Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Wanda Grzeszkowiak-Tycner „Radziejowska”, „Pepanc”
Wanda Grzeszkowiak-Tycner
pseudonim
„Radziejowska”, „Pepanc”
stopień
sanitariuszka, szwoleżer
formacja
1 Pułk Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego
dzielnica
Mokotów
Zobacz biogram

Urodziłam się 15 lutego 1926 roku w Poznaniu, tak że warszawianką jestem od momentu rozpoczęcia II wojny światowej. Całe dzieciństwo spędziłam w Poznaniu, tam chodziłam do szkoły. To była szkoła z dużymi tradycjami, założona po okresie Wiosny Ludów przez panią Annę Danysz. Miała duże tradycje patriotyczne, została zakazana po strajku szkolnym w 1905 roku, potem reaktywowana po 1920 roku. Jestem w pewnej części wychowanką tej szkoły, [bo] niestety musiałam ją przerwać w 1939 roku. Jestem też córką powstańca wielkopolskiego. Ojciec mój był w dowództwie powstania, tak że te tradycje [powstańcze] kontynuowaliśmy razem z bratem w drugim pokoleniu.

  • Jaki był powód wyjazdu z Poznania?

Powód był taki, że ojciec mój dostał powołanie do pułku, który stacjonował w Warszawie. Nie chciał zostawić nas samych w Poznaniu. Ponieważ był powstańcem wielkopolskim, liczył się z tym, że [Poznań może szybko wpaść w ręce Niemców]. Przed wojną granica przebiegała w ten sposób, że Wielkopolska była takim wybrzuszeniem, które wchodziło w terytorium Niemiec. Przewidywano, że nie będzie można bronić granicy na całej długości. To byłoby niemożliwe. [Przypuszczano, że] prawdopodobnie duża część zostanie oddana i Poznań szybko wpadnie w ręce Niemców. Tak że ojciec zabrał ze sobą mamę, mojego brata i mnie. Miałam trzynaście lat, mój brat miał jedenaście lat. Przyjechaliśmy samochodem do Warszawy.
W Warszawie ojciec miał przyjaciela, jeszcze z czasów studiów. Ojciec był inżynierem, studiował na politechnice w Ilmenau na początku XX wieku. Byli w bliskich kontaktach, po prostu była jakaś baza, do której mogliśmy przyjechać. Tak że całe oblężenie Warszawy w 1939 roku przeżyliśmy w Warszawie. Ojciec zgłosił się na swój punkt, ale już nie został przyjęty do wojska. Nie było już wtedy takich możliwości, on był starszy, miał ponad pięćdziesiąt lat.
Całą okupację, całe oblężenie Warszawy przeżyliśmy na ulicy Widok w domu pod numerem 11, który jedyny ocalał [po wojnie] po nieparzystej stronie ulicy. Czytałam w gazecie, że jest pod ochroną konserwatora zabytków. Do Poznania wróciliśmy w połowie października 1939 roku.

  • Jak pani zapamiętała obronę Warszawy?

Owszem, to było pierwsze zetknięcie z wojną, pierwsze zetknięcie ze śmiercią. Obok nas dom pod numerem 13 został zbombardowany. Pierwsze takie dramatyczne przeżycie to były po prostu krzyki tych ludzi, którzy zostali zasypani w piwnicy i których starano się ratować. To było 25 września, to już był właściwie koniec, ostatni dzień, ogromny nalot na Warszawę, który właściwie spowodował większość spustoszeń. To trwało przez cały dzień, nie było wody. To było pierwsze takie realne zetknięcie się z wojną. Myśmy sobie jako dzieci wojny w ogóle nie wyobrażali. Wydawało się nam, że to będzie jakaś wielka przygoda, że to będzie coś ciekawego, że nie trzeba będzie chodzić do szkoły. Byliśmy dziećmi, wojnę znaliśmy z książek, z „Huraganu” Gąsiorowskiego, z [książek dotyczących] okresu wojen napoleońskich, wojny 1914 roku, ale to wszystko były takie wrażenia z lektur. Pamiętam, że koleżanki, mój brat, jego koledzy, wszyscy byliśmy ogromnie ciekawi, jak mówiono, że będzie wojna. Co to będzie, jak ta wojna będzie wyglądała. W opisach to wszystko było niezwykle ciekawe. Myśleliśmy z bratem, że i my będziemy mieli ciekawe przeżycia. Przeżycia były rzeczywiście ciekawe, ale niemniej straszliwie dramatyczne. 1939 rok to było takie pierwsze zetknięcie z prawdziwą wojną, z jej skutkami.

  • Pamięta może pani moment wejścia wroga do Warszawy?

Nie. Ojciec wyszedł, nas nie wypuszczano wtedy na ulicę, byliśmy za mali, wszędzie było niebezpiecznie. Domy były przecież zrujnowane, spadały gzymsy, cegły, różne rzeczy się działy. Tak że nas po prostu rodzice nie wypuszczali z domu. Ojciec sam wychodził zdobyć jakąś żywność czy w ogóle zobaczyć, co się dzieje. Tak że nie pamiętam tego.

  • Jak państwo wyjechaliście z powrotem do Poznania?

Wróciliśmy do Poznania dużym wozem meblowym. Wielu Wielkopolan, poznaniaków przyjechało do Warszawy w 1939 roku. [A potem] okazało się, że Niemcy są wszędzie, są w Warszawie, w Poznaniu, w całej Polsce. W tej części Polski tutaj. Tak że nie było sensu [pozostawać w Warszawie], wróciliśmy do domu.
Powrót do domu był też bardzo dramatyczny, ponieważ okazało się, że nasze miasto, nasz Poznań już nie był naszym miastem, już nie był naszym Poznaniem. Ulice już miały niemieckie nazwy, na domach wisiały flagi hitlerowskie ze swastyką, co było dla nas strasznym przeżyciem. W Poznaniu mieszkało około [dziewięciu] tysięcy Niemców. W większości to byli Niemcy, którzy mieszkali od pokoleń, bardzo wielu [z nich] było emocjonalnie i uczuciowo związanych z hitleryzmem. [Hitlerowskie] flagi na ulicach… [Spośród znajomych Niemców] część zachowywała się bardzo przyzwoicie, a część była bardzo wrogo nastawiona.
Zaczęło się zupełnie nowe życie, zupełnie coś innego niż było, do czego byliśmy przyzwyczajeni, z czym żyliśmy przez to nasze dzieciństwo.
Właściwie w Poznaniu spędziliśmy wtedy trzy tygodnie. Okazało się, że w ciągu tych trzech tygodni dla nas cały świat się wywrócił do góry nogami. Ojciec miał przedsiębiorstwo przy głównej ulicy Poznania, miał największy [w mieście] sklep z rowerami, maszynami do szycia, elektrotechniką, [warsztat] naprawy rowerów. Jak przyjechaliśmy, to okazało się, że ojciec już nie jest właścicielem tego swojego sklepu, który sam założył w roku 1906, który prowadził przez trzydzieści trzy lata, bo już zabrał go Niemiec, tak zwany Treuhänder. Ojciec już nie miał wstępu do swojego przedsiębiorstwa. Nad sklepem ojca mieliśmy duże mieszkanie, w centrum miasta, które też zajął Treuhänder. Mieszkaliśmy u mojej ciotki.

  • Pamięta pani adres, pod którym było to mieszkanie?

Mieszkaliśmy w Poznaniu, ulica się nazywała Święty Marcin, pod numerem 55. To był nasz dom, a mieszkaliśmy u ciotki na ulicy Wierzbięcice 41. Mieszkaliśmy tam trzy tygodnie, bo ojciec został ostrzeżony przez zaprzyjaźnionego Niemca, że lepiej byłoby, żeby wyjechał z Poznania, żeby nie zostawał w Poznaniu. Zaczęły się już aresztowania, były już rozstrzeliwania.
Już był w Forcie VII [utworzony obóz], takie bardzo ciężkie [więzienie]. Forty były budowane w XIX wieku. Warunki były potworne, woda spływała po ścianach, to była część Cytadeli. Cytadela składała się z siedemnastu fortów. W Forcie VII więziono głównie inteligencję wielkopolską i poznańską. Bez przerwy mieliśmy [informacje], codziennie ktoś przychodził z wiadomością, że jeden znajomy, drugi znajomy, rodzice moich koleżanek, ojcowie moich koleżanek są na tym forcie albo w siedzibie gestapo przy ulicy Ratajczaka. Przy ulicy Ratajczaka był krótko przed wojną wybudowany Dom Żołnierza Polskiego. W Domu Żołnierza zakwaterowało się gestapo, [tam] rozgrywały się dantejskie sceny. Stare więzienie poznańskie przy ulicy Młyńskiej też było pełne więźniów polskich. Tak że ojciec zdecydował się wyjechać. Oczekiwał, że też w każdej chwili czeka go prawdopodobnie aresztowanie.
Mieliśmy willę pod Poznaniem w miejscowości Puszczykowo, [to jest] bardzo ładna miejscowość letniskowa. Przenieśliśmy się tam. Ojciec wyprawił mamę, mnie i brata, ponieważ w Poznaniu już wyrzucano zamożniejsze rodziny z mieszkań. Oczekiwaliśmy też, że mieszkanie mojej ciotki, które było bardzo ładne, zostanie opróżnione, że będziemy musieli je opuścić, dlatego pojechaliśmy do Puszczykowa. To jest miejscowość odległa od Poznania o piętnaście kilometrów.
To było w początkach listopada. Atmosfera w mieście była już straszna, bo już było tylu rozstrzelanych, tylu uwięzionych, tylu ludzi wypędzonych z mieszkań, już po prostu Polacy byli bez żadnych praw. Już panoszył się Gauleiter Greiser, który postawił sobie za cel całkowite zniemczenie Wielkopolski, która nazywała się [teraz] Wartheland lub Warthegau. Był bezwzględny w tępieniu wszystkiego, co polskie.
Zainstalowaliśmy się w tym naszym domu w Puszczykowie. Po kilku dniach dostaliśmy wiadomość. Ojciec starał się o przepustkę, bo trzeba było mieć przepustki na wyjazd z miasta. Otrzymał dzięki znajomym Niemcom przepustkę. Chciał wyjechać do Warszawy, miał już bilet kupiony na 11 listopada. To była bodaj niedziela albo sobota, już nie pamiętam dokładnie. Miał tego dnia wyjechać, a następnego dnia przyjechał mój wuj z Poznania, żeby nas zawiadomić, że 11 listopada o siódmej rano ojca aresztowano. Nie wiadomo, gdzie jest, nie zdążył wyjechać.
Całą zimę przeżyliśmy w Puszczykowie. To była najstraszniejsza wojenna zima, temperatury spadały niżej [minus] czterdziestu stopni. Sama widziałam na termometrze minus czterdzieści cztery. Było szalenie ciężko, w ogrodzie naszym śnieg leżał na przykład tak wysoko, że korony drzew owocowych wydawały się, że to są krzaki, które wyrastają z tego śniegu. Wszystkie pnie były zasypane. Nie było wody, trzeba było śnieg topić. Ciężko było z opałem. To była bardzo ciężka zima.
W Poznaniu szalał terror gestapo, terror Gauleitera Greisera. Wysiedlono też z mieszkania rodzinę mojego wuja, czyli ciotkę z dwojgiem małych dzieci. Jedno miało cztery lata, drugie dwa lata i ona była w ciąży z trzecim. Mój wuj, który pracował w przedsiębiorstwie mojego ojca, dostał ostrzeżenie, że też grozi mu aresztowanie. Udało mu się uciec z Poznania przez zieloną granicę do Warszawy.
Jak przeżyliśmy tę całą okropną zimę? Mieszkaliśmy w jednym pokoju, bo tylko jeden pokój można było ogrzewać. Było nas siedem osób: mama, mój brat, ja, ciotka w ciąży z dwojgiem dzieci, jeszcze jedna ciotka. Spaliśmy, to było obozowisko zupełne, ale udało nam się zimę jakoś przeżyć. Jak tylko zima się skończyła, to Treuhänder, który zabrał cały majątek, wszystko, co mieliśmy w Poznaniu, zainteresował się również naszą willą. 15 maja zostaliśmy z Puszczykowa wysiedleni do obozu. Był obóz dla Polaków [w Poznaniu] na ulicy Głównej, baraki. Mieliśmy o tyle szczęście, że nawet tam nie nocowaliśmy. Przywieziono nas w południe, a wieczorem odchodził transport do tak zwanej Generalnej Guberni, już tym transportem wyjechaliśmy. Byliśmy tylko we troje: moja mama, mój brat i ja. Ciotka nie była u nas zameldowana, po prostu jej nie obejmowało to wysiedlenie, wróciła do Poznania do swojej rodziny.
Wysiedlono nas do Łukowa. Jechaliśmy dwadzieścia cztery godziny. To był maj, nie było tak źle jak w zimie. Wszyscy, których wysiedlano w zimie, przeżywali dramaty, po drodze ginęli, zmarzli. Myśmy jakoś w maju przejechali całą trasę szczęśliwie, w wagonach oczywiście bydlęcych, w warunkach takich, jakie mogły w tych wagonach być. Nas wyładowano na dworcu w Łukowie. Na dworcu w Łukowie okazało się, że oczekiwano na cały nasz transport. Transport ulokowano, bo czekały furmanki, rozwoziły wszystkich przybyłych po okolicznych wsiach.
Późną nocą trafiliśmy do miejscowości, która nazywa się Wola Osowińska. W jakiejś stodole nas ulokowano. Rano okazało się, że to było bardzo blisko probostwa. Mama nasza poszła do księdza proboszcza, który nas bardzo gościnnie przyjął na śniadaniu. Śniadanie gospodyni przygotowała. Mogliśmy się umyć. Jak zjedliśmy śniadanie, to pojawił się ktoś z okolicy, przysłany do księdza. To był jakiś mężczyzna z majątku, który nazywał się Wojcieszków. To było kilkanaście kilometrów od Woli Osowińskiej. Powiedział księdzu, że właścicielka majątku jest gotowa przyjąć do tego majątku dziesięć-dwanaście osób, ale prosi, żeby to była inteligencja. To była hrabina Maria Plater-Zyberk.
Myśmy byli we czworo, bo jeszcze była z nami zaprzyjaźniona pani z Puszczykowa, sąsiadka rodziców. Byliśmy czworo. Jeszcze ksiądz rozejrzał się za kilkoma osobami. Tego samego dnia hrabina Platerowa przysłała podwody, pojechaliśmy do tego majątku.
To był bardzo duży majątek, 1 600 hektarów. Jak na tamte warunki to był ogromny. Było nas rzeczywiście kilkanaście osób. Znaczy my byliśmy we czworo [i] były trzy rodziny oficerskie. Była żona kapitana z garnizonu z Wrześni z dwoma córkami, mąż jej był w niewoli. Była żona oficera policji z córką, nie wiadomo, co z nim się działo. Jeszcze była też żona majora, o którym też [nic] nie wiedziała. Poszedł na wojnę, nie wiadomo było, co się z nim stało. Tak że było nas razem około jedenastu, dwunastu osób. Zostaliśmy przyjęci do tego dworu, mieszkaliśmy w pokojach gościnnych.
Starsza pani Platerowa mieszkała tylko z córką. Sama miała przejścia z okresu I wojny światowej. Ponieważ była w Szwajcarii z pięciorgiem dzieci na wakacjach, została odcięta od Polski, od męża, od wszystkich. Jak dziękowaliśmy jej za to przyjęcie, to powiedziała, że jej też pomagano przez całe cztery lata wojny, ona po prostu ma teraz możliwość [oddania] tego długu wdzięczności nam, wysiedlonym.
W majątku przeżyliśmy niecałe jedenaście miesięcy. Pani Platerowa i jej córka, obie miały niesłychanie obywatelskie podejście do nas, w ogóle do wszystkich zdarzeń, które wtedy były. W sierpniu też przyjechała jej rodzina z Wilna, [która] przez zieloną granicę uciekła przed bolszewikami. Przyjechała mama, babunia i troje nastolatków. Też wszyscy Platerowie. Ojciec ich zatrzymał się w Warszawie, też szukał jakiegoś zajęcia, żeby później ewentualnie rodzinę sprowadzić, a oni [schronili się] u ciotki.
Obie panie Plater zorganizowały dla nas szkołę, naukę. Było [w majątku] dwóch praktykantów rolnych, jeden był prawnikiem, drugi był po SGGW. Nauczycielką łaciny była jedna z tych pań wysiedlonych razem z nami, pani Krupowa. Myśmy we wrześniu 1940 roku zaczęli rok szkolny. Uczyłam się w drugiej klasie gimnazjalnej, było nas troje razem. Funkcjonowała trzecia i czwarta klasa gimnazjalna.
Panna hrabianka uczyła nas francuskiego. Byliśmy wszyscy, żebyśmy nie tracili roku szkolnego. I tak jeden rok został stracony – 1939–1940, ale tu już był 1940–1941.
Zresztą okolica była bardzo ciekawa, bo bardzo blisko była Wola Okrzejska, w której urodził się Sienkiewicz. Pięć kilometrów od Wojcieszkowa był Burzec, miejscowość, w której Sienkiewicz ulokował [w „Potopie”] rodzinę Skrzetuskich. Zwiedzaliśmy okolice. Pracowaliśmy również w polu, pracowaliśmy na spichrzu. Ciężka to była praca, ale niezależnie od tego, że się uczymy, mieliśmy poznać pracę fizyczną, wiedzieć, jak funkcjonuje majątek. Moja mama pracowała w kancelarii majątku. Tak przeżyliśmy prawie rok.
  • Czy pani się orientuje, czy hrabina Plater-Zyberk to jest ta sama pani, która miała szkołę w Warszawie na Pięknej?

Ona miała dom [chyba] w alei Przyjaciół.

  • Jest taka szkoła przedwojenna.

To jest rodzina. [Właścicielką szkoły i jej założycielka była Cecylia Plater-Zyberk].

  • Ta szkoła została reaktywowana jakiś czas temu.

Tak, [a] rodzina jest bardzo rozgałęziona. To jest zresztą też rodzina Emilii Plater. Pani Platerowa owszem, miała jeszcze dom przy Litewskiej w Warszawie, [a właściwie przy równoległej uliczce] do Litewskiej. Odwiedzaliśmy ją później po wojnie, mieszkała właśnie w tym domu. To była bardzo starsza pani, wtedy wydawała mi się osobą w wieku bardzo podeszłym, bo miała chyba siedemdziesiąt trzy lata, ale świetnie wyglądała i świetnie zarządzała całym majątkiem. Była niesłychanie aktywna, dbała o nas wszystkich, starała się, miała bardzo obywatelskie podejście do zdarzeń, do tego, co się wtedy działo.
Okazało się, że ojciec mój po aresztowaniu został wywieziony do Berlina. Miał dużo szczęścia. Gdyby był w Poznaniu, nie wiadomo, czy by przeżył w tych warunkach, jakie wtedy były, w tym całym terrorze, w tym całym nastawieniu do Polaków, w ogóle do inteligencji polskiej przede wszystkim.
Ojciec z grupą mężczyzn został wywieziony do Berlina. Był [w tej grupie] lekarz, dwóch adwokatów, jeszcze parę osób. Był więziony w więzieniu na Aleksanderplatz, które zresztą bardzo dokładnie opisała Karolina Lanckorońska w swojej książce, we wspomnieniach wojennych, bo też była w tym więzieniu. Właściwie z tej książki dowiedziałam się najwięcej o warunkach, jakie były w tym więzieniu.
Myśmy o ojcu nie wiedzieli chyba dobre dwa miesiące, co się dzieje. Potem przyszedł list właśnie z tego więzienia. Po niecałym roku, w 1940 roku w październiku został zwolniony, przyjechał do Warszawy. Zresztą dopiero po wojnie dowiedziałam się, dlaczego. Prawdopodobnie uniknął jakichś gorszych konsekwencji, ponieważ okazało się, że całe archiwum wojskowe dotyczące między innymi powstania wielkopolskiego zostało w sierpniu 1939 roku wywiezione z Poznania do Rawy Ruskiej. Z Rawy Ruskiej wróciło dopiero w latach osiemdziesiątych. W Poznaniu był terror i bezprawie absolutne. Nie potrzeba było żadnych dowodów na to, żeby stracić życie czy zostać uwięzionym, czy zostać wysłanym do obozu koncentracyjnego. Natomiast w Niemczech było jeszcze trochę inne podejście, szukano jakichś dowodów, prowadzono śledztwo. Nie mogli doszukać się [tam] dowodów na jakąś antyniemiecką działalność ojca. W 1940 roku został zwolniony. Przyjechał do Warszawy. Dzięki przyjacielowi, jeszcze z okresu studiów, o którym mówiłam na początku, jakoś zdołał w Warszawie się urządzić. Dostał pracę, mieszkanie nieduże, też przy ulicy Widok pod numerem 3.
1 kwietnia 1941 roku przyjechaliśmy do ojca do Warszawy. Przeżywaliśmy bardzo nasze rozstanie z Wojcieszkowem, bo jednak spędziliśmy [tam] jakiś czas, te miesiące też były dla nas jakimś zupełnie nowym doświadczeniem, nowym życiem. [Przedtem] nie znałam wsi. Sam fakt, że mieszkaliśmy w dworze hrabiny Platerowej, która była z rodziny Platerów, która wydała Emilię Plater, to wszystko było dla nas nowe i ciekawe, to był okres takiego względnego spokoju.
Ale w 1941 roku przyjechaliśmy do Warszawy i zaczęło się nasze życie w stolicy. Pierwszą sprawą była nasza nauka, bo trzeba było po prostu jakoś nadrobić stracony rok, 1939–1940. Tutaj tajne nauczanie było przecież bardzo powszechne.
Wyjeżdżając z Wojcieszkowa, dostałam list od jednego z tamtejszych [naszych] nauczycieli, absolwenta SGGW, który [w Warszawie] miał znajomą rodzinę. Rodzina [ta] mieszkała na Odolańskiej. Były dwie dziewczyny, ojciec był w niewoli, one mieszkały z matką, obie chodziły na tajne komplety do sióstr niepokalanek. Siostry niepokalanki miały swój [dom zgromadzenia] przy ulicy Kazimierzowskiej, mniej więcej w tym miejscu, gdzie w tej chwili jest poczta. Naprzeciwko była szkoła rzemiosł, tak się nazywała wtedy. Klasztor był w głębi, przed [nim] był ogród, to zupełnie inaczej wyglądało niż w tej chwili. Naprzeciwko domu zgromadzenia, klasztoru, w szkole [rzemiosł] były koszary SS. Myśmy do sióstr chodziły na komplety. Oczywiście o różnych porach, bez książek, bez zeszytów, czasami z jakimiś menażkami, ponieważ siostry wydawały obiady dla biednych. Zaczęłam chodzić na komplety już [do] trzeciej [klasy] gimnazjalnej, później do czwartej.
Mój brat dzięki przyjacielowi ojca, którego synowie byli starsi od nas o dziesięć lat (ojciec późno się ożenił), [i będąc chłopcami chodzili do] gimnazjum [i liceum Wojciecha Górskiego] na ówczesnej ulicy Hortensji, a teraz jest [to] ulica Górskiego, [również został przyjęty do tej szkoły, a później na komplety]. Na ulicy Górskiego jest [teraz] pomnik właściciela tej szkoły, profesora Górskiego.
Tak że oboje zaczęliśmy się uczyć. Mieszkaliśmy najpierw na ulicy Widok, później na Bielanach przy ulicy Hajoty 41, w części bliźniaka, który należał do [pewnego] sędziego, który musiał się ukrywać i wyjechał z Warszawy (pamiętam dobrze) do Pieskowej Skały. Zostawił nam całe mieszkanie z meblami, ze wszystkim. [Zamieszkaliśmy tam]. Ojciec pracował, mama pracowała, ciężki to był okres, bo byliśmy znowu w nowym miejscu. Znowu nowe miejsce, znowu [zależni] od wszystkich rzeczy, które się rozgrywały wtedy, od łapanek, od aresztowań, od powszechnej śmierci, od getta. Cała ta makabryczna rzeczywistość, która się rozgrywała tutaj, która istniała w Warszawie.
Były jeszcze kłopoty natury rodzinnej, osobistej, ciężkie warunki materialne. Bardzo ciężkie lata.

  • Niemcy nie szukali pani ojca w Warszawie z racji powiązań patriotycznych z Wielkopolską?

Ojciec miał tutaj spokój. W Warszawie ludzie „ginęli”, po prostu było ogromne skupisko ludzi. Nie jestem warszawianką, nie wiem, jak to odbierali warszawiacy, bo na ten temat z warszawiakami nie rozmawiałam, ale tu byli ludzie z całej Polski: byli ludzie z Wileńszczyzny, byli lwowiacy, byli poznaniacy, byli Pomorzanie, byli Ślązacy. Wszystko tutaj. Tu było skupisko ludzi wzajemnie sobie pomagających, wzajemnie się ratujących.
Powtarzam to i będę to zawsze powtarzała, [że] takiej solidarności jak wtedy w latach okupacji w Warszawie nigdy [już później] nie przeżyłam. W latach osiemdziesiątych [też] nie. To była rzecz absolutnie ludzka, wtedy było zagrożenie życia. Oczywiście byli jacyś ludzie, był jakiś margines i ten margines był pewnie duży, istniał przecież, jest opisywany, mówi się o tym, ale z nim się nie zetknęłam. Zetknęłam się z ogromną życzliwością, z pomocą, z wielką solidarnością. Jechało się tramwajem, gdzieś była łapanka, ludzie ostrzegali.
Mój ojciec miał kiedyś takie przeżycie w tramwaju. W tramwajach pierwsza część siedzenia za motorniczym były Nur für Deutsche − tylko dla Niemców. Ścisk w tramwajach był potworny, był nie do [opisania]. Ludzie czepiali się [czego się dało], jeżeli ktoś zdołał jedną ręką się utrzymać, palcami jednej stopy, to jechał. Nie było żadnych autobusów, nie było taksówek, nie było żadnych samochodów, nie było nic. Jedynym środkiem komunikacji były tramwaje, ewentualnie riksze, które jeździły po Warszawie. Ale nie każdy mógł sobie pozwolić, bo to była droga impreza.
Ojciec kiedyś jechał z bratem z miasta. Został przyciśnięty, był łańcuch, który oddzielał pierwszy przedział, znaczy pierwsze siedzenia od polskiej części. W niemieckiej części siedział jakiś młody człowiek, młody Niemiec w mundurze. Ojciec został tak przyciśnięty, że po prostu zwisał połową ciała nad tym niemieckim przedziałem. W pewnym momencie Niemiec wrzasnął na ojca, że jak on śmie w ogóle tak się przechylać. Ojciec wtedy nie wytrzymał. Ponieważ urodził się w Poznaniu, studiował w Niemczech, był w niemieckim wojsku (szczerze mówiąc, mówił po niemiecku lepiej niż po polsku, bo urodził się w roku 1882, do 1918 roku żył pod panowaniem pruskim, niemieckim) nie wytrzymał, po prostu sklął Niemca jakimś koszarowym językiem, że jak śmie się w taki sposób do ojca odzywać, że tamten w ogóle zbaraniał. Ojciec był doprowadzony wtedy do ostateczności. Cały tramwaj dosłownie zbaraniał, wszyscy Polacy. Ojciec wyszedł wtedy z siebie. Mój brat zzieleniał ze strachu. Na następnym przystanku okazuje się, że Niemiec wysiadł. Cały tramwaj błagał ojca, żeby wysiadł na następnym przystanku, żeby się przesiadł do innego tramwaju, żeby tylko nic mu się nie stało. Wtedy jakoś szczęśliwie dojechał na Bielany, jechali z Krakowskiego Przedmieścia. Wtedy Krakowskim Przedmieściem, Miodową chodziły tramwaje na Bielany. Szczęśliwie to jakoś się skończyło. Ale właśnie ta solidarność, pomoc to było wszechobecne.
Dużo teraz się mówi o tym marginesie, który [istniał]. Natomiast niestety nie słyszę, nie czytam jakoś, nie dowiaduję się z żadnego słowa pisanego czy mówionego o tej drugiej [stronie ówczesnego życia], o niesłychanej, ogromnej solidarności ludzkiej.
Myśmy przyjechali do zupełnie nam nieznanego miejsca, poza tymi paroma tygodniami, które spędziliśmy w 1939 roku, [nie znaliśmy Warszawy]. Nie miałam koleżanek, nie mieliśmy [tu] rodziny, a w krótkim czasie poczuliśmy się, że nie jesteśmy tutaj obcy. Wrośliśmy szybko w tutejsze środowiska, doświadczyliśmy mnóstwa życzliwości.

