasser, w Norymberdze, tam gdzie „Bór” Komorowski siedział. Ja byłem w Langwasser w Stalagu XIII-D (bo stalagi zawsze miały rzymską numerację wojskową, bo dystrykty wojskowe w Niemczech i stalagi tak miały). Ja byłem najpierw w Lamsdorfie, potem wywieźli nas do Langwasser, czyli Norymbergii – to był XIII-D. Byłem w czterech obozach; to też rekord. Potem byłem w Weiden XIII-B i potem byłem w Deggendorfie, Schwerarbeitkommando.
Wracając do tematu, to byłem w tym Military Centre i tam wyjeżdżali do Włoch polscy byli żołnierze z AKS, „wrześniowcy” i inni. Wszyscy przeważnie jechali do komandosów z Armii Krajowej i nawet z mojego plutonu od „Gozdawy” było kilku. Ja też miałem jechać, ale ponieważ miałem tylko blisko siedemnaście lat, to nie chcieli mnie puścić. To na lipę pojechałem, ale jakiś porucznik złapał mnie na Brennerpass – to na granicy włosko-austriackiej – i powiedział: „Zmiataj, mały, z powrotem!”. Potem się rozmyślił i wrócił po mnie, ale ja już złapałem sobie autostopa od Amerykanów i pojechałem z powrotem przez Monachium do Norymbergi. Ale potem napisałem list do wodza naczelnego. Ja zawsze z ludźmi, którzy są u góry – z małymi nie rozmawiam; to jest mój charakter. Napisałem list do „Bora” Komorowskiego i ten cały komendant obozu polskiego, pułkownik Tomaszewski, wezwał mnie i mówi: „Czy wciąż podtrzymujecie tą prośbę, strzelcu?”. Ja mówię: „Starszy strzelcu, dziękuję. Jeżeli pan mnie puści, panie pułkowniku, do 2 Korpusu, to oczywiście”. On mówi: „No dobrze, to pojedziesz”.
No i pojechałem, ale zamiast u komandosów, jak moi kumple, wylądowałem w Porto Recanati. Tam była 2 Dywizja Pancerna. Ponieważ byłem jeszcze nie taki duży wzrostem, to generał Rakowski zobaczył mnie i mówi: „Chodź tu, synku!”. Położył mnie na kolano, mówi: „No co, chcesz z nami zostać?”. Ja mówię: „Ja chcę do komandosów”. On powiedział: „Gówno z komandosami! Tu zostajesz”. No i byłem w 6. Pułku Pancernym „Dzieci Lwowskich”. Byłem w tym 2 Korpusie. Potem w 2 Korpusie zacząłem piwko popijać, miałem dziewczyny włoskie i major Masztak, dowódca szwadronu, mnie nakapował i mówi: „Chodź no tu, starszy pancerny. Ty za bardzo się łajdaczysz! Powinieneś uważać na siebie, jeszcze masz czas. Wyślemy cię do szkoły, może nawet oficerem zostaniesz, jak się będziesz dobrze uczył”. Ja sobie pomyślałem: „Tralala!”. Ale wysłali mnie do szkoły i byłem w szkole aż do wyjazdu z Włoch.
Wyjechałem z Włoch w 1946 roku, tam dokończyłem gimnazjum – tak zwaną małą maturę przedwojenną – i później nudziłem się. Ja się bardzo często nudzę, dlatego coś robię, jak się nudzę. Wstąpiłem do wojska – ale to już inna historia – do wojska brytyjskiego. Byłem na Malajach i walczyłem tam z komunistami.

  • Proszę opowiedzieć o tym.

Byłem na Malajach w 4. Pułku Huzarów, w którym honorowym pułkownikiem był Winston Churchill. Tam wylądowaliśmy, bo na Malajach była rozróba. To była wojna domowa właściwie, ale Anglicy nie uznali tego za wojnę, tylko uznali to za zamieszanie publiczne, jako riot – takie pierdoły – tylko z tego względu, że nie chcieli płacić wysokich odszkodowań. Anglicy zawsze byli wredni, jeżeli chodzi o pieniądze, z Polakami tak samo postępowali. To była tak zwana akcja policyjna, ale tam było około blisko 80 000 wojska, przeważnie piechoty, a ja byłem w kawalerii pancernej. Myśmy też chodzili po dżungli i robiliśmy zasadzki – tak zwane ambushe – na partyzantów komunistycznych. Większość z nich była narodowości chińskiej, bardzo mało było Malajczyków. […] Tam byłem blisko cztery lata, bo przedłużyłem sobie [służbę], nie chciałem jechać z powrotem do Anglii. Ten pułk, który zastąpił 4. Huzarów, to był 12. Pułk Lansjerów, który dostał takie lanie pod Waterloo od polskich szwoleżerów, że popamiętali. […].

  • Proszę powiedzieć, jak się stało, że pan znalazł się w Australii?

Stało się tak, że poznałem dziewczynę, która była bardzo atrakcyjna […] [Prezentacja książki i zdjęcia] Na Malajach byłem osobistym ochroniarzem głównodowodzącego wojskami brytyjskimi, sir Geralda Templera. On potem został The Chief Of The Imperial Forces, marszałkiem został.
Przyjechałem tam do Australii, ale wracając do Powstania… Teraz rozgadaliśmy [się]; możemy gadać przez następne dziesięć godzin, bo to są interesujące rzeczy. […] Ja też byłem ministrem pełnomocnym Rządu Polskiego na Uchodźstwie za prezydenta Zaleskiego, nie za tych frajerów, Andersów i innych, którzy rozbili całą emigrację!

  • Proszę powiedzieć, z czego pan strzelał, będąc na Starówce.

Miałem krótki karabin kawaleryjski. Nie miał długiej lufy, miał raczej krótszą. Tak samo na Malajach też miałem jungle carbine, też mają. Te karabiny, które są używane w sytuacjach, w których muszą być poręczne, żeby nie były za długie, to właśnie są tak zwane carbine po angielsku.

  • A jak był pan pancernym, to czym pan walczył?

W wozie pancernym to miałem trzy specjalności. Miałem pięć specjalności w wojsku brytyjskim. Z działa czołgowego mogłem… To były samochody pancerne daimler, miały dwufuntowy pocisk – bo w angielskim wojsku nie ma kalibru, tylko jest na wagę. Tam biorą kulę z ołowiu i jeżeli kula przejdzie przez lufę, wtenczas mówią, że to jest kaliber, czyli dwufuntowa, pięciofuntowa i tak dalej. Byłem celowniczym, driverem (mechanikiem), czyli kierowcą, czołgami jeździłem i jeździłem też wszystkimi możliwymi pojazdami w wojsku brytyjskim. Tam się nauczyłem jeździć. Potem byłem radiotelegrafistą i assault trooper. Assault trooper to tak jak komandos. Za to dostawało się w wojsku brytyjskim ekstra pieniądze, za każdą specjalność.

  • Proszę powiedzieć o swoim pierwszym kontakcie z Niemcami.

Osobisty? Bo na Starym Mieście kontakt zawsze był.

  • Osobisty.

To już było na linii Nowego Światu, bo jak przyszliśmy ze Starego Miasta, żołnierze ze Śródmieścia uciekli z barykady. Tak, uciekli też! Dużo mogę opowiedzieć; ludzie nie chcą mówić o tym, jak się ludzie zachowywali […]. Złapaliśmy jednego na Poczcie Głównej, to chcieli go rozwalić, a on zaczął płakać, że Kinder ma i takie inne rzeczy i w końcu go puściliśmy. Gdyby był esesman, toby od razu w czapę zarobił. To taki osobisty kontakt. Nie będę się rozwodził nad tym, czy ja zabiłem kogoś, czy nie, bo prawdziwy żołnierz takich rzeczy się wystrzega. Nawet jak rzuciłem granat na Chmielnej, to też tam dużo Niemców zginęło. No to co? To nic. Na podwórku na Chmielnej leżało jakichś siedemnastu na golasa. (Bo Niemcy wszystko zdzierali z poległych. Ja nawet nosiłem niemiecki mundur, jak byłem w niewoli, tylko go przefarbowali; chcieli na granatowo, a wyszedł ciemnozielony. Dostał chyba całą serię z karabinu maszynowego, a potem to zaszywali. Dlatego Niemcy nosili te mundury.) Tam Niemcy się zbuntowali przeciwko dowódcy, że ich [powiódł] w pułapkę, a myśmy rzucili kilka „filipinek” – to były bomby po kilka kilogramów [?? – masa ładunku wybuchowego - 150 g szedytu; może chodziło o gammony – red.]. Jak to pieprznęło, to schody się zawaliły i wszystko i przygniotło ich. Dużo ich tam zginęło.
Największe straty poniósł Batalion „Gozdawa” na Śródmieściu, na Chmielnej i na Górskiego, aż do Poczty Głównej. Na Starym Mieście tak źle nie było właściwie. Na Chmielnej, tam na linii Nowego Światu to była jatka. Nasza reduta to była Miodowa i tam Niemcy nigdy barykady nie zdobyli, a próbowali wiele, wiele razy. A wie pan dlaczego? Bo się bali, bo myśmy wysyłali patrole w nocy, zawsze. Owijaliśmy sobie nogi różnymi szmatami. Nawet dom na rogu Koziej i Senatorskiej, tam na górze było pięć pięter… Tam mnie raz złapał Niemiec z karabinem maszynowym i leżałem na Miodowej. Nawet się samoczynnie zeszczałem w spodnie, jak mnie pykał tylko; jakby chciał, toby mnie zastrzelił. Uratował mnie sztukas, bo nadleciał i rzucił kilka bomb, kurzu się narobiło i ja dałem nogę, dlatego się uratowałem. odstrzelił mi obcas u buta, manierkę z tyłu. […]

  • Proszę powiedzieć, jakie miał pan odczucia wobec Niemców.

Ja ich nienawidziłem. Dla mnie dobry Niemiec to był sześć stóp czy dwa metry pod ziemią. Ale to też byli ludzie. Ja właściwie wolę Niemców od Rosjan, bo nawet mi ojciec już mówił, jak byłem mały, że z Niemcami można się jako tako dogadać. Niemcy jak coś zbudują, to tego nie zniszczą, zostawią to tam, gdzie zbudowali, a Rosjanie czego nie mogą wziąć, to zniszczą. I to jest fakt. Ale zmieniłem zdanie, jak pracowaliśmy w Niemczech przy budowie benzyny syntetycznej, tam, gdzie Iller wpada do Dunaju, koło Deggendorfu. Po kolana w wodzie kopaliśmy rowy i ustawialiśmy rury. Jedna Niemka jak przechodziła, szła do szkoły, to zawsze na mnie spojrzała, mrygnęła i zawsze palcem wskazywała taki kamień, [co] tam leżał koło drogi. Jak tam podszedłem, to zawsze tam było jabłko, kawałek chleba… Nawet do dziś dnia łza mi się w oku kręci, jak to wspomnę. Szukałem jej po wojnie, żeby jej podziękować i nie mogłem jej znaleźć.
Potem jeździłem w Niemczech, bo tam miałem interesy, że dekorowaliśmy Gesine Schwan… To ta, która była kandydatką na prezydenta Niemiec […]. Ja byłem Wielkim Kanclerzem Orderu Świętego Stanisława – tego prawdziwego, z Łazienek Królewskich, gdzie jest profesor Kwiatkowski. Jak tam pojechałem, bo Kwiatkowski nie mógł, i pasowałem na rycerzy, to powiedziałem im tak: „Musi być polska flaga. Jak będziecie otrzymywać honor Orderu Świętego Stanisława, to każdy z was musi przyklęknąć, pocałować flagę polską i przyrzec lojalność Orderowi”. I tak robili szwaby. To był mój drugi hołd pruski!

  • Proszę jeszcze powiedzieć o tej barykadzie, z której pan powiedział, że żołnierze uciekli.

To była barykada u wylotu Chmielnej. Po drugiej stronie Nowego Światu była ulica Pierackiego, [tak] się nazywała przed wojną. (Pieracki to był minister spraw wewnętrznych, którego zamordowali Ukraińcy.) Ta [barykada] była po stronie zachodniej. Tam już zbudowali barykadę i jak Powiśle puściło, jak Niemcy już atakowali z Powiśla od Kopernika ulicą, to ci ze Śródmieścia pouciekali. A nas tam rzucili, bo żołnierze ze Starego Miasta podobno waleczni, lepsi. Gówno lepsi! Każdy polski żołnierz był dobry, tylko zależało od okoliczności. Aczkolwiek „Bór” Komorowski podtrzymał ta mistyfikację, bo pamiętam, jak przyjechał do gimnazjum w Wielkiej Brytanii, to powiedział, że każdy żołnierz, który walczył na Starym Mieście, powinien otrzymać Krzyż Walecznych. Dokładnie to powiedział. Potem jak zobaczył, że ja mam beretkę, powiedział do kierownika szkoły: „A ten to kto?”. On odpowiedział: „To jeden z »Iwańczaków«”. On [„Bór” Komorowski] do mnie powiedział: „Gdybyście mieli trzy dywizje »Iwańczaków«, to byśmy byli górą”.

  • Proszę powiedzieć o barykadzie.

No to uciekli, a jak wiecie panowie, Chmielna była znana z [tego], że tam było dużo domów publicznych, czyli tak zwanych burdeli. Tam jedna pani z Koryntu, czyli po polsku kurwa, wyszła z tego domu. To był drugi dom od rogu, na pierwszym piętrze. Kiedy ja tam byłem w czasie Powstania, na czerwono wszystko, ładne atłasy. Ona wyszła, zobaczyła, co się dzieje. Myśmy już chcieli to objąć, a ona [do] tego ostatniego, który uciekał, mówi: „Ty skurwysynie jeden! Oddaj karabin, to ja tu stanę zamiast ciebie, ty tchórzu!”. Tamten uciekł i ona zaczęła strzelać. Myśmy jej bili brawo. […]
Przy końcu Powstania jedliśmy psy i takie inne rarytasy, a po Powstaniu jak otrzymałem – to było dwadzieścia dolarów na trzech – właściwie sześć dolarów z centami, to można było kupić i czekoladę, i sardynki. […] Nie wszyscy byli tam zaangażowani i bohaterscy. Dużo ludzi [wiele] wycierpiało, nawet już po Powstaniu czy w czasie Powstania, w obozie w Pruszkowie. Ja jak byłem dyrektorem gabinetu ministra w Urzędzie do Spraw Kombatantów, to chciałem, żeby ci Polacy, warszawiacy, otrzymali […] uprawnienia osoby represjonowanej. Do dziś dnia nie chcą się zgodzić, bo wie pan, ile to by kosztowało? Ale mogliby Polacy to załatwić z Niemcami. To był dulag, gestapo tam… A kilka stacji kolejowych w Polsce otrzymało status dulagów i każdy, co tam był na stacji – między innymi jeden taki Taylor, który też był w Urzędzie do Spraw Kombatantów… Był kierownikiem, czyli sekretarzem stanu; kumpel wykonawcy testamentu Jeziorańskiego. Też sobie załatwił, jak był jeszcze kierownikiem, a tego nie wolno było robić.
Ja nie wiem, czy warto było wracać do Polski, czy nie. Ale mniejsza z tym; grunt, że człowiek żyje. Było nas, jak powiedziałam, pięciu braci i siostra – to nieźle w Powstaniu, to ewenement – i nikt o tym nawet słowa nie chce pisnąć.



Warszawa, 11 stycznia 2010 roku
Rozmowę prowadził Michał Wojciechowski

Zobacz także


cywil

Janina Lisowska

Nazywam się Janina Lisowska, mieszkam na Brackiej. Urodziłam się w 1912 roku na Woli. Jestem warszawianką....

więcej
strzelec, sanitariuszka

Daniela Ogińska „Pszczoła”

Nazywam się Daniela Ogińska, z domu Trębska. Urodziłam się w Warszawie 22 sierpnia 1928 roku. W 1939 roku byłam...

więcej
starszy strzelec, sanitariuszka, pielęgniarka, służby pomocnicze

Maria Michałowska „Szreniawa”

Moje obecne nazwisko Maria Michałowska. Urodziłam się 25 września 1920 roku, mieszkałam w Warszawie w gazowni na...

więcej
łączniczka, sanitariuszka

Cecylia Czajkowska „Telimena”

Nazywam się Cecylia Czajkowska, moje panieńskie nazwisko Podgórska; urodziłam się 25 września 1922 roku w...

więcej