Nazywam się Teresa Miłkowska, zamieszkała aktualnie w Zalesiu Górnym, w domu sióstr elżbietanek.
Piorun.
Zofia Piorun i Stefan Piorun. Moja mama była gospodynią domową, nie pracowała niby zawodowo. Co prawda była zarejestrowana przy moim ojcu. Ojciec był palaczem kotłowym, to znaczy były centralne ogrzewania i wielkie piece stały w podziemiach. Ojciec codziennie tonę koksu przewalał, kiedy była zima.
Na Rakowieckiej. Tam się urodziłam i tam całe mieszkałam i po Powstaniu tam wróciliśmy.
59a.
Nie, miałam brata młodszego.
Trudne pytanie pani mi zadała.
A on 37 raczej.
Jerzy Piorun.
Ociupinkę. Pamiętam, jak w trzydziestym dziewiątym roku byliśmy u przyjaciół i wędrowaliśmy do domu do siebie i zastaliśmy zrujnowane mieszkanie. Mieszkaliśmy w suterynie cały czas, drugą suterynę zajmował dozorca. Zastaliśmy wtedy zburzone mieszkanie dozorcy. Okazuje się, że tam wpadł szrapnel i zabił tą mamę z dzieckiem.
Tak.
No, cały czas była wtedy, od trzydziestego dziewiątego roku. Miałam dość wygodne życie, bo miałam rodziców troskliwych. Mieszkaliśmy w suterynie, więc właściwie życie też się toczyło między suteryną a podwórkiem. To było duże podwórko. Trzy bloki stały obok siebie, a jeden na ten… więc zamknięte podwórko było. Mieliśmy taką fajną ferajnę dzieciaków.
Musiałabym sobie bardzo przypomnieć, bo nazwiska uciekają. Tak, tak, tym bardziej że później, już po okupacji, nie mieliśmy tych kontaktów, bo wszyscy się rozjechali i nie było kontaktów, więc za okupację… […]
Proszę panią, było to podwórko zamknięte, bo dwa budynki boczne, jeden na ten i bramy zamknięte. Oczywiście na dzień nie, ale [w nocy]. I to podwórko miało to, że pod podwórkiem była kotłownia i tu było asfaltowe. Później było sześć schodków i trawniki, ławeczki, więc mieliśmy gdzie wojować. Były zabawy. Zresztą potrafiliśmy sobie robić zabawy. Było obowiązek wtedy utrzymywania na podwórku beczki z wodą. Tych wszystkich jakichś tam… Nie wiem, nie pamiętam już, co było…
Takie przeciwpożarowe. Więc myśmy mieli w tym zabawę. Bardzo często było tak: alarm, a my uciekamy z tej wody. Więc to był okres bardzo przyjemnego dzieciństwa, bo rodzice dbający, wszyscy – koleżanki i sąsiedztwo – byli wspaniali. Bo to byli ludzie zżyci ze sobą. To były domy spółdzielcze typu prywatnego, w związku z tym też każdy miał swoje mieszkanie, tak że to wszystko było takie spójne wtedy. Właściwie całą okupację to ja osobiście miałam przyjemną. A co się działo w czasie okupacji… Bo to był dość aktywny jakiś taki okres dla mojego ojca i mojej mamy w jakiś sposób. My mieszkaliśmy w suterynie, a piętro niżej była kotłownia i koksownia i tam mężczyźni przychodzili, uczyli się strzelać. Ponieważ to było dwa piętra pod ziemią, to tam się uczyli strzelać.
No tak, bo przecież mnie nie wpuścili tam. Jak ja miałam dziewięć lat, jak Powstanie wybuchło, no to całą okupację to ja dorastałam do tych dziewięciu lat, tak że to nie ma znaczenia. Zresztą chyba nie należałam do tych ciekawskich specjalnie, nie wsadzałam nosa tam, gdzie nie trzeba. Raczej należałam do tych psotnych, ruchliwych.
Proszę panią, dom moich rodziców był otwarty. Moja mama… Mieszkaliśmy w suterynie i nigdy drzwi do wyjścia do domu… Moja mama stała w głębi w kuchni i jak ktoś pukał, to tylko krzyczała: „Proszę” i ktoś mógł wejść – złodziej, łobuz, nie wiadomo kto. Zawsze było „proszę”. Więc to był właśnie…
Dom otwarty. Kto przyszedł, to się najadł; komu trzeba było paczkę wysłać, to wysłała. Więc absolutnie była kobietą taką rodzinną i otwartą na ludzi. Kto by nie przyszedł, to miał tam [możliwość] nawet przenocować, jak trzeba było. Aczkolwiek nie było jak, ale też nawet na podłodze, ale mogli się przenocować.
Tak. Pierwszą i drugą klasę robiłam.
Najpierw się mieściła na Bagateli. Kiedy Bagatelę zajęli szkopi, Niemcy, to nas przenieśli na Klonową, tutaj jak później była [szkoła] Żmichowskiej na Mokotowie.
Nie, z tamtych lat nie pamiętam, nawet teraz jakiś obraz nie przybiegł. Poza tym w pewnym momencie, ponieważ trzeba było jechać z Rakowieckiej na Bagatelę tramwajem, więc dziecko wysyła się tramwajem, proszę pani. A były obwieszone tramwaje, ludzie na tak zwanym cycku jeździli. W pierwszej klasie to jeszcze jakoś jeździłam, ale w drugiej klasie miałam pod opieką tego brata młodszego o rok i siedem miesięcy. Więc co to, dziecko prowadzi dziecko przez Warszawę, przez te tramwaje. W pewnym momencie było tak, że on wsiadł do tramwaju, a ja zostałam na przystanku czy odwrotnie. W tym momencie mama powiedziała „dosyć”, nie będzie nas narażała. W naszej kamienicy mieszkała pani i uczyła nas prywatnie tych przedmiotów podstawowych, żeby mieć wiedzę. Więc byliśmy uczeni już później w domu. Bo [brat] poszedł niby do pierwszej klasy, ale przy mnie się tak uczył wcześniej, że w pierwszej klasie go wyrzucili do drugiej od razu. No ale koniec końcem uczyliśmy się prywatnie.
Lenartowicz.
Do Powstania, tak. No bo później sierpień, to już wiadomo było, że coś…
Nie, łapanek nie pamiętam, ale wyjazdy… Moi rodzice byli towarzyscy i jeździliśmy. Właśnie w trzydziestym dziewiątym roku [wybuch wojny] nas zastał, nie wiem dlaczego, zostaliśmy u wujków na Marszałkowskiej. Wróciliśmy do domu, wtedy co powiedziałam, że zastaliśmy tę zrujnowaną suterynę. W domu moich rodziców wciąż się coś działo, jacyś goście byli, wciąż ktoś wpadał, każdemu było po drodze.
Nie, czas okupacyjny to w Warszawie, bo to szkoła była, rodzice pracowali, ojciec pracował, więc jeszcze normalne życie się prowadziło. Natomiast wakacje – moja babcia, ojca mama, mieszkała w Otwocku, bo była opiekunką mieszkania, willi, którą zostawili państwo, którzy wyjechali w trzydziestym dziewiątym roku za granicę, i moja babcia tam miała całą chałupę piętrową do swojej dyspozycji na zasadzie dozorstwa. I tam ja wyjeżdżałam i wtedy do babci jeździłam. No i wtedy miałam raj, bo hamak między dwoma drzewami, babcia mnie kładła i bujała, jeszcze kogel-mogel robiła, więc takie to są wspomnienia, rzeczywiście, [miłe]. Ale to było w wakacje.
Też Piorun.
Antonina.
Tak, ale nawet jeszcze nie [wszystko], bo rodzice mieli znajomych, przyjaciół i taka pani z synem wyjeżdżali… Ale do jakiej miejscowości jeździliśmy?… I zabrała mnie na wakacje. Z nimi spędzałam wakacje na zasadzie serdecznej znajomości, takiej dobrej znajomości.
Absolutnie bardzo dobry.
Nie, nie umiem pani teraz powiedzieć, dlatego że generalnie jak się zaczynały naloty, to my wszyscy z podwórka czmychaliśmy do podziemi, bo tam były schrony. Podpiwniczenie było długie, takie przez cały budynek, od tego szły [przejścia], tam się ludzie zbierali i tam uciekali wtedy. Bo nawet w tej suterynie zawsze były okna zaciemniane oczywiście i też wychodziliśmy stamtąd, bo też te okna przecież nie chroniły, co się schodziło. Tak że ja nie umiem pani powiedzieć typowo pierwszy, jakoś nie…
To znaczy być może, że gdyby były jakieś [charakterystyczne] wspomnienia… Ale to się wszystko zatarło, wie pani.
Nie u siebie. U siebie tam w tym budynku wszystko się działo na tym podwórku, w tych podziemiach. […]
To znaczy rodzice mieli kontakt na pewno, bo [Powstańcy] się przewijali. Na Rakowieckiej obok był klasztor jezuitów. Tam od razu trzeciego dnia okupacji wymordowali wszystkich. Ludzie, którzy na alarm schowali się tam do jezuitów, też zostali zamordowani. Tych ludzi, księży, spędzili do jednego pomieszczenia i wszystkich wybili i później to wszystko podpalili. Jeszcze spod tych trupów wydostał się jeden ksiądz Kosibowicz i chyba jeszcze jeden brat jakiś. On wtedy przez ogród – to był duży ogród, płot, malutka ulica i nasz budynek z podwórkiem – on do nas tam dotarł, ale się nie ujawniał, bo to był strach przecież. Ale moi rodzice powiedzieli, że właśnie on wydostał się nocą przez te ogrody i do nich dotarł. Później gdzieś przerzucili go, jak to się tam działo wtedy. A tutaj no to my siedzieliśmy jak te kmiotki, aż 14 sierpnia powiedzieli raus, raus i wypędzili wszystkich, wymietli z budynków.
Tak, szkopi wchodzili i wrzeszczeli raus, raus. Bo jak to podwórko jest zamknięte, to przecież wszystko jeszcze… Zresztą trudno mi powiedzieć, jak to było słychać wtedy. W każdym razie było raus i nas wypędzili wszystkich i już później piechotą do Pruszkowa.
Nie, mama miała zawsze jakieś tam zapasy. Zresztą mnie to nie dotyczyło, wie pani, nie wiem. Ja dostawałam jeść, więc nie umiem powiedzieć, na ile to było wszystko skromne lub bardzo skromne.
Nie, ja nie miałam żadnych problemów. Zresztą cały czas rodzice tak się opiekowali. Z tym że problem był jeden, że ojciec w dzień Powstania wyszedł do kuzyna, do „Omegi”, do szpitala, odwiedzić go i tam go zastał alarm, Powstanie i ojciec tam został, a mama została z nami dwojgiem tutaj. No i się zaczyna, raus, a mama jest z nami, mojego brata ciągnie, a on był jeszcze chorowity, bo na astmę chorował. Natomiast mnie wsadziła na plecy tornister, a w tornistrze suchary i kostki cukru, i ja tak dźwigałam to wszystko. I właściwie już później musiałam być bardzo samodzielna, dlatego że ten mój brat młodszy wymagał dużo opieki, a poza tym [był] schorowany. Ja byłam zawsze energiczna, więc łatwiej mną było [pokierować], „idź, zrób” powiedzieć.
Nic nie pamiętam. Pamiętam tylko ten plecak na plecach.
Nie pamiętam.
Nie, mama nie miała wiadomości w ogóle, tylko dowiedziała się od kogoś, że chyba zginął, leżał na Polu Mokotowskim. Chciał się przedostać, ale leżał twarzą do ziemi, więc nikt nie miał pewności, czy to był on, czy nie on.
W Alejach Jerozolimskich „Omega” była.
Nie, nie miała pewności. I nas przepędzili. W pewnym momencie wsadzili nas znów w tym Pruszkowie – krzyczeli raus i wsadzili nas do bydlęcych wagonów.
Tak, tak. Tam nas umieścili w tych halach parowozowni i remontu tych pociągów. Siedziało się na takiej dużej sali. W tej chwili pamiętam tą ogromną salę, leżały worki, a worki były z watą szklaną. I myśmy na tych workach siedzieli i zapewne… Ale tak długo nie siedzieliśmy tam, bo za jakiś czas znów nas wypędzili i zapędzili do wagonów bydlęcych. Wsadzili nas, zamknęli, wieźli nas. W pewnym momencie stanęły wagony, otworzyli, raus, wypędzili nas w szczerym polu, wypędzili ludzi z tych wagonów. No i teraz co mama ma robić z dwojgiem dzieci?
Gdzie jesteśmy, nikt nie wiedział. Jak nagle wysadzają w polu, to trzeba wejść do jakiejś jezdni, do ulicy, żeby… Ja już nie pamiętam tej drogi do tych budynków. Mama dotarła do jakichś budynków i tam ludzie przyjmowali jednak tych [ludzi]. W takiej kamienicy jednej zwolniło się mieszkanie, bo starsza rodzina zmarła i został jeden pokój na górze, a tutaj mieszkali ludzie normalnie jeszcze. Tam ci ludzie nas umieścili i [z nami] jeszcze jedno małżeństwo. Tak że tam na workach dostaliśmy worki, napędziło się słomą i spaliśmy na podłodze.
Skierniewice.
Mój brat natomiast był astmatykiem. Jak przyszła jesień, to on się śmiertelnie dusił. Tam było tylko jedno łóżko w tym pokoju, w tym dużym pokoju, ogromnym jedno, no to on zajmował to łóżko, a we wszyscy na podłodze spaliśmy.
A to zaraz… nie, to jeszcze nie tak było. Moja mama, będąc tam w tych Skierniewicach, była aktywna. Chodziła do ludzi sprzątać, żeby mieć na życie. Nawet nie bardzo wiem, co [robiła], ale w każdym razie do ludzi chodziła. I wszędzie wysyłała listy do rodziny, nawet do takiej, z którymi nie mieliśmy kontaktu, z ojca strony. Nie mieliśmy kontaktów. Wysłała wszędzie listy z zapytaniem o ojca. No i tak czekała, może się ktoś odezwie. W Skierniewicach jak trzeba przejść na rynek, to trzeba przejść przez tory kolejowe. Nagle ktoś na tym przejeździe wpada na nią. Patrzy, a to ojciec. Okazuje się, że dostał jeden z tych listów, wiedział, gdzie [mieszkamy], i przyjechał wtedy. I spotkali się pewnego dnia, nie wiedząc tego, na środku Skierniewic. I tak znaleźliśmy ojca.
Nie wiem, jak się przedostał. W każdym razie ojciec później jakoś się przedostał, wydostał i wylądował u rodziny, z którą nie miał specjalnie kontaktów, koło Częstochowy w takiej miejscowości, w Żarkach. Tam zamieszkał u nich, tam ten list dotarł do ojca i stamtąd przyjechał, a tam już mieszkał u rodziny. Przyjechał i mówi: „Ja was zabieram tam do siebie”, do Żarek, to jest koło Częstochowy. Zabrał mamę z nami, zabierał nas, żeby tam zawieść do nich. Później od Częstochowy musieliśmy samochodem jakimś jechać. Ja pamiętam, straszny ten samochód ciężarowy, bo my na pace jechaliśmy, na tym odkrytym, tylko między bańkami z jakimiś… Pamiętam do tej pory te bańki z mlekiem czy z czymś. Bo samochód jeździł i zbierał od ludzi widocznie. I tak wciśnięta byłam między tym, a mama tuliła Grzesia, tego mojego brata. A ja zostałam sama i siedziałam sobie, płakałam, bo mi było przykro. Mama miała jednego cukierka i dała jemu. Mnie tak było przykro wtedy… Jechaliśmy nie wiem ile, w każdym razie zimno przeklęcie było, bardzo zimno – na tym samochodzie otwartym zimno było.
Nie, to był styczeń.
Tak. Wie pani, czy to był koniec grudnia, czy styczeń, czy początek lutego… W każdym razie był straszny mróz. Ale to raczej był styczeń. Wylądowaliśmy u tej rodziny. Nie była to sprawa bardzo przyjazna, mama się tam źle czuła. Jakoś później znalazła gdzieś mieszkanie, gdzieś u kogoś zaczęła zajmować się czymś tam, pracować, chodziła do pracy tam. Przecież coś trzeba jeść i coś [robić]. Tam mieszkaliśmy nie wiem do kiedy. W tym czasie ojciec wrócił do Warszawy sprawdzić, co się w Warszawie dzieje. Przyjechał na to podwórko. Te budynki stały jak te oczodoły takie czarne… Bo jeszcze ja jak przyjechałam tam, jak się wchodziło na to podwórko, to [straszyły] takie czarne oczodoły, bo to było spalone jeszcze – wrażenie niesamowite. Ale jakoś nam to nie przeszkadzało bawić się w berka, na pierwszej klatce wejść, piętrami [się przemieszczać], bo ścianki działowe do ostatniej… Nam to nie przeszkadzało.
Tak, wróciliśmy. Ojciec wrócił najpierw do Warszawy, zorientował się, wyszykował… W tych całych budynkach trzech było jedno mieszkanie, które było niewypalone, tylko jeden pokój był dobry, bo następny też…
Nie. Po prostu na zasadzie wtargnąć do ruiny, bo trzy budynki stoją puste i jeden jedyny pokój wolny.
Tak, tak. Bo to wtedy były powroty do Warszawy, a jak nie mieli gdzie ludzie [mieszkać], to przecież też każdy pewnie się czaił jakoś gdzieś tam. Wie pani, to nie były czasy dla mnie do rozeznania sytuacji. Ja wiem, że jak ojciec wrócił z tej Warszawy, powiedział, że zabiera nas, i zabrał z powrotem do Warszawy. Nawet pamiętam dokładnie jazdę pociągiem. Zimno, okna niby są [zasłonięte], opatuleni w korytarzu staliśmy i jechało się tak do Warszawy. Później z Dworca Zachodniego trzeba było iść na piechotę. Mojego brata wiatr porwał. Jak był wiatr, to go tak rzucał, to ojciec go złapał. I tak przyszliśmy na Rakowiecką stamtąd. No i do tego pomieszczenia jedynego się tam trafiło i tak się życie już zaczęło.
A niech pani zgadnie, skąd ja mogę to wiedzieć.
Więc proszę panią, ludzie Warszawy od razu potrafili się mobilizować. Tu w bramie stała kobieta i proponowała pierożki, a tam [coś innego] – od razu się rozpoczęła działalność. Ktoś sprzedawał, ktoś kupował. Nie wiem, skąd ojciec miał pieniądze, czy nie miał, czy coś miał na wymianę. Wie pani, to są rzeczy, które mnie nie interesowały wtedy, a później to już wszystko się zatarło, bo już życie wracało do normy.
Nie, zaraz po wyzwoleniu na pewno nie. Jakoś wróciliśmy do szkoły w połowie roku szkolnego. Klasę się robiło tylko w trzy miesiące. Ja zdałam, natomiast mój brat, który ze mną wtedy szedł razem przez tą pierwszą, drugą klasę, nie zdał już, nie poradził sobie.
Na Bagateli podstawówka była wtedy, no to pamiętam, a później nas wyrzucili Niemcy, to na Klonowej stamtąd już…
Nie. Dopiero pamiętam z gimnazjum.
No, pani Żołnowa, pani… Moja najbardziej ukochana nauczycielka i nazwisko zapomniałam, ale sobie zaraz przypomnę.
Ja poszłam do szkoły handlowej.
Proszę panią, żebym ja umiała sobie teraz otworzyć… Bo była przenoszona, najpierw w Śródmieściu byliśmy, a później aż na Wolę, na Żytnią nas [przeniesiono]. Ale widzi pani, jak to jest z tą pamięcią. A gdzie ja to w tej handlówce siedziałam… Duży budynek był, na Górnośląskiej chyba. Chyba na Górnośląskiej. No ale to takie już zmazane.
Już nigdy nie pracowała zawodowo, z wyjątkiem jak była zarejestrowana przy ojcu, że jest pomocnikiem palacza […] Inna rzecz, że pełniła funkcję dokładnie. Wtedy działały kaloryfery, jak był prąd, bo to silnik napędzał. I w pewnym momencie: „Stefan, wstań. Silnik przestał pracować”. Mama już wiedziała, że trzeba wstać i puścić na „samoczyn”, bo to wtedy się puszczało na „samoczyn”. Więc niby nie pracowała, ale pilnowała wszystkiego.
Tak. A szkoła to szkoła. I wie pani, zmartwienia wszystkie zostawały przy rodzicach. Jak zarobić, jak nas wyżywić, to nie nasza działka była. wtedy
Tak, absolutnie, proszę panią, i to prawie całe życie. Bo matka moja całe życie mi pomagała, jak ja miałam dzieci. Ja miałam męża, który rok po ślubie uległ wypadkowi i nigdy nie chodził. Ja urodziłam dopiero dziecko, dziewięć miesięcy, a mąż ulega wypadkowi i ja muszę przy mężu siedzieć. No to kto się zajmuje? Moja mama. Moja mama. Tak że wie pani, to było już takie… Była bardzo oddana. Garnek ugotowanej zupy był zawsze i nie było problemu, żebym ja nie najadła się.
To znaczy ja miałam przy swoich rodzicach [dobrze]. Z tym że przy tym wszystkim to była różna tam działalność. Tak jak ojciec w tej suterynie [umożliwiał, że] uczyli się strzelać, to w tym samym czasie moja mama była księdzem. Bo dawniej na podwórkach były ołtarzyki i tam był ołtarzyk. Moja mama była za księdza, prowadziła w tym czasie modlitwy i wtedy było śpiewanie litanii i w ogóle – bardzo głośne śpiewanie było. To już jako zasada, po to żeby to chociaż zagłuszać, gdyby jeszcze jakieś tam [dźwięki docierały].
Tak… Ale całą okupację. Proszę pani, wszystko co się działo, to się działo dzięki mojej mamie też, bo musiała tego pilnować i dopatrywać, żeby ojcu jeszcze nic się nie stało. Przecież mężczyźni od razu byli brani pod lupę. Poza tym były różne akcje. Ja jeździłam z Rakowieckiej na Marszałkowską do cioci Hanci, to taka ciocia-babcia, i ciocia zawsze mi zabierała płaszczyk. Później się dowiedziałam, że w tym płaszczyku zaszyte było nie wiem co, bo nie czytałam, ale jakieś gazetki czy coś tam było w moim płaszczyku zaszyte. I ja jeździłam…
Nie, no skąd. Ja się dopiero dowiedziałam o tym po wyzwoleniu przecież. Więc takie akcje mieli. A gdzie się słuchało radia wtedy? W podziemiach u ojca w kotłowni. Tam się radia słuchało. Tak że tam cały czas szła… Oprócz nauki strzelania, radia [były] takie te wszystkie jeszcze kontakty, jakich nie znałam. Wciąż się ludzie przewijali i ktoś tam chodził i coś tam przekazywał sobie. Ale to było poza nami, przecież nie mogli wprowadzać dziecka w to. Jak ja coś usłyszałam, no to był strzęp tego i właściwie co mnie to obchodziło. Ja leciałam na podwórko i się bawiłam.
No to jest to ta konspiracja była solidna, dlatego że rodzice nawet przechowali jakichś ludzi, znaczy gdzieś tam lokowali. To są takie rzeczy, o których ja nawet nie wszystko wiem, tylko później przychodzili, witali się.
No nie, bo te kamienice w jakimś czasie administracja (to się tak nazywało, wszystko jedno jak) odbudowali te mieszkania i ci ludzie wracali do swoich mieszkań. Niektórzy byli porozrzucani po świecie, ale ludzie, ci sami, wracali lub duża część wracała. A mój ojciec wtedy był najważniejszy, bo był wtedy, kiedy jeszcze gruzy były. Ale jeszcze był potrzebny tym robotnikom, bo ojciec znał wszystkie przejścia w kanałach, wszystkie urządzenia, gdzie tam przechodziły te…
To znaczy kanałami przechodziły rury, bo przecież trzeba było z tej kotłowni przeprowadzić do jednego budynku, do drugiego, więc kanałami to szło, te rury. Ojciec wiedział, gdzie i co, bo cały czas tam pracował, był przy tym, więc ojciec znów był wtedy potrzebny im do szykowania budynku do oddania. I tak całe lata pracował, jeszcze później, długo, długo pracował. Jak już wszystko wróciło do normy, to też był na etacie cały czas. A moja mama przy ojcu oczywiście – moja mama nie pracowała, tylko że budziła go w nocy, kiedy trzeba było. No i przede wszystkim wstawała bardzo rano, przede wszystkim gotowała mu mleczną zupę czy coś i kazała mu jeść, bo jak wychodził, to on w zimie przewalał tonę koksu. W związku z tym mama go nie puściła do kotłowni, dopóki nie zjadł rano zupy mlecznej. Zresztą ojciec się wcale nie bronił, tak że zawsze miał rano zupę. Już o tej godzinie piątej wstawał ojciec i mama zaraz też wstawała. Więc ona „nie pracowała”, nie – tylko miała dwoje dzieci, tylko miała takie sytuacje. A cały handel jaki szedł przez moją mamę. Przyjeżdżały te kobity z tymi koszami i u mojej mamy się rozpytywały i masło i wszystko osło… Ja patrzyłam, jak kobieta farbuje masło: tarła marchew i [dodawała] sok z marchwi, żeby masło było ładniejsze. Ale to ja widziałam jako dziecko, bo to w łazience się działo u mojej mamy. A w sumie był pokój z kuchnią i łazienka…
A jeszcze ojca brat nieraz mieszkać musiał u nas też. Całe życie się tam u nas kotłowało i to wszystko ta moja matka znosiła.
Tak, ponieważ nikt nie zginął. Z rodziny tej bliższej też nie mieliśmy wypadku, żeby ktoś nam zginął, w związku z tym… A to się tak układało, że ta rodzina, mimo że nie była życzliwa w tych Żarkach, to jednak przebyliśmy tam [jakiś czas], a moja mama zaradna zawsze znalazła wejście do innych domów. To samo w Skierniewicach też było po Powstaniu.
Nie. Trudno nazwać „czynny”, jeżeli ojciec wciąż się parał tą bronią z nimi i wszystkie gazetki, które szły, to do ojca szły i szły dalej gdzieś. Tak że to była taka cicha robota partyzancka. Tak że nie, nikt z bronią nie szedł. Nie, nie, na szczęście nie było takiego. Poza tym nie było więcej u nas rodziny, bo był ojca brat tylko, który był też w tym wieku, więc… Jakoś się nie zdarzyło, na szczęście. Ale byli tam z tej kamienicy ludzie, którzy ucierpieli, byli rozstrzelani, wyciągani, tak że nie było tak całkiem różowo. Jak oni z tym wszystkim sobie radzili, to ja nawet nie wiem, no bo nie mogę wiedzieć. Myśmy mieli podwórko, beczkę z wodą i wszystko, co w ogrodzie było, piasek też był, w związku z tym hałasu dużo robiliśmy i tyle.
Zalesie Górne, 14 stycznia 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk