Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Wanda Akolińska „Wanda”
Wanda Akolińska
pseudonim
„Wanda”
stopień
podporucznik, łączniczka
formacja
Obwód IV Ochota, Grupa Rakowiec
dzielnica
Ochota

Wanda Akolińska, urodziłam się w Warszawie 10 stycznia 1926 roku. W czasie Powstania [mieszkałam] na osiedlu Rakowiec, czyli Ochota, [służyłam w] AL. Mam podporucznika z czasów okupacji. […]

  • Do jakiej funkcji była pani szkolona w czasie konspiracji?

W każdym razie nie do szeregowca. Nie umiem powiedzieć.

  • Proszę powiedzieć o swoim domu rodzinnym, o tym, jak pani zapamiętała przedwojenną Warszawę.

Przed wojną należałam do Czerwonego Harcerstwa, właśnie [na Rakowcu], zorganizowanego przez Osóbkę-Morawskiego, przez jego późniejszą żonę „Wisłę”. To znana postać młodzieżowa.

  • Jak pani trafiła do Czerwonego Harcerstwa?

Mieszkałam [na Rakowcu] i trafiłam. Chodziliśmy, mieliśmy klub, świetlicę i cały czas się wokół tego [harcerstwa] działo. Potem, w czasie okupacji, już nie było Czerwonego Harcerstwa. Nie myśleliśmy o tym, tylko myśleliśmy, jak dokuczyć Niemcom. Nawet nie będąc zorganizowani, dokuczaliśmy jak mogliśmy.

  • Wróćmy do września 1939 roku. Pani chodziła do szkoły przed wojną? Jaka to była szkoła?

Chodziłam do szkoły, do podstawówki na Opaczewską. Był kierownik Żmuda, miał wspaniałego syna Konrada, który był lewicowcem. Również do nas przychodził i nam bardzo dużo pomógł. Umiał strzelać, już był wyćwiczony i nas ćwiczył po prostu. […]

  • Wybuch wojny, 1 września 1939 roku. Jak pani to przyjęła?

1 września był okropny. Były już naloty, ale nic się nie działo takiego. Samoloty przylatywały na lotnisko Okęcie bardzo wcześnie. Ale nic się nie stało wokół domów. Dopiero gdzieś w połowie wojny, jak już Niemcy byli na osiedlu, zaczęto niszczyć wszystko. Osiedle było zniszczone.

  • Czy we wrześniu 1939 roku ktoś z pani najbliższej rodziny służył w wojsku?

Nie, nikt nie zginął. W pierwszym okresie nikt nie zginął. Mój szwagier był lotnikiem. Pobrali się [z moją siostrą] przed wojną i on ciągle był na ćwiczeniach. Co troszkę do domu przyszedł, na dwa, trzy tygodnie, to znów na ćwiczenia. Potem ślad po nim zaginął. Znalazł się w niewoli niemieckiej. Nigdy nie wrócił do Polski.

  • Z czego utrzymywała się pani rodzina w czasie okupacji?

Mój ojciec był piekarzem i cały czas pracował, tak że to było utrzymanie. Mama umiała szyć, trochę szyła sąsiadom, znajomym, parę złotych zarabiała. Tak że nie narzekaliśmy. Siostra była mężatką, miała kalekie dziecko i też z nami mieszkała.

  • Jak przyjęto w domu wiadomość o wkroczeniu wojsk radzieckich we wrześniu 1939 roku?

To było okropne. Nikt się nie spodziewał, że właśnie tak się zadzieje. Bez radości w każdym razie… O ile pamiętam, to nie było radości.

  • Jak wyglądała służba w Czerwonym Harcerstwie już w czasie konspiracji, w czasie okupacji?

Roznosiliśmy ulotki. Jeszcze nie było zorganizowania, ale ulotki już nosiliśmy na Ochotę, w pobliżu. Nie mówię – do Śródmieścia, bo robili to starsi, a myśmy jeszcze byli młodzi.

  • Kto to organizował? Miała pani świadomość wtedy, kto tym kieruje?

Przychodziła Marysia Jagiełło i Kostek Jagiełło. To były osoby z Czerwonego Harcerstwa. Komendant, przewodniczący i oni. Witek Rogala… Oni nami dyrygowali, że tak powiem. Mieszkali na Żoliborzu. […]

  • Pamięta pani cokolwiek z treści ulotek, które pani roznosiła?

Nie, niestety nie potrafię nic powiedzieć. Kiedyś [je] przetrzymywałam, ale wyrzucono, nie pamiętam. Na pewno to [była] cały czas strona lewa, że tak powiem. Nie byli to typowi komuniści, tak to nie, raczej socjaliści, coś tego rodzaju. Dzisiaj już bym pewnie rozgraniczyła, ale wtedy to jeszcze nie miałam pojęcia.

  • Gdzie się spotykaliście?

Mieliśmy dom społeczny, zawsze był taki dom, który był dla młodzieży, dla dorosłych klubem i [w nim] się wszystko działo. Zebrania dla starszych osób, na przykład przyjeżdżał Fogg z występami.

  • Mieczysław Fogg?

Tak. Przyjeżdżali, już teraz nie pamiętam, ale wielu, wielu takich aktorów. Nie wiem, czy byli lewicujący, ale nie posądzam, ale byli zapraszani i przyjeżdżali, Osóbka to załatwiał. Płacił czy nie płacił, tego też nie wiem. Znany, dowcipny aktor, mężczyzna już nie młodziutki, nie pamiętam nazwiska. Pamiętam [go], bo deklamowałam bardzo często i zawsze mi mówił: „Powinnaś się uczyć, bo masz zacięcie. Powinnaś się uczyć w tym kierunku”. Ale niestety.

  • Uczyła się pani w czasie konspiracji na tajnych kompletach, kontynuowała pani naukę?

Tak.

  • Proszę coś więcej o tym opowiedzieć.

Maturę zrobiłam już później, jako dorosły człowiek.

  • Jak wyglądała nauka w czasie okupacji?

To było niebezpieczne, moja mama zawsze była przeciwna temu. Uważała, że zbiór młodzieży wszędzie jest niebezpieczny. Jednak te jedenaście, dwanaście, piętnaście osób bywało. […] U nas bardzo dużo młodych ludzi aresztowano: Stasia Rywackiego, Janka Gawędę.

  • Była pani świadkiem tych aresztowań albo wie pani, jakie było podłoże tych aresztowań?

Tak. To znaczy nie bezpośrednio w domu, ale słyszałam, że się aresztuje, że przyjeżdżali Niemcy i aresztowali.

  • Co się z nimi stało?

Nie żyją, po prostu zginęli. Bardzo dużo młodzieży zginęło, a [na Rakowcu] było dużo młodzieży.

  • Proszę powiedzieć, skąd pani organizacja brała środki na działalność.

Stąd, że na przykład… Pamiętam, że to był sklep jubilerski na Żelaznej. Nie pamiętam już miejsca, nie umiałabym go umiejscowić.

  • Kto ten sklep prowadził?

Niemiec, właściciel Niemiec, tak odbierałam to. Żeśmy jednego dnia – to było rano czy po południu – już teraz nie potrafię powiedzieć, ale całkowicie [go] okradziono. Całkowicie, dosłownie, bardzo niewiele rzeczy zostało. Już nawet nie można było zdążyć, trzeba było się śpieszyć. Niemiec beczał jak bóbr, ryczał, bo to była olbrzymia strata dla niego. Na przykład pracowałam, miałam przykaz pracowania w marmeladowni u Pawłowskiego. Marmeladę się produkowało. Moja mama była przeciwna, ale tak trzeba było. Jednego dnia, jak właściciel wyjechał z żoną na urlop, to cały transport cukru poszedł w partyzantkę. To załatwiliśmy my. Dźwigaliśmy torby po czterdzieści, po pięćdziesiąt kilo na brzuchu – dziewczyny – a mężczyźni dźwigali po dwie torby na plecach albo pod pachami. To była spontaniczna [akcja]… Nie wiem, zawsze się zastanawialiśmy, czy Pawłowski (właściciel fabryki) wtedy wiedział, że tak się stanie. Oni wyjechali na dwa dni, jakieś święto było. Całą fabrykę z cukru ogołociliśmy. To znaczy przyjechała partyzantka i na Warszawę [wysłała cukier]...

  • Kto był dowódcą Czerwonego Harcerstwa, w którym pani działała? Zmieniały się te osoby w czasie okupacji, czy to była jedna osoba?

Nie, w czasie okupacji się raczej nie zmieniały. Przychodziła „Wisła”, ona była Wiesia, tylko myśmy na nią „Wisła” mówili, to późniejsza małżonka Osóbki-Morawskiego. […] Przychodziła stale. Przychodzili różni, przychodził Kostek Jagiełło. Zginął. […] Najbardziej pamiętam „Wisłę”. Była to bardzo piękna kobieta, tak przynajmniej odebrałam ją wtedy, kiedy przychodziła. Młoda, ładna. […] Była [też] Maria Kuzańska, wykształcona pani, nauczycielką chyba była. Też przychodziła, nami się opiekowała, z nami współpracowała. Ale to też z organizacji.

  • Czy wie pani, co się działo ze środkami, które pani organizacja pozyskała w wyniku akcji na jubilera czy cukru…

[…] Nie wiem. Słyszałam tylko, że część zostawała w organizacji, a część wypływała gdzieś, na wyższe cele.

  • Czy była broń w organizacji?

Broń była.

  • Skąd?

Po prostu [była] kupowana od Niemców. Pamiętam, jak koledzy opowiadali, żartami, jak od Niemców kupowali broń. Nawet w pierwszej chwili nie wierzyłam. Wydawało mi się, że to jest niemożliwe, że żołnierz sprzedaje, ale później sama się przekonałam. Na Kercelaku można było wszystko kupić.

  • Jak wyglądał plac Kercelego?

To był duży plac i tam handlowali po prostu Polacy, cwaniacy, którzy potrafili handlować. Wiem, że właśnie ci ludzie kupowali broń od Niemców, a później sprzedawali dalej albo nie sprzedawali, dawali. To było wszystko zależne, kto z jakiej organizacji [był].

  • Czym tam handlowano oprócz broni?

Wszystkim. Mięsem, ciuchami, ubraniami, wszystkim. To był olbrzymi plac i [było] dużo ludzi. Wódka, bimber, wszystko co tylko było do sprzedaży, to było. Nawet łóżka.

  • Niemcy to tolerowali?

Tak, handel jakoś tolerowali. Niemcy sami chodzili handlować, sprzedawali jednak broń, bo przecież broni nikt by nie miał takiej ilości. A jednak była i to niemiecka broń.Kiedyś, nawet już po wyzwoleniu, próbowałam rozbierać broń. Dzisiaj już bym nie miała odwagi. Ale umiałam strzelać.

  • Gdzie nauczyła się pani strzelać?

Na Rakowcu, uczyliśmy się specjalnie.

  • W Czerwonym Harcerstwie?

Tak.

  • Jak te szkolenia wyglądały?

Zawsze instruktor stał, patrzył na ręce: co robisz, jak rozkładasz. Najpierw pokazał, jak powinno być, a potem pilnował, żeby sobie krzywdy nie zrobić.

  • To się chyba w jakichś piwnicach odbywało, raczej nie na wolnym powietrzu?

Ja wiem czy w piwnicach? Myśmy mieli – tak się nam przynajmniej wydawało – dom społeczny. […] Były i sutereny i pokoje na górze i wszystko. Myśmy mieli to do swojej dyspozycji, co chcieliśmy, to robiliśmy. Niby starsi przychodzili pilnować, ale nigdy nie upilnowali w ten sposób, żeby zobaczyć coś, co nie powinni zobaczyć. Przeraziliby się chyba gorzej jak my.

  • Pamięta pani, czy w Armii Ludowej pojawiali się radzieccy oficerowie, łącznicy? Czy była pani świadkiem tego?

Nie, nigdy nie byłam świadkiem [wizyty] radzieckich [oficerów]. Słyszałam, że gdzieś bywali, ale nigdy nie widziałam i nie byłam świadkiem.

  • Proszę powiedzieć, czy docierały do pani przed Powstaniem wezwania radia radzieckiego, polskiego radia komunistycznego, żeby lud Warszawy stanął do Powstania Warszawskiego?

Wiem, że osoby, które miały dobre radia, to odbierały i słuchali, ale ja się nigdy nie interesowałam.

  • Czy zbliżający się do Warszawy front sprawił…

To już wiedzieliśmy, to już było głośne.

  • Czy jakaś pomoc ze strony sowietów, w sensie uzbrojenia, docierała do pani formacji?

Podobno tak. Ale podobno.

  • Jeżeli chodzi o sam moment wybuchu Powstania Warszawskiego: jak pani pamięta 1 sierpnia 1944 roku?

Było to dla mnie okropne.

  • Gdzie pani wtedy była?

Na Rakowcu. Dopiero później wyszliśmy. Było to okropne i nie chciałabym drugi raz przeżyć.

  • Proszę o tym opowiedzieć.

Wiedzieliśmy, że się coś kończy. […] Jeszcze Niemcy byli w Polsce, a już wiedzieliśmy, że coś się dzieje. Myśmy uważali, że coś się kończy, ale nic się nie zaczyna z tym, że wychodzą Niemcy, bo jeszcze Niemcy nie wychodzili. Ta niepewność była okrutna. Może odbieram to już w tej chwili jako stary człowiek [inaczej], nie wiem, ale mam zawsze uczucie okropne.

  • Była pani świadkiem jakichś walk na Ochocie?

Nie, byłam już na Grójeckiej, bo jednak [z Rakowca] wyszłam do Śródmieścia. Muszę powiedzieć, że wiedzieliśmy, którędy można się przedostać. Przecież były różne przejścia. Można było od [jednej] strony iść i na Mokotów przejść i można było od [drugiej] strony do Alej Jerozolimskich. Były różne przejścia i w pierwszym okresie myśmy troszkę bezkarnie chodzili. Potem nam zabroniono, bo dwie osoby zginęły. Tak się złożyło, że [na Rakowcu] zginęło bardzo dużo chłopców.

  • W jakich okolicznościach zginęli? W walce, rozstrzelani?

Raczej w walce. Mnie się wydaje, że prawdopodobnie chcieli się przedostać do Śródmieścia czy [gdzieś] i zostali zatrzymani. Nie wiem. „Ukraińcy” byli przecież, a „ukraińcy” byli stale pijani. To nie jest takie proste dzisiaj, już wielu rzeczy mogę nie odtworzyć po prostu i tego się boję.

  • Jakie miała pani obowiązki w czasie Powstania? Wyznaczono pani jakąś funkcję, jakiś cel?

Właściwie jako dziewczyny miałyśmy takie obowiązki: przyjdź, podaj, pozamiataj, jak to mówią. Trzeba było gdzieś przelecieć, powiedzmy do drugiej grupy, zanieść jakieś pismo czy nawet ustną wypowiedź, to młode dziewczęta to robiły na ogół, to było najprostsze. Zawsze jednej osobie i jeszcze kobiecie, dziewczynie, łatwiej było przejść, jak chłopcom. Kiedy mieliśmy czapki i opaski, to było nas widać, że [z Powstania], ale jak byłyśmy w letniej sukience, i w żakieciku czy w sweterku, to nas nie było tak widać. Przecież takich ludzi było masę i takiej młodzieży. Skorzystało się, że myśmy już przynajmniej mieli coś tam w głowie: gdzie iść, jak się chce zanieść. I tak się chodziło. Ale czy to było bezpieczne, czy to było dobre, to też nie powiem. Już jak „ukraińcy” zaczęli rządzić [na Rakowcu] i być – bo tu wcześnie była „ukraina” – to była makabra.

  • Była pani świadkiem jakichś zbrodni, przestępstw, ludobójstwa popełnianego przez te farmacje?

Ja wiem, czy to zbrodnie? Po prostu widziałam nieżyjące młode dziewczyny, chłopców i przypuszczam, że byli zastrzeleni po prostu ot tak sobie. Nie dlatego, że coś przeskrobali, że coś ich, powiedzmy, pytali, po prostu dla fantazji, bo takie rzeczy były.Czy Powstanie było dobrze zorganizowane, to też można mieć duże wątpliwości.

  • Proszę powiedzieć, jak w czasie Powstania Warszawskiego wyglądało życie codzienne. Żywność, gdzie się spało, jak się spało, w jakich warunkach. Jak wyglądały trudy życia codziennego?

Najlepiej było spać w piwnicach. Osobiście dzisiaj jestem okrutnym tchórzem. Wtedy nie byłam, ale również się bałam. Nie wiem, czy był ktoś, kto się nie bał. Czasami ktoś mówi: „A tam, ja się nie bałam”. Nieprawda, nie można było się nie bać. Ja przynajmniej się bałam, zawsze się bałam, ale robiłam to po prostu, bo uważałam, że to [konieczne]. Od nas z osiedla bardzo dużo młodych ludzi było w Powstaniu i po prostu zostać na uboczu, to też było źle, bo to nie pasowało. Ale lęk na pewno był. Byłam wściekła i robiłam, ale bać się bałam. […]

  • Pamięta pani startujące z Okęcia na Warszawę niemieckie samoloty?

Nie, nie widziałam niemieckich samolotów. Słyszałam tylko, jak pikują, jak lecą, ale nie widziałam. Był jeden jedyny moment, gdzie zobaczyłam trzy pikujące samoloty. Więcej już nie miałam odwagi. To było coś potwornego. Dla mnie samolot to jest makabra. Chyba broń to jest mniej straszna jak samolot. Ja i dzisiaj się samolotów boję, jak nisko latają. Ciekawe, prawda? Jak można się bać? A ja się boję.

  • Jak dużo czasu pani spędziła w czasie Powstania w swoim domu na Rakowcu? Do kiedy pani tutaj była?

Na Rakowcu [byłam] trzy tygodnie chyba.

  • Co się potem stało?

Nic. Przeszliśmy po prostu do Śródmieścia. A tam było wcale nie mniej gorzej, tylko jeszcze gorzej. [Na Rakowcu] była jeszcze kasza z mlekiem.

  • Jak wyglądało Śródmieście wtedy?

Według mnie okropnie. To było chyba trzy tygodnie, więc już po pierwszych nalotach. Okropnie.

  • Do kogo się pani do Śródmieścia udała? Do kogoś z rodziny, znajomego?

Nie, po prostu przeszliśmy na Śródmieście. Po jakimś czasie zakończyło się to wszystko. Nie wiem, nie pamiętam, jaki to czas był, czy to nie było już pod koniec Powstania.

  • Co pani robiła na Śródmieściu? Czym się pani zajmowała?

Tak samo jak [na Rakowcu]. Jak trzeba było, to przechodziłyśmy, dawałyśmy znać jednej grupie, drugiej grupie. […] Chyba marzyliśmy tylko, żeby się wszystko skończyło, bo to było najważniejsze.

  • Jakie były nastroje wtedy wśród ludności cywilnej, wśród żołnierzy?

Były różne okresy – bardzo minorowe, rozżalone, ale były [też momenty] pełne nadziei. Wszystko zależało, kto z czym przyszedł, kto coś powiedział, bo ludzie sami się na duchu podtrzymywali. Ale przecież myśmy już wiedzieli, że zbliża się koniec.

  • We wrześniu już wojska radzieckie były po drugiej stronie rzeki. Czy pani o tym wiedziała?

Wiedzieliśmy, bo na ten temat się mówiło, że po drugiej stronie nad Wisłą są już ruscy. W pierwszej chwili chyba była jakaś nadzieja, a potem minęło.

  • Dlaczego nadzieja minęła?

Dlatego, że za długo to trwało. Wszystko za długo. Każdy mówił: „Nic nie trwa wiecznie”. Tak, ale jak za długo, to tak, jak wiecznie. Jednak Powstanie bez pomocy było nie do przezwyciężenia. Nie wiem, czy Powstanie było potrzebne, czy... Dzisiaj, z perspektywy lat, nie wiem. Nie umiałabym powiedzieć.

  • Kiedy Powstanie się dla pani zakończyło? Kiedy ten moment nastąpił?

O Boże, żebym ja to pamiętała, kiedy.

  • Koniec Powstania. Co się z panią działo?

Nie poszłam do obozu, nie poszłam nigdzie.

  • Gdzie pani trafiła?

Rozłączyliśmy się, duża nasza grupa się po prostu rozłączyła i przyszłam do domu.

  • Pani też wróciła do domu na Rakowcu?

Tak, na Rakowiec.

  • Tutaj pani rodzice też byli, czy była pani rozłączona z rodziną?

Nie, z rodzicami byłam rozłączona. Rodzice zostali w domu, a myśmy byli na mieście.

  • A potem, jak pani wróciła na Rakowiec?

Potem wróciłam do domu, rodzice, siostra z dzieckiem swoim byli w domu. Tylko brata nie było, brat przyszedł po mnie.

  • Czy później pani i pani rodzina byliście wysiedleni przez Niemców z domu?

Nie. Na Rakowcu, jak Niemcy już weszli, były zajęte niektóre części bloków. Ale później Niemcy ustąpili stąd i wszyscy mieszkańcy powrócili do swoich bloków. […] Myśmy mieszkali na parterze. Nasze mieszkanie, nasza część już była pusta i zostaliśmy.

  • Jakie były warunki życia wtedy?

Bardzo trudne, bardzo ciężkie. Potem chyba jakieś kartki Niemcy zrobili… Warunki życia były ciężkie, z tym że mieliśmy swoje mieszkanie. Ale niektóre bloki, pół bloku na przykład naszego też było zawalone, więc ludzie musieli sobie jakoś radzić. Część [ludzi] mieszkała razem, potem dopiero się przenosili. A nasze [mieszkanie] było puste, z tym że już rozkradzione było. Nie wiem, kto tu mógł być. Jak nas wszystkich wyrzucili, to kto tu został? Nie wiem.

  • Pamięta pani moment wkroczenia do Warszawy Armii Czerwonej?

Jakoś nie pamiętam, nigdy się nie zastanawiałam. […]

  • Jak wyglądała Warszawa po Powstaniu?

Po Powstaniu, to okropnie. [Na Rakowcu] co drugi blok był zwalony. Jeśli nie cały blok, to połowa bloku była zwalona. Było bardzo źle i mieszkań przez to nie było. Ludzie [mieszkali] po dwie rodziny nieraz w jednym mieszkaniu. Potem się przenosili na Żoliborz, bo tam było więcej [wolnych mieszkań]. Jakoś sobie radzili.

  • Jak pani patrzy na Powstanie po latach? Jak pani je wspomina?

Uważam, że gdyby nie było Powstania, to nie byłoby dobrze, bo jednak coś żeśmy zrobili. Więcej, mniej, ale coś. Coś się zadziało, ktoś jednak miał odwagę. Tak mi się wydaje. Gdyby nie było, to byłoby, że jesteśmy tchórzami większymi jak jesteśmy. A my nie jesteśmy tchórzami.
Warszawa, 7 maja 2008 roku
Rozmowę prowadził Mariusz Rosłon

Zobacz także


strzelec

Zbigniew Tadeusz Krejckant „Cyngiel”

Gdzie zastał pana wybuch wojny? Mieszkałem na Grochowie, na ulicy Grochowskiej. Tam mnie zastała wojna....

więcej
łączniczka sztabowa, podchorąży

Magdalena Holcgreber „Lena”, „Danka”

Magdalena Danuta Holcgreberowa, z domu Pujdak, urodzona w 1923 roku. Pani Magdaleno, pytanie o wychowanie...

więcej
łączniczka

Jadwiga Roman „Iga”

Moje nazwisko Jadwiga Roman, pseudonim „Iga”. Należałam do Armii Krajowej, do Zgrupowania...

więcej
kapral

Tadeusz Gała „Piotrowski”

Nazywam się Tadeusz Gała. Pochodzę ze starej, mieszczańskiej, warszawskiej rodziny. Wspomnę o ojcu, bo będzie się...

więcej

Hanna Irena Zatorska

Zbigniew Tadeusz Krejckant „Cyngiel”