Zbigniew Tadeusz Krejckant „Cyngiel”

Archiwum Historii Mówionej



  • Gdzie zastał pana wybuch wojny?

Mieszkałem na Grochowie, na ulicy Grochowskiej. Tam mnie zastała wojna. Tam też przeżyłem okres oblężenia. Było bombardowanie z samolotów i artyleria strzelała tak, że to była wojna na całą parę. Myśmy siedzieli w piwnicach, wszyscy lokatorzy. To było w 1939 roku.

  • Ile pan miał wtedy lat?

Miałem jedenaście lat, bo jestem [urodzony] w 1928 roku. Jako chłopak zdawałem sobie sprawę z tego i owego. [Ówczesne] realia życia, dzieci jakoś [się] do tego ustawiły. Wybuchy były, przeciągi były, doświadczyliśmy wtedy wszyscy z rodzicami, z sąsiadami i lokatorami złych następstw i skutków tej wojny. To wszystko tak się utrwaliło [w pamięci], odnoszę to do siebie. To stworzyło ze mnie, dzieciaka jedenastoletniego, człowieka młodego, który ustawił się nieprzejednanie do rzeczywistości okupacyjnej. Autentycznie widziałem w Niemcach najeźdźców i sobie z tego zdawałem sprawę. Potem tym łatwiej byłem podatny na to, żeby zbliżać się do jakichś organizacji. Oczywiście zajęli się tym starsi ludzie, których nawet nie znam. W ogóle warunki konspiracji były takie, że człowiek nie wiedział – kto i co? Krąg bliskich kolegów to było przecież kilka osób, a kto tam sznurki pociągał, to się nie wiedziało. Dopiero potem człowiek z książek, z literatury i z relacji sobie to uzupełnił. […] Później, jak się Powstanie skończyło straciłem kontakt [z kolegami], na Zachodzie zacząłem tworzyć sobie nowe środowisko. […]

  • Czy w okresie okupacji uczęszczał pan do szkoły?

Tak. W czasie okupacji skończyłem siedmioletnią podstawówkę. Jak zaczęła się wojna, to skończyłem czwartą klasę, więc piątą, szóstą i siódmą skończyłem chyba w czasie okupacji. Chodziłem jeszcze do szkoły średniej zawodowej, wtedy to się nazywało III Miejskie Gimnazjum Mechaniczne na ulicy Konopczyńskiego, tak że jeździłem do Śródmieścia. Zaniedbałem to niestety w końcówce, bo tak narastały sprawy [wojenne]… chyba dwie klasy tam skończyłem.

  • W którym momencie zetknął się pan z konspiracją?

Na warunkach konspiracji myśmy to robili już w „Orlętach”. To już było tajne, był zamknięty krąg kolegów, był instruktor, który, ([jak] dowiedziałem się już później po wojnie) był nazywany pseudonimem „Stach”, to był działacz w Związku „Orląt...”. Organizacja była może i mało znana, bo konkurowała z harcerstwem, a harcerstwo jak wiadomo znane było powszechnie, do niego garnęła się młodzież. „Orlęta” to była trochę chyba piłsudczykowska organizacja na wzór i jako konkurent „Orląt Lwowskich”, choć nikt tam takich podziałów nie wprowadzał, broń Boże! Myśmy już żadnych mundurów nie mieli, ale oni mieli przed wojną jakieś mundury, trochę inne niż harcerze.

  • Ile pan miał lat i kiedy pan dokładnie zetknął się z „Orlętami”?

To się zaczęło prawie zaraz, jak się zaczęła wojna. To był 1939 lub 1940 rok, a organizacyjnie, kiedy zaczęliśmy brać udział w zbiórkach, to był 1940 rok, dajmy na to pół roku po tym, jak zaczęła się okupacja.

  • Czego uczyliście się na zbiórkach?

To były sakramentalne czynności: terenoznawstwo, regulamin walki piechoty ktoś przyniósł czy czytał. To była wtedy trochę dziecinada, ale ona miała dobre intencje.

  • Czy pana rodzice wiedzieli, że brał pan udział w konspiracji?

Rodzice chyba nie wiedzieli, jakoś nie interesowali się specjalnie. To było wtedy powszechne. Myślę, że wszyscy rodzice wiedzieli, że dzieciaki próbują coś robić.

  • Gdzie był pana punkt zborny na Powstanie Warszawskie?

