* Nagranie zrealizowane w formacie audio.
[…] [W czasie konspiracji] naszą kierowniczką była pani Wanda Horyd, studentka medycyny. I to było właściwie wszystko. Myśmy właściwie wszystkie zaliczały się jako sanitariuszki, jako te, które ewentualnie mają kogoś zabrać, ewentualnie założyć wstępny opatrunek. Jedna spośród nas, pani Janka, nie pamiętam nazwiska, mieszkała stosunkowo blisko fortu. To był mój rejon, bezpośrednio przy Forcie Mokotowskim. Do niej należał kontakt z punktem, gdzie już był lekarz. Nasze przeszkolenie było takie, że był okres szkolenia, notowało się wszystko skrupulatnie, co ktoś mówił, [odbywały się] w szpitalu. Szpital był mały, stary szpital, bezpośrednio przy uniwersytecie, przy tym placu. Tam były siostry i chodziłyśmy tam, żeby się zapoznać, przyzwyczaić, jak zorganizowany jest szpital.
To było przed Powstaniem Warszawskim.
[transkrypcja 0:10:20] Parę lat przed Powstaniem [mieszkaliśmy] w Rembertowie, tam gdzie było Centrum Wyszkolenia Piechoty, a [potem] przenieśliśmy się do własnego domu przy Forcie Mokotowskim. To były wtedy pierwsze zabudowania, pierwsze budynki. Ulica Balonowa 10. […]
Ojciec był wojskowym.
Ignacy Wądołkowski. Ich było dwóch [braci]. Trzeci brat zginął na Wschodzie w czasie wojny.
Jerzy.
Janina Staniszewska. Skończyła studia historyczne i wyszła za mąż.
Brat miał na imię Wacław [Wądołkowski], był o rok starszy, dokładnie o rok.
Tak. Dom został uszkodzony, gdy Niemcy zajmowali Warszawę. Matka starała się to naprawić, zamurowali, co trzeba, i trochę oszklili. Dom stał na stoku, mały stok. Po jednej stronie domu była piwnica, a z drugiej strony był pokój i gabinet, w którym myśmy w czasie wojny rezydowali.
Ojciec musiał na pewien czas odbywać służbę w oddziale.
Tak. To był 4 Pułk [Strzelców Podhalańskich] w Cieszynie. Byłam wtedy zupełnie mała. A później był wykładowcą Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie i przeszedł później do Wyższej Szkoły Wojennej, wykładał sprawy wojskowe w Warszawie. W 1939 roku miał objąć funkcję – był pułkownikiem – miał zostać pełnym pułkownikiem w jakiejś jednostce, nie pamiętam generała, w którego oddziale [miał być]. Chodziło o jednostkę wojskową.
Tak. Mi się wydaje, że jego dane są w archiwach.
Nie. Był wcześniej aresztowany i wywieziony do Oflagu VII A w Murnau. To był jeden z największych obozów.
Tramwaj dojeżdżał do końca Rakowieckiej, resztę trzeba było iść per pedes apostolorum przez pola. Mieliśmy jakiś skrót przez pola. Tutaj był autobus z miasta, który był zarezerwowany przez Niemców i który miał obowiązek obsłużyć wszystkich Niemców, bo lotnisko było niedaleko i to najczęściej zajmowali lotnicy. Niektóre domy były zajęte, ale już tego nie pamiętam.
Prywatna szkoła.
Przy Rakowieckiej. Nie wiem, czy drugi, czy trzeci dom od księży jezuitów.
Tak.
[…] Ostatnia dyrektorka to pani von Bergowa.
Nie, po wojnie straciłam kontakt. Spotkałam się później z jedną koleżanką, razem robiłyśmy maturę w Krakowie.
Krystyna Piotrowska.
To była już zbieranina. Chodziło o to, żeby skończyć szkołę średnią i prędko zrobić maturę.
Owszem, pamiętam bardzo miłe siostry z jakiegoś klasztoru czy coś, które były pielęgniarkami. Nie pozwalały niczego dotknąć, żeby wszystko było czyste, sterylne. Jeżeli trzeba było, to obsługa, proszę bardzo, sprzątanie, bardzo chętnie, [dbałość o] czystość.
