Wanda Maria Majewska „Ewa”, „Kalina”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Wanda Maria Majewska.

  • Jak pani nazywała się w czasie Powstania?

Nazwisko to samo oczywiście, a w konspiracji to miałam jakieś... no właśnie „Kalina”.

  • A pani nazwisko z domu?

Strynkiewicz.

  • A kiedy się pani urodziła?

Urodziłam się w Konstancinie.

  • A w którym roku?

Och, w 1923, zamierzchłe czasy.

  • Jak wyglądało pani dzieciństwo przed wybuchem II wojny światowej? Gdzie państwo mieszkali?

Już chyba w Warszawie, ale przedtem jednak w Konstancinie. Moi rodzice byli nauczycielami i wykładali w takiej szkole zorganizowanej przez papiernię Mirków. Potem, jak papiernia jakoś upadła, podupadła, przenieśli się do Warszawy, gdzie ojciec kontynuował swoją pracę jako nauczyciel. Zwłaszcza interesował się oświatą dla trudnej młodzieży.

  • Czy pani miała rodzeństwo?

Nie, byłam jedynaczką.

  • Czy pani uczyła się przed wybuchem wojny, przed trzydziestym dziewiątym rokiem?

Tak.

  • Do jakiej szkoły pani wtedy chodziła?

Jeden rok spędziłam w Konstancinie, w szkole, w pierwszej klasie, a potem w Warszawie.

  • Czy pani pamięta, gdzie ta szkoła się mieściła?

Mieściła się na ulicy Otwockiej. Tam był taki ośrodek, właściwie dla nauczycieli, dom nauczycielski, a potem byłam w Gimnazjum i Liceum Marii Skłodowskiej-Curie. Z tym że z chwilą wybuchu wojny rozpoczęły się tajne komplety. I te dwie ostatnie klasy licealne spędziłam, ucząc się na kompletach.

  • Czy i jak pani zapamiętała wybuch II wojny światowej, wrzesień trzydziestego dziewiątego roku?

Wie pani, trudno mi na to pytanie odpowiedzieć. Z jednej strony jakbym była przygotowana na to, ale zawsze był to jakiś duży szok i nie wiadomo było, jak to się wszystko potoczy. Wszyscy się na ogół cieszyli, że szkoły nie będzie przez jakiś czas, ale to już jest taka żartobliwa dygresja.

  • Czy pani rodzina poniosła jakieś straty w wyniku działań wojennych w trzydziestym dziewiątym roku?

Nie.

  • Czy dom nie został zburzony?

Nie.

  • Nie pamięta pani żadnych strat?

Nie, po prostu nie.

  • Gdzie państwo mieszkali w czasie okupacji?

W czasie okupacji, kiedy Praga i ten okrąg, w którym myśmy mieszkali, zrobił się jakiś bardzo niebezpieczny, przenieśliśmy się chwilowo do przyjaciół, do państwa Strzemboszów (którzy są jako nazwisko też znani) na parę miesięcy, na ulicę... Albo to była Służewska, albo Natolińska, w każdym razie w okolicach placu Zbawiciela.

  • Gdzie państwo mieszkali po tych kilku miesiącach?

Wróciliśmy do siebie do domu.

  • Na ulicę Otwocką?

Tak.

  • W jaki sposób pani utrzymywała się w czasie okupacji?

Ze swoich skąpych zasobów utrzymywali mnie rodzice. Ojciec już nie mógł pracować jako nauczyciel w sposób otwarty, więc pracował na tajnych kompletach. Mama zajmowała się domem oraz tak jak wiele pań, zajmowała się różnymi sprawami, żeby móc się utrzymać. Między innymi sprzedawała beczki do kiszenia kapusty, co było niesłychanie modne, bo wtedy wszyscy chcieli kisić kapustę, żeby mieć na wszelki wypadek, bo zdrowe i tak dalej. A zainspirował to mój stryj, który był wysokim urzędnikiem na kolei. Oczywiście jako zajmującego wyższą pozycję na kolei natychmiast go zwolnili i wtedy nagle wpadł na pomysł właśnie handlu tymi beczkami, co było dosyć zabawne w zestawieniu z moją mamą, która była osobą kruchą, szczuplutką i nigdy w życiu nie miała do czynienia z handlem. No ale robi się wszystko, co można, żeby przetrwać.

  • Czy pani pracowała w tym czasie?

Ja pracowałam kiedyś tam jako przedszkolanka, po prostu żeby mieć ausweisy w stosunku do Niemców. Potem pracowałam w jakimś sklepie z kapeluszami, co szło mi bardzo niedobrze, ponieważ nie potrafiłam wpierać, że komuś jest dobrze w kapeluszu, jeżeli było mu bardzo źle. Poza tym coś tam handlowałam jakimiś pończochami, znaczy jako taki domokrążca. Dawałam korepetycje, bo byłam bardzo dobra z łaciny, więc miałam duże powodzenie jako korepetytorka.

  • A czy sama pani uczyła się w tym czasie?

Oczywiście, chodziłam na tajne komplety.

  • Gdzie były zorganizowane te komplety? Kto je prowadził?

Słucham?

  • Kto prowadził te zajęcia?

Moi dawni nauczyciele.

  • A w którym miejscu?

Och, w różnych miejscach Warszawy. Na Ochocie, na Pradze, w Śródmieściu. Tam gdzie były jakieś wolne lokale.

  • Jak liczne były grupy na tych kompletach?

No, cztery, pięć osób.

  • Ile klas pani skończyła w ramach tajnego nauczania?

Zrobiłam maturę w czasie okupacji, zdając ją w Instytucie Weterynarii, bo tam udzielono nam po prostu salę.

  • Czy pani zetknęła się z konspiracją w czasie okupacji?

Tak. W czterdziestym pierwszym roku mój kolega, można powiedzieć, z podwórka, syn nauczycielki, z którym byłam zaprzyjaźniona (to był mój starszy kolega), zaproponował mi wstąpienie do „Szarych Szeregów”. Ponieważ ja przed wojną byłam harcerką, no więc było to zupełnie oczywiste, że właśnie tę organizację wybiorę.

  • Na czym polegała pani działalność w „Szarych Szeregach”?

Byłam drużynową drużyny kobiecej, zajmowałam się szeroko pojętym szkoleniem, to znaczy nie tylko... No, właściwie to mi może najmniej odpowiadało i bardzo się cieszyłam, jak potem przeszłam jakby stopień wyżej, do tak zwanych Szkół Bojowych. Potem te „Szkoły Bojowe” zmieniły nazwę na „Grupy Szturmowe”. Ponieważ tam był już wtedy troszeczkę inny sposób pracy, bardziej wystawiony na pierwszą linię frontu, jeśli mogę to tak określić, [to był] bardziej dla mnie interesujący niż takie typowo harcerskie zajęcia, gdzie mówiło się raczej o... No, trochę odbiegało się od czasów wojny – uczyło się kultury osobistej czy coś w tym sensie.

  • Gdzie pani prowadziła tę drużynę, tę grupę? W jakim rejonie Warszawy?

Na Pradze, na Pradze.

  • Dużo osób należało do tej organizacji?

Nie. To zawsze były bardzo małe grupy. Nie można było w dużych grupach się spotykać, ponieważ to było podejrzane.

  • Gdzie państwo się spotykali? Czy pani pamięta miejsca?

W bardzo różnych miejscach. Czasami nawet u mnie, ponieważ tak się składało, że ten dom zamieszkały przez nauczycieli był zajęty przez Wehrmacht, co nas w pewnym sensie bardzo ratowało, ponieważ przed wejściem stał wartownik, niby sprawdzał ausweis, ale nie zawsze, jeżeli kogoś znał. Jednym słowem każdy z mieszkańców tego domu musiał oddać jeden pokój na potrzeby wojska, tak że, można powiedzieć, najciemniej pod latarnią. Więc czasami to nawet się odbywało u mnie. Nie zawsze to się kończyło dobrze, no ale...

  • I od czterdziestego pierwszego roku pani zajmowała się taką działalnością?

Tak.

  • Czy ktoś z rodziny również prowadził działalność konspiracyjną?

Oczywiście. Mój ojciec prowadził tajne komplety dla uczniów. Poza tym nie wiem, co jeszcze, dlatego że...

  • Jak nazywał się pani ojciec?

Ludwik Strynkiewicz. Jego życiorys jest zresztą w archiwum na Starym Mieście.
  • Czy zetknęła się pani z nielegalną prasą w tym czasie?

Oczywiście, wszyscy czytaliśmy nielegalną prasę.

  • Czy pani pamięta niektóre tytuły?

Wie pani, trudno mi teraz sobie przypomnieć, ale było ich parę. W każdym razie czytałam te najbardziej interesujące. Poza tym całe moje środowisko miało do czynienia z nielegalną prasą i po prostu przekazywało się. W ten sposób zginęły na Pawiaku moje dwie koleżanki z gimnazjum. Weszli Niemcy i zastali je w momencie, kiedy one segregowały, rozdzielały to. Były tam trzy osoby, one dwie i jeszcze chyba dwóch chłopców. Zgarnęli ich na Pawiak i one zostały rozstrzelane.

  • Czy pani pamięta ich nazwiska?

Tak, Dorota Kubiczek i... chwileczkę. No widzi pani, w tym momencie zrobiła mi się biała plama.

  • W takim razie przejdziemy dalej. Gdzie panią został wybuch Powstania Warszawskiego?

Miałam punkt mobilizacyjny w Warszawie, w Śródmieściu na ulicy albo Natolińskiej, albo... Tam mieszkał nasz kolega, którego rodzice mieli duże mieszkanie, więc tam parę osób było. W okolicy też mój pluton był przeniesiony, bo po całej Warszawie byliśmy rozstrzeleni, mimo że nasza przynależność to była Praga. I kiedy 1 sierpnia (oczywiście pamiętam to bardzo dobrze) zostałam wysłana z meldunkiem na Pragę i kiedy przyjechałam na Pragę, załatwiłam co trzeba, wpadłam na moment do rodziców i w tej chwili przyszedł goniec do mojego ojca, który powiedział, że na dziś został wyznaczony termin Powstania o godzinie piątej. A to była godzina gdzieś wpół do trzeciej. Wobec tego rzuciłam to wszystko, pożegnałam się z rodzicami i ruszyłam do miasta, tam gdzie miałam ten swój punkt mobilizacyjny, żeby zdążyć, bo wszyscy uważaliśmy, że Powstanie potrwa ze trzy dni i nie daj Boże ktoś się spóźni. Tymczasem oczywiście potoczyło się to zupełnie inaczej. Tam spotkałam się z moimi kolegami, którzy byli rozlokowani w sąsiedztwie. [Zastanawialiśmy się], co dalej robić, bo musieliśmy się zgłosić do jakiejś grupy, co przyszło oczywiście bardzo łatwo. W ten sposób dotarłam przez Kruczą, Aleje Ujazdowskie do tej grupy, która nie wiem, nie pamiętam, jak się wtedy nazywała. Trudno powiedzieć, że to było Warszawa Śródmieście Południe, bo potem ta nazwa jakoś została nadana. Nawet nie pamiętam, do kogo, ale oczywiście w jakiś sposób, bardzo udokumentowany, mogliśmy się przedstawić i zostaliśmy rozdzieleni, od razu dostaliśmy przydziały do poszczególnych grup. Ale wszyscy mniej więcej w tym rejonie. Czyli ja byłam... Same „Szare Szeregi”, czyli moja organizacja macierzysta, znalazła się w bardzo wielu punktach Warszawy, bo tak były rozlokowane, tak były ustanowione te punkty mobilizacyjne. To nie było w jednym miejscu, w jednej dzielnicy, tylko w różnych, więc część była na Woli, część była na Starym Mieście. Myśmy znaleźli się nagle w Śródmieściu, oddzieleni od nich, co było oczywiście dosyć przykre z początku, bo wszyscy byliśmy jakoś niezmiernie związani emocjonalnie z tą grupą, z którą byliśmy kilka lat w konspiracji. Nie znając swoich nazwisk, no bo była to konspiracja, ale w każdym razie znaliśmy się na pewno z różnych akcji czy spotkań...
Do Sękocina się jeździło na [ćwiczenia]. My kobiety, dziewczęta jeździłyśmy jako ochrona, no bo mniej rzucałyśmy się w oczy. No a oni... Oczywiście jest głupotą najwyższą ten film Glińskiego, gdzie pokazują właśnie ten Sękocin (tak mi się wydaje, bo mi to jakoś bardzo blisko brzmi), gdzie harcerze zdejmują płaszcze, ubierają się w mundury, kładą mundurki, stają w szeregu i składają przysięgę. Bzdura kompletna, bo nigdy tak nie było. Przysięgę składało się, owszem, na sztandarach niemieckich, które leżały na podłodze, ale to było parę osób, dwie, trzy, cztery góra, ale nie w szeregu, nie… No więc to jedno z przekłamań, których na szczęście we wczorajszym filmie (przepraszam, że nawracam), nie było nic takiego. I w ten sposób zostałam tam przydzielona do Batalionu „Miłosz”, kompanii „Bradl”.

  • Kto był pani dowódcą?

Moim bezpośrednim dowódcą w pierwszym okresie był chyba kapitan „Bradl”.

  • Jak pani zapamiętała dowódcę? Czy miała pani okazję spotkać dowódcę i jak go pani zapamiętała? Jak go pani pamięta teraz?

Że był nieprawdopodobnie odważny. Inteligentny, odważny. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Natanson-Leski. Człowiek niezwykle odważny i w czasie konspiracji... Napisał zresztą bardzo interesującą książkę. Zapomniałam w tej chwili tytułu, ale książka jest po prostu pasjonująca i niesłychanie prawdziwa. Oddaje jego rzeczywisty obraz jako człowieka, jako…

  • Jakie zadania miała pani wykonać w oddziale?

Takie, które wynikały z potrzeby dorywczej, każdej. Siedziałyśmy na przykład... To było pierwszego chyba dnia Powstania albo drugiego, może drugiego, bo już byłam wtedy na Kruczej. Siedziałam razem z kilkoma łączniczkami i poszła pierwsza, została wezwana, żeby coś zrobić. Wyszła i bardzo szybciutko nie tyle wróciła i co ją wrócono, to znaczy przyniesiono ją nieżywą. A trwało to naprawdę parę minut. Więc to był pierwszy obraz tego, co nas czeka jako sanitariuszki. W tym konkretnym wypadku nie dało się nic zrobić, ponieważ snajper zastrzelił ją od razu.

  • Czy pani pamięta jej nazwisko?

Nie, nie. Była to krótka rozmowa przed jej wyjściem, przed jej śmiercią, przed tym wypadkiem w ogóle.

  • W jakim rejonie pani działała?

No więc najpierw na Kruczej, potem nam kazano przenieść się w Aleje Ujazdowskie, tam gdzie był jakiś czas Dom Lekarza, za Królową Jadwigą. Tam był główny sztab i tam był „Sławbor”, czyli Szczurek nazywał się, nie pamiętam imienia, no i cała nasza góra. Myśmy byli rozlokowani na ulicach sąsiednich, na Wiejskiej. Potem w miarę potrzeby, jeżeli zachodziła jakaś konieczność, to wtedy przenosiliśmy się na [ulicę] Nullo, do tych willi położonych na wzgórzach, koło placu Zbawiciela. Ciągle mieliśmy do czynienia z głuchoniemymi, ponieważ tam jest nadal Instytut Głuchoniemych, więc oni też brali udział w Powstaniu i właśnie przez ich tereny przechodziło się, jak musiałyśmy iść na Czerniaków. No bo to tak było.

  • Jakie wydarzenia utrwaliły się w pani pamięci z tego okresu? Czy pani widziała akcje bojowe Powstańców?

Wie pani, myśmy nie miały broni, bo większość, nie tylko dziewczęta, ale również chłopcy nie mieli tej broni. Albo zdobywali ją, albo… Była cała podziemna fabryka, tych... nie szrapneli tylko... jednym słowem butelki samozapalające, który nosiłyśmy, donosiłyśmy. No, to trudno rozgraniczyć te rzeczy. Tam ktoś napisał, że jakaś łączniczka... Czytałam w Gazecie Wyborczej, że kobiety były jakoś, nie to że uprzywilejowane, tylko wręcz przeciwnie, jakby pominięte, bo myśmy nie miały w ręku parabellum, nie miałyśmy tego… To jest po prostu idiotyzm, dlatego że takich ludzi bez broni w Powstaniu było dużo więcej. Nigdy nie czułam się gorsza, bo wiedziałam, że mam swoje odcinki do wykonania i każdy tak miał. A to się chodziło po rannych i przenosiłyśmy ich do szpitala, który był na Mokotowskiej 57, o ile pamiętam (ten dom jeszcze jest). I tam w piwnicach był szpital, dosyć duży. To była dosyć niby prosta sprawa, przejść przez Aleje Ujazdowskie, ale z drugiej strony, w Sejmie byli Niemcy. No więc szło się takimi kanałami, no i tak... Były różne zajęcia.

  • Czy dużo kobiet było w pani oddziale?

Tak, tak... Trudno mi powiedzieć [ile].

  • A czy stykała się pani z cywilami?

Oczywiście.

  • Jaki był stosunek cywilów do Powstańców?

W pierwszych dniach Powstania był po prostu fantastyczny. Ludzie otwierali przed nami wszystko, spiżarnie, sypialnie z pościelą, no absolutnie wszystko. Był bardzo dobry. Moim zdaniem – to z czym ja się zetknęłam –stosunek ludności cywilnej był godny najwyższego podziwu. Dlatego że nigdy się nie zetknęłam z tym, żeby ktoś przy mnie, jak szłam przez piwnicę, żeby ktoś jęczał, narzekał, chociaż były rzeczywiście... To jest prawdziwe bohaterstwo ludności cywilnej, która znosiła to wszystko. Bo myśmy to znosili, bo dla nas to było „cześć i chwała”, ale oni siedzieli w piwnicach, z małymi dziećmi, bez jedzenia często. No może jakieś zapasy ktoś miał, ale było bardzo ciężko prawie od samego początku, a im bliżej końca, tym gorzej. Nigdy się nie zetknęłam z taką jakąś uwagą, że: „Co wy robicie?”. Nie było tego podziału.

  • A czy zetknęła się pani z Niemcami?

W jakim sensie?

  • Czy przebywali w otoczeniu, gdzieś w okolicach, gdzie pani była?

Oczywiście. Kiedyś wyszłam na ulicę, czego nie wolno było robić, ale w przeciwnym wypadku musiałabym przejść po gzymsie domu, a miałam lęk wysokości. Wyszłam na ulicę i myślałam, że uda mi się te pięć metrów przelecieć, ale mi się niezupełnie [udało], znaczy udało mi się w efekcie, ale z początku nie, bo nagle zaczął strzelać do mnie snajper z ulicy, z Alei Ujazdowskich. Tak że może nie chciał mnie nawet zabić, może był jakiś młody, może uznał, że takiej młodej dziewczyny nie będzie… W każdym razie tak naokoło, naokoło i potem jakoś tam przez wybitą szybę przedostałam się, więc skończyło się to. To był mój taki bezpośredni kontakt z Niemcem. Inne kontakty z Niemcami to miałam takie wizualne, bo widziałam, jak nasi prowadzą jeńców niemieckich. No, była to duża przyjemność.

  • A czy słyszała pani o okrucieństwach Niemców wobec ludności?

Tak, tak, tak. Syn i mąż mojej znajomej, znajomej mojej matki, przyjaciółki został złapany na ulicy i był w grupie pędzonych przez Niemców, którzy byli pędzeni w takiej wielkiej grupie jako... nie wiem, jak to nazwać... nie osłona niczyja. Po prostu była to ludność cywilna jakby, która miała powstrzymać [Powstańców, ułatwić] pochód Niemców do tych dzielnic, które oni chcieli natychmiast opanować. W Powstaniu to trudno było nawet rozdzielić, dlatego że… W tym filmie [„Powstanie Warszawskie”] bardzo dobrze oddane jest, że oni wszyscy biegają, biegają, bo tam były odcinki jakieś dziesięciometrowe, bardzo niebezpieczne, a potem nagle nastąpiły odcinki dziesięciometrowe, gdzie można było [przejść] spokojniej, ale na ogół każda ulica była pierwszym frontem. Nie można powiedzieć, że tam było gorzej czy tam było lepiej. Wszędzie było niebezpiecznie. No ale myśmy byli tak młodzi i pewno pozbawieni trochę wyobraźni.

  • Czy docierały do pani informacje, co się dzieje w innych punktach Warszawy?

Tak, tak. Nie bezpośrednio, ale moje koleżanki dostawały jakieś wiadomości. Istniała przecież Harcerska Poczta Polowa. To znaczy to nie było jakieś nagminne ani bardzo częste, ale jedna wiadomość w czasie Powstania, dwie wiadomości, no to już było czymś bardzo ważnym. Mieliśmy wiadomości. Poza tym była prasa. Były komunikaty radiowe, co się dzieje w innych dzielnicach, więc myśmy byli zorientowali oczywiście.

  • Czy pani pamięta tytuły prasy?

Oj, nie. Były to pewno takie bardzo sztampowe tytuły.
  • A jak wyglądało życie codzienne w czasie Powstania. Chodzi mi o wyżywienie, noclegi.

Proszę pani, jak się nie było wysłaną z jakimś meldunkiem czy z jakimś określonym [zadaniem], to się spało, bo byliśmy wszyscy bardzo, bardzo zmęczeni. Bo czy to była noc, czy dzień, to wszystko jedno, jeżeli trzeba było gdzieś iść, to się szło. Więc potem się spało. A spało się byle gdzie. Pierwszą noc na tej Kruczej to spałam bardzo... to był „świetny” wypoczynek. Spałam na ogromnej gromadzie potłuczonego szkła, bo akurat to była jakaś kawiarnia, tam dużo szkła, potłukło się i bardzo mi się dobrze spało.

  • A wyżywienie?

Na początku były te kuchnie polowe, od razu była zorganizowana przy każdym oddziale jakaś taka kuchnia, no więc było. Potem było coraz gorzej, bo było coraz mniej żywności. Żeby tę żywność zdobyć, to właśnie wielokrotnie przeprowadzałam gromady cywilów na Czerniaków. Bardzo tego nie lubiłam, ponieważ jak wiadomo, musiałam iść pierwsza jako przewodniczka tych grup, więc wiadomo było, że mnie oszczędzą, nie zdążą. Natomiast co z resztą, no to różnie mogło być. I nie przypominam sobie, żeby z tych moich grup ktoś zginął w czasie tego [przechodzenia]. Wszyscy mieliśmy nogi obwiązane, buty obwiązane szmatami, ponieważ szło się… O Jezu, jak ta ulica się nazywa od placu Zbawiciela, Czerwonego Krzyża? Tam w stronę tych szpitali, w stronę Czerniakowa. I tam był jeden bardzo, ale to bardzo niebezpieczny odcinek. Dosyć długi, gdzie trzeba było iść ulicą w dół. Bo tak to się chodziło właśnie przez „Głuchoniemych”, ale właśnie wtedy jakoś nie można było, bo YMCA była zajęta. Jednym słowem nie można było i trzeba było iść tą ulicą, a naprzeciwko, po drugiej stronie był szpital Świętego Łazarza i tam byli Niemcy. Więc oni jak słyszeli… Chodziło się tylko nocą, [mając] owinięte buty szmatami, żeby nas nie było słychać, no bo jednak szło kilkanaście osób. No a potem, jak się ten niebezpieczny odcinek przekroczyło, no to już dalej szło się takimi ogrodami na górze, na wzgórzu. To było cudownie piękne, bo to było przecież tak piękne lato początkowo i tak pachniało to wszystko takim dojrzałym, wie pani, upałem. Wie pani, Powstanie to jest dla mnie część obrazów, część zapachów, część odgłosów. To jest coś, co zostaje już na całe życie. No więc to właśnie było tak – tak pachniało, cudownie pachniało latem. No i tam się szło… Nawracam, bo pani pyta o żywność. Więc szło się do „Kryski” (znane na pewno nazwisko), gdzie było mnóstwo łączniczek. To nie był bezpieczny odcinek, ponieważ prawie wszystkie łączniczki albo straciły nogę, albo straciły rękę, albo zostały zabite. No, jednym słowem, było ich dużo i każda, która tam przyszła, to w jakiś sposób ginęła albo ulegała wypadkom. A koło „Kryski” były ogromne jakieś magazyny Społem, z kaszą, z jakąś taką żywnością. Więc ci ludzie, którzy szli, których myśmy prowadziły, to mieli worki na plecach, dostawali tę żywność i z powrotem wracali, również w nocy. I „Kryska” obdarowywał nas cukierkami, bo tam też były, żeby się lżej i przyjemniej wracało. I kiedyś ja zgubiłam opaskę, co było dla mnie, [właściwie] dla każdego było straszną rzeczą, bo to była taka no... świętość jakaś. A ja tę opaskę zgubiłam w czasie tej drogi i postanowiłam, ponieważ zawsze w życiu byłam ryzykantka, czy mądrze, czy pewnie mniej mądrze, to poszłam sobie w dzień, no bo w nocy nie mogłam znaleźć tej [opaski]. Oczywiście nie znalazłam tego, natomiast widziałam różne inne rzeczy, mniej przyjemne. No a z tych średnio przyjemnych to pełno papierków po cukierkach, bo każda z tych łączniczek jak wracała, dostawała garść tego. Bo wracałyśmy same. Tamci zostawali, bo musieli załadować to wszystko i następna osoba dopiero ich odbierała. No więc tak to wyglądało.

  • Czy można było korzystać swobodnie z wody?

Och, nie. Widziałam sama moją koleżankę, która się myła dumnie jedną szklanką wody. I mówiła, że też można. Ja się potem do tego przyzwyczaiłam, jak byłam w obozie. Od brudu nikt nie umarł.

  • A jaki strój pani nosiła?

Poszłam do Powstania w sukience letniej, bardzo ładnej (nawet pamiętam do dziś i żałuję jej), oraz w butach na koturnach, w sam raz odpowiednich na te gruzy. No ale wiadomo było, że... Może nawet miałam inne buty, tylko na Słupeckiej, [właściwie] nie na Słupeckiej, tylko przy placu Zbawiciela, u tych znajomych. Nie wiem. W każdym razie w Powstaniu miałam i biegałam na tych wysokich koturnach. Każdy chodził w tym, co miał. Oczywiście marzeniem było mieć… Ci ze Starówki mieli jakieś czy poniemieckie, czy coś na kształt takiego bardziej wojskowego stroju, to myśmy wszyscy bardzo im zazdrościli. A myśmy chodzili… No jak ktoś coś miał, starał się, żeby to uwojskowić, ale nie przychodziło to łatwo. Ale było ciepło, było… No w ogóle nie wiem, nie zwracało się na to uwagi.

  • Z kim pani przyjaźniła się w tym czasie?

Z wszystkimi. Tam nie było czasu na jakieś zaprzyjaźnianie się głębokie i trwałe, powiedziałabym. Nie no, może trwałe to tak, ale nie było czasu na to. Tam wszyscy byli ze sobą zaprzyjaźnieni.

  • Czy był czas wolny?

Nie. Jak był czas wolny, to się spało.

  • Czy spotkała się pani z przejawami życia religijnego?

No raz, w sposób dosyć nieprzyjemny dla mnie, jak było bombardowanie Królowej Jadwigi… To znaczy inaczej powiem. Były pogrzeby, były śluby. Na ślubie to akurat żadnym nie byłam, ale oczywiście na pogrzebach to byłam parę razy. Chowano na ulicy Matejki. Tam był taki placyk, skwerek i tam sporo moich przyjaciół zostało pochowanych, no więc oczywiście wtedy był ksiądz i tak dalej. Być może były… Właśnie tego nie mogę sobie przypomnieć, czy były jakieś niedzielne msze, ale chyba… Ja sobie tego nie przypominam, więc może po prostu nie można było iść zawsze, bo człowiek miał jakieś inne zadania do wykonania. No nie wiem. Tak jakoś na co dzień nie pamiętam. Natomiast oczywiście w ważnych momentach ci księża się pojawiali. Był tam na tym terenie ksiądz Warszawski, cudowny jezuita, który potem był z nami w obozie. Ale poza tym to ja… No nie wiem. Moi koledzy na pewno pamiętają, co to był za ksiądz, który tam przychodził. Oczywiście ludzie śpiewali, wszędzie były kapliczki w domach cywilnych, śpiewali pieśni religijne wieczorami. Ale też nie, bo… Przepraszam, wracam do tego filmu, co mi się bardzo podobało – pokazana jest cisza w Powstaniu. Bo ja zawsze sięgając pamięcią, myślałam, że tam bez przerwy coś się dzieje, wybuchy, wie pani, nie wiem, domy się walą. A to nieprawda, tam była cisza. Cisza była nakazana, po prostu nie wolno było, bo zdradzało się wtedy miejsce, w którym się siedziało, a te miejsca były jedne obok drugiego, tu Niemcy, a tu my, więc dzieliły nas ulice, chodniki. Każdy punkt był niebezpieczny, więc widocznie domagano się, żeby była cisza. I tylko w tej ciszy... To, co pamiętam, to przerażało okropnie, to były te tak zwane… myśmy to nazwali „szafy”, a gdzie indziej to nazywali „krowy”.

  • Tak.

Coś takiego. Taki jakby jakiś potworny mechanizm nakręcany... nakręcany... nakręcany. I wiadomo było, że jak się nakręci, to za chwilę będzie straszny wybuch i nie wiadomo, gdzie [spadnie, uderzy]. To były te wielkie niemieckie… Och, jestem atechniczna i nie wiem, jak to nazwać, ale jakieś takie ogromne machiny, którymi tam strzelano. I to było bardzo niebezpieczne, jeżeli trafiło oczywiście w dany punkt. Ale nigdy nie było wiadomo, czym się skończy to nakręcanie i to było bardzo nieprzyjemne. Ale nie było też takich śpiewów, jakichś takich jak pierwszomajowe śpiewy czy coś takiego. Była cisza, złowroga cisza.

  • Co jest pani najgorszym wspomnieniem z Powstania?

Widziałam rannych. Sama niosłam na noszach takiego rannego, który nie bardzo sobie nawet zdawał sprawę z tego, co mu jest. I ja spojrzałam na jego rękę, a ta ręka była… Wie pani, pierwszy raz zobaczyłam coś podobnego, taką ranę. Rozwalone wszystko, mięśnie, wystające kości. To była ta kula dum-dum, takie Niemcy stosowali, naszpikowana rozmaitymi takimi ostrościami. No nie wiem, jak to nazwać. Ale nie o tym.
Moja córka wspominała, bo kiedyś opowiadałam jej, że było bombardowanie Królowej Jadwigi, bardzo, bardzo silne i było mnóstwo rannych. No i przynosili potem do sąsiedniego domu. I ci ranni byli tacy, jak wiele lat później w Pompejach widziałam, pokryci szarością od stóp do głów, twarz, ręce, wszystko, ubranie – jedna szarość. Ksiądz przyszedł ze mną, bo musieliśmy identyfikować w miarę możliwości te osoby, zapisać coś, kto to mógł być, no bo [byli] bez dokumentów, bez niczego. No więc ksiądz mi kazał najpierw zdjąć obrączkę, no bo to mógł być jakiś ślad. Co nie przyszło łatwo. Przypomniałam sobie gdzieś z jakiejś literatury, że się smaruje czymś tam, żeby to łatwiej zsunąć, ale było to trudne. No i ksiądz w pewnym momencie mnie zostawił samą. I wtedy bardzo mi było nijako tam być. Nie dlatego, żebym się bała, ponieważ byłam tak przyzwyczajona do trupów zmarłych, że nie było to dla mnie jakimś [problemem]. Ale ta wyjątkowość tej sytuacji, ta kobieta, która była dość młoda na pewno, no bo trudno było powiedzieć, i dosłownie tak jak ci odnalezieni w Pompejach, tak to wyglądało. No ale to wszystko jakoś tam ściągnęłam, opisałam tę obrączkę. Przyszedł ksiądz, zabrał i mówi: „No to teraz chodź – czy mówił „pani” – do tego naszego punktu sanitarnego”. I tam moja koleżanka, która była już prawie lekarką, mówi: „No to dam ci coś się napić”. A był to czysty spirytus. Ale rzeczywiście muszę powiedzieć, że jest to ratunek w niektórych sytuacjach. Bo nie wiem, może po tym wszystkim dostałabym histerii czy coś, a tak... Tak że nie mogę pani odpowiedzieć na to pytanie w sposób jakiś konkretny, co było dla mnie najgorsze. Wszystko było najgorsze albo wszystko było najlepsze. Było wszystko. Cały czas się żyło, tylko żyło się w takim uniesieniu. A młodzi ludzie, w odróżnieniu od starszych, co też jest w tej chwili dla mnie zrozumiałe... Bo gdybym miała za sobą pozostawione małe dziecko, to bym prawdopodobnie inaczej podchodziła. A tak to żeśmy się nie bali, bo pchał nas ten zapał, to przeświadczenie, że robimy to, na co czekaliśmy tyle lat. No, rozpaczliwa była sytuacja, jak ogłoszono kapitulację.

  • Czy do pani docierały informacje, co dzieje się z pani rodziną, z pani rodzicami?

Żadnych, żadnych. I to bardzo, bardzo mnie martwiło, ponieważ zdawałam sobie sprawę, że cała Warszawa płonie. Nie wiadomo, oni nie wiedzą, gdzie ja jestem, oni nie wiedzą, czy ja żyję. Zresztą nawet po zakończeniu Powstania przez kilka miesięcy nie wiedzieli, co ze mną jest, bo na przykład [inni] opowiadali, że zginęła albo „Ara”, czyli moja przyjaciółka, albo ja. Ale nie wiedzą, która. Rzeczywiście nie tyle zginęła „Ara”, tylko została dwukrotnie bardzo ciężko ranna i w powrotnej drodze, przy wywożeniu z rannymi, umarła. No wiec żadnej wiadomości nie miałam długo, długo.

  • Rodzice w czasie Powstania cały czas przebywali na Pradze?

Tak. A oni bardzo długo [nic nie wiedzieli], bo pierwszą wiadomość mieli już po zakończeniu wojny, po moim obozie, w czasie bytności w Belgii.

  • Kiedy pani opuściła Warszawę?

Myśmy opuścili Warszawę, zdaje się, jako ostatnia grupa. Bo to było, nie powiem dokładnie, ale albo czwartego, albo piątego. Ja tu sobie nawet chyba zapisałam, ale nie wiem, 6 października może, nie wiem. I tu był taki pierwszy, okropny szok, muszę powiedzieć.
  • Dlaczego?

Ponieważ w Kostrzyniu (to się nazywało Küstrin czy coś takiego, a to jest nasz Kostrzyn) jechałyśmy tymi wagonami bydlęcymi. Nie tak ciasno upchnięte, jak jechali do obozów koncentracyjnych, bo jednak nas tam było... Właśnie nie wiem, nas było pięćdziesiąt, czy do koncentracyjnych obozów pięćdziesiąt ładowano do jednego wagonu. W każdym razie myśmy mogły siedzieć w kucyki albo nawet trochę się położyć. Oni oczywiście nie dawali ani jeść, ani pić na razie. I gdzieś tam pod tym... a te pociągi się wlokły i wlokły.
I wreszcie w tym Kostrzyniu zatrzymano [nas] i powiedziano, że idziemy na dezynfekcję, że wszystkie rzeczy mamy zostawiać. Co już było bardzo niedobre, bo wszystkie brałyśmy trochę jakichś ciepłych rzeczy czy coś z tych różnych, pozostawionych przez innych ludzi. No i pędzono nas do jakiegoś pomieszczenia, gdzie była wielka łaźnia. Ukraińcy – moje pierwsze i jedyne zetknięcie z Ukraińcami – kazali nam się rozebrać do naga po czym wpuścili naszych chłopców z Powstania, którzy się zachowali bardzo honorowo, bo się odwrócili od nas plecami i patrzyli sobie w ścianę. Ale było to bardzo upokarzające. Upokarzające było również, jak stały takie wielkie misy ze środkiem odkażającym i Ukrainiec jechał po całym ciele, co oczywiście ani nie pomogło na wszy, ani na cokolwiek innego, ale było bardzo, bardzo upokarzające. Potem się już przyzwyczaiłam, uważałam, że Niemcy to nie mężczyźni, bo tak było stale potem w obozie przy jakichś kąpielach. No i oczywiście jak wróciłyśmy do wagonów, to się okazało, że tam już nic nie ma, bo wszystko pokradzione i to nie przez naszych, jak sądzę, bo tam nie dopuszczali, tam były wagony obstawione. Tak że „zaliczyłyśmy” te wagony bydlęce, już między obozami to tylko takimi jeździłam.
No i wreszcie dobrnęłyśmy do Sandbostel. Obóz zrobił, powiedziałabym, jakieś takie wrażenie dające jakąś otuchę, bo to był obóz, w którym było dwadzieścia trzy tysiące jeńców różnej narodowości, ale najważniejsza, że była tam duża grupa Polaków z trzydziestego dziewiątego roku, którzy oczywiście rzucili się do pomocy dla nas i mówili: „Nic się nie martwcie, najgorsze pierwsze trzy lata, a potem to już jakoś człowiek się przyzwyczaja”. No więc nie czułyśmy... Oczywiście byłam w tak zwanej pięćsetce, gdzie rzekomo było nas pięćset w jednej wielkiej sali. Spałyśmy na podłodze. Jedzenie było oczywiście lepsze niż przez ostatnie tygodnie w Powstaniu, bo w Powstaniu byliśmy autentycznie wszyscy głodni. I co się tam jadło, to nie wiem, przypuszczam, że jakieś psy też, bo nie było nic innego. A wracając do tego jedzenia, to była słynna zupa „plujka” z takiej nie z kaszy, tylko takiego czegoś, takiej niewyłuskanej [mąki], więc brało się to do ust i potem się pluło to, czego nie można było zjeść. No ale jakoś jak pani widzi, przeżyłam bardzo dobrze. No a tam [w obozie] było jakieś tam jedzenie, niezbyt dobre. Brukiew, która niby ma jakieś witaminy, ale jest ohydna, przynajmniej w tym ich wydaniu. Czasem przechodziły jakieś paczki z Czerwonego Międzynarodowego Krzyża. Jedna paczka na pięć, to co to w ogóle było, ale było, i tak dalej. No i zaczęło się życie obozowe.
Potem koło Bożego Narodzenia powiedziano, że kobiety, które mają stopień oficerski, pojadą do oflagu dla kobiet. Więc w pierwszej chwili w ogóle nie chciałyśmy jechać, bo żeśmy już przyzwyczaiły się i do tego, że przychodzą do nas czasami ci chłopcy, przysyłają listy. Nas dzielił nas tylko obóz radziecki, [z którego jeńcy] za opłatą przerzucali listy do nas. No więc była to jakaś taka wspólnota niedoli i jednocześnie poczucie, że nie jesteśmy same. No i zabrano nas do tego oflagu, który po prostu był makabryczny. Brudny, mały. Po Włochach, którzy byli tam jako jeńcy wojenni. Zostawili no po prostu niesamowite rzeczy, znaczy niesamowite w sensie brudu i tak dalej. Było tam obrzydliwie. Jedzenie było skandaliczne. I tu doszłyśmy do wniosku, że… A co najlepsze, uważałyśmy, taka była zasada, nasze komendantki mówiły, żeby sobie wybrać ordynansów. No bo wie pani, wobec tego... Że na ordynansów mamy sobie wybrać najmłodsze, najsłabsze dziewczyny dziewczynki. No bo wtedy możemy uchronić je przed tym... No to oczywiście tam była Chruścielówna, tam była jakaś „Monterówna”, jednym słowem elita, można powiedzieć, tych dziewczyn. I one nam musiały dźwigać, bo nam nie wolno było wyjść poza teren obozu. Im wolno było, więc one szły do tej kuchni, która była za ogrodzeniem, i dźwigały te potworne kadzie ze tą zupą. Tak że zrobiłyśmy im... To była niedźwiedzia przysługa. Im wolno było pomóc, jak one już weszły na teren obozu, ale żeby zabrać, to nie. No i tak, i tak się było w obozie.

  • Od kiedy pani była w obozie?

Zaraz po przywiezieniu do Niemiec.

  • Czyli w którym miesiącu?

Druga połowa października do… Jakoś przed Bożym Narodzeniem zawieźli nas do tego Blankenheim, do… Dobrze ja mówię, Blankenheim? [...] Molsdorf... A uwolniono nas w kwietniu.

  • Kiedy panią uwolniono?

W kwietniu. Nie wiem, czternastego, piętnastego, przez Amerykanów.

  • Czy pani pamięta to wydarzenie?

Wie pani, zawsze mam takie szczęście, że choruję, jak dzieje się coś ważnego, więc była też i chora bardzo. Nawet nie pamiętam momentu, bo moje koleżanki wyszły z białymi płachtami, żeby… Bo byłyśmy umieszczone w takim obozie dla tych żołnierek niemieckich, więc bałyśmy się... Bo już i tak w drodze samolot zaczął nas ostrzeliwać z góry, bo nie wiedział. Prowadził [nas] Niemiec, dużo Niemców, bo oni z nami uciekali. Tak samo się bali Rosjan jak my. Więc tu nagle nastąpiła jakaś taka wspólnota interesów. No i właśnie one poszły z tymi [wartownikami], że się poddają niby, a ja przespałam to. Po czym jadłam pierwszą porcję jedzenia amerykańskiego. Od tej pory nie zapomnę nigdy smaku wieprzowiny tych w puszkach amerykańskich. Oczywiście dawali nam bardzo skromnie, żebyśmy się nie przejadły, no bo bali się, że umrzemy na całkiem co innego, niż powinniśmy. A potem byłyśmy w tym obozie. Znowu jakby w obozie, a potem przewieźli nas do innego, na teren takiej jakiejś fabryki. No i tam miałyśmy czekać nie wiadomo na co. No i w końcu ja dostałam możliwość pojechania do Lubeki, gdzie właśnie tworzyły się takie zespoły harcerskie.

  • Kiedy to było?

Jak nas uwolnili w kwietniu, to musiało być no... na początku następnego roku, czyli... Tak, zakończenie wojny już przeżyłam pod Lubeką. No i tyle.

  • A jakie były pani dalsze losy?

Wahałam się, co mam zrobić, czy mam wracać, czy nie. Miałam już kontakt z rodzicami, oni nic mi nie kazali, ale wiem, że marzyli o tym, żebym ja wróciła jak najszybciej. Byłam jedynaczką, doszłam do wniosku, że jednak powinnam. No i wróciłam do Polski.

Głos z boku:

Przepraszam, a Belgia?
Pojechałam do Belgii na studia i półtora roku byłam w Belgii.

  • W którym roku dostała pani to stypendium?

Jeszcze w Niemczech obchodziliśmy zwycięstwo, to który to rok był... Czterdziesty szósty, nie, piąty. Od czterdziestego piątego roku byłam w Belgii.

Głos z boku:

Jeszcze tylko chciałam dorzucić, że mama wyjechała… [...]
[przerwane nagranie]
I nie pojechałam do tego Bejrutu, a szkoda, bo wtedy był piękny [okres], wtedy można było jechać. Tam był uniwersytet z wykładowym francuskim, więc nie było dla mnie problemu. No ale nie pojechałam.

  • Dlaczego pani nie pojechała?

Bo z tą ręką złamaną nie mogłam.

  • W jakich okolicznościach pani sobie złamała tę rękę?

Wstyd powiedzieć. Najechał na mnie kierowca komendanta naszego ośrodka w Niemczech, na rowerze, pijany był i przewrócił mnie, a ja sobie złamałam rękę, ale ponieważ następnie wiele razy łamałam cokolwiek, więc nawet nie ma o tym co wspominać.

  • Co pani studiowała w Belgii?

Ja chodziłam na tajne komplety przed [Powstaniem] w Warszawie, [komplety] filologii klasycznej. I tam zapisali mnie, dostałam się na ten sam wydział, ja i moja jeszcze koleżanka. Uznałyśmy, że program różni się tak dramatycznie, że na przykład my jesteśmy wspaniałe w znajomości łaciny i posługiwaniu się tym, natomiast z greką było dosyć fatalnie. A oni tam niemalże mówili starogreckim. I doszłyśmy do wniosku, że… Strasznie nas namawiano, że jest taka wspaniała szkoła, bo wtedy myślało się: szybko skończyć, zarabiać, usamodzielnić się. Wyższa szkoła dla sekretarek, do której chodziła między inna córka ówczesnego premiera Catherine… No znany, znane nazwisko. Wy jesteście zbyt młode, to nie pamiętacie. W każdym razie chodziła taka... To taka ekskluzywna niby szkoła, na potwornie niskim poziomie. I ja tam skończyłam rok, bo to była dwuletnia, i po tym roku jesienią wróciłam do Polski. Bo musiałam, właściwie stanęłam przed taką decyzją, albo podpisałabym zobowiązanie, że zostaję w Anglii i wtedy otrzymuję dalej stypendium, żołd i tak dalej, co mi zamykało drogę… Wtedy się patrzyło innymi kategoriami. Uważałam, że już nigdy w życiu nie wpuszczą mnie do Polski. Zrobiłam głupio, bo były takie moje koleżanki, które tam zostały i podpisały ten cyrograf na to zostanie, a potem jednak odwiedzały Polskę. Więc można było to zrobić, no ale tak się stało.

  • W którym roku pani wróciła?

W czterdziestym szóstym

  • Wróciła pani do Warszawy?

Pod koniec, tak.

  • Jakie były dalsze pani losy po powrocie?

Pracowałam dzięki jakiejś tam protekcji w Ministerstwie Żeglugi, ale szybko to się skończyło, no bo oczywiście tam się trochę dopatrywali jakichś… Szczęśliwie uniknęłam jakichś posądzeń o szpiegostwo czy coś takiego. Chociaż byłam o włos od... z powodu takich różnych. A potem nie pracowałam. Nie, potem robiłam korektę, byłam korektorką w „Szpilkach”. Cudowna praca, cudowni ludzie. A potem z tych „Szpilek” mnie też wyrzucili i nikt nie chciał mi powiedzieć [dlaczego]. To znaczy dał mi do zrozumienia redaktor naczelny, że dopatrzyli się, moje CV nie było prawomyślne, no bo należałam do tej grupy, która była z reguły od początku podejrzewana o jakieś te... A potem z pięć lat nie miałam pracy, to znaczy miałam pracę, bo robiłam tłumaczenia, no ale te tłumaczenia były... Nawet mi to nieźle szło i były miesiące, że zarabiałam bardzo dobrze, a potem nic. No a wyszłam za mąż, urodził się mój syn, trzeba było jakoś za coś żyć. No a potem gdzie ja pracowałam? Potem pracowałam w PWN-ie, w encyklopedii, gdzie też po tych ekscesach Moczarowskich cały dział PWN-u dotyczący encyklopedii został zwolniony z pracy. Wszyscy dostaliśmy wymówienie. Po dwóch tygodniach cofnęli to i z niektórymi osobami nawiązano zawodowy kontakt. Oczywiście wszystkie Żydówki poszły na rzeź, a wcale ich nie było tak dużo. Wszystkie takie... No, jednym słowem ja należałam do tych, które na szczęście nie miały nic do czynienia z historią obozu, bo to chodziło o obozy koncentracyjne. [Oskarżano nas], że myśmy napisali rzekomo nieprawdę, a właśnie myśmy napisali prawdę, co do liczby tych, którzy zginęli tam. No i pracowałam potem jako redaktor wydawnictwa, a potem przeszłam na emeryturę i też łapałam różne [zajęcia]. Ponieważ lubiłam ten zawód, więc starałam się jak najdłużej pracować. A potem zaczęłam chorować. No i już. [...]

Warszawa, 19 maja 2014 roku
Rozmowę prowadziła Elżbieta Trętowska
Wanda Maria Majewska Pseudonim: „Ewa”, „Kalina” Stopień: podporucznik, sanitariuszka, łączniczka, służby pomocnicze Formacja: Batalion „Miłosz”, kompania „Bradla” Dzielnica: Śródmieście Południowe Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter