Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Tadeusz Kondracki „Gryf”
Tadeusz Kondracki
pseudonim
„Gryf”
stopień
strzelec
formacja
Pułk „Baszta”
dzielnica
Mokotów
Zobacz biogram

Nazywam się Kondracki Tadeusz, mam osiemdziesiąt lat, mieszkam w Warszawie.

  • Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie.

Urodziłem się w Mławie i tam przebywałem prawie do początku wojny. Ponieważ to było blisko granicy z Prusami Wschodnimi, przenieśliśmy się później z rodziną do Legionowa. Mieliśmy tam fajne mieszkanie w lesie. Później, jak skończyłem szkołę podstawową w Legionowie (szkołę powszechną, tak wtedy się to nazywało) przenieśliśmy się do Warszawy, gdzie mieliśmy drugie mieszkanie na placu Wilsona. Zacząłem chodzić do szkoły imienia Księcia Józefa Poniatowskiego – gimnazjum i liceum – na komplety. Jednocześnie, żeby mieć jakąś legitymację przeciwko Niemcom, czymś się legitymować, chodziłem do szkoły handlowej, jak wszyscy koledzy z „Poniatówki”. Nauka w tej szkole była raz w tygodniu, dwa razy czasami, ale [chodziłem tam] tylko po to, żeby była legitymacja w razie jakiejś rewizji. To był wydział księgowości. Był taki rezultat, że jak przyszedł okres stawiania stopni, to profesor powiedział: „W której jesteś klasie »Poniatówki«?”. – „W czwartej”. – „To masz piątkę. A ty w której?”. – „W drugiej”. – „To masz trzy plus”. Tak to się odbywało, bo wszyscy profesorowie wiedzieli, że to była tylko przykrywka.
Mam dwie starsze siostry, obydwie były w „Zośce”. Najstarsza z sióstr, Alina, miała sympatię i przez niego dostałem się w 1943 roku do „Baszty”. Jeszcze nie wiedziałem… Dopiero później nam powiedzieli, że to jest „Baszta”. Byłem w kompanii K-1, dowódcą drużyny był „Pocisk”, taki był jego pseudonim, a sekcji – „Czarny”. To była sekcja minerska. Uczyli tam nas, jak pociągi wysadzać, szyny i tak dalej. Oczywiście, przedtem musieliśmy przejść przeszkolenie strzelca, jak to się nazywało. Dostaliśmy książki do studiowania, potem były egzaminy. Potem była broń: składanie, rozkładanie, różnego rodzaju granaty, materiały wybuchowe, spłonki, zapalniki i obliczanie, ile na przykład potrzeba plastiku do wysadzenia jednej szyny. Mieliśmy jechać po przeszkoleniu na praktykę gdzieś w las, nie mówiono nam oczywiście gdzie, ale Powstanie wybuchło i nie pojechaliśmy. Zbiórki mieliśmy na ulicy Żelaznej 41, w lokalu jednego z kolegów, i w mieszkaniu [moich] rodziców na placu Wilsona. Było to bardzo wygodne, można było czterema klatkami wyjść, bo piwnice były połączone z sobą. Można było wejść pierwszą klatką, a wyjść na przykład czwartą. Kilka razy były u nas zebrania, ale przeważnie [odbywały się] na Żelaznej, bo tam był wtedy największy ruch. To było blisko palcu Kazimierza, a tam był bazar. Tam się różni ludzie kręcili, tak że było łatwiej. I to by było wszystko.

  • Jak pan pamięta wybuch Powstania, 1 sierpnia?

Lokal alarmowy mieliśmy na Mławskiej 5, na Starym Mieście. Tam zmobilizowano naszą drużynę. Tam był okres oczekiwania. Już nie pamiętam godziny… Zdaje się, że od ósmej do jednej godziny, żeby można było do domu wrócić przed policyjną… Tam przebywaliśmy ze trzy dni. Potem, któregoś dnia, zdaje się, że 30 lipca (dokładnie nie pamiętam) przyszła łączniczka. [Powiedziała,] że mamy się zbierać ze wszystkim, co mamy, jechać do Dworca Południowego i tam skręcić w prawo, na Zagościniec. To będzie nasza postawa wyjściowa do ataku na wyścigi konne. Niestety, alarm został odwołany. Rozpuścili nas wobec tego do domu. Musieliśmy wracać z Dworca Południowego tramwajem, a przecież było nas bardzo dużo. „Baszta” liczyła ponad tysiąc siedemset żołnierzy. Niedaleko stały lekkie działa przeciwlotnicze. Lotnicy się przyglądali, ale żaden nas nie ruszył. Na pewno się zorientowali, o co chodzi.
Dopiero 1 sierpnia, w południe chyba, koło dwunastej znów otrzymałem rozkaz wyjazdu w to samo miejsce i do Zagościńca. Tam już czujki stały: z opaskami na prawych rękach, z pistoletem maszynowym w rękach, i hasło trzeba było podać. Tam czekaliśmy i chyba parę minut przed piątą ruszyliśmy do ataku. Tam były kompanie K-1 i K-2. Jeszcze z drugiej strony, od strony Puławskiej, trybuny miała zaatakować kompania K-4, a K-3 [miała atakować] od strony Okęcia. Trochę nie wyszło kompanii K-4, spóźniła się, czy nie mogła dojechać, różnie mogło być. Przez mur [przeskakiwaliśmy], to była najgorsza przeszkoda: dwumetrowy, betonowy mur, [który] błyskawicznie przeskoczyliśmy. Nawet nie wiem, jak to się stało, nie przypominam sobie. Błyskawicznie na drugiej stronie byliśmy i zaczęła się walka. Zdobyliśmy bardzo dużą część wyścigów, między innymi domy, [które] były zamienione na koszary, stajnie. Tam się uzbroiliśmy, nawet dosyć dobrze. Niemcy w popłochu uciekali.
Jeszcze muszę wrócić [do tego], że, idąc do ataku, na drużynę przypadał jeden pistolet maszynowy, trzy, cztery zwykłe pistolety, około dwudziestu granatów obronnych i jeszcze więcej „sidolek” własnej roboty. Zaczęła się straszna kotłowanina. Na Okęciu też wybuchło Powstanie i samoloty niemieckie nie mogły wylądować. Zaczęły krążyć nad wyścigami, bo tam czasami lądowały. Zorientowali się szwaby, lotnicy, że coś jest nie klawo i widać porozumieli się w jakiś sposób, tak że uciekający Niemcy zdołali zająć trybuny. To właśnie nas zgubiło. Jak trybuny wyglądają, wiadomo. Stamtąd zaczęli karabinami maszynowymi, z cekaemu nas częstować. Zrobiło się bardzo cienko. Musieliśmy się wycofać. Każdy na swoją rękę się wycofywał, tylko dowódca któryś (już nie pamiętam, który) krzyknął, że się wycofujemy przez furtkę i kierunek: Sadyba, Czerniaków. Rzeczywiście żeśmy się wycofywali. Przeszliśmy przez Fort Mokotowski i tam został zmieniony rozkaz, że tu właśnie się zatrzymamy. Rzeczywiście, całą noc – w deszczu, bo zaczęło padać – tam przeczekaliśmy do rana. Otoczyli nas Niemcy samochodami pancernymi, ze wszystkich prawie stron, i wtedy zaczęła się zabawa. Mieli olbrzymią przewagę, musieliśmy wycofywać się i wycofaliśmy się przez Mokotów, Puławską, Sadybę, Sielce, Czerniaków – w tym kierunku. Na Czerniakowie zostaliśmy kilka dni. Wysyłaliśmy patrole na różne strony. Już nas sporo było, ale część kompanii K-1 zdecydowała się iść do Lasów Kabackich i dalej – Chojnowskich. Nie byłem w tej grupie, tylko akurat w czerniakowskiej. Tam żeśmy trochę broni zdobyli, bo samochody niemieckie wjeżdżały sobie spokojnie i nagle natrafiały na naszą placówkę (nie wiedzieli o tym, że zaczęła się jakaś walka). Przegrani byli w straszny sposób, żeśmy się trochę uzbroili. Później dostaliśmy rozkaz, żeby przez Czerniaków i Łazienki połączyć się ze Śródmieściem. Niestety nam się to nie udało, bo Łazienki były bardzo silnie obsadzone. Była tam jeszcze fabryka, stała niedaleko załoga reflektorów. Myślimy sobie: „Te reflektory chociaż rozwalimy”. Nie udało się. Nie mieliśmy po prostu czym walczyć.
Potem przyszedł rozkaz, że mamy iść na górny Mokotów, na ulicę Ursynowską przy parku Dreszera. Zajęliśmy kwatery na Ursynowskiej. Wysyłaliśmy co jakiś czas patrole. Na Kazimierzowskiej róg Ursynowskiej [zajęliśmy] wille. Tam nas obdarowano butelkami samozapalającymi, bo się spodziewali, że Kazimierzowską mogą się zbliżać czołgi.
Karabinami, które zdobyliśmy, trzeba było dzielić się z kolegami. Ja, na przykład, od razu pierwszego dnia miałem karabin, tylko nie za dużo naboi. Nawet go użyłem na Sadybie. Było strasznie głupio strzelać do człowieka. Maliny były, parkan, położyłem karabin, mierzę, ale ręka mi drży. Co wyceluję w postać żołnierza, to mi ręka drgnie. W końcu wystrzeliłem ze dwa razy. Nie wiem, co się stało z tym Niemcem.
Wracając ad rem, byliśmy tam do 3 może 4 sierpnia. Potem, po rozpoznaniu, dostaliśmy rozkaz zajęcia szkoły rękodzielniczej na rogu Kazimierzowskiej i Narbutta, bo ona rzeczywiście nam przeszkadzała. Dowódcą kompanii był porucznik, potem kapitan Pawłowicz. To było już 14 sierpnia. W nocy żeśmy zaczęli atakować przez jakieś kartofliska, zielska. Doszliśmy do szkoły, do boiska. To był bardzo płaski teren, nie było żadnych zabudowań ani jakichś krzaków większych, żeby się schować. Tam dostaliśmy tak straszliwy ogień z granatników i pistoletów, karabinów maszynowych, że bardzo dużo chłopców zostało rannych i zabitych. Niestety, musieliśmy się wycofać, zostawiając naszego dowódcę kompanii. Zginał tam. Wróciliśmy na Ursynowską i na drugą noc ściągnęliśmy zwłoki kapitana, żeby tam nie leżał. Trzeba było jakoś pogrzeb zrobić.
Przeniesiono nas znów rozkazem na Woronicza. Tam byliśmy, obsadziliśmy placówkę w szkole przy Woronicza. Puławska 142 – to jest róg Woronicza i Puławskiej. Na Wężyka, aż do alei Niepodległości przy Zagościńcu, z tamtego miejsca wystawialiśmy placówki. Na Wężyka akurat ja byłem – to są tereny obecnej telewizji, tam przedtem zupełnie inaczej było niż jest teraz. A placówki wystawialiśmy na Puławskiej 162. Oczywiście były zmiany. Jak zaistniała potrzeba, jak Niemcy atakowali od strony alei Niepodległości domy „Alkazar”, „Pudełko”, pomagaliśmy (na rozkaz, oczywiście) bronić się. Akurat było wolne, nie atakowali nas na Woronicza czy z Królikarni, [to poszła tam] część oddziałów uzbrojonych, żeby bronić.
Byliśmy tam, wysyłając patrole na zrzuty w kierunku Sadyby. Tam były pola, jakieś łąki. Byłem dwukrotnie na takich zrzutach, ale ani razu nie przylecieli, nie wiem dlaczego. Amerykanie, wiadomo, zrzucali z dużej wysokości. Rosjanie później też zrzucali, tylko że nam amunicję, a pistolety na Śródmieście, i wszystko było zrzucane luzem. Gięły się, brudziły, tak że właściwie niewiele było z tego pożytku.
Tak tam się trzymaliśmy cały czas, aż do 24 września. Ciągle patrole wychodziły. Kiedyś dostaliśmy wolne z kolegą i poszliśmy odwiedzić naszych kolegów w szpitalu Elżbietanek na Goszczyńskiego. Trafiliśmy akurat na nalot. Na dachu szpitala był olbrzymi czerwony krzyż. To nie miało dla nich żadnego znaczenia. Myśmy byli dosłownie trzydzieści metrów od ogrodzenia szpitala. Było wyraźnie [widać], jak się odrywają bomby i [trafiają] bezpośrednio w szpital. I co robić? Potem, jak już odleciały, włączyliśmy do pomocy; wyciągać rannych, coś pomagać w każdym razie. Potem, jak wróciliśmy, wszystko zameldowaliśmy dowódcy, co widzieliśmy.
Później jeszcze mieliśmy bardzo trudne walki na Sadybie i w Forcie Legionów. Niby były tam potężne mury. Właściwie już kompania K-1 wróciła z lasów i też to obsadzała, ale kazali nam zmienić ich, żeby oni trochę odpoczęli. Tam byliśmy chyba dwa dni. Jakoś na szczęście ominęły nas naloty sztukasów. Po dwóch dniach wróciliśmy na Woronicza, a mój pluton – na Wężyka. Na Wężyka zastała nas już ofensywa niemiecka. Trzeba było wycofać się do szkoły na Woronicza przez pole działkowe, gdzie rosły pomidory i jakieś niskie warzywa, kartofle, jarzyny. Właściwie był wykopany rów łącznikowy, ale za płytki, tak że musieliśmy prawie się czołgać. Kierunek było bardzo łatwo zgubić, dlatego że – jak naliczyliśmy – były dwadzieścia dwa sztukasy, artyleria, czołgi. Ziemia się kotłowała, za dnia się zrobiła szara mgła. Słońce było wtedy i kurzu mnóstwo. Ale jakoś szczęśliwie przebrnęliśmy do szkoły na Woronicza. Kilku kolegów zostało rannych, lekko na szczęście. Tam się broniliśmy: Puławska 142, Woronicza, Tyniecka 10 i czasami, jak trzeba było, to „Pudełko”, „Alkazar”. Tam pomagaliśmy, a oni nam też, jak [nas] atakowali [Niemcy].
Któregoś dnia nam wydano rozkaz zdobycia Królikarni i to był błąd, dlatego że była okolona dosyć wysokim murem, a tam Niemcy zajęli… Już wtedy była zajęta. Zaczęli rzucać do nas, przez ten mur, granaty i dużo naszych kolegów zostało rannych, kilku zabitych. Nie było już sensu [walczyć]. To szkołę [obsadzaliśmy]. W końcu nas wyparli, bo i czołgi strzelały do nas, i artyleria. Musieliśmy się wycofać. Ale jak się dowódca naszego batalionu, „Majster”, dowiedział, że się wycofaliśmy, kazał wrócić i zdobyć szkołę. Siedmiokrotnie ją oddawali i zdobywali. Raz Niemcy, raz my. Najgorsze było przelecieć przez korytarz szkoły, bo korytarz był prostopadły do ulicy. Ustawili broń maszynową, jakieś cekaemy czy erkaemy i bez przerwy w korytarz strzelali. To była pewna śmierć, żeby przelecieć na drugą stronę, pójść do innych klas i z drugiej strony atakować. Tak się kotłowaliśmy. Na końcu rozkaz: oddać, wycofać się z powrotem na Ursynowską, do parku Dreszera. Co zrobić? Zebraliśmy się w sali gimnastycznej, połamaliśmy krzesełka i chcieliśmy podpalić, nie zostawiać Niemcom. Nie chciało się, psia kość, palić wcale; jakieś oporne to drzewo było, dębowe czy bukowe, twarde. Rzeczywiście, w nocy przeszliśmy przez Puławską nad skarpą, na Ursynowską. Tam zajęliśmy kwatery i broniliśmy się cały czas. Z tym że część kolegów, [część] kompanii, była na Bałuckiego na odpoczynku i myśmy się zmieniali, oczywiście zostawiając broń, bo nie wszyscy przecież mieli karabiny.

Tak to trwało aż do 26 września. Wtedy nas wezwali, zostawili tylko czujki na linii ursynowskiej, żeby w razie czego wszczęli alarm, że Niemcy już zaczęli atakować. My poszliśmy na Bałuckiego na odpoczynek i przez noc tam siedzieliśmy. Tam był właz do kanału i mieliśmy się ewakuować kanałami do Śródmieścia. Najpierw miał iść sztab – taka była wyznaczona kolejność – potem pierwsza linia, ci co zostali zwolnieni z linii, potem nasza osłona, później lekko ranni i ludność cywilna. Wszystko się zrobiło odwrotnie. Tłumy się zrobiły przy tym włazie. Mimo że żandarmeria pilnowała jakoś porządku, to każdy chciał się dostać z walizami. Kotłowanina była straszna. Bez przerwy Niemcy dawali znak rakietnicą, gdzie ma artyleria strzelać, w które miejsce. Jeszcze artyleria do tego dokładała, tak że sporo ludzi tam zginęło. Nasz dowódca, sierżant podchorąży, mówi: „Chłopaki, chodźcie, idziemy na linię. Zobaczymy, co tam się dzieje, bo tu się nie dostaniemy, nie ma sensu”. Tak zrobiliśmy, ale nawet nie doszliśmy do Ursynowskiej, a nasze czujki już wracały – niestety nie mogli utrzymać [pozycji], bo czołgi się pojawiły i dużo esesmanów, „ukraińców”. Tak że musieliśmy wrócić.
O godzinie jedenastej, 27 września nastąpiło zawieszenie broni. Oczywiście wszyscy byli źli, ale co robić, nie było już wyjścia. Okoliczne domy, wszystko się paliło. Jeszcze dostaliśmy rozkaz zniszczenia broni, szczególnie maszynowej. Ten, kto miał pistolet maszynowy, niszczył; [kto miał] karabin, wyciągał zamek, iglicę i skrzywioną gdzieś wyrzucał, żeby jak najmniej Niemcom oddać. Ustawili nas potem na Bałuckiego przed szkołą. […] Staliśmy jakiś czas, żandarmi nas otoczyli. Pamiętam jak dziś: głodni byliśmy, przez trzy dni ani kropli wody nie wypiliśmy, bo nie było.
[Tymczasem Niemcy:] typowa rozkraczona postawa, pistolet maszynowy zawieszony, hełm… i jedli szynkę z białym chlebem. Nam ślina oczywiście leciała, ale nikt nie jęknął, żeby mu dać jeść. Potem kazali rozstąpić się szeregom, zwiększyć odstęp między szeregami. Łazili i kradli pod pretekstem rewizji. Zegarki, medaliki, jak ktoś miał złote, czy coś takiego, wszystko zabierali. Ale jacyś oficerowie przyszli: polski i niemiecki. Polski oficer tłumaczył, żebyśmy się nie obawiali, że nas rozstrzelają, bo Niemcy uznali nas za kombatantów i pójdziemy do niewoli, do pracy. I tak się stało. Znów wróciliśmy na Fort Mokotowski, tam dostaliśmy grochówkę, jak pamiętam, i później [szliśmy] pieszo do Pruszkowa, do sławnej hali remontowej. Było tam fatalnie, bo mało jeść dawali. Gestapo chodziło, wyciągało powstańców. Może jakiś namiar mieli na nich, [a może tylko] nie podobał im się, nieładny był czy nieładna była, wyciągali i coś z nimi robili, nie wiemy co. Tam byliśmy, na betonowej posadzce, chyba trzy czy cztery dni.
Jeszcze muszę powiedzieć jedną rzecz: zabrali naszą sanitariuszkę-łączniczkę. Powiedziałbym o niej, że to była super bohaterka. To się wcześniej stało na Wołodyjowskiego, jak się wycofywaliśmy z Wyścigów. Natrafiliśmy na patrole niemieckie, walka była jakaś. Było kilku rannych i ciężko rannych, i trzeba było ich ewakuować albo się wycofać. Ona miała pseudonim „Nina”, a nazywała się chyba Stefania Paszkowska. Trzeba [było] rannych jakoś przewieźć na Mokotów, przynajmniej do ulicy Woronicza, żeby ich opatrzyć czy coś takiego. Nie było jak, bo była sama jedna, wszyscy ranni, nie dała rady. Ale wypatrzyła gdzieś konia i wóz, więc zaprzęgła tego konia do fury. Nagle znalazł się właściciel konia i do niej, że nie wolno, że to jego koń: „Nie, ma bo mi zabiją. Z czego będę żył?”. To ona za pistolet, do niego [mierzy] i mówi: „Ty łobuzie, taki owaki! To tutaj są ranni, którym grozi śmierć, a ty będziesz konia żałował?! Jazda stąd!”. Pogroziła mu pistoletem, załadowała czterech czy pięciu rannych, sama na kozioł wsiadła. Nie miała pojęcia o powożeniu końmi takiego wozu, ale pojechała na Mokotów, zawiozła rannych. Do jakiegoś dowództwa widocznie potem poszła, żeby jeszcze dalej pomóc, bo się okazało, że zostało tam dwudziestu pięciu rannych, którzy nie mogli chodzić. A panowie oficerowie sobie siedzieli, powiedzieli: „Dobrze, przyślemy tam [ludzi] za jakieś pół godziny, bo mamy naradę”. To ona znów za pistolet. Mówi: „Jak się nie ruszycie, to was zaraz załatwię. Tam są ciężko ranni i wy się tutaj naradzacie? Nad czym? Tu nie ma się nad czym naradzać, trzeba jechać!”. W końcu wyznaczyli dziesięciu chyba, wróciła, też pod strachem Boga, bo Niemcy byli pawie ze wszystkich stron. Załadowaliśmy rannych i przewieźli. Dostała za to Krzyż Walecznych. Bardzo dzielna była, cały czas była z nami. Ją właśnie zabrali Niemcy w Pruszkowie z tłumu powstańców […]. Ale przeżyła, spotykamy się do dzisiaj zresztą.
Potem z Pruszkowa zabrali nas do Skierniewic. W porównaniu z tamtą halą w Skierniewicach, hala w Pruszkowie to był luksus. Tam były ziemianki po Rosjanach, jednopiętrowe prycze, błoto straszne, na tym deski gdzieniegdzie porzucone, żeby się położyć […]. Tam byliśmy też kilka dni, już nie pamiętam dokładnie, jak to długo trwało. W końcu transport. Do samochodów ze Skierniewic. Jak szliśmy kolumną, jechały w przeciwną stronę wozy załadowane chlebem dla nas. Woźnice i eskorta, cywile oczywiście, RGO [pytali]: „Dokąd was wiozą?”. – „Nie wiemy, chyba na roboty do Niemiec”. – „To łapcie chłopaki chleb!”. Miałem szczęście wielkie, bo akurat przy furze się zatrzymaliśmy. Złapałem trzy bochenki, dwa podałem dalej kolegom i mieliśmy co jeść przez ten czas, co przegryźć.
Potem [ładowali] nas do wagonów. Znów miałem szczęście, bo akurat nasza piątka pierwsza wsiadła do pustego wagonu. Oczywiście od razu do okienek – zawsze więcej powietrza będzie. To były towarowe wagony, kryte. Załadowali nas, ruszyliśmy, jedziemy, opaski żeśmy wywiesili na drutach. Na stacjach, jak pociąg zwalniał, to pytaliśmy, czy to Polska – bo wszystkie napisy były niemieckie, Wielkopolskę przecież do Niemiec włączyli. Stali tam ludzie, ale wzruszali ramionami; albo nie rozumieli, albo to byli Polacy, którzy się bali. W efekcie dojechaliśmy tym transportem do Frankfurtu nad Odrą. Tu miałem znów szczęście niesamowite. Za jakieś pół godziny wjechał drugi transport. Okazało się, że [to] transport z Żoliborza. Przeważnie były kobiety. Stanęliśmy okienko w okienko. Wyglądam, patrzę: jakieś mi znajome twarze. Okazuje się, że to były dobre znajome moich sióstr, sławne żoliborskie bliźniaczki. Od nich się dowiedziałem, co się stało z moimi siostrami. Powiedziały mi, że ta najstarsza, która mnie skontaktowała z „Basztą” przez swoją sympatię, wróciła na Żoliborz, żeby się opiekować babcią, która już miała ponad osiemdziesiąt lat. Rodziców nie było, byli w Legionowie, bo nie puszczali już Niemcy przez Wisłę. Druga siostra na Starym Mieście… Przynajmniej byłem spokojny, że jedna siostra na pewno wyszła z babcią z Żoliborza, a druga na Starówce – wiadomo, jak było.
Potem ruszyły nasze transporty. Potem był Berlin, nalot straszny, w dzień to już było. Po nalocie nas odciągnęli na bocznicę i tam siostry z Czerwonego Krzyża, Niemki, kotły z zupą przyniosły, z grochówką. Właściwie [to] lura była nie grochówka. Jak tego spróbowałem, takie było słone, że w ogóle nie można było przełknąć. Zrezygnowałem, bo miałem jeszcze trochę chleba, a ci, którzy nie mieli tyle szczęścia co ja ani moi koledzy (którym podawałem chleb), to zjedli. Dopiero potem mieli męki, bo pragnienie… Teraz podróż. Znów żeśmy jechali, już nie pamiętam, cztery, pięć dni do Bremervörde pod Bremę. Tam nas rozładowali z wagonów. Leciały samoloty amerykańskie. Amerykanie bombardowali w dzień, a Anglicy w nocy. Wtedy naliczyliśmy 750 bombowców. Któremuś pilotowi widocznie znudziło się; nacisnął dźwignię, poleciały trzy bomby. To niewielka stacyjka kolejowa była. Na szczęście nie trafił w nią, tylko gdzieś w pole.
Potem była droga do obozu. Sandbostel się nazywa ten obóz, X-B. Jedenaście kilometrów człapaliśmy pieszo. Droga była wysadzana drzewami owocowymi, jabłka tam były, to nam pozwolili [je zrywać]. Starsi wachmani już byli. Im nie zależało, wiedzieli, czym to wszystko pachnie, że to już koniec jest z nimi. Te jabłka zaczęliśmy zrywać i kilka się zjadło. Doczłapaliśmy do Sandbostel.
Tam był plac ogrodzony, niby łazienki były, natryski, barak. Z jednej strony musieliśmy wszystko oddać do odwszalni, bo już wszy mieliśmy, potem [iść] do mykwy myć się; potem było golenie, smarowanie terpentyną. Strasznie to szczypało, przecież byliśmy [pogryzieni przez] wszy. Z drugiej strony wyrzucali [naszą odzież] na kupę i trzeba było szukać swojego ubrania. W końcu, jak się już przebraliśmy, to nas zaprowadzili do baraków. Były trzy baraki oddzielone dla bandytów, to znaczy dla nas. Tam było na stałe około dwudziestu pięciu tysięcy jeńców, ale tamci już sobie chodzili wolno: Anglicy, Francuzi, wszelkie narodowości europejskie, tylko Rosjanie nie. Tam przebywaliśmy chyba do 8, 9 listopada. Jedzenie było okropne. Żołnierze z 1939 roku, którzy tam siedzieli, już byli zagospodarowani, już mieli battledressy, dostawali paczki z Czerwonego Krzyża, takie rzeczy, a my chudzi, nic nie mieliśmy. Spaliśmy w norach, drewnianych pryczach trzypiętrowych. Posadzka drewniana. Woda zimna była raz dziennie rano, na godzinę, a w baraku było około trzystu osób, to jak do wody można było się dostać? Znów wszy były, od nowa się zalęgły. Później przyszedł transport kobiet, już same kobiety ze Śródmieścia, to nam się pogorszyło, bo ci z 1939 roku zaczęli im też pomagać, a przecież im się nie przelewało, choć mieli dużo lepiej. Już nie mówię o Anglikach czy Amerykanach, ci to mieli, co chcieli. W piłkę nożną sobie grali na boisku. Co chcieli, to robili. [Żołnierze z 1939 roku] musieli się podzielić tym, co mieli, to i nam trochę dawali, i tym kobietom.
Potem one zostały, a myśmy wyjechali i wylądowaliśmy w Hamburgu. Tam załadowali [nas] do tramwajów specjalnie podstawionych. Nas było około ośmiuset. Odwieźli nas tramwajem na przedmieście Hamburga, ta komenderówka nazywa się Gross Borstel. Tam nas Niemcy umundurowali, dali nam swoje mundury z poprzedniej wojny, z 1914 roku. Wydrukowane [było] na każdej możliwej powierzchni KGF, to znaczy Kriegsgefangene. Na pirożkach, które nam też dali, też było [wyszyte] KGF, żeby z daleka widzieli Niemcy, kto idzie. Nam nie wolno było oczywiście odejść od kolumny. Tam znowu nas zawieźli do odwszalni i wtedy już nie mieliśmy wszy. Potem był podział, gdzie komu iść na roboty. Do lat szesnastu była tak zwana grupa młodocianych, którym konwencja genewska gwarantowała, że nie wolno ich używać do ciężkich robót. Ponieważ nie miałem jeszcze wtedy szesnastu lat, to trafiłem do tej grupy. Tu miałem znów szczęście, jakoś mnie to szczęście nie opuszczało. Jak nas przydzielali do baraków, to akurat po dwudziestu pięciu do każdej izby, a były trzy izby w każdym baraku. Znów pierwsza nasza piątka wchodziła do pierwszej pustej izby. Jak tam wpadliśmy, to od razu przy piecu prycze zajęliśmy, bo zawsze piec to piec. Tam się rozlokowaliśmy.
Jakiś czas jeszcze nie chodziliśmy nigdzie do pracy. Kuchnię obsługiwali Holendrzy. Miałem fajną zimową czapkę z nausznikami, to podniosłem nausznice, a oni mi nasypali kartofli w mundurkach. Dopiero po tym głodzie, który mieliśmy w Sandbostel, człowiek podjadł troszeczkę. Później [był] podział na roboty. Niewola się zaczęła, praca. Myśmy chodzili rzeczywiście do lżejszej teoretycznie roboty. Mianowicie był szpital w dużym parku, spalony ośrodek dla starych ludzi. Tam Niemcy budowali dla Hitlerjugend strzelnicę. Nas [wzięli] do roboty na tej strzelnicy, okładaliśmy tam wały darniną. Włosi też tam byli, murarze, fachowcy. Robili mur do łapania kul. Najpierw były wielkie pnie. Rzucili, piaskiem przysypali. Potem [był] mur potrójny, z trzech rzędów cegieł chyba [zbudowany], żeby tam się szkolili. Tam nosiliśmy trawę. Zbieraliśmy [tę trawę] z różnych miejsc parku i nosiliśmy. Ale musieliśmy przechodzić koło wartowni. Tam był feldfebel zwolniony z wojska, któremu pół pośladka wyrwał odłamek na froncie. Złośliwa bestia była nie z tej ziemi. Ciągle nas widział, jak myśmy chodzili z trawą i po trawę, darninę. Kiedyś deszcz padał, pamiętam, to my podziurawiliśmy beczkę po lepiku i tam rozpaliliśmy. Drewna się nawrzucało i człowiek się suszył z przodu, a z tyłu mókł, i na zmianę. Ale ruch został zatrzymany, nikt już [darniny] nie nosił. Zobaczył to feldfebel, wyszedł, stanął przed swoim kantorkiem i krzyknął: Vier Männer freiwillig!, co znaczy: czterech mężczyzn na ochotnika. To była [zwykle] dobra fucha, bo się jeździło po deski do magazynu i tam się dostawało zupę, bardzo dobrą jak na nasze warunki. Jak się ustawiła czwórka przed nim, on się zamachnął i wszystkich [uderzył] w twarz. Los! Arbeiten! Jeszcze dorzucił kilka nieartykułowanych słów. Myśmy się potem śmiali z nich: „No, chłopaki! Który chce dostać od Niemca, to niech jeszcze raz stanie!”.
Mieliśmy tam też radosne chwile. Mianowicie pilnowało nas Hitlerjugend. Mieli karabinki. Jeden [chłopak] chyba z osiemnaście lat miał, kostropaty na twarzy, a drugi [był] młodszy. Zaczął trochę deszcz padać, to myśmy się schowali między wypalone mury szpitala i oni nas tam pilnowali. Chłopaki zaczęły się śmiać z tego małego, mówią: „Ty byś dołożył temu! Co on tobą tak rządzi?!”. (Myśmy się dużo uczyli niemieckiego; w gimnazjum się uczyłem i sporo było takich, którzy już jako tako mogli się dogadać.) Napuściliśmy [ich] na siebie i zaczęli się bić. Odstawili karabinki, pokaleczyli się. Wpadł na to komendant obozu, zaczął się drzeć: „Co żeście zrobili?!”. Zabrali ich, na drugi dzień już kto inny nas pilnował.
Miałem przyjaciela z armii Berlinga, który dostał się na Czerniakowie do niewoli. Franuś miał na imię. Nie wiem, jak miał nazwisko. Bardzo fajny chłopak. U nas była taka umowa, że jak do pracy szło dziesięciu i ktoś coś znalazł, ukradł do jedzenia, to się wszyscy dzielili. Jak duża grupa szła, to nie było sensu. Myśmy z nim sztamę trzymali, bo Franuś w moim baraku, w mojej izbie też był. Jak była przerwa obiadowa, zaczęliśmy łazić po szpitalu. Był wielki dach, [pod nim] jakieś ubikacje prawdopodobnie, bo [miejsce było] zasłonięte blachą. Franek mówi: „Co tam jest za tą blachą? Podsadź mnie, zobaczymy!”. To go podsadziłem. Mówi: „Wiesz co? Króliki są!”. Mówię: „No, to co z tego, że króliki?”. Mówi: „To weźmiemy sobie te króliki, pożyczymy”. Ale nie mieliśmy w co [królików] schować. Na drugi dzień, jak przyszliśmy, to wzięliśmy plecak ze sobą. Stamtąd nam wolno było nadpalone drewno wziąć do obozu, żeby po prostu ubranie wysuszyć, jak deszcze ciągle padały. Rzeczywiście na drugi dzień przyszliśmy. Podsadziłem Franusia, dwa króliki zafasował, podał mi. Mówię: „Ale ja nie zabiję”. Mówi: „Co ty? Ja ich załatwię”. Załatwił je i w plecak je włożyli, obłożyli koksem na zewnątrz, żeby jak [ktoś] pomaca [nie poznał, co tam jest]. Rewizję przecież nie wiadomo kiedy zrobią. Stajemy potem [gotowi] do odejścia, do tramwaju, ale jakiś cywil był – stoi w czapce, z komendantem naszym coś szwargoczą i nie idziemy do tramwaju. A tramwaj był o konkretnej godzinie; jak nie będzie nas, to odjedzie. Będziemy czekali co najmniej godzinę, żeby obrócił swoją najkrótszą trasę i wrócił w to miejsce. [Komendant] przez tłumacza mówi: „Chłopaki – pod chłopaków nas bierze – ktoś ukradł temu panu króliki. Niech się przyzna, nic mu nie będzie”. Cisza. – „Nie rozumiecie, co mówię?”. Nic. – „Ten pan mówi, że mu zginęły dwa króliki. Chce wiedzieć, kto te króliki zabrał, ale nic mu nie zrobi, bo to niemożliwe, żeby mu ukraść króliki w taki łatwy sposób”. Cisza. W końcu jakiś Rosjanin, odważny facet, wystąpił pół kroku czy krok. Mówi: Tawariszcz, ja widieł, kak sabaka gonił kroliki. Starszy pan, właściciel królików, spojrzał, zaczął się śmiać. Myśmy się domyślili, że musiał coś rozumieć po polsku albo po rosyjsku. Machnął ręką i poszedł. Potem rewizja.
Jak myśmy się poddawali do niewoli na Bałuckiego, był na skrzyni z piaskiem lotniczy wojskowy płaszcz niemiecki, ale bez wszystkich dystynkcji. Złapałem ten płaszcz, sięgał mi do kolan. Miałem dziurę w kieszeni, włożyłem plecak pod nogi, pod kolana podciągnąłem i trzymałem go wewnątrz przez dziurę. Ale komendant mówi: „Co tutaj masz?”. Zbladłem, bo będzie draka. – „Jak to co? Drzewo do palenia”. – „Żeby to było ostatni raz!”. – „Dobrze”. Załadowaliśmy się do tramwaju, przyjechaliśmy, rewizja jakoś nas ominęła. Franuś, dawaj za króliki! Oprawił, włożył do garnuszka. Zapach fantastyczny. Jednego daliśmy do podziału, a jednego żeśmy zjedli sami. Na drugi dzień znów to samo, idziemy do roboty. Wróciliśmy i co się okazuje? Woła komendant całą naszą grupę, a nas tam chodziło chyba ze czterdziestu. Mówi do nas: „Wy barany! Jak ktoś kradnie króliki, niech tak głowy zakopie głęboko, żeby psy nie wyczuły, bo będę miał nieprzyjemności! Zrozumiano?!”. A my: „Tak jest, panie feldfebel!”. Taka była historia. Ale dostało się parę razy w twarz.
Potem, jak się skończyła ta robota, chodziliśmy do każdej roboty. Przy dworcu głównym w Hamburgu rozwaliło tory kolejowe. Po jednej stronie były bunkry (do dzisiaj stoją, bo to nie do rozbicia właściwie). Na moje oko to miały ze sześćdziesiąt metrów wysokości, ściany do trzech metrów, żelbetowe. Na całym dachu stały ciężkie działa przeciwlotnicze. Po drugiej stronie torów była rzeźnia. Chłopaki się urywali z roboty od torów i do rzeźni, do krów. I mleczko było, żeśmy sobie popijali, i mięsko się znalazło. (Tylko nie było co z tym zrobić [na miejscu], trzeba było do obozu nosić.) Tych torów nie zrywaliśmy, nie podnosili szyn. Pogonił nas wachman, kolejarz, który nadzorował robotę. Powiedzieliśmy: „Jesteśmy młodociani, nas konwencja broni, nas nie wolno do takich ciężkich robót zatrudniać”. Mówił: „Róbcie, róbcie, bo jak tutaj ktoś przyjdzie, to was do obozu koncentracyjnego zabierze”. – „No, to niech zabierze”.
Siedzimy, słoneczko fajne świeciło. Rzeczywiście ktoś się pokazał na rampie. Wysoki, w gumowym płaszczu, typowym, takim jak żandarmi mieli. Popatrzył na nas i pogroził. Niech sobie grozi, nam było wszystko jedno, siedzimy. Za jakieś pół godziny kolejarz przylatuje, mówi: „Wiecie, kto to był?”. Mówimy: „Nie wiemy, skąd możemy wiedzieć?”. „Gauleitera [niezrozumiałe]”. To tak jak prezydent, takiej rangi. – „Kazał was natychmiast do obozu zabrać i czekać na rozkazy”. To była [godzina] pierwsza w południe. – „Ale weźcie się do roboty, żeby go ugłaskać”. – „Jak to? Kazał nam do obozu jechać? Kazał. No to jedziemy do obozu, nie będziemy robili”. I rzeczywiście nie robiliśmy. Ale [jak] przyszliśmy do obozu, to już wiedzieli. Dowódca obozu, Niemiec, przyszedł i mówi nam, że musimy teraz czekać w przedsionku – był to wydzielony mały placyk, ogrodzony; jak wracaliśmy z pracy, to tam patrzyli, rewidowali, a dopiero potem na teren obozu się wchodziło. No i stoimy. Tak staliśmy chyba do jedenastej wieczorem. W końcu przyszedł rozkaz, co mamy zrobić. Myśmy dostawali wtedy paczki z Czerwonego Krzyża, pięciokilogramowe. Tam różne rzeczy były, bardzo pożywne; a cały majątek to było sto amerykańskich papierosów. Wszystko można było kupić za te papierosy. No, to co zrobić? Pół paczki będziemy dostawali, pół porcji wyżywienia, i dwa tygodnie będziemy w bunkrze nocowali, i chodzili do tej roboty, póki nie skończymy. Tak było. Bunkier był dwa na dwa, [w ścianie] szparka do oddychania. Ubijał nas [wachman], kopał, żebyśmy się zmieścili. Dwa takie bunkry były. W końcu zamknął drzwi, ale koledzy mdleli, bo gorąco się zrobiło, po ścianach zaczęła ściekać para, skraplać się. Zaczęliśmy walić w drzwi, jeden zemdlał. W końcu wachman się zainteresował, co jest, otworzył. Doktora chcemy. A tam doktorem był Polak, też powstaniec. Przyszedł, obrugał z góry na dół wartownika, poszedł do komendanta. Nie wiadomo, o czym rozmawiał, [ale załatwił,] że połowę nas będą brali. Co drugi dzień żeśmy chodzili. Co drugi dzień w baraku żeśmy nocowali, a co drugi dzień w bunkrze.

To trwało dwa tygodnie. Paczek nam nie dawali, a to już była bieda, bo [wcześniej] się papierosy sprzedawało, kawę się sprzedawało Niemcom, herbatę, coś takiego i za to kartki [były]. Puściło się potem wachmana za papierosa, poszedł do piekarni i wykupił chleb – było jakieś dodatkowe jedzenie, bo nas bardzo marnie żywili. W końcu urobiliśmy [niemieckiego komendanta] przez naszego polskiego komendanta obozu. Wiedział, jaka jest sytuacja, poprosiliśmy, żeby poszedł do komendanta i po cichu nam te paczki wydawał, chociaż żeby papierosy dawał na wymianę. Zgodził się. „Dobrze – mówi – za dwie czy trzy godziny niech ktoś przyjdzie. Dwóch, trzech niech przyjdzie z każdej izby, to dostaniecie te paczki”. Trzeba było szczęścia, że zadzwonił ktoś od gauleitera, ten zwolnił karę, już mogli nam całą paczkę wydać. My zresztą nie chcieliśmy całych paczek, dlatego że jak człowiek się dorwał do jedzenia, to nie było siły, żeby przestał, a potem [był] ból brzucha, kłopoty wielkie.
Tak się telepaliśmy w Hamburgu, bardzo długo. Mnóstwo było przykrych spraw, ale i komicznych, i wesołych, tak że człowiek jakoś musiał się trzymać. Jak tylko były naloty, to nas zawsze do bunkrów prowadzili. Tak jak, na przykład, było w St. Pauli (dzielnica Hamburga, dzielnica rozrywki, ale nie dla nas). Tam nas [zaprowadzili] na ostatnie piętro, pod strzelające działa. Nie było ich wcale słychać. Dwa metry betonu, żelbeton. Do dziś stoją takie dwa [bunkry]. Ten w Wilhelmsburgu [innej dzielnicy Hamburga – przyp. red.] to był radarowy bunkier, podsłuchowy, a drugi bunkier był cywilny, dla ludzi. Tam wchodziło lekką rączką sto tysięcy osób. Bardzo duży. To były olbrzymie podziemia, a w piwnicach były składy amunicji oczywiście. Windy dostarczały na górę.

  • Jak pan zapamiętał wyzwolenie?

Jak się zbliżały wojska brytyjskie, bo przez Danię, Holandię, tamtędy armia brytyjska szła, ewakuowali nas z Hamburga. Maszerowaliśmy dwieście kilometrów, pod granicę duńską, na północny wschód, do Husum [miasto obok Schleswig – przyp. red]. Tam był obóz jeńców rosyjskich, przedzielony na pół. Jedną połowę zajmowali Węgrzy, wojsko węgierskie, które kolaborowało z nimi [tj. z Niemcami – przyp. red], drugą – Francuzi i my. Tam w końcu [dotarliśmy]. Chyba z tydzień wędrowaliśmy. Doszliśmy. Tam już było trochę lepiej, dlatego że do Lubeki – to był port niedaleko, bardzo duży – przypływały [statki] z paczkami dla nas z Czerwonego Krzyża; ze Szwecji i z Danii, a nawet z Argentyny. Już obozów jenieckich było coraz mniej, coraz mniej ludzi, to myśmy już wtedy mieli [dużo] tych paczek! Codziennie dostawaliśmy, magazyny się załamywały. Tośmy specjalnie… Na przykład, kanadyjskie sucharki, to się parę położyło, bułeczka się robiła, przekroiło się, kładło się kawałek szynki i [jadło] przy wartownikach, na złość. „Widzisz szwabie, jak to jest?”.
Tam nas zastało oswobodzenie. Ten obóz nazywał się Schwesing pod Husum [Konzentrationslager Husum-Schwesing – przyp. red], a pracowaliśmy jakiś czas na lotnisku. Tam pierwszy raz w życiu widzieliśmy rakietowe niemieckie samoloty myśliwskie. Myślimy: „Cholera, co to za samoloty? Małe skrzydełka, śmigło malutkie, nieduży samolot”. Dopiero nam wachman mówi, że to są rakietowe samoloty. Śmigło tylko napędzało jakieś dynamo czy coś, jakąś prądotwórczą instalację. Błyskawicznie się podrywał [samolot] do góry, pionowo. Taki jeden, jak nam potem lotnicy polscy powiedzieli – przylecieli na to lotnisko Polacy – potrafił strącić pięć samolotów (Mustangów czy Speedfire’ów) i uciec. Tylko jedną wadę miał, bo nie miał za dużego zapasu rakiet i nie mógł dłużej latać jak godzinę, godzinę dwadzieścia minut, i [później] musiał lądować, uzupełniać paliwo.
W Schwesing zastało nas oswobodzenie. Przyjechało dwóch lotników Polaków, jeden Anglik, zabrali wartowników, zabrali im broń, wsadzili ich do aresztu. Nam rozdali broń, ale nie pozwolili wychodzić, bo się włóczą jeszcze bandy esesmanów. Oni [tj. lotnicy] wszystkim się zajmą, zaopatrzeniem i tak dalej. W tym czasie dostałem strasznej gorączki. Zachorowałem, miałem ponad trzydzieści dziewięć stopni gorączki. Poszedłem do lekarza, a ten mnie natychmiast wziął na izbę chorych. Izba chorych – w cudzysłowie to trzeba przyjąć. Jak potem przyjechali Anglicy porządkować wszystko, samochodami zabrali nas do szpitala w Husum. Opróżnili widocznie z Niemców. Człowiek tam wszedł: czyściutko, łóżeczka, prześcieradełka, poduszeczki. Do mykwy trzeba było pójść, odkażenie wszystkiego. W ogóle wody [w obozie] przez dwa tygodnie nie mieliśmy. Bagniska tam były, bajora bagniste i tam się chlapaliśmy wodą, ale i tak to wszystko za mało. Potem już nie pamiętam. Z opowiadania kolegi, który obok mnie leżał, [wiem,] że mamę wołałem. Straciłem przytomność. Trzy dni to trwało. Wyciągnęli mnie, miałem ciężkie zapalenie płuc.
Jakiś czas byliśmy w szpitalu, potem nas zorganizowali w kompanię, elegancko wszystko było, i wieźli na wyspę Sylt na Morzu Północnym. Tam były porządne koszary, eleganckie, bo marynarka wojenna tam stała, hydroplany startowały, sztuczne jezioro było zrobione. Ostrzegali nas, żeby nie chodzić na plażę, bo jest jeszcze nierozminowana, nie kąpać się w morzu, bo tam też są miny umieszczone. Tak że trzeba było jeszcze uważać. Ale już mieliśmy łazienki i wszystko elegancko. Uzbroili nas. Ubranka czyste, koszulki. Dopiero człowiek się inaczej poczuł. Podzielili nas na kompanie, stworzyli dwie kompanie o dwóch plutonach. Jeden pluton był szkolny, a drugi podoficerski. Ponieważ za okupacji skończyłem dwie klasy gimnazjum, to myślę sobie: „Trzeba do szkolnego się zapisać”. Zapisałem się. Taki pluton liczył sześćdziesięciu chłopców, a drugi – nie wiem ilu. Zaczęło się – musztra. Nie żadna szkoła, tylko musztra. Podoficer zawodowy, sierżant artylerii, nas ganiał. Może i dobrze, bo się trzymaliśmy jakoś kupy, a tak to by towarzystwo się rozchodziło. Myśmy sami się nazywali „żołnierze świętej Jadwigi”, czyli co chciał, to robił. A tutaj był trochę rygor.
Tam nas zastało wyzwolenie. Przylecieli lotnicy, były dwa lotniska na wyspie, jedno było w List. To portowa, niewielka mieścina. Na drugim końcu wyspy, w Hörnum, też było lotnisko do ćwiczenia. Ciągle do nas przyjeżdżali, opowiadali o swoich walkach w Anglii i fajnie było. Ponieważ szkoły jakoś nie było widać, zdecydowałem… Kolega mnie namówił, żeby tutaj czasu nie tracić. Już zaczęły odchodzić pociągi transportowe do Polski. Myślę sobie: „Zapiszę się, pojadę. Co tutaj będę siedział?”. Tak zrobiłem.
W grudniu, na świętego Mikołaja, zjawiłem się w domu na Żoliborzu; z wielkim workiem, ciężkim, marynarskim. Wszedłem do klatki, patrzę na spis mieszkańców: Wacław Kondracki, Maria Kondracka, Alina Kondracka, Krystyna Kondracka i klops, Tadeusza nie ma, bo nie wiedzieli... Mieszkaliśmy na drugim piętrze. Worek, który ważył z sześćdziesiąt kilo, to jakby piórko było, tak skoczyłem do domu. Nikogo nie zastałem poza mamą. Mama od razu: „Syneczku!”. Radość była. Potem po kolei towarzystwo przychodziło. Potem przyszła Krysia, średnia siostra, która była w „Zośce” i została na Starówce. Ojciec poszedł do piwnicy po opał czy coś takiego, to matka poszła po ojca. Ojciec przyszedł następny. Do siostry, [która] już studiowała w Łodzi (w Akademii Medycznej na stomatologii), musiałem osobiście napisać list. I to wszystko.

  • Proszę powiedzieć jak na pana wpłynęło Powstanie?

Z początku byliśmy na pewno pełni entuzjazmu. Powiem tak: osobiście nie spotkałem się z tym, żeby był jakiś defetyzm, jakieś niezadowolenie z tego. Wszyscy mówili: „My im pokażemy, co my jesteśmy”. [Byliśmy] pełni odwagi, zapału, chęci i zemsty, nieraz i osobistej, bo niektórym rodziny aresztowali czy coś takiego. Tak że entuzjazm.
Ludność cywilna była cudowna. Jak wracaliśmy z wyprawy, to zaraz panie podchodziły do nas: „A może pomidorka?”. To jednak był Mokotów, tam były działki, to i pomidory były, i ogórki były, jabłka. Myśmy tak źle nie mieli, jeśli chodzi o żywność. Na przykład, w Śródmieściu „kaszę-pluj” jedli. Podtykali nam [na Mokotowie cywile jedzenie]. Jeszcze woda wtedy była: „A może się wykąpiesz? Może uprać ci koszulę?”. Bardzo byli przychylni. [Był] u nas jeden wypadek – był oficer, chyba, który był trochę pesymistą. Mówił: „Co wy, chłopaki! Idziecie na rzeź na Królikarnię czy do Fortu Dąbrowskiego? Po co to? I tak przegramy, i tak”. Zaraz został zagłuszony, natychmiast. I każdy… Jeden drugiemu na pomoc. Byłem kontuzjowany, to od razu się trzech kolegów przy mnie znalazło. Na Naruszewicza dostałem cegłami, jak szedłem z PIAT-em. PIAT to jest przeciwczołgowy angielski granatnik. Trochę mnie przysypało, potłukło mi nogę, ale nie bardzo. Prawda, że kulałem, bo mnie bolało. Od razu mnie pod rękę: „Co ci jest, »Gryf«?”. Nastroje były bardzo dobre.
Później, już pod koniec, trochę ludność cywilna była smutna, że się wszystko kończy. Ale żeby jakiś żale, jakieś pretensje do nas mieli, to [z tym] się nie spotkałem. Nawet jak już żeśmy się poddawali na Bałuckiego, to nie było: „Co, idziecie? Zostawiacie nas?”. Nic takiego nie było.

  • Jak po sześćdziesięciu pięciu latach pan patrzy na tamte dni?

Już ostatniego dnia, jak żeśmy się poddali do niewoli, staliśmy pod murami i zobaczyliśmy czołgi bezpośrednio (w odległości dwóch, trzech metrów), pomyślałem sobie: „Z czym my na słońce ruszyliśmy?”. Przecież Tygrysy to była potęga. W walce zupełnie inaczej się to odczuwa, człowiek musi rzucić butelkę czy granat, ale i chować się jednocześnie, a tu bezpośrednio się patrzy na cielsko czołgu. Tak że taka refleksja mi przyszła rzeczywiście, że nie było się z czym porywać… Z pistoletem? Później, w niewoli trochę rozmawialiśmy na ten temat, ale byliśmy tak zmęczeni, że nikt nie chciał rozmawiać. Było, minęło, może za wcześnie… Narzekali na Rosjan, że stali pod Warszawą. Przecież nawet Franuś, z którym sztamę trzymałem, powiedział, że Rosjanie mieli dostarczyć łódki na Żoliborz, bo tam był przewidziany desant. Żoliborzanie czekali całą noc, żeby łódki przyszły, ale nie przyszły. Noc była ciemna, trochę mglisto, mogli się przeprawić na drugą stronę. Na Czerniaków, jak wiadomo, przeprawiło się trochę [berlingowców]. Były takie wypadki, że jak na Wężyka staliśmy, to ruscy po nas strzelali artylerią. Uważam, że to był przypadek. Odróżnić lecący pocisk niemiecki i rosyjski bardzo łatwo, bo zupełnie inaczej szumiał – warczał, jakiś warkot miał. Był tam kapitan, przez radio zaraz skorygował ogień i skracali albo wydłużali. Ale zdarzyło się, że na Wężyka dwa czy trzy pociski padły niedaleko naszej czujki.



Warszawa, 13 marca 2009 roku
Rozmowę prowadziła Ewa Żółtańska

Zobacz także


cywil, sanitariusz

Aleksy Matuszak

Moje nazwisko Aleksy Matuszak, urodzony 24 maja 1927 roku w Szemborowie, powiat Września, województwo...

więcej
dowódca granatników, kapral

Jerzy Kowalina „Ryszard”, „Ryś”

Jerzy Kowalina, urodzony 5 grudnia 1924 roku. W 1942 roku w ZWZ, jeszcze na początku mojej pracy konspiracyjnej,...

więcej
strzelec

Henryk Marcinkowski „Hen”

Nazywam się Henryk Marcinkowski. Urodziłem się 16 września 1923 roku. Rodzic mój był byłym żołnierzem z...

więcej
plutonowy podchorąży

Edmund Baranowski „Jur”

Nazywam się Edmund Baranowski, rocznik 1925, urodzony w Warszawie, na warszawskiej Woli, z którą...

więcej