Oczywiście. Byłam sama w domu i wiedziałam, że muszę zamknąć dom, zamknąć furtkę i zanieść klucze do znajomych. Zostawiłam złoty zegarek na samym środku stołu, żeby mama wiedziała, gdzie co jest. Nikogo już nie było.
Wszystko z jego strony to „Zośka”. […] Grupa „Sad”, później kompania „Rudy” i Batalion „Zośka”.
Oczywiście, że przychodzili. Zawsze przed akcjami musieli się przygotować, to tam przychodzili. W tym niskim pokoju był wybity mały…
No tak. Po prostu można było się gdzieś zmieścić, raczej ciasno było. To był magazyn cały.
No, materiały wybuchowe… Zawsze zapominam…
Więcej, bo były też zapalniki. Najbardziej prymitywne robiło się z plastiku i wkładało się zapalnik. Zapalniki to [niezrozumiałe] pudełka od zapałek.
Wzięłam adres, numer, gdzie miałam się udać, i po prostu tam poszłam.
Już w ogóle nie.
Nie.
Wie pani, krótko mówiąc, w tym rejonie (nie wiem, gdzie kto atakował) Niemcy uzyskali absolutną przewagę, rozpirzyli. Kto jeszcze został ranny, gdzie – nie wiem. Wiem tylko tyle, że chłopiec, po którego poszły nasze dziewczyny, został zabity, od razu Niemcy go zlikwidowali, a one obie były ranne. Jedna ciężko ranna w bark, druga dostała po rękach. Dostały się do jakiegoś schronu przygotowanego przez ludność. Później myśmy się rozeszły z punktu, każda poszła w swoją stronę. Część koleżanek, zdaje mi się, że [między innymi] te dwie ranne koleżanki, zabrali Niemcy ze sobą. Jaka była ich historia, nie wiem. A mogłabym wiedzieć o niej, bo to była córka kolegi mojego ojca.
Nie pamiętam.
Nie, ani słowa.
Nic.
Kiedy zorientowałyśmy się, że jesteśmy na terenie niemieckim, bo Niemcy opanowali tę część, trzeba było się wycofać. Janka, która była tą od kontaktów, wiedziała, gdzie jest następny punkt. Zdecydowałyśmy się iść we cztery, ja, Halina, zdaje mi się, że Brzozowska, ale nie jestem pewna… Janka, Halina, Krysia i ja – było nas cztery. Wyszłyśmy, przy głównej ulicy był potworny tłum ludzi, bo uciekali. Zorientowali się ludzie, którzy tam mieszkali, gdzieś w tym wszystkim resztki tych atakujących, którzy zupełnie nie mogą sobie poradzić… Myśmy się przedarły do swojego centralnego punktu, gdzie znalazłyśmy lekarza. Starszy pan doktor, przerażony, w ogóle nie wiedział, co się dzieje, powiedział nam: „Dziewczynki, wracajcie do domu”. Ponieważ większość z nas była z innej części Warszawy, więc nie było mowy o powrocie. Byłyśmy zupełnie zagubione. Ktoś ten tłum właściwie, bo to był tłum… „Słuchajcie, trzeba iść, uciekać”. Gdzie to wszystko ruszyło, ja powiem szczerze, że zupełnie straciłam kontakt. Janka, która, miała najbardziej [przytomną] głowę: „Wiecie co, trzymajmy się oddziału. Jak będzie [jakiś] oddział, to idziemy razem”. No i rzeczywiście, wyszłyśmy z tej ulicy na drugą stronę, gdzie była prosta [droga]. Gdzieś był Wilanów, ale myśmy szli bardziej bokiem. Ten tłum się powoli rozchodził, każdy poleciał, gdzie mógł. Zostałyśmy my i paru młodych, którzy [byli] pod komendą. Ktoś zdecydowanie powiedział: „Proszę pani, nikt nie może z nami iść. My idziemy sami. Będę się starał przejść do lasu, ale nikogo nie będę prowadzić. Jeżeli ktoś nie posłucha i będzie się do nas czepiał, to strzelamy”.
Tak. Na ile to był jeszcze oddział, ja naprawdę tego nie wiem. Wiem tylko, że jeden miał skaleczoną rękę i to był pierwszy opatrunek, który udało mi się zrobić. Właściwie później przez pewien czas Janka mówi: „Wiesz, idźmy mniej więcej w tym kierunku, w którym oni poszli”.
Ale nie miałyśmy absolutnie nic. Nie wiadomo, gdzie, co, jak. W końcu trafiłyśmy na jakiegoś rolnika, który pozwolił nam zatrzymać się w stodole i przenocować.
Mam wrażenie, że to już pierwsze wsie gdzieś [pod Warszawą]. I to było dosyć smutne, byłyśmy zupełnie… Nawet nie wiem, czy robiłyśmy jakieś projekty, co mamy ze sobą zrobić. Po prostu trzymałyśmy się [razem]. Wiem, że problemem było, że chyba Krysia miała jeszcze te osobiste opatrunki – ktoś przyniósł i ja nie wiem, jak to wyglądało. To chyba z Zachodu tacy żołnierze zawsze nosili ze sobą. I wiem, żeśmy się nad tym zastanawiały, żeby nas ktoś z tym nie złapał, żeby o tym nie mówić. I później w końcu gdzieś zaczynała się jakaś wieś. Weszłyśmy do pierwszego domu, tam wyszła jakaś kobieta i bardzo serdecznie nas [przyjęła]. „No to chodźcie tutaj”. Wzięła nas do tego domu. Miałyśmy jeden pokój, gdzie można było [zostać], tak że myślałyśmy, że się zatrzymamy. Tymczasem w krótkim czasie, właściwie prawie że nie było przerwy, zebrała się wieś, lud, że to są osoby obce, nie wiadomo, kto to jest – Niemcy przyjdą i będą zabierali.
W rezultacie na nią naskoczyli, było paru chłopów bardziej takich wygadanych, i wyprowadzili nas.
Nikt, to była czwórka. To już wtedy jak myśmy się pożegnały z nimi, to już była tylko czwórka.
[Chłopi wiedzieli], gdzie są jacyś Niemcy, jakiś posterunek, otoczyli nas i poprowadzili.
Tak. Niemiec – ten, który był na posterunku – przede wszystkim przestraszył się, jak ci chłopi wszyscy przyszli. Nie pozwolił im podejść, oni prędko nas wypchali i już.
Tak. Wie pani, powiem szczerze – nie jestem wojskowa, więc nie umiem powiedzieć, co to było. Robili wrażenie jakiejś umundurowanej grupy wojskowej, był posterunek.
Posterunek, jedna czy dwie osoby. Później było ich dwóch. Oni nie wiedzieli, co mają z nami zrobić. Oni robili wrażenie, że jakaś grupa wojskowa… Oni marszem gdzieś przechodzili przy Warszawie, ale to już była wieś, więc nie wiedzieli, co mają z nami zrobić. Czy oni się orientowali, że już coś się dzieje, że strzelanina czy coś takiego? Mnie się wydaje, że tak, bo już nad Starym Miastem [przelatywały] samoloty, tak że się zorientowali. […] Oni zrobili [kąt dla nas] w tym miejscu, gdzie mieli swój posterunek, i reszta ich gdzieś spała chyba. To było dość późno. Rzucili słomę na podłogę, kazali się położyć i teraz mamy spać. Sprawdzili, że nie mamy żadnej broni, żadnych nic.
Torby. To tak wyglądało, powiedzmy, że…
Nic. Przypuszczam, że oni się trochę orientowali, że to jest coś [nietypowego], ale chyba niezupełnie byli świadomi otoczenia, co się dzieje. Wie pani, tam były z nimi jakieś baby, Rosjanki jakieś.
No to był jeden oddział, ci, którzy byli w punkcie. No więc wystawiał…
No i później rano powiedzieli, żebyśmy się zebrały. Któryś już przyprowadził jakiś wóz z koniem. Wiem, że jakoś tak było, że ja byłam raz z tym Niemcem, on mi kazał wsiąść na wóz. A nie wiem właśnie, gdzie [były koleżanki], czy były jakieś inne wozy jeszcze, czy coś, tego w tej chwili nie umiem sobie przypomnieć. Wiem, że zaciął tego konika i pojechaliśmy. Ja sobie zabrałam, co ja mam jeszcze w torbie, co mogę zjeść. Z nas żadna nie mówiła słowem po niemiecku, więc żadnych konwersacji nie było. Krysia trochę mówiła po francusku, ale nie za szybko. Ale wiem, że ja jechałam tym wozem i trochę dalej wprowadzili jakiegoś chłopca. I ten Niemiec tylko tak obrócił się do mnie: Kamerad, ja? Więc ja myślałam, że w takim razie… Ale oni zachowali się bardzo przyzwoicie, bo nas znowu złączyli i przekazali wójtowi. Wójt nie był zadowolony. To już była któraś miejscowość podwarszawska. Ja nie pamiętam [która]. Wiem, że to już były… […] Ja pamiętam, że myśmy też kiedyś wyjeżdżali pod Warszawę na jakieś wakacje.
I w tym momencie jedna z koleżanek znalazła swoich znajomych. A jak znajomi, to ją od razu przechwycili i już ja z nią straciłam kontakt. Ale później powiedziałyśmy sobie: „To co mamy w takim razie zrobić?”. Janka powiedziała, że ona musi nawiązać kontakt i na pewno tutaj będzie ktoś.
Po prostu chce nawiązać kontakt z kimś z organizacji. A ja i Halina powiedziałyśmy sobie, że właściwie no co mamy zrobić. Nic. Będziemy się przedostawać… Ona była ze Śródmieścia. Ja w Śródmieściu to znajdę rodzinę i powiedziałyśmy sobie, że w takim razie szukamy kogoś, gdzie możemy po prostu zostać. I we dwójkę powędrowałyśmy w kierunku Warszawy.
Tak. Bo to wszystko ciągle były […] miejscowości podwarszawskie.
Nie, nie było nikogo. Ludzie cywilni, przypuszczam, że gdziekolwiek każdy był, to szybko przytulił się albo wyszli. Gdzie to się podziało, to co uciekało z nami wtedy – nie wiem.
To było dosyć długo. Poza tym byłam ranna.
Na wyższym… Górny Mokotów.
Cały czas.
Do momentu, aż po raz drugi żeśmy były mniej więcej w swoim rejonie, ciągle przy tej ulicy, której nie mogę sobie przypomnieć. Wie pani, wracałyśmy piechotą, doszłyśmy do [fortu]. To był też fort rosyjski jeszcze, tak jak mokotowski, tylko mały i chyba gorzej zachowany. Ale tam już wokół było też takie osiedle. Myśmy idąc sobie… Weszło się na jakąś ulicę. W każdym razie ciągle omijałyśmy ten […] Wilanów. I na tym osiedlu znalazłyśmy jakąś panią. No bo [wyglądały na] dorosłe, w każdym razie optycznie wydaje mi się, że takie młode bardzo. „A to skąd?” Punkt sanitarny. W szkole siedziały i mają punkt. One nic nie jedzą, ale gotują zupę. Muszę przyznać, że ich kierowniczka, pani trochę od nich starsza, ale bardzo taka [zorganizowana], która zajęła się tym i włączyła nas, że też jesteśmy sanitariuszki. I już miałyśmy to, że gdzieś nareszcie coś mamy [robić]. I razem przede wszystkim od razu poszłyśmy na tę pierwszą ulicę naszą, żeby się dowiedzieć, co tam jest. Odnalazłyśmy nasze dwie koleżanki. Dowiedziałam się, że Wanda Horyd jest już na Mokotowie Górnym. Aha, i pierwsza rzecz: „Słuchajcie, to trzeba się wziąć i wszystko zabrać z punktu, bo to jest jednak w tej chwili bardzo ważne”. Nie wiem, kiedy to się okazało, że szpital wojskowy, który dawniej był […] tam gdzie dzisiaj jest muzeum sztuki współczesnej.
No w Parku Ujazdowskim to przecież był zawsze szpital wojskowy, ja tam przyszłam na świat. Ale tego momentu, kiedy to się zdarzyło, nie pamiętam. Już dzielić na dni, na coś, to nie wiem. W szpitalu były takie śmieszne pielęgniarki, to już były pielęgniarki szpitalne.
Nie, to już nie były siostry zakonne, to już były panie, które były pielęgniarkami. I wiem, że ta pani, która z nami była… Myśmy przyniosły wszystko, co udało się nam wynieść z tego punktu.
Tak. Pamiętam, że miałyśmy fartuchy białe, czerwony krzyż i tak dalej i pomaszerowałyśmy tam, żeby wynieść wszystko, zabrać stamtąd. Ale kiedy to się stało, ja już [nie wiem]. I właściwie stale się kursowało między tym domem i tą ulicą. Tam była taka starsza pani, bardzo dziwna, mieszkała ze swoją starą służącą. Cały czas był Mokotów Górny. Tydzień, może dłużej – przyszedł jakiś większy oddział. […] Miało się to uczucie, że to jest jednak już jakiś duży oddział. To nie była „Zośka”. […] Pamiętam doskonale moment, kiedy oni przyszli i objęli właśnie Dolny Mokotów. Już było wiadomo, kto, co, jak. […]
Proszę pani, to nie było [wtedy], Powstanie to było daleko. To musiało być może tydzień, dwa tygodnie, trzy czy cztery tygodnie, tego nie zdążę powiedzieć. Widać było po prostu, że Niemcy się zorganizowali. Bo w pierwszym momencie to oni byli zaskoczeni, bronili się, a tu już było planowe odbijanie niektórych części. Wiem, że bardzo szybko od strony ogrodu…
Łazienki, tak, to już było ich. I później jednak… Czerniakowska?
To była ulica, która szła odcinkami.
Tak. Wiem, że tam był kościół, ksiądz był bardzo miły.
Nie, to był kościół, samotny, barokowy. Właśnie tam był ksiądz, nasz cmentarz już był zorganizowany, już byli ranni, zabici. I to nie było tak bardzo od strony Wilanowa, tylko właśnie gdzieś jak gdyby te ulice szły, długa taka ulica…
Tak.
To nie wyglądało.
Nie. W pierwszym momencie była kupa ludzi, którzy po prostu zorientowali się, że była strzelanina. Coś było. Gdzie co kto widział od siebie, tego już nie wiem. Kupą wyszliśmy. Gdzieś to się później rozlazło. Ci, którzy uważali się, że coś wiedzą, poszli do lasu, w każdym razie tak tam powiedziano. Nas Niemcy odstawili do wójta.
Każdy był, gdzie był.
Matka była gdzieś… Nie pamiętam, gdzie BIP się zebrał, chyba bliżej Śródmieścia. Później wiem, że przeszła na Wilczą do znajomych.
Tak. I o ile wiem, to chyba z nimi już [była]. Jeżeli działała, to powiedzmy sobie, z nim. A z nim już była w kontakcie, zwłaszcza że wiedziała, że wcześniej mój brat był u nich.
Tak. Oni mieli chyba jakieś [ubrania], chyba nie mundury, ale już nie wiem dokładnie. Zwrócił kurtkę i zostali tam.
Wie pani, nie wiem, ja już ich nie oglądałam.
W Milanówku. Ja byłam w szpitalu i wyszłam sobie ze szpitala i patrzę, że ktoś przechodzi. Mama przechodziła ulicą.
Nie, on zginął.
W ‘47 wrócił do Polski. Nie pamiętam, ich chyba Amerykanie czy ktoś [wyzwolił]. To było Monachium, więc ktoś ich tam oswobodził i [ojciec] poszedł do Włoch.
Nie, bo zaczął się wtedy jakiś generalny proces tych dawnych wojskowych i był nasz znajomy, który był ciągany i tak dalej, i powiedział: „Jeżeli chcesz [spokoju], to lepiej się nie pokazuj”. I później byli harcerze zajęli się ojcem. Oni organizowali nowe zaopatrzenie szkół – podręczniki wszystkie i tak dalej, to się rozsyłało po szkołach. A tutaj było jeszcze bardziej [potrzeba], bo to było tereny odzyskane. Ja dawałam do archiwum tutaj. To później też bardzo krótko było, później [ojciec] otrzymał zakaz pracy w instytucjach państwowych i się skończyło.
Oczywiście. Wie pani, ja już wyszłam ze szpitala i zaczęłam już kończyć szkołę średnią, a wiem, że mama nawiązała kontakt… Ale to było już nie ZWZ, tylko jakoś inaczej się nazywało. Oni próbowali werbować, coś zrobić, ale to już były sowieckie czasy i wiem, że bardzo często to było infiltrowane. […]
Wrocław, 27 stycznia 2026 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk