Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Stanisław Maciejak „Maciuś”
Stanisław Maciejak
pseudonim
„Maciuś”
stopień
strzelec
formacja
Batalion „Gozdawa”, 4. kompania porucznika „Wyrwy”, II pluton
dzielnica
Stare Miasto
Zobacz biogram

Maciejak Stanisław, pseudonim „Maciuś”, urodzony 20 maja 1928 roku w Warszawie. W czasie Powstania w stopniu strzelca w [Batalionie] „Gozdawa”.

  • Jak wyglądało pana życie przed wojną?

Tata pracował w warsztacie samochodowym, mama była w domu. Nas było troje, ja byłem najstarszym, z tym, że często gęsto ojcu pomagałem w warsztacie sprzątać, pozamiatać. Przychodzili różni ludzie, koledzy ojca, nawet i mechanicy, młodzi jeszcze chłopcy.

  • Gdzie państwo mieszkaliście?

Mieszkaliśmy Węgierska 13 na Ochocie, przy placu Narutowicza.

  • Jak zapamiętał pan szkołę?

Szkoła podstawowa nr 189 na Opaczewskiej, kierownikiem był profesor bodajże Żmuda.

  • Jaka atmosfera panowała w szkole?

Raczej dobra, z tym, że przeważnie z Węgierskiej chodziło się paczką chłopaków do szkoły. Nie było tak jak teraz – tramwaj, bodajże jeden, dwa przystanki. Wtedy nie było tej możliwości, bo tramwaj drogo wynosił, poza tym nie było pieniążków, ale paczką jak się szło, to i weselej, i przyjemniej, szybciej czas schodził, tak że do szkoły i po szkole.

  • A jakieś uroczystości pamięta pan, na które chodziliście państwo?

Najbardziej mi utkwił pogrzeb „Dziadka” Józef Piłsudskiego. Wtedy byliśmy w Alejach Ujazdowskich, to zgrupowanie, dużo ludzi, cała kawalkada, wojsko, sam transport trumny z marszałkiem do katedry, tak że chłopaczki takie małe to dreptali między żołnierzami, każdy chciał się przecisnąć, żeby jak najwięcej zobaczyć. To taki moment, który najbardziej mi utkwił w pamięci.

  • Byliście wtedy państwo całą rodziną?

Nie, my, tacy chłopacy to raczej się wyrywali, żeby coś więcej zobaczyć. Mama nie pozwalała, tata nie pozwalał, ale chłopak jak to chłopak, zawsze wszędzie go pełno. A [w] naszym domu, to było na Węgierskiej pod 13 mieszkałem, to była kamienica, w której około siedemdziesięciu lokatorów, więc dzieciarni było dość dużo. W moim wieku to była grupa – bo ja wiem? – z dziesięciu. Tak że tą paczką przeważnie czy w piłkę grać, czy na Pole Mokotowskie, czy coś takiego, to jednak zawsze razem.
Były imprezy, jak na przykład żydowskie święta. U nas był bodajże szewc, sklep spożywczy, było chyba sześć sklepów żydowskich i był zbór na naszym podwórku, namiot ustawiono i tam ci Żydzi znosili naczynia do zamaczania w takim dużym rondlu. I ponieważ myśmy [byli] mali chłopcy, mali – niemali, ale gdzieś tak w granicach wieku dziesięciu lat, to przeszkadzaliśmy w tym. Jeden z lokatorów, Żyd, był właścicielem kina między Kopińską a Radomską na Grójeckiej i zawsze jak tam były imprezy świąteczne żydowskie, to dostawaliśmy przewodnika jednego ze starszych chłopców i do tego kina. To nieraz było tak, że nas i dwa, trzy seanse trzymano, żeby obejrzeć jakiś film, „Na Sybir” czy jakiś tam tytuł i żeby nie przeszkadzać im tutaj na podwórku.
A poza tym bardzo dobrze nam się układało, bo grając w piłkę kopnąłeś za mocno, zelówka odeszła czy czub się oderwał, to szło się do takiego Joska, Josek powiada: „Siadaj na rydlu, zaraz ci przykleję” czy coś takiego. Z tym było o tyle dobrze, że powiada: „Jak będziesz miał jakąś trudność czy kłopot, załóżmy z butami czy z kolanem, czy coś, gdzieś tam rozbijesz, to zawsze wal do mnie w dym, ja ci chętnie pomogę”. O nieraz potrafili sobie z nami, chłopakami, robić rozgrywki w ten sposób, że jeden z nich stał na bramce, bo oni nie lubili się rozbijać po boisku, a nas, tych chłopców małych, to, oczywiście, do piłki. Ale jak trzeba było, że piłka pękła, to stać go było na to, żeby nam sprezentować piłkę czy coś takiego. Wtedy wybierał się z którymś z naszych chłopaków na Kercelak czy coś takiego i kupował piłkę. Oczywiście, jeden z naszych był rzeczoznawcą wtedy, czy ta piłka się nadaje czy nie i jak okay, to dobra, to jest piłka wasza, on płacił i piłkę zabieraliśmy do siebie. Tak że to były te przyjemności.
A poza tym było też tak, że na przykład wiosną albo jesienią, ale przeważnie wiosną to w piwnicy (piwnica była niewybrukowana, była ziemia) były tak zwane balie, w których gospodynie prały bieliznę i tak dalej, tak że te balie miały w dnie otwór i był tak zwany korek, żeby wodę spuścić po praniu czy coś takiego. Do ścian były przymocowane łańcuchy, przy ścianie postawiona była balia i łańcuch przewleczony był przez ten otwór w dnie balii, a z wewnętrznej strony balii była zakładana kłódka przez właściciela. Ale nie wszyscy te balie wiązali. Wtedy, kiedy był przybór wody i w piwnicy była woda sięgająca gdzieś tak kolan, to my jako dziesięciolatki, mieliśmy ubaw, dlatego że brało się taką nie przywiązaną balię, siadało się dwóch-trzech i wiosłowanie po korytarzu, wzdłuż korytarza. Często, gęsto to się człowiek chował przed rodzicami i przed starszymi chłopakami nawet, bo bali się wejść do piwnicy, w której była woda. A myśmy wtedy mieli frajdę, bo zabawa była, jezioro we własnym domu.

  • A dlaczego ta woda tam stała?

Bo kanalizacja była tylko na ulicy, były kanały ściekowe na ulicy, natomiast w budynku nie. To był budynek czteropiętrowy, na każdym piętrze był kran i był zlew żeliwny, taki półokrągły i ten zlew był podłączony do rury kanalizacyjnej, której wylot sięgał znowu do dużego zlewu na podwórku i z tego zlewu był tak zwany rynsztok przekopany przez bramę wjazdową do budynku, rynsztok był nakrywany deską i sięgał do rynsztoka na ulicy, a na ulicy dopiero były kanały ściekowe i woda odprowadzana była poprzez miejskie przedsiębiorstwo wodociągów i kanalizacji. Stąd odpływ wody był utrudniony do kanałów ściekowych i jak był przypływ wody większy, zalewało nam piwnice.

  • Jak się zbliżał wrzesień 1939 roku, to pan już coś wyczuwał jako młody chłopiec?

Tak. Niemcy na Ochotę nacierali od strony Okęcia i od strony Dworca Zachodniego. Od Dworca Zachodniego to były przeważnie pola uprawne – buraki, marchew, tak zwani badylarze. Natomiast od strony Okęcia była ulica i tutaj były bodajże dwa czy trzy zabudowania po prawej stronie, patrząc od Warszawy w stronę Okęcia były budynki, w których Niemcy chowali się po prostu.
Nasi żołnierze w 1939 roku zrobili barykadę, pierwszą na Opaczewskiej, obecnie to jest Wery Kostrzewy czy coś takiego. Był głęboki dół z obsadzonymi szynami, to była zapora przeciwczołgowa. Był przypadek, że jeden z czołgów, niemiecki, chcąc się wedrzeć w umocnienia polskich żołnierzy, nie wiem, czy nie zauważył, czy może czuł, że uda mu się przedrzeć przez tę zaporę i przodem wjechał do tego rowu i nadział się akurat na te żelaza wystające, bo przeważnie to żelazo było z szyn tramwajowych wyciągniętych z torowiska. Niemcy uciekając z czołgów, byłem świadkiem, widziałem, jak nasi żołnierze ostrzelali go z erkaemu i tę załogę... tam było bodajże trzech Niemców na czarno ubranych w hełmach. To nasi tylko z tego czołgu wymontowali cekaem i bodajże zabrali broń i amunicję poniemiecką. Bo w naszym wojsku było dużo uzbrojenia niemieckiego – mauzery, karabiny, coś takiego, to amunicja właśnie zdobyta na czołgu pasowała do broni, którą nasi żołnierze posiadali.

  • Pan uciekał ze swojego podwórka właśnie z kolegami obserwować te działania?

O tak, myśmy nie byli nawet momentu w domu, tylko przeważnie na pierwszej linii. Pamiętam taki przypadek, jak na Wery Kostrzewy obecnie, a kiedyś na Opaczewskiej, myśmy byli stałymi bywalcami, dlatego że na Winnickiej róg Grójeckiej była piekarnia i właścicielem był Epstein, Żyd. On wypiekał pieczywo nocą, a w dzień cholerne kolejki były, żeby się tam dostać po to pieczywo. W każdym bądź razie, że zapach pieczonego pieczywa, jak był wiatr od strony piekarni, to tak roznosił się na setki metrów w głąb dzielnicy Ochota. I myśmy z upoważnienia tych wojaków brali, wojacy nam dawali papierosy, żeby wymienić na chleb w piekarni i myśmy nawiązali kontakt z tym Żydem, z kierownikiem piekarni i z piekarzami zresztą też, że oni chętnie brali od nas papierosy od wojskowych, które myśmy dostawali (myśmy nie palili, bo ja jeszcze za mały), ale chętnie dawali nam chleb za to i my ten chleb znowu na pierwszą linię, bo oni jednak potrzebowali chleba, a niektórzy to powiadali: „Dobra, dostaliśmy chleb, papierosy to już oddane, ale chleba część my zjemy, a część zabierajcie do domu”. Tak że czasami było tak, że warto nawet tam było być wśród żołnierzy, bo człowiek zdobył jakiś pokarm dla rodziny w domu.

  • A jakie nastroje panowały wśród żołnierzy?

Raczej żeby utrzymać, że nie dać się, że i tak zwyciężymy i tak dalej, żeby Niemców nie wpuścić do Warszawy. Tak że raczej, że to długo nie potrwa, że Niemcy pchali się do nas do centrum, do Warszawy, żeby Warszawę zdobyć, nasi się wycofywali, ale z uwagi na to, że było słabe uzbrojenie, że samolotów nie ma, że Niemcy górą, ale my tutaj na dole to sobie poradzimy. Poza tym było bardzo dużo szpiegów niemieckich wśród ludności cywilnej, którzy byli tuż przy barykadzie, tak że ci nawet żołnierze, oficerowie nawet prosili, że jak wy jesteście miejscowi, a widzicie, że ktoś się kręci obcy, nieznajomy, tutaj w waszym terenie, to dajcie znać. Tak że były takie przypadki, bodajże chyba dwa czy trzy, że był facet, którego myśmy nie znali jeszcze, pomimo, kręcąc się tu po okolicy dość sporo czasu. Nie wiem, co tam było, bo żandarmeria wojskowa brała tych gości z sobą. Prawdopodobnie to byli ci właśnie szpiedzy niemieccy, którzy chcieli rozpoznać, jaka siła, ile żołnierzy, jakie są nastroje, jakie panują tu, na pierwszej linii, jakie warunki i tak dalej.

  • Pamięta pan przystąpienie Anglii i Francji do wojny?

Nie, jeszcze za mały byłem wtedy. Ale pamiętam też taki przykład, że porucznik jakiś z tej naszej barykady (bo ja przeważnie byłem tu, a później na Szczęśliwickiej w kierunku Dworca Zachodniego, ale tutaj na Grójeckiej) i na Rakowcu taka kolonia była, to znaczy mieszkania spółdzielcze wybudowane dla pracowników tej spółdzielni. To była spółdzielnia bodajże mleczarska jakaś i tam na tym Rakowcu byli Niemcy. Ale Rakowiec to było osiedle między Okęciem a Ochotą. I ten porucznik powiada tak: „Jesteście młodzi, są kartofle, jest kartoflisko zaraz za szkołą na Opaczewskiej i w stronę tego osiedla żebyście się przedarli, bo w kartoflisku chowają się Niemcy”. I żeby tych Niemców nie zaczepiać, nie przeszkadzać im, niech oni tam sobie pracują czy kopią, wy im nie przeszkadzajcie, tylko jak ukopiecie kartofli, to albo do swojego woreczka, a jak nie, to za koszulę i żeby z powrotem wycofać się. Do kopania kartofli nie było czym, to rękoma albo ten porucznik powiada do swoich żołnierzy: „Chłopaki, dajcie jakąś saperkę, niech sobie chłopaki pójdą nakopią tych kartofli”. No i brało się taką wiązkę rosnącą tego ziemniaka do góry, potrząsało się i te kartofle odpadały i już te bulwy brało się za koszule. Oczywiście, spodnie były związane na pasek czy jakimś sznurkiem. I żołnierze też korzystali z tego, bo gotowali sobie w tych kociołkach swoich, to znaczy w menażkach te kartofle.
Ale pamiętam szczególny przypadek, że byliśmy po kartofle i w pewnym momencie mając tę saperkę w ręku, podniosłem tak do góry i... dwa druty biegnące wzdłuż tego kartofliska. Ziemniaki jak rosły, to były na takim podwyższeniu i była taka bruzda, zagłębienie, znowu drugie podwyższenie i w tym zagłębieniu biegły dwa druty. I tak leżąc na brzuchu w kartoflach, żeby nikt nie widział z daleka, że tam jesteśmy, bo myśmy się czołgali tak ze sto metrów w tych kartoflach, i kolega leżał dwa czy trzy rzędy dalej ode mnie. Mówię do niego: „Słuchaj, Zygmunt (to był Zygmunt Górzyński), znalazłem dwa druty w kartoflach. Co z tym zrobić?”. A on mówi: „Masz saperkę?”. – „Mam”. – „No to saperką tnij, przetnij, bo to na pewno nie nasze, tylko to są niemieckie”. A do zabudowań, do osiedla spółdzielni to mieliśmy ze dwadzieścia metrów, tak że jakby z okna nas zobaczył, to z karabinu sięgnąłby. I ten drut raz, raz, tą saperką tak jak młotkiem czy siekierą próbowałem, ale udało się jeden przeciąć, a drugi był taki twardy, że nawet go przełamać nie można było.
I już po tym wykonaniu, tych kartoflach już się nabrało, ja miałem już tych kartofli za koszulą, ten kolega też, no i co? Urywamy się z powrotem. Dostaliśmy się do naszych żołnierzy, oddajemy saperkę i porucznik powiada: „No i jak się połów udał?”. Mówię: „No, kartofli mamy, także i żołnierze będą zadowoleni, i dla rodziny do domu też”. – „No to fajno. A Żadnych przygód nie mieliście?”. Mówię: „Ja miałem przygodę, bo dwa druty były, ale jak ich chciałem przeciąć, jednego saperką dało się, ale drugiego nie”. I powiada do tego, który dał mi tą saperkę: „Dlaczego saperka jest nieostra? Na drugi raz proszę naostrzyć saperkę”. A ja do niego mówię, że próbowałem pociągnąć za ten drut, że może by się tam ktoś odezwał, a on mówi: „Dobrze, że się nikt nie odezwał, bo to były druty przeciągnięte obserwatora, który był na drzewie gdzieś tam z boku i połączony drugi koniec był z zabudowaniami w osiedlu, tak że dobrze, bo zniszczyliście tego obserwatora, który tam był”. No i oczywiście żołnierze gratulacje, ale następnym razem (kilkanaście razy jeszcze chodziliśmy po te kartofle z tym kolegą i jeszcze z innymi) powiada: „Tylko jak drut jakiś zobaczycie, to saperką tnijcie nie bokiem, tylko uchwytem, rękojeścią saperki do góry i samym czubkiem, bo czubek jest naostrzony, a nie bok”. A jak tak tłukłem jak młotkiem, jak mi wygodniej było. Poza tym był większy zamach, bo trzymało się za rączkę tą saperkę, a tutaj bokiem się ciągnęło ją.

  • Ale były jeszcze przypadki z tymi drutami?

Były. Sam miałem dwa czy trzy jeszcze takie przypadki. A jak pierwszy raz się udało, to później się już szukało. Ziemniaki ziemniakami w tym kartoflisku, ale patrzyło się też na te druty, bo druty były tak, jak gdyby ten, który rozciągał te druty, bo później dowiedziałem się, że na plecach miał taką szpulę z tym drutem i jak się czołgał, to ta szpula się rozwijała i za sobą zostawiał ślad tego drutu. Natomiast drugi szedł za nim, to znaczy nie szedł, tylko czołgał się i starał się wciskać w ziemię te druty, żeby były niewidoczne. Nam się udało akurat, że myśmy ten kartofel, tą roślinę wyciągnęli do góry, ciągnęliśmy i akurat w tym dołku znalazł się drut, no to ręką go wyciągnąłem na wierzch z ziemi ten drut i wtedy dopiero wyszło na jaw, że jednak jest tam, bo tak to nikt by nie przypuszczał, że tam coś jest.

  • Nikt nigdy nie strzelał?

Nie, do nas nie strzelał, nie mieliśmy takiego trafu, żeby ktoś do nas strzelał.

  • A pamięta pan kapitulację Warszawy?

Tak. U nas na Ochocie, bo ja na Ochocie mieszkałem, to jeszcze przed kapitulacją rozdawali pióra wieczne, ołówki, jakieś batoniki, to znaczy cywile rozdawali, ale to byli, tak słyszałem później od ojca, tak zwana „piąta kolumna”, to znaczy ci Niemcy, którzy jeszcze przed wkroczeniem wojska starali się już tą ludność cywilną jakoś, żeby nie wiem czy udobruchać, czy coś takiego. Natomiast tak jak przyniosłem do domu i ojciec zobaczył ten długopis u mnie, to powiada, że to jest rozrywający jakiś i to mi zabrał, nie wiem, bo powiada, że gdybym próbował go rozkręcić, to by mi mógł wybuchnąć w ręku. No i dobrze, że to akurat na ojca trafiło, że to zabrał. Ale były przypadki, że jednemu z kolegów na przykład dwa palce urwał – wskazujący i drugi – właśnie przy rozkręcaniu takiego... Niby to podobne było do długopisu jakiegoś czy pióra wiecznego, czy coś takiego. Takie małe chłopaki to każdy chciał mieć takie pióro czy długopis, był ciekaw, jak to działa czy nawet takie pióro rozkręcić, zobaczyć stalówki, a to w tym czasie powodowało wybuch. Tak że były takie przypadki.
A kapitulacja, wkroczenie to znowu było to, że ojciec zakazał: nie wolno wychodzić na ulicę, bo jak się urwiesz z domu i cię zobaczą na ulicy, to raz, że policja granatowa może ciebie zatrzymać, a jak nie, to cię Niemcy wsadzą w samochód i cię zabiorą, najbliższy u nas punkt na Węgierskiej to jest właśnie na placu Narutowicza dom akademicki. Bo zaraz następnego dnia, w pierwszym dniu to Niemcy zajęli ten budynek akademika i tam zrobili sztab niemiecki, a bodajże dwa czy trzy dni po tym przyczepili „gapę”, tę niemiecką swastykę, tego niby orła ich, tak zwaną „gapę”, która trzyma wieniec, a w wieńcu tę właśnie swastykę, ten Hakenkreuz niemiecki. I zakaz mieliśmy od rodziców, tak jak i Zygmunt Burzyński, że nie wolno wychodzić, żeby przeczekać ten moment.
Później, jak Niemcy weszli, to było tak, że ludność cywilna żeby zbierała ciała poległych. Tutaj u nas na Barskiej i Grójeckiej bodajże były pokopane i żeby tam kto może i czym, wózki nie wózki, każdy własnym sposobem żeby te ciała... Oczywiście, byli też i dorośli, którzy kierowali całą tą akcją, ale nas, tych chłopaczków to było wszędzie pełno, gdzie człowiek nie tego, to zawsze pod ręką wcisnął się tam, żeby pomagać czy coś takiego.
  • A później, już w czasie okupacji, jak szybko Żydzi zniknęli z pana ulicy?

To bodajże wtedy na Żelaznej pobudowali mur i wtedy było utworzenie getta bodajże.

  • Chodzi mi o to, jak pan zaobserwował, jak oni znikali.

Tak jak z naszego domu widziałem, to własnym sposobem, skombinowali jakiś wózek na kołach czy nawet wózek dziecinny na czterech kółkach, a przeważnie z naszego domu to był dorożkarz i oni od niego wzięli skrzynkę na dwóch kołach z jednym trzonkiem, dyszlem i jeden ciągnął, a dwóch-trzech popychało. To ten wózek był załadowany wysoko. Później obciągnięty sznurkami i mówili, że się na Żelazną czy coś takiego... Nawet proponowali, żeby ojciec mieszkanie po nich zajął na parterze, ale ojciec mówi: ja już mam mieszkanie, na co mi drugie? No to jakieś tam meble, coś, że to możecie sobie brać. A ojciec mówi: Taki sam człowiek jesteś jak i ja, to co ja będę ciebie, choroba, jeszcze ograbiał do tego. Ale były przypadki, że jeden drugiego wtedy, kiedy dozorca nie pilnował.
Bo w naszym domu to była dozorczyni, pani Rasiak. Ona była taką wszędobylską, jej wszędzie było pełno – i na wierzchu, i na ulicy, i w domu, i w piwnicy, i na strychu, wszędzie był pełno i raczej porządku pilnowała. Na przykład były dwie rodziny biedniejsze, nie mieli dla dzieci na buty czy coś takiego, żeby do szkoły pójść, obuwie jakieś czy spodnie czy coś takiego, to wiem, że ona tym mieniem pożydowskim dyrygowała, żeby to jednak trafiło do tych najbiedniejszych rodzin, a nie jakichś szmuglerzy czy coś takiego, żeby to zabrali.
Ale podobno były przypadki, że napadali na takie mieszkania, bo to się taka kawalkada ciągnęła wtedy tych rodzin żydowskich do odosobnienia, do getta, i po drodze na ulicach... Teraz to się mówi, że to byli chuligani, a wtedy to kto tam znał nazwisko chuligana, łobuz to jest łobuz i to jest koniec na tym. A tym najbardziej szefem, przywódcą tych łobuzów, bandziorów to byli tak zwani majdaniarze. Majdaniarze to byli tacy... Miał rower i on tym rowerem miał przepasaną przez pół torbę, tak jak teraz można zauważyć torby u ochroniarzy, na przykład ci, co gdzieś pilnują jakichś stacji – nie stacji, to żeby się przebrać, to mają odzież w tych torbach, duże rozmiary, to miał naukładaną prasę, dzienniki, tygodniki czy coś takiego i przewieszone na pasie. I, oczywiście, rower na drewnianych kołach Kamińskiego i to byli ci majdaniarze. Oni byli przeważnie przywódcami. Wiem, na naszej ulicy to on był wyrocznią. Jak powiedział, że tam nie wolno gdzieś pójść, to żeby mury pękały, to nikt się nie odważył pójść, bo gdyby on się dowiedział, że dał polecenie, a tego nie wykonano, to byłoby wtedy przykro nawet.

  • Pamięta pan, jak on się nazywał?

U nas to był Bogdan Łagocki. To był taki dość postawny facet, muskularny. Kamińskiego to pamiętam, bo to na ramie wypisana nazwa, drewniane obręcze. Wtedy to był krzyk mody, ale oni byli bodajże pierwsi wyposażeni w rowery, bo do pracy potrzebny im był taki rower.

  • A zdarzało się w pana kamienicy, że ktoś ukrywał Żydów?

W naszej kamienicy był policjant granatowy Kwiatkowski. Później wyprowadził się, ale nie wiem. Jak powstało getto na Żelaznej, Siennej, Chłodnej, to on rzekomo był Żydem, ale zawsze w mundurze chodził na służbę, ze służby. I tak jak słyszałem od kolegów swoich, że podobno ukrywał, utrzymuje Żydów, ale Żydów z sąsiedniej kamienicy, którzy mieli podobno sklep po przeciwnej stronie, na Węgierskiej bodaj pod piętnastym czy coś takiego. To słyszałem też i od ojca, ale ojciec mówi: „Buzia na kłódkę, nie wolno tego rozpowiadać, bo to tamto, bo jak ktoś usłyszy, to cię zabierze”. Rodzice straszyli jak mogli, żeby to się nie wydało. I później Kwiatkowski chyba wtedy, jak już getto powstawało, to on, ale w mundurze, pomagał tym Żydom na wozach załadowanych tymi różnymi ciuchami, bo to przeważnie ciuchy różne, jakieś tam pierzyny – nie pierzyny, poduszki, ubrania. I tych małych Żydziaków wsadzali na wierzchu na takim wózku i jeden rodzic ciągnął, a jeden czy dwóch pchało taki wózek z tą dzieciarnią i na nowe miejsce, oczywiście.

  • A pana życie jak bardzo się zmieniło podczas okupacji?

Skończyło się w 1943 roku szkołę podstawową na Opaczewskiej i trzeba było się rozglądać już teraz za jakimś gimnazjum. To było Gimnazjum Mechaniczne imienia Konarskiego na Konopczyńskiego. Tam złożyłem wtedy papiery i zostałem przyjęty, ale z tym, że tam długo nie byliśmy, tam mieliśmy tylko kuźnię, natomiast wykłady, ponieważ byłem z Ochoty, to nas przenieśli na Tarczyńską 8, budynek szkolny. To była szkoła publiczna przed wojną i w czasie okupacji tam jeszcze z początku była. To było gdzieś tak do 1943 roku, bo w 1943, chyba pod koniec Niemcy zajęli tę szkołę. Ale wtedy, kiedy jeszcze myśmy się dostali z gimnazjum mechanicznego, to tam były wykłady, sale wykładowe.
Na Kaliskiej róg Grójeckiej mieszkał jeden z kolegów, który chodził ze mną do szkoły na Opaczewską z tym, że on był o rok starszy ode mnie i chodził do klasy wyższej, ale mniej więcej czas lekcji był ten sam, tak że myśmy często gęsto razem z kolegami i z nim też... I jego tam spotkałem właśnie w tym gimnazjum. I on powiada: „Słuchaj, czy nie mógłbyś przyjść do nas? Patrz, u nas teraz są wykłady, opowiada się o różnych przygodach niemieckich, jakieś, tory się rozkręca, gazetki się rozdaje, to bilon się zbiera, wiesz, złotówki nasze. Jakbyś chciał, to przyjdź na taką pogadankę”. No i byłem chyba dwa czy trzy razy i później zapoznałem trzech czy czterech kolegów już i Jurka Pietruszyńskiego też. Jurek żyje, utrzymujemy kontakt do chwili obecnej, w tej chwili już jest po sześciu zawałach. Jest dentystą, pracował na Płockiej w szpitalu, teraz to jest emeryt już, właściwie rencista i inwalida wojenny, ale wtedy to był jeszcze chłopak w sile wieku, tak zresztą jak i ja też. No i powiada: „A nie chciałbyś należeć do harcerzy?”. Mówię: „Do harcerzy to ja w szkole należałem, przecież mam mundur, mam jeszcze zdjęcie” (bodajże do tej chwili się jeszcze gdzieś zachowało). I on mówi: „Wiesz co? To jest taka odmiana harcerzy starszych trochę”. – „No dobra, no to mogę być”. – „To ja cię skontaktuję z naszym wykładowcą”.
A ten wykładowca to był profesor Szulc, który był później w Powstaniu, ale przedtem jeszcze powiada: „Chętnie, chętnie, jeżeli macie jakichś kolegów czy coś takiego, to dawajcie ich tutaj do nas”. Z tym, że na razie to trzy wykłady, nie będę żadnych tam ceregieli z nim robił, ale, mówi, jeszcze ze dwa takie wykłady jak posłuchacie, to później będziecie musieli złożyć przysięgę, a na czym to będzie polegać, to ja was dopiero poinstruuję”. No dobra, upłynął jakiś czas i powiada: „Ponieważ tu już macie zajęcia w szkole, w gimnazjum, jest kuźnia na Konopczyńskiego...”. I jesteśmy z tym Jurkiem Pietruszyńskim na kuźni i odkuwamy wtedy, nie pamiętam, bodajże kombinerki. To były odlewy już zrobione przez starsze klasy, a nam, tym początkującym pierwszakom dano te kombinerki do obróbki, to znaczy w ten sposób, że imadło, pilnik i trzeba było to opiłować, żeby to doprowadzić, żeby można było dwie części złożyć razem ewentualnie później, jak się okazało, to trzeba znitować i żeby te szczypce miały, że tak powiem ten hak do ręki, żeby służyły jako szczypce. I on mi w czasie takiego jednego wykładu mówi: „Słuchaj, jutro musisz koniecznie być, bo jutro będziemy składać przysięgę. I, mówi, powiem ci tylko teraz, że to już są „Szare Szeregi”, to już nie są harcerze, to są „Szare Szeregi”. I może być tak, że na jakiś wypad to trzeba będzie zrezygnować z wykładów w szkole, a trzeba będzie pojechać na przykład gdzieś do Piaseczna czy do Marek, czy do Wołomina, czy do Radzymina i tam będą szkolenia w lesie”. Mówię: „Trudno, to świetnie”. Dla chłopaka to nie ma to tamto. Pytam: „Ty też będziesz?”. – „Tak”. – „No to będziemy razem, to damy sobie radę”. I tym sposobem...
Na Tarczyńskiej 8 był wtedy cały zastęp „szaroszeregowców”, to był „Szare Szeregi – Ruch Ziem Zachodnich”. Był taki Ślesicki, był drużynowym naszym i powiada (a Władysław Ślesicki to był ten, który był reżyserem czy twórcą filmu „W pustyni i w puszczy”): „Ponieważ nas jest tutaj teraz dwudziestu, ale jako drużyna będziemy bądź co bądź tymi „szaroszeregowymi”, już niestety, ale młodzież, to już nie są chłopaki, to już jest młodzież”. No dobra.
Pamiętam pierwszy taki wypad to był róg Raszyńskiej i Filtrowej, na Ochocie był bunkier, tam stała jakaś jednostka niemiecka, coś takiego i on mówi, żeby na tym bunkrze namalować lub nakleić naszą kotwicę z haczykiem i komu się to uda, mamy zebranie, spotkanie w szkole załóżmy następnego dnia o godzinie szesnastej i na tym spotkaniu zameldujecie mi, co kto i ile się komu udało zrobić. Pamiętam, że był taki... Później w Powstaniu był chorążym, ale wtedy nie miał żadnego stopnia, to był „Jurek”, Jerzy [Pełkiewicz], „Jurek” miał pseudonim, ale nazwiska nie pamiętam, i on mówi tak: „Co to jest dla mnie za problem nakleić taką tą...”. Narysował sobie na kartonie naszą kotwicę, podsmarował klej (to się robiło przeważnie z mąki) i mówi: „Jeden tylko pójdzie zagadać żandarma w bunkrze, a drugi z drugiej strony podejdzie i później pryskamy wszyscy w Raszyńską, w lewo w Dantyszka i w parku spotykamy się na ławce”.
I tak było. Nas było wtedy czterech. Jeden zagadał tego Niemca, oczywiście, pytał się, co to jest za hełm, a dlaczego ma taki znaczek, a nie inny na hełmie, Niemiec zdjął, pokazywał, jak to tam wygląda, tą swoją „gapę”, pokazywał, jak się te paski odpina, żeby hełm zacisnąć na głowie, a w międzyczasie ten właśnie Jerzy [Pełkiewicz] „Jurek” z drugiej strony już podkleił mu to na bunkrze, gwizdnął i wszyscy uciekliśmy w Raszyńską, później w lewo w Dantyszka, spotykaliśmy się na ławce. Tu zrobił się wielki szum, że tam jednak partyzanci są. Patrole niemieckie zaraz wzdłuż Raszyńskiej, wzdłuż Filtrowej, bo tramwaj chodzi Filtrową przy wodociągach, przy parkanie. No i z Dantyszka dawał urywać się. No więc gdzie? Najpierw do ogródka jordanowskiego na Wawelską. Tam spotkaliśmy się po raz drugi już, bo z tej ławki się rozlecieliśmy na wszystkie strony, że nie znamy się, w razie zatrzymania czy coś, to jeden drugiego nie zna. I spotkaliśmy się na Wawelskiej w ogródku jordanowski.
Tam nas jako „pierwszaków” pani taka... Ona mieszkała też na Ochocie, była kierownikiem grupy „starszaków”. „A wy, chłopacy, skąd?” – „Też z Ochoty, chodzimy do szkoły na Tarczyńską”, ale na razie się nie zdradzamy, że jesteśmy od Konarskiego, tylko normalnie ze szkoły publicznej na Tarczyńskiej 8. I uciekamy, bo podobno partyzanci są na Filtrowej róg Raszyńskiej. „To chodźcie razem z nami na boisko”. Graliśmy w piłę, a to w siatkę, a to w nogę, i później, jak już się zrobiła szarówka, poczęstowała nas podwieczorkiem i idziemy do domu. „Wy czterej to w którą stronę idziecie?”. No więc ja na Węgierską, drugi powiada: „A ja na Kaliską”, Jurek Pietrusiński też na Kaliską, jeszcze drugi mówi: „Na Barską”. No to idziemy razem, bo na Jędrzejowskiej, to jest ulica boczna od Słupeckiej, idąc od placu Narutowicza w Słupecką, w prawo bodajże druga ulica i tam była kolonia profesorska.
Później dowiedziałem się, że ona była profesorką w szkole, ale przedtem nie wiedzieliśmy. I ona nas w tą Słupecką zaprowadziła, zaprosiła do siebie do domu. Pamiętam wtedy, że jako chłopcy niezorganizowani jeszcze urwaliśmy się z tego boiska. No to nas zaprosiła do siebie i wchodziliśmy schodami od kuchni, bo były drugie schody, gdzie wchodziło się klatką główną, ale my wchodziliśmy schodami dla służby, tam mogła sprzątaczka wejść, kucharka, gosposia, ktoś tam zakupy zrobić, coś takiego, no i dozorca, oczywiście. I ona nas tymi schodami na górę, z tym, że zaprosiła nas do kuchni i powiada: „Tutaj obowiązuje cisza, tutaj nie można powiedzieć, żeby nas nikt nie wyciął, że tu się coś odbywa, jakieś zebranie albo coś takiego”. Potem poczęstowała nas też, nie pamiętam już dokładnie, ale jakaś kawa czy coś takiego było i do tej kucharki powiada: „Daj każdemu po bułce i niech zrywają do domu”. I tym takim pierwszym uderzeniem poznałem właśnie tę panią. Później mieliśmy w ogródku jordanowskim spotkania tych kolegów i mówiliśmy już z profesorem, profesor Szulc był, który się zajmował tą naszą klasą tam i on powiada: „Bardzo dobrze, żeście nawiązali kontakt. Czy to jest pewne, że tam będziecie mogli skorzystać z jakiegoś tam poczęstunku i ewentualnie z jakichś tam spotkań?”. Byliśmy dwa razy i udało się, nierozpoznani, a przeciwnie – chętnie nas tam widziano.
Ja na przykład ładnie rysowałem, tak że [byłem] takim rysownikiem tam. [Rysowałem] i na wesoło, i jakiś portret kogoś z pamięci czy jakąś osobę z będących tam, czy kierowniczkę, czy profesora jakiegoś, żeby trochę i do śmiechu, na wesoło tak od ręki na kartonie, i były wieszane rysunki moje na drzewie na przykład. Kazała mi się tylko ta pani podpisać pod tym w rogu gdzieś swoim nazwiskiem. Najbardziej z tych rysunków wychodziła mi głowa Piłsudskiego z kołnierzem munduru, amarantowy napis WP, orzełek, no i ta czupryna Piłsudskiego, te parę włosków stojących nad czołem. Za to dostałem nagrodę jako jeden z najlepiej rysujących w ogóle w całej kolonii, bo tam przychodzili do ogródka jordanowskiego rano, a na wieczór po podwieczorku wychodziło się do domu. To były takie raczej półkolonie, coś takiego. Ale byliśmy razem z tymi czterema chłopakami, gdzie ta [narysowana] swastyka [wisząca na szubienicy] została na bunkrze naklejona. Szulc później chwalił tego właśnie Jerzego [Pałkiewicza] „Jurka”, że udało jemu się tam to zrobić.

  • A czy te głowy Piłsudskiego też były wykorzystywane w takim małym sabotażu?

Nie, to może później. Ja tego narysowałem dużo, bo to na takim kartonie rysunkowym, teczka rysunkowa jak jest. Może później przy jakichś okazjach gdzieś pokazywano to, ale raczej z obserwacji, gdzie później, jak już byłem bodajże w drugiej klasie, to już miałem praktykę. Bo profesor Szulc wyznaczał, że część chłopców pracowała w kuźni, druga część pracowała gdzieś tam w warsztatach niemieckich.
Dostałem przydział tego profesora Szulca do zakładów lotniczych na Okęciu. To jest [niezrozumiałe] i tam pracowałem najpierw na montażu. Z tym, że będą potrzebni lotnicy w razie jakiejś wojny czy coś takiego, będziemy chcieli Niemców wygonić, to będą samoloty, będą zdobyczne, no i że mechanicy będą potrzebni – tak motywował ten profesor Szulc. I powiada: „Będziesz pracował na montażu”. – „Dobrze, może być”. Pierwsze prace na montażu odbywały się w ten sposób, że przychodziły silniki z frontu już wymontowane z kadłuba samolotu, a samolot spadając, zarywał się w ziemię i to było i z piachem, z błotem te silniki, pogięte, połamane. Więc najpierw odbywał się demontaż, więc strasznie brudna praca. I to na demontażu w tych wannach trzeba było mieć części rozebrane, rozkręcone. Jakąś część się odkręciło, trzeba było ją wymyć porządnie i były stojaki metalowe z półkami i tam się układało te części. Tam byłem bodajże ze dwa tygodnie na tym demontażu.
Później na montażu to już były części z magazynu dobre i części z tak zwanego odzysku, ale przez komisję niemiecką zatwierdzone, że one się nadają jeszcze do ponownego zamontowania do silnika. Na montażu pracowałem bodajże miesiąc czasu albo i dłużej. Ponieważ dobrze się orientowałem, opinię miałem dobrą, to zostałem przez Niemca na montażu, przez naszego jak gdyby kierownika, brygadiera... A to był starszy facet bez jednej nogi, pilot, tylko że on z frontu był wycofany z armii, ale w mundurze chodził, tylko miał przywileje wojskowego, tylko że miał tą grupę na montażu pod sobą. To były dwie–trzy linie, ze dwudziestu ludzi na taśmie, bo tam każdy robił coś innego. No i on powiada: „Ty już tutaj dużo zrobiłeś, dużo się nauczyłeś, dużo umiesz, to sobie poradzisz sam na hamowni” i zostałem przerzucony na hamownię. Bodaj jakimś dniem masz stawić u takiego czy innego.
I tam też był Niemiec, też z frontu, też jakiś tam inwalida, tylko z tym, że tam było nas dwóch Polaków, dwóch Niemców młodych ze szkoły niemieckiej, w tych brunatnych koszulach i w spodenkach, z tak zwanego Hitlerjugend. Ci dwaj młodzi Niemcy, bo byli mniej więcej w naszym wieku, mieli jak gdyby opiekę instruktorską, żebyśmy my się nie szwendali, nie wałęsali po hamowni (to się Prüfstand nazywało po niemiecku), to oni mieli pieczę, żeby nas w karbach trzymać. I był jeden Niemiec, kierownik hamowni. A to było tak wtedy, że na hamownię przychodził silnik z montażu i zadaniem nas czterech było na czterech takich łapach przymocować silnik do stanowiska, to stanowisko było jakieś półtora metra od ziemi i cztery śruby, bo to były duralowe, i nogi takie potężne były przykręcane do silnika, to myśmy to robili, i późnie przykręcali na hamowni do stanowiska. Za tym [silnikiem] z tyłu była kabina, w której siedział sam kierownik hamowni, bo jeszcze myśmy podłączali różne przewody paliwowe, elektryczne, i później on uruchamiał silnik, myśmy zakładali śmigło do tego [silnika]. Hamownia to był barak drewniany, można powiedzieć, no, może nie barak, ale porządnie zbudowany z desek, z drzewa, otwieraliśmy tak zwane wierzeje, wrota, poza tym w tych wrotach po otwarciu to obowiązkowo trzeba było zamontować siatkę, siatka była taka ogrodzeniowa, dlatego że gołębie, różne ptactwo, a zdarzało się nawet i kura gdzieś tam się na polu zaplątała, to śmigło wciągnęło...
  • Pana praca w konspiracji polegała na tym, że pan przemycał jakieś plany...?

A tak, to później. Chodziło o to, że jak już pracowałem na hamowni, bo na montażu jeszcze nie, ale na hamowni było tak, że w szkole profesor Szulc powiada tak: „Masz dostęp do silnika, masz dostęp do różnych przewodów, do zamocowania silnika do tego stojaka jak gdyby, poza tym przebywasz z Niemcem, kierownikiem w środku, w kabinie, więc masz ogromne możliwości, żeby tam coś spsocić. Tylko warunek, że musisz uważać na tych dwóch Niemiaszków, żeby cię na czymś nie przyskrzynili”. No i naszym zadaniem, nas dwóch było, to (już nie żyje Edek Abramczyk) było tak, że jak myśmy łączyli przewody, przewody były nakrętki i na stojaku były na przykład przewody olejowe, trzeba było nakryć. To się tak przykręcało ten przewód, żeby on ciekł. Albo się uderzyło młotkiem czy kamieniem nawet taką nakrętkę i ta nakrętka nie dociągała już tego przewodu i przeciekał przewód. Teraz polegało to na tym, że Niemiec, ten kierownik, jeżeli stwierdził wyciek oleju, to musiał ten przewód wymienić, a przewodu było dwa i pół metra od silnika do jego kabiny.
Później były (bodajże na trzydzieści sześć klucz, to duża taka nakrętka) cztery takie nakrętki, to te nogi przymocowało się do stojaka i brało się na przykład taką nakrętkę z nogą razem, bo to było na stałe przymocowane, ona tylko się obracała, to taką nogą uderzało się na sztorc o kamień, o coś takiego, że gwint się spłaszczał i nie było można tej nogi przykręcić. I majster decydował, że tę nogę trzeba wymienić. „No to bierz wózek, tę nogę na wózek i trzeba jechać do magazynu i wymienić to”. Oczywiście, dał [rozpiskę – magazyn wyda], ale to polegało właśnie na sabotowaniu tych różnych urządzeń.

  • Co jeszcze robił pan w konspiracji?

Wyjeżdżaliśmy na przykład do Brwinowa, do lasów tutaj za Piasecznem, jak Góra Kalwaria. Drużyna jak jechała na wykłady, to myśmy podawali, że całą klasą wyjeżdżamy na takie szkolenie czy coś. Przeważnie to było zdobywanie sprawności harcerskich. Ale to się później przydawało, bo na każdym wykładzie to jednak omawiane były różne sprawy – poznawanie broni, poznawanie amunicji, poznawanie granatów, jak to się używa, obchodzenie się z nimi. Poza tym jeszcze to, że przede wszystkim karność. Jeżeli pobrałeś jakiś pistolet do przeprowadzenia próby czy coś takiego, czy amunicję, to obowiązkowo po zajęciach należało zwrócić i to zwrócić czyste, nie jakieś umazane czy zabrudzone czy coś takiego, czy uszkodzone nawet. Nie, jeżeli uszkodziłeś, to musiałeś przyznać się do winy, że jednak z takiej czy innej przyczyny nastąpiło uszkodzenie. Profesor Szulc (Jerzy [Pełkiewicz] „Jurek” później został prawą ręką jego do spraw organizacyjnych) już po tym przysięgę odbierał, był Ślesicki drużynowy wtedy i bodajże jeszcze zastępowy, to był brat Ślesickiego, Zygmunt. Obaj żyją jeszcze. Z tym, że ze Ślesickimi miałem okazję spotkać się bodajże ostatni raz chyba trzy lata temu właśnie w „Szarych Szeregach”, bo jestem członkiem „Szarych Szeregów” też [obecnie w kręgu Zamek Warszawa].

  • Proszę powiedzieć, jak zbierał pan ten bilon.

Dojdziemy do tego. Właśnie na takiej odprawie profesor Szulc powiada: „Na temat organizacyjnych rzeczy to już będziecie mieli Jerzego [Pełkiewicza] „Jurka”, który jest jak gdyby moim uprawnionym do przeprowadzania różnych rzeczy, bo jest zaprzysiężony już przez organizację i on będzie was instruował co do przeprowadzenia akcji czy wyjazdów do lasu czy coś takiego, czy zdobywania sprawności. A teraz najważniejszą rzeczą u nas będzie zbieranie bilonu. I który z was (w klasie było dwadzieścia osób średnio) wpadłby na taki pomysł, że jakby tu zebrać jak największą ilość bilonu?”. No więc ten mówi tak, tamten inaczej.
Ja na przykład wiem z własnego podwórka, co sam robiłem, że był bazarek u nas na placu Narutowicza i na ten bazarek często-gęsto przychodzili i Niemcy też z pobliskiego domu akademickiego, czasami nawet także kupowali dla siebie, a często-gęsto było też i tak, że obstawiali bazar i zabierali ze straganów mięso, produkty, nabiał i tak dalej. I często gęsto było też tak, że handlarki uciekając, zostawiały bilon w woreczkach, woreczki przeważnie miały na szyi, ale w czasie ucieczki woreczek na szyję nie zdążyła założyć, zostawiła na straganie i uciekała. A ja po prostu podchodziłem do takiej handlarki: „Pani mi rozmieni dwa złote”. – „Nie mam”. Albo: „Uciekaj mi, nie przeszkadzaj”, bo tam ktoś pilnuje, czy Niemcy nie idą, czy coś takiego.
To wtedy szło się na przykład do konduktora, bo tam była pętla tramwajowa na placu Narutowicza, właśnie przy tym bazarku, to albo do konduktora, albo bezpośrednio do dyżurki, do zajezdni do kontrolera. „Pan mi rozmieni dwa złote”. – „A na co ci? A skąd ty masz tyle pieniędzy?”. Więc wtedy trzeba było się tłumaczył, że tata wysłał po papierosy, a akurat nie ma drobnych, albo mama wysłała po jakąś wędlinę czy po jakieś mięso, żeby kupić na rosół czy coś takiego, czy po prostu jakąś kość do zupy, no i nie ma drobnych, no i ta handlarka prosiła, żeby przyjść z drobnymi. „Przecież do domu nie będę szedł, dlatego przyszedłem do pana, pan mnie poratuje”. Ile miał w torbie bilonu, to przeliczył no i masz, ale już drugi raz żebyś nie podchodził. Dobrze. To przyszedłem raz, drugi, trzeci i już miałem bilonu prawie taki woreczek, że jak się brało worek na kapcie do szkoły, to tak żeby nie przesadzić, ale jedna czwarta tego woreczka to się nazbierało.
To nie było tak jednego dnia, bo się zbierało, załóżmy, tydzień czas. Wyznaczali termin przeważnie od czterech do sześciu dni, ten właśnie Jerzy [Pełkiewicz] „Jurek”, no i kto jak najwięcej zbiera... Na dodatek ojciec pracował w warsztacie samochodowym i jak zgłosiłem, że ojciec ma dostęp do nakrętek, do różnych sworzni, rurek mosiężnych, miedzianych czy nawet żelaznych jakichś grubszych – „Wszystko jest towarem, przynoś co się da, tylko – mówi – żeby cię ktoś nie nakrył. Ojcu też nie możesz powiedzieć, że ty to zbierasz dla szkoleń czy coś takiego, że szkoła ciebie wysyła po to czy coś”.

  • A dlaczego to się zbierało?

Na rusznikarkę, rusznikarze do różnych celów, widocznie potrzebne było. Jak mieli imadła, mieli warsztaty, to każda nakrętka jest na wagę złota, bo różne śruby-nie śruby z nakrętkami. Jeden przyniósł śruby, drugi nakrętki, to się później kompletowało jakoś. I, załóżmy, dostawa była z tego oddziału, tam znowu jakieś tam blaszki czy jakieś podkładki, czy ten bilon nawet był znowuż z takiego oddziału. I to później było w formie wyróżnianie jak gdyby, na spotkaniu w Markach czy gdzieś w lesie na sprawności, które się zdobywało, drużynowy powiada: „Dzisiaj druh taki a taki, taki jak Władek Ślesicki (pseudonim jego był „Władek”) ze swoją drużyną dostarczył kilo czy dwa kilo nakrętek czy bilonu...”, to już chłopacy podbudowani.
Poza tym patrole niemieckie chodziły po trzech z jednej strony ulicy i tak jak u nas na Grójeckiej po jednej stronie i po drugiej stronie szło trzech. Ich zadaniem było zatrzymywanie takich podejrzanych osób jak my, chłopaczki takie. Zatrzymywali, jeden ze mną rozmawiał, a ci dwaj trzymali broń gotową do strzału, że w razie by uciekał czy coś takiego, to żeby strzelać. To naszym zadaniem było także, jak ustawić się gdzieś w oknie na klatce schodowej, tak my tutaj między Barską a Kaliską na Grójeckiej, to wchodziliśmy na klatkę schodową, uchylało się trochę okna i robiło się tak jak z procy coś w rodzaju, tylko że to gumka, tylko na jeden palec i na drugi palec brało się szpileczkę albo z drutu robiło się haczyk i wtedy, jak Niemcy dochodzili, kogoś zatrzymali, to się tak celowało, żeby Niemca przycelować.
Pamiętam taki numer, że Niemiec dostał w hełm, to mu się odbiło, ale ci dwaj, którzy mieli broń gotową do strzału, żeby ten legitymowany im nie uciekł, no to od razu jak gdyby, że coś się dzieje! No i gdzie, skąd?! Z tego budynku! No to my zaraz z tej klatki biegiem na dół i na drugą klatkę albo w ogóle na podwórko, niby w piłkę się gra czy coś. Niemcy przychodzą, obejrzeli, obejrzeli: „Dawno wy tu jesteście?”, bo przeważnie któryś z nich umiał po polsku. „A, dwie godziny temu”. „A, to nie, nie ci”. No i Niemcy wychodzą, to wtedy śmiech albo jakaś powaga, że jednak myśmy coś zrobili już. I w ten sposób się utrudniało, jak się tylko mogło.
Poza tym co jeszcze? Roznosiło się gazety na przykład. Brało się z kiosku, z tym, że ja biorę dzisiaj od pani dziesięć sztuk i chcę to sprzedać, a za sprzedane gazety, jak będę miał pieniądze, to ja pani się rozliczę pieniędzmi, chyba żebym gazet nie sprzedał, to pani dam gazety, ale raczej będę się starał, że ja pani zawsze te gazety sprzedam. No i wziąłem dziesięć sztuk, przeszedłem jedną stroną tylko Grójeckiej, a tylko dlatego, żeby Niemcy, ci, którzy chodzą, legitymują, bo jest akademik po przeciwnej stronie i tam patrole często chodziły, to żeby nas nie zatrzymywali. To jak miałem taki plik gazet pod pachą, to on wiedział, że ja gazety sprzedaję, że nie jestem żadnym jakimś partyzantem czy innymi jakimś przestępcą. No i nawet jak taki patrol przechodził i spojrzał na chłopaka, który ma gazety pod pachą, to machnął ręką i idź sobie dalej. Natomiast bilon, który się uhandlowało, to tak jak wspomniałem, na bazarze, tak tutaj uhandlowany przeze mnie za te gazety, zamiast zwrotu do kioskarki czy do tej pani, która ode mnie miała wziąć, to zamiast tego drobiazgu dawałem jej grubsze pieniądze, które miałem już przygotowane, że bilon jest potrzebny dla nas, a ona niech weźmie sobie papierkowe czy coś takiego.

  • Była kiedyś jakaś sytuacja niebezpieczna w czasie takich akcji?

Tak, na przykład byliśmy na plaży z gazetami, oczywiście, pojechaliśmy nad Wisłę, rozebraliśmy się, oczywiście, ubranko się brało w kostkę nad Wisłą, nad brzegiem, samemu do wody, gazety się kładło pod tę kostkę ubrania, przekąpał się człowiek trochę i później wraca po ubrania, a ubrania z gazetami nie ma. Co się okazuje? Że stoją Niemcy, stoi buda no i klops, nie ma się gdzie podziać, człowiek tylko w tych mokrych slipkach i bez żadnej koszuli, bez niczego. Wychodząc z wody, Niemiec zabrał nas do tej budy i na Skaryszewską. Ale dobrze, że pracowałem już w tym [Prüfstand], miałem Ausweis i to dość mocny. Z tym, że otrzymując Ausweis w zakładzie niemieckim to ten kadrowiec (teraz tak by się to nazywało), ten, który wydawał przepustki i dowody, legitymacje pracownika, ten Ausweis tak zwany, żeby nie okazywać dowodów patrolowi na ulicy, dopiero jak zostaje zatrzymany, przewieziony gdzieś do punktu zbornego, to dopiero w tym punkcie możesz się legitymować tym dowodem. I tak było, wtedy nad Wisłą zabrali ubranie, nas było wtedy trzech i trzech nas trafiło na Skaryszewską. To był punkt zborny na Pradze, gdzie wszystkich z Wisły, z tramwaju... Bo tramwaje były mocno oblepione, do tego stopnia, że między tramwajami, tu, gdzie koła są to stawało się nogami, rękoma trzymało się na uchylone okienko w wozie tramwajowym. Nawet na dachu też jechałem. Niemcy na przykład przed Muzeum zrobili obławę, zatrzymali tramwaj i wszystkich tych, którzy byli oblepieni, to do swoich bud i na Skaryszewską. A ci, co w tramwaju, to nie. Tych, co byli oblepieni, odsunęli, natomiast resztę ludzi, którzy byli w środku, to tramwaj puścili luzem.
Wtedy, jak mnie zabrali znad Wisły, bez ubrania, bez niczego, to zatrzymali mnie, wzięli do samochodu, do tej budy, to w budzie nas było, żeby nie przesadzić, ale chyba ze trzydzieści osób. To samochód ciężarowy z plandeką, dwóch Niemców z tyłu i kierowca i obok kierowcy jeszcze też Niemiec. Na Skaryszewskiej była kiedyś przed wojną szkoła, a później Niemcy zrobili punkt, z całej Warszawy tam zwozili, tam przebierali młodych do jakichś tam zakładów produkcyjnych, wywozili do Niemiec, bo było bardzo blisko na przykład na Dworzec Wschodni, to Dworzec Wschodni, później Dworzec Wileński, tak że z tego budynku pod eskortą ładowali do wagonów czy to na wschód, czy... A jak trafili jakiegoś Żydka czy coś takiego, no to nawet pod eskortą do Treblinki czy... To na dworzec. I specjalne takie grupy tworzyli i wywozili. Nas tam bodajże trzymali chyba, żeby nie przesadzić, ale chyba z osiem godzin. No i tak – raz po głowie, drugi raz w twarz, a to kopniaka: „Jak ty się tutaj znalazłeś? A dlaczego byłeś nad wodą? A dlaczego ubrania nie pilnujesz? A musi ci ktoś pilnować! A co te gazety robiły?”, bo mieli cały ten majdan tych gazet też... „I czy to twoje gazety?” – „No tak, bo ja to dostałem od tego czy tego”. – „A skąd te gazety? A kto to był? Kto ci to dał?”.

  • Co to były za gazety?

Nowy Kurier Warszawski, gadzinówka tak zwana, to przeważnie te albo niemieckie, tam była Bachter, inne jakieś takie tygodniki, przeważnie najlepiej to tygodniki szły niemieckie, bo wtedy nawet przechodząc chodnikiem, Niemcy, to nawet nie liczył pieniędzy, tylko dawał jakąś monetę, nie pamiętam już dokładnie, chyba złoty pięćdziesiąt kosztował ten nowy Bachter, a dwadzieścia groszy kosztowała gazeta, dwadzieścia czy piętnaście, coś takiego. To on nie patrzył na bilon, tylko jak sięgnął do kieszeni, to ile miał, tyle dawał za tą gazetę. No i: „Te gazety to są twoje?” – „Moje”. – „Od kogo?”, takie przesłuchanie. To osiem godzin trwało.
Dostało się i po głowie, i po buzi, że tak powiem, i kopniaka jeszcze można było zarobić. Po tym wszystkim, w czasie tego przesłuchania przyznałem się, że te gazety są moje, ale jakoś trzeba rodzicom pomagać, więc ojciec mi zezwolił i żebym sobie dorobił na handlu gazetami, bo to jednak jak gazety się sprzedało, to później poszedłem na bazarek, mogłem kupić coś do domu czy pieczywa, czy coś na zupę, czy coś takiego. I wtedy dopiero okazywało się, że jednocześnie pracuję w tych Zakładach Lotniczych [Skoda Werke na Okęciu]. „To czegoś wcześniej nie powiedział, że tam pracujesz?” – „No bo powiedziano mi, żeby nie okazywać Ausweisu wcześniej, jak dopiero na punkcie zbornym z uwagi na to, że patrol może mi ten dokument podrzeć”. – „A, to ty taki mądry jesteś”. Nie wiem, co oni robili z tym dokumentem, bo go zabrali, ale po jakimś czasie zwraca mi ten dokument i mówi: „Teraz spieprzaj do domu i żebym cię tu więcej nie widział”. – „Chyba że nad Wisłą”. – „Nawet nad Wisłą nie wolno ci być. A jak nie, to wtedy możesz być, kiedy nas nie będzie”. I takie były te przygody.
Poza tym na Okęcie do pracy, jak się jechało rano, bo tam pracę miałem jeden tydzień rano, a drugi tydzień na noc i tak było, że tramwaj to była jedna linia z tak zwaną mijanką. Jedna mijanka była przed Okęciem, przed wiaduktem, a druga była już dalej, prawie przy zakładach lotniczych. Każdy starał się, żeby zdążyć do pracy, żeby się nie spóźnić, a żeby się zabrać do tramwaju, to trzeba było czepiać się na buforze, na tak zwanym cycku, albo gdzieś na okienku z boku, ewentualnie na dach. Tutaj Niemcy nie zatrzymywali tramwaju, bo wiedzieli, że wszyscy jadą do pracy, natomiast zatrzymywali tramwaje, jak się jechało z pracy. Wtedy opróżnili tramwaj ze wszystkich, ci, co byli w środku, mogli jechać dalej, a wszystkich tych, którzy byli oblepieni, to odcięli od tramwaju i zostawili: „Proszę czekać na następny tramwaj”. No i tak było, że na przykład jak się jechało do pracy, to były tak zwane gazmaski, to znaczy to były torby po maskach gazowych z 1939 roku. Te torby, jeśli ktoś nie mógł zdobyć inaczej, to kupowało się za jakieś pieniądze, już nie pamiętam, ile, na Kercelaku, Okopowa róg Żytniej, tu był ten Kercelak słynny. W tej gazmasce mieściły się trzy bochenki chleba.
Ja na przykład woziłem chleb do pracy, na bramie tłumaczyłem, że ponieważ mam nocną zmianę, to kolację, w ciągu nocy przecież jakiś posiłek zrobić, obiad, to samo i w ciągu dnia. No i Niemiec machnął ręką, kazał przejść czy coś takiego. A chleb potrzebny był do... Byli zatrudnieni jeńcy rosyjscy. Poza tym była straż tych zakładów, Werkschutze tak zwani, którzy pilnowali porządku na terenie zakładu i żeby się nikt nie zbliżał do parkanu, ale to byli przeważnie albo Ukraińcy, albo Węgrzy. To byli ci z armii węgierskiej, która była w wojsku niemieckim, a później tam się coś urwało i oni poszli w odstawkę, byli niegodni dostępu do wojsk niemieckich i ich dano na tych Werkschutz do Zakładów Lotniczych. Nie tylko w Zakładach Lotniczych, bo i po wielu innych zakładach jeszcze pracowali. Myśmy nawiązali kontakt z nimi też, że myśmy dawali im chleb, a oni nam dawali blachę duralową. Poza tym myśmy wiedzieli, gdzie ta blacha jest, ale oni dostęp do tych magazynów pilnowali, że tam nie wolno było nawet podejść bliżej magazynu, czy jakieś nakrętki, czy śrubki, czy coś takiego, czy nawet pleksy na szyby lotnicze...
  • A jak wywoziło się tą blachę?

To zaraz powiem. No i tam nie było dostępu. Ale można było przy pomocy tych Werkschutzy dostać się tam i w tą stronę chleb, a z powrotem właśnie albo śrubki, albo nakrętki, albo blachę jakąś. A blacha to przeważnie brało się takie wymiary, które były podane przez naszych z organizacji chłopaków. Umawiałem się z nim, bo ja tam miałem skrytkę u siebie na tym sztandzie, na hamowni, o której zresztą ja tylko wiedziałem, i ja się z takim Werkschutzem umawiałem: „Kiedy ty będziesz miał służbę”, on powiada: „O, dzisiaj poniedziałek, to dopiero w środę”. – „No dobra, w środę, a później kiedy?” – „A później to pewno w piątek”. Ja mówię: „To wy nie macie grafików?” – „No mam, ale ja grafiku nie znam”, załóżmy ten, z którym ja utrzymywałem kontakt, to on powiada: „No to ja ci powiem, jak na następnym spotkaniu będziemy w środę, to ja ci powiem pełen grafik”. – „No dobra”. No i było tak, że na tej hamowni, na której ja pracowałem, to ci dwaj Niemcy byli zajęci, bo często ich kierownik wysyłał papiery zanieść, sprawozdania jakieś, a nas dwóch Polaków, to drzwi otworzyć, siatkę zamontować albo siatkę zdemontować, drzwi pozamykać po takiej próbie silnika. Ewentualnie w czasie próby silnika to trzeba było wkładać „uszatki”, kołki w uszy na sznureczku i żeby ten szum silnika..., żeby słuchu nie uszkodzić. Wtedy porozumiewałem się przez szybę w kabinie z tym kierownikiem tylko na migi, jak cieknie coś, czy kapie coś. Werkschutz był obecny zawsze, kiedy hamownia była otwarta na zewnątrz, te drzwi kiedy były zawsze otwarte, wtedy myśmy otwierali do próby silnika, to ten Werkschutz obowiązkowo musiał być. To kierownik hamowni jego zawiadamiał na pewno, żeby on tutaj przychodził. On był z bronią i obserwował.
I było tak, że ja w tej swojej skrytce miałem, to znaczy z nimi już byłem dogadany w ten sposób, że nieraz trzeba było i wódkę jemu dać czy coś takiego, czy nawet i pieniądze brali, a często Rosjanie robili portabaki, to znaczy pudełka z blachy duralowej, były [robione] rylcem różne kwiatki nie kwiatki, jakieś tam ozdoby i te pudełka były otwierane [i zamykane jako papierośnica wyrabiająca skręta]. Tam była [wkładana] machorka, tytoń i wkładało się bibułkę, bibułka była w takich listkach, nie pamiętam, ile tam tych listków było, [ale na pewno około pięćdziesięciu sztuk], w takim jednym opakowaniu, wkładało się to, nasypywało się tytoniu i pośliniło się jeden brzeg bibułki i zamykając pudełko, to ten tytoń, będący w tej bibułce on się zwijał. Tam była z materiału jakiegoś zrobiona taka jakby taśma, że zamykając ta bibułka się obracała w tej tasiemce, bo to był taki... Tak jak portabak, z dziesięć-piętnaście centymetrów szerokie i wychodził gotowy papieros, [skręt]. Pośliniona bibułka była, to ona się sklejała i do jednorazowego użytku. To najbardziej było monetą płatną dla tych Werkschutzy, oni to uwielbiali nad podziw. Kiedyś pieniądze, kiedyś wódka, ale jakoś tak ostatnim trafem powiada: „Najlepiej jak ty byś mi takiej portabaki ze dwa skombinował, to byśmy byli kolegami na sto dwa”. Ja mówię: „No dobra, ale wiesz, kolega kolegą, ale jak ja potrzebuję coś wynieść...” – „To nie ma sprawy, u mnie wszystko możesz, wszystko będziesz mógł zrobić”. – „A jak się trafi tak pistolet, załóżmy?” – „No to gorsza sprawa. Ale zrobi się”. – „Pistolet to nie, żartowałem, ale śruby jakieś, coś”. – „To wszystko możesz ze mną załatwić”.
Kiedyś na pogaduszce z tym Werkschutzem uzgodniliśmy sobie taką sprawę, że on powiada: „Jeżeli ty masz jakiś worek albo torbę, albo coś takiego, to ty mi to musisz dać, ja to, oczywiście, wezmę, wcześniej przed twoim wyjściem z pracy i spotkamy się na przykład przy tramwaju. Ty mnie tam szturchniesz czy popchniesz, a ja ci tą torbę oddam, niby cię tą torbą uderzę czy coś takiego, bo różne są sytuacje, że mogą nas obserwować, bo ja jestem tutaj od pilnowania tych hamowni, a ty znowuż możesz być rozpoznany jako pracownik hamowni, więc, mówi, żeby dla niepoznaki, to ja tobie tą torbę czy worek jakiś masz, to ja ci oddam przy tramwaju”. – „No dobra, ale jakby tak przyszło, że dalej?”. Bo była taka wytwórnia boschowska przewodów giętkich, które były używane na hamowni. I ta wytwórnia boschowska przewodów giętkich dostarczała przewody do naszego magazynu znajdującego się właśnie tam, gdzie hamownie, ale to był magazyn, z którego myśmy dopiero pobierali te części. Więc do pobierania części wystawiał kwit kierownik, a odbierającym był przeważnie jeden z tych Niemców. Chyba że do pomocy grubsza jakaś partia była do pobrania, to młody Niemiec, taki sam kolega, jak i ja, tego samego wieku brał sobie do pomocy mnie czy drugiego i myśmy tam szli. On, oczywiście, kwitował, podpisywał fakturę, ale ja tylko niosłem to. I wtedy na spotkaniu z tym Werkschutzem powiadam: „No dobrze, a gdybym ja tak miał, dla przykładu, jakieś tam rurki, albo przewody elektryczne, to co?”. A on mówi: „Nie ma sprawy, ja wszystko załatwię”.

  • Dużo pan tego wynosił wtedy?

Ja wiem? Tak żeby nie przesadzić, ale za jednym takim zamachem to z pięć takich po dwa i pół metra przewodów giętkich. Były zbrojone, w pancerzu, oczywiście, aluminiowym. [Przewody te były montowane lub wymieniane w hamowni w silniku lotniczym, samolotu Junkers 88]. Przeważnie przewody olejowe.

  • Wiedział pan, do czego one się potem przydają?

Nie wiem tego, ale mnie się tak wydaje, tak przypuszczam, bo trochę słyszałem od chłopaków, że do Kampinosu, ale po co do Kampinosu, to nie mam pojęcia.

  • 1 sierpnia, godzina „W” gdzie pana zastała?

To było tak, że przedtem, chyba 27 czy 28 lipca była jedna taka [zbiórka próbna] zorganizowana. To mi Jurek Pietruszyński do domu przyszedł wieczorem i mówi: „Słuchaj, jutro mamy o godzinie, załóżmy, piętnastej się stawić na Elektoralnej pod czternastym”. I pyta: „Będziesz?”. Mówię: „Każą, to trzeba być”. Pamiętam, że spotkaliśmy się Jurek Pietruszyński mieszkał na Kaliskiej róg Grójeckiej. Pytam jego też: „A ty będziesz?” – „Będę”. – „No to i ja będę”. No i razem dostaliśmy się na tą Elektoralną. To było na pierwszym piętrze, lokal mieszkalny państwa Stefańskich, a na dole mieli magazyn, obecnie to się nazywa hurtownia, a kiedyś to był magazyn owocowy, było pełno skrzynek drewnianych do owoców i z owocami, oczywiście. Z tym, że tam było nas wtedy chyba ze trzydziestu na tym spotkaniu. Pierwszą noc nocowaliśmy właśnie w tym magazynie na dole, a pierwsze wejście do bramy, bo stał jeden kolega na bramie, no i: „No, do Stefańskich? – Tak. – Pierwsze piętro, z bramy na prawo”, weszliśmy, dwa dzwonki, otwierał drzwi znowu jeden z kolegów, no i: „Proszę wejść do pokoju”. Tam był Jerzy „Jurek”, profesor Szulc też i jeszcze starsi, chyba profesorowie już. To były wykłady, byliśmy szkoleni dla naszych. Gdyby doszło do wybuchu Powstania, to będziemy kadrą pomocniczą, czyli będziemy kapral, podchorąży, młodsi oficerowie, podoficerowie, że będziemy szkoleni w tym kierunku. I to była jedna noc i jeden dzień i później odwołanie, że jednak nic nie będzie, możemy wrócić do domu. Oczywiście, z zachowaniem tajności, że nikt nie ma prawa, nie możemy zdradzić, gdzie byliśmy i nikt nie ma prawa się dowiedzieć, co to było. No więc to odwołali.
Upłynęło dwa dni i ponownie Jurek Pietrusiński przychodzi i powiada: „Słuchaj, z rozkazu porucznika Szulca, (bo wtedy już nie profesor, a porucznik Szulc) mamy się zgłosić znowu na Elektoralną u państwa Stefańskich. Będziesz?”. – „Będę”. – „To ja też będę”. Spotkaliśmy się tak jakoś przed bramą, razem weszliśmy do bramy, razem na górę i wtedy w pokoju przed zapoznaniem... Bo siadając to każdy siadał, koce się rozkładało na podłodze i na kocach każdy siadał, krzesło to krzesło, jak nie było krzesła, to na kocach. Dostaliśmy wtedy furażerki, każdy dostał furażerkę i to była biało-czerwona taka... I WP na białym tle. No i dostaliśmy po opasce, na opasce też był orzeł i WP, i numer. Pamiętam, że to był 442 pluton, ale to później oznaczało, że to była Armia Krajowa i to był pluton 442, do którego myśmy byli szkoleni podobno.
No i pierwszy wypad. To była godzina gdzieś koło wpół do piątej, słychać było pierwsze strzały przez okno. I już zaczyna się taki niepokój wśród chłopaków, że coś się dzieje, zaczyna coś się dziać. „A skąd przypuszczacie? – pyta Szulc. – A skąd wiecie?”. Podenerwowanie jak gdyby. To każdy powiada: „Jadąc tutaj na spotkanie, spotkaliśmy się z tym, że Niemcy są jacyś tacy, nienormalnie zachowują się na ulicy”. Tak że trzeba było nieraz patrole omijać, bo podejrzanie wyglądali albo coś tam. Poza tym widać było, że są uzbrojeni, jak gdyby bardziej czujni jak normalnie. No i on mówi: „Tak, bo prawdopodobnie będą rozruchy. Naszym pierwszym zadaniem będzie wypad na Halę Mirowską, ale warunek, że musi być sygnał i to prawdopodobnie będzie o godzinie siedemnastej. Dokładnie jeszcze nie wiem, zostanę powiadomiony przez gońca i wtedy dopiero wam tutaj na sali ogłoszę. Na razie jest cisza, spokój”. Strzały słychać cały czas za oknem, pojedyncze strzały.
No i mówi: „Noc nas tutaj zastanie, na noc do domu nie będziecie wypuszczeni. Spać będziemy tak jak poprzedniej nocy, jak tutaj byliśmy, w tym właśnie magazynie na dole”. Tam wtedy zauważyłem, bo to było jedno pomieszczenie z owocami i była ściana szerokości dwa metry, może więcej, dwa i pół, to na dole drzwi, bo to była ściana [ruchoma], tę ścianę to tak jak drzwi obrotowe można było [obracać]... I na dole była półka, a na tej półce były poustawiane skrzynki z owocami aż do sufitu. Do sufitu, bo do sufitu te drzwi sięgały, ta ściana. Ściana była obrotowa. Wtedy zauważyłem, że nie będziemy zgromadzeni w pierwszym pomieszczeniu, bo tu są owoce, tylko przez tą ścianę ruchomą będziemy na noc przetransportowani do tego drugiego pomieszczenia. A tam były już materace. Nie wiem, skąd oni je zgromadzili, w każdym razie były koce i materace, i my już wyposażeni w furażerki i w opaski. Wtedy, kiedy godzina „W”, to było gdzieś za piętnaście piąta, już było słychać bliskie strzały, a mieliśmy od Elektoralnej 14 róg Żelaznej bunkier niemiecki, tutaj znowu Hale Mirowskie, też Niemców pełno.
I był taki moment wśród chłopaków zawahania – jak wyjdziesz, tu Niemców wokoło, a ty z opaską [i] w tej furażerce. Pierwszy ruch, niektórzy, ci starsi, mieli broń krótką, a nam powiedzieli, że jeżeli ktoś chce, to może sobie z drzewa, z desek, które są na dole w magazynie wystrugać karabin, atramentem go pomazać, ale to tak trochę nie licuje z tym, co dotychczas się robiło i z tym, co człowiek już wie, że to nie licuje do tego, że to tak można, że oszukiwać kogoś na ulicy, że masz karabin, załóżmy, wystrugany z drzewa. To już trochę za poważny człowiek był, więc pierwszy taki, to ci, którzy mieli krótką broń, byli wystawieni na wartę za drzwiami wejściowymi do lokalu na pierwszym piętrze i na wyjściu z klatki schodowej do bramy. Tak że Niemcy, jak patrol [szedł] ulicą, to żeby przez otwartą bramę nie widział, że tam się grupują jacyś młodzi czy coś takiego. Nasze zgrupowanie raczej było na klatce schodowej, bo to było takim łukiem do góry i ci z bronią byli na pierwszej linii z krótką bronią. Każdy miał krótką broń czy zdobytą czy kupioną, czy coś takiego, ale to był zaszczyt, że ja to jeszcze mam, że mogę przechować, że umiem przechować, że umiem się z bronią obchodzić.
No i pierwszy taki wypad to był na tę właśnie Halę Mirowską. Nie wiem, jakim cudem, ale miałem taki, ja wiem...? Kiedyś, kiedyś przed wojną to wiem, że mama jak prała w balii, to do mieszania miała taki „Radion pierze sam”, taki chyba 80, może 70 centymetrów [długości], teraz mogę powiedzieć, taka kopyść z jednej strony spłaszczona, a okrągła ta druga część i na tym był napis fabrycznie zrobiony „Radion pierze sam”. Były takie strzałki żółte, czerwone jakieś na tym. I mnie się trafiła ta „Radion pierze sam” i tym „Radionem” [podobnym do kija bejsbolowego] to ja się posługiwałem, dokąd nie dostałem zdobycznego karabinu. No i pierwszy taki wypad, to był na Halę Mirowską. W Hali Mirowskiej były stragany, budy, po lewej, po prawej były alejki między budami . I mieliśmy plan narysowany przez Szulca, Jerzego „Jurka” i jeszcze dorosłych, którzy się nami opiekowali. To byli dowódcy drużyn, później dowódcy kompanii i oni zapoznali nas... Przeważnie było dwóch-trzech w taką alejkę i Niemcy byli z jednej strony, w tej chwili od Ogrodu Saskiego, a myśmy byli od strony Żelaznej.
Pierwsze takie wejście to zetknięcie się z ochroną Hali Mirowskiej. No więc cicho bądź, bo w łeb, bo to, bo tamto, no więc ci z nami, że tak powiem, raczej ulegli. Ale my nie jesteśmy sami, tam dalej są Niemcy. No i mówi: „Ja nie mogę się wycofać, bo Niemiec mnie zastrzeli, ten z ochrony Hali Mirowskiej, a – mówi – wam radzę uważać”. Nas dwóch przypada na taką jedną alejkę, ale w każdym tym kiosku, w tej budzie handlującej może być i Niemiec też, trzeba było uważać. Poza tym jeszcze u góry były jeszcze takie dwa balkony wzdłuż hali i po jednej stronie, i po drugiej stronie. Więc Niemcy zdobyli się na sposób, żeby nie tu, na miejscu, gdzie te budy były, tylko tam właśnie na tych balkonach, bo z góry miał dobre pole obstrzału, każdy, kto wchodził czy wychodził, każdy ruch na dole, to on z góry mógł załatwić [wchodzącego do Hali]. No więc u nas dowódcy drużyn, u nas był Jerzy „Jurek” na przykład w mojej drużynie i on powiada: „Najpierw trzeba schodami po lewej stronie wejść na lewy balkon. My weźmiemy lewy balkon, tam chłopaki znowu prawy balkon i żeby tych Niemców wykurzyć z balkonu”. No więc wykurzyć, choroba, żeby tam były jakieś zakamary, ale to tak prosto jak strzelił, nikogo nie ma, no więc co? Trzeba jakoś przedostać się do drugiej strony Hali Mirowskiej, żeby z tej drugiej strony po schodach Niemców, będących na górze wziąć w dwa ognie. No i z trudem, ale udało się. Jeden miał jakieś zadrapania, jeden miał jakiś postrzał.

  • Pan używał tej swojej broni?

Raz tylko użyłem na dole, jak weszliśmy do hali i musiałem przyłożyć temu, co pilnuje, co wpuszcza do hali, żeby można było wejść.

  • Którą stroną? Tą okrągłą?

Okrągłą się trzymało, a ta płaska część była właśnie do uderzania. I tak jakoś wyszło, że dostałem polecenie przejścia między budami, straganami na drugą część, na drugie schody, żebyśmy mogli opanować lewy balkon. Najpierw to było tak, że my na obstawę z drewnianymi pałkami i ci, którzy nie mieli [broni palnej], to do pomocy jeszcze, natomiast ci, którzy mieli broń, to żeby dostać się po schodach jedni z jednej, inni z drugiej strony. No i na jakiś tam gwizdek czy coś takiego, to żeby się ukryć czy coś. Ale okazało się, że na naszym lewym balkonie było wtedy chyba siedmiu Niemców i to było tak, że jak zobaczyli, że nie ma odwrotu, to dwóch wyskoczyło, a tych siedmiu zostało jeszcze. Z tym, że z karabinami, bo jeden czy dwóch miało szmajsery niemieckie, maszynowy pistolet, a reszta z karabinami długimi. Okazało się, że to była tylko ochrona Hali Mirowskiej, dlatego że na dole w piwnicach były magazyny z konserwami dla wojska niemieckiego. Oni byli w hali na górze, ale pilnowali tych magazynów na dole. To później dopiero wyszło, jak myśmy z lewej strony, ci koledzy z prawej, jak żeśmy się uporali, to już było dość ciemno wieczorem. I po zabraniu tych Niemców właśnie do państwa Stefańskich, to w sumie mieliśmy tych Niemców chyba z piętnastu z obstawy Hali Mirowskiej i wtedy starsi, którzy tam byli takie jak gdyby przesłuchanie... Nie wiem, co tam było, w każdym razie po tym, już nad ranem, bo myśmy wrócili z powrotem do Hali Mirowskiej, to dowiedzieliśmy się, że ci Niemcy wydali, że tam są na dole zamknięte [puszki konserw, a drzwi] zakratowane na jakieś sztaby, kłódy, że tam nie ma podejścia [z zewnątrz], że tam trzeba od środka się dostać, [aby te drzwi] otworzyć, żeby można było coś wynieść.
  • A broń zdobyliście wtedy?

Ci Niemcy, którzy mieli broń, to byli tacy, co zrzucili na dół, ale to wszystko już trafiło w nasze ręce.

  • Pan wtedy zdobył karabin?

Wtedy karabin zdobyłem. A resztę później Niemcy [błagali], żeby im tylko życie darować, żeby ich nie rozstrzelać. No i dobra, może być i tak. Ale porucznik „Jurek” wtedy po zatrzymaniu tych Niemców i odprowadzeniu na Elektoralną pyta każdego po kolei, czy jakiś tutaj jest wasz przełożony, dowódca, komendant. I wskazali, nie wszyscy, bodajże dwóch czy trzech wskazało jednego z Niemców, że jakoby on był im całym głównodowodzącym. Co się okazało? Że to był esesman. Miał wytatuowane dwa zygzaki SS i numer jeszcze pod pachą i to spowodowało, że... Miał Parabellum, to Jerzy „Jurek” mu zabrał i Szulc kazał go rozstrzelać. Ale gdzie go tu, choroba [rozwalić]… Jest tej cywilnej ludności [dużo], nabrało się od groma i ciut, ciut. Tu jeszcze i naszych chłopaków też, bo nie tylko z naszego oddziału, ale jeszcze i wielu innych. No i co z nim zrobić? To jest ulica Zimna chyba... Nie pamiętam dokładnie tej nazwy, jak się idzie od strony Żelaznej Chłodną do Hali Mirowskiej, to po lewej stronie był budynek zwalony do parteru i tylko na parterze okna były [zwęglone], tylko kikuty muru zostawały i tu, gdzie było okno, to na dole [było okno do piwnicy, czy suteryny], ponieważ to było takie obramowanie jak gdyby, że okno było niżej, a tutaj, żeby to okno otwierając, nie zasypywało się piachem [z chodnika], to było cegłą, kamieniami wyłożone, ale to zrobione już jest celowo [taki krawężnik – obramowanie okna]. Tam w suterenach mieszkali ludzie i pomimo że było zawalone już, gruzowisko całej tej kamienicy, to na dole jeszcze były zamieszkane... Część pewno uciekła zobaczyć, co się dzieje, może część jeszcze była w mieszkaniu, ale okna były otwarte na dole. To nie były duże okna, bo to z dwóch połówek, i wgłębienie było na szerokość okna i mniej więcej połowę wysokości okna, bo połowy okna były w tym właśnie wgłębieniu. I to obramowanie, żeby tam woda nie naciekała, to był zrobiony taki krawężnik z cementu na tym.
I pamiętam, Jerzy „Jurek” do chłopaków [powiada]: „Kto podejmie się rozwałki tego Niemca?”. Ten nie, tamten nie, pierwszy taki moment, choroba. Fakt, że to trochę jest i strach, i coś takiego. Niemiec Niemcem, ale tak zabić jeden drugiego, tak trochę nie byle jak. No i Jerzy „Jurek” mówi: „Skoro nie ma chętnych, to ja to wykonam”. I pamiętam, najpierw zdjęli mu oficerki, później rozebrali go z munduru, został tylko w bieliźnie. No i na kolanach łapał za ręce, za nogi tego Jerzego „Jurka”, żeby mu darować życie. On nawet do oddziału gotów jest przystąpić, będzie razem z Powstańcami walczył, aby tylko darować mu życie. Ale ten nieugięty, rozkaz wykonać i... Kazał mu się odwrócić. Nie chciał się odwrócić, no to strzelił mu w twarz raz, w głowę, później drugi raz. Były trzy czy cztery strzały i on tak wpadł, ale nogi miał jak gdyby na tej krawędzi jeszcze, tyłkiem i plecami [był w głębi tego dołu], tak że jak gdyby mógł się jeszcze przytrzymać. No i krzyczał: „Ja wam wszystko daruję, tylko wyciągcie mnie z tego dołka!”. To pamiętam, jak dzisiaj: „Wyciągcie mnie z tego dołka!”, choroba. Ale ten jeszcze [oddał] dwa strzały i zostawił go tam, tak że nie było ratunku. Później sprawdzili, okazuje się, że to była piwnica, tam nikt nie zamieszkiwał, bo tam podobno woda się dostawała do tej sutereny, tak że popchnęli go tam jeszcze do tego kanału, do tej sutereny i tam został.

  • Jak w ogóle zapamiętał pan Niemców w Powstaniu?

Myśmy u siebie w oddziale mieli grupę chyba dwunastu takich zdobycznych, co to z nami chodzili barykady budować. Jeden z chłopaków czy dwóch pilnowało tylko, a oni już tak się z nami zżyli, że tylko czekali sposobności, żeby powiedzieć im, że teraz [mogą uciekać], czy coś takiego... Albo by może nawet i nie [chcieli] uciekać. Ale było tak, że nasz odcinek był tutaj jak Długa [od ulicy Miodowej] do Arsenału, Tłomackie, Bielańska, ten odcinek, do Leszna i Ogród Krasińskich. Obstrzał mieliśmy z Ogrodu Krasińskich i z getta, Niemcy nas tu mocno atakowali. I po jakichś dwóch tygodniach pyta się nasz „Gozdawa” [kapitan Lucjan] Giżyński...
Bo najpierw weszliśmy z Hali Mirowskiej na Hipoteczną, trzeba się było wycofać, bo już był duży napór Niemców [od strony] Woli. [Niemcy] już robili to, że najpierw były kobiety z dziećmi, a później Niemcy, tak że tu już strzelać trzeba było najpierw do kobiet z dziećmi, a Niemcy się za nimi chowali. No więc tu był napór [Niemców, ale my też sobie radziliśmy], bo z kamienic z okien strzelali do Niemców. Ale wycofaliśmy się na Hipoteczną. Hipoteczna 3 to był duży sklep maszyn rolniczych. Tam kwaterowaliśmy chyba ze dwie noce. Stamtąd potem na ulicę Długą 20, to wtedy już był naszym dowódcą kapitan [Antoni Kisieliński] „Modrzew”, to już była [NSZ] legia akademicka. Tutaj się dowiedziałem, że myśmy byli szkoleni na podoficerów właśnie w legii akademickiej. Tutaj u państwa Stefańskich na Elektoralnej byli przeważnie chłopcy ze szkół zwerbowani. Po takim wypadzie najpierw na Sapieżyńską (to były takie niemieckie warsztaty samochodowe), tam zdobyliśmy te warsztaty, tam się dużo, dużo broni zdobyło na Niemcach, dlatego że Niemcy uciekając zostawili broń, a sami, uciekali w kierunku na Żoliborz, na Dworzec Gdański, to nie zdążyli broni zabrać, broń została.
Później stamtąd dołączyliśmy jeszcze wtedy do [Lucjana] Giżyńskiego [„Gozdawy”], to był wtedy Lucjan Fajer, [pseudonim „Ognisty”]. On był później, w czasie Powstania [szefem sztabu „Gozdawy”], legia akademicka z kapitanem „Modrzewiem” [przeszła do „Gozdawy”] to już była wtedy jedna kompania u kapitana „Gozdawy” [Lucjana] Giżyńskiego, myśmy przeszli jako kompania legii akademickiej z kapitanem [Antonim Kisielińskim] „Modrzewiem”, to była walka z Fajerem w „Gozdawie”, to był bodajże trzeci czy czwarty dzień Powstania, na Wytwórnię Papierów Wartościowych. Teraz to się mówi Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, a kiedyś to była Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych. I tam też był oddział na terenie Wytwórni, pomimo że ona była otoczona solidnym murem żelaznym, z prętów, to tam jednak była organizacja na terenie Wytwórni, to znaczy byli Polacy zatrudnieni i byli zatrzymani na czas wybuchu Powstania i nie wolno im było się oddalać. Posiłki niemieckie dochodziły z fortu Traugutta, z dworca kolejowego i przy pomocy [pracowników Polaków] dostaliśmy się do wnętrza przez to tak zwane silne ogrodzenie, [przystawiając drabiny, przyniesione z piwnic budynków z ulicy Przyrynek oraz domu starców na tej ulicy].

  • Może pan opowiedzieć krótko tę akcję?

Tak. Tutaj to był nasz [kapitan] „Modrzew”. Kapitan „Gozdawa” [Lucjan Giżyński] osobiście nie brał udziału, delegował swego zastępcę, to jest Lucjana Fajera [pseudonim „Ognisty”], który był szefem sztabu i był [także] porucznik „Wrona” [Antoni Zawojski dowódca 2. kompanii szturmowej]. Porucznik „Wrona” to przeszedł z Powązek razem z oddziałem [kompanią szturmową] tu, na Stare Miasto. Porucznik „Wrona” miał chłopaków, [którzy] kopali groby [za okupacji na cmentarzu], taka, że tak powiem żulia [i] łobuzeria z Powązek. Oni się nie bali swoich, ale i nie bali się Niemców. To [porucznik] „Wrona” i do tego dochodził jeszcze porucznik „Wyrwa” [Józef Jasiński dowódca 4. kompanii ze swoim oddziałem] od kapitana „Gozdawy” [Lucjana Giżyńskiego] ze środowiska „Gozdawy”, z tym, że porucznik „Wyrwa” [pełnił funkcję kwatermistrza] w Szpitalu Ujazdowskim przed wojną i w czasie okupacji. I też utworzył swój oddział na terenie szpitala, który potem przydał się w Powstaniu, bo zgłosili się na punkt zborny w Postaniu jego żołnierze, tak że miał też i swoich, a jednocześnie u kapitana „Gozdawy”, czyli obecnie w środowisku „Gozdawy”, porucznik „Wyrwa”, był najstarszym oficerem i wiekiem, i stażem, i wyszkoleniem wojskowym. Kapitan Giżyński był też oficerem przedwojennym. On był w Grudziądzu szkolony, później był na wschodzie kraju.


Warszawa, 26 lipca 2006 roku
Rozmowę prowadził Tomasz Żylski
  • Proszę opowiedzieć, jak wyglądał atak na Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych?

Z Wytwórnią to było [tak], że z naszego oddziału „Gozdawy”, teraz wiem, że to był szef sztabu, a kiedyś to był major Fajer i on dowodził atakiem razem z porucznikiem „Wyrwą”. [Oni obaj] zebrali [swoje oddziały], bodajże chyba dwudziestu paru chłopaków i to był pierwszy wypad na Wytwórnię Papierów Wartościowych. Ale w początkach zdobywania Wytwórni nie brałem udziału, dopiero później od 6 [sierpnia 1944 roku], kiedy [odbyła się] defilada oddziału „Gozdawy” na Starym Mieście [oraz] zaprzysiężenie [w] kościele na Długiej w obecnej Katedrze Polowej Wojska Polskiego. Ta defilada odbywała się przed dowództwem „Gozdawy”. Był kapitan Giżyński, był kapitan Fajer [i inni oficerowie, dowódcy kompanii i plutonów].

  • Czyli oni oglądali tę defiladę?

Tak, to znaczy oni przyjmowali…, bo to była defilada zorganizowana czwórkami, z bronią i na końcu oddziału byli jeszcze nieuzbrojeni, tak zwani nowi członkowie, którzy dopiero wstąpili do „Gozdawy”. To było zaprzysiężenie oddziału. [Jednocześnie] zapowiedź, że jesteśmy okrążeni z każdej strony [i] nie mamy żadnego wyjścia teraz ani na południe, ani na wschód, ani na zachód, ani na północ, tak że jedyne [wyjście]. To jest [wydostać się] tylko poprzez Wisłę, ale też nie za bardzo, bo Wisła jest obstawiona z jednej strony [przez Niemców w zoo] i z drugiej strony [Wisłostrada – Stare Miasto]. Wtedy była konsternacja wśród żołnierzy, wśród Powstańców, że jednak trzeba walczyć do końca, bo odwrotu nie ma. Na dodatek jeszcze były gazetki podziemne. Prasa, reporterzy nadawali ton, [robili wszystko], żeby jednak zachęcić do walki, bo Ochota [dzielnica Warszawy] padła, Ochoty już nie ma, natomiast Niemcy mszczą się [tragicznie] na ludności cywilnej, spędzając z [całej] Ochoty i z okolic na Zieleniak, na ulicę Opaczewską [do utworzonego obozu przejściowego].

  • Tego dowiedział się pan z gazet?

[Tak], to jest bodajże „Wolna Polska”, czy „Żołnierz Polski”. To były podziemne [gazety] wydawane na Starym Mieście. Mnie na przykład podbudowało [to], że moi rodzice już nie istnieją, bo mieszkałem na Ochocie [a tam Niemcy mszczą się na ludności cywilnej teraz trzeba się już poddać walce [z Niemcami na śmierć i życie, bo] nie ma odwrotu. W domu powiedziałem, że wyjeżdżam do kolegi [do Piaseczna], mama na pewno będzie się spokojnie zachowywać, bo syn jest u kolegi w Piasecznie pod Warszawą, tak że nie ma obawy [o jego życie]. Nie wiedziała, że jestem na Starym Mieście.
Z naszego domu był jeszcze jeden [chłopak], to był Heniek Anielak. On był w zgrupowaniu „Roga”, to jest w obronie katedry Świętego Jana, oni mieli inny odcinek. Teraz, kiedy myśmy po defiladzie [byli] trochę podbudowani, że to jednak koniec z nami i trzeba się wziąć do roboty, to [poczuliśmy], że oddajemy się do ostatniej kropli krwi. Defilada była w szyku bojowym przed frontem naszego dowództwa i później było: „Rozejść się!”… Przed tym jeszcze była msza w katedrze i dopiero po mszy była defilada i było zaprzysiężenie tych, którzy byli na końcu, jeszcze nie uzbrojeni. Pierwsi byli uzbrojeni, oni już przysięgę składali w czasie okupacji, jeszcze nim zgłosili się na Stare Miasto, natomiast drudzy, którzy dołączyli, byli jeszcze nie zaprzysiężeni. Wtedy dowódca naszego plutonu, Jerzy [Pełkiewicz] „Jurek”, z którym byłem już od chwili zmobilizowania na Elektoralnej, powiada tak: „Chłopaki, jest nas niedużo, jest tylko drugi pluton, to jest około trzydziestu żołnierzy i naszym zadaniem jest obrona Wytwórni Papierów Wartościowych. Wytwórnia jest zdobyta, ale przechodzi już [w ręce wroga] – to było 6 sierpnia – już drugi raz jest w rękach naszych…”. Bo myśmy ją zdobyli 2 [sierpnia], natomiast Niemcy z fortu Traugutta, z przeciwnej strony ulicy Sanguszki, zrobili szturm, [mieli] wtedy i ciężka broń i czołgi, tak że odbili częściowo [budynek]. Później był drugi szturm na Wytwórnię Papierów Wartościowych, gdzie nasi z kolei Powstańcy zdobyli wytwórnię i trzeba ją było utrzymać. Ale Niemcy trochę się zmobilizowali, nie szli już z fortu Traugutta, bezpośrednio przez [ulicę] Sanguszki na wytwórnię, tylko szli od dołu, od Wisły, od Wisłostrady.
Między Wytwórnią Papierów Wartościowych, a Wisłostradą były budynki mieszkalne pracowników wytwórni i oni najpierw zdobyli budynki, a później z budynków atakowali wytwórnię. Naszym zadaniem było przeszkodzenie w zdobyciu wytwórni przez tych, którzy atakowali z budynku mieszkalnego. Barykada była na rogu Wójtowskiej i skarpy, znaczy ze skarpy widok był w stronę Wisły i w dole była ulica Rybaki. [Tam na dole] była szkoła. Szkoła była częściowo zniszczona, ale byli [w niej] Niemcy. Tam mieli swoje gniazdo wypadowe na górę, na kościół Najświętszej Marii Panny, tak zwaną górkę Matki Boskiej i na naszą barykadę na Wójtowskiej, którą [broniło] nas czterech, pięciu, obsadzaliśmy. Barykada dotykała lewym przekopem do parkanu wytwórni, natomiast prawa strona była prawie do muru kościoła Najświętszej Marii Panny. W dzień to jeszcze było dobrze, [była widoczność]. Wokół były gruzy, wypalone [domy], dopalające się nawet części budynków i barykada była często atakowana z dołu, ze szkoły na Rybakach i z drugiej strony, z [terenu] zabudowań, w których [przed Powstaniem] mieszkali pracownicy wytwórni. […]

  • Jakie mieliście państwo uzbrojenie na barykadzie?

Były dwa peemy, dwa długie karabiny i „filipinki” z łyżeczkami. Były przeważnie robione przez Powstańców. Do tego jeszcze było ze dwadzieścia butelek samozapalających. Butelek było pod dostatkiem, bo łączniczki [ciągle] donosiły [je] na barykadę. Barykada była pod całodobowym obstrzałem i w dzień i w nocy. W nocy odbywało się [to] w ten sposób, że Niemcy zapalali rakiety, żeby było widno i atakowali, podchodzili od strony budynków mieszkalnych. Natomiast od strony Rybaków tylko był obstrzał, to znaczy oni ubezpieczali [ten atak], jak gdyby torowali drogę z broni dla atakujących z budynków mieszkalnych.
Kiedy byłem na barykadzie, 7, czy 8 [sierpnia 1944 roku], jakieś dwa dni po tym, jak objęliśmy barykadę, słychać było w nocy przy oświetleniu z rakiety jakieś głosy za parkanem. Parkan to był murek, trochę wyższy od człowieka. Oni atakując musieli przeskoczyć przez ten murek, ale dla żołnierza to jest żaden przeskok, to żadna przeszkoda. Wtedy nas było czterech, czy pięciu na barykadzie, czterech chyba i głosy słychać, ale w nocy [dochodzi jeszcze strach]. Człowiek jednak jeszcze nie zahartowany w boju. [Człowiek] jest przygotowany na wszystko, byleby tylko nie dać się [zabić], żeby nie być rannym, albo nie dostać się do niewoli, bo załóżmy że zabiją, to trudno, już człowiek się z tym pogodził, darował sobie to. Wtedy słychać głosy niemieckie, ale nie wiadomo, z której strony – jest noc. Chłopaki mówią, był „Pietrek” Pietrusiński, żyjący jeszcze, mówią: „»Pietrek«, ty najstarszy jesteś z nas i oblatany z bronią, bo więcej byłeś na ćwiczeniach w czasie okupacji, poza tym dostałeś już »starszego strzelca «, więc zorientuj się co to jest i skąd te głosy dochodzą”. Okazało się, że zza murku. Było trzech Niemców, którzy z peemami szykowali się na przeskok. To znaczy jeden pewno albo dwóch musiało przykucnąć, a jednego, dwóch, trzech przerzucić przez parkan. Myśmy się w czterech zaczaili, z tym że myśmy ich uprzedzili, myśmy skoczyli do nich. Jedną „filipinkę” dla zdobycia animuszu [rzuciliśmy] i przeskok. Dwóch nas przeskoczyło przez murek na drugą stronę, dwaj tutaj. Jurek Pietrusiński „Pietrek” miał peema, ja miałem długi karabin, mauzera, prawie francuski, jeszcze naciągany, nie na zamek, tylko przekręcany, ale amunicja pasowała. Wprawdzie amunicji było niedużo, bo tylko sześć sztuk do tego, tak że szarpać się za dużo nie można było. Ci co mieli peemy, to jeszcze na zdobycznej amunicji mogli jechać, to znaczy strzelać. Kiedyśmy przeskoczyli we dwóch, ja i Jurek, okazało się, że zaskoczyliśmy Niemców. Oni byli bez umundurowania, tylko w koszulach i nie wiadomo było, czy to są Niemcy, czy to są pracownicy, ale uzbrojeni byli. Wtedy jeden z Niemców, jak zobaczył, że myśmy już przedostali się na ich stronę, bo to zaskoczenie było, odrzucił swego peema w lewą stronę. Jurek mówi: „Skoro ty taki jesteś, że…”, zaklął sobie siarczyście i dał mu dwa, trzy strzały. Zabił go. Teraz tych dwóch [pozostałych Niemców], przez murek z powrotem na naszą stronę do barykady, do przekopu [zaprowadziliśmy] i wysłaliśmy łączniczkę, bo dowództwo było na Wójtowskiej, róg Freta, znaczy dowództwo odcinka, który atakował i bronił Wytwórni Papierów Wartościowych. Przyszedł wtedy porucznik „Wyrwa” i tych dwóch „Niemiaszków” wziął do siebie. Nie wiem, co dalej z nimi zrobili, wiem, że ich używano [prawdopodobnie] do budowy barykad [na Starym Mieście]. Broń oczywiście została u nas na barykadzie. Nawet wtedy ja załapałem się już na peema.

  • Pamięta pan, czy oni byli bardzo przestraszeni?

Byli wystraszeni, też młodzi żołnierze. To nie byli, jak się mówi, zakapiory, nie. Bo podobno [wcześniej] atakowali ci, którzy byli w więzieniach, Niemcy obiecali swoim, że im darują karę, jak zdobędą Warszawę. Czy coś takiego. To później dowiedziałem się z opowiadań, a wtedy jeszcze nie. Ale oni byli zaskoczeni. My też nie mniej.
Poza tym, jak Jurek [Pietrusiński pseudonim „Pietrek”] zastrzelił wtedy Niemca, to u nas [w plutonie mówiono:] „jak można człowieka zabić”, to był pierwszy przypadek taki. Jeden był na Halach Mirowskich, ale to już [porucznik] Jerzy [Pełkiewicz] „Jurek” [strzelił], to już porucznik, doświadczony, bo to żołnierz przedwojenny, ale tutaj my to trochę… Jak człowieka zabić [można], pomimo, że on jest Niemiec, ja Polak, ale to jednak człowiek bądź co bądź. Wtedy Jurek [Pietrusiński pseudonim „Pietrek”] powiada: „Co się martwisz o kogoś. Broń swego życia. To jest wojna, albo ty, albo ciebie. Jak ty jego nie zabijesz, to on ciebie zabije”.

  • Ciało tego Niemca trzeba było pochować?

Nie. To już zostawało, zajęli się nim inni. W każdym razie myśmy tam byli chyba cztery czy pięć dni, to nie było możliwości, żeby ktoś [się wrócił za mur], bo po pierwsze to był teren pod obstrzałem, po drugie, że to były gruzy też, bo to był stary budynek zniszczony, szopa raczej murowana. Później dostaliśmy jeszcze do nas kaprala „Siwka”. On przeszedł z cmentarza z Woli na Stare Miasto. Był chyba z „Parasola” albo z „Zośki”. Ale dostaliśmy go do pomocy, to znaczy na naszego dowódcę drużyny jak gdyby. Kapral „Siwek”, nieduży chłopak, mieszkał na Żoliborzu, ale o tyle był cwaniak, można powiedzieć po naszemu teraz, że wszędzie go było pełno, w każdą dziurę wlazł. On powiada: „Wiecie co, zróbmy sobie marsz na Rybaki do szkoły, zaskoczymy Niemców”. Wtedy Jurek i jeszcze drugi, Wiesiek „Grom”, powiadają: „Nie, my nie możemy decydować, bo to jest nasz oddział [– barykada] i dopiero jeżeli zapytamy naszego dowódcę plutonu, jeżeli zezwoli, a jeżeli bez zezwolenia, to nam nie można”. Nie byliśmy jeszcze obstrzelani. Po odpoczynku, [który trwał] chyba dwie, trzy godziny był [porucznik] Jerzy [Pełkiewicz] „Jurek” u nas na barykadzie i pytamy, co zrobić, bo kapral powiada, że skoczyć na dół. To niedaleko, bo to jest załóżmy dwadzieścia, trzydzieści metrów, z zaskoczenia, wieczorkiem, czy nad ranem. A on powiada: „Nie, to musi decydować nasze dowództwo. Dobrze, ale się dowiem”.
Przede wszystkim mieliśmy bronić Wytwórni Papierów Wartościowych przed zdobyciem przez Niemców, bo Niemcy nacierali bez przerwy, ciągle. Strzelanina, wymiana ognia, ze dwie, trzy „filipinki” na postrach, a oni granatami rzucali, ale to było pięć dni wymiany takiej. Po czterech dniach [porucznik] Jerzy [Pełkiewicz] dowódca plutonu pseudonim „Jurek” zdecydował ze swoimi przełożonymi, że będziemy atakować szkołę na Rybakach. To było nad ranem, nie wiem, która godzina, ale już szarówką dzień zaczął nastawać. Wtedy był porucznik [Józef Jasiński pseudonim] „Wyrwa”, był Jerzy „Jurek” dowódca plutonu, był dowódca kompanii, był kapral i nas było czterech chłopaków. Z barykady cichym [krokiem], bezszelestnie podeszliśmy pod szkołę. Najpierw wartownika [trzeba było obezwładnić], więc kapral po prostu nożem zaatakował wartownika, odebrał mu broń, jego ranił. On został przy parkanie, bo była wyrwa w parkanie i my do środka, też oczywiście po cichu i na wartowni, się okazało… Tam był magazyn odzieżowy i żywnościowy dla Niemców, a zaraz przy wejściu, jak się wchodziło do budynku, była wartownia i na wartowni było chyba z sześciu Niemców, może z dziesięciu. Z tym, że jak oni dowiedzieli się, że jest atak Powstańców na nich, to chyba czterech czy pięciu uciekło przez budynek szkolny w stronę Wisły, tak że zdążyli uciec, natomiast reszta poddała się nie strzelając nawet. Poddała się, bo to było zaskoczenie. Tu znowu zdobycie broni i zdobycie pospolitych panterek. Było chyba dla całego oddziału zdobycznej odzieży. […] Było tam amunicji trochę, były peemy, bo Niemcy nie mieli długiej broni, tylko peemy przeważnie, maszynowy pistolet i proste magazynki – trzydzieści sztuk.
Po zdobyciu szkoły trzeba było się wycofać, bo dzień się robił. Dosłownie cała akcja trwała dwadzieścia minut, więcej nie i z całym dobytkiem, co kto mógł udźwignąć, to z powrotem pod górkę, na barykadę [zaniósł]. Tak że po tym, nie wiem, może w nagrodę, dowódca kompani dał nam dzień odpoczynku.
Po dniu odpoczynku już nie trafiłem na barykadę, tylko trafiłem na [atak na warsztaty samochodowe niemieckie]. Na Sapierzyńskiej była fabryka Fiata, znaczy warsztaty naprawcze samochodów niemieckich, to było Fiat Werke, czy coś takiego i tam też mechanicy pracowali niemieccy, z tym że nie wiedzieli nawet, że są walki powstańcze tuż obok, można powiedzieć przez ulicę. Oni byli uzbrojeni tylko w krótką broń, ale mechanik w kombinezonie przecież nie nosił broni ze sobą, tylko jeden miał, a drugi nie miał, a tam było ich z dziesięciu. Wtedy też mechaników zgarnęliśmy, ale to już było bodajże 12 sierpnia, chyba dwa dni po akcji na Rybakach, na szkołę.
  • Jak pan zapamiętał Niemców? Jak oni się zachowywali?

Ręce do góry, aby tylko [ich] nie zabijać, wszystko robią, aby tylko [do nich] nie strzelać. I myśmy ich używali do budowy barykad. Na przykład na Kilińskiego róg Podwala użyliśmy Niemców do rozebrania barykady, bo [został] czołg zdobyty, [ten], który [później] wybuchł, czołg pułapka. [Czołg] był zdobyty na placu Zamkowym i [jechał ulicą] Podwale w stronę Starego Miasta, [do ulicy Długiej], skręcił w Kilińskiego, ale była barykada na rogu Kilińskiego i Podwala, więc tę barykadę trzeba było szybko rozebrać. To Niemców [wykorzystaliśmy:] „Szybciej! Raz, dwa…”. Jak najszybciej, żeby go sprowadzić, po drugie, [cieszyliśmy się] że jednak czołg mamy na Starym Mieście, że będziemy go mogli używać u siebie. Zaraz było zbiegowisko ogromne na powitanie. Piorunem szukało się przecież zaraz znajomych, którzy znali się [na czołgach], żeby [go] uruchomić, żeby [go] doprowadzić, żeby zbadać, czy on nie jest czasami naszpikowany materiałami wybuchowymi. Po rozebraniu barykady, czołg już przejechał na Kilińskiego. Róg Kilińskiego i Długiej. [Tu] było dowództwo Powstania [Starego Miasta].

  • Pan był świadkiem tego wybuchu…?

Nie, byłem tylko, jak Niemcy rozbierali barykadę. Później nas porucznik „Wyrwa” [zebrał]. Do dyspozycji dowództwa byliśmy u porucznika „Wyrwy”. W pierwszej chwili to [udaliśmy się na] odpoczynek, ale to nie na długo. Nie byłem bezpośrednio świadkiem tego [wybuchu], ale byłem po wybuchu, kiedy trzeba było zbierać ciała, resztki ciał. Bo wybuch był tak straszny, że [budził przerażenie]. Byłem wtedy na [ulicy] Długiej 20, na kwaterze, podczas wybuchu. Jak czołg już wjechał, to myśmy Niemców zabrali do siebie na Długą 20, na kwaterę i trzymaliśmy ich w piwnicy w pomieszczeniu. Naraz huk. Ciała to [znalazły się] nawet na podwórku u nas, gdzie wysokie budynki były, fakt że to gruzy, ale jeszcze kikuty domów stały, to ciała ludzkie, kości, wnętrzności były na oknach, framugach, na występach muru, porozrzucane aż na następne ulice dalej, na Świętojerskiej, na Bonifraterskiej, na placu Krasińskich, to przecież kawał drogi, to był tak silny wybuch czołgu.
Później od dowództwa…, fakt że to było niedaleko, bo z piętnaście metrów od czołgu do budynku, gdzie był szpital, Długa 7, tylko że od strony Kilińskiego [w tym budynku] było dowództwo. Tutaj byli…, fakt że ich podobno rzuciło, ale porozrzucało ich po mieszkaniach, po lokalach, niektórzy byli ranni, ale nie było tak strasznie, jak wokół czołgu, bo tu jednak [było bardzo dużo kawałków ludzkiego mięsa. Obszar rażenia, to była makabra. Nikt żywy nie został [z tych którzy byli wokół czołgu].
Później nas zwerbowano [do zbierania szczątków ludzkich]. Dowódca, porucznik [Józef Jasiński] „Wyrwa” [rozkazał], żeby z ulicy, czym kto miał, różnymi [kawałkami desek] i w rękawicach i bez rękawic, zbierać ciała [i szczątki ciał ludzkich]. Były worki [koce i inne] szmaty rozkładało się [na chodnikach] i każdy [na nich układał zebrane] szczątki, później były chowane na podwórku na Kilińskiego.

  • Pan też zbierał ciała?

Tak. Masa była tego, tak że tragedia nie z tej ziemi. To było 13 sierpnia już. Nasz szpital „Gozdawy” był Długa 15, to jest między [ulicą] Kilińskiego, a [obecną] katedrą Wojska Polskiego. Tam była restauracja [„Panfił”], w podwórzu w każdym bądź razie były nasze pomieszczenia [i sale szpitalne, pomieszczenia] dowództwa [„Gozdawy”]. Była duża sala w restauracji, zamieniona na szpital i wszystkie przyległe pomieszczenia dużej sali były zajęte przez rannych, z tym że nasz szpital na Długiej, teraz wiem, był najlepiej zaopatrzony w leki. Dlatego, że myśmy będąc na ulicy Hipotecznej zdobyli składy apteczne. Poza tym nasz „Doktor Piotr” był bodajże w zarządzie aptek. Na Starym Mieście wszystkie apteki, które były, oddały zgromadzone leki do tego jednego szpitala. Wtedy [szpital] na Długiej 7 to jeszcze nie był przeznaczony dla rannych leżących, dlatego że przeważnie każdy oddział miał swój szpitalik, „podręczny”. A jak coś poważniejszego, to do „Gozdawy” do szpitala większego.

  • Dużo było łóżek? Ile tam leżało osób?

Tam było z pięćdziesiąt [miejsc], bo to nie [były] tylko łóżka, przeważnie to były materace, sienniki, nawet dużo było takich, co [były] słomą wypychane jeszcze. Poza tym dużo było materacy poniemieckich. A naprzeciwko jeszcze na [ulicy] Długiej pod [numerem] 16 też był szpital [jednego] oddziału, ale jak bomba wpadła, to budynek trzypiętrowy [zawalił się], [bomba wpadła] od góry i na dole się rozerwała. Tylko z tym, że wybuch bomby był w jedną stronę, tak że część rannych przeżyła. Wtedy dopiero zorganizowano szpital po przeciwnej stronie na Długiej 7. Dlaczego? Dlatego że w podziemiach szpitala Długa 7 były winiarnie Fukiera, dużo beczek z winem było i to do tego stopnia, że nawet Powstańcy, którzy byli na przykład w odwodzie czy na wypoczynku, czy mieli przerwę, to każdy starał się zdobyć [trochę] wina, bo to jednak… Co tu dużo mówić, nawet szpitale używały do przemywania ran wina zamiast spirytusu, bo to na spirytusie było bądź co bądź. Wtedy szpital Długa 16 został zlikwidowany, a materace z rannymi jeszcze zostały przeniesione na Długą 7. Natomiast Długa 15, nasz szpitalik „Gozdawy”, pomimo, że na dachu miał namalowany czerwony krzyż [został zbombardowany]. Teraz wiem, że jednak znaki, co myśmy malowali czerwonego krzyża, to niedobrze, bo niemieccy lotnicy mieli dobry cel, oni się nie liczyli z żadną konwencją [genewską], że nie można, że nie wolno [bombardować szpitali], tylko tak jak byśmy się przyznali, że tam mamy swój szpital.
15 sierpnia, bodajże dwa dni po wybuchu czołgu pułapki, kiedy już trochę się uspokoiło po wybuchu, nastąpiło bombardowanie szpitala „Gozdawy” na Długiej 15. Chyba tylko trzy osoby zostały żywe, a tak to wszyscy polegli. Brałem udział bezpośrednio w ratowaniu… To były zgliszcza, ruiny, zbombardowany [teren] to [wyglądał] tak, jakby [ktoś] przysypał gruzem wszystko i nie dość że przysypane, to jeszcze palące się [resztki budynku]. Wtedy samoloty widać było jak na dłoni, jak gdyby kółeczko [robiły] i jeden zniżał się, strzelał, podrywał się, dalej następny i rundę robiły, jeden za drugim. [Ostrzeliwano] tych co próbowali ratować [rannych i przysypanych], żeby utrudnić ratunek, [żeby nie można było] nieść pomocy. Wtedy tragedia była w „Gozdawie” [po stracie szpitala i rannych oraz załogi tego szpitala].

  • W jaki sposób pan został ranny?

Zostałem ranny na terenie banku.
Na Długiej 29, w stronę Arsenału, obecnie w stronę Andersa, był hotel Polski przed wojną i w czasie okupacji i był dziedziniec, podwórko i na górze między drugim, a trzecim piętrem [był zawieszony obraz, na którym] była Matka Boska Częstochowska. Nasz dowódca Giżyński, wtedy jeszcze kapitan Giżyński [pseudonim „Gozdawa”], orzekł, że hotel przy Długiej 29 trzeba nazwać, to było w rozkazie zresztą, Redutą Matki Boskiej. Pomimo że wokół były kikuty budynków, [domy] przez artylerię, przez granatniki zbombardowane, ściany tylko i szczątki okien jeszcze, obraz był miedzy drugim a trzecim piętrem, między jednym oknem a drugim i rama pozłacana, za szkłem i żaden odłamek, ani żaden pocisk karabinowy nie trafił w obraz. Dowódca powiada: „Skoro tak, to nazwiemy to Redutą Matki Boskiej”. Tam byłem [po raz pierwszy ranny]… Bo wtedy był atak od strony Arsenału i [ulicy Nalewki]. Dowódca plutonu Jerzy [Pełkiewicz pseudonim] „Jurek”, powiada: „Teraz niestety chłopcy naszym zadaniem jest przejść do banku, bo [porucznik Tadeusz Majcherczyk pseudonim »Zdan« – to jest dowódca banku na Bielańskiej róg Daniłowiczowskiej – ma kłopoty, bo jest atakowany od [Tłomackie] przez Niemców”. Tam Niemcy przedostali się piwnicami. To był budynek telefonów, ale telefony były tylko na samą Warszawę [to była tak zwana mała PAST-a]. Niemcy zaatakowali ten budynek przez piwnicę, dostali się do budynku, wyparli Powstańców i stamtąd zaczęli atakować Bank Polski na Bielańskiej. Naszym zadaniem [było] pomóc kapitanowi „Zdanowi” [w utrzymaniu tej reduty Bank Polski].
Pamiętam, wtedy myśmy na pierwszym piętrze ulokowali w oknach worki z piachem, które były już przygotowane na parterze na korytarzu, poza tym jeszcze cegły, gruz, grubsze „głazy” gruzu… Miałem wtedy szesnaście lat, tak że jeszcze trochę siły było. Gruzy, cegły, worki trzeba było na pierwsze piętro [zanieść], w oknach ulokować. Jak układ cegieł jest w murowaniu, [tak układaliśmy worki z piaskiem], że worek obok worka, jest szczelina, na to jeszcze jeden worek, później znowu dalej i gruz, żeby głowę zasłonić. Szczelina była na karabin i ewentualnie peema, nawet [było miejsce, żeby] obserwować przedpole przed sobą.
To było już pod wieczór, kiedy był duży szturm od strony Arsenału na bank, ale to już był 28 sierpnia i dużo było tak zwanych snajperów, to znaczy strzelców wyborowych, Niemców, po przeciwnej stronie ulicy Bielańskiej i oni na pewno mieli za zadanie, żeby najpierw „wymacać”, gdzie Powstańcy są, w jakich oknach strzelniczych, [żeby] najpierw [ich] zlikwidować… Snajperzy [niemieccy] zaczęli ostrzał Banku Polskiego na Bielańskiej, przy jednym oknie strzelniczym miałem akurat zająć stanowisko i nim jeszcze zdążyłem dojść do okna, to byłem widoczny dla snajpera i on mnie „sięgnął” w rękę [i prawy bark]. Ręka była przestrzelona, dostałem z prawej strony pod ramię. Z tym że to były pociski dum dum, bo pod pachą miałem wyrwane całe mięso.

  • Przeleciał na wylot?

Nie, skończył bieg u mnie pod pachą, pod ręką, bo było mięso wyrwane, ale przez to nie czułem nawet, że coś tam jest. Miałem bluzę panterkę, dopiero później w oknie strzelniczym, jak już się człowiek „składał” do obserwacji, żeby przyuważyć któregoś z „Niemiaszków”, wtedy poczułem, że coś w [rękawie], przy zgięciu ręki [w łokciu] mam coś jakby ktoś mi mąki nasypał, albo woda była. Panterka była nieprzemakalna, więc krew jak się tam zebrała, skrzepła i nie czułem nawet, że jestem ranny. Dopiero po pewnym czasie namacałem, że mam coś, ale w pierwszej chwili myślałem, że to jest mąka, albo woda. A później dopiero człowiekowi się robiło coraz słabiej, słabiej…
Koledzy mnie znieśli na dół i położyli mnie w pomieszczeniu, dyżurka jak gdyby woźnego w banku na parterze i tam dopiero straciłem przytomność. To był dzień, nie można było w dzień się przedostać do szpitala. Była sanitariuszka u nas w banku, zespół sanitarny i była jedna sanitariuszka, która zajmowała się odprowadzaniem rannych ze stanowiska do punktu sanitarnego. Wtedy film mi się urwał i koniec na tym. Jak się ocknąłem, to już byłem niestety na Długiej 7 w szpitalu.
Tutaj była dopiero moja cała tragedia, dlatego że [tu zostałem operowany i pozostałem w szpitalu do zajęcia Starego Miasta przez Niemców]. Jeszcze przed szpitalem, nim zostałem ranny, to jeszcze mieliśmy wypady na Dworzec Gdański, brałem [w nich] udział, major [Lucjan] Fajer [pseudonim „Ognisty”] prowadził cały oddział. Było nas z pięćdziesięciu chłopaków. Nie udało się zdobyć Dworca Gdańskiego, trzeba było się wycofać, połowa naszego stanu poległa. Wtedy konsternacja, smutek, że z oddziału [„Gozdawy”], że major wyprowadził ludzi, stracił ich. Ale był rozkaz odczytany, że nie powiodła się akcja na Dworzec Gdański. Później kilkakrotnie byłem na terenie getta, to po dwóch, trzech nas wychodziło, żeby zasięgnąć języka, to znaczy starać się, żeby Niemca żywego [złapać], żeby go wziąć do siebie i później na spytki i tak dalej. Poza tym zdobyć broń, amunicję jeszcze do tego. Brałem [udział] chyba trzy czy cztery [razy] w takich wypadach na teren getta, na tak zwaną Gęsiówkę.

  • Przyprowadził pan jakiegoś Niemca ?

Nie, mi się nie udało. To był teren jak teraz jest [ulica] Andersa, Zamenhoffa, Gęsia, Dzielna, tutaj był obóz, aż do obecnej [alei] Jana Pawła II. Na ten teren się wypuszczaliśmy, bo tu Niemcy czuli się bezkarnie. Na Lesznie, [jak są] sądy, to [Niemcy] uważali, że to jest ich teren i żaden [Polak – Powstaniec się tu nie zapuści], tak że tutaj [braliśmy ich] z zaskoczenia po prostu. Ale nie udało mi się żadnego [złapać].
Później jak dostałem się [do szpitala] na Długą 7, to pierwsze wrażenie [było takie, że] byłem na parterze, widocznie już po zabiegu, bo obandażowany i był ze mną jeden kolega [z oddziału – kompanii też ranny] i sanitariuszka. Kolega zostawił mi „filipinkę” [granat powstańczy], powiada: „W razie odwrotu, ewakuacji szpitala, to żeby nie dać się wziąć żywcem”, bo to było najważniejsze, żeby rannym nie być i nie dać się [wziąć] do niewoli. Zabiją, trudno, stało się. Kiedy już byłem ranny, to po obandażowaniu lekarz kazał mnie zaprowadzić na pierwsze piętro. Były drzwi wahadłowe, duża sala, nad bramą główną, od Długiej 7. To było główne wejście, główna brama do podwórka. Długość bramy mogła mieć z dziesięć metrów, przez szerokość budynku. Było duże podwórko i później wyjście, z drugiej strony na ulicę Podwale, teraz na Barbakan. Z tym, że leżałem akurat, jak się na salę wchodziło, bo były kręcone schody łukiem na pierwsze piętro i jak się weszło do dużej sali po lewej stronie stał piec kaflowy i mnie akurat siennik przypadł za piecem po lewej stronie. To były dwa, albo trzy materace rozłożone i nas leżało chyba dwóch wzdłuż ściany za piecem, [za] wahadłowymi drzwiami. Natomiast przede mną [na środku tego pokoju] miałem trzy rzędy chorych, trzy rzędy materacy i na każdym materacu leżeli chorzy. Z tym że nakryci kocem i żadnych innych [okryć] nie było. Były siostry, nasze pielęgniarki z Powstania, [które opiekowały się rannymi kolegami].
2 września [1944 roku] Niemcy przypuścili szturm na Stare Miasto, ale jeszcze przed szturmem wycofywali się nasi i koledzy, którzy przychodzili [mnie] odwiedzać, między innymi Jurek Pietrusiński „Pietrek”, Wiesiek Zakrzewski „Gryf” [i inni].

  • Jak długo pan był w szpitalu?

Od 28 sierpnia. Było tak, że koledzy, którzy przychodzili do szpitala [mnie] odwiedzać, to mówią, że wycofujemy się. Starówka nie poddała się, nie skapitulowała, tylko [ewakuowała się] kanałami [do Śródmieścia], a wejście do kanału jest przed Katedrą Wojska Polskiego, Długa róg Miodowej. Trochę rozczarowania [było], że nas zostawiają rannych, z tym że ja nie mogłem ani chodzić, ani nawet za własną potrzebą [wyjść], bo siostry podawały mi kaczkę. Koledzy przynieśli coś, cukier, herbatniki, żeby [mnie] podtrzymać [na duchu], bo z jedzeniem też nie było za bogato. Z tym że sanitariuszki, siostry, które nami się opiekowały na pierwszym piętrze, też powiadają, że niestety nie będziemy transportowani kanałem do Śródmieścia, dlatego że nie nadajemy się do transportu kanałem. Ale sądzimy, że Niemcy nie zrobią nam [krzywdy], że nas [oszczędzą]… Pomimo że w prasie, bo prasa jednak docierała, było, że na Woli rzeź, na Ochocie rzeź, na Mokotowie rzeź, że Niemcy [rozstrzeliwują] wszystkich, którzy poddają się, żeby przejść do Niemców do niewoli z białą flagą, czy z białym prześcieradłem. Niemcy w ulotkach, obrzucali też ulotkami Stare Miasto, [pisali] żeby się poddawała ludność cywilna, że nic im się nie stanie, a później po przejściu na ich stronę byli rozstrzeliwani… Obecnie wiemy przecież, [fabryka] Franaszka, „Ursus” na Wolskiej, w tych zakładach, co oni wyprawiali, szpital na Płockiej przecież [wszyscy zostali rozstrzelani].
  • Pan rozmawiał z kolegami o tych artykułach?

Tak, na sali tak, jak się leżało, to zajęcie na porządku dziennym. 2 [września], była godzina chyba dziewiąta rano, przyszła nasza pielęgniarka z oddziału i powiada: „Dzisiaj już koniec ewakuacji, wszyscy schodzą do kanałów”. Wszyscy zeszli, nasz oddział „Gozdawy” jest już ostatni, teraz została jeszcze tylko żandarmeria „Barry’ego”. Oni pilnują włazu, a Niemcy nacierają od placu Krasińskiego – jak teraz Sąd Najwyższy jest, od Bonifraterskiej, Świętojerskiej, Freta, w stronę Zamku Królewskiego, w stronę placu Zamkowego. „Nie mamy odwrotu, musimy czekać aż nas Niemcy zajmą [szpital przy ulicy Długiej 7 i co z nami zrobią]”.
Był moment [zajęcia szpitala. Na salę] wchodzi Niemiec, lekarz, szlify generalskie na ramionach, czapka ze złotem [wężykiem obszyta], wysoki rangą, buty z cholewami [czarne, świecące się], szpicruta w ręku, klepie się szpicrutą po cholewach i za nim wchodzi ksiądz. Ksiądz powiada do nas na sali: „Jestem tłumaczem i co pan doktor będzie pytał, to każdy niech odpowiada, a ja będę tłumaczył Niemcowi lekarzowi co i jak”. I zaczęło się, wypytywał, od czego jesteś ranny, jak się tutaj dostałeś, kto cię tu przywiózł, jak długo tu jesteś, gdzie jesteś ranny i gdzie mieszkasz? Ale zadał chyba trzy czy pięć takich pytań i powiada: „Nic wam się nie stanie, zachowajcie spokój, będziecie wywiezieni do Generalnej Guberni”.

  • Czy wszystkich tak pytał?

Nie, wyrywkowo tylko, kto mu się nawinął pod rękę albo może który mu się spodobał bardziej. Mnie nie pytał. Byłem tylko w slipkach i w podkoszulce, [to] cały [mój] ubiór [był], oczywiście [byłem] obandażowany, miałem kolano obandażowane, ramię i rękę. Jak szedłem na salę [na pierwsze piętro z pielęgniarką], to swoją panterkę, spodnie i bluzę zwinąłem, w środek włożyłem legitymację akowską, „filipinkę”, co mi koledzy zostawili i wsadziłem, jak siostra kazała, jak najgłębiej do pieca, jak najwyżej tylko ręką można sięgnąć. Ona sama [mi] pomagała jeszcze, żeby to schować, bo w pierwszej chwili nie mogłem się ruszyć, to położyłem to za piecem i koniec na tym. „Czyje to jest?”. „Moje”. „To trzeba schować”. „Schować, ale [jak] schować, jak nie mogę się ruszyć?”. To mi pomagała, żeby ulokować jak [najgłębiej we wnętrzu tego pieca kaflowego].
Ksiądz z Niemcem lekarzem wyszli już na zewnątrz, przyszedł oficer niemiecki i powiada, że każda z sióstr, zarządzeniem lekarza może wziąć jednego rannego. Jednego lżej rannego, który chodzi, może wziąć z sobą na dół, bo siostry są proszone przez lekarza na odprawę na podwórko. Zrobił się rwetes [na sali], bo każdy chciał, żeby jego wziąć, ale ich było cztery, a nas było trzydziestu albo czterdziestu. Wtedy każda [siostra] wzięła po jednym [rannym] i powiada: „Zostawimy kolegów na dole i przyjdziemy po następną partię znowu”. Były trzy okna z widokiem na podwórko, kto mógł o własnych siłach się dopchać, podszedł do okna – ja nie byłem przy oknie – powiadają, że Niemcy wprowadzają siostry do bocznego skrzydła, [a rannych zostawiają pod ściana na podwórku]. Wychodząc z bramy na podwórko, po lewej stronie było skrzydło, tam oddział szpitalny był oczywiście i na klatkę schodową drzwi były otwarte. Tam siostry wchodzą, znaczy są wpędzane, bo je na siłę [wpychają] a sprowadzeni ranni zostają na podwórku.
Już na sali wieść się rozeszła i patrzymy, wchodzi trzech Niemców, ciągną za sobą worki, pięćdziesięciokilowe, papierowe, szare torby [czymś wypełnione]. Jak są przerwy [w rzędach], przejście między jednym, a drugim rzędem sienników, tak jeden w jeden, drugi w drugi [rząd] wchodzą i ręką sięgają do worka. Bo to były cukierki, pamiętam jak dzisiaj, raczki, rak narysowany czerwony na [papierku], zwijane z jednej i z drugiej strony, i jak sięgnął ręką, ile mógł sięgnąć, to każdemu kładł cukierki. Wszystkich obeszli. Dostałem chyba, nie wiem, sześć czy siedem cukierków, trafiło mi się. Oni wyszli z torbami [pustymi], zostawili [nas żywych z tymi cukierkami]...
Wtedy właśnie każdy [zadowolony], jedni odwijali [cukierki], drudzy [się cieszyli], że Niemiec mówił prawdę, że będziemy wywiezieni do Generalnej Guberni. Zdania podzielone, jedni mówią, że będzie dobrze, drudzy – będzie niedobrze. Naraz wchodzi wataha chyba z sześciu, ale to Niemcy byli, tylko brudne, zakopcone i po niemiecku Polnische Bandit! Schissen! Schissen! , jeden do drugiego, wrzask. Tumult się zrobił nie z tej ziemi. Od razu każdy z nas… Ale co ciekawe, że nie z peemów, ale z długiej broni strzelali do każdego leżącego. Leżałem za piecem po lewej stronie, widzę, że zaczęli trzy rzędy ode mnie i przeszli z drugiej strony i strzelają do leżących rannych, w jednym rzędzie, w drugim, w trzecim. Poderwałem się. Jak nie mogłem chodzić… Żeby załatwić się nie mogłem wstać przecież, tak poderwałem się na nogi, za piecem w prawo w drzwi wahadłowe i wtedy widziałem na holu przed salą [po drugiej stronie]. A drzwi wahadłowe chodzą, jeszcze ruszają się, nawet po ich wejściu jeszcze się nie zdążyły zatrzymać i słychać strzały, dobijanie rannych za mną w sali, z której uciekłem. I to samo dzieje się po przeciwnej stronie.
Kiedy już wyszedłem na hol, klatką schodową, na prawo są schody półkolem do bramy, to stoi już snopek słomy obłożony deskami, drzewem i Niemiec go podpala. Wtedy, jak zobaczyli, że w slipkach, w podkoszulce bez rękawów, w koszulce gimnastycznej, tak Polnische Bandit! Bandit! Bandit! Zrobił się rwetes i Niemcy za peemy i do mnie. Ale moment – po łuku schodów. Halt! Halt! Ale wpadłem akurat w otwór drzwiowy, wyjście było z klatki do bramy i w bramie było stłoczonych, jak śledzie w beczce, [mnóstwo] ludzi – cywili, bo napędzali do bramy z wygarniętych z budynków, z piwnic, gdzie patrole niemieckie oczyszczały teren, poza tym ludzie uciekali przed Niemcami, bo Niemcy wrzucali [do piwnic] granaty, piwnice podpalali [miotaczami ognia], to ludzie uciekali, chowali się do szpitala, że w szpitalu już nic im nie grozi i wszyscy stłoczeni w bramie.
Wtedy mój pierwszy widok był [taki] jak, za mną strzelali, to nie byłem trafiony w plecy [ani w nogi], ale widziałem, jak babka [będąca w bramie] dostała i usiadła [była ranna] i coś tylko mówiła: „Schować się, bo strzelają”. Zobaczyłem jak w bramie, bo to było Ministerstwo Spraw Zagranicznych bodajże, czy coś takiego przed wojną, oświetlenie gazowe bramy, znaczy wystawała z sufitu rurka [z hakiem metalowym], grubość rurki mogła być dwa [centymetry], zakończeniem był hak i z tego wystawały przewody. Pierwszy mój odruch, jak wpadłem już w prześwit bramy, w [tłum stłoczonych] ludzi [to], nie można się było przedostać [na podwórko], tylko trzeba siłą było [się przepychać… Wtedy] zobaczyłem, na haku powieszony był wartownik, Powstaniec w panterce. Niemcy weszli do szpitala na Długiej 7, to wartownika powiesili na haku od oświetlenia. Przecisnąłem się wśród ludzi stłoczonych w bramie na podwórko. Przy wyjściu na podwórku, pierwsze [kroki], w którą stronę mam teraz iść, czy w lewo, czy w prawo. To ułamek sekundy, albo tak, albo tak. Stanąłem po prawej stronie, było już [tam] ze trzydziestu rannych ustawionych, jeden obok drugiego. Każdy wyprowadzany przez siostry z sal, stawał pod murem. Jeszcze do pierwszego pietra był budynek cały, natomiast góra już była zniszczona. To samo było po lewej stronie, już od pierwszego piętra były, granatnikami, pociskami, ściany porozwalane. Stałem ostatni w rzędzie po prawej stronie. Na środku podwórka była mata słomiana, leżało [na niej] dwóch skośnookich, nie wiem, to chyba byli „ukraińcy”, albo…, ale w niemieckich mundurach w każdym bądź razie i mieli erkaem na nóżce rozłożony i erkaemem „defilował” po chorych stojących. W lewo i w prawo, ćwiczył jak gdyby. Natomiast po lewej stronie bramy był duży zsyp do kotłowni, jak opał zsypują, koks, węgiel. Była żelazna klapa podniesiona do góry i otwór był odsłonięty.
Po mojej prawej stronie, od Podwala, od bramy wyjściowej budynek się już pali, już okna się palą, już szyby wypadają od ognia. Lekarz niemiecki ze szlifami, wysoki rangą, ze szpicrutą i obok niego jest ksiądz i on każe księdzu, żeby każdemu z rannych rozwinąć bandaże i [pytać] jakim on się cudem dostał do [tego] szpitala. A po przeciwnej naszej stronie, gdzie pielęgniarki były, to tam jest krzyk straszny: „Ratunku!”, gwałt i pojedyncze strzały.
Kiedy już połowę rannych lekarz przejrzał, to wybiegła kobieta z przeciwnej strony, a za nią wybiegł Niemiec i z peemu kobietę zastrzelił. Tak wyglądało, że ona chciała uciec im z pomieszczenia. Do mnie doszedł lekarz [Niemiec] z księdzem i [powiada] trzeba rozerwać bandaże, to ksiądz nożem rozcina bandaże, ogląda [i pyta:] „Od czego ranny?”. Mówię: „Mieszkałem Długa 20 [i poszedłem z wiadrami po wodę, na Mostowej – teraz to od Freta w dół – jest źródełko z wodą i poszedłem, bo rodzice mi kazali pójść [przynieść] wodę. Poszedłem po wodę, granatnik upadł, akurat kolejka stała i od granatnika dostałem [odłamkiem]”. A jak tutaj się znalazłem? „A tego, to już nie wiem, nie pamiętam, co się ze mną stało, tylko jak się ocknąłem to byłem już tu obandażowany”. Ksiądz przetłumaczył, co powiedziałem. Coś Niemiec zaklął i kazał mi dołączyć [do szeregu]. A było tak, że niektórym kazał przejść na druga stronę [podwórka]. Na środku była mata słomiana, to za matą słomianą pod mur drugiego skrzydła, [skąd] kobieta wybiegła, tam ustawiał tych, którym kazał na druga stronę przejść. Mnie kazał tylko ksiądz, żeby się dosunąć do tych dalej. Jeszcze za mną była kobieta z dzieckiem, nie wiem skąd ona się nagle [wzięła], czy z bramy, co się [z niej] przecisnąłem i za mną może ona [się przecisnęła, małe] dziecko miała na ręku. Tych, co [im] lekarz niemiecki kazał przejść na drugą stronę, to ci z maty [rozstrzelali]. Z rannych powybierał sobie, że tak powiem, na odstrzał i nas zostało chyba ze dwudziestu, połowa.

  • A kobieta z dzieckiem?

Z nami też. Jej nawet Niemiec nic nie pytał. Mnie tylko kazał się przesunąć, ksiądz tylko [powiedział] żeby dołączyć do reszty i kobieta za mną oczywiście. Było chyba trzech Żydów, nie wiem skąd wzięli ich Niemcy na podwórku, w każdym bądź razie kazali im biegać dookoła maty. Kiedy pierwszy już nadbiegał nad otwór, co klapa żelazna była podniesiona do góry, to padał strzał [pojedynczy] z maty z erkaemu, co dwóch Niemców leżało. Padał strzał, przewrócił się, to jeden z maty podniósł się, popchnął go nogą do [otworu], jak gdyby zsypu. Dwóch biega dalej, ale już jak nadbiegają, to zwalniają, bo wiedzą, czują, że z nimi będzie to samo co z pierwszym. Jak zwalniał, to lekarz Niemiec: Schießen! Schießen! do leżących i strzał, jeszcze przed zsypem padł. Jak padł, to następny. Ostatniemu, trzeciemu kazał chyba ze trzy rundy zrobić, żeby go zmylić widocznie, że to już. Ten, przecież młodzik, bo to w Powstaniu brali udział, to nie byli starzy, ułomni, tylko normalni Powstańcy, nie byli w panterkach, ale [w pasiakach]. Że byli Żydzi, to wiem stąd, że jednego z nich widziałem w szpitalu. Trzeci jak nadbiegał już [do tego otworu] raz, drugi raz, zwalniał… To mu nic nie zrobili. Dopiero za trzecim razem, kiedy on już pewnie biegał… Dopiero go zastrzelili i wszystkich trzech do zsypu wepchnęli.
Oczywiście jak strzelali, to o blachę, o klapę, echo pocisków [szło]. Jak już skończyli z Żydkami, to [zaczęło się] rozstrzeliwanie pod murem naszych, tych, co byli na odstrzał, jak gdyby odseparowani [po drugiej stronie podwórka]. Niemcy, którzy leżeli na macie słomianej, [oddali dwie serie z erkaemu, a następnie dobijali żyjących i leżących].

  • Dużo było osób pod murem?

Było ze dwadzieścia osób [w naszym rzędzie]. Jak już skończyli [tę egzekucję], to nas kazali w dwójki [ustawić].

  • A reszta, co w bramie stała, co pan się przeciskał pomiędzy nimi?

Nie wiem, co się z nimi stało. Nie wiem, co dalej. Nas ustawili w dwójki i jak obejrzałem się do tyłu w nasze okno nad bramą, to w naszym oknie już języki ognia były, już szyby popękane od ognia, ramy, futryny się już paliły w oknach, tak że nasze piętro już się paliło. Ranni dobici byli widocznie podpaleni. Nas ustawili dwójkami do [drugiej] bramy [na ulicy Podwale], a tam już było [pełno] dymu, gruzowisko, ale tlące się jeszcze w bramie, bo to i drzewo, i futryny, i drzwi. I nas przez tą bramę na Podwale prowadzą. Z jednej strony [bramy] stoi Niemiec z peemem, drugi, przy wejściu do bramy, z drugiej strony i każdy [gotów do oddania strzału], tak przynajmniej myślałem, że jak będę wskakiwał do bramy, to będą strzelać i zostanie się w bramie, że nie wyjdzie się.
Widząc to, co się działo, to wiadomo było, że nie wyjdzie się stamtąd żywym. Wtedy jedna dwójka weszła, przebiegli przez żar gruzu, niedopalonych żagwi jeszcze, wybiegli na drugą stronę na Podwale na chodnik, nic. To następna dwójka. My jak ci, co biegali nad zsypem, jak już się dochodziło do bramy, to człowiek miał moment zawahania, przejdzie się, czy się nie przejdzie. Ale przeszedłem. Została kobieta, ona była za mną, widziałem… Niemiec stojący z prawej strony, zabrał dzieciaka za nogi i [uderzył nim] o kant wypalonego budynku głową i wrzucił go do środka, do gruzowiska palącego się. Ona zaczęła do niego z płaczem, z bólem, żeby ratować dziecko, to ją zastrzelił z peema i popchnął nogą jeszcze w spalenisko. Tak że byłem ostatni z bramy. Teraz wiem, że dwadzieścia dwie osoby się uratowały.
Później kazali dołączyć do ludności cywilnej na ulicy, ustawiali piątkami na Podwalu, róg Kilińskiego i Podwala i ruszał peleton ludzi spędzonych ze Starego Miasta w kierunku placu Zamkowego. Już ostatni dołączyłem do tego zbiegowiska, [wtedy] starsza kobieta, mogła mieć z osiemdziesiąt lat [i dużą] chustkę [wełnianą w kratę] narzuconą na siebie, mówi: „Ty w majtkach tylko, nago?”. „Nie mam nic innego”. Babcia zdjęła bluzkę z siebie i [mówi do mnie:] „Załóż to”. Bluzkę założyłem na siebie i ona mówi, żebym się jej trzymał, że jestem jej syn. Widział to Niemiec, zobaczył, że jestem nago, to znaczy, że ze szpitala, to niemożliwe, żebym był z cywilami, [pomyślał] że uciekłem pewno z bramy. Babcia dała mi bluzkę i powiada: „Mam tu jeszcze kamizelkę syna, który pracował w magistracie. Załóż to na siebie, będziesz zaraz inaczej wyglądał”. Ale to jeszcze gorzej było, bo jak założyłem kamizelkę… Przed wojną w magistracie pracownicy mieli [na takich kamizelkach] dwa rzędy pozłacanych guzików i wytłoczona była na nich syrenka, ze dwadzieścia parę guzików było, dwoma rzędami od góry do dołu [na tej kamizelce]. On jak zobaczył, że babcia się mną zajęła, to kazał mi wystąpić na chodnik. [Niemiec] był jeden z peemem w furażerce, natomiast drugi, którego dobrze zapamiętałem, był w czapce okrągłej. Jak mi ten z peemem, w furażerce, kazał wystąpić na bok, to zobaczył guziki złote i tylko do mnie [krzyknął]. Teraz wiem, to znaczyło, że „Nie dość że jesteś polskim bandytą, to jeszcze złote guziki posiadasz?” i [wziął] scyzoryk i te guziki mi poobcinał. Dostałem kopniaka i tak jak stałem twarzą do niego, to jak dostałem kopniaka z przodu w brzuch, to upadłem do tyłu i on z peemu [mierzył] żeby mnie zastrzelić. A drugi, ten w czapce, to pamiętam go jak dzisiaj, mówi: Erwin, nicht schießen! znaczy żeby nie strzelał. Ten zły, z guzikami w ręku mówi, żebym wstąpił do [szeregu]. Babcia podeszła, wzięła mnie za rękę, nakryła chustą i staliśmy tak z godzinę czasu [czekając na wymarsz].

  • Dużo było ludzi?

Było [dużo], bo oni spędzali z innych ulic. Później za nami było, bodajże, żeby nie przesadzić, ale z pięćdziesiąt osób, jak dołączyli.

  • Mężczyzn było dużo wśród tych osób?

Nie, kobiety, dzieci, przeważnie.
  • Starszych ludzi też było trochę?

Tak. Ta babcia mieszkała na Freta, byli w piwnicy i Niemcy rzucali granaty i polewali benzyną z miotaczy ognia, podpalali ich i ona uciekła stamtąd. Schowała się w szpitalu, ale później przedostała się na ulicę, bo nie było miejsca w szpitalu i dołączyła do ludzi na Podwalu. A ona szła z [ulicy] Freta, od Mostowej, z drugiej strony, jak barbakan jest. Tak zresztą robili następni, którzy za mną już dołączali. Nie od strony Kilińskiego, tylko od strony Freta, od barbakanu [przychodzili], bo tam wszystkich widocznie Niemcy, wyciągali z piwnic, gdzie kto się chował i dołączali.
Po jakiejś godzinie stania na Podwalu, przepędzili wszystkich na plac Zamkowy. Już była godzina [około trzeciej], po obiedzie, bo słońce już dość wysoko było. Jak nas wypędzili na plac Zamkowy, to Kolumna Zygmunta już leżała zwalona, sam posąg króla Zygmunta leżał obok. Wszystkich spędzonych cywilów, którzy tam byli, w półkolu ustawili, i jedną staruszkę babcie posadzili na zwalonym cokole kolumny Zygmunta, podsadzili ją i dali jej puszkę. To była, nie wiem, konserwa, albo pusta puszka po konserwach, ale babcia palcami wyciągała kawałki mięsa z puszki. Mogła ze dwa, trzy razy sięgnąć, widziałem. [Jak] z drugiej strony, od tyłu, z drugiej strony kolumny leżącej, na której siedziała babcia, podszedł [Niemiec] z butelką, to benzyna na pewno była, polał babcię z tyłu, z góry, jakby wodą i podpalił. Żywa pochodnia. Jadła babcia, bo wyciągała mięso z puszki i nawet pewno nie wiedziała, że już pali się z tyłu. Dopiero po [chwili, za] jakiś czas, zaczęła nogami [ruszać], zaczęło ją dopiekać z tyłu i z tyłu Niemiec pchnął ją, tak że spadła na twarz i kupa ognia, w płomieniach [zakończyła życie]. Zapowiedział Niemiec główny, że każdego, kto się nie podporządkuje, czeka taka właśnie śmierć, jak tej starej baby. Nas później, po jakimś czasie, spędzili dołem, Sowią na Mariensztat, później Mariensztatem w prawo, nie pamiętam, Browarna, w prawo uliczka i Bednarską znowu do góry. Prowadzili nas tak, jak się widzi na [zdjęciach], pod eskortą, oni z bronią, z psami, a peleton ludzi spędzonych [z ulic w mieście].
Jeszcze w międzyczasie, jak byliśmy na placu Zamkowym, to w Dziekance na Krakowskim Przedmieściu był niemiecki Czerwony Krzyż, siostry w stalowych fartuchach, chusty miały stalowe i czerwony krzyż z przodu. Młode i starsze były i kilkanaście tych sióstr przyszło na plac Zamkowy i z nas, z tłumu wybierali młodych mężczyzn [i kobiety]. Podobno utworzyli szpital i chcą udzielać pomocy, ale tylko młodym [mieszkańcom], nie Powstańcom, że to jak gdyby pomoc dla ludności cywilnej, coś takiego. Zaraz fama [poszła], jeden drugiemu szepnął na ucho, wszyscy [mówili], cały plac, żeby nikt się nie zgłaszał, bo oni zabijają, że na rozstrzelanie wybierają, bo najpierw było na ochotnika, żeby się zgłaszali. Faktycznie nie było nikogo, to przechodziły przed szpalerem, jak był ustawiony już do odmarszu i: „Ty, ty, tamten, tamten…”, wybierały.
Kiedy myśmy już poszli na Mariensztat na dół i później Bednarską do góry, to nie widzieliśmy, żeby ktoś stamtąd dołączył. Natomiast wychodząc z Bednarskiej na Krakowskie Przedmieście po jednej i po drugiej stronie [ulicy Bednarskiej] stali Niemcy i stały siostry z Czerwonego Krzyża niemieckiego i [znowu] wybierały. Babcia, która mną się opiekowała, wzięła z rynsztoka błota i mówi: „Usmaruję [cię], żeby nie było, że ty ze szpitala jesteś. Nogi [i ręce też], usmaruj się trochę, żebyś był niepodobny [do Powstańca]”. Kiedy już dochodziłem do tego [miejsca, gdzie była selekcja], Niemiec jeden, drugi… szperali, młodych wybierali mężczyzn, ale mnie jakoś udało się przejść.
Nas wypędzili Trębacką, [przez] plac Teatralny i później przez Ogród Saski, Hale Mirowskie, Chłodną do Wolskiej i przy kościele świętego Stanisława, teraz świętego Wojciecha, znowu [selekcja], ale tutaj to wataha młodych, to chyba esesmani, wybierali. Tutaj już byli w hełmach, już uzbrojeni po zęby. Cała wataha wyskoczyła z kościoła i wszystkich młodych [wyłapywali]. Nie pytali o nic, tylko: Banditen aus! Banditen aus! , znaczy „Bandyci wystąp”. Wybrali, też chyba z piętnaście, dwadzieścia osób, a reszta [miała] dołączyć i dalej do Bema.

  • Pana nie wybrali?

Nie, mi się udało przejść. [Prowadzili nas dalej] do Bema. Bema w lewo do Dworca Zachodniego. Na Dworcu Zachodnim, jak jest Prądzyńskiego, zrobili postój i były wagony, jakby robotnicze …, bo na budowę okopów byli z łapanek ludzie zatrzymywani i stamtąd dopiero ich wyprowadzano na [naprawę] okopu, czy wykopanie dołu, czy coś takiego, to stamtąd robotników brano i oni tam mieszkali, teraz wiem, że tak, ale wtedy nie wiedziałem, że tak było.
Z nas zatrzymanych znowu Niemcy eskortujący wyciągali siłą młode kobiety do budynków – [wagonów]. Te budynki to były jak pudełka na kołach, jak wagony kolejowe towarowe, tylko że tam były schody [drewniane], że można było po nich wejść do wagonu, z oknami oczywiście. Tam staliśmy dwie, trzy godziny, ale nikt nie wyszedł [z tych wagonów]. Kogo wzięli [tam], przeważnie młode kobiety wyciągali, to które weszły, już nie wychodziły stamtąd. Padały strzały pojedyncze, ale nikt nie wychodził. Później na Dworzec Zachodni [nas poprowadzili], jeszcze pociąg elektryczny był. Upchane było na wcisk i po jednej i po drugiej stronie przy drzwiach stał Niemiec z peemem, z bronią, w hełmie i do Pruszkowa [pojechaliśmy]. Z tym że bez żadnego zatrzymywania się, jak nas załadowano, ubito kolanami do środka, to dopiero w Pruszkowie wagony otwarto i tam dopiero nas wypuścili…

  • Spotkał się pan z tą starszą kobietą?

Tak, cały czas [razem byliśmy].

  • Pan pamięta, jak ona się nazywała?

Nie wiem. Mówiła, żeby na nią Jadzia mówić, babcia Jadzia, ale nazwiska nie [znam]. Później w Pruszkowie była hala, tak zwana czwórka, duża hala i tam wszystkich z peronu ludzi na selekcję [spędzili]. Tego do Generalnej Guberni, to już decydowali ci przy wejściu, tego do Niemiec na roboty, tego do obozu, tego, na przykład chory, to na inną stronę. Przy wejściu, kiedy wchodziłem z babcią, [Niemiec] powiedział na „piątkę” żeby [iść], to jest piętro wyżej. Po schodach tam weszliśmy, ale babcia mówi [mi, że] po drodze, jeszcze będąc na Prądzyńskiego, jak młode dziewczyny wyciągali do wagonów, to babcia zauważyła leżącą puszkę konserw, ale dużą, z kilogram mogła mieć ta puszka. Babcia mówi: „Tą puszkę weźmiemy z sobą, bo jak teraz nas wywiozą do Niemiec, to będzie chociaż na pierwszy [głód], żeby coś pojeść”, bo nikt nie mówił, że do Pruszkowa jedziemy, tylko wagony i na pewno do Niemiec, czy do Generalnej Guberni.
Z babcią [weszliśmy] po schodkach na górę, to była hala, naprawa zespołów kolejowych… Przed nami już był transport [wysłany], bo tam już nie było [ludzi], parę osób tylko było, widocznie wysłali już na transport. Ale były na przykład szafy poprzewracane, szafy leżały drewniane na drzwiach, plecami do góry, to były szafy robotnicze, robotników. Na szafach [leżały] rolety, to były rolety czarne, na sznurku zwijane, to te rolety były poobrywane i leżały na szafach. Tam byłem chyba cztery godziny i babcia mówi: „Tutaj już nam nic nie grozi, tu możemy sobie puszkę otworzyć”. Ale jak otworzyć, czym ją otworzyć? Mówię: „Poczekajmy, poczekajmy jeszcze trochę”. Babcia mówi: „Nie, pójdę do – był [taki człowiek] z policji jak gdyby, pomocnik policjanta, ale on miał jakąś opaskę, nie wiem, RGO, czy coś takiego – pójdę do tego pana, on mi tą puszkę otworzy”. Ale musiała po schodach wrócić z powrotem na dół, na tak zwaną czwórkę do hali. Jak babcia zeszła, nas na „piątce” zgarnęli wszystkich i drugimi schodami na dół [sprowadzili] i na tak zwaną ósemkę. Zrobili selekcję: od czego ranny, a gdzie opatrunek, Niemiec lekarz oglądał. „Od czego rana?”. Znowu tą samą historię opowiadałem: „Po wodę byłem, stałem w kolejce, granatnik się rozerwał…”. „Ale dlaczego bandaża nie ma?”. „Bo Niemiec kazał pokazać, od czego to jest i kazał rozbandażować”. Tłumaczem, był ksiądz, ksiądz nożem rozcinał bandaże i Niemiec to oglądał. „Dobrze, to na tą stronę”. Znowu drugi [ranny podszedł], coś mu nie pasowało, [kazał iść] na inną stronę. Trafiłem na tak zwaną ósemkę, to jest jak gdyby izba chorych, jakby szpital. Byłem tak osiem dni.

  • Z tą kobieta jeszcze się pan widział?

Już nie, urwało się. W szpitalu, żeby nie być nagim, dostałem spodnie kolejarskie, ale takie uszmelcowane, jeszcze bardziej się usmoliłem, jak byłem przed tym. I dostałem koszulę flanelową, ale też uszmelcowaną, ale już byłem ubrany jako tako. Było tak, że przez osiem dni każdego dnia przychodził lekarz Niemiec i trzeba było… Na „ósemce” były siostry Czerwonego Krzyża, one już obandażowały [nasze rany] i siostry były z Rady Głównej Opiekuńczej, RGO. Powiadały, żeby jak najdłużej wytrzymać tutaj, bo stąd wywożą nie do Niemiec, nie do obozu, tylko do Milanówka, tam jest szpital, albo do Krakowa do szpitala, więc żeby jak najdłużej wytrzymać, żeby nie dać się lekarzowi, żeby symulować, że boli, żeby narzekać. Ale Niemiec nie był też taki głupi, codziennie oglądał, codziennie macał i był z siostrą, która notowała jego uwagi. Spało się na szafie, żeby nie na betonie, bo każda hala była betonowa, już poprzednicy moi, którzy tam byli, to każdy w jakiś sposób starał się ulepszyć [posłanie] i na przykład jak wyjeżdżał: „To masz po mnie teraz moje miejsce. Jak długo będziesz, nie wiem, ale po mnie masz miejsce”. Więc na szafie się spało, a roleta służyła jako przykrycie [zamiast koca].

  • Roleta była z czego, z papieru?

Papier czarny. Tylko grubszy jak szary papier. To służyło za przykrycie. Pamiętam, ósmego dnia przychodzi lekarz Niemiec z siostrą, siostra odwinęła moje bandaże i pyta się: „Jak się pan czuje?”. Mówię: „Dobrze, tylko jednak nie mogę ręką ruszyć, bo czuję, że mi coś tam strzyka”. On mówi: „Na dalsze leczenie to w domu, a teraz to jest praca”. I koniec. Przejrzał chorych, skończył swoja wizytę, poszedł i dopiero siostra z notatkami jego powiada: „Niestety, ale do [Dobiegniewa] wyjazd. To jest pod Stargard Szczeciński do warsztatów kolejowych”. Dobra, trudno, niech będzie. Do wagonów załadowali, podstawili wagony bydlęce, zamknęli, tylko okna zakratowane. W wagonach już był transport wcześniej, bo była jedna deska w podłodze podnoszona jak gdyby, wyrwana, bo tam się załatwiało. Kto chciał się załatwić, to trzeba było przepychać się między ludźmi. Mieliśmy tylko jeden postój, to można było wyjść z wagonu, napić się, albo ludzie, którzy się zebrali wokół stacyjki w polu, to rzucali jabłkami, kartoflami, żebyśmy mogli złapać, bo tak to jedzenia żadnego nie było. Trafiłem do warsztatów kolejowych w Stargardzie Szczecińskim.

  • Który to był września?

To już było chyba w połowie września, gdzieś 15, 16 września. Ponieważ pracowałem na Okęciu na montażu, na warsztacie, później byłem na hamowni, więc trochę mechaniki już znałem, nabrałem ogłady. W warsztatach kolejowych pyta się majster, brygadzista, może kierownik jakiegoś działu… Dostał ludzi, nas było sześciu z transportu, bo jak wagon rozładowali, to było nas więcej, ale sześciu było wybranych do warsztatów kolejowych, do działu, gdzie nas przeprowadzono z dworca. A prowadziło nas dwóch chłopaczków, ex-Hitlerjugend chyba, z tym że z psami i mówią: „Nic wam się nie stanie. Tu będzie wam dobrze, będziecie pracować, będziecie mieszkać w budynku koło stacji”. – ale po polsku mówili – „Będziecie mieli dobrze, nie to co w Warszawie”, czyli że wiedzieli już, że my jesteśmy z Warszawy. Jak nas zaprowadzili do majstra, zarządcy jak gdyby warsztatów, to on do mnie mówi: „Co robiłeś?”. „Do szkoły chodziłem”. „A w Warszawie, jak Powstanie było, co robiłeś?”. „Byłem przy rodzicach. Razem z rodzicami, Niemcy nas zabrali z piwnicy”. „A to masz od czego?”. Mówię: „Po drodze, jak szliśmy, to Niemcy strzelali granatnikami i od granatnika”. Mówi: „To u mnie będziesz miał taką robotę, będziesz pracował na magazynie, masz w tej chwili [pójść i obejrzeć swoje stanowisko] – były regały metalowe, ale z drewnianymi półkami i na tym były krany [do wody żeliwne, ciężkie], ale takie, że dwóch trzeba było, żeby kran zdjąć i go położyć na ziemi – Twoim zadaniem będzie konserwacja części, które są w magazynie”. A to były trzy nastawki, regał z trzech części się składał, z trzech półek.
  • To była ciężka praca?

Może nie tyle ciężka, co brudna. Bo wiadro było z czarną oliwą, pędzel, rękawice i pędzlem trzeba było krany czy coś [innego smarować] i to nie tak żeby nachlapać na deskę, na której to leżało, tylko tak trzeba było oliwą zasmarować, żeby nie było śladu, żeby nie było, że to jest zrobione byle jak.

  • Z jedzeniem jak było?

Jedzenie w termosach przywozili do warsztatów. Były talerze aluminiowe, blaszane w każdym bądź razie i każdy miał na wyposażeniu łyżkę swoją i trzeba było z tego korzystać. Ale w magazynie w warsztatach byłem chyba z tydzień czasu. Po tygodniu powiada ten Niemiec [kierownik magazynu], ale po polsku mówił, mnie się wydaje, że on był z frontu wschodniego, nie wiem, może inwalida i jego dali jako majstra, bo umiał dobrze po polsku, czyli albo Ślązak, albo może z terenów Generalnej Guberni, że umiał po polsku. Mówi tak: „Organizują Niemcy kursy: spawacza tlenowego, acetylenowego i grzania nitów. – Bo to były warsztaty kolejowe – Ponieważ jesteś nieduży, dość zwinny, jak obserwuję, to nadajesz się na kotlarza”. Kotlarz to kotlarz, nie wiem, co będzie robił, ale…
Pierwszą próbę, pamiętam, nie wiem, obiad czy coś był i były kartofle w mundurkach, każdy dostał po cztery sztuki, do popicia coś, na talerzu, ale to polewka. Później, po obiedzie już, wszyscy na swoje stanowiska do pracy i on do mnie mówi: „Ty dzisiaj pójdziesz na wagony, na parowozy. Ale zobaczymy, jak będziesz się tam sprawował”. Moim zadaniem było wejść przez palenisko w parowozie do środka i oczywiście pytał majster: „Jak się tam czujesz?”. „Dobrze”. „A jak bym ci dał teraz młotek, dasz radę tam coś ruszać?”. „Chyba tak, bo miejsca jest jeszcze”. „Dobrze, to wychodź”. To była kwalifikacja moja na kurs kotlarza. Na kursie było spawanie, była butla z tlenem, z acetylenem, z butli były dwa węże, zegary, oczywiście ustawianie ciśnienia, zapalało się palnik i spawanie. W jednym ręku drut, w drugim palnik i dał, załóżmy, dwie blachy, żeby to pospawać.

  • Długo trwał ten kurs?

Kurs trwał chyba sześć godzin wszystkiego.

  • I później od razu zaczął pan pracę jako kotłowy?

Tak. Było tak, że spawanie pokazywali, jak to robić, ruch palnikiem, żeby drut roztopić, żeby drut rozpalony chwycił dwie blachy, które stykają się ze sobą, żeby nastąpiło spojenie. Jakoś się zapamiętało. Powiada: „A teraz kurs kotlarski, grzanie nitów. Kotlarzem i tak nie będziesz, ale sztamowanie nitów [musisz znać]”. […]

  • Tam pan pracował do końca wojny?

Nie.

  • A jak długo tam pan pracował?

Tam pracowałem chyba dwa tygodnie. Ale to już była ciężka praca. Później zostałem [przydzielony] do grupy na wyjazd, to znaczy były rafinerie [paliw], stacje pomp [tego paliwa, ropa, benzyna, olej] na terenie Niemiec, gdzie Amerykanie [lub] Rosjanie bombardowali, byłem w dwunastu miejscowościach [na terenie Niemiec, gdzie były rafinerie paliw]. […]

  • Pana praca w rafineriach na czym polegała?

Ekipa niemieckich rzeczoznawców orzekała, że w tym porcie jest zbiornik zbombardowany, albo przecieka na przykład i kiedy nie nadawał się już do eksploatacji, to nas [tam wysyłano], nas było czterech Polaków, dwóch młodych Niemców i dwóch starszych, jeden był bez nogi, Austriak z frontu wschodniego i jeden był starszy, ale był kierowcą.

  • To była cały czas ta sama ekipa?

Cały czas, już później do końca cały czas.

  • Jak się pan porozumiewał z Niemcami?

Dwa lata uczyłem się niemieckiego w szkole podstawowej.

  • Ale jakie stosunki między wami panowały?

Z Austriakiem super, bardzo dobre, jak ojciec nami Polakami [się opiekował]. A nas czterech było właśnie z Powstania z Warszawy. I dwóch Hitlerjugend, Niemców młodych, a oni po polsku nie umieli ani słowa, oni siedzieli z kierowcą i Austriak razem z nimi, ale byłem między Polakami, a nimi tłumaczem, dolmeczerem, jak to oni nazywali. Coś nie coś z początku [było trudno się porozumieć], ale jak się pooperowało językiem, to łatwiej było się porozumieć.
Było tak, że na przykład po bombardowaniu, trzeba było demontaż przeprowadzać zbiornika. Zbiorniki były przeważnie pod ziemią na dziesięć do dwunastu metrów, na tym [zbiornik] miał dwa metry betonu, pancerz jak gdyby i na to jeszcze cztery metry ziemi. Tak że Anglicy czy Amerykanie jak bombardowali zbiorniki, bo zbiorników było, żeby nie przesadzić, ale były bloki na przykład po sześć zbiorników jeden przy drugim, a takich bloków, na przykład w Lobau [koło Wiednia] było pięć albo sześć. To bomby były tak zwane łańcuchowe, to znaczy trzy bomby razem były wiązane łańcuchami, że jedna uderzała, w nią uderzała druga, a w drugą jeszcze trzecia uderzała, że związane były jedna z drugą i [w ten sposób] dobijali do dna. Po takim bombardowaniu trzeba było przeprowadzać [demontaż]. Najpierw zatrudniali jeńców radzieckich, oni to rozkopywali, „ręcznie”, tam nie było żadnych urządzeń, maszyn, żeby się dostać do [zbiornika]…, bo myśmy mieli swój kompresor duży, wszystkie przyrządy kotlarskie [i narzędzia spawalnicze] jakie trzeba było, samochód z przyczepą, Opel Blitz, duży i na tym samochodzie spaliśmy nawet, pomieszczenia były dla nas do spania, do przebywania i jak to już było gotowe, naszym zadaniem było to albo palnikami ciąć, albo, jak się nadawał do reparacji, to [robiliśmy] sztamowanie nitów. Ale przeważnie cięło się to na płaty, to już oni wyznaczali, kredą rysował, jakie cięcia miały być i to podobno szło do huty później. Ale to już robili dalej na miejscu. A my [jechaliśmy] w następne miejsce, bo porozumiewali się, nasza firma chyba z zarządem paliw, że tu czy tam i nas tam wysyłali. Byłem w dwunastu miejscowościach.

  • Proszę opowiedzieć, gdzie zastało pana wyzwolenie?.

Jechaliśmy, nie pamiętam z jakiej miejscowości, w każdym razie do Neubrandenburga, to była miejscowość koło Magdeburga i tam już były tereny nie tyle wyzwolone, co były oddziały zwiadu Legii Cudzoziemskiej, czyli oddziałów Amerykańskich. A w Legii byli i Polacy i murzyni, prawdopodobnie chyba i Niemcy i Amerykanie. Nasz kierowca zatrzymał się na szosie, bo akurat wyjeżdżaliśmy z lasu, dobra betonowa droga i naraz strzały w górę. Wyszedł żołnierz, na długim patyku okrągłe kółko biało-czerwone, tak zwany lizak, na bok żeby zjechać do bocznej drogi, ustawili nas i wszyscy żeby opuścić samochód. Przyszedł oficer i [podszedł] do tego, który zatrzymywał samochód, pogadali. A w czasie jak myśmy zjeżdżali z lasu na boczną drogę z betonowej szosy, to każdy z nas przyczepiał sobie literkę „P”, kwadracik, bo to oznaczało, że jesteśmy robotnikami polskimi. Czterech nas było z literami „P”, to oficer, który naradzał się z tym, co zatrzymywał samochody, pyta się: „A tutaj Polacy są?”. Zatrzymujący mówi: „Tak, na razie tylko czterech. Bo jest ich tutaj dziesięciu, ale wśród nich jest tylko czterech Polaków”. Nas czterech wziął z grupy dziesięciu, Niemcy zostali przy samochodzie, a nas, wiem, z pięć metrów dalej [zaprowadził]. Chodziło o to, żeby porozmawiać, żeby nie słyszeli pozostali. Pyta się skąd [jesteśmy], jak myśmy się tu dostali, gdzie jedziemy, co tu robimy, a co jest na samochodzie? Opowiadamy, że jesteśmy od napraw cystern, że mamy sprzęt do cięcia blach, żelaza i że z nami są Niemcy, jest jeden Austriak, dwóch młodych Niemców, ale dobrze się z nami obchodzili, Austriak o wyżywienie zawsze dbał, jak ojciec. [Prosił] żeby mu pokazać Austriaka, który [to jest]. „To jest ten pan bez nogi”. A jak się młodzi Niemcy z nami obchodzili? „Na razie dobrze, cóż… niedługo byliśmy [razem], bo też bodajże chyba cztery, pięć dni, cośmy razem byli w trasie już, więc jeszcze nie zdążyliśmy się bardzo poznać, ale z tego, co przez kilka dni, to dobrze”. „A sami skąd jesteście?”. „My akurat czterech z Warszawy”. On mówi: „Dobrze, a jakim cudem wyście się dostali do Niemiec?”. „Z Powstania Warszawskiego”. „Ach z Powstania! To wy już nie pójdziecie na samochód, tylko chcecie być w Legii Cudzoziemskiej?”. „Pewno że tak”. „To będziecie wieźć Niemców dalej”. Był Franek, on mieszkał gdzieś na Puławskiej, mówi: „Panie kapitanie, po chorobę będziem się tam pchać, teraz Niemców bić, myśmy swoje już zrobili. A teraz dalej wy będziecie robić”. On mówi: „Ty byłeś chyba oficerem politycznym w Wojsku Polskim”. A on mówi: „Wojska Polskiego jeszcze nie było u nas, u nas [było] Ludowe Wojsko Polskie”. A on mówi: „To jeszczeście się nie spotkali z Wojskiem Polskim?”. „Nie”. Mówi: „Skoro tak, to wszyscy zostajecie zatrzymani, będziecie odtransportowani do obozu dla jeńców”. [Obóz dla] jeńców, to chyba tam co i Niemcy, ale: „Razem z Niemcami?”. On mówi: „Nie, tamci pójdą w inną część, a wy pojedziecie z nami”.
Załadowali nas czterech na jeepa, dwóch z Legii Cudzoziemskiej, był murzyn jeden, ale bardzo dobrze mówił po polsku i ten, który z nami rozmawiał i pojechaliśmy do [miejscowości] pod Magdeburgiem, Ferkland miejscowość, to większa wioska. Były baraki ogrodzone drutem kolczastym, z tym że jak był drut kolczasty na słupach, ogrodzenie, to na dole były jakby sprężyny z drutu kolczastego, żeby nikt nie mógł podejść, żeby nie przejść przez parkan i brama wjazdowa do obozu, normalnie budka dla strażnika i otwierane drzwi. Wjechaliśmy do środka i na komendanturę najpierw. Spisali, dali nam, jak teraz dowód osobisty nowy, plakietki, takie dowody dostaliśmy i „Chcesz umundurowanie i do armii, czy chcesz jechać w głąb, dalej do Niemiec, czy do Stanów, czy dalej jeszcze?”. Wszyscy czterej: „Nie, wracamy do kraju”.

  • Kiedy wrócił pan do kraju?

Do kraju wróciłem 25 maja 1945 roku.

  • Odnalazł pan rodzinę?

Nie, z rodziną jeszcze nie tak. Najpierw odtransportowali nas w Magdeburgu na most, było nas chyba trzydziestu Polaków, którzy nie chcieli być w armii, znaczy w Legii Cudzoziemskiej, ale uważali, że dla nich się już skończyła wojna, nie chcą dalej, nie chcą jechać do Ameryki, ani nigdzie, do Anglii, chcą wracać do kraju i nas dołączyli do nich. Na połowie mostu wychodzi kapitan amerykański, ale umiał po polsku i powiada, że tutaj kończy się granica pokoju, to znaczy „Wy wracacie do kraju, ale nie do kraju, [tylko] do strefy radzieckiej i dalej już jest los wasz nieznany. Natomiast jeżeli nie chcecie wracać, to możecie ze mną wracać z powrotem”.

  • Wszyscy przeszli na stronę radziecką?

Wszyscy przeszli. Tu już radzieccy żołnierze stoją z pepeszami i pierwsze przywitanie…, znaczy na pożegnanie jeszcze, dostaliśmy po dwadzieścia złotych każdy od oficera na tak zwane zagospodarowanie się, a on mówi: „To jest na podróż. To nie na zagospodarowanie się tylko na podróż”. Dwadzieścia złotych, jeszcze mówi: „Lubelskie dwudziestki”. Z nimi pożegnaliśmy się już i on mówi jeszcze: „Do nas, żeby się z powrotem dostać, to tylko przez zieloną granicę, inaczej się nie przedostaniesz. Gdybyś chciał wrócić, to tylko przez zieloną granicę”. Dobra, jakoś będzie.

  • A powitanie?

I powitanie z żołnierzami radzieckimi. Pierwsze tylko „Polaczki? Polaczki. Ot job wasza mać”. Takie było przywitanie. I mówi: „Wy Warszawu spredali. Wy tu w armiu teraz”. Nikt nie chciał rozmawiać, każdy przygnębiony, bo już czuje, co to będzie i powiada jeden [Rosjanin] łamaną polszczyzną, że będziemy odprowadzeni na komendanturę do szkoły przy moście zaraz, a dalej odtransportowani do Warszawy.
Nasz samochód wycofał się z mostu, a my piechotą ze strażnikami, z pepeszami oczywiście, pod bronią, żeby nie uciekł żaden z nas, albo nie skoczył z mostu. A była to szkoła z czerwonej cegły poniemiecka, tam pewno koszary były i zaaplikowali nas, to było chyba trzecie albo czwarte piętro, na samą górę. Mieliśmy bluzy z Legii, to żołnierze dali nam bluzy, żeby nie być… Żeby jak zbiórka czy coś, że to jeden oddział załóżmy, a nie zbieranina. Niektórzy mieli tobołek z jedzeniem, odzież, niektórzy walizkę, niektórzy plecak. Wartownicy rosyjscy zaprowadzili nas do szkoły na komendanturę i wychodzi w koszuli z gołą głową oficer radziecki i „Po co tobie »P«?” „To jest odznaka, jak byliśmy w oddziałach po drugiej stronie, że jesteśmy Polakami”. Tu tobie to nie nużno. Od tego się zaczęło, że to trzeba było zerwać. Mówi: „My i tak wiemy, że wy Polaczki”. I różne wyzwiska, jak Warszawu sprzedali. „Stalin wam się nie podobał…”, coś takiego, „Powstanie zrobiliście …”, „Niemcy was wygarnęli z Warszawy, tu was przywieźli, a teraz chcecie wracać z powrotem?!”. Różne docinki. W szkole zaprowadzili nas na… Czwarte piętro chyba było i powiada: „Tutaj przenocujecie, a rano będziecie odwiezieni na stację i pociągiem do Polski”. To był już wieczór, dali nam, nie wiem, kawa, herbata, coś rozmieszanego, ale tylko do picia, do jedzenia nie i rano będzie śniadanie i dopiero samochodami na stację na pociąg. Okazuje się, że na czwartym piętrze to była hala, że było jedno wejście z jednych schodów i drugie wejście z drugich schodów z drugiej strony, a żelazne drzwi były jeszcze w dodatku, więc Rosjanie z jednej strony drzwi zamknęli na klucz, klucz zabrał ze sobą [jeden z nich], przeszedł, zamknął drugie drzwi na klucz.

  • Rano wyjechaliście państwo stamtąd?

Nie, nie wyjechaliśmy wcale, tylko w nocy nas, z latarkami…, bo trzeba było ułożyć [rzeczy] w kostkę, rozebrać się, jak w wojsku. Buty, kostka przed sobą, sienniki gładko, kocami nakryć się. W nocy, gdzieś o północy przyszli rosyjscy żołnierze, latarkami świecili w oczy, z pepeszą i Podniwajtsa! czyli „Wstawaj!”. Wszystkich ustawili pod ścianą, a kostki, które były, bluza, spodnie, koszula, co poukładaliśmy, buty, to wszystko zabrali, przez okno powyrzucali, a zostawili nas tylko w tym, jak myśmy leżeli, jak spali. Wyszli, a [jeden] jeszcze mówi: „Jak będziecie rozrabiać, to będziemy strzelać. Który najbardziej rozrabia, to na rozwałkę!”.
Następnego dnia rano przyszedł podobno komendant i powiada: „Co się stało?”. „Zostaliśmy obrabowani przez żołnierzy sowieckich”. A on mówi: „To niemożliwe. Moi żołnierze nie kradną”. Ustawili nas w dwuszeregu, kazali zrobić dwa kroki do przodu, drugi [szereg] dwa kroki w druga stronę, w tył zwrot, twarzami do siebie i wpuścili żołnierzy radzieckich z pięćdziesięciu, chyba cały oddział, kompanię bodajże i poznawaj, który cię ograbił, oswobodził z tego. Mówimy, że jak można poznać, jak była noc, świecili latarkami po oczach i jak można było kogoś rozpoznać. „To jak nie poznajecie, to znaczy, że to nie byli nasi żołnierze, bo to są wszyscy moi żołnierze”.

  • Jak skończyła się ta historia?

Skończyła się na tym, że dali nam ruskie spodnie, wąskie jak do owijaczy i koszule tak zwane rubaszki i koniec. Wygonili za bramę i na własną rękę jedź do Polski. Żadnego transportu nie będzie. I koniec na tym. Teraz każdy na własną rękę… Jak mógł, złapał rower, wszedł do zagrody jakiejś po drodze niemieckiej i prosi rower, „Zapłacę, umówimy się… Dam pani adres…”, starał się po polsku, po niemiecku, różnie, na migi, żeby rower zdobyć. Nie, ona – nie, bo to jest rower tylko jej, ona ma daleko do miasta, do sklepu, nie. Jak – nie – to chłopaki na siłę zabierali rowery. Ale daleko na rowerze nie ujechał, bo ujechał parę metrów, Rosjanie jechali samochodem, zatrzymali się: Tawariszcz, dajcie pokazać. Daj wielosipied. Wziął rower, spróbował najpierw, czy dobrze chodzi widocznie. Jak spróbował, tak pojechał i uciekli. Samochód pojechał, on za samochodem rowerem pojechał, a my znowu bez niczego.

  • Proszę na zakończenie powiedzieć, czy dzisiaj, po tych wszystkich doświadczeniach wziąłby pan jeszcze raz udział w Powstaniu?

To ciężko byłoby teraz. Na rozeznanie obecne nie podjąłbym się. Nie podjąłbym się.

  • Żałuje pan czegoś?

Nie, co przeżyłem, to przeżyłem jako ciężką przygodę. Ciężką przygodę. W każdym razie jak wróciłem do Warszawy, bo do Kostrzyna dostaliśmy się, do pociągu, jechaliśmy na dachu na wagonach, dojechaliśmy do Dworca Zachodniego. Mieszkałem na [ulicy] Sękocińskiej, to jest róg Kaliskiej, Sękocińska 7. Zwalony budynek i na zwalonym budynku, że nazwisko, mama napisała, że „jestem u rodziny w Tarczynie”. To już wiedziałem, że jak w Tarczynie, to u babci pewno. Tam znowu piechotą trzydzieści kilometrów trzeba było przebyć, żeby się tam dostać i okazuje się, że tam mam była.
Byłem najstarszy, miałem szesnaście lat, siostra młodsza miała trzynaście, druga dwanaście i brat pięć lat. Tak że mama była z nimi razem tam. Tata nie, bo tata był na Zieleniaku i z Zieleniaka był odesłany do obozu w Neuengamme, najpierw do Buchenwaldu, a z Buchenwaldu do Neuengamme. [Pod koniec wojny] z Neuengamme szli piechotą trzydzieści chyba kilometrów, czy dwadzieścia do brzegu do morza, byli załadowani na okręty, bo były trzy okręty, wraki pływające, kiedy byli już półtora kilometra od brzegu, zostali zbombardowani przez lotnictwo angielskie z kolei. A ci, co się uratowali, wyskakiwali z okrętu i płynęli w stronę brzegu, to znowu z lądu byli ostrzelani przez Niemców. Tak że ojciec zginął w Neuengamme.




Warszawa, 21 sierpnia 2006 roku
Rozmowę prowadził Tomek Żylski

Zobacz także


podporucznik

Wiesław Antoni Szulc „Czesław Burzyński”

Nazywam się Wiesław Szulc, urodzony w 1925 roku w Warszawie. Pseudonim „Czesław Burzyński”, ostatni...

więcej
porucznik, zastępca dowódcy

Mieczysław Urbaniak „Różyc”

Mieczysław Urbaniak, [urodzony] 23 października 1919 [roku] w Konstancinie Jeziornie, pseudonim...

więcej
zastępca dowódcy plutonu, plutonowy podchorąży

Janusz Zaboklicki „Wilson”

Janusz Zaboklicki. Urodzony 6 sierpnia 1921 roku w Warszawie. Pseudonim „Wilson”. W Powstaniu...

więcej
sanitariuszka

Zofia Skorupska „Bogusia”, „Bogumiła”

Zofia Skorupska urodzona 12 maja 1925 roku w Warszawie, pseudonim „Bogusia”, „Bogumiła”....

więcej