To był budyneczek na ulicy Zamoyskiego róg z Zieleniecką. Tam jest teraz Teatr Powszechny, a przed wojną było tam kino „Popularne”. Koło tego kina był budyneczek, którego teraz nie ma, został wyburzony. W tym budyneczku była sala czy mieszkanie i tam mieliśmy punkt zborny. Myśmy tam przyszli 1 sierpnia, cały pluton tam czekał...

  • Jakie były zadania, które mieliście wykonać?

Mieliśmy zadanie uderzyć na przyczółek praski mostu kolejowego, mostu średnicowego.

  • Czy to się udało?

Nic. W ogóle nie wystartowaliśmy do walki, dlatego że nie padł rozkaz. Jak się dowiedziałem, dowódca plutonu przeanalizował sytuację i uznał, że to jest równoznaczne z absolutnym niepowodzeniem. Tam gdzie teraz jest Stadion Dziesięciolecia, było puste miejsce, ogródki działkowe były chyba wtedy. To była niecka i przez tą nieckę mieliby wszyscy ruszyć, a przyczółek mostu kolejowego był umocniony. Słyszałem taką opinię, że biorąc po uwagę jeszcze nędzne wyposażenie plutonu, on nie zdecydował się wydać rozkazu. Tak że 1 sierpnia nie wystartowałem do walki.

  • Jakie było wasze uzbrojenie w dniu wybuchu Powstania?

Granaty, na pewno okupacyjne „filipinki”, bo to pamiętam, w wiadrach to stało, ktoś to nosił, butelki z benzyną były, ale broni maszynowej to nie pamiętam, żeby ktoś wtedy miał. Zresztą było ciemno, trudno sobie przypomnieć nawet. Na pewno ktoś coś miał, jakąś „piątkę” czy „szóstkę”, taki pistolet... Usłyszałem po wojnie taką wersję, że podobno broń, która była przeznaczona na wyposażenie naszego plutonu została zajęta na Pradze. Prawdopodobnie była schowana w jakimś schowku, piwnicy czy gdzieś, ale tam 1 sierpnia podeszli Niemcy, dywizja czołgów „Hermann Göring” tam była, przyjechała z Włoch – oni gdzieś się rozlokowali, zajęli ten teren i nie można było tej broni przekazać.

  • Czy dostał pan opaskę i legitymację?

Tylko opaskę dostaliśmy. Opaska z numerem plutonu...

  • Jaki był numer pana plutonu?

1680.

  • W jaki sposób znalazł się pan po drugiej stronie Wisły?

Po tym, jak ta nasza walka nie doszła do skutku, to myśmy powrócili na kwatery, które były w szkole. Konkretnie nasz pluton kwaterował w szkole powszechnej, która była przeniesiona z budynku szkolnego na ulicy Siennickiej. Przed wojną był tam ładny budynek, trzy szkoły były. Niemcy zajęli to na szpital, a szkoły przeniosły się do okolicznych budynków. Tam były zaadaptowane lokale mieszkalne, wstawione ławki. Myśmy byli w budynku na ulicy Grochowskiej 231 i kwaterowaliśmy w salach szkolnych. Jeszcze przed wyjściem na punkt wyjścia do natarcia była zbiórka. Tam myśmy powrócili z powrotem, ludność cywilna nas dożywiała, ludzie wiedzieli, o co chodzi, a Niemcy przejeżdżali ulicą i taka była sytuacja. Została nawiązana łączność, nie wiem przez kogo. Myśmy ponad dwa tygodnie egzystowali w tych kwaterach z powrotem po nieudanym wyjściu do walki. Dowiedzieliśmy się, że kto chce, może na ochotnika dołączyć do grupy, która będzie przeprawiana na drugą stronę Wisły do Powstania. Ja się zgłosiłem, część chłopaków też się zgłosiła, to był chyba 23 lub 24 sierpnia. To była może osiemdziesięcioosobowa, może stuosobowa grupa, mnóstwo ludzi.

  • Jak wyglądała ta przeprawa?

Przeprawa zaczęła się z ulicy Krypskiej, jak pamiętam, na Grochowie, z jakiegoś budynku, absolutnie nie wiem, w którym to było miejscu. Nocą wyruszyła kawalkada wzdłuż obecnego Gocławia, ulicą „Bora” Komorowskiego czy Fieldorfa. To była zresztą nasza stała trasa, tam się schodziło nad Wisłę, pokonując przeszkody, bo Niemcy gdzieś wypuścili wodę. Były łachy, trzeba było brodzić po pas w wodzie. No i przyszliśmy do Wału Miedzeszyńskiego. Wał był przeszkodą, którą trzeba było przekroczyć. Bez przerwy jeździły samochody, to była strefa przyfrontowa, niedaleko był front i słychać było pomruki dział, jak strzelali. To się odbywało małymi grupkami, noc była, tak że dopiero potem okazało się, że wszyscy znaleźli się po drugiej stronie Wału Miedzeszyńskiego na kępach porosłych wikliną. Wszyscy schowali się w wiklinę i czekaliśmy na przewoźników, którzy mieli nas przewieźć łodziami. Nasza grupa akurat tej nocy nie przeszła, łódź nabrała wody, wywróciła się, ktoś się potopił, zdaje się, też. Myśmy cały następny dzień siedzieli, oczekując nocy, żeby ponownie w następną noc przedostać się na drugą stronę. Tak się stało, że na drugą noc się udało. Przewieźli nas przewoźnicy na Siekierki. Stamtąd był znowu marsz przez Siekierki, przez jeziorko Czerniakowskie i myśmy wreszcie wylądowali na Sadybie. Już było rano, blask był ładny. Jak już brzeg osiągnęliśmy, było już wojsko z Sadyby, które przyjęło nas i potem [dostaliśmy] przydział. Najpierw wprowadzono nas do fortu (teraz jest muzeum, działa są na Sadybie). Ten fort był uznany za punkt umocniony, który umocnionym punktem się nie okazał, [ponieważ] później został zbombardowany. W tej akcji później zginął cały sztab, całe dowództwo, mnóstwo ludzi. W kazamatach wybudowanych jeszcze za cara – Niemcy użyli ciężkich bomb. Dwa pomieszczenia zostały zawalone. Zakwaterowano nas, przespaliśmy jedną noc czy dwie; mieliśmy ćwiczenia, pokazy ze stosowania butelek samozapalających, opaski – to była nowość wtedy – wyrzutnie, katapulty, tak że tam się szykowano na dobre do walki. To nas podbudowało, byliśmy w dobrym nastroju. Dostałem się do plutonu, który przyjął rotmistrz „Jeżycki” z Dywizjonu „Jeleń”. To była znana jednostka bojowa z Mokotowa, ale nie tylko, bo oni po uderzeniu „Jelenia” na aleję Szucha, zostali rozbici i część była na Mokotowie, ale po całym Śródmieściu też występowali pod swoimi barwami. Zajęliśmy jedną z willi na ulicy Okrężnej czy Morszyńskiej, fosa tam też biegnie. Zaczęliśmy [się] wzmacniać, mając do dyspozycji minimalne uzbrojenie, kilka karabinów było, dostaliśmy jakąś amunicję – belgijska była – granaty, worki z piaskiem. Tam zaczęliśmy się przystosowywać do warunków. Ponieważ to był krótki okres czasu, 24, 25, 26 sierpnia, jakoś tak końcówka sierpnia, [to] zbiegło się z tym, że Niemcy przypomnieli sobie, że [jest] Sadyba, że trzeba się posunąć trochę dalej do przodu. Zaczęli akcje od nalotów. Tam zginęło dwóch naszych kolegów, właśnie z mojej grupy, [zginęli]od samolotów.

  • Czy pan był ranny podczas Powstania?

Ja ranny nie byłem, jakieś drobne otarcia. Byłem w strefie, gdzie padł pocisk moździerzowy, chyba ten olbrzymi, którego Niemcy ustawili gdzieś w Warszawie. [Wtedy] byłem na ulicy Szustra (teraz to jest Dąbrowskiego) [i pocisk] zburzył kamienicę. Myśmy byli blisko i nas tam przysypało, tak że była jakaś kontuzja, ale jakichś specjalnych na szczęście ubytków na ciele nie doznałem.

  • Jak wyglądały walki na Sadybie?

Walki na Sadybie rozegrały się w przeciągu jednego, dwóch dni. Na trzeci dzień to mnie tam chyba nie było, bo myśmy się chyba na drugi dzień wycofali.

  • Dokąd?

Ulicą Powsińską do Chełmskiej. Braliśmy udział w odbiciu Sadyby. Rotmistrz „Jeżycki” to zarządził chyba. Jak myśmy się wycofali w rejon ulicy Chełmskiej, tam był szpital, po drodze braliśmy udział w akcji obok szpitala. Na Chełmskiej była fabryka Matuszewskiego, w tej fabryce porobiliśmy sobie koce. Tam też nastąpiło takie wydarzenie, że z wycofujących się oddziałów stworzono ochotniczy oddział, który miał za zadanie odbić Sadybę. Myśmy znowu zaczęli akcję przez pola, ale ona się znowu nie udała, bo pod ogniem Niemców wszystko zapadło się w kartofle i trzeba się było powoli wycofywać. Tak że nie można się pochwalić sukcesami tutaj.

  • Jaka była atmosfera w pana plutonie?

Atmosfera była zawsze z wisielczym humorem, choć były okresowo momenty, że widziało się, jak ktoś padł czy był ktoś ciężko ranny. To odbierało humor i atmosfera zaczynała się zmieniać. Charakterystyczne – zawsze przypominam sobie, że to nie załamywało młodych ludzi, do których ja należałem. Zaraz odzyskiwali humor wisielczy i zaczynało się wszystko od nowa.

  • Gdzie pana zastał koniec Powstania?

Na ulicy Belgijskiej. Pod koniec Powstania brałem udział w kilkuosobowym zespole. Wyposażono nas w ruskie rusznice przeciwpancerne i posłano nas na ulicę Naruszewicza, [gdzie] był ostatni skraj naszej obrony, tam była Królikarnia i toczyły się walki. Myśmy się okopali z tymi rusznicami i oczekiwaliśmy, że te czołgi będą na nas jechały, ale na nas nie jechały. Tylko słychać było, to była noc oczywiście, że one gdzieś tam silniki grzeją, tak że myśmy tymi rusznicami nie zrobili użytku. Jak się wycofywali koledzy z „Baszty” [to] nas też zabrali. Powiedzieli: „Macie się stąd wycofywać, tutaj już nic z tego nie będzie”. Kapitulacja była ustalona przez majora „Zrywa”, który został dowódcą Mokotowa, bo wszyscy inni przedostali się kanałami do Śródmieścia. Nie wiem, czy się przedostali, ale weszli do kanału i odchodzili z Mokotowa. Myśmy się też wycofali z przeświadczeniem, że też będziemy się przedostawać kanałami do Śródmieścia. Wtedy nastąpiło rozprężenie, takie poluzowanie więzi wojskowych, że właściwie myśmy... Spotkałem trzech oficerów, którzy mnie zabrali i powiedzieli: „Chodź, będziemy coś robili na Belgijskiej”. Na Belgijskiej nikogo nie było i myśmy tam czekali na rozwój wydarzeń, nie wiedząc, co będzie. Czekaliśmy, przycupnęliśmy w tarasowym budynku, na tarasach. Na Różanej szedł do niewoli cały potok naszych żołnierzy. Niemcy tam stali i oczekiwali. Myśmy to zobaczyli i widzimy, że oni nie strzelają do nich, to też się przesmyknęliśmy i włączyliśmy się w ten nurt. Popłakaliśmy się przy tym.

  • Pamięta pan nazwiska tych osób?

Pamiętam, to był kapitan „Janusz”, porucznik „Jerzy”… Jeszcze jeden kumpel był chyba, nie pamiętam. To był taki moment, że to przeleciało jak błyskawica. W ten sposób się dostałem do niewoli niemieckiej.

  • Dokąd szła ta kolumna żołnierzy?

Na Fort Mokotowski. Ulicą Różaną, przez Niepodległości, na Fort Mokotowski. Tam z początku zepchnęli wszystko wojsko do niewoli. Pić głównie się chciało. Przyszedł jakiś Niemiec, wlazł na beczkę, coś tam zaczął opowiadać, żeby się nie bać, że nic nie będzie. A potem nas zapędzili piechotą do Włoch, przez Włochy do Pruszkowa. Z Pruszkowa do Skierniewic pociągiem – do ziemianek, ruscy tam chyba przedtem egzystowali. Byliśmy z tydzień, z dziesięć dni może. Potem ze Skierniewic znowu do wagonów i wtedy już bezpośrednio do Niemiec.

  • Dokąd pan został wywieziony?

Do Sandbostel, Stalag X B.

  • Jak długo przebywał pan w tym obozie?

Do zakończenia wojny. Pojechałem na komenderówkę. Zapisałem się na komenderówkę, bo powiedziano, że wyślą nas na wieś, do chłopa, do bauera. U bauera zawsze można było coś zjeść, a [w obozie] było bardzo przykro – nie było co jeść, wszyscy już byli bardzo osłabieni, głodni byli i dlatego wszyscy się masowo zapisywali. Niektórzy rzeczywiście wyjechali do bauera, ale ta grupa, w której ja się znalazłem, trafiła do Hamburga do znanej firmy „Hamburg-American Line” (jeszcze teraz egzystuje). [W tej firmie] pracowaliśmy, remontowaliśmy i przezbrajaliśmy okręty. Byłem tam do kwietnia 1945 roku. W kwietniu Niemcy nas ewakuowali na Półwysep Jutlandzki pod granicę duńską. Mieliśmy wózek z naszym dobytkiem i dojechaliśmy pod Husum, tam był obóz niemieckiego Arbeitsdienstu i Niemcy nas zakwaterowali. Tam zastał nas koniec wojny, 9 maja 1945 roku. Potem w tym miejscu, [gdzie] zorganizowano obóz byłych jeńców wojennych, była strefa angielska. Anglicy to nadzorowali. Byłem tam do grudnia 1945 roku. W grudniu zapisałem się na transport do Polski i przyjechałem do Szczecina. Inni pozostawali. Pytali nas Anglicy, czy my chcemy wrócić do Polski, czy nie. Przychodził major angielski i pytał się. Ja chciałem, dlatego że akurat moja matka przez skrzynkę poszukiwania rodzin [mnie szukała]... Dowiedzieli się koledzy, że ona mnie poszukuje i to przesądziło o tym, że powiedziałem, że już nigdzie nie jadę. A świat był otwarty wtedy, można było jechać na Zachód, do Anglii, do Ameryki. Porozjeżdżali się [koledzy] po świecie. Miałem jeszcze jednego takiego starszego ode mnie o cztery lata kolegę. Myśmy się tak razem trzymali. Później ja wybrałem właśnie, że jedziemy do Polski. Powiedziałem, że najwyżej pojedziemy na białe niedźwiedzie, ale jedziemy do Polski. Pojechałem do Polski na samo Boże Narodzenie przez Urząd Repatriacyjny w Szczecinie. Tam nas przyjęli, wiadomo było, kto my [jesteśmy], tak że nie bawiliśmy się w ujawnianie, automatycznie przyjęty przez Rzeczpospolitą Polską. PRL dopiero później był. Potem przyjechałem do Warszawy, tam nikogo nie było z moich najbliższych. Pojechałem do Jeleniej Góry, no i byłem na Ziemiach Odzyskanych.

  • Doświadczał pan jakichś represji z tytułu brania udziału w Powstaniu Warszawskim?

Ja nie doświadczałem, natomiast mój brat cioteczny, który tutaj w Warszawie mieszkał i został wywieziony, był w Gross-Rosen, w obozie koncentracyjnym ze swoim ojcem. Jak wrócił tutaj to mówił, że tam gdzieś mnie poszukiwali, przyszli i pytali o mnie jacyś panowie. [Jeden z nich] powiedział: „Tutaj przyjechał i tutaj powinien być, do Warszawy jedzie ze Szczecina”. [Brat] mówi: „Pojechał na zachód, tam jest jego matka”. Na tym się kończyło, potem mnie nie pytał nikt o nic, na szczęście nikomu nie podpadłem, tak więc na moje szczęście nie miałem żadnych [przykrości] z tego powodu. Raz tylko w Jeleniej Górze, to było właśnie w grudniu 1945 roku, ubrany byłem wtedy w mundur angielski, bo myśmy tam zostali wyposażeni przez Anglików. Jak przyjechałem do Polski, to zanim się przebrałem w cywilne ubranie, chodziłem w mundurze angielskim. Wyszedłem po papierosy i do mnie się przyczepili milicjanci, takie chłopaczki i [mówią] do mnie, żebym się wylegitymował. Nic przy sobie nie miałem, bo wybiegłem tylko do kiosku, ale miałem legitymację z Armii Krajowej w kieszeni, bo nosiłem ją jako bliski mi papierek. Nie rozstawałem się z nią, przeszwarcowałem ją przez wszystkie niemieckie obozy, nosiłem ją bez przerwy. Oni mnie zaprowadzili na komisariat i kazali mi się wszystko wykazać. No to złapali! Zaprowadzili mnie do komendanta posterunku, ale komendant powiedział, żeby mnie zwolnili. Nie miałem żadnych [innych] kłopotów. Sprawa Powstania w moim życiu była bardzo ważna i do końca mojego życia będzie to wydarzenie wielkie, ale w czasie lat, które nastąpiły, to się w ogóle o tym nie mówiło. Zapomniałem, nie tylko ja, ale wielu ludzi. Nie mówiło się o [Powstaniu] w ogóle. To był niepopularny temat, może ktoś coś wiedział, ale to zeszło na boczny tor. Komuna potrafiła to zrobić, żeby Polaków odzwyczaić od myślenia o tych sprawach, które były. Trzeba było myśleć o przyszłości świetlanej, doskonałej, socjalistycznej.

  • Jaka jest pana ocena Powstania Warszawskiego? Czy ono miało sens?

Mam ocenę. Filozoficznie może zacznę: gdyby go nie było, to by go nie było, a skoro było to znaczy, że musiało być. A niefilozoficznie – myślę, że ono musiało być, dlatego że ludność Warszawy, mnóstwo ludzi, prawie cała Warszawa związała się z tą sprawą, sprawą niepodległości, walki z okupantem, bo on cuda dokonywał, ludzi rozstrzeliwał, krew płynęła rynsztokami. Ja sam taki byłem, chodziłem do szkoły na Konopczyńskiego Nowym Światem. Kiedyś rano wysiadłem z tramwaju, idę Nowym Światem, a tu trzeba było krążyć, bo piaskiem wysypywane – to było miejsce rozstrzelania ludzi. W jednym przypadku tak się znalazłem. To wystarczyło, żeby tak zamieszać w głowie młodemu człowiekowi, żeby poszedł na ślepo. To musiało być, bo wrzenie było, przygotowania... Jakie były te konspiracyjne akcje, które przygotowywały ludzi, żeby kiedyś wystąpili w decydującym momencie? To, co zostało wykonane, było już w formie takich przygotowań ludzi, tego nie można było cofnąć, ci ludzie by i tak poszli. Takie argumenty były wysuwane przez ludzi, którzy analizowali przyczyny. Moim zdaniem dobrze, że wybuchło Powstanie w sposób zorganizowany, pod dowództwem. Gdyby doszło do tego, że poszczególne grupy gdzieś by zaczęły, to ofiar byłoby więcej, nie byłoby koordynacji takiej, jaka była. Nie była najlepsza, ale zawsze jakaś była. Wróćmy do tej filozoficznej wypowiedzi, że jak było, to znaczy, że musiało być.

  • Czy miał pan bezpośredni kontakt z Niemcami w czasie okupacji?

Nie.

  • A w czasie Powstania?

Też nie. Słyszało się, że ktoś z Niemcami kwaterował, ale to była daleka sprawa. Dla mnie to był taki odstęp, nieprzejednanie, to byli ludzie ubrani w inne ubrania, to nie byli nasi ludzie. W czasie Powstania to nie wiem, czy tam kogoś postrzelałem? Nie wiem.

  • Proszę, żeby pan jeszcze powiedział o swojej dacie urodzenia.

Naprawdę miałem szesnaście lat i urodziłem się w 1928 roku, ale jak doszło do tego, że zaczęto tworzyć dokumentację? Zawsze miałem kontakt wzrokowy (bez żadnego przedstawiania się) z ludźmi, którzy pełnili funkcje dowódcze, a i wśród kolegów również. Musiałem podać rok urodzenia, moi koledzy poparli mnie, powiedzieli: „Dopisz sobie, że urodziłeś w 1926 roku”. Po prostu skłamałem i podałem, że się urodziłem o dwa lata wcześniej. Jeżeli była jakaś dokumentacja, o czym nie wiem albo tylko zapamiętana przez kogoś, to egzystowałem jako o dwa lata starszy człowiek.

  • Czy przy wyjściu z obozu prostował pan tę datę urodzenia?

Nie, nic nie prostowałem. Wiem, że jak po wojnie z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża były jakieś [dokumenty]... to były dwie wersje, co do mojego nazwiska i imienia. Według tej wersji jeden rok urodzenia, według drugiej wersji drugi rok urodzenia. Tak to jakoś przeszło, ale nie pamiętam tego, co podałem.
Warszawa, 26 maja 2008 roku
Rozmowę prowadziła Agnieszka Pawelec
Zbigniew Tadeusz Krejckant Pseudonim: „Cyngiel” Stopień: strzelec Formacja: Orlęta AK Grochów; „Jeleń” Mokotów Dzielnica: Grochów, Mokotów Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter