Wiesław Szurek „Wicher”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Wiesław Szurek, urodziłem się 13 lutego 1927 roku w Warszawie. Cały czas mieszkałem w Warszawie – aż do Powstania. W Powstaniu brałem czynny udział w zgrupowaniu majora „Bartkiewicza”. Mój pseudonim „Wicher”, stopień wojskowy starszy strzelec.

  • Proszę mi powiedzieć o latach przedwojennych. Czym zajmowali się rodzice, czy miał pan rodzeństwo?

Matka nie pracowała, zajmowała się domem i dziećmi, bo mam jeszcze siostrę. Ojciec był drukarzem, konkretnie zecerem. Pracował w drukarni państwowej. Chodziłem do szkoły powszechnej. Po ukończeniu szkoły miałem rozpocząć naukę w gimnazjum, ale przeszkodziła mi wojna.

  • Gdzie pan mieszkał przed wojną?

W Warszawie przy ulicy Chmielnej numer 20.

  • Jak pan wspomina Warszawę przedwojenną, jakie to było miasto?

Dla mnie wspomnienia z tamtych lat są najwspanialsze i najpiękniejsze. Choćby dlatego, że byłem wtedy dzieckiem czy potem młodzieńcem. Atmosfera warszawska była jakaś inna, mimo wszystko bardziej mi odpowiadała niż obecna.

  • Gdzie pan lubił chodzić na spacery? Pamięta pan jakieś szczególne momenty?

Jak byłem zupełnie mały, chodziliśmy na spacery z mamą do Ogrodu Saskiego – na zabawy czy na sanki. Potem, jak już byłem starszy i chodziłem do szkoły, to często chodziliśmy w Aleje Jerozolimskie, obok Muzeum Wojska Polskiego. [Tam] był taki trawnik i teren, na którym można było grać w piłkę. Po prostu graliśmy w piłkę. Poza tym zimą chodziłem na plac Trzech Krzyży. Przy Instytucie Głuchoniemych było lodowisko. Mieliśmy wykupione z siostrą karty wstępu na cały sezon i chodziliśmy na łyżwy.

  • Gdzie pan chodził do szkoły?

Do szkoły chodziłem na ulicę Żurawią 9. To była Szkoła Powszechna imienia Antoniego Osuchowskiego. Taką miała nazwę. To była szkoła numer 81.

  • Jak pan zapamiętał wybuch wojny, wrzesień 1939 roku?

Wrzesień 1939… Atmosfera w tym czasie była bardzo napięta. Byliśmy na letnisku w Klębowie pod Warszawą. W związku z tą nabrzmiałą, bardzo groźną sytuacją wróciliśmy trochę wcześniej do Warszawy. Wybuch wojny zastał nas w Warszawie. Pierwsze dni wojny to była atmosfera pełnego zapału i optymizmu. Dokładnie 7 września, kiedy ogłoszono, że wszyscy mężczyźni powinni się wycofywać na wschód, ojciec wyszedł z domu. Już potem nie wiedzieliśmy, co się z nim dzieje. Zostaliśmy z mamą. Jeszcze początkowe dni były jakieś możliwe. Potem tak się nasiliły bombardowania i ostrzał artyleryjski, że cały ten okres przesiedzieliśmy w piwnicy. Choć miałem tylko dwanaście lat, włączyłem się do utworzonej Ochrony Przeciw Lotniczej (OPL). Miałem opaskę biało-czerwona i pełniłem rolę gońca. Poza tym starałem się jakoś pomóc mamie. Trzeba było zdobywać wodę, więc z kubłem chodziłem po innych domach czy gdzie była jakaś studnia. Również starałem się zdobyć coś do jedzenia, konkretnie chleb. Chleba od razu w ogóle zało. Były potworne kolejki w obrębie ulicy Śliskiej, Pańskiej, gdzie były jakieś piekarnie. Tam były dosłownie kilometrowe kolejki, tak że moje wyprawy właściwie kończyły się niczym.

  • Zało wody w kranach?

Wody w kranach zało na skutek uszkodzeń rur w wyniku bombardowań. Przy naszym budynku upadła jakaś bomba. Musiała być bardzo nieduża, bo to tylko jakiś dół się zrobił, nic więcej. Tuż obok (mieszkałem róg Chmielnej i Szpitalnej), po drugiej stronie ulicy cały dom płonął od góry do dołu. To była kamienica cztero- czy pięciopiętrowa. Było to dla nas dużym zagrożeniem. Poza tym wszystko było obsypywane odłamkami. Szyby w naszym mieszkaniu też powybijane. Ojciec wrócił dopiero w połowie października.

  • Jak nastrój był odbierany przez ludność w Warszawie?

Nastrój był bardzo patriotyczny. Wszyscy pomagali sobie i wojsku. Starali się jakoś włączyć, na przykład budowano małe barykady. W naszej bramie stał wóz z koniem. Żołnierz cały czas przy tym wozie siedział, ludzie mu donosili coś do jedzenia. On wprawdzie miał jakąś suchą kiełbasę ze swojego przydziału, ale częstowano go gorącym posiłkiem. W ogóle atmosfera była bardzo dobra. Wszyscy ciągle liczyli, że mimo wszystko ta walka będzie po naszej myśli, że jednak Niemcy nie zdobędą Polski, nie nastąpi okupacja Polski i że to się jakoś bardzo szybko odwróci. Liczyli na kraje zachodnie, na Francję, Anglię, z którymi mieliśmy przecież podpisaną umowę o wzajemnej pomocy.

  • 3 września była przecież wielka radość.

Tak, 3 września oczywiście. Wszyscy uważali, że to będzie natychmiastowa z ich strony reakcja. Tej reakcji jak wiadomo nie było długo.

  • Pamięta pan, jak weszli Niemcy do Warszawy?

Tak. Pamiętam, kiedy pierwszy raz ich zobaczyłem. To już musiał być chyba sam koniec września albo początek października. Nie pamiętam właściwie, kiedy wkroczyli. Szliśmy z mamą do kościoła Świętego Krzyża przez ulicę Mazowiecką. Na placu Małachowskiego stały dwa samochody ciężarowe czy wojskowe i całe grupy Niemców uzbrojonych w hełmach. I to wszystko. Oni patrzyli na nas, my na nich. Potem normalnie przeszliśmy Traugutta do kościoła Świętego Krzyża. Nie wyglądało to wtedy tak specjalnie groźnie, chociaż raziła nas ich butna postawa. U nas, jak żołnierz stoi na „spocznij”, to z nogą wysuniętą, a oni w takim rozkroku. Ten ich wygląd był jednak jakiś groźny. Ale w tym momencie nie było z ich strony agresji.

  • Później wrócił tata.

Później wrócił tata. Niestety zaczęły się bardzo duże trudności. Bardzo źle nam się powodziło. Oszczędności, które akurat ojciec zgromadził… Mieliśmy bardzo małe mieszkanie, które rodzice chcieli zmienić. Mama mówiła, żeby kupić większe mieszkanie, a ojciec żeby wybudować jakiś domek pod Warszawą. Zmarli jego rodzice w Płocku. Ten domek [tam] został sprzedany, pieniądze były rozdzielone między braci i siostry, ojciec miał trochę własnych. Szykował się właśnie, żeby wybudować ewentualnie własny domek. To wszystko absolutnie przepadło co do grosza. Ojciec wprawdzie nie stracił pracy, pracował w drukarni, która zmieniła nazwę na Staatsdrükerei po niemiecku. Pensje były w tym wymiarze, w jakim były przed wojną. Były groszowe w porównaniu z tym, jak ceny poszły w górę. Rodzice sprzedawali, co mieli, jakieś złote rzeczy, pierścionki. Ale potem widać było, że to absolutnie nie załatwia sprawy. Zaczęliśmy dorabiać robieniem papierosów. To się robiło ręcznie i potem sprzedawałem je na ulicy albo sprzedawałem je do budek, które były na ulicy. Tak to wyglądało w tym czasie.

  • Jak pan sprzedawał papierosy? Miał pan walizeczkę…

Nie. Miałem papierosy w takim pudełku jak do butów. Robienie papierosów i ich sprzedaż mnie obciążało. Chodziłem do szkoły, potem pomagałem rodzicom, jak trzeba było węgiel nosić z piwnicy, to wszystko głównie ja załatwiałem. Niewyspany byłem. Nawet taki śmieszny przykład. Śniło mi się w nocy, że jest koniec wojny. Pierwsza moja reakcja, jak usłyszałem – w tym śnie, co się dzieje: „Ach, to teraz ja się wyśpię”.

  • Czyli pana wielkim marzeniem było wyspać się.

Już byłem taki zmęczony tą sytuacją, tym wszystkim, ale jednak chodziłem do szkoły, miałem kolegów. To trwało przez cały okres okupacji do 1944 roku. Były łapanki, były różne sytuacje, z których jakoś szczęśliwie wychodziłem cało. Nawet była taka sytuacja, że w tym właśnie domu, to nawet dokładnie pamiętam datę, to było 17 stycznia 1943 roku, cały dom został otoczony przez Niemców. Po wszystkich mieszkaniach chodziła grupa Niemców i sprawdzała dokumenty. Z całego domu pięć osób zostało zabranych do obozów koncentracyjnych. Ani mnie, ani ojca nie zabrano. Ojciec, pracując w drukarni państwowej, miał takie jakby zabezpieczenie, a ja jeszcze wtedy w 1943 roku miałem piętnaście czy szesnaście lat, kazał mi pokazać dowód. Miałem jakąś legitymację, kenkartę już miałem chyba, głośno przeczytał datę urodzenia, oddał i wyszedł. Z całego naszego domu pięć osób zostało zabranych, z tego chyba dwie czy trzy osoby zginęły na Majdanku.

  • Można było im nie otworzyć?

Nie. Nie można było. To było niemożliwe. Wywaliliby drzwi i byłyby jakieś bezpośrednie konsekwencje... Zamiast wywalać drzwi, to mogliby zacząć strzelać w drzwi czy coś takiego. To było absolutnie niemożliwe.

  • Jak wchodzili, to odbywały się rewizje?

Głównie tylko sprawdzali dokumenty. Pamiętam ten dzień, bo to było 17 stycznia, to były imieniny mojego ojca. U nas była ciotka, ją też wylegitymowali. Zebrani to byli sami mężczyźni, że tak powiem, w sile wieku. Ja byłem jeszcze trochę za młody.
  • Pamięta pan, jak płonęło getto, jak było powstanie w getcie?

Pamiętam, oczywiście. Skąd pamiętam? Żeby się zabezpieczyć przed łapankami, przed wyjazdem gdzieś do Niemiec na roboty, ojciec mnie wciągnął do drukarni. Po prostu byłem jako goniec. Wychodziłem z pracy wcześniej i chodziłem na popołudniową zmianę do szkoły. Drukarnia była wtedy przeniesiona do Wytwórni Papierów Wartościowych na ulicy Sanguszki. Przedtem drukarnia była na Miodowej, gdzie ojciec pracował przed wojną, a potem w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Tam właśnie jeździłem tramwajem z ojcem. Tramwaj przejeżdżał ulicą Bonifraterską, gdzie przez środek ulicy był zrobiony mur getta. Jak się zaczęło powstanie w getcie, to oczywiście tamtędy nie można było przejechać. Musieliśmy wysiadać już na placu Krasińskich i obchodzić przez Stare Miasto... Widziałem właśnie – prawie w tym miejscu, gdzie w tej chwili jest pomnik Powstańców Warszawskich, że na placu Krasińskich przy Długiej stało nieduże działko, pociski były chyba dwucentymetrowe i ostrzeliwało domy getta. Grupy Niemców stały po bokach, niewiele, ale troszeczkę się chroniąc, bo jednak od czasu do czasu padały jakieś strzały zza muru getta. Niestety zachowanie ludzi nie było najlepsze. Raczej stali, żeby się gapić, przyglądać, jakoś komentować, nawet śmiać się, jeżeli widzieli, że gdzieś trafił pocisk. To było przykre.

  • Uważa pan, że można było coś zrobić?

Zrobić niestety nic nie było można, wszystko było obstawione. Stamtąd było stosunkowo blisko do Wisły. Nad Wisłą, gdzie był kanał wypływowy ścieków, niektórzy Żydzi usiłowali się tamtędy ratować, lecz posterunki niemieckie pilnowały i chwytały uciekinierów. Niezależnie od tego (tak jak zresztą potem w czasie Powstania) w studzienki kanałów wrzucali granaty lub gruz, żeby utrudnić przejście.

  • Słyszał pan o szmalcownikach?

Szmalcowniki to tacy kombinatorzy, tak to tylko rozumiem.

  • Nie. To były osoby, które wydawały Żydów za pieniądze.

Nie wiedziałem, że tak ich nazywano, ale wiem, że takie przypadki się zdarzały. Chociaż nikogo takiego nie znałem.

  • Czy działał pan w konspiracji?

Nie. Nie działałem w konspiracji. W szkole rozmawiałem z kolegami o sytuacji na frontach wojennych. Byli koledzy, którzy się nie przyznawali, ale można było wyczuć, że oni są zaangażowani w konspiracji. Może nie tyle oni, co ich starsze rodzeństwo. Tak bym to określił. Tak się zresztą potem to wyjaśniło.

  • Jak to można było wyczuć?

W rozmowach. Mówiliśmy o wydarzeniach opisywanych w prasie podziemnej. Z rozmów tych wyczuwało się kto się interesuje działalnością konspiracyjną.

  • Nie ciągnęło pana, żeby wstąpić do konspiracji?

Właściwie miałem sytuację dosyć trudną. Musiałem pomagać rodzicom, chodziłem do szkoły i miałem tylko piętnaście lat. Jak wybuchło Powstanie, to miałem siedemnaście, też nie byłem taki jeszcze dostatecznie dojrzały. W domu mieliśmy sąsiada, który nam dostarczał gazetki, szczególnie „Biuletyn Informacyjny”. Ponieważ robiliśmy papierosy, przychodził dość często pod pretekstem ich zakupu. Był młody, ode mnie mógł być starszy o jakieś pięć lat. Zawsze się przy okazji rozmawiało o sprawach aktualnych. Wyczuwałem, że on jest zaangażowany w działalność konspiracyjną. Już bezpośrednio przed samym Powstaniem była taka sytuacja. Skończył się rok szkolny, to był czerwiec. Skończyłem szkołę. Była to tak zwana mała matura. Straciłem kontakt z kolegami, bo były wakacje, lecz byłem w kontakcie z tym sąsiadem, którego, jak mówię, podejrzewałem o działalność konspiracyjną. Poszedłem do niego. Już tak wprost powiedziałem: „Tadeusz – on się nazywał Tadeusz Wieszczyki – znajdź dla mnie w tej chwili jakieś zajęcie. Widzisz jaka jest sytuacja”. On się trochę zdziwił, że jednak tak wprost mówię: „Skąd wiesz, że ja tutaj mogę coś załatwić?”. – „Po prostu to wyczuwam”. Mówi: „Słuchaj, na razie trzeba czekać, jak będzie jakaś odpowiednia sytuacja, to dam ci znać”. Niestety to było chyba na dzień czy na dwa przed wybuchem Powstania. Potem jego nie widziałem, nie dał mi znać. Wybuch Powstania zastał mnie w domu. Byłem tym mocno zbulwersowany, że właśnie nic nie robię, siedzę w domu. Jak to w ogóle może być taka sytuacja? Wyszedłem. Troszeczkę po pierwszym dniu się uspokoiło. Poszedłem na ulicę. Walki już głównie toczyły się na dawnym placu Napoleona, obecnie Powstańców, przy Poczcie Głównej. Tam się zahaczyłem: „Dobra, możemy ciebie zaangażować, chodź z nami” – do jakieś grupy mnie dołączyli. To była grupa „Kilińskiego”, gdzie właśnie byli tacy ochotnicy. „Musicie poczekać, jak będzie broń, to wejdziecie do akcji”. Tam siedziałem ze trzy czy może cztery dni. Wychodząc stamtąd, spotkałem kolegę szkolnego, który nie był z mojej klasy, ale też się znaliśmy. Zaczęliśmy rozmawiać o sytuacji… On mówi: „Słuchaj. Chodź na Królewską do zgrupowania »Bartkiewicza«, wszystko ci załatwię i cię przyjmiemy. Akurat tworzy się komórka łączności. Potrzeba elektryków do tego”. W szkole u Konarskiego byłem na wydziale elektrycznym. Mówi: „Takich potrzebują, bez trudu się dostaniesz”. Rzeczywiście, ledwie się pojawiłem: w porządku, dobrze, i tak dalej... Jeszcze się wróciłem, żeby zawiadomić rodzinę, że się angażuję, że tam będę. W ten sposób się dostałem. Zostało wszystko normalnie załatwione. Dostałem legitymację, przydział. Stanowiliśmy pluton łączności przy dowództwie majora „Bartkiewicza”.

  • Składał pan przysięgę?

Nie przypominam sobie, żebym składał przysięgę.

  • Jak nazywał się kolega?

Niestety, nie pamiętam.

  • Spotkał go pan później?

Tego nie. Spotkałem innego, z mojej klasy; tego, z którym dawniej rozmawiałem, pamiętam jego nazwisko: Janek Szelągowski. W tej chwili już nie żyje, jakieś dwa czy trzy lata temu zmarł. Też był u „Bartkiewicza”, ale nie w plutonie łączności, tylko w kompanii.

  • Tego sąsiada pan spotkał?

Tego sąsiada nie spotkałem, wiem, że zginął w Powstaniu. Nie mogę właśnie odszukać dokładnie, gdzie on był. Moim zdaniem był w zgrupowaniu „Kilińskiego”. […] W plutonie wielu nas nie było. Sześciu nas było, jak sobie przypominam. Dowódcą był podporucznik, miał pseudonim „Góral”. […] Nie mieliśmy z nim wiele wspólnego. Był jego zastępca kapral, „Zorski” miał pseudonim, a nazwisko Czesław Skwara. On wyznaczał nam rolę, wyznaczał nam nasze obowiązki. zakładaliśmy łączność telefoniczną. Obsługiwaliśmy małą centralę dziesięciocyfrową, która miała połączenia z całym terenem objętym przez zgrupowanie majora „Bartkiewicza”, czyli obszar: Królewska, Marszałkowska do Świętokrzyskiej, Świętokrzyską do Mazowieckiej i dalej do placu Małachowskiego. Były tam wszystkie punkty, gdzie trzeba było założyć dziesięć telefonów, z których dowódcy placówek mogli mieć kontakt poprzez naszą centralę przez całą dobę między sobą niestety dowództwem. Niestety na skutek ciągłych ostrzeliwań, bombardowań, a szczególnie ostrzału przez granatniki, ta sieć, która szła głównie zewnętrznie, gdzieś na drzewach, na domach, była niszczona, rwana i ciągle trzeba było ją reperować, szukać tych miejsc zerwania. Domy na naszym terenie były w większości zniszczone lub spalone. Żeby się chronić przed ostrzałem z granatników lub ostrzałem karabinów, chodziło się piwnicami, lub przebitymi w murach dziurami. W ten sposób docieraliśmy od naszych placówek aż do Królewskiej, róg Marszałkowskiej. To był taki najbardziej wysunięty i najgroźniejszy rejon dla tego zgrupowania. Oczywiście docieraliśmy dalej ulicą Królewską aż po plac Małachowskiego. Tutaj z kolei, od strony placu Piłsudskiego, wjeżdżały czołgi, które ostrzeliwały dom, w którym wówczas był Arbeitsamt, a obecnie Muzeum Etnograficzne. Arbeitsamt został zdobyty w trzecim czy czwartym dniu Powstania i tu były nasze palcówki. Czołgi podjeżdżały i ostrzeliwując, usiłowały zniszczyć ten dom. Ponieważ efekty były niewielkie, wypuścili „goliata”, który wybuchł i spowodował, że rzeczywiście pół tego domu się zawaliło. Reszta jednak jakoś została. Najbardziej naszemu plutonowi łączności dawały się we znaki granatniki. Nigdy nie było wiadomo, kiedy i gdzie uderzą. Od granatników właściwie nie było zasłony. Przy normalnym ostrzale można było skryć się za murem, lub w jakimś rowie. A tu pocisk leci dosłownie z góry, omija dom. Wystrzeliwano je z Ogrodu Saskiego, a spadały w różne punkty na nasz teren, na podwórza, dachy, chodniki, jezdnie. Pamiętam taki przypadek, że wracaliśmy, to było na ulicy Jasnej. Z kolegą nieśliśmy akumulator, który nam był potrzebny do zasilania naszej centrali w prąd elektryczny. Gdy wracaliśmy, pocisk z granatnika padł między nas jakieś pięćdziesiąt metrów przede mną. Odłamek trafił kolegę w tył głowy, mnie w kolano. Poza tym nic więcej się nie stało. Nie było to groźne i szybko zagoiło. Z tej naszej grupki sześciu osób, dwie osoby zginęły, mimo że nie byliśmy na pierwszej linii frontu. W chwili ataków nieprzyjaciela wszyscy chronili się w miejscach zakrytych, lecz my musieliśmy się poruszać po terenie stosunkowo mało zabezpieczonym, odkrytym. To było niebezpieczne. Słychać, że walą granatniki, ale nas wysyłają. Zerwane jest połączenie, nie wiadomo, co się dzieje w takim czy innym punkcie. Koniecznie trzeba iść szukać uszkodzeń. Posługiwaliśmy się bardzo prymitywną metodą – mieliśmy torbę z narzędziami i telefon. Tym telefonem łączyliśmy się z centralą: „Słychać nas? Jesteśmy? Dobrze”. Idziemy dalej szukać, żeby znaleźć, gdzie odcinek jest uszkodzony, na przykład zawalony gruzem, przecięty czy w jakiś inny sposób uszkodzony. Tak to z grubsza wyglądało. […]
  • Gdzie była główna centrala?

Główna centrala była na podwórzu, ulica Kredytowa 3. Taki wysoki czteropiętrowy budynek. Tam w piwnicy była też nasza kwatera. Początkowo zajmowaliśmy na podwórzu mały budynek jednopiętrowy lecz na skutek zwiększającego się ostrzału artyleryjskiego i bombardowań zagrożenie stało się tak duże, że przeniesiono nas do piwnic dużego budynku. Rzeczywiście któregoś dnia duża bomba upadła tuż koło tego małego domku, lecz nie wybuchła – niewypał. Gdyby wybuchła, to by nas zmiotło. Wtedy nas przeniesiono do piwnicy Kredytowa numer 3. Zresztą mieliśmy też tam swoją bazę noclegową i swoje oprzyrządowanie.

  • Były jakieś dyżury, że pan tam był?

Tak, mieliśmy na zmianę dyżury przy centrali. Byliśmy samodzielnym oddziałem, który musiał dbać o wszystko, nawet o wyżywienie. Jeden z nas pochodził ze wsi i umiał trochę gotować. To właściwie było żadne gotowanie: albo się dostało trochę sucharów czy jakiś chleb, albo kasza. Początkowo to była kasza, potem przynosili jęczmień od Haberbuscha. Jęczmień się gotowało jednak przed tym próbowaliśmy go zemleć. Z tego była jakaś niby to zupa. Tak że wyżywienie było bardzo słabe. Nawet był taki przypadek, że ten, co się zajmował gotowaniem, dał nam kawałek mięsa. Dobra, zjedliśmy to mięso. On potem mówi: „Słuchajcie. Wiecie, to był pies, jamnik. Tutaj gdzieś go coś przytłukło”. Psa zjedliśmy, nie wiedząc na szczęście, co to było.

  • Smakowało?

Wtedy smakowało.

  • Ile czasu trwały dyżury?

Trudno powiedzieć w tej chwili dokładnie. Mniej więcej po kilka godzin. Ale w nocy były najtrudniejsze. Co dwie godziny robiliśmy zmiany. Od dwunastej do drugiej, od drugiej do czwartej rano i tak dalej. W ciągu dnia były zdecydowanie dłuższe.

  • Co pan robił, jak pan miał wolne?

Właściwie to trudno powiedzieć, co robiłem. Również tuż obok były oddziały 1 i 2 kompanii. Między sobą siedziało się, rozmawiało, coś się robiło. Ale zasadniczo jakiegoś konkretnego zadania nie było.

  • Ale mógł pan odejść, mógł pan odwiedzić rodziców?

Tak. Dwa razy udało mi się odwiedzić rodziców. To nie była duża odległość.

  • Miał pan przepustkę? Jak to się odbyło?

Nie. Musiałem uzyskać zezwolenie, przepustki nie dawano. Przynajmniej mnie. Szedłem. Trudności początkowo nie było, dopiero potem, jak Niemcy od Nowego Światu przesunęli się aż do Mazowieckiej i do placu Napoleona. Barykada, która chroniła ulicę Jasną od ostrzału (Świętokrzyską od strony Prudentialu), była bardzo nędzna, niska, właściwie rozwalona. Tu trzeba było już bezpośrednio przebiegać pod ostrzałem (od strony placu Napoleona). Jak szedłem do domu, to można było jakoś przebiec, ale my przeważnie mieliśmy akumulatory do ładowania. Po tym gruzowisku nie było możliwości, żeby tak szybko się z tym ciężarem przedostać. Były też sytuacje, że pomagaliśmy innym. Trzeba było zanieść kogoś do szpitala. Na tym odcinku nie było [szpitala], dopiero za Świętokrzyską były szpitale. Też trzeba było iść z noszami i przenosić. Ten odcinek był niebezpieczny do pokonania. Najbardziej oczywiście niebezpieczne były normalne bombardowania, ostrzały artyleryjskie i z granatników.

  • Jak odwiedził pan rodziców, to gdzie oni byli?

Wszyscy w piwnicy.

  • Jaka była relacja między powstańcami a ludnością cywilną?

Tam, gdzie ja się zetknąłem, to nie mogę powiedzieć, wszędzie była bardzo dobra. Na Kredytowej to tak troszkę byli wydzieleni. Powstańcy zajmowali dwa, trzy jakieś pomieszczenia piwniczne, a ludność cywilna była oddzielnie. Kontakty były stosunkowo niewielkie. Chyba tak jak wszędzie. Początek to była jednak taka euforia. Wszyscy liczyli na to, że to jednak będzie wielki efekt tego wszystkiego. Potem, jak się spojrzało i widziało się dookoła wypalone albo zwalone domy to jednak nastroje się pogorszyły. Całe szczęście nie natknąłem się na ludzi, którzy mi bezpośrednio nawymyślali. Były takie sytuacje, że wymyślali od smarkaczy: „Za co się wzięliście, co zrobiliście?! Na jakie straty naraziliście wszystkich ludzi?! Co tu się dzieje w ogóle, piekło się zrobiło!”. Jak odwiedziłem rodziców, znałem też sąsiadów, to wszyscy przyjmowali mnie bardzo sympatycznie. Kto mógł, to mnie czymś częstował.

  • Kable, którymi łączone były stanowiska, szły piwnicami, czy górą?

Najróżniej. Górą, na brzegach domów, na płotach, na drzewach. Gdzie się tylko dało jakoś przeciągnąć. Przecież trudno było przez całą piwnicę się przebijać. Trzeba było wyjść i znowu gdzieś szukać jakiegoś przejścia, żeby to wciągnąć. To było dosyć trudne, a także trudne do znalezienia, gdzie jest uszkodzony kabel i dlaczego nie ma połączenia z wymaganą placówką.

  • Gdzie były placówki, do których chodziliście?

Głównie na ulicy Królewskiej, na Mazowieckiej, oczywiście w dowództwie, które się mieściło mniej więcej na tyłach ulicy Jasnej i placu Dąbrowskiego. Na ulicy Królewskiej były ze trzy punkty także. W Arbeitsamcie i na Mazowieckiej. W sumie było dziesięć punktów.

  • Słyszał pan o tym, jak nasi Polacy, powstańcy przedostali się? Przyszli na barykadę, na Królewską w mundurach niemieckich?

Oczywiście, że słyszałem.

  • Mógłby pan opowiedzieć?

Mogę opowiedzieć, ale znam tamtą sprawę tylko z relacji, sam tego nie widziałem. Właściwie główne uderzenie było z dawnego banku na ulicy Bielańskiej. Powstańcy stamtąd chcieli się przedostać poprzez Ogród Saski aż na ulicę Królewską. Ale to był odcinek Królewskiej nie ten nasz, tylko ten po drugiej stronie Marszałkowskiej w kierunku placu Grzybowskiego. Ich atak był, jak wiadomo, łatwo przez Niemców zauważony. Właściwie prawie nikt nie był w stanie przez Bielańską przeskoczyć, żeby dostać się na drugą stronę ulicy i dalej do Senatorskiej. Plan przewidywał, że w pierwszym uderzeniu będzie przebity korytarz, którym ranni i inni będą mogli się przedostać do Śródmieścia. Niestety zostało to od razu udaremnione. Przez ulicę Bielańską płynęły strugi ognia, bo strzelali pociskami świetlnymi. Robi to większe wrażenie, gdyż każdy widzi, że jest ostrzelany. Niewielka grupa się przedostała. Nie wiedząc co dalej robić, schowali się w piwnicach wypalonego domu, gdzie chcieli przeczekać do wieczora… To dawało większe szanse przedostania się. Przesiedzieli tam cały dzień. Wyszli jak już się zrobiło ciemno, udając oddział niemiecki. Zaczęli maszerować przez Ogród Saski w stronę ulicy Królewskiej. Doszli do ulicy Królewskiej. Wprawdzie Niemcy już się zorientowali, że coś jest nie w porządku, zaczęli ich ostrzeliwać, ale oni szybko skoczyli i przedostali się do Śródmieścia. Udało im się. Ale to była stosunkowo nieduża grupa, około pięćdziesiąt osób. Reszta powstańców przedostawała się kanałami.

  • Słyszał pan, że mówili, że nasi przeszli od Królewskiej? Pamięta pan ten moment?

Tego momentu nie pamiętam, lecz pamiętam jak innym razem patrzymy, a przez Ogród Saski idzie coś w rodzaju procesji, mnóstwo ludzi. Niemcy zgodzili się, żeby wszyscy ludzie (ranni i inni cywile), którzy byli w Szpitalu Maltańskim na Senatorskiej wyszli: „Idźcie sobie na swoją stronę”. Oni niosą rannych i innych i zbliżają się do nas. Patrzymy, co za ludzie? Widać, że Niemców nie ma. Wszyscy weszli, wtedy okazało się, że wyrzucili ich ze Szpitala Maltańskiego. Głównie to byli poszkodowani, częściowo ranni, kulawi, którzy jednak byli w stanie przejść ten odcinek drogi.

  • Niemcy pozwolili im przejść na stronę polską?

Tak. Pozwolili. Po prostu chcieli się pozbyć czy co. Nie wiem. Raz byliśmy na Królewskiej chyba numer 31. W tym czasie zaczęły na nasze pozycje spadać granatniki i strzały oraz przeskakiwać jakieś postacie. Ponieważ koledzy z placówki mieli broń, my nie mieliśmy broni, kazano nam: „Szybko wycofujcie się przez podwórze, tam będzie klatka schodowa”. Podbiegamy, ale klatka schodowa jest zamknięta, w ogóle nie możemy się wydostać. Nas było trzech i jeszcze od nich też był jeden. Taka dziwna sytuacja, nie możemy się wydostać. W tej chwili zaczyna się ostrzał w naszym kierunku. Widzę, jak tuż przed moimi oczami przebiegają jasne punkciki pocisków świetlnych. Drzwi wreszcie się otworzyły czy może nie były dobrze zamknięte, i przez piwnice mogliśmy wydostać się na ulicę Kredytową.

  • Bał się pan?

Przyznam, że nie bardzo. Byłem w takim wieku, że człowiek sobie może nie zdaje sprawy z tego, co się dzieje. Owszem, na pewno sobie zdawałem sprawę, jak widziałem ludzi pozabijanych, jak widziałem leżącą wśród gruzów czyjąś urwaną rękę. To robi wrażenie, ale zasadniczo, żebym odczuwał jakiś taki super strach, to nie mogę powiedzieć. Chyba nie zdawałem sobie sprawy, jak to wszystko może skończyć się tragicznie.
  • Ludzie powtarzają, że najgorsze były „krowy”, „szafy”.

Tak. Byłem świadkiem takich wypadków. Byliśmy gdzieś od strony Świętokrzyskiej. Nagle słychać zgrzyt wystrzeliwanej „krowy” („szafy”). Wszyscy w tym momencie się chowają, lub uciekają. Jakieś pięć sekund później te pociski padają w pobliżu. od tego usłyszenia do padania pocisku tyle mogło trwać. Słychać następne zgrzyty. Z okna wyglądamy, co się dzieje. Biegnie przez środek ulicy człowiek, który się pali. On cały się pali i biegnie. Powinien się tarzać lub zdejmować palącą się odzież. Nie mieliśmy do niego dostępu, żeby mu jakoś pomóc. On biegnie, zaczyna się przewracać. Pali się dalej. Innym razem, na Jasnej przechodziliśmy tuż po uderzeniu „krowy”. Na ulicy leżały – tylko szczątkami to można nazwać – spaleni ludzie. Ale to spaleni dosłownie na węgiel. Jeszcze widać jakieś drgania, jakieś ruchy, że jeszcze żyją, a są dosłownie zwęgleni, czarni. Nikt im nie jest w stanie pomóc. Nie ma ani wody, ani gaśnic. Widziałem, że niektórzy zaczynali ich posypywać piaskiem. Ale to już była agonia, oni byli dosłownie spaleni. To były dwie czy nawet trzy osoby. Te pociski tak zwane krowy były burzące i zapalające. Jak się rozpryskiwał płyn zapalający, to wszystko dookoła się paliło, musiało ich oblać, nie mieli się jak z tego wydostać. Pamiętam też przypadek z takich groźniejszych. Byliśmy na ulicy Królewskiej. W tym czasie był silny atak Niemców ze strony Ogrodu Saskiego... nasi koledzy z barykady wołają do nas: „Wycofujcie się, po drodze zawiadomcie, żeby tutaj nam szybko przysłali jakąś pomoc”. Zaczęliśmy się wycofywać. Przechodziliśmy jakimiś piwnicami i po drodze ostrzegaliśmy ludzi. Niektórzy, bardzo nieliczni, siedzieli, po prostu w spalonej piwnicy, bo nie mieli się gdzie podziać. Domy były na wpół zniszczone, spalone, to siedzieli w piwnicach. Ostrzegaliśmy: „Lepiej się wycofujcie, bo mogą się tutaj pojawić Niemcy”. W pewnym momencie, ostatni byłem w tej grupce, którzy się tam przesuwali, mnie się wydaje, że ktoś został w tej piwnicy, że siedzi na dole. Cofnąłem się. Patrzę, siedzi jakiś chłopiec. Ile mógł mieć lat? Dziesięć, dwanaście, coś takiego. Mówię: „Uciekaj! Tutaj mogą pojawić się Niemcy”. – „Ja nie mogę, bo mam nogę złamaną czy ranną”. Patrzę, rzeczywiście ma zawiązaną nogę. Mówię: „Chodź. Ja ci jakoś pomogę”. Wziąłem go na ręce. Sam też nie byłem zbyt silny. „Trzymaj się. Na barana cię będę niósł”. Jakoś tego chłopaka dalej wyniosłem. Potem go zostawiłem u naszych sanitariuszek, które go przekazały ludności cywilnej. Kilka razy spotkałem go później i widziałem. Pytałem się: „Jak ty się nazywasz?”. – „Dawid”. – „Ty chyba jesteś Żydem?”. – „Tak. Jestem Żydem”. Tym bardziej mogłoby mu to zaszkodzić, gdyby się dostał w ręce Niemców, bo szczególnie byli okrutni dla Żydów. To wiadomo.

  • On nie mówił, skąd się tam wziął, jak przeżył?

Nie wiem. Przyznam, że nie wiem. Rozmawiałem z nim, ale on był taki mały. Jego interesowało: „Co ty masz, co ty niesiesz, gdzie ty idziesz?” – więc mnie indagował ciągle, chciał z kimś porozmawiać, on mnie uważał za znajomego, bo go niosłem.

  • Pan miał na sobie cywilne ubranie i opaskę?

Tak, cywilne, tylko opaska. Miałem taki kombinezon jakby roboczy i opaska.

  • Ta naprawa to musieliście…

Naprawę wykonywaliśmy w najprostszy sposób. Zerwany drut trzeba albo połączyć, bądź wstawkę zakręcić, zaizolować. To wszystko. To nie było zbyt skomplikowane. Tylko po prostu odszukanie tego było problemem. Czasami kable były wysoko na drzewie, to trzeba się było wdrapywać, zdejmować czy ściągać, żeby jakoś się można było do tego dostać i znowu z powrotem gdzieś umieścić, żeby było w miarę zabezpieczone, żeby znowu nie uległo szybkiemu zniszczeniu, zerwaniu.

  • Są takie zdjęcia z Powstania Warszawskiego, jak zakładają druty telefoniczne, może pan na tych zdjęciach jest?

Nie przypominam sobie, żeby mnie ktoś fotografował. Mam zdjęcia z późniejszego okresu, ale z samego Powstania nie mam.

  • Za co pan dostał awans na starszego strzelca?

Prawie wszyscy dostawali jakieś awanse. Powiedzmy sobie szczerze. Niczym specjalnym się nie zasłużyłem. Tylko po prostu tak, jak się dostawało żołd, na koniec każdy dostał po dziesięć dolarów i ileś set czy tysięcy złotych, tych tak zwanych młynarek, które wtedy obowiązywały, które nic nie były warte. Tak samo dowódca kompanii, kapitan „Lechicz”, powiedział: „Zostaniecie mianowani – ja i jeszcze inni – na starszych strzelców”. To było już takie trochę grzecznościowe, powiedziałbym.

  • Miał pan jakiegoś kolegę, z którym pan się przyjaźnił, albo jakąś sympatię, sanitariuszkę?

Sympatię miałem, ale akurat nie w tym zgrupowaniu. Tutaj to uczestniczyłem w wydarzeniu, które troszkę się wydaje śmieszne, ale może za bardzo śmieszne nie było. Raz na Królewskiej mieliśmy trochę wytchnienia, to posiedzieliśmy, pogadaliśmy. Akurat któraś łączniczka miała imieniny, jest butelka wina, jakieś herbatniki ktoś zdobył. Do jakieś piwnicy zeszliśmy. Na podwórze wychodziło małe okno. Ale trzeba otworzyć butelkę. Mówię: „Mam taki scyzoryk z korkociągiem”. – „Dobrze”. Otworzyłem butelkę, jeszcze kogoś wołają, ale... Nagle przez to okienko zaczął dolatywać warkot samolotu. Taka troszkę niezbyt przyjemna atmosfera. Za chwilę ten warkot słychać jeszcze bliżej. Nagle to wszystko się zatrzęsło, ciemno się zrobiło, świeczka zgasła. Pełno dymu, kurzu z rozbitego tynku. Zrobiła się cisza i zupełnie ciemno. Nikt się nie odzywa. Nagle słychać głos: „Cholera! Korek gdzieś zdmuchnęło”. Wtedy wszyscy ożyli. Zaczęli się śmiać. Najważniejszy okazał się w tym wszystkim korek, że go zdmuchnęło. Ale to jakoś ożywiło atmosferę. Wszyscy: „Dobrze. Ale czy jesteśmy zasypani, czy się stąd wydostaniemy?”. Okazało się, że przez okienko się nie [przedostaniemy]... Ale przez korytarze można się było wydostać. Częściowo dom się zawalił, część gruzu się posypała, ale można się było wydostać. Ale to już taka ciekawostka.

  • Proszę teraz bliżej powiedzieć o pana sympatii.

Postanowiłem ją odwiedzić gdy już był koniec Powstania. Wtedy można się było [przemieszczać]… Takie zawieszenie broni. Korzystając z tego, przedostałem się, bo do Zgrupowania „Chrobry II”, gdzie ona była łączniczką. (bliska Wola). Odszukałem ją, zobaczyłem, mile porozmawialiśmy. Poczęstowała mnie jakąś zupą poczęstowała. Ale to było tylko takie [przyjacielskie] spotkanie.

  • Skąd pan wiedział, że ona tam jest?

Wiedziałem, że ona tam jest od rodziców, gdy ich odwiedziłem. W jaki sposób to nie wiem dokładnie tego, w jaki sposób wiedziałem, że ona tam jest.

  • Jak się nazywała?

Wanda na imię. Nazwisko Chmura. Wanda Chmurówna.

  • Ale nie została później pana żoną?

Nie została. Już nie żyje niestety.

  • Jak pan przyjął moment ogłoszenia zawieszenia broni, kapitulacji?

Było jasne, że nic już nas nie może uratować, tylko trzeba będzie kapitulować. Już nie było żadnych szans. Było tyle obiecanek, że będzie jakaś pomoc. Były zrzuty, które spadały nie tam, gdzie powinny. Za Wisłą… Przecież stały wojska radzieckie i polskie, ale żadnej pomocy nie było.

  • Pamięta pan baseny na placu Napoleona?

Pamiętam. Na placu Napoleona i na placu Dąbrowskiego były.

  • Tam w czasie Powstania odbywały się jakieś kąpiele?

W czasie Powstania nie mogły się odbywać kąpiele. Na placu Dąbrowskiego był analogiczny [basen]… Tamta woda nie nadawała się do picia (nawet jak owało potem wody), bo wpadły tam trupy na początku Powstania. Na placu Napoleona – tego sobie nie przypominam.

  • Na początku Powstania.

Może na samym początku Powstania. Ale potem, jak się Niemcy przesunęli do Mazowieckiej, to nie było takich możliwości. Przyznam się, że nic o tym nie wiem.

  • Czy widział pan ludność cywilną, która była pędzona przez Ogród Saski przed czołgami?

Widziałem tylko ludność pędzoną ze Szpitala Maltańskiego.

  • A przed czołgami?

Nie. Takich nie. […]

  • Czy mieliście jakichś jeńców wziętych do niewoli?

Tak. Zajmowali się przede wszystkim rozbrajaniem niewypałów. Koło naszej pierwszej kwatery, gdzie upadł pocisk niewypał, rozbrajali go, wykręcili zapalnik i młoteczkami, i dłutami wybijali stamtąd materiał wybuchowy, z którego potem były robione granaty.

  • Jak oni się zachowywali?

Niemcy – jeńcy zachowywali się spokojnie. Czasami bywało krótkotrwałe zawieszenie broni, na przykład na wyjście ludności cywilnej. Wtedy na Świętokrzyską przy Jasnej, gdzie była nędzna barykada, podchodziło kilku żołnierzy niemieckich. My normalnie przechodziliśmy. Niektórzy, którzy znali język niemiecki, zaczęli z nimi rozmawiać. Nie było właściwie żadnej sytuacji, żeby ktoś komuś wygrażał. Wręcz przeciwnie, częstowali nas papierosami, mimo że za chwilę jak skończy się przerwa, to będą do nas strzelać. Gdyby to były oddziały SS czy jakieś inne, to może by do czegoś takiego nie mogło dojść. Ale oni mieli różne oddziały. Przecież wiadomo, że nawet Polacy ze Śląska i z Pomorza byli w Armii Niemieckiej. Także Węgrzy.

  • Czy dużo ludności cywilnej wyszło, kiedy było to chwilowe zawieszenie broni?

Stosunkowo niewiele. Ludzie nie opuszczali schronów. Wielu się udało przetrwać. Dużo też było ludności napływowej z Woli, która nie miała się gdzie podziać, więc chowała się po różnych piwnicach.

  • Ci Niemcy, co przyszli, to byli normalni żołnierze?

Tak. To byli normalni żołnierze.

  • Przyszli na ten kawałek co…

Tak. Przy barykadzie stali tak jak my w tej chwili tutaj siedzimy, na taką odległość. My z jednej strony, a oni z drugiej. Sytuacje były bardzo różne, jak widać.

  • Którędy pan szedł do niewoli?

Przez Ożarów.

  • A w Warszawie?

Przez plac Narutowicza.

  • Gdzie była wcześniej zbiórka?

Na Jasnej. Jasna to był główny punkt zgrupowania, tam się wszystko działo.

  • Pożegnał pan się z rodzicami?

Nie. Rodzice wyszli wcześniej jako ludność cywilna. Chciałem ich zobaczyć, ale już nikogo nie zastałem. Jeden z sąsiadów, który nie miał zamiaru wychodzić, poinformował mnie: „Pana rodzice już wyszli. Już ich nie ma”. Doszliśmy do placu Narutowicza. Na placu Narutowicza było zdawanie broni, dalej poszliśmy Grójecką w kierunku Dworca Zachodniego. […] Stąd szliśmy pieszo do Ożarowa i dopiero w Ożarowie po przenocowaniu ładowali nas w pociągi i wywozili.

  • W którym pan był obozie?

Fallingbostel Stalag XIB. To jest mniej więcej Brema, Hamburg, Hanoxer. Tak mniej więcej w środku między tymi miastami. Miałem numer 140466.

  • Musiał pan pracować?

Tak. W tym obozie byłem stosunkowo krótko, około dwóch tygodni. Potem czy chciałem, czy nie chciałem, zostałem wywieziony na tak zwane Arbeitskommando numer 588. To było w górach Harzu, miejscowość nazywała się Harlingerode. U podnóża tych gór, bo nie w górach, była wielka huta cynku. Nasza grupa liczyła około stu osób, może stu dwudziestu, pracowaliśmy w tych zakładach. Przy przerobie rudy był straszny kurz. Dosłownie zacząłem się robić cały szaro-srebrny. Często na teren huty wjeżdżał pociąg załadowany workami po sto kilogramów. Cały wagon musieliśmy rozładować we dwóch. Dźwig spuszczał swoje szczęki, na które trzeba było załadować worki z tego wagonu. Była to bardzo ciężka praca. Na transporterach, po których przesuwała się ruda często robiły się zatory i wtedy ruda sypała się na podłogę. My z łopatami musieliśmy wszystko oczyszczać, nagarniać z powrotem na transportery. Była to lżejsza praca, ale dokuczał pył, w którym się tkwiło cały czas. Mycie było bardzo słabe. Dostawałem kostkę takiego mydła, które w ogóle nie chciało się mydlić.

  • Kiedy przyszło wyzwolenie?

11 kwietnia. Był to okres troszkę dla nas lżejszy. Do huty nas nie chcieli brać. Skierowali nas do wywożenia żwiru, ze zbocza góry na stację kolejową, która była w pobliżu. Obok było miasteczko o nazwie Goslar, tam nas dowozili pociągiem. Praca była na powietrzu. Musiał to być marzec albo początek kwietnia. Było trochę lżej. Raz mieliśmy taki przypadek. W tym czasie prawie całą dobę trwały alarmy lotnicze. W dzień latali i bombardowali Amerykanie. W nocy Anglicy. Najpierw był tak zwany Voralarm, taki zapowiadający, że sytuacja zaczyna być niebezpieczna. Bardzo często na tym się kończyło, samoloty przeleciały. Nagle po dłuższym czasie znowu słychać alarm i to już jest Vollalarm, taki pełny. I w tym momencie zza gór wyłania się olbrzymia eskadra samolotów. Olbrzymie czteromotorowe bombowce. Dosłownie lecą jakby prosto na nas, w takim szyku jak na defiladzie. Równy trójkąt, na przodzie dwa, reszta ułożona w takim [trójkącie]. Lotnictwo niemieckie w tym czasie już właściwie nie istniało, i nie stanowiło dla nich dużego zagrożenia. Niemcy, ci nasi wachmani, zaczęli [krzyczeć], żeby się chować do znajdujących się w pobliżu rowów. Poukładaliśmy się na ziemi i obserwujemy przelot. Patrzymy i nagle widzimy, że od tych samolotów odrywają się jakieś punkty. A to są bomby. Widzimy, jak w tym miasteczku, które jest troszkę niżej, zaczęły wybuchać bomby, słupy ognia, zaczęło wszystko fruwać w powietrzu. Patrzyłem, co się dzieje. Przelecieli i na tym się skończyło. Z naszych nikt absolutnie nie ucierpiał. Za to w tym miasteczku, (jak szliśmy do naszych baraków) mówili i pokazywali, że zginęli ludzie. Taka przygoda nas spotkała.

  • Kiedy pan wrócił do kraju?

Wróciłem w końcu maja 1947 roku. Dlaczego tak późno? 11 kwietnia oswobodzili nas Amerykanie. Do pracy już nas nie wysłali, siedzieliśmy w swoich barakach w tej miejscowości, w Harlingerode. Nagle podjeżdża auto z gestapowcami. Kazali pilnującym nas wachmanom wycofywać całą naszą grupę na południe. „Dobrze, zbiórka, wszyscy opuszczamy obóz, idziemy”. Przeszliśmy właściwie w jeden dzień może z dziesięć, piętnaście kilometrów. Na noc zatrzymaliśmy się w wyburzonej fabryce, przy której też pracowali w takim Arbeitskommando jak nasze, nasi koledzy, też z Powstania. Zatrzymaliśmy się u nich, było dosyć dużo miejsca. Mieliśmy przenocować, żeby następnego dnia iść dalej. W nocy zaczęły się strasznie wybuchy, ale tak ogromne, że [nie wiedzieliśmy, co się dzieje. To Niemcy zaczęli wysadzać składy amunicji, które były w pobliskich górach. Potwornie [widno]. Wybuch za wybuchem. Cały barak, w którym byliśmy, to się dosłownie trząsł. Rano, jak to się wszystko skończyło, nastała cisza, ale słychać było z dala jakieś warkoty, brzęczenia. Na gruzy fabryki weszło kilka osób, mówią: „Słuchajcie! Widać na drodze sznury jadących samochodów, to chyba nie są niemieckie samochody”. Wachmani jeszcze są, ale ci wachmani też już się orientowali, co się dzieje. Otwierają bramę, siadają na rowery, (bo mieli rowery) i odjeżdżają. Brama otwarta, możemy robić, co chcemy. To wychodzimy. Dochodzimy do tego miasteczka, patrzymy: Amerykanie siedzą, gumę żują, nogi zadarte, jak na jakiejś wycieczce dosłownie. Na wszystkich domach Niemcy powywieszali białe flagi, że się poddają. Patrzymy, jakaś grupa wojskowych niemieckich, żołnierzy siedzi pod płotem –wzięta jako jeńcy. Wśród nich siedzą nasi wachmani, którzy już zostali przez Amerykanów schwytani. Chodziliśmy i rozmawialiśmy z Amerykanami. Oni mieli swoje zadania i wkrótce odjechali. Wracamy. Początkowo nikt się nami nie interesuje. Potem nagle przyjeżdża samochód, oficer amerykański pyta: „Co za jedni?”. Tłumaczymy, że z Powstania. Pytamy: „Co mamy [robić]?”. – „Na razie musicie tutaj zostać. Postaramy się podesłać wam jakąś żywność”. Odjechali. Siedzieliśmy chyba ze dwa dni prawie niewiele jedząc, bo nic nie było. Potem przyjeżdża ciężarówka. Przykazali jakiemuś Niemcowi z miasteczka, że on ma tutaj zorganizować transport żywności dla naszego obozu. Odtąd byliśmy na takim utrzymaniu, że nam przywozili jakąś żywność, a my sami zajmowaliśmy się gotowaniem.
  • Wrócił pan w maju 1947 roku. Pana rodzice i rodzeństwo przeżyli?

Tak. Przeżyli rodzice i siostra. Nas umieszczono w górach Harzu, w miejscowości Bad Harzburg. Dostaliśmy hotel, gdzie mogliśmy się zakwaterować. Nasza grupa i druga grupa liczyła około dwieście osób. Nic nie robiliśmy, byczyliśmy się, odpoczywaliśmy po tym wszystkim. Mieliśmy mundury dane przez UNRRA. Pewnego dnia spotkaliśmy Polaków z armii Maczka. Oni przyjeżdżali małymi grupkami na urlopy do tej miejscowości (Bad Harzburg). Od nich dowiedzieliśmy się, że na granicy holenderskiej stoi 1 Dywizja Pancerna i 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa. Dowiedziałem się też, że tam organizuje się polska szkoła. Po namyśle postanowiłem pojechać tam i spróbować dostać się do tej szkoły. Odnalazłem szkołę w miejscowości Quakenbrück. Wchodzę. Pytam się: „Czy jest możliwość, żebym się dostał do szkoły?”. – „Niewykluczone. Możliwość jest. Co masz skończone?”. – „Skończyłem cztery klasy gimnazjum w Polsce, w Warszawie. Jeżeli jest możliwość chętnie bym kontynuował dalej naukę”. Okazuje się, że rozmawiałem z dyrektorem. „Musi pan zdać egzamin”. – „Jak trzeba, to będę zdawał”. – „Proszę bardzo, niech pan pójdzie ze mną”. Sadza mnie, daje mi kartkę papieru, trzy zadania z matematyki, coś jeszcze. „Proszę to rozwiązać”. Sam wychodzi, zostawia mnie. Jak mogłem, tak się za to zabrałem. Wiem, że dwa zadania zrobiłem. Z jednym miałem jakieś kłopoty. Przychodzi, obejrzał to wszystko. „Dobrze. Co masz skończone?”. – „Mam tak zwaną małą maturę”. – „Dobrze, przyjeżdżaj, jesteś przyjęty”.

  • Wrócił pan do Warszawy w maju 1947 roku.

Tak. Dostałem się do tej szkoły. Chodziłem do pierwszej i drugiej klasy licealnej. Tam zdawałem maturę. Jak wróciłem do kraju, została ona zalegalizowana, dostałem się na studia.

  • Dlaczego pan przyjął pseudonim „Wicher?”.

Nie wiedziałem, jaki mam przyjąć. Bardzo się interesowałem w owym czasie flotą morską. Były kontrtorpedowce: „Wicher”, „Burza”. Pomyślałem, niech będzie „Wicher”.

  • Gdyby pan miał znowu siedemnaście lat, czy poszedłby pan do Powstania Warszawskiego?

Na pewno tak.




Warszawa, 17 października 2008 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Wiesław Szurek Pseudonim: „Wicher” Stopień: starszy strzelec Formacja: Zgrupowanie „Bartkiewicz” Dzielnica: Śródmieście północ

Zobacz także

Nasz newsletter