Tadeusz Andrzej Goldmann „Dudek”

Archiwum Historii Mówionej
Nazywam się Tadeusz Andrzej Goldmann, urodziłem się 4 stycznia 1933 roku w Warszawie, w mieszkaniu własnym przy ulicy Wspólnej 63 B mieszkania 13. Pochodzę z rodziny warszawskiej w drugim pokoleniu. Ojciec mój, Tadeusz Goldmann, był wysokim funkcjonariuszem Policji Państwowej. Ojciec był z 1895 roku. Najsampierw, jeszcze za czasów Komitetu Obywatelskiego, kiedy Warszawa była pod rządami gubernatora Hansa Besselera, wstąpił do Straży Obywatelskiej, w 1919 roku do Policji Państwowej. W 1923 roku został przeniesiony do urzędu śledczego. Wybuch wojny zastał ojca na stanowisku kierownika centralnej agentury śledczej Policji Państwowej. Dlaczego tak dużo mówię o ojcu? Bo to ważne i miało znaczenie w moim dalszym życiu. Cała rodzina po mieczu była rodziną policyjną. Dwaj bracia ojca również byli policjantami, jeden starszym przodownikiem, drugi służył w policji konnej. Trzeci brat pracował w Urzędzie Rady Ministrów jako urzędnik państwowy. Była to rodzina szanująca prawo i stojąca na straży praw obywatelskich.
Może tu dodam, że polska przedwojenna Policja Państwowa była kształtowana na wzór angielskich bobbies, policjantów, którzy chodzili bez broni, byli widoczni na ulicy i udzielali jak najdalej idącej pomocy każdemu, kto o to poprosił. Policjanci dzielnicowi przed wojną w swoich rewirach, w swoich dzielnicach, sprawdzali ceny w sklepach, czy jest czysto, czy nie ma jakiegoś niepożądanego elementu i tak dalej. Wynagrodzenie poza gażą, przeróżne premie, dostawali nie za wykrycie przestępstw, a za udaremnienie przestępstwa. Jakiekolwiek nadużycia były surowo karane, również usunięciem dyscyplinarnym ze służby, tak samo jak [za] picie alkoholu. Wychowywałem się w takiej rodzinie, która szanowała prawo, strzegła go i była rodziną patriotyczną. Jako młody chłopak byłem dość oczytany. Domowa biblioteka dostarczała mi wszystkiego tego, co potrzebowałem od wiedzy historycznej o Polsce, o naszych korzeniach. To były książki Gąsiorowskiego, nie wiem, czy dzisiaj jest pamiętany taki pisarz, który napisał między innymi „Huragan”, całą epopeję napoleońską opisał i udział Polski w niej. Walerego Przyborowskiego, Ossendowskiego no i Sienkiewicza – przede wszystkim Sienkiewicza, na którym kształtowałem swoją psychikę. Powiem szczerze, że nie chciałem być Janem Skrzetuskim, tym bardzo świętym człowiekiem. Bardziej mi pasował Kmicic, taki miałem temperament.
Cóż tu mogę jeszcze [dodać]? Moja mamusia, wyjątkowo zacna kobieta, ze zubożałej szlachty podlaskiej, miała jeszcze dwie siostry. Stenię Sankowską, której mąż był także policjantem, starszym przodownikiem. Dodam tutaj, że trudno powiedzieć, co on w policji robił, ponieważ był utalentowanym malarzem i skrzypkiem. Jak przyszedł 1939 rok i ewakuacja policji na wschód, to wziął karabin na plecy i poszedł razem ze swoimi kolegami. Został zamordowany w Ostaszkowie, mamy dokumenty wiarygodne na ten temat.
Mój ojciec pozostał w służbie na wyraźny rozkaz prezydenta Starzyńskiego i w czasie okupacji (tylko na niższym stanowisku) pracował w komisariacie policji kryminalnej na Szpitalnej w Warszawie. W tym czasie, co się dowiedziałem dużo, dużo później, brał udział w konspiracyjnym zakładaniu Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. Była to policja Armii Krajowej. Już w dniu wybuchu Powstania ojciec miał opaskę na ręku, PKB i właśnie działał w dzielnicy Śródmieście Południowe. Był też komisariat tej policji na ulicy Poznańskiej.
Jeszcze powiem o szkole. Zostałem zapisany do prywatnej szkoły w pobliżu domu, na ulicy Hożej. To była prywatna szkoła pani Jadwigi Kowalczyk, a kierowniczką tej szkoły była pani Stopczykowa, która mieszkała w tym samym domu co my. Tam ukończyłem trzy klasy, pierwszą, drugą i trzecią. A że poszedłem do tej szkoły z doskonałą znajomością pisania i czytania, więc na początku zacząłem się nudzić. W mojej klasie była nauczycielka, pani [Irena Capkowa], która jak zabrała się za mnie, to już właściwie nie nadążałem z odrabianiem lekcji, które mi zadała. Nowe lektury, pisanie nowych wypracowań, więc pracowałem ciężko. W 1943 roku Niemcy postanowili zlikwidować wszystkie prywatne szkoły w Warszawie, a pozostawić tylko szkoły publiczne. Ojciec mnie zapisał do takiej szkoły, która była na ulicy Braci Śniadeckich. Szkoła moloch, 500–600 dzieci. Fatalnie się w tej szkole czułem, niezbyt chętnie do niej chodziłem i przed ukończeniem roku szkolnego z zaprzyjaźnionymi chłopcami (jeden z nich to Zbigniew Krzęczko, drugi to Janusz Pawiński, a trzeci Daruś Ptaszyński, notabene kuzyn, też ze Wspólnej spod 59) postanowiliśmy zgromadzić ekwipunek, jakąś żywność trwałą, o którą wcale nie było łatwo, jakąś broń podręczną, papierosy jako wymienny towar.
Pewnego dnia w trybie alarmowym ogłosiłem zbiórkę, która miała miejsce w kaplicy, w domu pogrzebowym hrabiów Przeździeckich. W pobliżu kościoła pod wezwaniem Apostołów Świętych Piotra i Pawła była kaplica. To był mój kościół. Skoro jestem przy tym kościele, to powiem, że tam był ochrzczony mój ojciec, brał ślub, ja byłem ochrzczony i brałem ślub. […] Uciekliśmy do lasu. Pojechaliśmy pociągiem, tłok niesamowity, nie dostalibyśmy się do niego. To były wagony starego typu, które miały brankardy z przodu i z tyłu wagonu. Poszliśmy do kolejarza, że mamy specjalną misję i żeby nas gdzieś ulokował. Wsadził nas do takiego brankardu za sto papierosów, które się nazywały „Junaki”, popularnie nazywane gwoździami do trumny, ponieważ były strasznie piekące i niezdrowe. Dojechaliśmy w ten sposób do Warki. Już było po zmierzchu. Dziadek Janusza Pawińskiego, jednego z moich kolegów, [mieszkał] o kilka kilometrów za Warką. Myśmy powędrowali tam pieszo. Żeby nikogo w nocy nie budzić, weszliśmy do stodoły. W sąsieku tej stodoły znaleźliśmy starego polskiego Fiata, ukrytego pod słomą. Tam się ułożyliśmy do snu, zasnęliśmy niesamowicie twardo. Rano słońce [zajrzało] przez szpary w deskach stodoły i [usłyszałem] głos mojego ojca na podwórku, zdrętwiałem. Pozostawiliśmy listy pożegnalne, że idziemy walczyć za ojczyznę, że chcemy do Armii Krajowej, że chcemy do Kampinosu i że nie ma mowy. Dodam jeszcze, że ukradłem ojcu jeden z pistoletów. Miał dwa swoje prywatne, plus służbową broń. Służbową broń miał visa, a tu miał mausera i coś jeszcze. Ojciec z tego łatwo wywnioskował, że prawdopodobnie wybraliśmy się w kierunku na Warkę. Skontaktował się z rodzicami [moich kolegów] i pani Pawińska mówi: „Tam dziadek jest, to na pewno tam”. Tak zgarnął nas jak niepysznych, przywiózł do Warszawy ze smutkiem wielkim. Ale muszę oddać honor mojemu ojcu, że lania nie dostałem. Pobudki [patriotyczne] dla niego były tak oczywiste, że jakoś to się rozeszło po kościach. Mama jakieś restrykcje próbowała na mnie nakładać, ale wkrótce wybuchło Powstanie i wszystko się wtenczas ułożyło inaczej.

Chciałabym jeszcze zapytać, jak pan pamięta sam wybuch wojny, 1 września?

Doskonale pamiętam. Może jeszcze tutaj taka dygresja, że Praga w minionych wiekach była ciężko doświadczona, była rzeź Pragi. Na Pradze mieszkał jeden z braci ojca, też policjant, Jan Goldmann z synem Janem Goldmannem i Wacławem Goldmannem, miał trzeciego syna Bolesława, który zginął w wypadku przed wojną. Oni przenieśli się z całą rodziną do naszej babci po mieczu, Józefy Goldmannowej, która miała duże mieszkanie na ulicy Wilczej 45.
Ten Jaś do dziś opowiada, jaki on dramat przeżył w 1939 roku. Warszawa była przedmiotem nalotów niemieckich, bombardowań. Na ulicy Wspólnej, doskonale pamiętam, narożny budynek Wspólna róg Marszałkowskiej po stronie nieparzystej – dwa domy zniszczone. W czasie okupacji tam nakazano zrobić zbiornik przeciwpożarowy, woda tam była. Ciocia moja, Stefa Sankowska, już osierocona, bo Stach poszedł na wschód, nie mogła się dostać do swojego mieszkania. Mieszkała w Alejach Jerozolimskich, bardzo ładne mieszkanie, z dwoma córeczkami, moimi siostrami ciotecznymi, Krysią i Hanią. Pocisk artyleryjski wpadł do kuchni i zarwał podłogę. Dalej w amfiladzie były jeszcze trzy pokoje, do których nie można się było dostać. Zamieszkała u sąsiadów i potem przy pomocy mojego ojca podłoga i więźba została odbudowana. Pamiętam, że było wspaniałe cieplusieńkie lato. Mieliśmy odbiornik radiowy, pamiętam komunikaty: „Uwaga, uwaga nadchodzi. Koma trzy dziesięć, przeszedł”, których nikt nie rozumiał, nie wiadomo było, o co chodzi.
Stan oblężenia trwał ponad dwadzieścia dni, potem kapitulacja. Weszli Niemcy i od razu zaczęły się rozstrzeliwania, mordy, wywózki, wkrótce były Palmiry, był Wawer, przeróżne dramatyczne, tragiczne rzeczy, o których nie można zapomnieć, to się po prostu pamięta. Tu dodam jeszcze, że mój kościół parafialny pod wezwaniem Świętych Ąpostołów Piotra i Pawła bardzo ucierpiał, ponieważ w pobliżu był skład amunicji. Był piękny starodrzew wokół kościoła, bo to był dawny Cmentarz Świętokrzyski. Tam przed wiekami, stała polska kawaleria. Kościół został zbombardowany i ta kawaleria. Tam były jatki, konie, ludzie pomordowani. Ten kościół został właściwie bardzo mocno uszkodzony, zniszczony, bez dachu. Podczas okupacji został przez parafian odbudowany, ale już nie w tak pięknym kształcie. Jeszcze na koniec powiem, że Niemcy po kapitulacji Powstania wysadzili ten kościół do parteru, nic z niego nie zostało. Znowu został odbudowany. Napisałem na ten temat krótki esej, ponieważ dostałem dwie płyty, na których były ukazane wszelkie straty, jakie Warszawa poniosła w czasie drugiej wojny światowej, w czasie Powstania i po Powstaniu. Ten kościół był tam pominięty, a mała kapliczka Świętej Barbary, która stała akurat przy tym kościele, została opisana. Byłem tym mocno zaskoczony i wysłałem dokładne dane. Miało to zostać zamieszczone, odpisano mi.

Chciałam zapytać, czy pan jako dziecko wiedział, co się dzieje, czy później pan się dowiedział? Czy rodzice opowiadali panu na przykład o Palmirach?

Wiedziałem, przecież były plakaty o tylu i tylu rozstrzelanych, zamordowanych, zabitych. Już po wojnie się dowiadywałem kto, że między innymi Kusociński, nasz wspaniały biegacz i olimpijczyk.

Bał się pan?

Nie, to jest zadziwiająca historia. Byłem pozbawiony uczucia strachu, ale prawdopodobnie dlatego, że byłem na tyle głupi, żeby się nie bać. Już jak byłem dorosły, to były chwile, kiedy się bałem. Natomiast jako dziecko [nie] i to mi bardzo pomogło w Powstaniu… Ludzie wokół nas ginęli jak muchy. Miałem wielkie szczęście, bo odniosłem tylko nieznaczne kontuzje, o których potem wspomnę. Powiem szczerze, nie bałem się i doskonale rozumiałem sytuację. […]

Jak pamięta pan atmosferę przed samym wybuchem Powstania? Czy pan wiedział, że się coś szykuje?

Wszyscy wiedzieliśmy, trudno było nie wiedzieć. Biegałem w Aleje Jerozolimskie patrzeć, jak ta hołota ucieka w rozsypce, jak pędzi przed sobą bydło zarekwirowane u gospodarzy. Jakieś taratajki, jakieś wózki, to nie było niemieckie wojsko, to była banda obszarpańców. Szkoda tylko, że nie poszedłem wówczas na most Kierbedzia, bo tam szły dywizje pancerne ekstra, z powrotem w tą stronę. Poza tym cała Warszawa wrzała. Bo [teraz] się mówi, że Powstanie nie powinno wybuchnąć, że naraziło naród polski na utratę skarbów kultury, biblioteki spopielone, tyle ludzi zginęło. Stolica naszego kraju legła w gruzach. Ale przecież to Powstanie by wybuchło, bez względu na wszystko, co działo się wówczas. Ludzie sami by chwycili za broń, bez pytania. Dzisiaj wiem, że nawet zachodziła taka ewentualność, że być może tak zwane odłamy prosowieckie (PPR, Armia Ludowa) nadawaliby ton Powstaniu i wówczas wszystko to mogłoby mieć inny przebieg. Wówczas, niewykluczone, że bylibyśmy republiką radziecką. Ale ta hekatomba, te ofiary, ta najwspanialsza młodzież…
Jak pan pamięta 1 sierpnia?

Pamiętam doskonale. 1 sierpnia przy pięknej pogodzie, kiedy już wszystko drgało w Warszawie właśnie w kierunku chwycenia Niemców za gardło, wybucha Powstanie. Pamiętam mieszkańców naszego domu, notabene bardzo sympatycznych ludzi, którzy z wielką radością… Flagi biało-czerwone naprędce szyte, wywieszane wszędzie. Śpiewy: „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Boże coś Polskę”. Na podwórku mieliśmy figurę Madonny, o której będę pisał: „O Madonnie z mojego podwórka”.
[Pamiętam] jeden bardzo smutny akcent. Około godziny dziewiętnastej przynoszą na nasze podwórko zabitego młodego powstańca, pierwszy poległy ze Wspólnej. Został zabity na ulicy Emilii Plater i to nawet wcześniej, zaraz po siedemnastej. Na terenie dawnego Ogrodu Pomologicznego były baraki z lotnikami niemieckimi. Oni chwycili za broń, od razu zaczęli strzelać i ten młody człowiek zginął. Potem został ściągnięty i pochowany u nas w papierowym worku. Na podwórku był klomb, na którym stał piękny jesion, a pod tym jesionem nasza Madonna, ładna rzeźba w drewnie. Ten człowiek został tam pochowany. To było coś takiego, co mną wstrząsnęło, że już ktoś zginął. Potem się z tym oswoiliśmy, bo ludzie wokół ginęli.
Jeśli chodzi o ulicę Wspólną i nasz dom, to 7 sierpnia na dach naszego domu spadła bomba, zasobnik z fosforowymi bombami zapalającymi. Te bombki były maleńkie, wielkości szklanki, ale było ich kilkadziesiąt. To płonie w sposób niesamowity. Mieszkańcy ratowali dom, zrzucali bombki cęgami na podwórko i na jezdnię przed domem. Ale dom był nie do uratowania. Postanowiono wyrzucać meble z najwyższych pięter, żeby ogień się nie przeniósł, co było bez sensu, bo stropy, podłogi i klatki schodowe były drewniane, więźbę miały całą drewnianą. Myśmy mieszkali na trzecim piętrze i tu jest zadziwiająca historia, bo meble z sypialni rodziców z czarnego dębu, wyrzucane były na podwórko, między innymi bieliźniarka z pięknym weneckim lustrem rozbiła się w drzazgi, a lustro całe. Niesamowita historia. Większość naszych cenniejszych rzeczy już w pierwszych dniach Powstania była wyniesiona do piwnicy. Wkrótce potem została zakopana, jak już zmierzało w kierunku kapitulacji. Nie ocalało nic, szabrownicy zabrali wszystko, dół był rozkopany. Tak więc pierwszy dzień utrwalił mi się śmiercią młodego powstańca.

Proszę opowiedzieć, jak wyglądały pana walki w czasie Powstania, co pan robił, gdzie?

Chłopak jedenastoletni nie może walczyć, bo nie ma warunków ku temu. Byli chłopcy, którzy rzucali butelki na czołgi. Do nas nie dotarł ani jeden czołg, były postawione barykady. W pierwszych dniach wszyscy jak jeden mąż stanęli do tego, żeby fortyfikować domy, zabezpieczać okienka piwniczne, zabezpieczać okna parteru i pierwszego piętra, żeby Niemcy nie mogli się wedrzeć. Moje walki polegały na tym, że nalałem do kilku butelek benzyny, może zaniosłem kilka listów. Przypadkowo zupełnie odkryłem, że zrobione jest moje zdjęcie z Powstania. Zadziwiająca historia. „Albatros” Kasprzak, czternastoletni wówczas „Zawiszak”, organizator poczty harcerskiej… Była stanica harcerska na Wilczej 41, siedzę tam przy stole i coś jem, jest to w książce „Albatrosa”. Całe moje działania to, kiedy potrzebna była woda, potrzebna była pomoc ludziom, potrzebne było przeprowadzanie człowieka, który mówi: „Chłopcze, mieszkałem w Alejach Jerozolimskich i chcę tam wrócić”. Mówię: „Na tamtym kierunku nie mam rozeznania” – bo trzeba było przejść do Marszałkowskiej, przejść tunelem Marszałkowską i później Kruczą czy do Nowego Światu, żeby przejść. Ja tam nie chodziłem. Chodziłem Wspólną, Hożą, Poznańską, Emilii Plater, Mokotowską, fragmentem Polnej, Koszykową, Śniadeckich. To był rejon, w którym się poruszałem.
Albo osiemnastego, albo dziewiętnastego – w połowie września – trzy sztukasy niemieckie tak zbombardowały ulicę Wspólną, że prawie żadnego całego domu nie było. To wszystko potem zobaczyłem, tego nie widziałem na własne oczy, bo to były dalsze odcinki Wspólnej, za Marszałkowską, w kierunku placu Trzech Krzyży. Ale na zdjęciach to było.
Jeszcze w tym samym okresie byłem u wujostwa Błeszyńskich na ulicy Koszykowej 43. Tam był mój brat, w moim wieku, Rysio Błeszyński, już nieżyjący. Poszliśmy tam z Darusiem Ptaszyńskim, który też nie żyje. Staliśmy w bramie tego domu i był z nami słynny atleta, zapaśnik w stylu wolnym Aleksander Garkowienko, który w 1935 roku wywalczył mistrzostwo świata w barwach polskich, choć sam był z pochodzenia Ukraińcem. Jemu się powodziło lepiej niż nam, dlatego że Ukraińcy u Niemców mieli dobrze. Mieli kartki do niemieckich sklepów specjalnych Meinla i tak dalej. Ale on był zaprzyjaźniony z moim wujostwem i co mógł, to im z tej żywności dawał. Stoimy i rozmawiamy. On był bardzo pogodny, wesoły, jak małe dzieciaki były, to ich zabawiał, na rękach chodził, cuda robił. Doskonale wysportowany choć miał 135 kilo żywej wagi. W pewnym momencie w tej bramie robi się ciemno, a to było przecież słoneczne popołudnie wrześniowe. Głuchnę, nie wiem, co się ze mną dzieje. Po bliżej nieokreślonej chwili odzyskuję przytomność. Pył ceglano-wapienny wypełnia tą bramę. Mówię: „Daruś!”. Daruś się podnosi i przewraca, ma nogę urwaną pod kolanem. O dziwo krew, mimo że są tętnice, schodzi gęstymi skrzepami. Nadzwyczajna samoobrona organizmu, coś niesamowitego. Ale wszyscy jesteśmy czymś mokrym, lepkim oblepieni. Garkowienko rozerwany na strzępy. Byłem świadkiem śmierci Aleksandra Garkowienko. Wydarzenie, o którym się po prostu nie zapomina.
Wracając do Darusia Ptaszyńskiego – szpital polowy był na Koszykowej, w budynku Architektury. To była placówka Politechniki Warszawskiej. Tam Darek mdlał i wracał do przytomności, chirurg mu nogę piłą wyrównywał bez znieczulenia, bo już nie było żadnych środków, a środki opatrunkowe to właściwie papier. To się wierzyć nie chce. Zszył mu to wszystko i Darek tak został. Po kapitulacji, po naszym wyjściu z Warszawy, został ewakuowany do Krakowa do szpitala. Tam został wyleczony, dostał protezy szwedzkie. Wrócił do Warszawy, ukończył medycynę i był lekarzem, pulmonologiem. Ożenił się, zmarł w 2000 roku. Starszy był ode mnie rok, półtora.

Czy mógłby pan opowiedzieć, jak wyglądało przeprowadzanie osób?

To było bardzo prosto. Już w pierwszych dniach Powstania zostały przebite przejścia między poszczególnymi kamienicami, bo nie można było przecież chodzić ulicą, która była pod ostrzałem. Wrócę jeszcze do Wspólnej, bo tam ciekawe rzeczy się działy. Były przejścia do ulicy Hożej i z ulicy Hożej były przejścia przy barykadach dalej, w kierunku ulicy Wilczej. Wszystkie te przejścia znałem, więc mogłem każdego aż do Braci Śniadeckich (czyli tuż przy placu Zbawiciela) doprowadzić i do Marszałkowskiej. Po prostu szedłem pierwszy i kto chciał tam trafić, szedł za mną. Każdy, kto tam był, znał Warszawę, ale wiedział, jak się chodzi górą, nie wiedział, jak się chodzi dołem. Tak to mniej więcej wyglądało.

Dużo osób pan tak przeprowadził?

Myślę, że kilkadziesiąt. Przecież wybuch Powstania zaskoczył ludzi, byli poza swoimi miejscami zakwaterowania, poza miejscami zamieszkania. Nawiasem mówiąc, Batalion „Zaremba-Piorun” powstał na bazie dwóch kompanii „Łużyce”, które były przewidziane do zupełnie innych zadań. Tylko oni już nie mogli się dostać na Okęcie, oni mieli walczyć o lotnisko na Okęciu. Na lotnisku były niewielkie walki, a ci zostali, oni byli trzonem Batalionu „Zaremba-Piorun”. […] Na Wspólnej gdzie byłem i próbowałem być użyteczny w Powstaniu… Może dodam, że to nieparzysta strona ulicy i najbliższe numery były 63, 63A i 63 B. Mój dom, który spłonął w siódmym dniu Powstania. Po drugiej stronie ulicy byli Niemcy. Tylko dwa chodniki, jezdnia i Niemcy. Cały czas ulica była pod ostrzałem. Bazę swoją mieli w urzędzie telekomunikacyjnym na rogu Nowogrodzkiej i Poznańskiej. Nawiasem mówiąc, ten budynek ocalał i w tym pięknym architektonicznym kształcie jest do dzisiaj. Tam mieli umocnione wszystko. Na Wspólną wypuszczali miny na gąsienicach, tak zwane goliaty. Taki jeden „goliat” uderzył tuż przy bramie naszego domu. Na pierwszym piętrze naszego domu było stanowisko ogniowe urządzone na balkonie. Balkon się zarwał, cudem nikogo akurat w tym czasie nie było.
Może jeszcze powiem, że jak płonęły kamienice, to nie można się było nawet schronić do bramy, ani do piwnicy, bo był taki upał, że tam prawdopodobnie by się chleb upiekł. Tak że trzeba się było wycofywać stamtąd. Tych „goliatów” Niemcy w sumie (to się dowiedziałem oczywiście po wojnie) wypuścili na Wspólnej dziewięć, z których trzy zostały zawrócone. Był [powstaniec] świetnie rzucający granatami – ciężki granat się nazywał X1– jak „goliat” wychodził na ulicę, puszczony z bramy sąsiedniej vis-à-vis, on tymi granatami je atakował. Zdarzyło się dwukrotnie, że taki „goliat” zawrócił, jeden eksplodował na jezdni, a drugi wjechał z powrotem do bramy, do Niemców, no i tam urządził im jatki solidne. To tyle o Wspólnej.
Może jeszcze powiem, że Wspólna obroniła się do końca i taka sytuacja była od pierwszego dnia Powstania – ten kwartał, ulica Wspólna od ulicy Emilii Plater do ulicy Poznańskiej, do ulicy Marszałkowskiej, do placu Trzech Krzyży. Po stronie nieparzystej była cały czas od początku do końca w rękach oddziałów polskich akowskich. W pierwszych dniach Powstania zalążki Batalionu „Zaremba-Piorun” atakowały stanowiska niemieckie w obrębie tego kwartału ulic, o którym mówię, i zdobyły je, choć nawet często z dużymi stratami.
Było jeszcze smutne zdarzenie na Wspólnej. Był bardzo dzielny człowiek, przedwojenny porucznik Ciesielski-Cymerman. Srodze dał się Niemcom we znaki, zdobyli jeden dom na ulicy Tadeusza Żulińskiego. Ulica Tadeusza Żulińskiego to jest króciusieńki odcinek od Marszałkowskiej do Poznańskiej. Teraz tak się nie nazywa, dalej jest Żurawia. Znaleźli w jakimś domu wino. On, jego dwóch kolegów i dwie sanitariuszki napili się tego wina i wszyscy umarli. Wino było zatrute.
Ojciec mój wpadał raz na kilka dni do naszej piwnicy i przynosił nam [jedzenie]. Raz kilka kilogramów jęczmienia z browaru „Haberbusch & Schiele”, który mama w normalnym młynku do kawy mieliła i robiła z tego placki. Raz nam przyniósł sztuczny miód, próbował nam pomagać. Może tu dodam jeszcze, że mieliśmy niewielkie zapasy, bośmy się liczyli z tym, że front będzie przechodził, że kilka dni nie będzie zaopatrzenia. Mama miała co najmniej na tydzień suchary zrobione z chleba komiśniaka. Ten chleb był fatalny, bo pieczono go z dodatkiem mączki kasztanowej, w ogóle był obrzydliwy. Była jakaś mąka, był tłuszcz, olej, coś było w domu. Ale jak Powstanie wybuchło, to przecież w pierwszych dniach Armia Krajowa nie miała kuchni polowej. Właściwie nie mieli co jeść. Moja mama z zapasami i sąsiadki natychmiast uruchomiły stołówkę dla powstańców. To miało wystarczyć na jakiś czas, ale po kilku dniach wyszło. Potem już było nieciekawie. Byłem zawsze głodny, do dzisiaj nie wychodzę z domu, jak nie zjem śniadania.

Tata opowiadał, co się dzieje na górze?

Kompletnie nic mi w tym czasie ojciec nie mówił. Potem powiedział, że wyłapano wielu kryminalistów, którzy rabowali ludzi. Korzystając z zamieszania rabowali mieszkania. Wyłapywali też i rozstrzeliwali na miejscu tak zwanych gołębiarzy. To byli albo folksdojcze, albo Niemcy, którzy strzelali z dachów. Nazywano ich „gołębiarzami”, strzelali po prostu do ludzi, strzelali do powstańców. To między innymi było zadanie ojca. Ale generalnie nic nie chciał mówić i zaraz po wojnie bardzo prosił, żeby nie wracać do tego tematu.
Może jeszcze powiem o ojcu, że w swojej naiwności sądził, że się przyda w organizacji policji po wojnie i zgłosił się. Powiedzieli: „Musicie obywatelu wyrobić sobie świadectwo o waszej przydatności”. […] Ta służba ojca w policji będzie rzutowała na moje dalsze życie. „W związku z podaniem z 29 lipca 1945 roku, komisja rehabilitacyjno-kwalifikacyjna dla byłych funkcjonariuszy Policji Państwowej prosi o nadesłanie dwóch fotografii oraz podanie stopnia służbowego”. Jest potwierdzenie przyjęcia wniosku i opłat wszystkich. Potem tak to wyglądało.

Czyli zaświadczenie o…

Rehabilitacyjne, że mój ojciec jako policjant ani przed wojną, ani w czasie okupacji nie splamił swojego honoru jakimś niecnym czynem. Nawiasem mówiąc takie zaświadczenia to Służba Bezpieczeństwa i NKWD wydawały. Ojciec w oparciu o takie świadectwo poszedł, że chce wstąpić do Policji Państwowej i ją organizować jako kryminolog i oficer przedwojenny, że będzie przydatny w walce z przestępczością. Od razu mu wyperswadowali, gdzie on może swoje umiejętności wsadzić i że jest im do niczego niepotrzebny w policji. Pozostawał bez pracy, dopiero po jakimś czasie dostał pracę kierownika brygady ochrony skarbowej w Ostrowii Mazowieckiej, dziewięćdziesiąt osiem kilometrów od Warszawy, gdzie się przenieśliśmy, i [miał] oficjalny zakaz zamieszkania w Warszawie, że nie ma prawa wrócić do Warszawy. 1 stycznia 1950 roku (w tym czasie byłem w drugiej klasie gimnazjalnej w Ostrowii Mazowieckiej; bardzo dobre gimnazjum nawiasem mówiąc) ojca zwolniono z pracy. Po latach dowiedziałem się, że był niepublikowany okólnik, żeby wszystkich przedwojennych policjantów, oficerów, urzędników państwowych pozbawić pracy. Ojciec w wieku pięćdziesięciu pięciu lat pozostał bez pracy, nikt go do pracy nie chciał przyjąć i pozostaliśmy bez środków do życia. Matka próbowała pracować, też wykształcona kobieta, ale nawet na sprzątaczkę jej nie chcieli w Ostrowii Mazowieckiej, „czarny bilet”. Poszedłem do pracy, ale pod warunkiem, że wstąpię do PZPR-u, że zostanę tak zwanym kandydatem. Nie miałem wyjścia i wstąpiłem. Przyjęli mnie na kandydata i dostałem pracę kontysty w PSS-ie. Wkrótce się przeniosłem do PZGS-u (Powiatowy Związek Gminnych Spółdzielni). Tam dostałem lepsze stanowisko, lepsze uposażenie i byłem w stanie utrzymywać siebie, matkę i ojca. To wszystko się raptem skończyło, jak mnie w 1953 roku wcielili do wojska i rodzice zostali bez środków do życia.
Tu dodam, że biżuteria, która przy mamie była, poszła na jedzenie jeszcze podczas okupacji, kiedy już po kapitulacji (bo myśmy wyszli 7 października) zostaliśmy rozdzieleni w Pruszkowie. Ojca wysłano do Niemiec, uciekł w Katowicach, nie dojechał do Niemiec; mamę do Kocmyrzowa, a mnie z chłopcami, wyrostkami, załadowano na odkryte wagony towarowe i wieziono trzy dni i trzy noce. To się wierzyć nie chce. A deszcz siąpił w tym październiku non stop. Tam, gdzie się pociągi zatrzymywały, to ludzie nam rzucali chleb, jakieś jedzenie, wodę podawali. Ale bez sanitariatu, bez niczego, to była koszmarna podróż. Wreszcie dowieźli nas na bocznicę przy fabryce papierosów w Czyżynach, rozładowano nas do baraków i powiedziano, że tam będziemy pracować. Zresztą to wszystko dość szybko się skończyło, bo w połowie… tak, to był chyba 16 stycznia 1945 roku Rosjanie zajęli Kraków. Właściwie Niemcy wycofali się prawie bez strzału. Kraków ocalał, choć był zaminowany. Zostałem uwolniony, mama mnie odnalazła, tata mnie odnalazł i tam byliśmy krótki czas, zanim wyruszyliśmy pieszo do Warszawy. Takie były perypetie. Pamięta pan dokładnie moment wyzwolenia, jak to wyglądało?

Pamiętam… To mi się bardzo utrwaliło. Myśmy tam byli permanentnie głodni. W nocy nas wyzwolono, rano się obudziliśmy już bez Niemców. Wyszliśmy i opodal była polowa kuchnia żołnierzy rosyjskich. Gotowali wielkie kawały krowy z kaszą. Jak zobaczyli nas, że my tacy głodni, to wyciągnęli wielki kawał mięsa z kością i rzucili nam. Myśmy zaczęli to dość łapczywie jeść. Pamiętam to również dlatego, że rozchorowałem się, dostałem krwawej dyzenterii i gdyby nie człowiek w Czyżynach, który miał dobre francuskie wino… Tym winem czerwonym mnie wyleczył z tego i jakoś stanąłem na nogi.
Pamiętam także to wszystko, co się działo potem. Mieszkaliśmy w domu gminnym, już w trójkę z rodzicami, a obok stacjonowali żołnierze rosyjscy. Jeden z nich zgwałcił dziewczynę z sąsiedztwa. Przyszło NKWD, zrobiło mu pokazowy proces i rozstrzelali go pod stodołą za ten gwałt. Wprowadziło mnie to w ogromne zdumienie, że tak się uwinęli, bo normalnie nie zwracali na to uwagi. Przecież każda zajęta miejscowość to było: „Armia radziecka, macie trzy dni na rabunek, gwałty. Róbcie co chcecie”. Przynajmniej na Warmii tak było, to z pewnością, bo tutaj już tyle lat mieszkam, od 1953 roku. Pozostałem w wojsku w charakterze tak zwanego podoficera nadterminowego. Walczyłem o mieszkanie, żeby rodziców zabrać i jakoś się już urządziliśmy tutaj w trójkę. Tak że pamiętam moment wyzwolenia, tą wielką kość z mięsem, kawał ochłapów, chorobę. Takie właśnie było to wyzwolenie.

Ile czasu potem szli państwo do Warszawy? Doszli państwo?

Trochę jechaliśmy, bo podwozili nas, trochę szliśmy. Myślę, że to trwało około tygodnia. Po drodze ludzie nas żywili i dotarliśmy na gruzy. Zatrzymaliśmy się na gruzach i potem te wszystkie [perypetie], kiedy ojciec próbował pracować, więc trzeba było to pisać, tamto pisać, owo pisać. Byśmy w Warszawie, zanim ojciec dostał pracę, umarli z głodu. Mieliśmy zaprzyjaźnionych państwa Romanowskich, którzy mieszkali we wsi Biele, gmina Sochocin, powiat płoński. Oni nas wzięli do siebie, odkarmili, poczuliśmy się lepiej, odzyskaliśmy siły. Potem ojciec dostał pracę i przenieśliśmy się do Ostrowii Mazowieckiej. Pamiętam, jak do Ostrowii szliśmy z tobołkami na plecach. Przeciętny dzień był taki, że człowiek był permanentnie niewyspany, ponieważ nas nękano. Właściwie nękano nas bez przerwy. Człowiek był też bez przerwy głodny, niedomyty, a w końcu Powstania zawszawiony. To wszystko było po prostu niewesołe. Ale tacy chłopcy jak ja specjalnie tego nie czuli z wyjątkiem głodu, który doskwierał. Cała reszta była do zniesienia. I ten zapał, chęć do tego, żeby coś robić, coś użytecznego, coś dla Powstania, coś dla powstańców, coś dla ludzi. Choć myśmy też orientowali się, ci chłopcy, z którymi byłem, że właściwie z dnia na dzień nastroje się pogarszają, szczególnie kiedy Powstanie dogorywało, kiedy dobiegało kresu, to już było smutno. No i ogromna ilość ludzi, którzy zginęli. Przecież tymi ulicami, tymi przejściami, którymi chodziłem… Pamiętam tabliczki, tyle i tyle osób zasypanych, tyle i tyle osób w tym budynku spalonych, tyle i tyle tu pochowanych. Przecież ulice, które nie były pod obstrzałem, zamieniły się w cmentarze. Zdejmowano płyty chodnikowe, kopano groby i wszędzie tabliczki skromne, krzyżyki z dwóch deseczek zrobione. Najsmutniejsze były pogrzeby młodych chłopaków.

Pamięta pan nastroje ludności cywilnej?

Po wielkiej euforii, która była właściwie przez cały sierpień, we wrześniu była radykalna zmiana nastrojów. Ludzie widzieli całą beznadziejność, że tkwimy w punkcie wyjścia, że nie ma broni, że nie ma czym się bić z Niemcami i że to wszystko jest skazane na jedną wielką przegraną. Tak że nastroje obniżały się zdecydowanie. Wielu ludzi nadrabiało miną, wielu ludzi nie dawało poznać po sobie, że są udręczeni. Do takich właśnie należałem, nie czułem się udręczony. Dopiero jak z Warszawy wychodziliśmy, to było już zupełnie smutno. Też szliśmy koło politechniki, pognano nas do Dworca Zachodniego, stamtąd załadowano na wagoniki i do Pruszkowa.
W Pruszkowie były parowozownie, zajezdnie kolejowe, beton, smary, towot. Człowiek był unurzany straszliwie, ale dostaliśmy trochę jedzenia. Były kuchnie polowe z RGO (Rada Główna Opiekuńcza), która za zezwoleniem Niemców, organizowała pomoc żywnościową dla osadzonych. Około sześćset tysięcy ludzi przewinęło się przez Pruszków. Część zwalniano, ale część wywożono na przymusowe roboty, część do obozów koncentracyjnych, a część – tak jak moją mamę – do pociągu i wyrzucić w polu gdzieś w Generalnej Guberni, niech sobie radzą. Jeśli chodzi o nastroje, to rzeczywiście było coraz smutniej i to się wyczuwało. Choć w tym środowisku ludzi, pośród których byłem, nie było jawnego złorzeczenia, narzekania, o czym słyszeliśmy, że gdzieindziej takie rzeczy się zdarzały.

Czy brał pan udział w życiu religijnym?

Oczywiście. Pochodziłem z religijnej rodziny i kościół był mi zawsze bliski. Potem komunia, która się odbyła chyba w 1940 roku u sióstr zakonnych na Hożej, bo w kościele Niemcy nie pozwalali takich wielkich uroczystości robić. Życie religijne w naszym Powstaniu było takie, że figura Matki Boskiej postawiona w 1943 roku, poświęcona przez księdza z parafii, była miejscem modlitw jeszcze przed Powstaniem. Wieczorem godzina policyjna, jeszcze widno w lecie, kobiety, mężczyźni i ja w tym uczestniczyłem z moją mamusią. Odprawiane były modlitwy, odmawiana była litania. Uczestniczyliśmy też w mszach polowych, przyjmowaliśmy sakramenty święte. Tak że księża towarzyszyli nam cały czas, byli z nami i życie religijne kwitło, można powiedzieć. Ludzie szukali też pociechy, szukali jakiejś nadziei, że może będzie jakaś korzystna zmiana. Niestety nie było, sprzedali nas po prostu. Stalin z całą świadomością tą ofensywę zatrzymał przecież na całej linii frontu. Przecież był u niego Rokossowski i jeszcze ktoś, mieli plan operacyjny, że można Warszawę wziąć szturmem, od ręki. Jak zobaczyli… „Nie!”. Przecież Niemcy wycofali z frontu dwie pancerne dywizje „Hermana Göringa” i „Adolfa Hitlera”, potężną artylerię, działa oblężnicze na wagonach. Przecież moździerz „Thor” miotał pociski o wadze dwóch ton, dwóch i pół tony. To właśnie taki pocisk spadł na ulicę Koszykową (potem się zorientowaliśmy). Dwie oficyny kamienic vis-à-vis siebie się zawaliły. Wtenczas, co [zginął] Aleksander Garkowienko i Daruś stracił nogę, to była taka sytuacja, że to był pocisk z moździerza. Część tych pocisków na szczęście nie wybuchała. W fabrykach zbrojeniowych, gdzie pracowali ludzie, którzy byli przeciwko Niemcom, takie zapalniki im wkręcali, że te pociski nie wybuchały. A po wykręceniu zapalnika można było znaleźć kartkę, pisali, dlaczego tak jest. To było źródło fantastycznych materiałów wybuchowych, bo wytapiano z tego trotyl, dziesiątki kilogramów.

Jeszcze chciałabym się zapytać o jakieś pana najmilsze, najlepsze wspomnienie z Powstania. Czy mógłby pan opowiedzieć, jeśli było takie oczywiście?

Myślę, że pierwszy dzień, może kilka następnych, kiedy nam się wydawało – przynajmniej takim chłopcom jak ja – że zwycięstwo jest w zasięgu ręki, że Warszawa będzie wolna. Ale nie utrwaliłem w sobie nic takiego, co by mnie napawało jakąś szczególną radością, z wyjątkiem pierwszego dnia, z wyjątkiem śpiewu, z wyjątkiem wywieszanych biało-czerwonych sztandarów. To jest to.

A najgorsze wspomnienie?

To z Garkowienko, to była wyjątkowo makabryczna sytuacja, dlatego że to był straszny widok, wnętrzności na człowieku... W życiu się z tym nie spotkałem. Właściwie nigdy się nie bałem, przecież w wojsku potem pracowałem w służbie zdrowia, przez wiele lat byłem szefem izby chorych dużej jednostki centralnego ośrodka. Miałem inklinację, żeby nieść pomoc ludziom, ale to było wstrząsające przeżycie, które nieraz potrafiło mi się przyśnić.

Proszę na koniec jeszcze powiedzieć jakąś swoją osobistą refleksję na temat Powstania, może coś, czego nikt wcześniej nie powiedział. Może czuje pan, że coś powinno być dopowiedziane?

Myślę, że to wszystko, co mówię, to było już wielokrotnie powiedziane. Trudno jest coś takiego naprawdę odkrywczego w tej sytuacji powiedzieć. Mogę tylko powiedzieć to, że nie żałuję, że straciliśmy dorobek życia, że straciliśmy mieszkanie, że nigdy nie wróciliśmy do Warszawy. Zupełnie tego nie żałuję i nigdy nawet mi przez myśl nie przeszło, że ktoś tu zawinił, że źle się stało. Przecież głosy na temat Powstania są wysoce polemiczne. Specjalnie się tym interesuję, mam swoje prace na ten temat i są dziesiątki innych. Jest taki inżynier w Kanadzie, nazywa się Sidorowicz. Miał dziewięć lat, jak wybuchło Powstanie i musiał opuścić swoje mieszkanie. Mieszkał na ulicy Flory, zaraz była niemiecka dzielnica mieszkaniowa przy placu Unii Lubelskiej, aleja Szucha, Litewska i te wszystkie uliczki. Tam powstała niemiecka dzielnica mieszkaniowa. Oni mieszkali jeszcze w części polskiej i potem byli gnani, męczeni, mordowani przed czołgami. On sobie wziął na kieł, że Powstanie to zbrodniczy wymysł, że nie wolno było dopuścić do hekatomby, do mordu na całym mieście, do takich strat kolosalnych, do zniszczenia dorobku kultury. Ja tak nie myślę, bo jestem przekonany (co wielu ludzi starszych ode mnie, bardziej wykształconych, bardziej doświadczonych, którzy analizowali tą sytuację, jaka istniała w 1944 roku, mówi wyraźnie), że Powstaniu zawdzięczamy to, że Polska była innym krajem w bloku sowieckim. Niektórzy nas nawet nazywali najweselszym barakiem w tym bloku i że nie doszło do całkowitego zniszczenia naszej ojczyzny, pozbawienia jej wszelkich praw.
Jeszcze jedno. Powstanie wykazało, do czego Polacy są zdolni, a w szczególności patriotyczna młodzież. Dlatego nasi nowi okupanci bali się, przeraźliwie się bali mitu, legendy Armii Krajowej, batalionów harcerskich. Dlatego próbowali za wszelką cenę wymordować ich i robili to. Wielu ludzi zostało zakatowanych w ubeckich [więzieniach]. „Anoda” Rodowicz, wyrzucili go z okna. Przecież to jest człowiek, który by nigdy samobójstwa nie popełnił. Ale ten mit i legenda zostały na trwałe. Jeśli dorosłe pokolenia potem czy średnie pokolenia jakoś z tym za blisko nie są, to obserwuję, że młode pokolenie żyje tym, że czerpie z tego naukę, że podziwia to, że widzi w tym wzorce dla postępowania, dla życia, dla ojczyzny, dla patriotyzmu. Tak że to był wielki stos całopalny, ale mający znaczenie dla naszej ojczyzny, dla Polski i dla jej przyszłości. Takie wrażenia mam i takie myśli.


Olsztyn, 4 września 2008 roku
Rozmowę prowadziła Justyna Kasparek
Tadeusz Andrzej Goldmann Pseudonim: „Dudek” Stopień: cywil, służba pomocnicza Formacja: Batalion „Zaremba-Piorun” Dzielnica: Śródmieście Południe Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter