Wiesław Opieliński "Zdanowicz"

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Wiesław Opieliński, rocznik 1928, pseudonim Zdanowicz.

  • W jakiej był pan formacji? W jakim oddziale?


W czasie Powstania walczyłem w Pułku „Baszta”, Batalion „Karpaty”, kompania K-1, III pluton na Mokotowie. Byłem żołnierzem w lasach chojnowskich.

  • Rozpoczniemy wspomnienia od okresu sprzed 1939 roku, sprzed wybuchy wojny. Proszę opowiedzieć o sobie, młodym chłopaku sprzed wybuchu wojny.


Urodziłem się w Częstochowie. Następnie w 1930 roku, kiedy miałem sześć lat, przenieśliśmy się do Warszawy i mieszkałem na Saskiej Kępie w Warszawie. Ojciec mój umarł, jak miałem cztery lata, był oficerem w 27. pułku piechoty w Częstochowie. Potem mama wyszła drugi raz za mąż, za żołnierza legionowego, za legionistę i przenieśliśmy się do Warszawy. W Warszawie chodziłem do słynnej szkoły Zamoyskiego na ulicy Smolnej 30. Tam dwa tygodnie przed Powstaniem zrobiłem tak zwaną małą maturę. Dwa tygodnie przed Powstaniem, potem wybuchło Powstanie.

  • Tak, ale jeszcze zanim wybuchło Powstanie, przed wybuchem II wojny światowej, chodził pan do szkoły? Czy rozpoczął pan edukację właśnie w tej szkole?


Do Zamoyskiego, słynnego gimnazjum Zamoyskiego, Smolna 30, ona jest do dzisiaj.

  • Tak.


Normalnie, normalnie się uczyłem.

  • Czy należał pan do harcerstwa?


Tak, [należałem] do harcerstwa i nawet ostatnie wakacje spędziłem na Litwie w Nowych Święcianach.

  • Ostatnie wakacje przed wybuchem II wojny światowej?


Przed wybuchem wojny, tak. Harcerski obóz, właśnie. To była jeszcze Polska, ale teraz jest Litwa, Nowe Święciany. W każdym razie dosyć znana [miejscowość], niedaleko od Wilna.

  • Jaki wpływ na pana wychowanie, na pana postawę patriotyczną miała rodzina i szkoła?


Tak, po prostu, jak powiedziałem, ojciec był oficerem. Drugi ojciec, [kiedy] mama [ponownie] wyszła za mąż, też był w 27. pułku piechoty. Ja 27. pułk piechoty odwiedzałem z ojcem, mając lat cztery, nie cztery, ale sześć, pięć lat, powiedzmy. Tak że wojskowość mnie interesowała od samego początku. Później bardzo wcześnie złożyłem przysięgę, w 1941 roku. To proszę [zwrócić uwagę, rok urodzenia] 1928, [więc w] 1941 to miałem trzynaście lat i byłem już żołnierzem.

  • Czyli w rodzinie były tradycje patriotyczne, wojskowe i pan tym nasiąknął, można powiedzieć.


Tak, wojskowe. Nasiąknąłem od początku, od samego początku, jak pamiętam, byłem zainteresowany.

  • Czy miał pan rodzeństwo? Jak liczna była pana rodzina?


Nie, byłem sam.

  • Mama zajmowała się domem?


Mama zajmowała się domem.

  • Jak zapamiętał pan wybuch wojny?


Wróciłem właśnie z Chojnowa, z obozu harcerskiego, co miałem na Litwie. Wróciłem dosłownie parę dni przed wybuchem wojny. W Warszawie były już… Tam nie odczuwałem na Nowych Święcianach, że wojna się zbliża. W każdym razie mało odczuwałem to, ale Warszawa już jednak nabrzmiała była ewentualnym początkiem wojny, która mogła wybuchnąć w każdej chwili. Rzeczywiście po paru dniach wybuchła. Jak powiedziałem, dwa tygodnie przed tym zdawałem tak zwaną małą maturę w gimnazjum.

  • Ale to było już przed Powstaniem?


Przed Powstaniem…

  • A teraz jeszcze mówimy o wrześniu 1939 roku. Ponieważ jest pan urodzony w 1928 roku, miał pan jedenaście lat.


Tak jest. ZWZ najpierw było, a potem AK. ZWZ składałem [przysięgę] w 1941 roku, ZWZ, przysięgę w AK.

  • Tak, a jak we wrześniu wybuchła wojna, to czy pan, czy rodzina wychodziła, ewakuowała się z Warszawy, czy ten cały wrzesień, październik byli państwo w Warszawie?


Nie, byliśmy w Warszawie.

  • Gdzie w tym czasie był ojciec pana?


Ojciec jest pochowany na cmentarzu wojskowym w Częstochowie.

  • A ojczym?


Ojczym był jeszcze z mamą. Przyjechałem właśnie z tych lasów, z tego obozu harcerskiego. Tak jak powiedziałem, skończyłem gimnazjum, bo to była szkoła powszechna najpierw i gimnazjum czteroletnie, i potem liceum dwuletnie. Tę małą maturę zrobiłem dwa tygodnie przed Powstaniem. W szkole u Zamoyskiego, tam jestem na liście…

  • Absolwentów.


Tak.

  • A czy ojczym poszedł na wojnę?


Nie. Nie poszedł na wojnę. Nie wiem, czy wiek, czy tego. Nie był na wojnie, natomiast wyjechał z Warszawy na wschód, bo Niemcy się zbliżali z zachodu, więc dosyć dużo mężczyzn pojechało na wschód. Tam wpadli w ręce ruskich, bo ruscy uderzyli, ale wrócił z tego tak zwanego wschodu i w czasie okupacji niemieckiej byliśmy w Warszawie. Z tym że ojciec pracował, miał firmę w Warszawie na Grzybowskiej, róg Żelaznej.

Ja chodziłem do szkoły, ale w 1941 roku zostałem zaangażowany do wojska. To znaczy zapisał mnie [kolega], nazywał się Szachowski, on mnie wciągnął do ZWZ, a potem AK przemieniło się ZWZ w AK. Mieliśmy zebrania, szkolenia, wyjeżdżaliśmy w teren też. Ja w czasie szkoły jeszcze, ale w niedziele, powiedzmy, uczyłem się broni, na przykład parabellum – z zamkniętymi oczyma rozbiorę i złożę parabellum. Potem thompsony, szmajsery, pistolety maszynowe, [które] są mi znane do dzisiaj. To były normalne szkolenia wojskowe. Ckm-y, powiedzmy, obsługa ckm-u, obsługa… to się [niezrozumiałe] po niemiecku nazywało, moździerzy. Uczyliśmy się właśnie w tych lasach, wyjeżdżając dwa razy w tygodniu, raz w tygodniu, w niedzielę do tych [lasów] pod Warszawę. Tak spędzałem czas, nauka w szkole, ale oprócz tego nauka, jak by to nazwać, zbrojeniowa, znaczy obsługa broni, szereg, powiedzmy, co to znaczy iść na poszukiwanie, taka czy inna… śledzenie na przykład, dużo tych rzeczy. Na przykład pod Warszawą byli Węgrzy i taka ciekawostka: nie zawsze były te walki trwające, były też czasy spokojne, a nie tego… Ulicą Puławską i na wysokości parku Dreszera… Wiedzą państwo, gdzie to jest?

  • Tak.


Na wysokości [parku] jedzie bryczka, na tej bryczce siedzą oficerowie węgierscy. Nas to uderzyło, czy to są Węgrzy, cholera wie, nikt nie wie. Mówiło się, że przed nami są Węgrzy również. Stosunki pomiędzy… nie moje osobiste, tylko samo to, że Węgrzy mogli jechać bryczką, normalnie w wagonie, ulicą Puławską, tam do Niemców wyjechali. Tam już stali Niemcy w Józefowie czy tam gdzieś, ale takie rzeczy były.

  • Jakiego okresu dotyczy to wspomnienie?


To jest mniej więcej połowa września, połowa sierpnia.

  • Mówi pan o 1944 roku?


Tak.

  • Czyli w trakcie Powstania.


W czasie Powstania.

  • Jeszcze chciałabym na chwilę wrócić do tego szkolenia wojskowego. Był pan bardzo młodym chłopakiem. Czy to był jakiś oddział młodzieżowy, harcerski, który już podlegał przeszkoleniu i był przygotowywany do przyszłej walki?


Różnica między mną a kolegami sięgała pięciu czy sześciu lat, ale byli też tacy, co [byli] dwa lata ode mnie starsi. To był pluton, składał się z jedenastu, powiedzmy, osób, to różnica dwóch lat, jednego roku, trzech lat i czterech, pięciu, powiedzmy, lat. Tak że był Szachowski, ten, który mnie zaangażował do AK, był starszy jakieś sześć lat ode mnie, inni też byli…

  • Kiedy składał pan przysięgę?


Miałem trzynaście lat. Powiedziałem, że mam piętnaście. Powiedziałem, że mam piętnaście, a potem…

  • I był pan zaprzysiężony?


Byłem zaprzysiężony.

  • Czy od początku to była „Baszta”?


Pułk „Baszta”.

  • Od początku?


Od początku, tak. Dosyć znany pułk i taki właśnie dobrze uzbrojony. Tak że opowiem później, jak to wyglądało.


  • Czyli od początku miał pan świadomość, że to jest przygotowanie do przyszłej walki z okupantem, z Niemcami.


Tak jest, najzupełniej byłem przygotowany i w rozeznaniach, powiedziałem, steny, szmajsery, bergmanny – to wszystko miałem w głowie. Potrafiłem złożyć nawet z zamkniętymi oczyma, tak że uzbrojeni też byliśmy dobrze. Jak wybuchła już wojna, to byliśmy uzbrojeni. Przecież u nas było dobre uzbrojenie. Byli tacy łącznicy, to dzieci były w wielu wypadkach, oni nie byli uzbrojeni oczywiście, ale dla oddziałów walczących normalnie uzbrojenie było dobre dosyć. Nie było armat, zrozumiałe, ale w każdym razie…

  • Czy mówimy o Powstaniu?


Tak.

  • Jeszcze gdyby parę słów zechciał pan powiedzieć o nauce, jak ta nauka w warunkach konspiracyjnych wyglądała? Uczył się pan na tajnych kompletach?

 

Tak, tajnych kompletów, po prostu… Gimnazjum, słynne gimnazja jak Górski, Zamoyski, to były najlepsze gimnazja w Warszawie. Podczas okupacji niemieckiej, proszę pani, szkoła była, nazywała się szkoła rybacka, to była szkoła Zamoyskiego, a była i nazywała się rybacka. Były dwa języki w szkołach. W ogóle były dwa języki, jak wiadomo wszystkim, była łacina i też jeszcze były dwa języki, więc [każdy] albo wybierał niemiecki, albo francuski, jaki kto chciał. Jeden z nich musiał wybrać, bo chodził do gimnazjum czy liceum, więc osiemdziesiąt procent wybierało raczej niemiecki, dwadzieścia procent, powiedzmy, francuski, ale uczyli się i niemieckiego, i francuskiego. Nauczyciel, który nas uczył niemieckiego potem w Generalnej Guberni, on był szefem szkolnictwa polskiego. Zamoyski, Smolna 30 do dzisiaj jest, za okupacji też był Smolna 30. [Budynek] tak stał jak dzisiaj, do dzisiaj stoi to gimnazjum, aczkolwiek nazywało się szkoła rybacka.

  • Czyli to nauczanie było pod przykryciem szkoły zawodowej.


Pod przykryciem szkoły zawodowej, tak. Ale ten, który nas uczył niemieckiego, nauczyciel, on przyjeżdżał nieraz, on na całą Generalną Gubernię był znaną „fiszą”, jemu podlegało szkolnictwo w ogóle. Pytał się: „A historii się uczycie?”. Ale z uśmiechem się pytał. I wszyscy mówimy: „Nie, historii nie, nie”. – „Komplety macie?” – [pytał], jak nas odwiedzał ze trzy razy tam. Tak że to była szkoła rybacka, ale uczyliśmy się polskiego, była pani Millerowa, [ona] wykładała na kompletach polskiego.

  • W domach prywatnych, w mieszkaniach prywatnych?


Tak, w prywatnych mieszkaniach polskiego, historii chyba też. Ale ogólnie te wszystkie przedmioty normalnie wykładali obcy ludzie, tak samo jak przed wojną. Żadnych zmian nie było, z wyjątkiem historii i polskiego. Takie rzeczy były. Chodziliśmy normalnie na godzinę ósmą, potem do godziny pierwszej, powiedzmy, chodziliśmy. Tak jak przed wojną zupełnie, było absolutnie identycznie. Też trzeba było buty zdejmować, takie kapcie w szkole się nosiło, takie, żeby tam podłogi nie niszczyć, i normalna szkoła była, normalna. Nauczyciele przedwojenni byli, nie będę mówić nazwisk ich wszystkich. Naszą wychowawczynią była pani Millerowa.

  • Jeżeli pan pamięta nazwiska, to proszę powiedzieć.


Śpiewu uczył Otte, [tak] się nazywał nauczyciel. Może bym zapamiętał… W każdym razie nauka była jak przed wojną, z wyjątkiem tych właśnie przedmiotów, o których mówiłem, a reszty się uczyliśmy [normalnie]. Tak to wyglądało. Potem było Powstanie, przed samym Powstaniem, dwa tygodnie przed, zdawałem maturę gimnazjalną. Tak jak powiedziałem, była szkoła powszechna, gimnazjum i potem liceum.


  • Czyli tak zwaną małą maturę?


Małą maturę, tak. Dwa tygodnie przed Powstaniem.

  • Czy oprócz szkolenia wojskowego uczestniczył pan może w jakichś akcjach konspiracyjnych?

 

Proszę pani, może tak, ale to nie były jakieś zbrojne historie. To było, powiedzmy, jakieś skomunikowanie się z jakimś Niemcem, który tam się zajmował czymś, tam były rozmaite warsztaty, ja wiem, jakieś elektryczne, nie elektryczne, rozmaite. Niemcy mieli nad tym panowanie. Czasami trzeba było, powiedzmy… W każdym razie język był potrzebny do tego. U Zamoyskiego, jak powiedziałem, osiemdziesiąt procent się uczyło niemieckiego i po niemiecku wszyscy umieli. Takie z Niemcami mieliśmy stosunki, takie raczej, [że] pytali się, jak się jedzie do Poznania, jak do tego, czy jest jakaś fabryka, co robią czekoladę. To Wedel robił, powiedzmy, dlatego. Takie historie. Żadnych jakichś tam wojskowych, że tak powiem nie, nie było.

  • Czy zetknął się pan w czasie okupacji z prasą podziemną?


Tak, tak jest. Powiedziałem, że zaangażował mnie do wojska naszego konspiracyjnego Szachowski. On mi dostarczał tych „Biuletynów…”, powiedzmy, co nie były w sprzedaży, tylko tak po kryjomu, że tak powiem, [były kolportowane]. To właśnie od niego dostawałem. Ale potem poznałem szeregi innych kolegów, tak że mieliśmy pewne grono, które składało się z dwunastu, trzynastu razem.

  • Czy to było grono związane ze szkołą, czy właśnie z konspiracją, czy z miejscem zamieszkania?


Raczej z konspiracją było związane. Tak że z rozmaitych szkół, nie wszyscy byli z Zamoyskiego. Było paru z Zamoyskiego w moim gronie. Mam listę, że byli od Górskiego, od Reja, to takie słynne przedwojenne gimnazja, byli od nich też.


  • Jakie były nastroje przed Powstaniem? Czy było takie napięcie, oczekiwanie, że młodzież pchała się do walki, że chciała już?

 

Tak. Było zastanowienie się, jak ruscy stali za Wisłą. Przecież to dwieście metrów od nas, ja mówię o czasie Powstania, a przed Powstaniem Rosjanie się zbliżali. Powiem, że ludzie starsi wiedzieli, że to wcale nie jest dobrze, że się zbliżają. My byliśmy zadowoleni, że zbliżają się i pobiją Niemców. Byliśmy zadowoleni, tak podświadomie nawet, byliśmy zadowoleni, że Niemców pobiją. Było inaczej, doszli do Wisły, dwieście metrów stanęli i stali.


  • Pan cały czas był tutaj? Na prawym brzegu Wisły pan mieszkał?


Cały czas na prawym brzegu Wisły. Byłem zainteresowany, nawet muszę to powiedzieć, proszę pani. W końcu Rosjanie przyszli na lewy brzeg Wisły, Rosjanie przyszli.

Przyszli ci „berlingowcy”, widzieliśmy z ulicy tej… jak ona się nazywa… co wzdłuż Wisły idzie, po drugiej stronie do Wilanowa idzie… Czerniakowska, tak? Z Czerniakowskiej widzieliśmy, jak z tamtej strony Wisły… Znaczy [widzieliśmy, jak] z Saskiej Kępy, z Pragi, ale głównie koło Saskiej Kępy, koło mostu kolejowego i Poniatowskiego jakieś łódki spychają, takie krypy, co to piasek tam ładowali, jak tam na moście, wiadukcie (pamiętam, są takie „zwyczki” kamienne, murowane, jak budowali) zaczynają Niemcy strzelać do tych [łódek]. Ale strzelają z karabinów i one płynęły i płynęły, dopłynęły – śmieszne rzeczy, dopłynęły do prawego brzegu.

  • Do lewego.


Do lewego brzegu i Niemcy się pochowali w tych zaroślach, żołnierze niemieccy i ci wysiedli. Oni wysiedli, to Niemcy wyszli, proszę sobie wyobrazić, [a wtedy] rzucili broń ci [„berlingowcy”] i poszli, jeńcami zostali. To jest coś niebywałego. Wyszli, ci w ogóle nie strzelili ani razu, nic nie było, oddali broń i poszli do niewoli. I tutaj poszli do niewoli jako… My mieliśmy napisy na mundurze w niewoli KG, Kriegsgefangen mieliśmy, a ruscy mieli SU. To im [„berlingowcom”] nadali te SU, że to ruscy są. Rozmaite rozmowy były między przedstawicielami, jak do niewoli szliśmy, przedstawiciele nasi i Niemcy. Niemcy zgodzili się, żeby oni byli Polen Kriegsgefangen. To muszę opowiedzieć.


  • Może do tego to później wrócimy, jak już będziemy w czasach po upadku Powstania.


Nie, to jeszcze w czasie wojny, jeszcze chciałem powiedzieć, że byłem na… Zawsze kapitulacja jak wiadomo, od tego możemy zacząć.

  • Do tego przejdziemy później, a teraz jeszcze chciałam zapytać o to, jakie były przygotowania, jakie miał pan wyznaczone zadanie, gdy wybuchnie Powstanie. Gdzie miał pan wyznaczony punkt koncentracji? Gdzie się miał pan stawić?


Na ulicy Grzybowskiej, przy Żelaznej, tam się stawiłem. Tam nawet było chyba nas piętnastu.

  • Czyli na siedemnastą, tak jak było wyznaczone, czy wcześniej?


Nie, pojechałem wcześniej na Wyścigi i o godzinie dziewiątej byłem na Wyścigach. Wyścigi były oddzielone… nie oddzielone, tylko nie wpuszczali tam Niemcy, bramy były, wartownicy przy bramach do Wyścigów. Nawet mnie zaczepili, bo ja raz tak przeszedłem i drugi raz. Okazało się, że ci wartownicy niemieccy tam mieli namiot, chcieli sprzedać [mi] koc. O siedemnastej wybuchło, to syreny zaczęły wyć, to wiedziałem, że się zaczyna Powstanie. Wtedy było nasze pierwsze uderzenie na Wyścigi o godzinie siedemnastej. Ale ja już byłem zaangażowany, proszę pani, o godzinie jakiejś dziewiątej, dziesiątej rano. Byłem cały czas przy Wyścigach, kupiłem ten koc i ciotce pojechałem [go zawieźć], ale to parę metrów [dalej] na Mokotowie mieszkała. Zostawiłem ten koc u ciotki i wyszedłem znowu z powrotem. Byłem koło stadionu, koło tego wyścigowego stadionu i wtedy się zaczęło i uderzyliśmy na Wyścigi.

  • Ale wspomniał pan o Grzybowskiej, że punkt zbiorczy był na Grzybowskiej.


Tak, ale nie wiem, [jaki] numer dokładnie. W każdym razie w domu Szachowskiego, w mieszkaniu Szachowskiego.

  • I z Grzybowskiej przejście na Wyścigi było później?


Tak, tak.

  • Dobrze, to teraz już ta godzina siedemnasta, rozpoczyna się Powstanie. Jakie było zadanie pana oddziału?


Chodziło o zdobycie Wyścigów. Uderzył cały pułk.

  • A czy pana batalion i jeszcze pana Batalion „Karpaty” był…


Tak, trudno mi powiedzieć, ilu było żołnierzy. Tak nie mogę [dokładnie] powiedzieć, w każdym razie moja kompania i tak dalej, mój pluton, szedł na Wyścigi. Niektórzy przeszli przez bramę, jakoś tam się udało, a tak to przez płot, przez ten mur. Ja też [przeszedłem] przez ten mur i potem trzeba było skoczyć z pewnej wysokości. Bo tutaj to drabiny były, przygotowali drabiny, żeby się wspiąć na ten mur, ale tam zeskakiwali po drugiej stronie, bo już się bronili Niemcy.

  • A od której strony, od strony Puławskiej czy od tyłu?


Bocznej, nie od Puławskiej, tylko od prawej strony, tu się zaczyna od prawej strony, wzdłuż muru. Tam było nasze główne uderzenie. Przeskoczyliśmy ten płot właśnie, ten mur przeskoczyliśmy i szliśmy w głąb tego [terenu]. Niemcy zaczęli uciekać, tam były stanowiska, [właściwie] nie stanowiska, ale Niemcy tam byli, konie mieli. Kawaleria była przecież w niemieckiej armii bardzo duża, na Wyścigach byli ci kawalerzyści. W każdym razie zaczęli uciekać, uciekali i tutaj powiem ciekawą rzecz. Mało kto wie, uciekali na trybuny i potem nastąpiła sytuacja… To jest tragiczne. My zajęliśmy te stajnie, rozmaite pomieszczenia, gdzie były drzwi, okna i tak dalej. Niemcy na trybunach się rozproszyli kompletnie, żadnego Niemca, żołnierza niemieckiego nie było widać, absolutnie. [Trybuna] tam na czterdzieści, pięćdziesiąt tysięcy ludzi jest, a ich było tam, powiedzmy, dwustu czy trzystu, tych żołnierzy niemieckich i zupełnie ukryci, absolutnie ukryci, tak że niewidoczni byli. Ale jak się ktoś pokazał w oknie czy w drzwiach, to strzelali bardzo celnie. My mieliśmy straty. No to co? Wyjść nie można, ich nie widać… Żeby uderzyć na nich… Gdzie uderzyć, jak w ogóle nie widać, gdzie oni są? I tak to trwało do wieczora. Jako ciekawostkę powiem, dosłownie dwa metry, trzy metry ode mnie trafili ojca Kaczyńskich. Ojciec Kaczyńskich dwa metry ode mnie leżał.

  • Rajmund Kaczyński?


Ojciec tych dwóch synów, tak. Leżał, też nie wiadomo, co z nim robić. Po prostu ktoś z trybun [strzelił]. Tam było ich, jak powiedziałem, trzystu, czterystu, żadnego nie było widać, a oni strzelali bardzo celnie, strzelali spokojnie i tak dalej. Kaczyński leżał tak przy mnie ze dwie godziny, ale żył. Potem zabrały go łączniczki, nasze sanitariuszki. Mam ich nazwiska nawet, bo mam kontakt z nimi do dzisiaj nawet. Kaczyńskiego jakoś wynieśli z tych Wyścigów i on nie poszedł do niewoli, tylko gdzieś go zaniosły te łączniczki. W każdym razie wzięli go, zanieśli, nie strzelali widocznie do niego, do tych łączniczek, co niosły Kaczyńskiego. Przeżył wojnę.

I jedna z tych łączniczek, też znam nazwisko, [ale] teraz to nie wiem, miała taką willę koło Wyścigów i przyjęcia robiła, na których zawsze był Kaczyński. Syn jeden albo drugi go dowoził czy odwoził. Tak że mieliśmy kontakt, takie zebrania raz w roku, i jedna z sanitariuszek, która Kaczyńskiego, ojca tych Kaczyńskich, wyciągnęła rannego… W jakiś sposób on przeżył to Powstanie, gdzieś do szpitala musiała go [zabrać], nie wiem gdzie, ale w każdym razie potem się u nas udzielał. Jak powiedziałem, robili to przyjęcie, dlatego zawsze oni byli. Czy oni rządzić umieją, Kaczyńscy, to ja nie powiem, tylko wydaje mi się, proszę pani – mi osobiście – że to są uczciwi ludzie, to mogę powiedzieć. Dosyć dużo rozmawiałem z [ich] ojcem, [który był] z mojego plutonu, [to] przecież blisko. I potem z tymi synami, [którzy], jak powiedziałem, przywozili na to przyjęcie ojca albo odwozili i tak dalej. Nawet z żoną kiedyś byłem na Powązkach, jesteśmy i idą, Kaczyński i dwóch synów. Kaczyński mówi: „Tylko to jest mój kolega z Powstania, niech pani się nim opiekuje, bo to był żołnierz Powstania”. No, takie momenty są…

  • Jak wyglądało uzbrojenie w czasie tego pierwszego ataku, pierwszej akcji bojowej?

 

Na Wyścigach miałem pistolet parabellum, dostałem dwie godziny przed tym, a potem zamienione to miałem na karabin. Miałem karabin, niemiecki karabin, normalny – browninga.

  • Taki zdobyczny?


Nie, to jakiś z magazynu. Po prostu „Baszta” miała jakieś magazyny z bronią. W każdym razie uzbrojeni byli wszyscy.

  • Czyli cały batalion był uzbrojony?


Cały batalion, proszę pani. Pm-y były, pistolety maszynowe, szmajser, potem te steny ze zrzutów, brytyjskie. Było też parę karabinów takich, wie pani, przed wojną, tych takich strzelniczych. Zwykły karabin, ale był. Potem maszynowe karabiny były też i też przeważnie niemieckie dreisery, bardzo nowoczesne były. Także… to się nazywało Minenwerfer, wyrzutnie granatników, granatniki też były… Oczywiście to nie było uzbrojenie olbrzymie, niemniej jednak każdy jakąś broń miał, absolutnie każdy miał.


  • Tylko teren był trudny, otwarta, duża przestrzeń.


Proszę pani, tak, oczywiście. Następnego dnia tam doszły jakieś posiłki…

  • Czyli 2 sierpnia?


2 sierpnia, tak. [Przyszły] posiłki niemieckie, zaczęli się Niemcy kręcić, bo dotychczas, jak mówiłem, w ogóle żadnego nie było widać, bo się ukryli na tych trybunach – absolutnie żadnego żołnierza niemieckiego. Następnego dnia po prostu oni zaczęli się zbierać i wiedzieli, że uderzą, że Niemcy uderzą. Bo jeszcze przyszły jakieś oddziały niemieckie skądś tam, zza Wyścigów, przywieźli ich, nie wiem, kompanię czy dwie, tak że armaty też mieli, parowystrzałowe… Ale wiedzieliśmy, że uderzenie nastąpi, wycofaliśmy się.

  • Czy walki trwały całą noc, czy w nocy była cisza?


Nie, w nocy była cisza. Był początek, jak powiedziałem, potem była cisza całą noc i rano zaczęły jechać [czołgi]. Wiedzieliśmy, że zbliża się uderzenie na wielką skalę, że Niemcy uderzą. Wycofaliśmy się w te lasy, jak powiedziałem, w tych lasach byliśmy ze dwa tygodnie czy piętnaście dni.

  • Czy pan pamięta drogę, którą się wycofywaliście do lasów chojnowskich?


Nie, Wilanów ominęliśmy i nie [szliśmy] przez Wilanów. W Wilanowie stali Niemcy. To potem powiem.

  • Ale czy Puławską przez Las Kabacki?


Nie, proszę pani, trudno mi powiedzieć. Z Puławskiej zboczyliśmy, bo ukazały się czołgi na Puławskiej. Ja tych czołgów nie widziałem, ale doszły słuchy, że są jakieś czołgi, na Puławskiej właśnie. I zboczyliśmy, szliśmy, trawniki były, kartofliska były, tak że trudno coś powiedzieć. Nazw [miejsc nie pamiętam]. Miały jakieś nazwy, przypuszczam, ale się nie orientowałem.

  • Czy szliście zwartą kompanią, czy rozdzielaliście się?


Nie, nie zwartą, rozrzuconą, ale wszyscy się trzymali. W każdym razie widoczne były całe grupy, tu idzie, tu idzie.

  • Ile mogło być osób?


Koło stu pięćdziesięciu.

  • Kiedy dotarliście do tego docelowego lasu, czyli do lasów chojnowskich?


Tak jak powiedziałem, przenocowaliśmy tam na tych polach, niedaleko od Wyścigów. Byliśmy rano widoczni i w te lasy zanim weszliśmy… Ale o której to było? W każdym razie walk nie było jakichś zbrojnych. Doszliśmy, to były tam domostwa, rozlokowali nas, musieliśmy gdzieś spać… Tak to było, tam nie było żadnych walk.

  • A jakaś miejscowość, jakaś wieś? Czy pan zapamiętał nazwę?


Nie, nie pamiętam. Chałupy były takie, jedne słomą kryte, drugie dachówką.

  • Jak was przyjęła miejscowa ludność?


Nie uzewnętrzniała się, była, to była, ale bez żadnych tam jakichś… Nie wiem, może ktoś tam dawał jakiś obiad albo coś, bo potem już były obiady. Nasi gotowali, umawiali się, że u nich ugotują czy tu ugotują. Tak że było to określone, ale jak przyszliśmy, to nic nie było.

  • Co się działo w ciągu tych dwóch tygodni?


Nic specjalnego się nie działo. Były pewne wypady (ja nie brałem udziału w żadnym wypadzie), ale to są wypady, że czterech, pięciu gdzieś się udało, gdzie był jakiś posterunek niemiecki i ewentualnie go zlikwidowało czy w jakiś sposób wyrzuciło, powiedzmy. Takie rzeczy były, ale wtedy nie było oficjalnie, że tak powiem, głośno, że były gdzieś walki i tak dalej. Nie, spokój był i specjalnie żadnej walki nie było.

  • Czy docierały jakieś informacje z terenu walczącego Mokotowa, gdzie pozostała część „Baszty”?

 

Tak, proszę pani, były – bardzo dobrze, że pani to zauważyła – były nasłuchy radiowe, były radia. Parę razy słyszałem nawet, jakaś własna była radiostacja czy coś takiego, bo pewne określenia i pewne informacje dostawały się do nas, wewnątrz tych wojsk, które w stały Chojnowie czy koło Chojnowa. Ale nie powiem dokładnie, bo ja tych [radiostacji] nie słuchałem i [nie miałem] żadnego kontaktu z tymi rozmowami i z ewentualnym przemyśleniem, co dalej robić i tak dalej. To do mnie nie należało. Ja miałem słuchać się dowódców, tak było w wojsku.


  • Ale wiedział pan, że…


Że walki istnieją.

  • Że Mokotów walczy.


Tak.

  • Jakie były nastroje wśród żołnierzy, Powstańców?


Mogę powiedzieć… Nie było jakichś wybuchów radości. Było normalnie, co będzie dalej, nie wiadomo. Tutaj jeszcze nie byli wtedy nad Wisłą, ale zbliżali się – wiedzieliśmy o tym, że Rosjanie się zbliżają. I teraz, no co? Jak zajmą… Były takie [pytania], jak przyjdą ruscy, no to co będzie. Polegało [to] na tym, to moja uwaga jest, że jakby Powstanie udało się i opanowalibyśmy Warszawę, to by przyjechał natychmiast rząd polski, który był w Londynie, i by w ogóle był rząd i Polska byłaby. Normalny rząd by przyjechał. To nie nastąpiło i teraz nie wiadomo co… Jeden mówił o tych „Berlingach”. Bo ci żołnierze, co mówiłem, to potem przerobili, że nie SU dali, tylko KG Kriegsgefangen. To byli Polacy… Jak byłem w niewoli, to najdłużej tam zostali, obóz jeniecki, bardzo duży…

  • Ale może do tego dojdziemy, dobrze?


Tak.

  • Co się działo po tych dwóch tygodniach w lasach chojnowskich…


W każdym razie dotrwaliśmy w walkach do maja, bodajże. Nie wiem dokładnie… Na samym początku pierwszego, drugiego, w każdym razie do maja i [potem] była kapitulacja.

  • Tak, ale chciałabym wrócić jeszcze do tych dwóch tygodni spędzonych w lasach chojnowskich. Co dzieję się później? W połowie sierpnia znowu jest przejście do miasta.


Tak, tak. Zdobyliśmy cały ten ośrodek… jak się nazywał… Koło Wyścigów to te domy wszystkie, wille i tak dalej, były nasze.

  • Czyli był rozkaz do wymarszu na Mokotów z powrotem.


Tak jest, na Mokotów z powrotem. Były walki, a jakże, Niemcy się wycofywali, bo dużo siły [było] u nas.

  • Czy to przejście było takie bezproblemowe, czy też okupione ciężką walką?


Nie, ciężką walką nie. Były potyczki rozmaite. Mogę nawet powiedzieć, że tam po stronie niemieckiej trzech zlikwidowali, nie było już warty na danym odcinku. Ale to były takie pojedyncze [potyczki]. Żeby jakieś uderzenie było całkowite, całego pułku, powiedzmy, na Niemców, to nie, nie było.

  • Czy pamięta pan, jaką drogą przemieszczaliście się na Mokotów?


Przez Sadybę.

  • I na Górny Mokotów?


Tak, jest.

  • Czyli jakby do punktu wyjścia, tylko już tym razem południowa część.


Tak. No i tam osiedliśmy. Jak jest ulica Dolna bodajże, od Puławskiej na dół, tam jest olbrzymi fort, bunkier, [właściwie] nie bunkier, ale cały szmat ziemi, bunkry są do dzisiaj nie ruszone.

  • To forty przy Idzikowskiego.


Tam są dwa forty, jeden przy Dolnej.

  • Tak, przy Dolnej.


No to zajęliśmy ten fort i staliśmy w tym forcie. Z tego fortu były pewne uderzenia tam czy gdzie indziej. Ale to uderzał pluton czy kompania, tak że nie całość. A siedzieliśmy w forcie…

  • Czyli operacja była na Dolnym Mokotowie.


Tak, na Dolnym Mokotowie.

  • I jak długo?


Proszę pani, jak długo… Potem przeszliśmy na fort bliżej Wyścigów. W każdym razie na tym forcie, co Dolna, byliśmy… W czasie Powstania wychodziliśmy na takie czy inne akcje. Były walki też, ale nie walki jakieś, gdzie, powiedzmy, uderza cały pułk czy całe zbiorowisko, tylko poszczególnych tych [pododdziałów], że gdzieś tam jest posterunek niemiecki. „Likwidujemy ten posterunek”.– „Likwidujemy, okay”. No i likwidowali tak. Niemcy też… Też tam zginęło trochę ludzi naszych w czasie potyczek, że tak powiem, bo to nie były walki na wielką skalę. No ale ta broń była potrzebna. Tak obserwowaliśmy, co dalej w Warszawie się dzieje, siedzieliśmy na Mokotowie i czekaliśmy rozwiązania. Nie wiem, czy ktoś myślał o rozwiązaniu. Początkowo absolutnie była myśl, że oczyścimy Warszawę i przyjeżdża polski rząd i jest Polska. O, takie było. Podobno, ja nie słuchałem tego, były nasłuchy radiowe, a to mówili, że pomagają i tak dalej, że będą pomagać, najbardziej ruscy, żeby się trzymać, że pomoc już idzie, zbliża się i tak dalej. Jak to wyglądało w praktyce, to powiedziałem, że przyjechali ci tak zwani berlingowcy…

  • Czy pamięta pan, kiedy z Dolnego Mokotowa było przejście na Górny Mokotów?


Nie, proszę pani, nie powiem dokładnie. W każdym razie kapitulowaliśmy czwartego, piątego, było już przy końcu Powstania, szliśmy do niewoli.

  • Kiedy batalion odniósł największe straty, w jakich walkach? Czy na początku, przy zdobywaniu Wyścigów, czy później?


Na Wyścigach, tak, odniósł straty. Policzyć ich, ilu ucierpiało, nie wiem, ale [były] dosyć poważne straty. Pierwszego dnia na Wyścigach głównie, bo jak powiedziałem, Niemcy byli ukryci na tych trybunach, a my nie mogliśmy się pokazać, bo by wystrzelali nas.

  • Czy pana pluton uczestniczył może w zdobywaniu takich znaczących miejsc na Mokotowie jak klasztor Nazaretanek czy klasztor Dominikanów?


Tak.

  • Czy któraś ze szkół na Górnym Mokotowie?


Ze szkół nie, ale ten kościół Dominikanów to wiem o tym. Nie wiem, czy brałem udział w tym, ale wiem, że były te walki, właśnie o to, w okolicach tych klasztorów, o ten klasztor, który jest tam. Jak się Dolną schodzi na dół, to po prawej ręce jest ten klasztor, prawda, to też był nasz, zdobyty. Też tam Niemcy byli, ale został zdobyty, Niemcy wycofali się stamtąd. Tak to wyglądało.

  • W rejonie jakich ulic był pan na Górnym Mokotowie?


Park… to tę bryczkę, co mówiłem o tej bryczce, że Węgrzy jechali, to się nazywa park…

  • Dreszera?


Dreszera, tak. Przy parku Dreszera byłem dosyć długo, w okolicach parku Dreszera. Przy parku też były walki.

  • Jaki to był mniej więcej okres, wtedy kiedy pan był przy parku Dreszera?


To była jakaś połowa sierpnia.

  • Czyli bezpośrednio po wyjściu z lasów chojnowskich?

 

Tak, byliśmy tam w okolicy Puławskiej i wtedy widzieliśmy właśnie [Węgrów] w tym parku Dreszera. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, miałem lornetkę, taką teatralną, „perełkę” – teatralną, jak mówię, ale ładną lornetkę, taką pokazową, bardzo nam pomagała. Patrzę przez okno – na Puławskiej chyba byłem czy koło Puławskiej – przez lornetkę patrzę, Niemców trzech idzie, ten z prawej strony niesie białą flagę, dużą chorągiew, idą z Wilanowa. Ja ich obserwuję, dałem znać „Norwidowi”, mojemu dowódcy „Startowi”, to był mój dowódca, że taka trójka Niemców idzie. „To patrz się, obserwuj”. Tam jeszcze lornetkę ktoś miał polową, normalną, jeszcze dokładniej ich [widział]. W końcu poszedł rozkaz i to do mnie skierowany przez „Norwida”: „Idź do nich i spytaj się, gdzie idą, dokąd idą”. Proszę pani, rozkaz „Norwida”, mojego bezpośredniego dowódcy. Idę. Idę naprzeciwko nich, pięć, osiem kroków przed nimi stanąłem, zasalutowałem i mówię: Wollen Sie hin? I jedna odpowiedź padła: „My chcemy mówić z oficerem”. Nie, najpierw się „Norwid” spytał: „Po niemiecku umiesz?”. Ja mówię: „Tak, przecież w szkole [się uczyłem]”, jako jedyny dobrze mówiłem. Mówią: Wir wollen mit Offizier sprechen. Mówię: „Bardzo proszę poczekać dwie minuty, trzy”. Poszedłem do tej willi, do dzisiaj ta willa stoi, pokazuję, że tam nasz pluton był w tej willi, z tej willi poszedłem na Puławską do Niemców, którzy szli z tego…

  • Czy pamięta pan, przy jakiej ulicy była ta willa?


Tak, widać ją, jak się Puławską jedzie, [jest] po lewej stronie, jadąc w stronę Wilanowa. Po lewej stronie, tak na wzgórzu trochę stoi.

  • Ale w okolicy jakiej przecznicy?


Blisko, chociażby z tej Dolnej jak się jedzie, to blisko jest do tej willi. Willa jest i potem jest jeszcze druga ulica, w każdym razie w tę willę bym trafił. Stoi tak, jak stała przedtem. Ale powiedziałem tym Niemcom, żeby poczekali minutę. Idę do „Norwida”, mówię: „Oni chcą z dowództwem mówić”. To ten zadzwonił, był telefon, tylko nie wiem, czy to telefon miejscowy taki, bo były linie, czy ogólnodostępny, bo ogólnodostępne telefony nie wszyscy [mieli], ale były. W każdym razie powiedzieli, żeby ich puścić. Poszedłem do nich i powiedziałem, że oficer czeka na nich i niech idą dalej, na prawo skręcą. Zasalutowałem, oni też zasalutowali i poszli. Nie było ich ze dwie godziny, tych Niemców. I o co chodzi? Chodziło o to, że my mieliśmy dosyć dużo rannych żołnierzy niemieckich i oni proszą, żeby tych jeńców, żołnierzy rannych, niemieckich, pozwolić wywieźć do szpitala, do Wilanowa. Aha! Jak przyjechały te platformy z Wilanowa, polskie platformy, furman i dwa konie, ze trzy przyjechały, to z tymi rannymi Niemcami pojechały do Wilanowa trzy nasze sanitariuszki i potem się od nich dowiedziałem, od jednej z nich, jestem w kontakcie z nią, [co się działo]. Załadowali tych rannych żołnierzy niemieckich na te platformy i pojechali do Wilanowa. Tam hrabiowie Braniccy… Wilanów należy do Branickich, więc państwo Braniccy zrobili przyjęcie, bardzo ładne, na którym byli ci żołnierze. Jedni byli ranni, bardzo ciężko i nie mogli wstawać, ale jeszcze byli też tacy, co się mogli podnieść. Przyjęcie było i w ogóle była orkiestra, znaczy gramofon chyba jakiś tam puścili. Te trzy sanitariuszki, [gdy] wróciły do nas, mówiły, że zrobili tam Niemcy przyjęcie w Wilanowie, że tych jeńców oddaliśmy, i wrócili. To taka rzecz się działa w Wilanowie. Gdzie tych jeńców rannych, którzy byli u nas jako jeńcy, oddali, nie wiem. [Nie wiem], kogo oddali, w każdym razie jak nie mógł chodzić, chyba nie oddali, a jak jakoś tam chodził, to odjechał.


  • Czy tam w tej okolicy, gdzie pana kompania działała, był szpital, w którym byli ci jeńcy?


Nie, wzięli ich już przygotowanych do wsiadania na platformę.

  • Rozumiem, pytam, czy tam może był szpital?


Chyba był jakiś. Gdzieś musieli być, bo opatrunki były, mieli pozakładane takie czy inne opatrunki. Wsiedli na te platformy, które przyjechały z Wilanowa od Branickich, i pojechali tam. Takie właśnie rzeczy.

  • Czy ma pan jeszcze jakieś wspomnienia dotyczące walk w tym drugim okresie, po wyjściu z lasów chojnowskich? Czy pan może jeszcze mógłby nam to przybliżyć?


Proszę pani, były takie [zadania], wyrzucić Niemców z danego domu, bo to oni ostrzeliwali. Jest natarcie nasze, to jest w rozmaitym układzie, jedni atakują z tej strony, drudzy z tej strony, w końcu zdobywamy to czy inne jakieś tam tego. Tylko że jak, co ma się zrobić? Te pokoje zdobywamy, tam Niemcy siedzą, dwóch czy trzech Niemców jest, to rusza dwóch, trzech naszych czy pięciu naszych i próbują tych Niemców ukatrupić albo do niewoli wziąć.

Do niewoli mało się brało, ale mieliśmy w niewoli Niemców. Na przykład taka rzecz, jeńcy niemieccy kopali rów, do walki rów, jak to tam się nazywało, okop czy tego. Ich tam było chyba z dziesięciu, tych jeńców niemieckich. Do mnie mówią: „Ty idź tam, popilnuj tych jeńców, co kopią rów”. No i poszedłem. Dwóch mówi czystą polszczyzną: „Proszę pana, czy moglibyśmy dostać papierosa?”. Ja mówię: „Po co wam?”. – „Byśmy zapalili sobie, kopiemy tutaj rów”. Okazuje się, że to Polacy, jeńcy niemieccy, ale [Polacy], bo dużo Opolszczyzny było przecież w niemieckich rękach, normalnie po polsku mówili. Tak że momenty takie były, wie pani, jak ci Polacy. Postarałem się o parę paczek papierosów, dostałem i dałem im, podziękowali mi. Takie rzeczy miały miejsce w czasie walki.


  • Jak wyglądała aprowizacja, zaopatrzenie, jedzenie? Czy nie było momentów głodu? Czy jedzenia było pod dostatkiem?

 

Na Mokotowie w ogóle jedzenia było, nie powiem, że pod dostatkiem, ale głodny nikt nie był. Tam było dużo zwierzyny, krów było dużo, koni, owiec czy kóz. Ludzie mieli poletka rozmaite i trzymali tam te zwierzęta swoje. W tej chwili też na naszych działkach mają [jakieś zwierzęta], ale to było dosyć popularne w czasie wojny, że ktoś utrzymywał na przykład krowę. Kto utrzymywał krowy, to mleko miał w domu. Tak że głodu nie było, proszę pani. Oczywiście trudno tam nazwać, że zupę z ryżem… w każdym razie nie było głodu.


  • Czy było jakieś umundurowanie, czy raczej w ubraniach cywilnych?


Dokładnie to pani powiem, że ubrania były cywilne. Wie pani o tym, że były cywilne, rozmaite. Na ogół były popularne takie kombinezony, takie jak majstry mają czy mechanicy. Nie każdy miał kombinezon, więc rozmaite to było. My tak poszliśmy do niewoli jenieckiej, dali mundury niemieckie przefarbowane na niebiesko z napisem tutaj, mniejszymi literami napis, farbowy, KGF, Kriegsgefange, jeniec wojenny, i na plecach dużymi literami KGF. Natomiast ruscy na przykład nie mieli KGF a SU, Soviet Union, i naszych, tych, których wzięli do niewoli, tych od Berlinga, oni też mieli SU. Była cała konferencja między Niemcami a Polakami, żeby nie mieli SU, Soviet Union, tylko żeby mieli KGF normalnie. Zgodzili się, von dem Bach, dowódca niemiecki, który dowodził w czasie Powstania Warszawskiego, zgodził się w końcu, że zamiast SU ci Polacy od Berlinga, którzy przeszli Wisłę i poddali się, dostali takie mundury jak my i napis KGF Kriegsgefange, a nie Soviet Union. To są takie [drobiazgi], ale dobrze wiedzieć o tym, że takie rzeczy się działy.

  • Czy miał pan takie ciągłe poczucie zagrożenia życia? Czy też nie myślał pan o tym, że koledzy giną, że też może w każdej chwili być zabity, ranny?


Jak się szło do ataku, to się takie wrażenie miało zawsze.

  • Strach? Bał się pan?


Bałem się, jak padnę, to najlepiej całkowicie – przekreślone życie w ogóle, koniec z życiem. Ta męczarnia, jak ktoś jest ranny, a jeszcze wiadomo, że jakieś leczenie może go uratować, to znowu tego leczenia nie ma kto zrobić, nie ma jak zrobić tego… W każdym razie myślał człowiek, że skończy się to życie dosyć szybko. Poza tym też baliśmy się niewoli. Jak będzie w niewoli?

Na przykład jak szedłem do niewoli, ale to ja już byłem u góry, przy ogrodzie w Alejach Ujazdowskich, grupami takimi szliśmy, to śmieszne, idę, karabin oddałem, już położyłem, [jestem] bez karabinu. Idę i stoi jakiś Niemiec, stoją żołnierze niemieccy, jeden stoi, tak osobno tam. Ja przechodzę koło niego, a on: Czasy imiejesz? Pokazuję, że mam. Dawaj czasy. Zabrał mi zegarek. On był rusek, tylko w niemieckiej armii, takich było dużo. Może to, co mówię, jest śmieszne, ale tam stał jakiś podoficer czy oficer niemiecki, podszedłem do niego i mówię, że ten rusek ukradł mi zegarek, miałem zegarek. On się pyta: Wer?, ja na to: Er steht hier. Zawołał go i nic się nie działo, ten Niemiec miał taką trzcinkę i nic, ani słowa, tylko w pysk go tą trzcinką – bez żadnego słowa, tylko tą trzcinką w pysk mu dał i ten mi oddał zegarek, ale potem zaczął iść za mną. Ja się wróciłem do tego Niemca i mówię: „Jak pójdę dalej, to on mnie zastrzeli”, to Niemiec kazał mu stać tutaj. Takie momenty, które może są śmieszne, ale się zdarzały.


  • Wrócimy jeszcze do okresu Powstania. Jakie były kontakty z ludnością cywilną? Czy tam, gdzie pana oddział stacjonował, mieszkali ludzie? Jak się odnosili, jakie były wzajemne relacje?

 

Na Mokotowie stosunki wojskowe z ludźmi, z cywilami były dobre. W jakiś sposób próbowaliśmy w ramach siły i możliwości tym ludziom pomagać. Duża część ludzi wyszła, wychodziła z Warszawy w kierunku Wilanowa. Niektórzy się bali wyjść, niektórzy nie. Niemniej jednak stosunki pomiędzy ludnością a nami były poprawne. Naprawdę ja oceniałem tych ludzi bardzo wysoko, oni nam pomagali. Pomagali, nie tylko, że, powiedzmy, byli tacy, co mieli tej żywności więcej, byli tacy, co mniej, ale naprawdę robili możliwie wszystko, żeby nam pomóc. Tak odczuwałem to cały czas, że ludność cywilna jednak w jakiś sposób nam pomaga.


  • Czy był pan świadkiem jakichś masowych egzekucji, zbrodni wojennych, dokonywanych na ludności cywilnej lub na Powstańcach przez Niemców czy przez inne odziały, które służyły w armii niemieckiej?


Nie, absolutnie nie. Nie widziałem żadnych ujemnych stron. Tak samo jak szliśmy do niewoli, absolutnie, nie, nikt się nie znęcał ani nic. Tak samo ludność cywilna, przecież wychodzili z dziećmi, wychodzili na ulicę – nie zawsze przecież były strzały, to siedzieli w parku ludzie. Wychodziło też dużo, wie pani, walizki i wózek pchali, czyli chcą wyjść poza Warszawę, czy to do Wilanowa, czy to gdzieś do Otwocka czy Piaseczna. Wychodzą i wychodzili, tłumnie wychodzili.

  • Czy miał pan kontakt z rodziną w czasie Powstania? Czy mama wiedziała?


Mama była na Saskiej Kępie, Waszyngtona 8. Ze dwa razy telefonowałem i odzywał się telefon. Mama była w domu na Waszyngtona 8 mieszkania 5, na drugim piętrze, ten dom drugi od ronda Waszyngtona. Mówiła, że barykada przy domu numer 8 (6 i 8 to jest jeden dom, tylko numer 6 i 8), [to] była barykada, gdzie stały dwa niemieckie działa. Była załoga niemiecka w domu, ale Niemcy nie mieszkali w mieszkaniach, które były puste na ogół, ale wysiedlali ludzi przed wejściem Rosji, wysiedlali do Warszawy. Z tym że dozorcę zostawiali – lokatorów na drugą stronę Wisły, ale dozorcy zostawali. Niemcy nocowali w pralniach, pralnie były. Tylko ta załoga z armat była, nocowali w tych [pralniach].

A potem przyszli ruscy i zaczęło się od tego, że w tym domu, który jest przy Waszyngtona 8, zastrzelili Kuletę. Kuleta był dozorcą i on nie był wysiedlany. Ruscy przyszli: Vodku ty imiejesz? Nie miał wódki, to go zastrzelili na klatce schodowej. Kuleta się nazywał. Obrabowali ze wszystkiego dom, puste stały te mieszkania, ale ruscy powłamywali się i rozkradli. Takie było wejście ruskich na Saską Kępę.


  • Czy w czasie Powstania uczestniczył pan w życiu kulturalnym? Może były jakieś koncerty, przedstawienia organizowane przez Powstańców czy przez ludność cywilną?


Nie, nie, proszę pani.

  • A w życiu religijnym? Czy był pan świadkiem jakichś ślubów, pogrzebów, mszy świętych?


Tak. Msze były.

  • Czy był może z wami kapelan, z oddziałami?


Tak, tak, był. Nie wiem, jak się nazywał, ale był, po wojnie pojechał do Rzymu. Nie wiem, czy z Rzymu wrócił, czy nie. W każdym razie mieliśmy kapelana. Spotykało się księży w mundurach, z tym że miały jakiś emblemat kościelny, kepi kościelne czy kołnierzyk. W każdym razie to się spotykało, ale tak to żadnych [uroczystości]… Może w Śródmieściu były, tam było mniej [walk], dalej było do frontu, ale na Mokotowie to jednak ten front był dosyć blisko, bo Wilanów był w rękach niemieckich, park Dreszera też był po drugiej stronie… Nie wiem, jak ta ulica się nazywała, nie wiem, zapomniałem. Po drugiej stronie byli Niemcy, ale nie było takich walk – ostrzeliwanie się wzajemne było, ale nie zawsze był atak, nie zawsze. Szturm, atak, Angriff, jak to nazywają, no to były czasami, no to przygotowywali się, tak to wyglądało. Ale tak to były okresy, gdzie można było wyjść na spacer na przykład, bo nikt nie strzelał. Były takie niedługie okresy i coraz krótsze zresztą były, ale były, widziała pani dzieci bawiące się w piaskownicy czy coś takiego. Były takie momenty.

  • Czy docierała prasa? Czy była możliwość posłuchania radia?


Nie, z radiem jak powiedziałem, to nie. Radia Niemcy mieli, tylko że prądu nie było. Od tego zaczynam. Były okolice, gdzie był jakoś ten prąd włączony. Tak samo gazu, gazu też nie było, ale niektórzy mieli gaz. Po prostu jakaś dzielnica czy część dzielnicy, pięć domów na przykład, miało włączony gaz, ale na ogół nie było światła, elektryczności ani gazu. To się trafiało, ale to było unikalne.

  • Czy docierała do was prasa?


Normalna prasa gazetowa? Nie. „Biuletyny…”, no to raczej wojskowe historie, ale żebym miał tak teraz „Życie Warszawy”, „Echo”, czy jakieś tygodniki, to nie.

  • Jaki był nastrój w pana kompanii, w oddziale? Czy były dyskusje na temat bieżącej sytuacji, perspektyw, przyszłości?


Tak, proszę pani, perspektywy były takie, że nam pomogą Amerykanie, Anglicy czy Francuzi.

  • Było oczekiwanie, że tak będzie?


Tak, że ruszą. Potem zrobiło się dosyć przykro, jak stanęli też niby nasi wyzwoliciele, ruscy, ale tyle było o tych ruskich rozmaitych, powiedzmy, określeń, że to ludzi nastawiało negatywnie do tego wyzwolenia przez nich. To ludzi, że tak powiem, wytrącało z jakiejś emocjonalnej uciechy, że kończy się wojna, że będzie dobrze.

  • Czy zawarł pan szczególne przyjaźnie w okresie Powstania z jakimś z kolegów walczących?


Proszę pani, tak, miałem przyjaciół. Potem miałem, bardzo długotrwałe i do dzisiaj istnieją [przyjaźnie] z niewoli. Byłem w niewoli, najpierw w Gross-Rosen, [to] duży obóz jeniecki, a potem byłem na komenderówce w Hamburgu.

  • Czy może pamięta pan, gdzie pan był, gdy 24 września nastąpiło zmasowane natarcie Niemców na Mokotów. To już właściwie był koniec walk. Czy może to jakoś w pana pamięci się utrwaliło, ten dzień, ten czas? Czy pamięta pan może, gdzie wtedy stacjonował?


Tak, pamiętam. Po stronie parku Dreszera, jak się wchodzi do parku od Puławskiej, to po lewej stronie te domy były w naszych rękach.

  • Ulica Odyńca?


Odyńca. Po drugiej stronie byli Niemcy, a po tej stronie byli nasi. Były rzeczywiście rzeczy takie, Niemcy strzelali i my strzelaliśmy. Padali Niemcy i nasi. Po prostu dzielił nas tylko park Dreszera, z jednej strony byli Polacy, z drugiej Niemcy, to trwało ze trzy dni. Blisko siebie byliśmy, ale były straty, i strona niemiecka miała straty, i strona polska. Byliśmy jednakowo uzbrojeni, bo nie było tam żadnych armat, żadnych czołgów, tylko strzelali, strzelanina. Tak samo my potrafiliśmy strzelać, jak i Niemcy. To było w parku Dreszera, takie zakończenie. Potem byliśmy jeszcze, szliśmy, ale już nie było walk, tam właśnie obok tego Saskiego, tam, co mówiłem, że ten zegarek mi zabrał.

  • Czy wiedział pan, że żołnierze ewakuują się kanałami z Mokotowa?


Tak, wiedziałem. My nie wchodziliśmy, żaden od nas nie wchodził do kanału, żaden, absolutnie. Ale wiedzieliśmy. Podobno tragiczne były te kanałowe historie, ale nie zetknąłem się w ogóle ani z kimś, kto przez ten kanał przechodził… Nie no, zetknąłem się, powiedzmy, że [ktoś] przeszedł przez kanał. Kanały były podobno jedne okropne, a drugie były zdolne do przejścia. Ale to wiem tylko z opowiadania rzadkiego, bo mało kto z moich znajomych – z moich nie [tylko] kolegów, ale w ogóle poznanych osób – przez te kanały się poruszał. W każdym razie jakieś masowe wędrówki kanałami ze Śródmieścia na Mokotów czy z Mokotowa gdzieś, to nie było tego na Mokotowie.

  • Jak zakończył się okres walk o Mokotów po tych dwóch, trzech dniach, jak pan wspomniał, ostrzeliwania się z Niemcami?


Po prostu jest kapitulacja, ogłoszona była kapitulacja.

  • To było 27 września, prawda? Czy pamięta pan ten dzień?


Proszę pani, godziny i [momentu] nie pamiętam, bo to nie było określone ściśle o godzinie takiej i takiej stawianie się tu i tu. Nie, podpisywał może jakiś podchorąży czy jakiś, ja wiem, porucznik czy jakiś inny. Wymienił ze swojego plutonu, kompanii, swojego oddziału, podpisywał takie coś… Ale ja nie miałem z tym nic do czynienia, nic nie podpisywałem. Tylko do niewoli szedłem, jak pani powiedziałem.

  • I wtedy cały batalion, cała kompania, wszyscy wyszli, tak?


Tak, do Pruszkowa.

  • Czy pan pamięta, jaką trasą szliście?


Proszę pani, trasą? Do pociągu szliśmy.

  • Tak, ale Puławską, Marszałkowską? Wspomniał pan o Alejach Ujazdowskich.


Do Pruszkowa szliśmy piechotą. W Pruszkowie byliśmy jedną noc chyba czy dwie noce. Potem pojechaliśmy… zapomniałem jak to się nazywa… i tam byliśmy chyba z tydzień. Też pociągiem [jechaliśmy]. Potem po tygodniu… Aha, tam nawet przyjechał jakiś polski oficer, ale już po kapitulacji, który patrzył, jak się zachowujemy i jak jest w tym obozie, w którym byliśmy.

  • Ale to w Pruszkowie?


Nie, gdzie indziej to było. Krótko tam byliśmy, ze dwa dni chyba.

  • Może w Ołtarzewie?


Nie. Zapomniałem, jak to się nazywa. W każdym razie wsiedliśmy w pociąg, po drodze parę razy zatrzymaliśmy się w lesie, żeby się załatwić z wagonu, bo wagony były towarowe, i dojechaliśmy do Hamburga. W Hamburgu zostaliśmy ogłoszeni jako Sonderkommando aus Warschau i obóz jeniecki był. Osiemdziesiąt cztery osoby [tam] były, żołnierze.

Połowę z tego było „berlingowców”, a połowę warszawiaków. Stosunki między nami były bardzo przyjemne, bo to byli Polacy z Wołynia, z Podola. No, byli też bardzo mądrzy, to aż mnie zaskoczyło. Polak, gdzie jego przodkowie zostali wywiezieni na Sybir. On wyjechał z Sybiru do Mongolii. Był w Mongolii i chciał się dostać do Andersa. W Krasnowodsku zamknęli ruscy przejazd do armii Andersa i jego wzięli do Berlinga, a on chciał do Andersa. Tak że to są szalenie ciekawe, ale skomplikowane rzeczy. On mówił po polsku znakomicie, po niemiecku znakomicie i po rosyjsku też znakomicie. Naprawdę mądry gość, trzema językami obracał idealnie, dosłownie, dużo wiedział. No, zdarzali się tacy, a w ogóle był Polakiem, ale już dziadek jego był wywieziony na Sybir, tak że on był z Sybiru. Spotykało się takie historie, które są mało znane, ale się zdarzały.

Jak powiedziałem, to żołnierz niemiecki mnie zatrzymał i mówi: Czasy imiejesz?

  • Gdzie zdawana była broń? Gdzie następowało rozstanie z bronią? Na Mokotowie od razu?


Tak, na Mokotowie. Kładło się na stertę karabiny, pistolety, wszystko. Mieliśmy jeszcze później granatniki, granatniki wystrzeliwali.

  • Czy pamięta pan może, którego dnia opuszczał pan Warszawę?


Nie, po zdaniu broni. Tam było jakieś jedzenie, tak że jeszcze dostaliśmy. Po zdaniu broni poszliśmy do Pruszkowa. W Pruszkowie byliśmy chyba dwa dni.

  • Później do obozu Sandbostel?


Potem Sandbostel, tak, potem Hamburg. W Hamburgu byliśmy aż do wysiedlenia przez armię angielską.

  • Wyzwolenia?


Wyzwolenia, tak. Przede wszystkim skończyła się wojna. Poszedłem do szkoły i robiłem maturę w Lubece, ale cały czas byłem w 1 Dywizji Pancernej u generała Maczka. Potem od generała Maczka z 1 Dywizji Pancernej ([tam] byłem krótko) poszedłem do 2 Korpusu, do Włoch, do armii Andersa. Z 2 Korpusem generała Andersa pojechałem do Anglii i siedziałem w Londynie dwa lata. Przyjechałem do Polski, wstąpiłem na Uniwersytet Warszawski.

  • W którym roku wrócił pan do Polski?

 

W czterdziestym ósmym. [Wstąpiłem] na Uniwersytet Warszawski, na wydział weterynarii, medycznej, weterynaryjnej. Z trzeciego roku mnie zabrali do więzienia, dostałem siedem lat, sześć, za to, że byłem w AK. Sąd Wojskowy artykuł 86, paragraf 2. To nie tylko ja, dużo [osób] przecież. Poszedłem, siedziałem tyle lat w więzieniu. Potem wyszedłem z więzienia, to się trochę przewróciło.

Skończyłem studia, na trzeci rok poszedłem od razu, bo trzeci rok zrobiłem przed aresztowaniem. Skończyłem studia, miałem pracę. Z leczeniem nie miałem nic wspólnego, byłem w Ministerstwie Handlu Zagranicznego specjalistą od spraw eksportu i importu zwierząt. Tym się zajmowałem, jeździłem po całej Europie i tak dalej. W każdym razie aż do emerytury tak to wyglądało.

  • Czyli ta przeszłość akowska, powstańcza nie rzutowała na pana późniejsze życie zawodowe?


Rzutowała, bo dostałem sześć lat.

  • Tak, ale już później, po tym czasie.


Później nie. Teraz to mam przeproszenie, proszę bardzo, mam w domu. W ogóle jestem oficerem i tak dalej, podziękowania, mam papierów mnóstwo, to się zmieniło…

  • Jeszcze na chwilkę chciałam wrócić do okresu pobytu w obozie jenieckim. W jakich warunkach pan tam był?


To była Hamburgstraße, zapomniałem, jak to [się nazywało], przypomnę sobie, Hamburg, kawiarnia. W czasie wojny kawiarnię zlikwidowali i sala, i kuchnia, i tak dalej, klozety były kawiarniane… Kawiarnia była duża, piękna, ale zamiast kawiarni były łóżka piętrowe i był obóz jeniecki. Nas było osiemdziesięciu czterech, z tym że jeden gdzieś uciekł, dwóch bomby zabiły, ale tak już do końca siedzieliśmy. Część wróciła do Polski, a część nie wróciła. Mam z nimi kontakt nawet. Ale ciekawe było z tymi „berlingowcami”, co z ruskiej armii byli. Oni, połowa z nich, z tych osiemdziesięciu czterech, to była właśnie z tej armii ruskiej. Ale stosunki między nami były zupełnie dobre. To byli, jak powiedziałem, Polacy, ale ze wschodu, z Podola, z Wołynia, Polesia, w każdym razie stamtąd.

  • A jeśli chodzi o nadzór, o Niemców, to jak się odnosili do jeńców, jakiś reżim duży był?

 

Może [powiem], jak mieliśmy tutaj, jak mnie aresztowali w Polsce, jak przyjechałem do Polski… Z trzeciego roku Uniwersytetu Warszawskiego nas było sześciu, tych [aresztowanych], wszystko z AK. Sąd, jak powiedziałem, wojskowy… [Potem] pytali, jak było w tym więzieniach. Przecież siedzieliśmy, ja głównie w Rawiczu siedziałem, tam siedziała elita Polski przecież. Powiedziałem: „Proszę Wysokiego Sądu, no więc jest tyle publikacji na ten temat, że…”. Ale Bukowski, który też był ze mną, siedział, [powiedział]: „Żeby wydać sąd, to trzeba mieć porównanie, prawda? W każdym razie jak porównam niewolę niemiecką z polskim więzieniem, to do niewoli niemieckiej bym szedł na kolanach”. Cisza się zrobiła. Powiedzonko Bukowskiego: „Do niewoli bym szedł na kolanach”.


Proszę pani, Niemcy, jak Niemcy, jeden był cholerny, wie pani: „Baczność”, [niezrozumiałe], Stillstand i tak dalej, ale nie było żadnych jakichś świństw, nie było jakiegoś tam podszeptu. Po prostu pracowaliśmy, prace były rozmaite. W każdym razie ja miałem zapalenie orbitalis, buccalis i mandibularis, zapalenie zatok. Odesłali mnie do szpitala francuskiego. [Był tam] obóz francuski, ale wachman był zawsze, zawsze z wachmanem, on ze mną pojechał. Tam w obozie nie było odpowiedniego lekarza, który by potrafił [pomóc]. Wróciliśmy i ten [wachman] melduje dowódcy naszego [obozu], służbista wielki, że nie ma takiego lekarza w tym obozie francuskim. [Wysłano nas] do marynarki wojennej, Kriegsmarine, następnego dnia. Pojechałem do tego szpitala niemieckiego, wojskowego, marynarki wojennej i tam mi zrobili operację na [zatoki]. Ale nie będę mówił [szczegółów]. Tylko najpierw zawołano tego wachmana, żeby tłumacza przyprowadził. Wachman powiedział: „On mówi po niemiecku”. Ja mówię do niego: Herr Doktor, Herr Doktor, powiedział: „Ich bin Oberleutnant. Jestem porucznikiem, więc co pan mi mówi o doktorze. Do czego to podobne”. Oni nie rozumieli, że nie może przecież… Po pierwsze, jest porucznik, a drugie, że doktor. U nas jest od diabła i trochę tych profesorów, doktorów całe mnóstwo, teraz się zrobiło. Było osiem uczelni wyższych, a teraz dwieście trzydzieści. W wielu wypadkach to są jełopy kompletne. On fachowo, powiedzmy, zna się na tym, elektryczny czy tam jakiejś maszynie i tak dalej, ale oprócz tego to jest w ogóle… Nie można pisać po niemiecku, na przykład doktor i potem porucznik, skąd. Tak samo ksiądz się pisze, ksiądz zawsze przed, [czyli] ksiądz generał, tak można, ale ksiądz jest na początku. To są takie subtelne rzeczy.

  • Czy w obozie rozwijało się jakieś życie kulturalne?


Tak, tak.

  • Przedstawienia czy jakieś publikacje?


Tak, oczywiście. Staliśmy daleko wyżej od Niemców, od żołnierzy, od wachmanów. Paczki, jakie przychodziły. Każdy [otrzymywał] pięciokilową. Sardynki, kawior, czekolada, papierosy.

  • Skąd te paczki były?


Z Anglii, brytyjskie. Pięć kilo na osobę. W Wigilię jak była, razem z wachmanami mieliśmy tę Wigilię, to oni byli zachwyceni, ci żołnierze niemieccy, że coś podobnego… Oni nie wiedzieli w ogóle, że taki może być stół zastawiony. Jesiotry, proszę pani, łososie i tak dalej, kawior rozmaitych gatunków, coś niebywałego. I to w niewoli właśnie.

  • Jak był organizowany czas wolny?


Czas wolny był.

  • Czy jakieś kółka samokształceniowe, przedstawienia czy chór?


Nie, nie.

  • Sport?


Nie, tego nie było. Nas było osiemdziesięciu czterech i nie stykaliśmy się z innymi. Potem, jak wyszliśmy z niewoli, to jak powiedziałem, najpierw poszedłem do 1 Pancernej. A w 2 Korpusie znowu to miałem na naramiennikach, wie pani, epolety na ramieniu, taka obwódka biało-czerwona z nici, [dzięki temu] mogłem korzystać z hoteli, restauracji czy z teatrów oficerskich. Jeździłem z panią Tuwan, we Włoszech, 22 Kompania Transportowa Zaopatrzenia Artylerii. Pani Tuwan, to starsza pani była, miała czterdzieści lat czy pięćdziesiąt. W każdym razie rozwoziliśmy paczki, jedzenie, po całych Niemczech, w obozach, co Polacy byli. Tak że zjeździłem całe Niemcy z panią kapitan Tuwan. Było o tyle dobrze, że mogliśmy iść razem do restauracji czy do hotelu. To były takie przywileje. Tak że było rozmaicie, wie pani. No i wtedy chodziłem. Ja wiem, mówiła pani o teatrze czy kinie. No to tak, były rozmaite…

  • Miałam na myśli sytuacje, gdy jeńcy coś organizowali.


A nie, jeńcy nie, proszę pani. Powiedziałem, była Wigilia wspólna, razem z wachmanami, no więc Stille Nacht, heilige Nacht to śpiewaliśmy wszyscy, i my, i oni. Wiersze, powiedzmy, [niezrozumiałe] oni mówili ten wiersz i my też umieliśmy. Z tym że wachmani byli różni. Jak mnie prowadził wachman, to jeden szedł za mną z karabinem oczywiście, z bagnetem na karabinie, i ja szedłem przodem, on stał czy szedł za mną. Ale inny wachman, szliśmy obok i cały czas rozmawialiśmy jak koledzy, tylko że on miał karabin, ja nie miałem karabinu, ale normalnie gadaliśmy jak koledzy. Ale byli też tacy właśnie, co szedł z tyłu.


  • Czy może jest coś, co chciałby pan powiedzieć, a ja nie zapytałam, jakieś wspomnienie z Powstania? Jeżeli nie, to chciałabym zapytać o najgorsze przeżycie z tego okresu i też takie, które było dla pana przyjemne, radosne, które pan do dzisiaj wspomina.


Proszę pani, radosne spotkanie to było, jak z Niemiec pojechałem do 2 Korpusu generała Andersa.

  • Ale miałam na myśli Powstanie.


W czasie Powstania… Proszę pani, tam były mordercze naloty na Niemcy, mordercze. Mówi się o Warszawie, że zniszczona, [ale] żeby pani zobaczyła Drezno, Dortmund, Hamburg, Hanower, Düsseldorf – w ogóle nic nie zostało z tych miast. I to nas, proszę pani, cieszyło, że tak były bombardowane.

  • Ale ja miałam na myśli Powstanie, samo Powstanie. Czy pan mógłby jeszcze wrócić pamięcią do tego? Coś, co było najtragiczniejszym momentem?


Najtragiczniejszy moment to na pewno pójście do niewoli. Przed niewolą, samo to, co będzie, jeżeli nie wiedzieliśmy, obawa, co z nami zrobią w niewoli. Niewoli się każdy bał. Wyszło tak jak wyszło, rozmaicie to wyszło, ale to było dla nas pewną klęską.

Powstanie wybuchło po to, żeby była niepodległość, żeby Polska była niepodległa. Tymczasem widzieliśmy już w czasie Powstania, że… Jak tutaj po prawej stronie Wisły widzimy dosłownie, co się dzieje na rondzie Waszyngtona, no i co? Jesteśmy bezsilni. A dzieli nas dwieście metrów [o tych], co mają nas oswobodzić. Tu było zupełne gdzieś jakieś załamanie. No co to do cholery jest? Widać ich przecież. Czego oni nie [robią nic]. Przecież Niemcy dłużej by nie wytrzymali.


  • A radość?


Radość, nie no radość dla mnie to była wtedy, tak jak powiedziałem, jak do Włoch pojechałem. A sam przyjazd do Polski, też mama się ucieszyła. Mój drugi ojciec [został] rozstrzelany na Pawiaku w lutym, w czterdziestym czwartym roku, tak że mama została sama. Na Waszyngtona 8 mieszkania 5 mama sama była i tęskniła za mną, a ja za mamą. Spotkaliśmy się i mieszkaliśmy, jakoś żyliśmy dalej. A jak było, no to sama pani ma tyle lat, żeby mogła ocenić, wiedząc, że Powstanie wybuchło po to, żeby mógł przyjechać rząd z Londynu i żeby Polska była Polską. Teraz się mówi, że ile mamy tej niepodległości? Dwadzieścia lat, tak? Wszystko jest u nas takie jakoś pokręcone. Jedni się cieszą, drudzy psioczą. No i nie jest tak… Mi się wydaje, że wszystkie narody, że po wojnie okupacja sowiecka ich nauczyła (czego nauczyła, to wiadomo), że wszystkie [kraje], zarówno ta cała Rumunia i ta cała Bułgaria, i Albania, to wszystko… Przecież nie można porównywać. Niemcy przegrali dwie wojny, przegrali dwie wojny i są w tej chwili jedynym mocarstwem w Europie. Taka jest prawda, jedynym. Makaroniarze się nie liczą, Francuzi też byli potęgą za Napoleona, jak Napoleon był. A jak skończył się Napoleon, to co oni potrafili zrobić?

  • Czy jak spotyka się pan z kolegami, z towarzyszami walk powstańczych, rozmawiacie państwo o tamtych czasach, czy raczej bardziej o życiu współczesnym?


Rozmawiamy, tak. Ten znowu tego, ten znowu nagrywa, ten tu. Ten był postrzelony, tamten, powiedzmy, jakoś ocalał. Nie, rozmawiamy.

  • Czyli pamięć trwa?


Pamięć trwa. Znaczy dokładnie trudno mi powiedzieć, czy to na tej ulicy, czy na tej, czy o godzinie czwartej, czy o godzinie piętnastej. To jest trudno, ale te zasadnicze rzeczy, chociażby to, że zegarek mi ukradli, [Niemiec] trzciną w pysk dał mu i ten oddał zegarek, to się pamięta.




Warszawa, 19 listopada 2014 roku.
Rozmowę prowadziła Hanna Dziarska
Wiesław Opieliński Pseudonim: "Zdanowicz" Stopień: strzelec, strzelec Formacja: Pułk „Baszta”, Batalion „Karpaty” Dzielnica: Mokotów

Zobacz także

Nasz newsletter