  • Czy chodząc na komplety, nawiązała pani kontakt z konspiracją, czy to się stało jakoś inaczej?

To się stało inaczej. W 1942 roku. Myśmy tutaj przyjechali w 1941, to było na wiosnę, a w końcu lata 1941 roku przyjechała rodzina Platerów. Ta trójka nastolatków to była Basia, Andrzej, Janek. Basia była rok starsza ode mnie, Janek był z mojego rocznika, a Andrzej był [trzy] lata starszy ode mnie. Jak przyjechali tutaj, to oczywiście nawiązaliśmy kontakt i nasza przyjaźń wojcieszkowska dalej trwała i się rozwijała.
W 1942 roku, jakoś na wiosnę Basia przyjechała do mnie na Bielany i zapytała, czy chciałabym chodzić na tajny kurs sanitarny. Powiedziałam: „Oczywiście, jak najbardziej”. Mówi: „Bo właśnie we wrześniu taki kurs się rozpoczyna, tylko nie możesz nic mówić rodzicom ani w ogóle nikomu, absolutnie. To jest tajemnica. Pamiętaj, że nie wolno ci nikomu powiedzieć”. Oczywiście przysięgłam jej na wszystkie świętości, że nikomu nic nie powiem.
Od września 1942 roku zaczęłam chodzić na kurs. Kurs odbywał się na ulicy Pięknej pod numerem 22, w mieszkaniu Hanki Erbrich, którą [wtedy] dopiero poznałam. To była córka profesora medycyny, laryngologa, który już nie żył, zmarł krótko przed wojną. Bardzo znana postać w polskiej medycynie. Był jednym z twórców laryngologii polskiej po I wojnie światowej. [Prowadząc] prace nad [gruźlicą] krtani, zaraził się, zmarł w 1938 roku.
Hanka z siostrą Ludmiłą i z mamą mieszkały na ulicy Pięknej, u niej się odbywały wykłady. Zaczęłam chodzić na wykłady, byłam pewnie ze trzy razy i niestety musiałam przerwać. Nie mogłam [dalej uczęszczać], bo rodzice zabronili mi w ogóle wychodzić [z domu], nawet jeździć na komplety na Kazimierzowską. 1942 to był straszny rok. To był rzeczywiście rok jakiegoś okropnego terroru w Warszawie. To był okres łapanek, które były ciągle. Rodzice bali się, zakazali mi wyjazdów do miasta z Bielan. [Przyjęłam to] z wielkim żalem, nie mogłam [się z tym pogodzić]. Później Basia mnie pocieszała: „Wiesz co, to jest jeden kurs, ale będzie drugi, to może będzie trochę lepiej. Będziesz chodziła na drugi”.
Drugi rozpoczął się we wrześniu 1943 roku. Na ten kurs już chodziłam [mniej więcej] regularnie, jakoś mogłam się poruszać. Nie zawsze mogłam być, [bo] po prostu mieszkaliśmy daleko. Bielany to było wtedy rzeczywiście dalekie przedmieście. Dostać się z Bielan tramwajem do miasta [było trudno]. Tramwaje jeździły nieregularnie, był potworny tłok, nie zawsze można było wejść do tramwaju, godzina policyjna była. Tak że te utrudnienia były niesamowite. Ale w 1943 roku jakoś już [mi] się udawało [dojeżdżać].
Nasze spotkania, nasz kurs odbywał się na Mokotowskiej chyba [pod numerem 50]. To jest dom w taką podkowę. Charakterystyczny dom, zresztą bardzo piękny, z pięknymi mieszkaniami. Mieszkała tam z matką Krysia Eydziatowicz, którą też dopiero poznałam. Krysia Eydziatowicz była córką jednego z dyrektorów Polskiego Radia przed wojną, który [teraz] był w Anglii. Przychodziły dziewczyny na kurs. [Rok wcześniej] poznałam dziewczęta ze starszego kursu, a później te z młodszego. Byłyśmy na „młodszym” kursie. Kurs odbywał się różnie: raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie, dwa razy w tygodniu. W zależności od sytuacji, jaka była. Szczęśliwie można się było telefonicznie porozumieć, zawsze następny termin był podawany na każdych zajęciach. Miałyśmy zajęcia teoretyczne i praktyczne. Teoretyczne były wykłady, które prowadził doktor Janek Mizgier-Chojnacki. Praktyczne zajęcia prowadziła Jadzia Kulczyńska, ona była dyplomowaną pielęgniarką. Uczyłyśmy się robienia zastrzyków, bandażowania, słania łóżek, asystowania przy prostych zabiegach, oczyszczania ran, takich różnych rzeczy. To były roczne kursy. Pierwszy się skończył, zaczął się drugi, który szczęśliwie udało mi się skończyć w lipcu 1944 roku.
[Poznałam] wszystkie dziewczyny. Ponieważ one wszystkie znały się między sobą albo ze szkoły, albo z kompletów, albo były z sobą powiązane rodzinnie, [to] właściwie nie [posługiwałyśmy się pseudonimami], znałyśmy się z imion i z nazwisk. Pod koniec lipca jedna z koleżanek przyjechała [do mnie z informacją], że jest koncentracja przed 1 sierpnia. Pamiętam, że z 31 lipca na 1 sierpnia to już nocowałam na Mokotowskiej u Krysi Eydziatowicz. Punkt [zborny] naszej jednostki był na ulicy Przemysłowej w fabryce „Tłocznia” albo mówili też na tę fabrykę „Blaszanka”.
[1 sierpnia około trzeciej po południu] dotarłyśmy do „Blaszanki”, ale nie wiedziałam, w jakiej jestem jednostce, jak ona się nazywa. Znałam tylko moje koleżanki, z imienia i nazwiska znałyśmy się wszystkie, ale nie miałam pojęcia, w jakiej jestem jednostce, kto jest moim dowódcą. Tego nie wiedziałam.
Spotkałyśmy się na Przemysłowej, były [tam] dziewczyny, już przygotowywały [punkt sanitarny w dwóch pomieszczeniach i] właściwie to była jakaś administracja, jakieś biuro fabryki. O piątej zaczęło się Powstanie. Przyprowadzono pierwszych rannych. [My z „młodszego” kursu] nie zdążyłyśmy mieć praktyki w szpitalu, [jakie] zwykle po kursie następowała w Szpitalu Maltańskim. Szpital Maltański mieścił się w okolicach Senatorskiej, już teraz nie istnieje, ale myśmy już nie miały zajęć praktycznych w tym szpitalu. Tak że krew, prawdziwe rany zobaczyłyśmy dopiero krótko po godzinie piątej, kiedy przyprowadzono pierwszych rannych. Ciężkimi przypadkami [zajęli] się nasz lekarz, doktor Janek [Mizgier]-Chojnacki [oraz] Maryla Roszkowska (to była koleżanka naszej Jadzi Kulczyńskiej, [także dyplomowana pielęgniarka]. Jadzi z nami nie było, ponieważ wyszła za mąż i była w ciąży. Nie było jej w Warszawie. Jej „następczynią” została właśnie Maryla Roszkowska).

To było to pierwsze zetknięcie z naszą prawdziwą pracą, którą miałyśmy prowadzić przez całe dwa miesiące.
Dopiero później dowiedziałyśmy się, że jesteśmy [sanitariuszkami] 1. Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego. Zadaniem naszej jednostki, czterystu Powstańców, zadaniem tych chłopców było zdobycie przedwojennych koszar szwoleżerów, które mieściły się przy ulicy Szwoleżerów.
To było niewykonalne zadanie, dlatego że w tych koszarach urzędowała kawaleria SS, mająca ciężkie cekaemy, ciężkie karabiny maszynowe.
Atak był prowadzony od strony stadionu Legii. Strasznie dużo chłopców poległo, rannych było bardzo dużo. Trzeba było się wycofać. [Ci, którzy ocaleli], wrócili do fabryki „Tłoczni”, ale trzeba było stamtąd się likwidować, bo Niemcy przecież następowali. Późno wieczorem przyszedł rozkaz, że ewakuujemy się, wychodzimy stamtąd. Przez całą noc ewakuowaliśmy się tyłami ogródków czerniakowskich, powiślańskich w stronę Siekierek.
Dopiero potem o tym wszystkim się dowiedziałam, [wtedy] po prostu była ewakuacja i szliśmy. Tej nocy była potworna ulewa, zaczęła się burza. Teraz wszystko jest zabudowane, kiedyś to były szczere pola, nic nie było, żadnych zabudowań. Myśmy polami wędrowali w jakimś kierunku. Nasze dowództwo wiedziało [dokąd], a myśmy po prostu tylko szli.
Jeszcze było ciemno, [gdy] zakwaterowano nas w chałupach przy jakiejś drodze. Bez przerwy gdzieś rakiety wystrzeliwały, [wtedy padł] rozkaz: „Padnij!”, to się padało w to błoto obrzydliwe. Wstawało się, potem była jakaś chwila ciemna, to znowu się szło, znowu się padało w to błoto. Tak było: „Padnij!”. – „Powstań!”. Nieustające.
Jak żeśmy dotarły do tych chałup, zakwaterowano nas wszystkie w jakiejś izbie wiejskiej, niedaleko szosy. Posnęłyśmy natychmiast, bo morderczy był cały marsz i wszystkie przeżycia tego pierwszego dnia Powstania. Jedna z moich przyjaciółek, Hanka Erbrich, u której w mieszkaniu odbywał się pierwszy kurs [straciła narzeczonego]. Zginął [w natarciu na koszary]. Dostał postrzał w szyję. [Dowiedziałyśmy] się o [tym].
Jakoś [posnęłyśmy], odpoczywałyśmy na podłodze drewnianej. Rano obudziłyśmy się, okazało się, że nie można nawet wstać, dlatego że okna były dość nisko, chałupa stała przy szosie i przejeżdżały [nią] od czasu do czasu samochody niemieckie. Wyglądałyśmy jak strzygi błotne, bo byłyśmy oblepione błotem – włosy, sukienki, w ogóle wyglądałyśmy strasznie. Obdrapywałyśmy to błoto. Jakaś kobieta wiejska przyniosła parę wiader z wodą, [obmyłyśmy] się trochę.
Po południu [przyszedł] rozkaz powrotu do Warszawy. Z tym że oczywiście nie całym oddziałem. Nasz dowódca wysłał najpierw dziewczyny. Po dwie wychodziłyśmy w odstępach dwudziestominutowych, trzydziestominutowych. Miałyśmy wrócić do Warszawy, przedrzeć się na Mokotów. Powiedziano nam, jak mamy iść. Najpierw w prawo, później, jak zobaczymy skarpę, to starać się iść w lewo. Jak trafimy na Niemców, to mówić, że byłyśmy gdzieś za miastem, wracamy do domu. Nie miałyśmy toreb sanitarnych, tylko tak wracałyśmy. Zostałam z koleżanką, byłyśmy we dwie. Z Siekierek na ulicę Ursynowską szłyśmy dwie noce i półtora dnia.
Dotarłyśmy na Górny Mokotów, to było wieczorem 3 sierpnia, a 5 sierpnia przedarła się część naszej jednostki: 1. szwadron i część 2. szwadronu. Natomiast reszta ewakuowała się dalej do lasów kabackich. Ci, którzy zostali na Siekierkach, przedarli się na Górny Mokotów.
Wtedy [też] poznałam mojego dowódcę, bo na Przemysłowej w „Blaszance” mignął mi tylko. To był Aleksander Tyszkiewicz, cioteczny brat Basi Plater, która wciągnęła mnie do konspiracji. Na tej zasadzie trafiłam do [tej] jednostki. On był rezerwistą 1. Pułku Szwoleżerów w 1939 roku i jednym z założycieli 1 Pułku Szwoleżerów w konspiracji. Tak się [właśnie] trafiało do konspiracji. Takimi drogami – przez przyjaciół, przez znajomych, przez rodzinę.
Jednostka nasza od razu dostała polecenie udania się na ulicę Belgijską, mieli swoje zadania, natomiast my, wszystkie sanitariuszki zostałyśmy skierowanie do pracy w szpitalu sióstr elżbietanek. Pracowałyśmy w tym szpitalu przez trzy tygodnie. To były dramatyczne doświadczenia i dramatyczne przeżycia, ponieważ wszystkie miałyśmy tylko teoretyczne wyobrażenie o tym, co będziemy robiły, jak będzie wyglądała nasza praca przy rannych i chorych. Nie miałyśmy najmniejszego wyobrażenia, jak to w rzeczywistości wygląda. To już nie tylko były rany, krew, śmierć, cierpienie rannych, ale to były wszystkie rzeczy jakieś jeszcze pochodne, które były chyba jeszcze gorsze, ponieważ wywiązywały się zakażenia. [Rana] to nie była tylko czysta rana, którą się bandażowało, którą się operowało i ona się goiła. Okazywało się, że przychodziła gangrena, przychodziła zgorzel gazowa. To były straszne choroby. Nie było wtedy penicyliny, nie było żadnych antybiotyków, lekarstwa były w bardzo ograniczonej ilości. Większość chorób była nieuleczalna, zgorzel gazowa była nieuleczalna. Miałyśmy chłopca, który właśnie umierał na zgorzel gazową, otrzymał ranę w nogę. To były nieopisane cierpienia, w jakich on umierał i nieopisany był też nasz szok, to, z czym myśmy były konfrontowane. Nie mogłyśmy tego wszystkiego pojąć, jakie te rany, ta wojna, jakie to wszystko jest straszne.
Szpital właściwie funkcjonował, [ale] nasza praca była normalna tylko przez kilka dni, a już po kilku dniach [zaczęło] się [ostrzeliwanie] szpitala. Byłyśmy przekonane, wszyscy byli przekonani, że to jest po prostu pomyłka, że może źle szpital jest oznakowany.

  • Pod jakim numerem Belgijskiej był ten szpital?

To nie na Belgijskiej, szpital [był] na rogu Tynieckiej i Goszczyńskiego. Nasza jednostka była na Belgijskiej, a myśmy wszystkie zostały skierowane do pracy w szpitalu. To był jedyny taki duży szpital w okolicy, tutaj po prostu wszystkich rannych przynoszono.
Kierownictwo szpitala doszło do wniosku, że prawdopodobnie szpital jest źle oznakowany. Wobec tego głównie z prześcieradeł zrobiono ogromne flagi z dużym czerwonym krzyżem, rozłożono na dachu, na trawnikach (duży ogród był wokół tego szpitala), żeby lotnictwo, Niemcy, żeby wiedzieli, że to jest szpital. Ale niestety to był właściwie pierwszy krok do zagłady szpitala, to dobre oznakowanie, ponieważ ostrzał był coraz silniejszy. Był ostrzał z „krów” [okropny z] ciężkiej artylerii. To nie był ostrzał przypadkowy, [ale] zaplanowany. Od ostatniego piętra zaczęto znosić ten szpital, od góry. To był trzypiętrowy [budynek]. Myśmy znosiły chorych najpierw na drugie piętro, potem na pierwsze piętro, potem już tylko do piwnic.
Coraz gorzej było z wodą, nie było światła. Lekarze operowali przy świetle lamp naftowych, przy świetle latarek elektrycznych, przy świecach, które gasły, bo przecież były przeciągi, przewiewy, huk powodował, że świece gasły. Lekarze dokonywali cudów, ratowali rannych, ale ich wysiłek w wielu przypadkach szedł na marne, [bo po skomplikowanych operacjach] trzeba było rannego z drugiego czy z pierwszego piętra znosić w warunkach ostrzału na dół po schodach do piwnic, bez jakiejś elementarnej ostrożności, byle szybciej, byle go w ogóle uratować. Następowały wtórne krwotoki, przychodziły różne okropne zakażenia. To była makabra, cała praca właściwie szła na marne, nie można było w większości tych rannych uratować. Było [też] bardzo dużo chorych, ludności cywilnej.
Do dziś jest pomniczek przy szpitalu, na którym jest napisane, że zniszczenie szpitala nastąpiło w dniach 27, 28, 29 sierpnia. Wtedy już po prostu bombami lotniczymi [Niemcy] zniszczyli szpital do końca.
Myśmy wynosiły rannych do punktów, które były organizowane gdzieś w piwnicach, w jakichś domach, które były jeszcze względnie bezpieczne. Znaczy domy jeszcze stały w ogóle. Punkt dla naszych rannych [zorganizowałyśmy] w piwnicach przy ulicy Malczewskiego 6. To były piwnice po węglu, nie było żadnego dostępu światła. Miał węglowy jakoś [usunęłyśmy. Ranni leżeli] na materacach, na jakimś polowym łóżku leżał [tylko] jeden. To było to ostatnie schronienie dla nich.
Miałyśmy rannego, który by żył do dziś prawdopodobnie, gdyby nie [te] straszne trzy dni [w końcu sierpnia]. Wtedy [już] musiałyśmy ewakuować [wszystkich rannych szwoleżerów] ze szpitala do naszego punktu. Ostrzał był tak silny, że nie [mogłyśmy] nawet wybiec z piwnicy po kolejnego rannego, bo po prostu [to] było [niemożliwe]. Wyskakiwało się na ulicę, [ale] nie było żadnych szans przejścia. Odległość, która dzieliła dom przy ulicy Malczewskiego od elżbietanek [była krótka] (kiedyś, [już po wojnie szłam tę odległość], patrząc na zegarek, [w ciągu czterdziestu pięciu] sekund), [ale] nam się wydawało wtedy, że to były godziny, że to była niesamowita odległość, którą trzeba było przejść przy tym okropnym ostrzale.
Zestrzeliwano gałęzie drzew, spadały [one] na chodnik. Do wysokości pasa cała ulica Malczewskiego była zasłana gałęziami. Jak biegłyśmy z rannymi, musiałyśmy przeskakiwać przez [te] gałęzie, więc oczywiście nosze skakały, [a na nich] ranni po operacjach. Najgorsze były wtórne krwotoki, które [następowały].
Miałyśmy rannego, który był po amputacji nogi, już jakoś w tym szpitalu dochodził do siebie. Po takim wtórnym krwotoku męczył się w straszny sposób, w potępieńczy sposób cierpiał. Żył jeszcze kilka tygodni, zmarł podczas ostatniego już transportu do Milanówka, już po kapitulacji.
Strasznie cierpieli [ci] ludzie, [a] myśmy po prostu nie mogły [im] pomóc, to było uczucie jakiejś takiej [okropnej] bezsilności. Chciałyśmy wszystko zrobić, co [tylko] możliwe, ale po prostu nie było [jak]. Nie mogłyśmy normalnie iść ulicą, tylko musiałyśmy skakać, musiałyśmy ciągnąć ich ze schodów [i] najgorsze było to uczucie, że staramy się pomóc, ale [nie wiemy,] jakie będą skutki naszej pomocy. Świadomość tego była okropna.
Miałyśmy [nasz] punkt na Malczewskiego, a nasza jednostka była na [Belgijskiej]. Mówiłam jeszcze o tym, że [przy skrzyżowaniu Tynieckiej z Goszczyńskiego] jest pomniczek [i] napis: „W dniach 27, 28, 29 sierpnia 1944 roku zginęło w tym szpitalu ponad 200 osób”. Niemcy go niszczyli, mimo tych flag, mimo czerwonego krzyża, mimo [bardzo wyraźnego] oznakowania.
Na ulicy Belgijskiej pod numerem 7 mieściła się przed wojną fabryczka farmaceutyczna i magazyny magistra Gąseckiego. W tych pomieszczeniach [nasza jednostka zorganizowała] szpital polowy, [bo] rannych w toku walk, które wtedy w okolicy się toczyły, już nie można było transportować do elżbietanek, [bo] tego szpitala [po prostu] nie było. Wszyscy [więc] byli opatrywani, operowani, [bo] nawet trepanacje czaszek [tam] podejmowano – na Belgijskiej w piwnicach dawnej fabryczki magistra Gąseckiego.
[W punkcie – piwnicy] na Malczewskiego byłam [jeszcze] przez tydzień po zbombardowaniu szpitala. To też były straszne dni. Nasz ranny po amputacji nogi, cierpiał tak strasznie, że któregoś wieczoru, chyba półprzytomny, [błagał]: „Panie poruczniku, melduję... Proszę mnie zastrzelić, bo ja już nie mogę. Nie mogę wytrzymać tego bólu…”. Bolała go noga, której nie miał. [To] były makabryczne momenty, które zapadają w pamięć na całe życie [i] które towarzyszą nam wszystkim do dziś.
Po tygodniu [i ja, i koleżanki] zostałyśmy skierowane do pracy w szpitalu polowym na ulicy Belgijskiej, ale tutaj [na Malczewskiego] został ten ciężko ranny [po amputacji nogi], którego nie można już było przenieść. Miał pseudonim „Kania”. Jeszcze był drugi ciężko ranny [„Olgierd”], tych dwóch zostało na Malczewskiego. [Zostały też z nimi] dwie koleżanki nasze, które się nimi [opiekowały]. Z Belgijskiej przychodziły zmiany, dwie, trzy dziewczyny do pomocy, ale cała reszta już była [w szpitalu polowym].
[Tutaj] na Belgijskiej sytuacja była już zupełnie inna, [bo powstał problem] nie tylko pomocy sanitarnej, to znaczy leczenia [i] pielęgnacji rannych, ale trzeba było im [także] zapewnić [posiłki], trzeba było prać bieliznę pościelową, bandaże, fartuchy. Nasza komendantka, Zosia Glińska, która była niesłychanie dobrą organizatorką, zorganizowała [więc] kuchnię [i] pralnię [i] kierowała naszymi dyżurami. Miałyśmy [bowiem] dyżury nie tylko przy naszych rannych, [bo] powstał [również] szpitalik dla cywilnej ludności na Belgijskiej pod numerem 2 [i] myśmy pracowały [także tam]. Razem nas było dwadzieścia dwie. Pracowałyśmy na [zmiany], dzień i noc: przy praniu, przy gotowaniu, przy pielęgnacji chorych i naszych rannych, i [przy] ludności cywilnej w tym szpitaliku, [a także] na Malczewskiego. Aż do kapitulacji 26–27 września.
[Chciałabym] parę słów powiedzieć o naszych koleżankach. Nie wszystkie znałyśmy się z kursów, [bo] nasza jednostka składała się z kilku szwadronów. Każdy szwadron szwoleżerów miał swoją służbę sanitarną. Myśmy były sanitariuszkami, było nas szesnaście 1. [szwadronu]. Było jeszcze sześć dziewczyn w 2. szwadronie. Razem było nas dwadzieścia dwie. Część, tak jak mówiłam, znałyśmy się z kursów, część, na przykład z tymi dziewczynami z 2. szwadronu poznałyśmy się dopiero w czasie Powstania.
To taka ciekawostka: w naszej jednostce było [wiele] chłopców i dziewcząt z rodzin arystokratycznych, ponieważ 1. Pułk Szwoleżerów był przybocznym pułkiem Józefa Piłsudskiego, to była przed wojną jednostka elitarna. Tradycje tej elitarności przeszły również na okres okupacyjny. Miałyśmy na przykład wśród nas, księżniczkę. Była [nią] Krysia Światopełk-Czetwertyńska, zresztą [uosobienie] skromności, dobroci, samozaparcia. Była uroczą dziewczyną. Miałyśmy chyba z pięć czy sześć hrabianek. To były takie same dziewczyny jak my. [Wszystkie] byłyśmy tak samo wyszkolone, tak samo zdyscyplinowane, tak samo gotowe do podejmowania każdej pracy, w każdej chwili, najcięższej, najbardziej niebezpiecznej. Zżyłyśmy się z sobą ogromnie. Nasze kontakty z tymi, które jeszcze żyją, trwają do dziś. To są niezwykłe przyjaźnie. Takich przyjaźni w [czasach pokoju] chyba nie ma, trudno byłoby o nie. Poza tym w jednostce naszej było mnóstwo osób, mnóstwo młodzieży związanej ze sobą rodzinnie albo [będących najbliższymi przyjaciółmi]. Byli bracia, byli narzeczeni, byli kuzynowie. Byliśmy wszyscy jakoś ze sobą bardzo powiązani. Mój brat też był w tej jednostce, dwa lata ode mnie młodszy. Tak jak mnie zwerbowała Basia Plater, tak jego zwerbował Janek Plater, tak [więc] oboje byliśmy [szwoleżerami].
To miało swoje dobre strony i miało swoje tragiczne strony, ponieważ jeżeli ktoś ginął, to ginął na oczach brata, narzeczonej, narzeczonego, kuzyna, kogoś, z kim było się związanym przez całe dotychczasowe życie. To było bardzo ciężkie, odchodzili na oczach swoich najbliższych.
Ostatnie dni [Powstania] były już bardzo ciężkie. Nie było wody. Wodę przynoszono ze studni, która była [teraz] pod stałym ostrzałem. Ulica Belgijska, następna równoległa jest Dworkowa i na Dworkowej byli Niemcy. [Te] dwie równoległe ulice – jedna obsadzona przez Powstańców, druga przez Niemców, silnie uzbrojonych. Mieli granatniki, nie było [więc] martwych pól ostrzału, nękali nas [tymi] granatnikami, które wyrządzały szalenie dużo szkód. Miałyśmy bardzo dużo rannych i [było] dużo zabitych.
[W ostatniej dekadzie] września już nie było nadziei.
To było to pierwsze zetknięcie z naszą prawdziwą pracą, którą miałyśmy prowadzić przez całe dwa miesiące.
Dopiero później dowiedziałyśmy się, że jesteśmy [sanitariuszkami] 1. Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego. Zadaniem naszej jednostki, czterystu Powstańców, zadaniem tych chłopców było zdobycie przedwojennych koszar szwoleżerów, które mieściły się przy ulicy Szwoleżerów.
To było niewykonalne zadanie, dlatego że w tych koszarach urzędowała kawaleria SS, mająca ciężkie cekaemy, ciężkie karabiny maszynowe.
Atak był prowadzony od strony stadionu Legii. Strasznie dużo chłopców poległo, rannych było bardzo dużo. Trzeba było się wycofać. [Ci, którzy ocaleli], wrócili do fabryki „Tłoczni”, ale trzeba było stamtąd się likwidować, bo Niemcy przecież następowali. Późno wieczorem przyszedł rozkaz, że ewakuujemy się, wychodzimy stamtąd. Przez całą noc ewakuowaliśmy się tyłami ogródków czerniakowskich, powiślańskich w stronę Siekierek.
Dopiero potem o tym wszystkim się dowiedziałam, [wtedy] po prostu była ewakuacja i szliśmy. Tej nocy była potworna ulewa, zaczęła się burza. Teraz wszystko jest zabudowane, kiedyś to były szczere pola, nic nie było, żadnych zabudowań. Myśmy polami wędrowali w jakimś kierunku. Nasze dowództwo wiedziało [dokąd], a myśmy po prostu tylko szli.
Jeszcze było ciemno, [gdy] zakwaterowano nas w chałupach przy jakiejś drodze. Bez przerwy gdzieś rakiety wystrzeliwały, [wtedy padł] rozkaz: „Padnij!”, to się padało w to błoto obrzydliwe. Wstawało się, potem była jakaś chwila ciemna, to znowu się szło, znowu się padało w to błoto. Tak było: „Padnij!”. – „Powstań!”. Nieustające.
Jak żeśmy dotarły do tych chałup, zakwaterowano nas wszystkie w jakiejś izbie wiejskiej, niedaleko szosy. Posnęłyśmy natychmiast, bo morderczy był cały marsz i wszystkie przeżycia tego pierwszego dnia Powstania. Jedna z moich przyjaciółek, Hanka Erbrich, u której w mieszkaniu odbywał się pierwszy kurs [straciła narzeczonego]. Zginął [w natarciu na koszary]. Dostał postrzał w szyję. [Dowiedziałyśmy] się o [tym].
Jakoś [posnęłyśmy], odpoczywałyśmy na podłodze drewnianej. Rano obudziłyśmy się, okazało się, że nie można nawet wstać, dlatego że okna były dość nisko, chałupa stała przy szosie i przejeżdżały [nią] od czasu do czasu samochody niemieckie. Wyglądałyśmy jak strzygi błotne, bo byłyśmy oblepione błotem – włosy, sukienki, w ogóle wyglądałyśmy strasznie. Obdrapywałyśmy to błoto. Jakaś kobieta wiejska przyniosła parę wiader z wodą, [obmyłyśmy] się trochę.
Po południu [przyszedł] rozkaz powrotu do Warszawy. Z tym że oczywiście nie całym oddziałem. Nasz dowódca wysłał najpierw dziewczyny. Po dwie wychodziłyśmy w odstępach dwudziestominutowych, trzydziestominutowych. Miałyśmy wrócić do Warszawy, przedrzeć się na Mokotów. Powiedziano nam, jak mamy iść. Najpierw w prawo, później, jak zobaczymy skarpę, to starać się iść w lewo. Jak trafimy na Niemców, to mówić, że byłyśmy gdzieś za miastem, wracamy do domu. Nie miałyśmy toreb sanitarnych, tylko tak wracałyśmy. Zostałam z koleżanką, byłyśmy we dwie. Z Siekierek na ulicę Ursynowską szłyśmy dwie noce i półtora dnia.
Dotarłyśmy na Górny Mokotów, to było wieczorem 3 sierpnia, a 5 sierpnia przedarła się część naszej jednostki: 1. szwadron i część 2. szwadronu. Natomiast reszta ewakuowała się dalej do lasów kabackich. Ci, którzy zostali na Siekierkach, przedarli się na Górny Mokotów.
Wtedy [też] poznałam mojego dowódcę, bo na Przemysłowej w „Blaszance” mignął mi tylko. To był Aleksander Tyszkiewicz, cioteczny brat Basi Plater, która wciągnęła mnie do konspiracji. Na tej zasadzie trafiłam do [tej] jednostki. On był rezerwistą 1. Pułku Szwoleżerów w 1939 roku i jednym z założycieli 1 Pułku Szwoleżerów w konspiracji. Tak się [właśnie] trafiało do konspiracji. Takimi drogami – przez przyjaciół, przez znajomych, przez rodzinę.
Jednostka nasza od razu dostała polecenie udania się na ulicę Belgijską, mieli swoje zadania, natomiast my, wszystkie sanitariuszki zostałyśmy skierowanie do pracy w szpitalu sióstr elżbietanek. Pracowałyśmy w tym szpitalu przez trzy tygodnie. To były dramatyczne doświadczenia i dramatyczne przeżycia, ponieważ wszystkie miałyśmy tylko teoretyczne wyobrażenie o tym, co będziemy robiły, jak będzie wyglądała nasza praca przy rannych i chorych. Nie miałyśmy najmniejszego wyobrażenia, jak to w rzeczywistości wygląda. To już nie tylko były rany, krew, śmierć, cierpienie rannych, ale to były wszystkie rzeczy jakieś jeszcze pochodne, które były chyba jeszcze gorsze, ponieważ wywiązywały się zakażenia. [Rana] to nie była tylko czysta rana, którą się bandażowało, którą się operowało i ona się goiła. Okazywało się, że przychodziła gangrena, przychodziła zgorzel gazowa. To były straszne choroby. Nie było wtedy penicyliny, nie było żadnych antybiotyków, lekarstwa były w bardzo ograniczonej ilości. Większość chorób była nieuleczalna, zgorzel gazowa była nieuleczalna. Miałyśmy chłopca, który właśnie umierał na zgorzel gazową, otrzymał ranę w nogę. To były nieopisane cierpienia, w jakich on umierał i nieopisany był też nasz szok, to, z czym myśmy były konfrontowane. Nie mogłyśmy tego wszystkiego pojąć, jakie te rany, ta wojna, jakie to wszystko jest straszne.
Szpital właściwie funkcjonował, [ale] nasza praca była normalna tylko przez kilka dni, a już po kilku dniach [zaczęło] się [ostrzeliwanie] szpitala. Byłyśmy przekonane, wszyscy byli przekonani, że to jest po prostu pomyłka, że może źle szpital jest oznakowany.

  • Pod jakim numerem Belgijskiej był ten szpital?

To nie na Belgijskiej, szpital [był] na rogu Tynieckiej i Goszczyńskiego. Nasza jednostka była na Belgijskiej, a myśmy wszystkie zostały skierowane do pracy w szpitalu. To był jedyny taki duży szpital w okolicy, tutaj po prostu wszystkich rannych przynoszono.
Kierownictwo szpitala doszło do wniosku, że prawdopodobnie szpital jest źle oznakowany. Wobec tego głównie z prześcieradeł zrobiono ogromne flagi z dużym czerwonym krzyżem, rozłożono na dachu, na trawnikach (duży ogród był wokół tego szpitala), żeby lotnictwo, Niemcy, żeby wiedzieli, że to jest szpital. Ale niestety to był właściwie pierwszy krok do zagłady szpitala, to dobre oznakowanie, ponieważ ostrzał był coraz silniejszy. Był ostrzał z „krów” [okropny z] ciężkiej artylerii. To nie był ostrzał przypadkowy, [ale] zaplanowany. Od ostatniego piętra zaczęto znosić ten szpital, od góry. To był trzypiętrowy [budynek]. Myśmy znosiły chorych najpierw na drugie piętro, potem na pierwsze piętro, potem już tylko do piwnic.
Coraz gorzej było z wodą, nie było światła. Lekarze operowali przy świetle lamp naftowych, przy świetle latarek elektrycznych, przy świecach, które gasły, bo przecież były przeciągi, przewiewy, huk powodował, że świece gasły. Lekarze dokonywali cudów, ratowali rannych, ale ich wysiłek w wielu przypadkach szedł na marne, [bo po skomplikowanych operacjach] trzeba było rannego z drugiego czy z pierwszego piętra znosić w warunkach ostrzału na dół po schodach do piwnic, bez jakiejś elementarnej ostrożności, byle szybciej, byle go w ogóle uratować. Następowały wtórne krwotoki, przychodziły różne okropne zakażenia. To była makabra, cała praca właściwie szła na marne, nie można było w większości tych rannych uratować. Było [też] bardzo dużo chorych, ludności cywilnej.
Do dziś jest pomniczek przy szpitalu, na którym jest napisane, że zniszczenie szpitala nastąpiło w dniach 27, 28, 29 sierpnia. Wtedy już po prostu bombami lotniczymi [Niemcy] zniszczyli szpital do końca.
Myśmy wynosiły rannych do punktów, które były organizowane gdzieś w piwnicach, w jakichś domach, które były jeszcze względnie bezpieczne. Znaczy domy jeszcze stały w ogóle. Punkt dla naszych rannych [zorganizowałyśmy] w piwnicach przy ulicy Malczewskiego 6. To były piwnice po węglu, nie było żadnego dostępu światła. Miał węglowy jakoś [usunęłyśmy. Ranni leżeli] na materacach, na jakimś polowym łóżku leżał [tylko] jeden. To było to ostatnie schronienie dla nich.
Miałyśmy rannego, który by żył do dziś prawdopodobnie, gdyby nie [te] straszne trzy dni [w końcu sierpnia]. Wtedy [już] musiałyśmy ewakuować [wszystkich rannych szwoleżerów] ze szpitala do naszego punktu. Ostrzał był tak silny, że nie [mogłyśmy] nawet wybiec z piwnicy po kolejnego rannego, bo po prostu [to] było [niemożliwe]. Wyskakiwało się na ulicę, [ale] nie było żadnych szans przejścia. Odległość, która dzieliła dom przy ulicy Malczewskiego od elżbietanek [była krótka] (kiedyś, [już po wojnie szłam tę odległość], patrząc na zegarek, [w ciągu czterdziestu pięciu] sekund), [ale] nam się wydawało wtedy, że to były godziny, że to była niesamowita odległość, którą trzeba było przejść przy tym okropnym ostrzale.
Zestrzeliwano gałęzie drzew, spadały [one] na chodnik. Do wysokości pasa cała ulica Malczewskiego była zasłana gałęziami. Jak biegłyśmy z rannymi, musiałyśmy przeskakiwać przez [te] gałęzie, więc oczywiście nosze skakały, [a na nich] ranni po operacjach. Najgorsze były wtórne krwotoki, które [następowały].
Miałyśmy rannego, który był po amputacji nogi, już jakoś w tym szpitalu dochodził do siebie. Po takim wtórnym krwotoku męczył się w straszny sposób, w potępieńczy sposób cierpiał. Żył jeszcze kilka tygodni, zmarł podczas ostatniego już transportu do Milanówka, już po kapitulacji.
Strasznie cierpieli [ci] ludzie, [a] myśmy po prostu nie mogły [im] pomóc, to było uczucie jakiejś takiej [okropnej] bezsilności. Chciałyśmy wszystko zrobić, co [tylko] możliwe, ale po prostu nie było [jak]. Nie mogłyśmy normalnie iść ulicą, tylko musiałyśmy skakać, musiałyśmy ciągnąć ich ze schodów [i] najgorsze było to uczucie, że staramy się pomóc, ale [nie wiemy,] jakie będą skutki naszej pomocy. Świadomość tego była okropna.
Miałyśmy [nasz] punkt na Malczewskiego, a nasza jednostka była na [Belgijskiej]. Mówiłam jeszcze o tym, że [przy skrzyżowaniu Tynieckiej z Goszczyńskiego] jest pomniczek [i] napis: „W dniach 27, 28, 29 sierpnia 1944 roku zginęło w tym szpitalu ponad 200 osób”. Niemcy go niszczyli, mimo tych flag, mimo czerwonego krzyża, mimo [bardzo wyraźnego] oznakowania.
Na ulicy Belgijskiej pod numerem 7 mieściła się przed wojną fabryczka farmaceutyczna i magazyny magistra Gąseckiego. W tych pomieszczeniach [nasza jednostka zorganizowała] szpital polowy, [bo] rannych w toku walk, które wtedy w okolicy się toczyły, już nie można było transportować do elżbietanek, [bo] tego szpitala [po prostu] nie było. Wszyscy [więc] byli opatrywani, operowani, [bo] nawet trepanacje czaszek [tam] podejmowano – na Belgijskiej w piwnicach dawnej fabryczki magistra Gąseckiego.
[W punkcie – piwnicy] na Malczewskiego byłam [jeszcze] przez tydzień po zbombardowaniu szpitala. To też były straszne dni. Nasz ranny po amputacji nogi, cierpiał tak strasznie, że któregoś wieczoru, chyba półprzytomny, [błagał]: „Panie poruczniku, melduję... Proszę mnie zastrzelić, bo ja już nie mogę. Nie mogę wytrzymać tego bólu…”. Bolała go noga, której nie miał. [To] były makabryczne momenty, które zapadają w pamięć na całe życie [i] które towarzyszą nam wszystkim do dziś.
Po tygodniu [i ja, i koleżanki] zostałyśmy skierowane do pracy w szpitalu polowym na ulicy Belgijskiej, ale tutaj [na Malczewskiego] został ten ciężko ranny [po amputacji nogi], którego nie można już było przenieść. Miał pseudonim „Kania”. Jeszcze był drugi ciężko ranny [„Olgierd”], tych dwóch zostało na Malczewskiego. [Zostały też z nimi] dwie koleżanki nasze, które się nimi [opiekowały]. Z Belgijskiej przychodziły zmiany, dwie, trzy dziewczyny do pomocy, ale cała reszta już była [w szpitalu polowym].
[Tutaj] na Belgijskiej sytuacja była już zupełnie inna, [bo powstał problem] nie tylko pomocy sanitarnej, to znaczy leczenia [i] pielęgnacji rannych, ale trzeba było im [także] zapewnić [posiłki], trzeba było prać bieliznę pościelową, bandaże, fartuchy. Nasza komendantka, Zosia Glińska, która była niesłychanie dobrą organizatorką, zorganizowała [więc] kuchnię [i] pralnię [i] kierowała naszymi dyżurami. Miałyśmy [bowiem] dyżury nie tylko przy naszych rannych, [bo] powstał [również] szpitalik dla cywilnej ludności na Belgijskiej pod numerem 2 [i] myśmy pracowały [także tam]. Razem nas było dwadzieścia dwie. Pracowałyśmy na [zmiany], dzień i noc: przy praniu, przy gotowaniu, przy pielęgnacji chorych i naszych rannych, i [przy] ludności cywilnej w tym szpitaliku, [a także] na Malczewskiego. Aż do kapitulacji 26–27 września.
[Chciałabym] parę słów powiedzieć o naszych koleżankach. Nie wszystkie znałyśmy się z kursów, [bo] nasza jednostka składała się z kilku szwadronów. Każdy szwadron szwoleżerów miał swoją służbę sanitarną. Myśmy były sanitariuszkami, było nas szesnaście 1. [szwadronu]. Było jeszcze sześć dziewczyn w 2. szwadronie. Razem było nas dwadzieścia dwie. Część, tak jak mówiłam, znałyśmy się z kursów, część, na przykład z tymi dziewczynami z 2. szwadronu poznałyśmy się dopiero w czasie Powstania.
To taka ciekawostka: w naszej jednostce było [wiele] chłopców i dziewcząt z rodzin arystokratycznych, ponieważ 1. Pułk Szwoleżerów był przybocznym pułkiem Józefa Piłsudskiego, to była przed wojną jednostka elitarna. Tradycje tej elitarności przeszły również na okres okupacyjny. Miałyśmy na przykład wśród nas, księżniczkę. Była [nią] Krysia Światopełk-Czetwertyńska, zresztą [uosobienie] skromności, dobroci, samozaparcia. Była uroczą dziewczyną. Miałyśmy chyba z pięć czy sześć hrabianek. To były takie same dziewczyny jak my. [Wszystkie] byłyśmy tak samo wyszkolone, tak samo zdyscyplinowane, tak samo gotowe do podejmowania każdej pracy, w każdej chwili, najcięższej, najbardziej niebezpiecznej. Zżyłyśmy się z sobą ogromnie. Nasze kontakty z tymi, które jeszcze żyją, trwają do dziś. To są niezwykłe przyjaźnie. Takich przyjaźni w [czasach pokoju] chyba nie ma, trudno byłoby o nie. Poza tym w jednostce naszej było mnóstwo osób, mnóstwo młodzieży związanej ze sobą rodzinnie albo [będących najbliższymi przyjaciółmi]. Byli bracia, byli narzeczeni, byli kuzynowie. Byliśmy wszyscy jakoś ze sobą bardzo powiązani. Mój brat też był w tej jednostce, dwa lata ode mnie młodszy. Tak jak mnie zwerbowała Basia Plater, tak jego zwerbował Janek Plater, tak [więc] oboje byliśmy [szwoleżerami].
To miało swoje dobre strony i miało swoje tragiczne strony, ponieważ jeżeli ktoś ginął, to ginął na oczach brata, narzeczonej, narzeczonego, kuzyna, kogoś, z kim było się związanym przez całe dotychczasowe życie. To było bardzo ciężkie, odchodzili na oczach swoich najbliższych.
Ostatnie dni [Powstania] były już bardzo ciężkie. Nie było wody. Wodę przynoszono ze studni, która była [teraz] pod stałym ostrzałem. Ulica Belgijska, następna równoległa jest Dworkowa i na Dworkowej byli Niemcy. [Te] dwie równoległe ulice – jedna obsadzona przez Powstańców, druga przez Niemców, silnie uzbrojonych. Mieli granatniki, nie było [więc] martwych pól ostrzału, nękali nas [tymi] granatnikami, które wyrządzały szalenie dużo szkód. Miałyśmy bardzo dużo rannych i [było] dużo zabitych.
[W ostatniej dekadzie] września już nie było nadziei.
  • Państwo już wiedzieli, że Powstanie chyli się ku upadkowi?

Już było coraz gorzej, już nie można było wody przynosić ze studni. Myśmy mieli bardzo ograniczone wiadomości o tym, co w ogóle działo się w Warszawie. Przecież o tym, co działo się w innych dzielnicach, dowiadywaliśmy się przez Radio Londyn, bo nie było przecież żadnej komunikacji, nie można było przejść z jednej dzielnicy do drugiej. Tak że słyszeliśmy z tych radiowych wiadomości, że była masakra na Woli, słyszeliśmy o tragedii Starego Miasta, ale to wszystko były wiadomości tylko z radia. Poza tym po prostu nie [miałyśmy] nawet czasu ani warunków do tego, żeby w ogóle o czymkolwiek rozmawiać, bo byłyśmy w ciągłej pracy, ciągle byłyśmy zajęte. Rzadkie były momenty jakiejś ciszy, kiedy mogłyśmy usiąść, porozmawiać ze sobą. To było bardzo rzadkie.
Na przykład pamiętam Krysię Eydziatowicz, u której odbywały się nasze kursy sanitarne. Ona prowadziła dziennik. Codziennie zapisywała wszystko, co działo się każdego dnia [Powstania]. Jedyna pośród nas, bo żadna z nas nie pisała. Kiedyś do niej mówię: „Krysiu, ty codziennie to piszesz. Nie wiadomo, po co to piszesz, czy w ogóle uratujesz te wszystkie swoje [notatki]”. –„Wiesz, jednak to zapisuję”. Później znalazła się w Południowej Afryce, wyszła za mąż, już jej nigdy w życiu nie spotkałam, ale często myślałam o tym jej notesie, czy [go] uratowała, czy po prostu miała go ze sobą, czy ten notes gdzieś jeszcze jest w Afryce Południowej.
Myśmy były wszystkie szalenie młode. Najmłodsza z nas była Basia Grocholska, która miała siedemnaście lat, najstarsza była Maryś Żółtowska, która miała dwadzieścia osiem lat. Nasza komendantka [Zofia Glińska] miała trzydzieści cztery lata, była prawie że pokolenie od nas starsza. Jedna z naszych koleżanek wybrała się na Powstanie z dwoma słoikami kremów: na dzień i na noc, [bo i] w tamtych czasach też [chciała] dbać o swoją urodę...
Kiedyś była jakaś chwila ciszy, siedziałyśmy w piwnicy na Belgijskiej, któraś mówi: „Wiesz, niech każda z nas powie, co będzie robiła zaraz po wojnie, o czym marzy, żeby to [zrobić] po wojnie”. [I] Krysia Brzezicka, mówi: „Pójdę do restauracji, zamówię sobie bryzola na cały talerz, ogromnego”. Głodowałyśmy, ona marzyła o tym, żeby zjeść porządny kawał pieczeni, jakiegoś mięsa. Nasza komendantka usiadła, powiedziała: „Wiecie, marzę o tym, żeby wokół mnie byli tylko sami ubrani mężczyźni”. Ciągle byłyśmy wśród rannych, tych biednych, rozebranych, cierpiących. [I ona] marzyła o tym, żeby wokół niej byli tylko sami ubrani mężczyźni. Ale to były króciutkie chwile, bardzo rzadko mogłyśmy porozmawiać czy zwierzyć się z czegoś.
W żałobie była nasza Hanka Erbricht. Po śmierci narzeczonego nie mogła przyjść do siebie długi czas. Jakoś tak bardzo wszyscy ją oszczędzali, [bo] trudno było nawet pocieszyć. Druga z koleżanek, Hala Zaniewska, też miała narzeczonego, który brał udział w ataku na lotnisko, też dochodziły słuchy, że wszystkich wybito. Rzeczywiście później okazało się, że on też zginął. [Ciężki] to był czas, ale właściwie najgorsze miało dopiero przyjść – ewakuacja kanałami do Śródmieścia. Dowiedziałyśmy się [około] 22–23 września, że prawdopodobnie będziemy się ewakuowali kanałami do Śródmieścia.

  • Pani miała pseudonim „Radziejewska”, ale wszyscy używali pseudonimu „Pepanc”, skąd to się wzięło?

Miałyśmy oficjalne pseudonimy, ale właściwie spontanicznie powstawały takie związane z okolicznościami. Miałyśmy koleżankę Halinę Roszkowską, która zresztą zginęła później w kanałach. Jak pracowałyśmy jeszcze w elżbietankach, to [ona] chodziła po rozmaitych ogródkach. [W okolicy] były, [(i] teraz są) wille w ogrodach, z trawnikami, wtedy w każdym ogródku były warzywa, jakieś pomidory rosły, marchew, inne warzywa. Chodziła po warzywa dla rannych, przynosiła głównie pomidory. Kiedyś natrafiła na kozę. Koza gdzieś się [tam] zaplątała, wydoiła tę kozę. Później chodziła doić [tę] kozę [regularnie], przynosiła mleko dla tego naszego biednego „Kani”, który tak strasznie cierpiał po amputacji, żeby go jakoś dożywić. Myśmy ją nazwały „Rajzusiem”, bo tak rajzowała po okolicach. Starała się dla tych rannych przynosić jakieś rzeczy, przede wszystkim żywność.
Potem Krysia Brzezicka, która tak marzyła o bryzolu, została „Bryzolem” na całe życie. [A] koleżanka, która podczas ulewy miała chustkę na głowie i wszystkie kolory tej chustki odcisnęły się jej na bardzo jasnych włosach, wyglądała niesamowicie. Ktoś mówi: „Boże! Taki gronostaj”. [I] została „Gronostajem” do końca życia. Chociaż była później profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, dla nas [na] zawsze [pozostała] „Gronostajem”.
Mój „Pepanc” powstał z tego, że miałam kiedyś dyżur w szpitaliku dla cywilnej ludności na Belgijskiej pod numerem 2. Belgijską nie można było normalnie chodzić, ponieważ był ostrzał z granatników od strony Dworkowej, a z drugiej strony, od ulicy Belwederskiej strzelali snajperzy. Między numerem 2 a 5 na Belgijskiej (to jest na samym końcu Belgijskiej) został wykopany głęboki przekop. Nasi chłopcy w domach po drugiej stronie Belgijskiej mieli posterunki [i mogli] przechodzić tylko przekopem, inaczej snajperzy momentalnie każdego widzieli i od razu strzelali. Miałam dyżury w szpitaliku. Okna tego małego szpitala wychodziły na skarpę, która powstała z ziemi wykopu. Jakoś tak nad ranem było cicho, nic się nie działo na sali chorych. Siedziałam na krześle, musiałam się chyba zdrzemnąć. Posłyszałam raptem jakiś potworny krzyk. Oprzytomniałam, podbiegłam do okna, okna oczywiście bez szyb, bo szyb już dawno nie było. Zobaczyłam, że po zewnętrznej stronie skarpy leży jakaś kobieta, która usiłowała przejść skarpą, [wierzchem] z jednej strony Belgijskiej na drugą [i] została ranna w nogę. Byłam półprzytomna z tego snu. Zobaczyłam, że jej strasznie krwawi noga gdzieś w okolicy kolana, rozpięłam pasek przy spódnicy, wyskoczyłam z okna, żeby jej ucisnąć nogę powyżej rany. W tym zamroczeniu jakoś do niej dotarłam. Jak wyciągnęłam pasek, to usłyszałam z wykopu głos porucznika [Stefana] Zaczka, który ryknął na mnie w straszny sposób: „Wanda! Skacz do wykopu!”. Mówię: „Nie mogę, bo jeszcze muszę coś zrobić”. Mówi: „Skacz! To jest rozkaz”. Wiem, że do szczytu [skarpy], żeby [z niej] zejść miałam może półtora metra, może to [były] dwa metry, ale byłam taka zamroczona, taka głupia. Jakoś czołgałam się [ku] górze, zostawiłam ranną, chociaż nie mogłam zrozumieć tego rozkazu. Widzę, że wokół mnie osypuje się piaseczek z kilku miejsc. Kompletnie sobie tego nie skojarzyłam, że przecież snajper do mnie strzelał. Trafił tę kobietę [i] do mnie też strzelał. Na szczęście trafiał w piasek, ale [ja] tego nie kojarzyłam. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego piasek się osypuje. To były wszystko sekundy. Zeskoczyłam do wykopu. Zaczek mnie sklął w tak straszny sposób, [wrzeszczał, czy] nie wiem, że wolno tylko przekopem przechodzić. Potem wszyscy mnie podziwiali za odwagę. Tłumaczyłam, że to po prostu był odruch, że wyskoczyłam. To nie była żadna świadoma odwaga, tylko po prostu odruch. Chciałam jej ucisnąć nogę, zostałam „Pepancem”. [Bo] raptem któraś z koleżanek powiedziała: „Wanda to taki pepanc”. Ani się nie bałam, tylko po prostu w tym zamroczeniu, w tym odruchu to wszystko tak się stało. Taka jest geneza tego mojego nieoficjalnego pseudonimu.

  • Byliśmy przy kanałach.

Już jesteśmy przy kanałach. Mieliśmy wchodzić do kanałów. To znaczy przed 23–24 września zaczęło się mówić o tym, że będziemy się ewakuowali do Śródmieścia. Myśmy tego nie mogły zrozumieć, jak to w ogóle będzie. Przecież co będzie z naszymi rannymi. Jeszcze wracam do kobiety, którą zostawiłam. Później z wykopu rzucono jej sznur i ją ściągnęli.

  • Uratowała się?

Nie wiem, co z nią później się stało, bo już miałam jakieś inne prace, ale przypuszczam, że tak, bo jak ją udało się ściągnąć, to potem już na pewno się nią zajęto.
Nie wiedziałyśmy, jak to będzie, co będzie z rannymi. Czy będziemy niosły rannych w kanałach? Przecież niemożliwe, żeby zostawić rannych na pastwę Niemców. To wszystko było bardzo niejasne, ale okazało się, że z rannymi zostało całe nasze dowództwo.
Myśmy w ogóle mieli fantastycznego dowódcę, Leszka Tyszkiewicza. Miał wtedy dwadzieścia pięć lat. Był żołnierzem i dowódcą z powołania, z wykształcenia inżynierem. Później całe życie pracował jako inżynier, ale właśnie naprawdę z powołania był żołnierzem i dowódcą. Szalenie dbał o wszystkich, to znaczy nie szafował życiem, był bardzo roztropny. Przy czym był wysoki, małomówny, właściwie był surowy w obejściu, ale sama jego obecność jakoś działała w ten sposób, że ludzie czuli się przy nim bezpieczni. Nawet w bardzo ciężkich warunkach to wiadomo było, że Leszek jest z nami, że Leszek coś na pewno zrobi, że jakoś wyjdziemy z takich czy innych opresji.
Właśnie [wtedy] dowiedzieliśmy się, że całe nasze dowództwo (Leszek Tyszkiewicz miał pseudonim „Góral”, jego zastępca, jeszcze dwadzieścia osób osłony) zostało z rannymi, żeby po prostu wynegocjować u Niemców jakieś warunki ulokowania ich, jakiejś ewakuacji rannych, zabezpieczenia im w ogóle jakiegoś bytu, dalszego leczenia.
Z nami mieli pójść tylko najlżej ranni, to znaczy ci, którzy mogli iść sami. Pamiętam szwoleżera, który miał przestrzeloną stopę. Zresztą sam ją sobie przestrzelił, bo pokazywał, jak się obchodzić z bronią jakimś młodym ludziom. To była pierwsza zasada, że trzeba zawsze trzymać pistolet w dół. Nie sprawdził, czy ta jedna kula była w lufie. Kula była w lufie, pociągnął za cyngiel, sam sobie przestrzelił stopę. Właściwie całe Powstanie przeskakał na jednej nodze. Później też przeszedł kanałami, skacząc całą drogę.
Weszliśmy do kanałów z 26 na 27 września. Zaczęło się gdzieś około godziny ósmej. Pamiętam, że o dziewiątej wchodziłam.

  • Rano?

Wieczorem. Wchodziliśmy do kanału na Belgijskiej przy Puławskiej, właz jest [tam] do dziś.
Łańcuch był tak formowany, że: żołnierz, sanitariuszka, żołnierz, sanitariuszka. Nas było tylko dwadzieścia [dwie], kolegów było powyżej setki. Jak doszłam [do włazu], przyszła kolej na mnie, to nie wiedziałam, jak wejść. To wszystko było w takim pośpiechu, nikt nam nie powiedział, że są klamry, po których trzeba schodzić. Jakoś tak się trzymałam, ktoś mnie trzymał i nie mogłam namacać nogą klamer. Kolega mówi: „Schodź, pośpiesz się”. Mówię: „Nie mogę, nie wiem jak”. On mówi: „To skacz”. Jedną nogę miałam na dole, drugą jeszcze na [górze]. Jedną nogą macałam, czy po czymś mogę zejść – [i] szpagatem zjechałam po ocembrowaniu na dół. Jeszcze, zdaje się, spadłam na plecy jakiemuś koledze, który był przede mną.
Rozpoczął się makabryczny marsz, który trwał czternaście godzin. Najpierw wchodziło się, jakoś mieliśmy po kostki tej mazi. Był odcinek, kiedy kanał był sklepiony tak ostro, że trzeba było chodzić [bokami]. Potem był odcinek, kiedy mogłam iść wyprostowana, jestem przecież bardzo wysoka. Potem przyszedł kanał, którym trzeba było iść schylonym. Trzeba było trzymać się za pasek kogoś, kto był przede mną, za mną też ktoś trzymał mnie za pasek. Ciemności były absolutne, nawet trudno było się poruszać. [Nawet] jak oczy się przyzwyczaiły, to właściwie nic nie było widać, w [około] była kompletna czerń.
Marsz nasz trwał i trwał. Szło się właściwie różnie. Kanały miały różną wysokość, różną szerokość, różne dno. Trzeba było chodzić schylonym jakoś tak, że nie można było oddychać. Zresztą potworny smród, który się rozchodził. Do tego można było po jakimś czasie się przyzwyczaić.
Potem doszliśmy do burzowca. Był bardzo wysoki, można było iść wyprostowanym, ale to wszystko mnie na przykład sięgało do piersi, ale znowu niskie osoby, trzeba było im jakoś pomóc, żeby się utrzymały na powierzchni. Cisza musiała panować.
Myśmy mieli o tyle szczęście, że wchodziliśmy jako pierwsi. Znaczy przed nami też już były grupy, które szły, ale nie było ludności cywilnej. Była dyscyplina, jakaś organizacja. Nie było chaosu, nie było żadnej paniki, tylko szliśmy. Mówiono nam szeptem, szły jakieś [przewodniczki], że trzeba było się zatrzymać, bo włazy były otwarte. Niemcy wrzucali gazy łzawiące i wrzucali granaty. Jak łańcuch ewakuacyjny zbliżał się do włazu, to trzeba było przeskakiwać po cichu na drugą stronę. To znaczy jak był [otwarty] wyłaz, to trzeba było jakoś przeskoczyć przez jasną plamę, możliwie po cichu, żeby Niemcy nie usłyszeli. Oni momentalnie albo strzelali, albo wrzucali granaty. Przede wszystkim wrzucali gaz łzawiący, który był makabryczny. Gaz łzawiący był straszny. Nie wiadomo było co to, po prostu łzy leciały z oczu, oczy piekły. Człowiek chciał jakoś [przetrzeć oczy], ale taka informacja szła od czoła naszego pochodu, żeby broń Boże nie dotykać oczu, bo gaz nie jest trujący, tylko że po prostu każde przetarcie oczu grozi tym, że się ślepnie. Przynajmniej ślepnie się na jakiś [czas]. Ale to było trudne do wytrzymania. Zaduch, łzy, zamroczenie. To były makabryczne [chwile]. Często pod włazami bardzo długo się czekało. Godzinę, chyba więcej, nie miałyśmy zegarków. To wszystko tak trwało, że właściwie człowiekowi się zdawało, że to jest wieczność, kiedy stoi po ciemku, nie wiadomo, co będzie, gdzie będzie szedł, czy będzie szedł dalej, co się będzie działo. Dotarliśmy do miejsca, gdzie kończył się „nasz” kanał i tutaj [biegł] kanał na wyższym poziomie. To było kilka metrów różnicy. Była drabina, po której trzeba było wejść na [ten] wyższy poziom. Jacyś tacy wymizerowani ludzie stali przy tej drabinie. Zapamiętałam jednego o wybitnie semickim wyglądzie. Trzymał drabinę, po której można było wejść i przejść na wyższy poziom. Okazało się, potem się dowiedzieliśmy, że to było gdzieś w okolicach Górnośląskiej. Kanał pod Górnośląską oczywiście idzie w górę. Górnośląska idzie w górę, kanał też szedł w górę, miał chyba sześćdziesiąt centymetrów wysokości, można było tylko się czołgać. Leciała woda z góry. Na szczęście była to woda możliwie czysta. To nie były jakieś nieczystości, ale przeźroczysta woda. Ale to dno całe było oślizgłe, nie można było niczego się uczepić. Po prostu człowiek czołgał się na brzuchu, zjeżdżał na dół, albo ktoś, kto szedł przed nim, też zjeżdżał i spychał go na dół, albo samemu się spychało kogoś, kto szedł [z tyłu]. Właściwie pokonywało się ten odcinek kilka razy, żeby w ogóle wyjść z tej pochyłości.
Ostatni odcinek już był pod Alejami Ujazdowskimi, to znaczy jak Górnośląska przechodzi w Piękną, [a] później w Aleje Ujazdowskie. Potem [pod Alejami Ujazdowskimi], od Pięknej [do] Wilczej, [gdzie] był wyłaz. [Dotarłam tam] około jedenastej przed południem.
[Ale jak doszłam pod Górnośląską] na górę, to w pewnym momencie byłam [w tym kanale] sama. Nie było nikogo przede mną, a z tej pochyłości ciągle jeszcze ludzie się osuwali, ciągle jeszcze za mną nikogo nie było. Miałam do pokonania odcinek do Wilczej. Ktoś od strony Wilczej krzyczał: „Wyłaz! Wyłaz!”, że to już jest koniec. Nie wiem, ile jest metrów pomiędzy Wilczą a Piękną, to będzie pewnie z dwieście metrów, może więcej, może troszkę mniej. Kanał miał wysokość metra sześćdziesięciu, [może] metra pięćdziesięciu, [ja mierzyłam] wtedy metr siedemdziesiąt cztery. Cały odcinek szłam [więc] tak zwanym kaczym chodem, w przysiadzie. To już był ostatni moment, ostatni odcinek, który trzeba było pokonać. Już była nadzieja, już było jasno, już jakoś dochodziło światło, już widziałam drogę przed sobą do tego wyłazu. Jakoś przeszłam już do wyłazu resztką sił.
Pierwsza rzecz, [którą zobaczyłam, to były klamry], że można wejść po [tych] klamrach. Byli [na górze] ludzie, byli też pewnie żołnierze. Nie pamiętam twarzy, nie pamiętam nikogo. Wiem, że jakieś ręce pomogły mi wydostać się z tego wszystkiego. Pierwsza rzecz, o której marzyłam, [to] żeby się wyprostować, żeby wyprostować plecy. Jak wyszłam [i] zaczęłam się prostować, to od razu ktoś mi podciął nogi. Padłam na twarz; od strony Belwederu był znowu ostrzał, była [niewysoka] barykada, trzeba było [pod nią] przejść na drugą stronę, w Aleje Ujazdowskie. Stoją te bardzo piękne domy do dziś, bo chyba nie były zniszczone.
To był ostatni akord naszej czternastogodzinnej gehenny. Ktoś mnie zaprowadził do którejś z tych kamienic, chyba to był numer 22.





Warszawa, 8 maja 2009 roku
Rozmowę prowadził Mariusz Kudła

Kontynuacja rozmowy przeprowadzona przez Grzegorza Komosińskiego 9 marca 2010 roku


Pierwsza część rozmowy ze mną zakończyła się wyjściem z kanałów przy w Alejach Ujazdowskich, przy Wilczej. Skierowano nas do jednego z mieszkań. To było puste, bardzo piękne mieszkanie. Pokój był całkowicie pusty, był cudowny piec, piękne rzeźbione drzwi. Zapamiętałam to wszystko tak jak przez mgłę, ponieważ kiedy dotarłam tam, usiadłam na podłodze (zresztą bardzo pięknej podłodze) i w tym samym miejscu przebyłam, można powiedzieć prawie trzy dni, pamiętam to jak przez mgłę. Po wyjściu z kanałów byłam przede wszystkim nieprawdopodobnie brudna. Wszystko co miałam na sobie, cuchnęło. Po czternastu godzinach marszu właściwie nastąpił jakiś taki moment zamroczenia, wielu rzeczy z tych trzech dni nie pamiętam. Pamiętam, że na przykład ktoś przyszedł do mnie z jedzeniem, postawił „blaszankę” na podłodze, namawiał mnie, żebym zjadła. Sięgnęłam po tę „blaszankę”, to była ta tak zwana kasza „pluj”, rozgotowana pszenica z łuskami, bez soli oczywiście, polana jakimś sokiem malinowym. Pamiętam to do dziś, to było nieprawdopodobne zupełnie w smaku, trudne do przełknięcia, bo pełno było łusek, które wbijały się w podniebienie. Odsunęłam to od siebie, nie mogłam tego przełknąć. Praktycznie przez trzy dni jakoś tak przeleżałam w tym samym miejscu, w tym samym pokoju.
Pamiętam, że różne rzeczy się odbywały w tym czasie, że ktoś wchodził, wychodził. Weszła na przykład nasza koleżanka Maryla Roszkowska z zapuchniętymi straszliwie oczyma, bo jak w kanale wrzucano gaz łzawiący i mimo że uprzedzano nas, żeby nie trzeć oczu, niektórzy nie mogli znieść tego bólu oczu po prostu, [więc] tarli oczy brudnymi rękoma. Wywiązywało się jakieś straszliwe zapalenie spojówek, choroba oczu. Właśnie zapamiętałam Marylę, która przechodziła przez pokój. [W pokoju] był przepiękny piec, w którym palił się ogień, usiadła przy tym piecu, powiedziała, że umarła w kanale Hala, jej młodsza siostra, że ona jeszcze weszła do kanału, żeby jej szukać, nie mogła jej odnaleźć. Wyszła z tymi straszliwie chorymi oczyma. Druga taka Danusia Sulistrowska chodziła po pokoju jak błędna, też z zapuchniętymi oczyma. Przychodził do mnie mój brat i też usiłował mnie namówić, żebym coś zjadła. Później zjawiła się Hanka, jedna z naszych dziewcząt, straszliwie zresztą doświadczona, straciła w pierwszym dniu Powstania narzeczonego, zginął dosłownie w pierwszych pięciu minutach akcji. Ponieważ jej dom ocalał na ulicy Piusa (teraz jest to ulica Piękna), przyniosła nam rzeczy na zmianę, żebyśmy mogły jakoś się przebrać po okropnej wędrówce kanałami. Spotkał ją drugi straszliwy cios, ponieważ dowiedziała się od matki, że siostra jej zginęła na Starym Mieście, spaliła się żywcem w szpitalu powstańczym na Długiej, wynosząc rannych. Tak że przez ten pokój przechodziły różne nieszczęścia, różne informacje: że zastrzelił się w kanale brat jednej z koleżanek, prawdopodobnie miał klaustrofobię, nie mógł znieść tego wielogodzinnego pobytu w tym zamknięciu; że zaginął nasz doktor „Janek”. Tak że trzy dni były pełne straszliwych wiadomości, tych nieszczęść, tych tragedii.
Wreszcie ostatniego dnia, to była sobota rano, przyszła wiadomość (to już był 30 września), że zostaliśmy zdemobilizowani, że każdy z nas jeżeli ma gdzieś w pobliżu rodzinę czy może dotrzeć do domu, to może wracać do domu. Po prostu jesteśmy zdemobilizowani, możemy sami decydować o sobie. Do mnie przyszedł brat i mówi, że ponieważ ojciec poszukiwał mnie i brata (ojciec i brat mieli [na] imię Hieronim, bardzo rzadkie imię), brat, będąc jeszcze na Czerniakowie, przeczytał wiadomość w „Biuletynie Informacyjnym” (znaczy takie ogłoszenie) że: „Hieronima i Wandę z Bielan, poszukuje ojciec, Widok 3”. To wiadomo było, że to ojciec nas szukał i Widok 3 to był adres przyjaciela mojego ojca, rodziny zaprzyjaźnionej z nami. Ojciec widocznie nie mógł dotrzeć (co się zresztą potem okazało prawdą) z Pragi, gdzie pracował, na Bielany, gdzie mieszkaliśmy, znalazł schronienie u naszej zaprzyjaźnionej rodziny. Brat pociągnął mnie za sobą, mówi: „Słuchaj, dostałem z naszego oddziału kartkę do Komendy Miasta – która się mieściła przy ulicy Wilczej – że oddział prosi, żeby nam wydano przepustkę na drugą stronę Alej Ujazdowskich”. Ponieważ przejście ze strony południowej na stronę północną było tylko jedno, gdzieś mniej więcej chyba w miejscu, gdzie teraz jest Krucza, był duży przekop i tylko tym jednym przekopem można było przechodzić z południowej części Śródmieścia na północną część Śródmieścia. Oczywiście chętnych do tego przejścia było wielu, tylko można było przechodzić, mając przepustkę. Poszliśmy oboje, brat szedł jakoś przodem, wlokłam się za nim, bo byłam w bardzo nędznej kondycji, bardzo byłam słaba, nie byłam w dobrej formie. Doszliśmy do ulicy Wilczej. Zapamiętałam tylko ogromną, bardzo dużą klatkę schodową, z półokrągłym wejściem, z metalową poręczą i tak szliśmy. Trzymałam się poręczy, brat szedł przede mną. W pewnym momencie słyszymy, że idzie naprzeciwko nas jakaś grupa osób wojskowych, jeden z nich zatrzymał się i krzyknął: „Wanda, Hirek! Skąd wyście się tutaj wzięli!?”. Okazało się, że to był syn przyjaciół naszych [rodziców], u których był ojciec, był też w Powstaniu. Brat mój odpowiedział, że właśnie idziemy po przepustkę, ponieważ wiemy z ogłoszenia, że ojciec nas poszukuje, że jest na ulicy Widok u jego rodziców, ale na tym przejściu jest taki bardzo surowy porucznik, który absolutnie nikogo nie przepuszcza bez przepustki, że musimy mieć tę przepustkę. Na co on się głośno roześmiał, mówi: „Słuchajcie, nie potrzebujecie przepustki, bo tym porucznikiem to jestem ja”. Tak nas już zabrał od razu z tych schodów i przeprowadził na drugą stronę Alej Ujazdowskich, na ulicę Widok 3 i odnaleźliśmy ojca. Oczywiście traf chciał, że był 30 września, imieniny mojego ojca i imieniny mojego brata. Ojciec powiedział wtedy do nas, że to jest najpiękniejszy prezent, jaki dostał w życiu, że myśmy oboje żywi z Powstania do niego dotarli. Na ulicy Widok w piwnicy, w której znalazła schronienie nasza zaprzyjaźniona rodzina, byliśmy jeszcze tylko dwa dni, 1 i 2 października.
3 października wszyscy wyszliśmy z Warszawy. Nie umiem dzisiaj powiedzieć, jak myśmy wychodzili z Warszawy, czy jechaliśmy pociągiem, czy szliśmy piechotą, jak to się wszystko odbywało. Pamiętam tylko, że szliśmy na pewno do placu Politechniki, pamiętam plac Politechniki, później jeszcze jakiś [kawał] drogi. Co dalej się działo – mam jakąś lukę w pamięci. Natomiast zapamiętałam już moment, kiedy znaleźliśmy się w obozie w Pruszkowie, gdzie następnego dnia (to był chyba 4 października) oddzielono wszystkich młodych od osób starszych. Brata, mnie i żonę porucznika, który nas przeprowadził przez Aleje Jerozolimskie, Zosię, która była rok starsza ode mnie, Niemcy zabrali do innej hali i czekaliśmy jeszcze dwadzieścia cztery godziny na wyjazd na roboty do Niemiec.
Podróż – pamiętam, że jechaliśmy przez Poznań. Pociąg – oczywiście to był pociąg składający się wyłącznie z wagonów towarowych, bydlęcych, znowu w takich samych warunkach, jak kiedyś jechaliśmy w bydlęcych wagonach przez Poznań. Na stacji w Poznaniu, którą bardzo dobrze znaliśmy (bo przecież dojeżdżaliśmy do szkoły, była nam ta stacja bardzo dobrze znana, ale była całkowicie obca), słychać było wyłącznie język niemiecki. Przez szpary w wagonach i malutkie okienko, widzieliśmy tylko perony pełne Niemców, pełne mundurów niemieckich.
Następnego dnia (to już był 5 października) dotarliśmy do stacji Lamsdorf na Śląsku Opolskim (obecnie Łambinowice). W Łambinowicach, które zresztą mają bardzo, bardzo złą sławę, bo były tam różne obozy. Najpierw były obozy niemieckie, później były obozy, zdaje się, sowieckie, później był polski obóz dla Niemców, którzy wyjeżdżali, których wysiedlano do Niemiec. Ta miejscowość ówcześnie nazywała się Lamsdorf. Myśmy mieli trochę szczęścia, bo od razu z wagonów popędzono nas do ogromnych namiotów, nie były [to] baraki, były właśnie jakieś ogromne namioty, [które] sprawiały wrażenie białych, może one były jasnoszare. Po wejściu do namiotów, po prostu wierzyć się nie chciało, bo były wypełnione cudownym, świeżo zwiezionym sianem. To siano cudownie pachniało, a myśmy wszyscy byli przecież w potworny sposób brudni. Byliśmy jeszcze niedomyci po kanałach, w jakichś szczątkach brudnej odzieży po dwudziestoczterogodzinnej podróży bydlęcymi wagonami. To wejście do czystego, pachnącego siana to było dosłownie jak wejście do raju. Tylko zapamiętałam, że ktoś, kto spał w moim sąsiedztwie, mówi: „Słuchajcie, pewnie na Śląsku Opolskim jest jeszcze dużo Polaków, być może to ci Polacy wiedzieli, że przywiozą ludzi z Polski, z Powstania, może to oni dla nas przygotowali właśnie to świeże siano”. To czyste siano to było jedyne zaskoczenie, nieoczekiwane i szalenie wzruszające.
Następnego dnia zabrano nas do łaźni, rzekomo do odwszania. Przez cały okres Powstania (pomimo że nie było wody, że były warunki bardzo ciężkie, że spałyśmy też w różnych miejscach przypadkowych, na podłogach, na jakichś łóżkach niezaścielonych, po prostu w bardzo prymitywnych warunkach) żadna z nas nie miała robactwa. Miałyśmy wszystkie długie włosy, ale jakoś wymagano od nas schludności. W naszym oddziale przywiązywano do tego dużą wagę. Byłyśmy jednak przy chorych, przy rannych, musiałyśmy dbać o siebie, żadna z nas nie miała wszy, żadnego robactwa.

  • Jak dbałyście o siebie, przecież w czasie Powstania o wodę było bardzo ciężko?

Było bardzo ciężko. Miejsce postoju naszego oddziału było na ulicy Belgijskiej, była jedna jedyna studnia, która była wprawdzie pod ostrzałem, ale z tej studni po prostu chłopcy przynosili wodę, jednak starczało na tyle, żeby o siebie dbać, żeby się nie zapuścić w jakimś brudzie. Każda z nas co mogła, to robiła, żeby jednak być czystą. Trzeba było być czystym też przy rannych naszych.
Łaźnia to był jeden z momentów strasznego poniżenia, ponieważ musiałyśmy zdjąć z siebie wszystko. Wszystko trzeba było oddać do odwszenia. Każda z dziewcząt, z młodych kobiet [musiała] przedefilować przed rzędem Niemców w mundurach w stroju Ewy. To było po prostu wrażenie, sytuacja, z którą trudno się było pogodzić, tym bardziej że oni robili jakieś uwagi, pokazywali sobie nas palcami. To był moment naprawdę straszliwie poniżający. Właściwie jeszcze przed dojściem do pryszniców stała ogromna miska z jakąś cuchnącą cieczą. Przy misce stał umundurowany Niemiec (prawdopodobnie jakiś esesman). Każda dziewczyna, każda kobieta musiała zanurzyć w misce włosy i skórę głowy, dopiero potem weszłyśmy pod prysznice. Nie pamiętam już, w jaki sposób odebrałyśmy nasze odzienie, zresztą miałam na sobie spodnie, bo przecież wszystkie rzeczy, które miałam z Powstania, były nie do użytku, znaczy po kanale tylko buty miałam. Ojciec wymył mi buty porządnie, ale tego odoru nie można było z tych butów usunąć. Poza tym dostałam spodnie od naszej Hanki (która przyniosła jeszcze na Wilczą trochę rzeczy), miałam sweterek z krótkim rękawem, pelerynę od deszczu, to pamiętam, że to był cały mój strój. Szczęśliwie dobiegła końca dezynfekcja, kąpiel, odwszenie naszej odzieży. Jeszcze przenocowaliśmy raz w namiotach z sianem, to siano już oczywiście nie było takie świeże i pachnące jak pierwszej nocy.
Następnego dnia rano znowu nas załadowano do wagonów, tak samo brudnych jak poprzednio. Tym razem powieziono nas na północ na Pomorze. Wyładowano nas na stacji – Stargard in Pommern nazywała się ta stacja, w tej chwili to jest Stargard Szczeciński. Po kilku dniach różnych prac, wystawiano nas na targ niewolników. Przychodzili głównie chłopi, gospodarze Niemcy, starzy przeważnie, bo przecież młodych nie było, młodzi byli na froncie, kobiety [były potrzebne] do różnych prac polowych – była pierwsza połowa października. Naszą grupę, to znaczy mojego brata, Zosię, żonę tego porucznika, o którym opowiadałam, mnie, jeszcze jedną młodą dziewczynę kiedyś zabrała Niemka do wyrywania buraków. Wyrywałyśmy buraki cukrowe przez cały dzień. Następnego dnia grabiłyśmy liście w parku w Stargardzie, potem już rozesłano nas do różnych stałych prac. Zosia i druga młoda dziewczyna zostały zakwalifikowane do jakiegoś transportu do Wiednia. Stamtąd był znowu nowy transport do Wiednia. Mój brat został skierowany do Szczecina, zostałam w Stargardzie, dostałam pracę w hotelu, w kuchni restauracji hotelowej do różnych najcięższych prac.
Pracowałam, hotel nazywał się „Kaiserhof”, mieścił się przy Bahnhofstrasse 5, to była ulica Dworcowa, która nie pokrywa się z obecną ulicą Dworcową, ulica Dworcowa obecna jest gdzie indziej. Mój pobyt w Stargardzie trwał prawie do ostatniej dekady lutego. Pracowałam bardzo ciężko, wstawałam rano o wpół do szóstej. Od szóstej musiałam karmić króliki, które były hodowane ze względu na mięso (uzupełniały jadłospis restauracji), potem płukałam kartofle. To był taki okres, kiedy już pod sam koniec wojny nie wolno było obierać ziemniaków, nawet w hotelach, w restauracjach wszędzie, tylko wolno było gotować ziemniaki w łupinach, podawano je też jako ziemniaki w mundurkach. Musiałam kilkadziesiąt kilogramów ziemniaków w ogromnych beczkach płukać codziennie, potem były gotowane. W porze obiadowej obierałam wszystkie jarzyny, jakąś marchew, brukiew, głównie kapustę, buraki. Od jakieś godziny dziesiątej, wpół do jedenastej zaczynało się zmywanie naczyń w kuchni hotelowej. Na zmywaniu naczyń schodził mi czas do wpół do jedenastej wieczorem. Czasami jak było mniej gości, to miałam popołudniu jakąś godzinę, żeby móc odpocząć trochę, mogłam pójść, bo miałam pokoik w oficynie. Ale były całe tygodnie, kiedy nie miałam w ogóle żadnej przerwy w ciągu dnia. Miałam jeden dzień wolny. Restauracja miała tak zwany Ruhetag, czyli zamknięta była we wtorki, to był jeden wolny dzień w tygodniu. Ale codziennie moja praca trwała od szóstej rano do mniej więcej wpół do jedenastej wieczorem.

  • A co jedliście?

Było mi strasznie ciężko, [najcięższa była] nie sama praca… Oczywiście nie miałam wprawy, nigdy nie pracowałam [w taki sposób]. Oczywiście w domu robiłam różne rzeczy, ale nie w takim zmasowaniu. Jeszcze w ciągu przedpołudnia, rano przed płukaniem kartofli, a po królikach to jeszcze musiałam czyścić ubikacje, które były przy restauracji hotelowej. Już nawet nie ta sama praca, która była strasznie ciężka dla mnie, ale po prostu byłam sama wśród Niemców. W kuchni hotelowej była tylko jeszcze Niemka, kucharka (zresztą młoda kobieta, dwudziestoparoletnia), była jej pomocnica (prymitywna dziewczyna, bardzo wulgarna, nieprzyjemna) i była Belgijka, której mąż przyjechał dobrowolnie do Niemiec (zgłosił się do pracy w organizacji Todta, była taka organizacja). Belgijka też nie była przyjemna, ale ona była pokojówką, prasowała, sprzątała [pokoje hotelowe]. Właśnie w tym otoczeniu spędzałam całe dnie i tygodnie.
Raczej nie byłam głodna, bo zawsze były jakieś gotowane ziemniaki, które można było obrać z łupinek i zjeść. We wtorki jeździłam do brata do Szczecina. Przez cały tydzień, codziennie podkradałam po [jednym], po dwa ugotowane ziemniaki w łupinkach i zanosiłam do siebie do pokoju, chowałam je. Zbierałam ziemniaki, żeby zawieźć bratu [we] wtorek do Szczecina. Jedyną rzecz, którą można było dostać wtedy bez kartek, była maślanka i budynie. Zarabiałam dwadzieścia marek miesięcznie, kupowałam maślankę i budynie, podkradałam ziemniaki i z tym jechałam do brata, który pracował w firmie, która trudniła się zbieraniem złomu w Szczecinie. Złom stamtąd transportowano do hut. [Brat] miał szesnaście lat, oczywiście był nieustająco głodny. Jak przyjeżdżałam do niego… Mieszkał w barakach, w tych barakach był jeden pokoik, w którym mieszkało polskie małżeństwo z malutkim dzieckiem, u nich zwykle nocowałam. [W baraku] był piecyk, tak zwana koza i [na nim] gotowałam budyń na maślance, oczywiście bez cukru, bez tłuszczu, przypiekało się ziemniaki – to była ta uczta wtorkowa dla mojego brata i dla tego małżeństwa, u których [mieszkałam]. To była taka moja jedyna rozrywka, jedyny dzień, kiedy byłam wśród swoich, a tak to przecież byłam zupełnie sama.
Co mnie najbardziej doskwierało, co było najtrudniejsze do zniesienia – to była tęsknota za domem. Nie wyobrażałam sobie, że można w tak straszny sposób tęsknić za domem. Później już, jak opowiadałam o moim pobycie w Stargardzie, to często się śmiałam, że właściwie część tych naczyń, które zmywałam, to zmywałam we własnych łzach. Rzeczywiście łzy mi płynęły, płakałam. Myłam naczynia i płakałam, to było najcięższe – samotność wśród Niemców. Nie miałam co na siebie włożyć. Wchodząc do kanału, zjechałam po cembrowinie szpagatem, nie mogłam wymacać klamer, po prostu zjechałam szpagatem, na obu łydkach. Głębokie szramy mi się porobiły [zdarłam skórę] aż do krwi. Potem przez cały okres w Niemczech robiły mi się straszliwe czyraki na poranionych nogach. Nie mogłam sobie z tym poradzić, bolało mnie to oczywiście. Nie mogłam dostać żadnych bandaży. Wtedy nie można było w aptekach nic kupić, wszystko było reglamentowane. Jak dobrnęłam do jakichś szmatek, to starałam się po prostu jakoś zawiązywać nogi. Ponieważ nie miałam na sobie nic ciepłego, a zima szła, musiałam pracować, wobec czego napisałam do mojej ciotki do Poznania, że właśnie jestem w takiej sytuacji, czy ona by mi po prostu nie przysłała czegoś, gdzieś [by] nie znalazła dla mnie czegoś ciepłego. Odpisała mi, że mam podać nazwisko mojej chlebodawczyni (nazywała się Frau Mercy) napisze do niej list i poprosi, żeby zezwoliła mi na przyjazd do Poznania, że mi po prostu zbierze jakieś rzeczy wśród znajomych i sama mi trochę swoich rzeczy odstąpi, żebym w ogóle jakoś przeżyła zimę, bo przecież w sweterku z krótkim rękawem i w pelerynie od deszczu nie przeżyję całej zimy.
  • Nie dali wam żadnych ubrań?

Ale skąd!

  • Nic? To co się miało.

Skąd? To tylko w tym, co żeśmy wyszli.

  • A jak z jedzeniem było?

W hotelu? Normalnie miałam jedzenie, bo jedzenie to, jak mówię, były głównie warzywa, brukiew, marchew gotowana. Mięso było bardzo rzadko, króliki były, chleb był z jakąś marmoladą. Jedzenie było marne, ale było. Zawsze przy kuchni to nie było tak źle. Z jedzeniem nie było tak źle, natomiast z ubraniem było dramatycznie.

  • Pani wyjeżdżała we wtorek. Co powodowało, że wracała pani jednak do tego hotelu, nie było myśli, żeby uciec stamtąd?

Do Szczecina? Cóż bym tam robiła, przecież musiałam mieć przede wszystkim kartki żywnościowe, a kartki żywnościowe miała moja chlebodawczyni, bo jak ona mnie zatrudniła, to dostała na mnie kartki.

  • Ale to była jednak niewola?

Tak, ale dokąd mogłam uciec wśród Niemców?

  • Do Warszawy?

To było zupełnie nierealne. Jak mogłam stamtąd uciec? Przede wszystkim musiałam nosić literę „P”, miałam przyszytą, wszędzie wszyscy wiedzieli, że jestem Polką. Jak mogłam chodzić normalnie? Przecież nie mogłam w ogóle się ruszyć. Do Szczecina to mogłam zaryzykować pojechać bez przepustki, ale nie mogłam wsiąść do żadnego pociągu, żeby w ogóle gdzieś dalej jechać. Jak by mnie złapali, to poszłabym do obozu koncentracyjnego.

  • Czyli do Szczecina też było ryzyko?

Do Szczecina też było ryzyko, ale mnie już było wszystko jedno, dlatego że jak chciałam się zobaczyć z bratem… To było krótko, jechało się około czterdziestu minut, zawsze był straszny tłok, jakoś przejeżdżałam. Po południu jechałam, nocowałam w pokoiku u tego małżeństwa i rano o czwartej wstawałam. Brat mnie odprowadzał na dworzec na piątą. O piątej wsiadałam w pociąg, o szóstej byłam w Stargardzie, ale to była krótka trasa. Przecież nie mogłam się nigdzie ruszyć. Moja ciotka, która zresztą bardzo dobrze pisała po niemiecku, napisała list do mojej chlebodawczyni, żeby ona pozwoliła mi przyjechać do Poznania na kilka dni, że ciotka ręczy, że wrócę z powrotem do pracy, ale że dla tej samej pracy muszę być po prostu ubrana, żeby mieć coś ciepłego na sobie. Pamiętam, że ta Niemka wezwała mnie do siebie, że dostała list od mojej ciotki. Nie mogła sobie wszystkiego, zdaje się, razem jakoś poskładać, bo wiedziała, że jestem Polką. Przecież wiedziała, że jestem Untermensch, że jestem podczłowiekiem, a nie normalnym człowiekiem, ale jednak byłam dobrze wychowana, byłam jakoś jednak inteligentną dziewczyną, widać to chyba było. Ciotka napisała do niej list elegancką niemczyzną, pięknym charakterem pisma i ona nie bardzo się mogła zorientować, że jakiś przyjechał Untermensch, ale co to wszystko razem jest? Powiedziała, że to jest racja, że rzeczywiście nie będę mogła pracować w zimie w tym, co mam na sobie, że owszem, zgadza się, żebym pojechała do Poznania, ale że muszę mieć zezwolenie z policji. Poszłam na policję, ona mi dała takie zaświadczenie, że wyraża zgodę na mój wyjazd. Na policji pamiętam, był Niemiec, siedział, jeden rękaw w mundurze, jeden rękaw kurtki mundurowej był pusty, był widocznie inwalidą wojennym. Pomyślałam, że może będzie jakiś życzliwy, ale popatrzył na mnie i pytał się, po chcę jechać? Mówię, że muszę pracować, przywieziono mnie z Warszawy, która jest zniszczona, nic więcej nie mam na sobie prócz tego, co mam. Powiedział mi, że właściwie do pracy i do spania to mi nic więcej nie potrzeba. Stałam przy jego biurku, siedział, patrzył na mnie, ja na niego. Nie wiedziałam, czy mam odejść, czy pojadę, czy nie pojadę. Po chwili wstał i wyszedł. Wrócił za chwilę, jakiś papier miał przed sobą, podstemplował i dał mi to zezwolenie. Pojechałam do Poznania.
Właściwie po powrocie z Poznania było mi jeszcze gorzej niż przed tym. Byłam u ciotki przez cztery dni, bo jeden dzień jechałam, drugi dzień wracałam, w sumie byłam jakieś trzy dni z kawałkiem. Moje koleżanki szkolne się od razu wywiedziały, że jestem i znajomi i jakoś mnie tak niesłychanie serdecznie przyjmowano. Musiałam wszystkim o Powstaniu opowiadać, wszyscy byli tacy strasznie zmaltretowani ci ludzie w Poznaniu. To było takie absolutne już niewolnictwo, już byli wszyscy wynędzniali, tacy zrezygnowani. Ciężko było patrzeć na to wszystko, na to miasto, które zupełnie nie przypominało mojego przedwojennego Poznania, w którym się urodziłam, wychowałam, chodziłam do szkoły. Wyłącznie słychać było w mieście na ulicach niemiecki, nikt nie mówił po polsku. Dowiedziałam się, że kilka dni wcześniej jakąś grupę osób, które rozmawiały po polsku, policja pobiła do krwi. Ciężki był pobyt [u ciotki], ciężkie było rozstanie, ale nie mogłam narażać ciotki, bo przecież ona podała swój adres, imię i nazwisko. Gdybym nie wróciła, to ponosiłaby konsekwencje. Wróciłam z powrotem.
Pracowałam w tych warunkach mniej więcej gdzieś do drugiej połowy lutego. Już po 17 stycznia, w połowie stycznia, ruszyła wielka ofensywa radziecka, wtedy zaczęły się ucieczki Niemców. Pamiętam, któregoś dnia posłano mnie po zakupy, zobaczyłam (właśnie ta ulica Bahnhofstrasse, ulica Dworcowa, to było tuż przy dworcu) cała okolica dworca była już pełna uciekinierów rodzin niemieckich, głównie kobiet z dziećmi z Pomorza, z okolic Gdańska, z Prus Wschodnich. Pociągi przychodziły, ludzie wyładowywali się z tych pociągów z tymi dziećmi, bagażami, lamenty, płacze, wszystko. Muszę powiedzieć, że patrzyłam na to z jakąś obojętnością, nie mogłam się zdobyć na jakiekolwiek współczucie dla tych ludzi. Pomimo że widziałam też, [że] siedzieli na ziemi, dzieci były małe i tak dalej, ale po prostu, jak pomyślałam o wszystkich rzeczach, które myśmy przeżyli od 1939 roku: całą poniewierkę, wysiedlenie z Poznania, później, jak Niemcy zachowywali się w stosunku do nas, Warszawę okupacyjną, Powstanie, kanały, to wszystko… po prostu stwierdziłam – teraz przyszła kolej na nich.
Jeszcze w ostatnim okresie, już na początku lutego nie przyjmowano żadnych gości cywilnych, normalnych, tylko zakwaterował się w hotelu sztab SS, który też widocznie uciekał gdzieś ze wschodnich terenów. Chyba gdzieś dziesięć dni, do dwóch tygodni sztab mieszkał w hotelu i byli podoficerowie, którzy przychodzili do kuchni i jedli w kuchni. Moje pomieszczenie, gdzie zmywałam naczynia, przylegało do kuchni (to było osobne pomieszczenie), ale to co się działo w kuchni, słyszałam. Jak stałam przy zmywaniu naczyń, to też kiedyś słyszałam rozmowę jakichś dwóch żołdaków, to byli zwykli żołnierze albo jacyś pewnie podoficerowie. Jeden z nich opowiadał, że był w Warszawie po Powstaniu Warszawskim, jak oni jeszcze plądrowali piwnice, jak jeszcze wyciągali z piwnic różne rzeczy, które ludzie pochowali przed tym wielkim exodusem ludności. Chełpił się, ile znaleziono różnych cennych rzeczy, srebra, jakąś porcelanę, dywany, ile Polacy mieli tego dobra wszelkiego, które oni jeszcze wyciągali. Ktoś zapytał – co oni z tym robili? Pamiętam, że wtedy kiedyś ktoś krzyknął, widocznie jakiś rozkaz otrzymali i już się nie dowiedziałam, co oni zrobili z tymi rzeczami, które znajdowali? Pewnie wysyłali do Niemiec albo sami zabierali dla siebie, albo jakieś zorganizowane transporty były tych rzeczy do Niemiec.
Mniej więcej koło 15 lutego moja chlebodawczyni któregoś dnia zeszła do kuchni, przyniosła moją kartę pracy (bo miałam Arbeitsbuch) moje kartki żywnościowe i jakieś marki, które jeszcze mi się należały (moja zapłata). Dała mi to wszystko i powiedziała, że ona wyjeżdża, cały hotel się likwiduje, że to jest dla mnie, moje rzeczy. Rzeczywiście, wszyscy się ewakuowali. Front utrzymywał się długi czas na linii, pamiętam, mówiono Arnswalde Pyritz, obecnie Arnswalde to jest Choszczno, a Pyritz to są Pyrzyce. Przez jakiś czas trwał front, to było na południe od Stargardu i front zaczął się posuwać w kierunku Stargardu. Wszyscy Niemcy ze Stargardu zaczęli uciekać. Rzeczywiście miasto pustoszało w błyskawicznym tempie. Jak Niemka wydała mi rzeczy, zostałam w hotelu zupełnie sama. Wszyscy znikli, ona wyjechała z mężem, wyjechały dziewczyny, które pracowały w kuchni, zostałam kompletnie absolutnie sama. Pamiętam, że gdzieś już słychać było jakiś ogień artyleryjski, armaty, strzały. Jeszcze w czasie kiedy pracowałam, w ogóle znienawidziłam to miasto i hotel, w ogóle to wszystko, cały Stargard. Kiedyś pomyślałam sobie – Boże, jak będzie front, to ja bym sobie jednego życzyła, pierwsza bomba, jak spadnie, żeby spadła na hotel.
Pamiętam, że wyszłam… Jeszcze przenocowałam w swoim pokoiku i zastanawiałam się, co mam ze sobą zrobić, samiutka jedna, żywego ducha nie ma. Wyszłam na ulicę i zmartwiałam, dlatego że wzdłuż ulicy były drzewa i latarnie. Na latarniach i drzewach wisieli wisielcy. To byli dezerterzy niemieccy. Z miejsca były sądy polowe, a i bez sądów polowych od razu ich [wieszano]. Jeżeli ktoś zdezerterował czy zachował się nie tak, jak powinien w tym momencie żołnierz, to go momentalnie wieszali. Zobaczyłam wiszące postacie w mundurach, bez naramienników. Wiem, że się cofnęłam do hotelu i pomyślałam sobie – Boże drogi, co ja tu zrobię w ogóle? Weszłam do wnętrza i w tej chwili na hotel wpadł jakiś pocisk. To nie była bomba, bo inaczej bym zginęła pod tą bombą razem z hotelem. Wiem, że szyby poszły (było duże pomieszczenie), odłamkiem szyby dostałam, zobaczyłam, że odłamek mnie jakoś zranił w skroń. Ale nie było to nic groźnego. Wzięłam swoje rzeczy i myślę sobie – przecież nie mogę tutaj być. Bezradnie stanęłam przed hotelem na ulicy. Wisielcy, pociski, które padały. W tym momencie pojawił się jakiś niemiecki ciężarowy samochód, jakiś żołnierz stanął przede mną, kierowca samochodu i mówi: „Szybko wsiadaj, bo koniec!”. Po prostu wsiadłam do samochodu. Samochód ruszył i wyjechaliśmy z tego miasta. On mnie się pyta, czy jestem z Prus Wschodnich, mówię, że jestem z Prus Wschodnich (bo mam taki akcent). Podobno mówiłam po niemiecku, jakbym była z Prus Wschodnich. Mówi, że miałam szczęście, bo on był [ostatnim] niemalże [Niemcem], który stamtąd uciekł, miasto już było zupełnie puste.
Pamiętam, że dojechaliśmy do malutkiego miasteczka, nazywało się Strasburg (które nie ma nic wspólnego ze Strasburgiem w Alzacji) malutkie miasteczko. On mnie wysadził i powiedział, że musi jechać dalej. W tym Strasburgu zapukałam do jakiegoś domu i zapytałam, czy mogę przenocować, powiedzieli, że mogę i przenocowałam w tym domu. Następnego dnia znów z jakąś grupą Niemców, którzy uciekali już ze Strasburga i z innych miejscowości dalej na Zachód, dotarłam do miejscowości Neubrandenburg, to jest w Meklemburgii.
Zastanawiałam się, co mam ze sobą zrobić, miałam jedynie kartki żywnościowe swoje i Arbeitsbuch, i dwadzieścia czy trzydzieści marek przy sobie, to było wszystko. Doszłam do wniosku, że pójdę do urzędu pracy, do Arbeitsamtu i powiem, w jakiej jestem sytuacji, i żeby mnie jakąś pracę gdzieś dali, bo coś muszę z sobą zrobić. Poszłam. Była jakaś Niemka, która powiedziała, że jest ogrodnictwo, gdzie pracuje już wiele Polek, ciągle potrzebują w ogrodnictwie jakichś ludzi do pracy, żebym się zgłosiła. Dali mi jakąś kartkę (pamiętam), zgłosiłam się do ogrodnictwa.
Była stara Niemka, która prowadziła zakład ogrodniczy, i rzeczywiście było kilka Polek, sympatycznych dziewcząt, które pracowały. Znalazłam się w towarzystwie rodaczek, ale Niemka (one zresztą stwierdziły, że to jest przyzwoita babka, że krzywdy im nie robiła) powiedziała, że owszem, ale ona w tej chwili nikogo do pracy nie potrzebuje, natomiast w miejscowości Podewall, piętnaście kilometrów odległej od Neubrandenburga jest jej synowa, która uciekła z Królewca, ma czworo dzieci i że przydałabym się jej do pomocy. Pojechałam do tej miejscowości i doczekałam końca wojny. Pracowałam, był taki majątek, [w którym] mieszkała uciekinierka z Królewca, miała czworo dzieci. Mąż był na froncie zachodnim, był oficerem, był architektem i nie miała o nim żadnej wiadomości od wielu miesięcy. Okazało się później, że on zginął, że już nie wrócił.

Koło miasta Neubrandenburg w odległości mniej więcej [pięciu] kilometrów był ogromny obóz jeniecki Stalag II-A. Przez Stalag II-A w ciągu całego okresu wojny przeszło około czterdziestu tysięcy jeńców różnych narodowości. Zaczęło się od Polaków, których po kampanii wrześniowej przywieziono, to byli pierwsi jeńcy, a potem już po kolei byli Holendrzy, zresztą był stalag dla wszystkich możliwych narodowości walczących z Niemcami, wszystkich żołnierzy. Był [też] oflag,czyli obóz oficerski dla Holendrów, był ogromny obóz jeńców radzieckich. Szpital był jeszcze oczywiście, bo przecież tyle tysięcy ludzi, to musiał być szpital. Wiedziałam o tym obozie, bo jak miałam jakiś wolny dzień, to przyjeżdżałam do Neubrandenburga na rowerze, odbierałam żywność na kartki, którą później zawoziłam do Niemki, dla niej i dla dzieci. W ogrodnictwie pracowali również okresowo jeńcy z obozu. Raz spotkałam lekarza – Polaka, utkwił mi w pamięci, bo był bardzo wysoki i miał przyjemną prezencję. To było takie jednorazowe tylko spotkanie. Raz tylko jeden spotkałam grupę jeńców z obozu, stalagu.
Czas płynął, minął marzec, już był kwiecień, wojna się kończyła, już z wszystkich stron nacierały armie alianckie. Czas przyszedł również na Neubrandenburg. Czas był bardzo ciężki, bo na przykład nie było [nawet] soli. Chleb wypiekano wyłącznie bez soli, całe pieczywo było wypiekane bez soli. Trudno sobie wyobrazić w tej chwili, jak smakuje chleb bez soli, to też było trudne do przełknięcia, trudne do zjedzenia. Pamiętam, że Rosjanie byli już bardzo blisko Neubrandenburga i moja Niemka (zresztą była sympatyczna, młoda osoba, nie miała jeszcze trzydziestu lat, miała czworo dzieci) prosiła, żebym wzięła rower i pojechała na rowerze do Neubrandenburga, żebym wykupiła wszystko, co się da na kartki, i przywiozła to do domu, żeby miała jakieś zapasy, bo nie wiadomo, co będzie, front się zbliża. To był 29 kwietnia.
Pojechałam przed południem, wszystkie kartki zrealizowałam, wykupiłam wszystkie produkty, [ale] już nie mogłam wrócić, już Rosjanie otoczyli miasto. To się błyskawicznie wszystko działo. Calusieńką noc z Polkami i z grupą Polaków (było bardzo wielu Polaków w tej miejscowości) przeleżeliśmy w lasku. Zimno było straszliwie. Znowu zostałam tylko w spodniach i w sweterku, w tym samym sweterku, w którym wyszłam z Warszawy, bo pojechałam na rowerze i znowu zostałam tylko tak, jak stałam. Leżeliśmy w lasku i przez lasek strzelali z jednej strony Niemcy, a z drugiej strony Rosjanie. Ponieważ mieściła się próbna wyrzutnia torped nad jeziorem Tollense, wypróbowywano torpedy w jakiś sposób i Rosjanie strzelali do wyrzutni, a z wyrzutni Niemcy odstrzeliwali się na Rosjan. Myśmy całą noc przetrwali w lasku. Rano było już tak zimno, że wróciliśmy z powrotem do miasta. Oczywiście miasto było puściusieńkie, wszyscy Niemcy uciekli na Zachód. Ulokowaliśmy się w jakiejś piwnicy, bo jakaś strzelanina już była, taka dość potężna. Nie trwało to długo, bo już około dziesiątej [rano] Rosjanie zdobyli miasto.
Jeszcze pamiętam, jak wpadli do piwnicy, w której myśmy siedzieli, z pistoletami gotowymi do strzału, wszyscy mówiliśmy, że jesteśmy Polakami. To był pierwszy frontowy żołnierz, tylko sprawdzali, czy nie ma gdzieś jakichś Niemców, i wybiegli od razu. 30 kwietnia Neubrandenburg został już zdobyty. Oczywiście front przeszedł bardzo szybko. Pamiętam, że nie chciałam zostać w piwnicy, koniecznie chciałam szybko [wyjść], wiedziałam, że jest szpital przy tym obozie. Pomyślałam, że dobrze będzie, żebym jakoś się dostała do tego obozu, mogę pracować przecież jako pielęgniarka, jako sanitariuszka, a w piwnicach nie wiadomo co będzie. W efekcie, pierwsi frontowi żołnierze przejdą, to potem co się może dziać. Opowiadano sobie straszne rzeczy o tym, jak Rosjanie traktowali [ludzi], zwłaszcza kobiety, i po prostu bałam się, [wprawdzie] w sposób umiarkowany, bo nie byłam Niemką, ale wszystko jedno, nie chciałam zostać w piwnicy. Namawiałam, żebyśmy wszyscy razem poszli do obozu, który był bardzo niedaleko, trzeba było przejść jakąś godzinę czy coś takiego. Ale nikt się jakoś nie chciał zgodzić, nie mieli ochoty na to dojście. Potem się dopiero zorientowałam, że podjęłam wariacką decyzję, że pójdę sama. No i poszłam. Radzieckie czołgi jechały, pierwszy front się przemieszczał, ale jakiś Francuz również szedł do obozu w mundurze. Szliśmy tak we dwoje bokiem szosy, a szosą jechały jeszcze czołgi, piechota, Rosjanie. Dotarliśmy do obozu i w tym obozie już doczekałam końca wojny. Powiedziałam, że chcę zobaczyć się z polskim lekarzem i przyprowadzono lekarza, Niemcy już uciekli z obozu.
Jeszcze pierwszy okres po oswobodzeniu, kiedy ludzie zamknięci przez sześć lat, jeńcy, mogli po raz pierwszy wyjść normalnie poza druty, poza obóz, to było wszystko niesłychanie jakieś malownicze, jakieś dziwne. Po prostu pierwsze chwile wolności to było coś takiego oszałamiającego, takiego, że aż trudno uwierzyć, że po prawie sześciu latach wojny wreszcie ona się kończy. Pamiętam święto, jak wojna się skończyła 8 maja, dosłownie szaleństwo było w obozie, bo jeńcy wszelkich możliwych narodowości – byli Amerykanie, Anglicy, Jugosłowianie, Francuzi, Polacy, Grecy, w ogóle wszelkie możliwe [narodowości], wieża Babel języków. Nie do opisania to całe zbiorowisko ludzkie, które po iluś latach wyszło po raz pierwszy poza obóz. Wtedy spędzono z całej okolicy [zwierzęta]. Niemców nie było, Niemcy uciekli, była kompletna pustynia, ale pozostawiali bydło, drób, całe majątki, bo gospodarstw było mało, głównie były majątki. Wszyscy jeńcy ruszali na łowy i przyprowadzali [zwierzynę], wykopywano ogromne doły i na rożnach pieczono całe woły, prosiaki, świnie, drób, jakieś gargantuiczne uczty się odbywały, bo przecież też głodowali przez wiele lat. Wprawdzie każdy z tych jeńców miał prawo od jakiegoś roku (nie pamiętam którego) do jednej paczki Czerwonego Krzyża. Paczki przychodziły z dużymi opóźnieniami. W magazynach były paczki jeszcze nierozdzielone, ponieważ od początku roku były jakieś trudności z transportem i każdy z jeńców otrzymał po cztery czy pięć paczek.

  • Czyli ogólnie była wielka euforia i radość?

To w ogóle trudno nawet nazwać radością, to był jakiś wybuch szczęścia, można powiedzieć. To, że wreszcie skończyły się druty, skończyły się straże, skończyło się niewolnictwo, może wreszcie będzie można być człowiekiem, a nie tym Untermenschem (jeńcem), tym jakimś kimś, czymś właściwie, co w ogóle nie zasługuje na ludzkie życie.
Obóz zaczął się dość szybko ewakuować. Niemcy, jak opuszczali obóz, to zwierzchnictwo nad obozem oddali najstarszemu rangą oficerowi holenderskiemu, Holendrowi, żeby to wszystko jakoś utrzymać, żeby ktoś tym zawiadywał. Potem już bardzo szybko, gdzieś pod koniec, pewnie jakoś tak około połowy maja, to pierwsi przyjechali po swoich jeńców Amerykanie, zabrali wszystkich samochodami. Potem też samochodami wyjechali Anglicy. Z Francuzami było gorzej, już tak luksusowo nie wracali do domu. Potem każdy już wracał do siebie, czym się dało. Pociągów nie było. Nie wiem, kiedy uruchomiono pierwsze pociągi w Meklemburgii. Do tego obozu przyszli potem z okolicy wszyscy polscy przymusowi robotnicy. Ta cała wielka grupa polska wracała do Polski piechotą. Udało się gdzieś zabrać kilka koni i wozów niemieckich. Na wozach jechali chorzy, kobiety z małymi dziećmi, reszta, myśmy wszyscy szli piechotą w okolice Szczecina. To było właściwie przejście przez pustynię, ponieważ nigdzie nie było żywego ducha. Niemców nie było w ogóle, podobno jakieś grupki niewielkie były, które oczywiście pewnie gdzieś się pochowały, ale to już było bardzo niewiele. Jeszcze w tym pierwszym okresie tuż po zdobyciu Neubrandenburga [Niemcy] popełniali zbiorowe samobójstwa. Zresztą rzeczywiście makabryczne rzezie się odbywały, dlatego że głównie funkcjonariusze NSDAP po prostu zmuszali ludzi do popełniania samobójstw. W jeziorze Tollense utopiła się cała wieś, to znaczy jakieś kobiety, które zostały we wsi z dziećmi, zostały przez funkcjonariusza NSDAP zmuszone do utopienia się w jeziorze. Nie widziałam tego na własne oczy, nie chodziłam [tam], zresztą nie pozwalano mi się nigdzie ruszyć samej ze względów jakichś oczywistych, ale mężczyźni chodzili przecież po okolicy, właśnie mówili o jeziorze Tollense, że to jezioro wyrzucało trupy na brzegi. Tak że Niemców nie było.
Jeden był przypadek, że wracając, w jakiejś miejscowości, któryś z podchorążych (bo w tym stalagu byli również podchorążowie), dwóch młodych podchorążych, jeden miał straszne pragnienie, gdzieś chcieli wejść do jakiejś chałupy, żeby napić się wody. W chałupie była Niemka, stara Niemka, która nie chciała widocznie ruszyć się z tego domu, została w domu, siedziała w kuchni pewnie. Weszli, zapytali, czy mogą się napić wody. Ona im dała wody, napili się. Jeden z [podchorążych] jakoś się odwrócił, półeczka [była] i na półce kubeczki stały, ale on się tak nieszczęśliwie odwrócił, że jeden z tych kubeczków spadł, rozbił się. Niemka uderzyła w głośny płacz, rozpaczała tak, że ci dwaj podchorążowie stanęli w ogóle zdumieni, co to za wielka strata, ostatecznie przykro, że kubeczek się stłukł. Okazało się, że to był kubeczek z jakiegoś kompletu, który przetrwał w rodzinie, w chacie wiejskiej przez 200 lat. Oni byli tak tym zbulwersowani, później, jak przyszli do naszej grupy, to opowiadali o tym, że właśnie Niemka tak rozpacza z powodu tego kubka. Myśmy myśleli – Boże, [a] u nas w Polsce… Gdzie można znaleźć naczynie, które w chłopskiej chacie przetrwałoby przez 200 lat? Przecież u nas to tam i z powrotem ciągle były jakieś tragedie, jakieś przemarsze wojsk, jakieś wojny. Gdzie w normalnym chłopskim domu by się przechowało coś takiego. A Niemcy po raz pierwszy na własnym terytorium odczuli skutki wojny, między innymi w taki sposób.

  • Czy spotykaliście pojedynczych Niemców, wiedzieliście, że już jest po wyzwoleniu? Nie było takiej agresji wobec nich?

Wobec Niemców? Nie było ich w ogóle, nie widziałam żadnego Niemca. Myśmy przeszli całą drogę z Neubrandenburga do […] Stargardu. Szliśmy około dwóch tygodni. Szliśmy kompletną pustynią. Nie było żywego ducha.

  • Sami Polacy szli?

Myśmy szli naszą [grupą], ale nie widzieliśmy Rosjan, bo Rosjanie… Przecież front, jak poleciał na Zachód, to jeszcze Rosjanie administracji swojej nie zdążyli zainstalować. Niemcy uciekli, tylko właśnie ludzie, ci niewolnicy, którzy wracali do swoich ojczyzn … Myśmy nie spotkali nikogo, ani Rosjanina, ani Niemca, nikogo.
Zresztą mieliśmy jeszcze też takie kapitalne przeżycie, dopiero w Gryfinie szukaliśmy jakiegoś miejsca na nocleg, trafiliśmy do budynku, w którym był bank, taki miejscowy bank w miasteczku Gryfino. Zobaczyliśmy, że cała podłoga tego banku (gdzieś tak mniej więcej do pół łydki) zasłana była banknotami niemieckimi. Myśmy dosłownie – to była jedna jedyna noc, kiedy spaliśmy na pieniądzach, bo już te pieniądze były w naszym pojęciu nic nie warte, nikt ich nie brał, nikt się nimi w ogóle nie zajmował, używano je do różnych celów, ale właściwie sobie na tych pieniądzach myśmy wtedy przespali jedną noc. W Gryfinie spotkaliśmy pierwszych Rosjan, jakoś niewielu ich było, jakiś [mały] oddziałek. Z różnych mieszkań, pamiętam, w Gryfinie wyciągali głównie fortepiany. Nie wiem, dlaczego ich interesowały fortepiany, ale również jakieś dywany, inne rzeczy [wyciągali i] ustawiali na chodnikach. To czekało na transport, pewnie do Związku Radzieckiego. Jedyny kontakt z [tymi] ludźmi był właśnie w Gryfinie, ale tak to była kompletna, absolutna pustynia. Tak doszliśmy [do Stargardu] na początku czerwca. Chyba wróciłam do domu albo 9 albo 12 czerwca, już nie pamiętam, czy to był 9 czy 12, bo mój brat [też] wrócił, właśnie wróciliśmy razem, nie wiedząc o sobie, bo on z innego kierunku. Jeszcze raz musiałam do tego znienawidzonego Stargardu trafić, stamtąd już szły pociągi do Poznania. Pamiętam, że przyjechaliśmy, wsiedliśmy do pociągu, przyjechałam do Poznania pociągiem.

  • Tłumy jechały?

Tłumy.

  • Na dachach pewnie?

To straszne, jechali na stopniach, gdzie się w ogóle dało. Tłumy ludzi wracały z powrotem do kraju. Poznań w sześćdziesięciu paru procentach okazało się, że jest zniszczony. Nasz dom w Poznaniu był spalony, ojciec już nie żył…

  • Ale ojciec zginął czy umarł?

Ojciec zmarł 4 marca, dosłownie parę dni po powrocie z Częstochowy, tak że ojca już nie zastaliśmy, mama była. Zaczęło się już życie, że tak powiem, powojenne. W każdym razie to już nie było takie niewolnictwo, jak to, co było.

  • Co pani myślała, co pani czuła, jak was wywozili z Pruszkowa? Zastanawiała się pani, gdzie was wywiozą?

Nie wiedzieliśmy. Trzeba wziąć po prostu poprawkę na to, że myśmy wszyscy byli bardzo młodzi, miałam osiemnaście lat, mój brat miał szesnaście. Rzeczywiście dramatyczne było pożegnanie z ojcem, który właśnie zwłaszcza o mnie się bardzo bał. Wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy z różnych rzeczy, z tych niebezpieczeństw, które groziły młodej dziewczynie, ale ojciec prosił mnie tylko, żebym po prostu się pilnowała, żebym wróciła do domu. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, jakie to było dla ojca straszne przeżycie, kiedy musiał się po prostu pożegnać, musiał się rozstać z nami, z bratem, ze mną. Ale wiedzieliśmy, że jedziemy na jakieś roboty, to wiedzieliśmy.

  • Nie myśleliście, że może być to obóz koncentracyjny?

Samych młodych ludzi przecież zabierano zdolnych do pracy. Starsi byli wywożeni do różnych miejscowości w tak zwanej Generalnej Guberni, mój ojciec trafił do Częstochowy. Później odnalazł mamę, która była w Podkowie Leśnej.

  • Ojciec musiał nieźle dostać w kość w Częstochowie?

Tak, ojciec miał sześćdziesiąt kilka lat, późno się ożenił, [w 1945 roku] sześćdziesiąt dwa lata miał. Jeszcze zresztą nawet w pierwszym roku wojny był w więzieniu. Ojciec kilka dni po powrocie do Poznania zmarł. Myśmy sobie zdawali sprawę, że jedziemy do pracy, nie mieliśmy wyobraźni, byliśmy tacy młodzi. Nas może w wielu przypadkach wyobraźni ratował, po prostu jakoś tak nie zdawaliśmy sobie sprawy z różnych rzeczy.

  • Tak, to przywilej młodości.

Tak. Jeszcze chciałabym wrócić do tego, jeszcze suplement.

  • Jak wyglądało życie po wojnie, czyli w Poznaniu? Czy jak przyjechała pani do Poznania, to podjęła pani od razu naukę?

Tak, przecież w czasie okupacji chodziłam na komplety do sióstr niepokalanek, zdążyłam zrobić czwartą klasę gimnazjalną, musiałam zrobić maturę, ale musiałam też pracować, bo trzeba było z czegoś żyć.

  • Co pani robiła?

Pracowałam w szpitalu położniczym w Poznaniu, przygotowywałam się do matury. Maturę zdałam w 1947 roku.

  • Jakąś wieczorową szkołę pani kończyła?

Kuratorium organizowało kursy, to znaczy to była taka matura eksternistyczna, że zdawało się z wszystkich przedmiotów. Oczywiście, żeby można było szybko podjąć studia, taka forma była przez jakiś czas. Od razu skorzystałam z tego. W styczniu w 1947 roku zdałam maturę, zresztą od razu się zapisałam na uniwersytet na wydział prawno-ekonomiczny (bo wtedy tak nazywał się wydział prawno-ekonomiczny) w Poznaniu. Zaczęłam pracować już nie w szpitalu, tylko zaczęłam pracować w redakcji „Kuriera Wielkopolskiego” w Poznaniu.
Koło miasta Neubrandenburg w odległości mniej więcej [pięciu] kilometrów był ogromny obóz jeniecki Stalag II-A. Przez Stalag II-A w ciągu całego okresu wojny przeszło około czterdziestu tysięcy jeńców różnych narodowości. Zaczęło się od Polaków, których po kampanii wrześniowej przywieziono, to byli pierwsi jeńcy, a potem już po kolei byli Holendrzy, zresztą był stalag dla wszystkich możliwych narodowości walczących z Niemcami, wszystkich żołnierzy. Był [też] oflag,czyli obóz oficerski dla Holendrów, był ogromny obóz jeńców radzieckich. Szpital był jeszcze oczywiście, bo przecież tyle tysięcy ludzi, to musiał być szpital. Wiedziałam o tym obozie, bo jak miałam jakiś wolny dzień, to przyjeżdżałam do Neubrandenburga na rowerze, odbierałam żywność na kartki, którą później zawoziłam do Niemki, dla niej i dla dzieci. W ogrodnictwie pracowali również okresowo jeńcy z obozu. Raz spotkałam lekarza – Polaka, utkwił mi w pamięci, bo był bardzo wysoki i miał przyjemną prezencję. To było takie jednorazowe tylko spotkanie. Raz tylko jeden spotkałam grupę jeńców z obozu, stalagu.
Czas płynął, minął marzec, już był kwiecień, wojna się kończyła, już z wszystkich stron nacierały armie alianckie. Czas przyszedł również na Neubrandenburg. Czas był bardzo ciężki, bo na przykład nie było [nawet] soli. Chleb wypiekano wyłącznie bez soli, całe pieczywo było wypiekane bez soli. Trudno sobie wyobrazić w tej chwili, jak smakuje chleb bez soli, to też było trudne do przełknięcia, trudne do zjedzenia. Pamiętam, że Rosjanie byli już bardzo blisko Neubrandenburga i moja Niemka (zresztą była sympatyczna, młoda osoba, nie miała jeszcze trzydziestu lat, miała czworo dzieci) prosiła, żebym wzięła rower i pojechała na rowerze do Neubrandenburga, żebym wykupiła wszystko, co się da na kartki, i przywiozła to do domu, żeby miała jakieś zapasy, bo nie wiadomo, co będzie, front się zbliża. To był 29 kwietnia.
Pojechałam przed południem, wszystkie kartki zrealizowałam, wykupiłam wszystkie produkty, [ale] już nie mogłam wrócić, już Rosjanie otoczyli miasto. To się błyskawicznie wszystko działo. Calusieńką noc z Polkami i z grupą Polaków (było bardzo wielu Polaków w tej miejscowości) przeleżeliśmy w lasku. Zimno było straszliwie. Znowu zostałam tylko w spodniach i w sweterku, w tym samym sweterku, w którym wyszłam z Warszawy, bo pojechałam na rowerze i znowu zostałam tylko tak, jak stałam. Leżeliśmy w lasku i przez lasek strzelali z jednej strony Niemcy, a z drugiej strony Rosjanie. Ponieważ mieściła się próbna wyrzutnia torped nad jeziorem Tollense, wypróbowywano torpedy w jakiś sposób i Rosjanie strzelali do wyrzutni, a z wyrzutni Niemcy odstrzeliwali się na Rosjan. Myśmy całą noc przetrwali w lasku. Rano było już tak zimno, że wróciliśmy z powrotem do miasta. Oczywiście miasto było puściusieńkie, wszyscy Niemcy uciekli na Zachód. Ulokowaliśmy się w jakiejś piwnicy, bo jakaś strzelanina już była, taka dość potężna. Nie trwało to długo, bo już około dziesiątej [rano] Rosjanie zdobyli miasto.
Jeszcze pamiętam, jak wpadli do piwnicy, w której myśmy siedzieli, z pistoletami gotowymi do strzału, wszyscy mówiliśmy, że jesteśmy Polakami. To był pierwszy frontowy żołnierz, tylko sprawdzali, czy nie ma gdzieś jakichś Niemców, i wybiegli od razu. 30 kwietnia Neubrandenburg został już zdobyty. Oczywiście front przeszedł bardzo szybko. Pamiętam, że nie chciałam zostać w piwnicy, koniecznie chciałam szybko [wyjść], wiedziałam, że jest szpital przy tym obozie. Pomyślałam, że dobrze będzie, żebym jakoś się dostała do tego obozu, mogę pracować przecież jako pielęgniarka, jako sanitariuszka, a w piwnicach nie wiadomo co będzie. W efekcie, pierwsi frontowi żołnierze przejdą, to potem co się może dziać. Opowiadano sobie straszne rzeczy o tym, jak Rosjanie traktowali [ludzi], zwłaszcza kobiety, i po prostu bałam się, [wprawdzie] w sposób umiarkowany, bo nie byłam Niemką, ale wszystko jedno, nie chciałam zostać w piwnicy. Namawiałam, żebyśmy wszyscy razem poszli do obozu, który był bardzo niedaleko, trzeba było przejść jakąś godzinę czy coś takiego. Ale nikt się jakoś nie chciał zgodzić, nie mieli ochoty na to dojście. Potem się dopiero zorientowałam, że podjęłam wariacką decyzję, że pójdę sama. No i poszłam. Radzieckie czołgi jechały, pierwszy front się przemieszczał, ale jakiś Francuz również szedł do obozu w mundurze. Szliśmy tak we dwoje bokiem szosy, a szosą jechały jeszcze czołgi, piechota, Rosjanie. Dotarliśmy do obozu i w tym obozie już doczekałam końca wojny. Powiedziałam, że chcę zobaczyć się z polskim lekarzem i przyprowadzono lekarza, Niemcy już uciekli z obozu.
Jeszcze pierwszy okres po oswobodzeniu, kiedy ludzie zamknięci przez sześć lat, jeńcy, mogli po raz pierwszy wyjść normalnie poza druty, poza obóz, to było wszystko niesłychanie jakieś malownicze, jakieś dziwne. Po prostu pierwsze chwile wolności to było coś takiego oszałamiającego, takiego, że aż trudno uwierzyć, że po prawie sześciu latach wojny wreszcie ona się kończy. Pamiętam święto, jak wojna się skończyła 8 maja, dosłownie szaleństwo było w obozie, bo jeńcy wszelkich możliwych narodowości – byli Amerykanie, Anglicy, Jugosłowianie, Francuzi, Polacy, Grecy, w ogóle wszelkie możliwe [narodowości], wieża Babel języków. Nie do opisania to całe zbiorowisko ludzkie, które po iluś latach wyszło po raz pierwszy poza obóz. Wtedy spędzono z całej okolicy [zwierzęta]. Niemców nie było, Niemcy uciekli, była kompletna pustynia, ale pozostawiali bydło, drób, całe majątki, bo gospodarstw było mało, głównie były majątki. Wszyscy jeńcy ruszali na łowy i przyprowadzali [zwierzynę], wykopywano ogromne doły i na rożnach pieczono całe woły, prosiaki, świnie, drób, jakieś gargantuiczne uczty się odbywały, bo przecież też głodowali przez wiele lat. Wprawdzie każdy z tych jeńców miał prawo od jakiegoś roku (nie pamiętam którego) do jednej paczki Czerwonego Krzyża. Paczki przychodziły z dużymi opóźnieniami. W magazynach były paczki jeszcze nierozdzielone, ponieważ od początku roku były jakieś trudności z transportem i każdy z jeńców otrzymał po cztery czy pięć paczek.

  • Czyli ogólnie była wielka euforia i radość?

To w ogóle trudno nawet nazwać radością, to był jakiś wybuch szczęścia, można powiedzieć. To, że wreszcie skończyły się druty, skończyły się straże, skończyło się niewolnictwo, może wreszcie będzie można być człowiekiem, a nie tym Untermenschem (jeńcem), tym jakimś kimś, czymś właściwie, co w ogóle nie zasługuje na ludzkie życie.
Obóz zaczął się dość szybko ewakuować. Niemcy, jak opuszczali obóz, to zwierzchnictwo nad obozem oddali najstarszemu rangą oficerowi holenderskiemu, Holendrowi, żeby to wszystko jakoś utrzymać, żeby ktoś tym zawiadywał. Potem już bardzo szybko, gdzieś pod koniec, pewnie jakoś tak około połowy maja, to pierwsi przyjechali po swoich jeńców Amerykanie, zabrali wszystkich samochodami. Potem też samochodami wyjechali Anglicy. Z Francuzami było gorzej, już tak luksusowo nie wracali do domu. Potem każdy już wracał do siebie, czym się dało. Pociągów nie było. Nie wiem, kiedy uruchomiono pierwsze pociągi w Meklemburgii. Do tego obozu przyszli potem z okolicy wszyscy polscy przymusowi robotnicy. Ta cała wielka grupa polska wracała do Polski piechotą. Udało się gdzieś zabrać kilka koni i wozów niemieckich. Na wozach jechali chorzy, kobiety z małymi dziećmi, reszta, myśmy wszyscy szli piechotą w okolice Szczecina. To było właściwie przejście przez pustynię, ponieważ nigdzie nie było żywego ducha. Niemców nie było w ogóle, podobno jakieś grupki niewielkie były, które oczywiście pewnie gdzieś się pochowały, ale to już było bardzo niewiele. Jeszcze w tym pierwszym okresie tuż po zdobyciu Neubrandenburga [Niemcy] popełniali zbiorowe samobójstwa. Zresztą rzeczywiście makabryczne rzezie się odbywały, dlatego że głównie funkcjonariusze NSDAP po prostu zmuszali ludzi do popełniania samobójstw. W jeziorze Tollense utopiła się cała wieś, to znaczy jakieś kobiety, które zostały we wsi z dziećmi, zostały przez funkcjonariusza NSDAP zmuszone do utopienia się w jeziorze. Nie widziałam tego na własne oczy, nie chodziłam [tam], zresztą nie pozwalano mi się nigdzie ruszyć samej ze względów jakichś oczywistych, ale mężczyźni chodzili przecież po okolicy, właśnie mówili o jeziorze Tollense, że to jezioro wyrzucało trupy na brzegi. Tak że Niemców nie było.
Jeden był przypadek, że wracając, w jakiejś miejscowości, któryś z podchorążych (bo w tym stalagu byli również podchorążowie), dwóch młodych podchorążych, jeden miał straszne pragnienie, gdzieś chcieli wejść do jakiejś chałupy, żeby napić się wody. W chałupie była Niemka, stara Niemka, która nie chciała widocznie ruszyć się z tego domu, została w domu, siedziała w kuchni pewnie. Weszli, zapytali, czy mogą się napić wody. Ona im dała wody, napili się. Jeden z [podchorążych] jakoś się odwrócił, półeczka [była] i na półce kubeczki stały, ale on się tak nieszczęśliwie odwrócił, że jeden z tych kubeczków spadł, rozbił się. Niemka uderzyła w głośny płacz, rozpaczała tak, że ci dwaj podchorążowie stanęli w ogóle zdumieni, co to za wielka strata, ostatecznie przykro, że kubeczek się stłukł. Okazało się, że to był kubeczek z jakiegoś kompletu, który przetrwał w rodzinie, w chacie wiejskiej przez 200 lat. Oni byli tak tym zbulwersowani, później, jak przyszli do naszej grupy, to opowiadali o tym, że właśnie Niemka tak rozpacza z powodu tego kubka. Myśmy myśleli – Boże, [a] u nas w Polsce… Gdzie można znaleźć naczynie, które w chłopskiej chacie przetrwałoby przez 200 lat? Przecież u nas to tam i z powrotem ciągle były jakieś tragedie, jakieś przemarsze wojsk, jakieś wojny. Gdzie w normalnym chłopskim domu by się przechowało coś takiego. A Niemcy po raz pierwszy na własnym terytorium odczuli skutki wojny, między innymi w taki sposób.

  • Czy spotykaliście pojedynczych Niemców, wiedzieliście, że już jest po wyzwoleniu? Nie było takiej agresji wobec nich?

Wobec Niemców? Nie było ich w ogóle, nie widziałam żadnego Niemca. Myśmy przeszli całą drogę z Neubrandenburga do […] Stargardu. Szliśmy około dwóch tygodni. Szliśmy kompletną pustynią. Nie było żywego ducha.

  • Sami Polacy szli?

Myśmy szli naszą [grupą], ale nie widzieliśmy Rosjan, bo Rosjanie… Przecież front, jak poleciał na Zachód, to jeszcze Rosjanie administracji swojej nie zdążyli zainstalować. Niemcy uciekli, tylko właśnie ludzie, ci niewolnicy, którzy wracali do swoich ojczyzn … Myśmy nie spotkali nikogo, ani Rosjanina, ani Niemca, nikogo.
Zresztą mieliśmy jeszcze też takie kapitalne przeżycie, dopiero w Gryfinie szukaliśmy jakiegoś miejsca na nocleg, trafiliśmy do budynku, w którym był bank, taki miejscowy bank w miasteczku Gryfino. Zobaczyliśmy, że cała podłoga tego banku (gdzieś tak mniej więcej do pół łydki) zasłana była banknotami niemieckimi. Myśmy dosłownie – to była jedna jedyna noc, kiedy spaliśmy na pieniądzach, bo już te pieniądze były w naszym pojęciu nic nie warte, nikt ich nie brał, nikt się nimi w ogóle nie zajmował, używano je do różnych celów, ale właściwie sobie na tych pieniądzach myśmy wtedy przespali jedną noc. W Gryfinie spotkaliśmy pierwszych Rosjan, jakoś niewielu ich było, jakiś [mały] oddziałek. Z różnych mieszkań, pamiętam, w Gryfinie wyciągali głównie fortepiany. Nie wiem, dlaczego ich interesowały fortepiany, ale również jakieś dywany, inne rzeczy [wyciągali i] ustawiali na chodnikach. To czekało na transport, pewnie do Związku Radzieckiego. Jedyny kontakt z [tymi] ludźmi był właśnie w Gryfinie, ale tak to była kompletna, absolutna pustynia. Tak doszliśmy [do Stargardu] na początku czerwca. Chyba wróciłam do domu albo 9 albo 12 czerwca, już nie pamiętam, czy to był 9 czy 12, bo mój brat [też] wrócił, właśnie wróciliśmy razem, nie wiedząc o sobie, bo on z innego kierunku. Jeszcze raz musiałam do tego znienawidzonego Stargardu trafić, stamtąd już szły pociągi do Poznania. Pamiętam, że przyjechaliśmy, wsiedliśmy do pociągu, przyjechałam do Poznania pociągiem.

  • Tłumy jechały?

Tłumy.

  • Na dachach pewnie?

To straszne, jechali na stopniach, gdzie się w ogóle dało. Tłumy ludzi wracały z powrotem do kraju. Poznań w sześćdziesięciu paru procentach okazało się, że jest zniszczony. Nasz dom w Poznaniu był spalony, ojciec już nie żył…

  • Ale ojciec zginął czy umarł?

Ojciec zmarł 4 marca, dosłownie parę dni po powrocie z Częstochowy, tak że ojca już nie zastaliśmy, mama była. Zaczęło się już życie, że tak powiem, powojenne. W każdym razie to już nie było takie niewolnictwo, jak to, co było.

  • Co pani myślała, co pani czuła, jak was wywozili z Pruszkowa? Zastanawiała się pani, gdzie was wywiozą?

Nie wiedzieliśmy. Trzeba wziąć po prostu poprawkę na to, że myśmy wszyscy byli bardzo młodzi, miałam osiemnaście lat, mój brat miał szesnaście. Rzeczywiście dramatyczne było pożegnanie z ojcem, który właśnie zwłaszcza o mnie się bardzo bał. Wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy z różnych rzeczy, z tych niebezpieczeństw, które groziły młodej dziewczynie, ale ojciec prosił mnie tylko, żebym po prostu się pilnowała, żebym wróciła do domu. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, jakie to było dla ojca straszne przeżycie, kiedy musiał się po prostu pożegnać, musiał się rozstać z nami, z bratem, ze mną. Ale wiedzieliśmy, że jedziemy na jakieś roboty, to wiedzieliśmy.

  • Nie myśleliście, że może być to obóz koncentracyjny?

Samych młodych ludzi przecież zabierano zdolnych do pracy. Starsi byli wywożeni do różnych miejscowości w tak zwanej Generalnej Guberni, mój ojciec trafił do Częstochowy. Później odnalazł mamę, która była w Podkowie Leśnej.

  • Ojciec musiał nieźle dostać w kość w Częstochowie?

Tak, ojciec miał sześćdziesiąt kilka lat, późno się ożenił, [w 1945 roku] sześćdziesiąt dwa lata miał. Jeszcze zresztą nawet w pierwszym roku wojny był w więzieniu. Ojciec kilka dni po powrocie do Poznania zmarł. Myśmy sobie zdawali sprawę, że jedziemy do pracy, nie mieliśmy wyobraźni, byliśmy tacy młodzi. Nas może w wielu przypadkach wyobraźni ratował, po prostu jakoś tak nie zdawaliśmy sobie sprawy z różnych rzeczy.

  • Tak, to przywilej młodości.

Tak. Jeszcze chciałabym wrócić do tego, jeszcze suplement.

  • Jak wyglądało życie po wojnie, czyli w Poznaniu? Czy jak przyjechała pani do Poznania, to podjęła pani od razu naukę?

Tak, przecież w czasie okupacji chodziłam na komplety do sióstr niepokalanek, zdążyłam zrobić czwartą klasę gimnazjalną, musiałam zrobić maturę, ale musiałam też pracować, bo trzeba było z czegoś żyć.

  • Co pani robiła?

Pracowałam w szpitalu położniczym w Poznaniu, przygotowywałam się do matury. Maturę zdałam w 1947 roku.

  • Jakąś wieczorową szkołę pani kończyła?

Kuratorium organizowało kursy, to znaczy to była taka matura eksternistyczna, że zdawało się z wszystkich przedmiotów. Oczywiście, żeby można było szybko podjąć studia, taka forma była przez jakiś czas. Od razu skorzystałam z tego. W styczniu w 1947 roku zdałam maturę, zresztą od razu się zapisałam na uniwersytet na wydział prawno-ekonomiczny (bo wtedy tak nazywał się wydział prawno-ekonomiczny) w Poznaniu. Zaczęłam pracować już nie w szpitalu, tylko zaczęłam pracować w redakcji „Kuriera Wielkopolskiego” w Poznaniu.
Koło miasta Neubrandenburg w odległości mniej więcej [pięciu] kilometrów był ogromny obóz jeniecki Stalag II-A. Przez Stalag II-A w ciągu całego okresu wojny przeszło około czterdziestu tysięcy jeńców różnych narodowości. Zaczęło się od Polaków, których po kampanii wrześniowej przywieziono, to byli pierwsi jeńcy, a potem już po kolei byli Holendrzy, zresztą był stalag dla wszystkich możliwych narodowości walczących z Niemcami, wszystkich żołnierzy. Był [też] oflag,czyli obóz oficerski dla Holendrów, był ogromny obóz jeńców radzieckich. Szpital był jeszcze oczywiście, bo przecież tyle tysięcy ludzi, to musiał być szpital. Wiedziałam o tym obozie, bo jak miałam jakiś wolny dzień, to przyjeżdżałam do Neubrandenburga na rowerze, odbierałam żywność na kartki, którą później zawoziłam do Niemki, dla niej i dla dzieci. W ogrodnictwie pracowali również okresowo jeńcy z obozu. Raz spotkałam lekarza – Polaka, utkwił mi w pamięci, bo był bardzo wysoki i miał przyjemną prezencję. To było takie jednorazowe tylko spotkanie. Raz tylko jeden spotkałam grupę jeńców z obozu, stalagu.
Czas płynął, minął marzec, już był kwiecień, wojna się kończyła, już z wszystkich stron nacierały armie alianckie. Czas przyszedł również na Neubrandenburg. Czas był bardzo ciężki, bo na przykład nie było [nawet] soli. Chleb wypiekano wyłącznie bez soli, całe pieczywo było wypiekane bez soli. Trudno sobie wyobrazić w tej chwili, jak smakuje chleb bez soli, to też było trudne do przełknięcia, trudne do zjedzenia. Pamiętam, że Rosjanie byli już bardzo blisko Neubrandenburga i moja Niemka (zresztą była sympatyczna, młoda osoba, nie miała jeszcze trzydziestu lat, miała czworo dzieci) prosiła, żebym wzięła rower i pojechała na rowerze do Neubrandenburga, żebym wykupiła wszystko, co się da na kartki, i przywiozła to do domu, żeby miała jakieś zapasy, bo nie wiadomo, co będzie, front się zbliża. To był 29 kwietnia.
Pojechałam przed południem, wszystkie kartki zrealizowałam, wykupiłam wszystkie produkty, [ale] już nie mogłam wrócić, już Rosjanie otoczyli miasto. To się błyskawicznie wszystko działo. Calusieńką noc z Polkami i z grupą Polaków (było bardzo wielu Polaków w tej miejscowości) przeleżeliśmy w lasku. Zimno było straszliwie. Znowu zostałam tylko w spodniach i w sweterku, w tym samym sweterku, w którym wyszłam z Warszawy, bo pojechałam na rowerze i znowu zostałam tylko tak, jak stałam. Leżeliśmy w lasku i przez lasek strzelali z jednej strony Niemcy, a z drugiej strony Rosjanie. Ponieważ mieściła się próbna wyrzutnia torped nad jeziorem Tollense, wypróbowywano torpedy w jakiś sposób i Rosjanie strzelali do wyrzutni, a z wyrzutni Niemcy odstrzeliwali się na Rosjan. Myśmy całą noc przetrwali w lasku. Rano było już tak zimno, że wróciliśmy z powrotem do miasta. Oczywiście miasto było puściusieńkie, wszyscy Niemcy uciekli na Zachód. Ulokowaliśmy się w jakiejś piwnicy, bo jakaś strzelanina już była, taka dość potężna. Nie trwało to długo, bo już około dziesiątej [rano] Rosjanie zdobyli miasto.
Jeszcze pamiętam, jak wpadli do piwnicy, w której myśmy siedzieli, z pistoletami gotowymi do strzału, wszyscy mówiliśmy, że jesteśmy Polakami. To był pierwszy frontowy żołnierz, tylko sprawdzali, czy nie ma gdzieś jakichś Niemców, i wybiegli od razu. 30 kwietnia Neubrandenburg został już zdobyty. Oczywiście front przeszedł bardzo szybko. Pamiętam, że nie chciałam zostać w piwnicy, koniecznie chciałam szybko [wyjść], wiedziałam, że jest szpital przy tym obozie. Pomyślałam, że dobrze będzie, żebym jakoś się dostała do tego obozu, mogę pracować przecież jako pielęgniarka, jako sanitariuszka, a w piwnicach nie wiadomo co będzie. W efekcie, pierwsi frontowi żołnierze przejdą, to potem co się może dziać. Opowiadano sobie straszne rzeczy o tym, jak Rosjanie traktowali [ludzi], zwłaszcza kobiety, i po prostu bałam się, [wprawdzie] w sposób umiarkowany, bo nie byłam Niemką, ale wszystko jedno, nie chciałam zostać w piwnicy. Namawiałam, żebyśmy wszyscy razem poszli do obozu, który był bardzo niedaleko, trzeba było przejść jakąś godzinę czy coś takiego. Ale nikt się jakoś nie chciał zgodzić, nie mieli ochoty na to dojście. Potem się dopiero zorientowałam, że podjęłam wariacką decyzję, że pójdę sama. No i poszłam. Radzieckie czołgi jechały, pierwszy front się przemieszczał, ale jakiś Francuz również szedł do obozu w mundurze. Szliśmy tak we dwoje bokiem szosy, a szosą jechały jeszcze czołgi, piechota, Rosjanie. Dotarliśmy do obozu i w tym obozie już doczekałam końca wojny. Powiedziałam, że chcę zobaczyć się z polskim lekarzem i przyprowadzono lekarza, Niemcy już uciekli z obozu.
Jeszcze pierwszy okres po oswobodzeniu, kiedy ludzie zamknięci przez sześć lat, jeńcy, mogli po raz pierwszy wyjść normalnie poza druty, poza obóz, to było wszystko niesłychanie jakieś malownicze, jakieś dziwne. Po prostu pierwsze chwile wolności to było coś takiego oszałamiającego, takiego, że aż trudno uwierzyć, że po prawie sześciu latach wojny wreszcie ona się kończy. Pamiętam święto, jak wojna się skończyła 8 maja, dosłownie szaleństwo było w obozie, bo jeńcy wszelkich możliwych narodowości – byli Amerykanie, Anglicy, Jugosłowianie, Francuzi, Polacy, Grecy, w ogóle wszelkie możliwe [narodowości], wieża Babel języków. Nie do opisania to całe zbiorowisko ludzkie, które po iluś latach wyszło po raz pierwszy poza obóz. Wtedy spędzono z całej okolicy [zwierzęta]. Niemców nie było, Niemcy uciekli, była kompletna pustynia, ale pozostawiali bydło, drób, całe majątki, bo gospodarstw było mało, głównie były majątki. Wszyscy jeńcy ruszali na łowy i przyprowadzali [zwierzynę], wykopywano ogromne doły i na rożnach pieczono całe woły, prosiaki, świnie, drób, jakieś gargantuiczne uczty się odbywały, bo przecież też głodowali przez wiele lat. Wprawdzie każdy z tych jeńców miał prawo od jakiegoś roku (nie pamiętam którego) do jednej paczki Czerwonego Krzyża. Paczki przychodziły z dużymi opóźnieniami. W magazynach były paczki jeszcze nierozdzielone, ponieważ od początku roku były jakieś trudności z transportem i każdy z jeńców otrzymał po cztery czy pięć paczek.

  • Czyli ogólnie była wielka euforia i radość?

To w ogóle trudno nawet nazwać radością, to był jakiś wybuch szczęścia, można powiedzieć. To, że wreszcie skończyły się druty, skończyły się straże, skończyło się niewolnictwo, może wreszcie będzie można być człowiekiem, a nie tym Untermenschem (jeńcem), tym jakimś kimś, czymś właściwie, co w ogóle nie zasługuje na ludzkie życie.
Obóz zaczął się dość szybko ewakuować. Niemcy, jak opuszczali obóz, to zwierzchnictwo nad obozem oddali najstarszemu rangą oficerowi holenderskiemu, Holendrowi, żeby to wszystko jakoś utrzymać, żeby ktoś tym zawiadywał. Potem już bardzo szybko, gdzieś pod koniec, pewnie jakoś tak około połowy maja, to pierwsi przyjechali po swoich jeńców Amerykanie, zabrali wszystkich samochodami. Potem też samochodami wyjechali Anglicy. Z Francuzami było gorzej, już tak luksusowo nie wracali do domu. Potem każdy już wracał do siebie, czym się dało. Pociągów nie było. Nie wiem, kiedy uruchomiono pierwsze pociągi w Meklemburgii. Do tego obozu przyszli potem z okolicy wszyscy polscy przymusowi robotnicy. Ta cała wielka grupa polska wracała do Polski piechotą. Udało się gdzieś zabrać kilka koni i wozów niemieckich. Na wozach jechali chorzy, kobiety z małymi dziećmi, reszta, myśmy wszyscy szli piechotą w okolice Szczecina. To było właściwie przejście przez pustynię, ponieważ nigdzie nie było żywego ducha. Niemców nie było w ogóle, podobno jakieś grupki niewielkie były, które oczywiście pewnie gdzieś się pochowały, ale to już było bardzo niewiele. Jeszcze w tym pierwszym okresie tuż po zdobyciu Neubrandenburga [Niemcy] popełniali zbiorowe samobójstwa. Zresztą rzeczywiście makabryczne rzezie się odbywały, dlatego że głównie funkcjonariusze NSDAP po prostu zmuszali ludzi do popełniania samobójstw. W jeziorze Tollense utopiła się cała wieś, to znaczy jakieś kobiety, które zostały we wsi z dziećmi, zostały przez funkcjonariusza NSDAP zmuszone do utopienia się w jeziorze. Nie widziałam tego na własne oczy, nie chodziłam [tam], zresztą nie pozwalano mi się nigdzie ruszyć samej ze względów jakichś oczywistych, ale mężczyźni chodzili przecież po okolicy, właśnie mówili o jeziorze Tollense, że to jezioro wyrzucało trupy na brzegi. Tak że Niemców nie było.
Jeden był przypadek, że wracając, w jakiejś miejscowości, któryś z podchorążych (bo w tym stalagu byli również podchorążowie), dwóch młodych podchorążych, jeden miał straszne pragnienie, gdzieś chcieli wejść do jakiejś chałupy, żeby napić się wody. W chałupie była Niemka, stara Niemka, która nie chciała widocznie ruszyć się z tego domu, została w domu, siedziała w kuchni pewnie. Weszli, zapytali, czy mogą się napić wody. Ona im dała wody, napili się. Jeden z [podchorążych] jakoś się odwrócił, półeczka [była] i na półce kubeczki stały, ale on się tak nieszczęśliwie odwrócił, że jeden z tych kubeczków spadł, rozbił się. Niemka uderzyła w głośny płacz, rozpaczała tak, że ci dwaj podchorążowie stanęli w ogóle zdumieni, co to za wielka strata, ostatecznie przykro, że kubeczek się stłukł. Okazało się, że to był kubeczek z jakiegoś kompletu, który przetrwał w rodzinie, w chacie wiejskiej przez 200 lat. Oni byli tak tym zbulwersowani, później, jak przyszli do naszej grupy, to opowiadali o tym, że właśnie Niemka tak rozpacza z powodu tego kubka. Myśmy myśleli – Boże, [a] u nas w Polsce… Gdzie można znaleźć naczynie, które w chłopskiej chacie przetrwałoby przez 200 lat? Przecież u nas to tam i z powrotem ciągle były jakieś tragedie, jakieś przemarsze wojsk, jakieś wojny. Gdzie w normalnym chłopskim domu by się przechowało coś takiego. A Niemcy po raz pierwszy na własnym terytorium odczuli skutki wojny, między innymi w taki sposób.

  • Czy spotykaliście pojedynczych Niemców, wiedzieliście, że już jest po wyzwoleniu? Nie było takiej agresji wobec nich?

Wobec Niemców? Nie było ich w ogóle, nie widziałam żadnego Niemca. Myśmy przeszli całą drogę z Neubrandenburga do […] Stargardu. Szliśmy około dwóch tygodni. Szliśmy kompletną pustynią. Nie było żywego ducha.

  • Sami Polacy szli?

Myśmy szli naszą [grupą], ale nie widzieliśmy Rosjan, bo Rosjanie… Przecież front, jak poleciał na Zachód, to jeszcze Rosjanie administracji swojej nie zdążyli zainstalować. Niemcy uciekli, tylko właśnie ludzie, ci niewolnicy, którzy wracali do swoich ojczyzn … Myśmy nie spotkali nikogo, ani Rosjanina, ani Niemca, nikogo.
Zresztą mieliśmy jeszcze też takie kapitalne przeżycie, dopiero w Gryfinie szukaliśmy jakiegoś miejsca na nocleg, trafiliśmy do budynku, w którym był bank, taki miejscowy bank w miasteczku Gryfino. Zobaczyliśmy, że cała podłoga tego banku (gdzieś tak mniej więcej do pół łydki) zasłana była banknotami niemieckimi. Myśmy dosłownie – to była jedna jedyna noc, kiedy spaliśmy na pieniądzach, bo już te pieniądze były w naszym pojęciu nic nie warte, nikt ich nie brał, nikt się nimi w ogóle nie zajmował, używano je do różnych celów, ale właściwie sobie na tych pieniądzach myśmy wtedy przespali jedną noc. W Gryfinie spotkaliśmy pierwszych Rosjan, jakoś niewielu ich było, jakiś [mały] oddziałek. Z różnych mieszkań, pamiętam, w Gryfinie wyciągali głównie fortepiany. Nie wiem, dlaczego ich interesowały fortepiany, ale również jakieś dywany, inne rzeczy [wyciągali i] ustawiali na chodnikach. To czekało na transport, pewnie do Związku Radzieckiego. Jedyny kontakt z [tymi] ludźmi był właśnie w Gryfinie, ale tak to była kompletna, absolutna pustynia. Tak doszliśmy [do Stargardu] na początku czerwca. Chyba wróciłam do domu albo 9 albo 12 czerwca, już nie pamiętam, czy to był 9 czy 12, bo mój brat [też] wrócił, właśnie wróciliśmy razem, nie wiedząc o sobie, bo on z innego kierunku. Jeszcze raz musiałam do tego znienawidzonego Stargardu trafić, stamtąd już szły pociągi do Poznania. Pamiętam, że przyjechaliśmy, wsiedliśmy do pociągu, przyjechałam do Poznania pociągiem.

  • Tłumy jechały?

Tłumy.

  • Na dachach pewnie?

To straszne, jechali na stopniach, gdzie się w ogóle dało. Tłumy ludzi wracały z powrotem do kraju. Poznań w sześćdziesięciu paru procentach okazało się, że jest zniszczony. Nasz dom w Poznaniu był spalony, ojciec już nie żył…

  • Ale ojciec zginął czy umarł?

Ojciec zmarł 4 marca, dosłownie parę dni po powrocie z Częstochowy, tak że ojca już nie zastaliśmy, mama była. Zaczęło się już życie, że tak powiem, powojenne. W każdym razie to już nie było takie niewolnictwo, jak to, co było.

  • Co pani myślała, co pani czuła, jak was wywozili z Pruszkowa? Zastanawiała się pani, gdzie was wywiozą?

Nie wiedzieliśmy. Trzeba wziąć po prostu poprawkę na to, że myśmy wszyscy byli bardzo młodzi, miałam osiemnaście lat, mój brat miał szesnaście. Rzeczywiście dramatyczne było pożegnanie z ojcem, który właśnie zwłaszcza o mnie się bardzo bał. Wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy z różnych rzeczy, z tych niebezpieczeństw, które groziły młodej dziewczynie, ale ojciec prosił mnie tylko, żebym po prostu się pilnowała, żebym wróciła do domu. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, jakie to było dla ojca straszne przeżycie, kiedy musiał się po prostu pożegnać, musiał się rozstać z nami, z bratem, ze mną. Ale wiedzieliśmy, że jedziemy na jakieś roboty, to wiedzieliśmy.

  • Nie myśleliście, że może być to obóz koncentracyjny?

Samych młodych ludzi przecież zabierano zdolnych do pracy. Starsi byli wywożeni do różnych miejscowości w tak zwanej Generalnej Guberni, mój ojciec trafił do Częstochowy. Później odnalazł mamę, która była w Podkowie Leśnej.

  • Ojciec musiał nieźle dostać w kość w Częstochowie?

Tak, ojciec miał sześćdziesiąt kilka lat, późno się ożenił, [w 1945 roku] sześćdziesiąt dwa lata miał. Jeszcze zresztą nawet w pierwszym roku wojny był w więzieniu. Ojciec kilka dni po powrocie do Poznania zmarł. Myśmy sobie zdawali sprawę, że jedziemy do pracy, nie mieliśmy wyobraźni, byliśmy tacy młodzi. Nas może w wielu przypadkach wyobraźni ratował, po prostu jakoś tak nie zdawaliśmy sobie sprawy z różnych rzeczy.

  • Tak, to przywilej młodości.

Tak. Jeszcze chciałabym wrócić do tego, jeszcze suplement.

  • Jak wyglądało życie po wojnie, czyli w Poznaniu? Czy jak przyjechała pani do Poznania, to podjęła pani od razu naukę?

Tak, przecież w czasie okupacji chodziłam na komplety do sióstr niepokalanek, zdążyłam zrobić czwartą klasę gimnazjalną, musiałam zrobić maturę, ale musiałam też pracować, bo trzeba było z czegoś żyć.

  • Co pani robiła?

Pracowałam w szpitalu położniczym w Poznaniu, przygotowywałam się do matury. Maturę zdałam w 1947 roku.

  • Jakąś wieczorową szkołę pani kończyła?

Kuratorium organizowało kursy, to znaczy to była taka matura eksternistyczna, że zdawało się z wszystkich przedmiotów. Oczywiście, żeby można było szybko podjąć studia, taka forma była przez jakiś czas. Od razu skorzystałam z tego. W styczniu w 1947 roku zdałam maturę, zresztą od razu się zapisałam na uniwersytet na wydział prawno-ekonomiczny (bo wtedy tak nazywał się wydział prawno-ekonomiczny) w Poznaniu. Zaczęłam pracować już nie w szpitalu, tylko zaczęłam pracować w redakcji „Kuriera Wielkopolskiego” w Poznaniu.
  • Jako dziennikarz?

Tak, znaczy jako praktykantka.

  • Ale studia nie miały nic wspólnego z dziennikarstwem?

Nie było żadnej szkoły dziennikarskiej w Poznaniu, po prostu doszłam do wniosku, że najlepiej będzie, jeżeli będę studiowała polonistykę. Zapisałam się nawet na polonistykę, ale uciekłam po kilku pierwszych wykładach, bo jakoś mnie nie interesowała nauka o języku polskim. Zresztą jeszcze [przeraził] mnie starocerkiewno-słowiański, którego się trzeba było uczyć na pierwszym roku, przeniosłam się na wydział prawno-ekonomiczny.

  • Ukończyła pani?

Nie, nie ukończyłam, nie mogłam poradzić sobie z pracą i z nauką. Potem jeszcze wyszłam za mąż w 1949 roku.

  • Kiedy pani wróciła do Warszawy?

Właściwie w 1949 roku, jak wyszłam za mąż, to przyjechaliśmy, bo mąż pracował w Poznaniu w „Expresie Wieczornym”, była taka popołudniówka „Expres Poznański”. Później „Expres Poznański” został przekształcony w mutację „Expresu Wieczornego” i był potrzebny ktoś, kto by z Poznania przyjechał do Warszawy, przygotowywał wydanie poznańskie. Właśnie mąż zdecydował się, wtedy przyjechaliśmy.

  • Czy kiedykolwiek miała pani jakiekolwiek przykrości z powodu udziału w Powstaniu Warszawskim po wojnie?

Nie. Zresztą po prostu jakoś nie mówiłam o tym, nie rozmawiało się o tym, bo to właściwie tyle osób wtedy, większość moich kolegów, nawet z mojego oddziału moje koleżanki, myśmy byli wszyscy tacy właśnie młodzi bardzo. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek miał [nieprzyjemności], po prostu wszyscy od razu zaczęliśmy się uczyć, pracować jakoś. Po wojnie nie byłam w żadnej konspiracji, wszystko to już miałam poza sobą.

  • Ale też nikt się nie chwalił specjalnie?

Oczywiście że nie, z tym że to było też tak, że właściwie wszyscy mieliśmy podobne życiorysy, ta młodzież miała podobne życiorysy. To było jakieś takie wiadome, ale po prostu od razu trzeba było nadrobić wszystkie zaległości, przede wszystkim z nauką, to było najważniejsze. Potem jeszcze byłam na SGPiS, jeszcze kontynuowałam studia. Po wojnie było bardzo ciężko, bo trzeba było nadrobić zaległości w nauce, trzeba było pracować, zarobić, nie było mieszkań, przecież mieszkało się w warunkach absolutnie opłakanych długie lata, na jakichś strasznie małych metrażach, jakichś wspólnych mieszkaniach. Na przykład już nawet nie myślałam nigdy o tym, że już miałam całą konspirację, wszystkie sprawy, to już było za mną, za nami, w ogóle za nami wszystkimi, z którymi byłam w kontakcie, a byliśmy. Jeszcze chciałabym powiedzieć, że jeśli chodzi o Powstanie, to czymś najcenniejszym, co z Powstania wynieśliśmy, to były przyjaźnie, które trwają do dziś.

  • Mam pytanie o najgorsze i najmilsze wspomnienie z Powstania?

To były przyjaźnie, które, tak jak mówię, trwają do dziś. Mam przyjaciółkę w Kanadzie, jedną w Nowym Jorku, czasami rozmawiamy przez telefon godzinę, półtorej godziny, wszystkie jesteśmy (właściwie tylko jedna jeszcze jest mężatką) już wdowami, dzieci są już dorosłe. Miałam przyjaciółkę, która mieszkała na Florydzie przez wiele lat, też przeszła przez te wszystkie rzeczy, które my przechodziliśmy razem, wszystkie rzeczy w Warszawie. Potem została wywieziona na roboty na Śląsk, z tego Śląska piechotą poszła do Szwajcarii, przedostała się przez zieloną granicę do Szwajcarii. W Szwajcarii wyszła za mąż, znalazła swojego znajomego jeszcze z dawnych lat, który był w wojsku polskim we Francji, z jakimś oddziałem potem przeszedł przez granicę do Szwajcarii. Całą wojnę spędził w Szwajcarii, skończył architekturę, potem wyjechali na Florydę, mieszkali na Florydzie. Ona była tak związana z tymi wspomnieniami, że co roku 1 sierpnia o piątej po południu dzwoniła do Warszawy. Miała siostrę, która mieszkała na Karowej, kiedyś właśnie dzwoniła do siostry o piątej punktualnie, żeby wystawiła słuchawkę telefoniczną za okno, żeby usłyszała syreny.

  • To były przyjaźnie, że rzeczywiście poznaliście się w Powstaniu czy dopiero później?

Z częścią tych moich przyjaciółek… Z jedną znałam się jeszcze dużo wcześniej, z większością [zapoznałam się] na tajnym kursie sanitarnym, który przechodziłyśmy w 1943, 1944 roku, a jeszcze z częścią poznałyśmy się w czasie Powstania. Jakoś przeżycia nas tak złączyły, że właśnie do dziś jesteśmy w bardzo bliskim kontakcie, to jest coś więcej niż przyjaźń.

  • Wspólny los.

Tak, bardzo jesteśmy z sobą związane.

  • Najgorsze przeżycie?

To będzie chyba najgorsze, tak. Jedna z koleżanek, inna, która [też] była w Kanadzie, dostałam jej wspomnienia, też wspomina te okropne nasze [czasy], z czym się zetknęłyśmy, ale tak jak mówię, to jest ta najcenniejsza rzecz, to są właśnie wspólne wspomnienia. Teraz spisałam to wszystko, przyjechała koleżanka ze Stanów, ta, o której mówiłam, która pieszo poszła do Szwajcarii, już nie żyje. Ale jest taka, która mieszka w Nowym Jorku, przyjeżdża do Warszawy co roku właśnie zawsze w sierpniu. W tym roku przyjechała, mówi: „Wiesz, pomyślałam o tych naszych wszystkich przejściach, może ktoś powinien napisać”. Mówię: „Wiesz, to już jest zrobione, bo to już opisałam”, właśnie dałam jej też egzemplarz, wszystkim moim przyjaciółkom porozsyłałam, jeszcze uzupełniają, jeszcze coś sobie przypominają. Jak będę miała już w komplecie, to chcę to oddać do Muzeum.

  • Jak pani zniosła opuszczenie swojego kochanego Poznania?

To już nie był ten sam Poznań, mój ukochany Poznań był przed wojną.

  • Czyli bez żalu?

Tak. Poznań, poza tym miejscowość jeszcze pod Poznaniem – Puszczykowo, gdzie spędzaliśmy zawsze lato, mieliśmy letni dom, to było to moje szczęśliwe dzieciństwo, które się skończyło, jak miałam trzynaście lat. Potem już Poznań nie był ten sam, już był przede wszystkim zrujnowany straszliwie, sześćdziesiąt procent miasta, całe Śródmieście miasta było zniszczone, właśnie nasz dom też, to wszystko już było inne. Ale jeszcze zawsze z sentymentem jeżdżę. Mój brat nie żyje, ale odwiedzam [Poznań] jeszcze od czasu do czasu. Teraz dwa lata nie byłam, w tym roku znowu się wybieram. Wszystkie groby [tam] są, groby moich rodziców, moich dziadków z jednej strony, z drugiej strony, groby dziadków, taki grób rodzinny, który ma już ponad sto lat, dziadek mój pochowany był w 1906 roku, jakoś zachował się grób. Ale to wszystko później było nie to, w pamięci mam ten [Poznań].
Bardzo byłam związana z Warszawą okresu okupacji, z tym że Warszawa teraz też już jest zupełnie inna, już nie ma tej atmosfery. Mam w pamięci właśnie dużo dobrych wspomnień, z Warszawy mam dużo bardzo dobrych wspomnień, nie tylko zresztą z Warszawy, bo jak przyjechaliśmy po wysiedleniu, to spotkaliśmy naprawdę ogromnie dużo przyjaźni, solidarności, pomocy. To było jakieś takie zaskoczenie, można powiedzieć. Ile razy słyszę o różnych niemiłych wspomnieniach, to muszę powiedzieć, że mam dobre wspomnienia, jeśli chodzi o stosunek ludzi do ludzi wtedy.

  • Lepszy niż dzisiaj.

Pewnie tak, już teraz [jestem] poza czynnym życiem, już [w nim] nie uczestniczę, a przyjaźnie, które mam jeszcze, to są przyjaźnie właśnie z tymi koleżankami, przyjaciółmi z tego okresu, z przyjaciółmi z pracy, z ich dziećmi, z ich wnukami. Mam dużo przyjaciół wokół siebie.

  • To najważniejsze.

Dlatego tak mnie strasznie rażą wszystkie rzeczy, język, którym się teraz ludzie posługują między sobą… Różne rzeczy mnie rażą.

  • Jeszcze chciałem spytać o pani odczucia dzisiaj co do Powstania Warszawskiego, czy było potrzebne, czy nie? Czy gdyby dzisiaj wybuchło, to znowu by pani poszła do Powstania, czy nie?

Tak, raczej w ogóle gdybym miała powtórzyć swoje życie, to bym chyba zrobiła to samo, co robiłam. Tak że czy ono musiało wybuchnąć, to są w tej chwili takie spekulacje, to są już spekulacje historyków, polityków przede wszystkim.

  • Gdyby dzisiaj trzeba było iść ponownie, czy z tą wiedzą, czy by poszła pani znowu?

Na pewno, wtedy był taki czas, że to zresztą była jakaś jedyna rzecz, którą można było zrobić. Myśmy byli pozbawieni w ogóle wszelkich praw, wszelkich przywilejów naszego wieku, znaczy młodzież. Nie mogliśmy się uczyć oficjalnie, nie mogliśmy się bawić oficjalnie, nie mogliśmy uprawiać sportu, nie mogliśmy nic. Byliśmy skazani na wegetację, ciągłe niebezpieczeństwo, że jak okaże się, że komplety zostaną zdekonspirowane czy coś, to co nas czeka, że właściwie śmierć czyhała na każdym kroku, okropieństwa, które się w Warszawie działy na każdym kroku, które się widziało. [Konspiracja i Powstanie] to była jakaś jedyna możliwość po prostu skierowania swojej młodej energii na jakąś konkretną rzecz, która miała prowadzić do tego, żeby to się zmieniło. Jeszcze pamiętam, że w Niemczech, jak widziałam na przykład siostry Czerwonego Krzyża, pielęgniarki niemieckie, to po prostu patrzyłam na nie z zazdrością i z nienawiścią. Myślę sobie – Boże, one mają swoich rannych, którzy popełniali tyle zbrodni, leżą w normalnych szpitalach, ich pielęgnują w normalnych warunkach, mają lekarstwa, mają łóżka, pościel, bandaże, mają wszystko. A co myśmy miały, żeby pielęgnować naszych chłopców w piwnicach, w tych strasznych warunkach? Pamiętam, że jak widziałam w Niemczech siostrę Czerwonego Krzyża, to odwracałam głowę, bo pomyślałam sobie, jaka to jest potworna niesprawiedliwość. Dlaczego myśmy musiały w tak strasznych warunkach zajmować się naszymi rannymi, którzy nam umierali z u wody, z brudu, po prostu lekarze ratowali ich, przeprowadzali ciężkie operacje; jak chłopak zaczynał zdrowieć, to bomba wpadała w szpital, było po nim. To były rzeczy straszne. To była jakaś jedyna rzecz, że coś można było zrobić dla kraju, dla ojczyzny, dla ludzi, dla nas samych. Po prostu to było samo przez się zrozumiałe. Przecież sam fakt, że w Powstaniu było czterdzieści tysięcy młodych ludzi, o czymś świadczy. Wszyscy mieli prawdopodobnie ten sam motyw, że wreszcie coś można zrobić. A potem, jak Powstanie wybuchło, że się walczy z Niemcami twarzą w twarz, że wreszcie to jest wróg, którego się widzi i on nas też widzi, my z nim walczymy. Szczerze powiem, że nie mogę czytać, nie czytam tych wszystkich spekulacji, rozważań, „a co by było gdyby”; powinno być tak, powinno było być tamto; trzeba było, a nie trzeba było; a po co było… Po prostu w tej chwili rozpracowują to ludzie, którzy po prostu nie znają atmosfery tamtych lat, tych warunków, w których myśmy żyli. Wtedy w konspiracji byli przecież, nie wiem, nikt tego nie obliczył, ale chyba osiemdziesiąt procent narodu – to była jedyna możliwość wyzwolenia się z tego wszystkiego, jakiegoś przygotowania do życia potem.

  • Tylko szkoda, że się nie udało.

Tak, mój Boże, już na to wpływu nie mieliśmy, wszystko skończyło się strasznie i wszystko skończyło się rzeczywiście straszną tragedią, ale byliśmy pełni jakichś dobrych zamiarów, dobrych myśli w ogóle. Jeszcze pamiętam, jak byłam w Poznaniu w 1944 roku, trzy dni, jak dostałam zezwolenie na wyjazd, rozmawiałam z koleżanką, z którą chodziłyśmy razem od pierwszej klasy szkoły powszechnej, właśnie opowiadałam jej o Powstaniu, ona powiedziała do mnie: „Wiesz, jak ci zazdroszczę…”. Gdybym była u nas w Poznaniu, to by było niemożliwe. Tamten terror był tak straszny, że nie było w ogóle najmniejszej możliwości, żeby stosować jakikolwiek zbrojny opór czy tego rodzaju powstanie jak w Warszawie, to było w ogóle nie do pomyślenia. Ona mówi: „Nawet gdybym zginęła, to bym nie żałowała tego, bo przynajmniej bym coś robiła, a tutaj nie można, to jest po prostu straszny terror, ciężka praca, pogarda, poniżenie, w którym musimy żyć”. Wydaje mi się – trudno w tej chwili mówić – po prostu tak było, [inaczej] już nie będzie, jakiekolwiek spekulacje na ten temat niczego po prostu nie zmienią.
  • A pamięć musi trwać.

Pamięć musi trwać, oczywiście że tak. Pamięć musi trwać, jak musi trwać o wszystkich innych rzeczach, o tym też. Im dalej będzie odchodziło w przeszłość, tym bardziej będzie [potrzebna]. Mój Boże, sama pamiętam przecież, że dla nas, na przykład jak się uczyłam w szkole o powstaniu styczniowym, to teraz mniej więcej się czasem tak czuję, jak w stosunku do moich wnuków czy, powiedzmy, jeszcze młodszych od nich (moja najmłodsza wnuczka ma szesnaście lat); jak mój stosunek do powstańców z 1863 roku, to było mniej więcej ta sama odległość czasu.

  • To jest abstrakcyjne.

To już rzeczywiście trudno sobie to jakoś wszystko wyobrazić. Wprawdzie jest dużo materiałów, można się z tym zapoznać, można mieć pełną wiedzę o tym, ale to wymaga czasu, wymaga zainteresowania, przecież nie każdy ma na to czas ani ochotę.

  • Dziękuję pani bardzo.

Jeszcze jest suplement, zostawiłam go na koniec, dlatego że to jest fragment przeżyć. Część tych przeżyć powstańczych znalazła swoje wyjaśnienie czterdzieści lat później i to jakoś chciałam potraktować odrębnie. Był początek drugiej połowy sierpnia 1944 roku, pracowałyśmy w szpitalu elżbietanek. Pewnego dnia zaczęto przywozić do szpitala ludzi w strasznym stanie: poparzonych, popalonych, ciała pokryte były skorupą po poparzeniach. Wyglądali strasznie, ciała ich ropiały, odór ropy był straszny. Po prostu trudno było dać sobie radę z odorem, bo tych ludzi było wielu. Widok był okropny, trudno było zorientować się, co się z nimi stało, co ich doprowadziło do tego stanu i w ogóle w jaki sposób można im pomóc. Pamiętam, że w szpitalu nie było już miejsc i w jednej z sąsiednich willi zorganizowano specjalny oddział. Na pierwszym piętrze był duży pokój, właściwie sala. Oni leżeli na ziemi, na siennikach albo bezpośrednio na podłodze, zostałam skierowana na nocny dyżur, jeszcze razem z koleżanką. Jak tylko wchodziłyśmy do tej willi, to właśnie wszechobecny był potworny odór ropy w tym właśnie nasileniu, że trzeba było ogromnego wysiłku woli, że wszystko się buntowało, żołądek się buntował, płuca się buntowały, żeby jakoś dać sobie radę samemu przejść i w ogóle pracować w tym odorze.
Byłyśmy z nimi przez noc, to byli starzy mężczyźni, dzieci, kobiety. Myśmy przemywały ich rany, oparzeliznę roztworem nadmanganianu potasu, jakoś bandażowałyśmy to, nosiłyśmy wodę dla nich, żeby [mogli] się napić. Płakałyśmy razem z nimi, nie wiedziałyśmy w ogóle, co zrobić, żeby im ulżyć, bo to co widziałyśmy, to po prostu przechodziło ludzkie pojęcie. Tych poparzonych było kilkudziesięciu, może było ich stu? Nie mam pojęcia, ilu ich mogło być. Mam tylko w oczach wielką salę pełną ludzi leżących i cierpiących w sposób nieopisany, po prostu w jakiś diaboliczny sposób. Opiekowałyśmy się nimi mniej więcej do końca sierpnia, oczywiście na zmiany, bo przecież miałyśmy dyżury w różnych miejscach i w różnym czasie. To byli ludzie, od których nie można się było dowiedzieć, co im się w ogóle stało, że zostali do takiego stanu doprowadzeni.
Jeszcze kilka lat temu dostałam wspomnienia koleżanki z Kanady, która też pisze o tych właśnie ludziach. Po prostu tak byłyśmy nimi przejęte i tym ich strasznym, potwornym cierpieniem, że to był widok i wspomnienie, które nas nie opuszczało. Po wojnie ile razy spotykałyśmy się, to któraś zawsze pytała: „Czy pamiętacie tych poparzonych? Co to w ogóle było, co się potem z nimi stało?”. Jak szpital został zbombardowany, po prostu nie wiadomo było… Ich ostatnie losy nie były nam już wiadome. Tak trwało to kilkadziesiąt lat, przyszły lata osiemdziesiąte, zbliżała się czterdziesta rocznica Powstania Warszawskiego, pracowałam wtedy w redakcji „Zwierciadła”, miałam przygotować jakiś materiał na rocznicę Powstania i pracowałam w Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, która wtedy mieściła się w budynku sądów, w obecnej alei Solidarności. Szukałam różnych materiałów, dostałam mnóstwo teczek z jakimiś zdjęciami, z jakimiś protokółami i tak dalej. Przeglądałam to wszystko przez kilka dni i któregoś dnia, pamiętam, leżała na boku szara teczka. Jakoś sięgnęłam po [tę] teczkę, otworzyłam ją machinalnie i zorientowałam się w pewnej chwili, że mam przed sobą dokumentację dotyczącą tych ludzi, którymi opiekowałyśmy się i starałyśmy się ratować, [pracując] w elżbietankach, w budynkach, w których ich kładziono, jak już nie było miejsca w szpitalu. Oczom własnym nie wierzyłam, tych protokółów było bodaj siedem. Jeden z nich jest protokółem, który w najbardziej klasyczny sposób pokazuje wszystkie wydarzenia, które do tego doprowadziły.
Chciałabym protokół przeczytać, bo nie mogę go opowiedzieć własnymi słowami. Zaczyna się tak:
„Protokół. W dniu 4 sierpnia 1944 roku, piątek o godzinie trzynastej i pół, oddział niemiecki liczący kilkudziesięciu ludzi wtargnął na ulicę Olesińską na Mokotowie. Żołnierze uzbrojeni przeważnie w erkaemy i pistolety maszynowe oraz obwieszeni granatami ręcznymi, rozbijali granatami zamknięte sklepy od frontów domów, unikając przeważnie bram. Następnie kazano wszystkim mieszkańcom wychodzić na ulicę, mężczyźni z rękoma podniesionymi do góry. Zapędzono ludzi do domu numer 5 przy ulicy Olesińskiej i w łącznej liczbie około czterystu, pięciuset osób: mężczyzn, kobiet i dzieci różnego wieku, i starców napchano do suteryn o zakratowanych oknach, znajdujących się pod tym domem. Tłok był straszny. Człowiek stał przyciśnięty do sąsiada prawie bez możliwości ruchu. Przeczuwając najgorsze i formalnie dusząc się z u powietrza, paru mężczyzn będących najbliżej okien, przy pomocy wyrwanej nogi stołowej, zaczęło wyłamywać kraty w oknach, aby wydostać się na małe podwóreczko-ogórek otoczony murami wysokości około trzech metrów, znajdujący się na tyłach domu numer 5. Po paru minutach kraty były bądź wyłamane, bądź odgięte tak, że pojedyncza osoba mogła się przez otwór wydostać na zewnątrz. [Ludzie stojący] najbliżej okien zaczęli się przeciskać przez otwory. W tym samym zaś czasie zabrzmiały dwie detonacje granatów ręcznych i za chwilę trzecia. To »ukraińcy« rzucali granaty do suteryn. W tej samej prawie chwili odezwał się karabin maszynowy, umieszczony gdzieś wysoko na domu numer 51 przy ulicy Puławskiej. Znajdujący się na podwórku ludzie w ilości pięćdziesięciu, sześćdziesięciu osób i starający wydostać się przez mur na sąsiednią posesję od ulicy Grażyny, zaczęli padać rażeni celnymi kulami. Żywi zaraz padali na twarz. Bezczelny strzelec przy karabinie maszynowym strzelał dalej do leżących. Po kilku czy kilkunastominutowej serii strzałów żywi pozostali tylko ci, którzy wypadkowo dostali się do martwego kąta wytworzonego przez mur od posesji numer 3 przy ulicy Olesińskiej. W tym samym mniej więcej czasie rozległa się bardzo silna detonacja miny dynamitowej. Wybuch ten rozerwał od frontu cały parter, zrujnował sklepienie suteryn frontowych i przywalił gruzami znajdujące się tam około dwieście osób. Osoby znajdujące się w tylnych suterynach uniknęły tego losu, zostały tylko poranione bądź przez granaty ręczne, bądź przez odłamy ścian działowych, które się zawaliły. Gdy uspokoiła się pierwsza panika po czasie, paru mężczyzn z tylnych suteryn zapoczątkowało akcję ratowniczą, wyciągając w miarę możności rannych spod gruzów i porządkując tylne suteryny. O zmroku jeden z lekarzy będących [wśród] skazańców, zaczął opatrywać rannych. Po opatrzeniu trzech do czterech osób lżej rannych stwierdził, że praca jego jest bezcelowa i w ciągu nocy z 4 na 5 sierpnia ulotnił się z żoną. Na szczęście wśród ocalonych znalazł się drugi lekarz – kobieta, która z całą ofiarnością podjęła akcję pomocy rannym. W ciągu następnych dni znoszono rannych spod gruzów i z podwórza suteryny, którą możliwie uporządkowano. Rozłożono na gruzach znalezione deski jako łóżka dla rannych. Odprowadzano (o ile się dało) zalewającą z suteryny wodę z uszkodzonych rur wodociągowych. Jako bandaże stosowaliśmy prześcieradła z bielizny pościelowej, znalezione w opuszczonych mieszkaniach tego domu. Wykorzystano również znajdujące się lekarstwa oraz zapasy żywności jak: mąka, kasza, suchary i tak dalej. W tych warunkach przetrwaliśmy tydzień, po czym udało nam się skomunikować z naszymi władzami, które nadesłały środki opatrunkowe, lekarstwa i zajęły się stopniowym przenoszeniem rannych do szpitali.
Rezultaty masowej rzezi z dnia 4 sierpnia 1944 roku przedstawiały się następująco w liczbach oczywiście przybliżonych: czterdzieści parę trupów, około stu kilkunastu rannych i poparzonych oraz około sześćdziesięciu do siedemdziesięciu zdrowych lub lekko rannych. Ponad dwieście do dwustu pięćdziesięciu osób zabitych pod gruzami, których nie udało nam się wydobyć. Ze względu na gorącą porę, zaduch rozkładających się trupów oraz roje much żerujących na trupach (bo grzebać można było tylko w nocy) czyniły pobyt w suterynach bardzo ciężkim. Pokreślić należy, że posesja numer 5 przy ulicy Olesińskiej znajduje się niecałe pięćdziesiąt metrów od czynnej placówki niemieckiej przy ulicy Dworkowej i była ciągle pod obstrzałem cekaemu, a parę razy granatników. Kilkakrotnie w nocy słyszeliśmy kroki i głosy »ukraińców« od ulicy Olesińskiej, przeszukujących sąsiednie gruzy, i sądzę, że nas uratowała tylko zdemolowana sień wejściowa (bramy ten dom nie miał) i zaduch rozkładających się trupów. W tych warunkach grupa ludzi zdrowych i lekko rannych w ilości dwudziestu mężczyzn i kobiet z naszym lekarzem włącznie, którzy obiecali pozostać w suterynie aż do wyniesienia ostatniego rannego, przetrwała dwa tygodnie, to jest od 4 sierpnia do 19 sierpnia 1944 roku włącznie. Dnia tego wyniesiono ostatniego rannego i w ślad za tym porzuciliśmy suteryny. Trudno opisywać przeżycia nasze w tej posesji w ciągu długich piętnastu dni, gdy w każdej chwili można było oczekiwać okrutnej śmierci, męczarnie rannych, którym groziła gangrena, zwłaszcza paru okrutnie poparzonych osób, które miały twarze i ręce pokryte jednolitym twardym strupem. A dookoła nas z trzech stron paliły się posesje ulicy Olesińskiej. Spośród osób rannych zmarły około dziesięciu, tak ogółem pochowanych, zdaje się, przeszło pięćdziesiąt osób, w tej liczbie czworo dzieci lat trzy do pięciu, zastrzelonych z karabinu maszynowego.
Reasumując powyższe, należy podkreślić, że mord opisany powyżej musiał być szczegółowo obmyślony, w jaki sposób wymordować możliwie największą liczbę osób w możliwie najkrótszym czasie i przy użyciu minimum wysiłku. Rezultaty zawiodły o tyle, że dom numer 5 jako zbudowany z żelbetonu nie chciał się palić.
Protokół niniejszy sporządzony został 21 sierpnia 1944 roku w Warszawie i podpisany przez naocznych świadków i uczestników: Henryk Ziffer, Olesińska 13 mieszkania 21, Kazimierz Świderski, Olesińska 8 mieszkania 11, lekarz I. Dębska, Grażyny 12/4, Pużanowski Olesińska 8, podpis nieczytelny Olesińska 1, Żółtowska, Puławska 38, Wojtuchowicz Aleks.[ander?], Głowała Jan, Puławska 36. Ostatni podpis nieczytelny”. Dopiero w czterdzieści lat po tych przeżyciach najpierw ja, a później wszystkie poznałyśmy przyczyny i okoliczności, w jakich ci ludzie zostali doprowadzeni do takiego stanu, w jakich ich zastałyśmy.

  • Nie opowiadali wtedy?

Nie. Nie było na to czasu ani możliwości, szpital był ciągle pod obstrzałem, wszyscy byli tak ciężko chorzy i zmaltretowani – nie było po prostu warunków do tego, żeby cokolwiek na ten temat rozmawiać. Trzeba było ich ratować. Okazało się, że protokóły sporządzał (dotarłam później do tego) doktor praw. Doktor Franciszek Stoch był adwokatem w Lublinie i ukrywał się w Warszawie w czasie okupacji, jak dowiedział się zresztą nie tylko o tej zbrodni, bo o kilku innych jeszcze, po prostu chodził i sporządzał protokóły, zeznania naocznych świadków. Zmarł krótko po wojnie, te protokóły syn jego odnalazł dopiero w latach siedemdziesiątych i przekazał do Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. Natknęłam się na nie w latach osiemdziesiątych. Tak że cienie tych wszystkich strasznych przeżyć sięgały daleko w przyszłość.

  • Jeszcze się coś pojawi.

Na pewno jeszcze jest dużo rzeczy chyba niewyjaśnionych.

  • To był przypadek?

To był absolutny przypadek. Ktoś by na to pewnie się kiedyś natknął, z tym że nie miałby do tego takiego osobistego stosunku jak ja. Akurat przeżyłam, widziałam tych ludzi i ci ludzie to [byli jak] jakieś kukły ludzkie zawinięte w bandaże, cierpiące w sposób nieopisany. Tak się zdarzyło, że po prostu trafiłam na rozwiązanie tej zagadki, która nas, wszystkie ówczesne dziewczęta, które miałyśmy z tymi ludźmi kontakt, męczyła przez tyle lat. Nie wiadomo, ile z nich w ogóle przeżyło. W tej chwili to już jest nie do jakiegoś stwierdzenia, czy jeszcze [żyją]. Zresztą to było opublikowane w latach osiemdziesiątych, ale nikt nie zgłosił się, żaden z tych uczestników. Być może po prostu niewielu przeżyło.




Warszawa, 9 marca 2010 roku
Rozmowę prowadził Grzegorz Komosiński

Zobacz także


łączniczka

Zofia Nasierowska „Pobudża”, „Biały Warkocz”

Zofia z Dąbskich Nasierowska, byłam w Batalionie Szturmowym „Sokół”, którego...

więcej
plutonowy podchorąży

Zdzisław Jaworski „Ładnowski”

Zdzisław Jaworski. Urodzony 3 stycznia 1924 roku w Grodzisku Mazowieckim. Pseudonim „Ładnowski”....

więcej
cywil

Teresa Węgrzynowicz „Teresa”

Teresa Węgrzynowicz, z domu Hilde, urodzona 26 września 1930 roku. Proszę powiedzieć, gdzie pani...

więcej
strzelec, służby pomocnicze

Edmund Sułkowski „Dąb”

Urodziłem się we Lwowie 1 sierpnia 1924 roku na ulicy Grodeckiej. Tam moi rodzice mieli duże przedsiębiorstwo...

więcej

Maciej Nasierowski

Zofia Nasierowska „Pobudża”, „Biały Warkocz”