Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Witold Kieżun „Wypad”
Witold Kieżun
pseudonim
„Wypad”
stopień
podporucznik
formacja
Batalion „Gustaw-Harnaś”
dzielnica
Śródmieście Północne
Zobacz biogram

Nazywam się Witold Kieżun. Nazwisko się pisze przez „ż” i „n” na końcu, bardzo często jest zmieniane na „Kierzuń”. Urodziłem się bardzo dawno, w roku 1922, w Wilnie. W czasie okupacji, jeśli chodzi o moją działalność konspiracyjną, byłem żołnierzem w „Baszcie”, Batalionie Sztabowym, w kompanii „Lucjan”, tak to się wtenczas nazywało. To była kompania łączności prowadzona przez znaną obecnie postać, reżysera i pisarza Jerzego Stawińskiego. Kompania została rozbita przez Gestapo na początku 1944 roku. Były aresztowania: Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Stefan Przywecki. Dowódca „Lucjan” uniknął aresztowania, uciekł. Potem jeszcze był aresztowany Ross. Zostaliśmy uprzedzeni, bo archiwum kompanii wpadło w ręce niemieckie. Kompania zupełnie się rozleciała. Wtenczas nawiązałem kontakt z ówczesnym Batalionem „Gustaw”, który tworzył oddział specjalny, dywersyjny, dobrze uzbrojony, którego zadanie miało polegać na zdobywaniu zaopatrzenia i na kradzieży samochodów niemieckich dla potrzeb partyzantki. Potem w ramach zgrupowania „Harnaś”, oddziału specjalnego, przeżyłem całe Powstanie. Oddział zmieniał miejsce postoju. Zaczęliśmy od walki o Pocztę Główną, potem byliśmy na Woli, później na Powiślu, w pałacu Staszica – opowiem szczegółowiej.
Jeśli chodzi o moje pochodzenie, pochodzę z wileńskiego środowiska kresowego. Rodzina Gieysztorów to są najbliżsi krewni. Profesor Aleksander Gieysztor, Oleś, który niedawno umarł, usiłował ustalić dokładnie chronologię zarówno rodziny Gieysztorów (udało mu się to bardzo dobrze), jak i rodziny Kieżunów (tu były dość duże trudności). Jest spis szlachty litewsko-ruskiej pochowanej na cmentarzu na Rossie w Wilnie, są tam takie nazwiska jak: Giedroyc, Gieysztor, Kieżun. Między innymi znalazł w dokumencie w języku ruskim w Mińsk Litewskim, że w czasie bitwy pod Grunwaldem wyróżnił się Wytautas Kieżunas – prawdopodobnie mój przodek. Już w XVI wieku odnalazł jednak nazwisko Kieżun. Pochodzę ze środowiska szlachty litewsko-ruskiej, która na początku XVI wieku spolonizowała się. To jest to, co opisuje Sienkiewicz w „Potopie”. Kmicic też z tego typu rodziny pochodził. Z tym że polonizacja była wielowiekowa, niesłychanie głęboka, patriotyzm był bardzo daleko posunięty. Dowódcą powstania na Litwie w 1863 roku był Jakub Gieysztor. Brał udział w tym powstaniu mój dziadek, który został zesłany potem na Syberię. Ponieważ był bardzo młody, więc był zesłany na j osiedlenie. Po dwudziestu pięciu latach pozwolono mu na osiedlenie się na Kaukazie i tam już umarł.
Na Kaukazie urodził się mój ojciec, brat mojego ojca, siostry mojego ojca. Wszyscy wrócili potem do Polski. Pochodzę ze środowiska, którego historia była bardzo skomplikowana, ale które jednocześnie reprezentowało bardzo wysoki poziom patriotyzmu polskiego. Przy czym patriotyzm polski wyglądał tak jak u Mickiewicza, który pisał: „Litwo, ojczyzno moja” po polsku. Pojęcie Litwy u Mickiewicza to było tak, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli: jestem krakowianinem czy Mazowszaninem. To była część wielkiej Rzeczypospolitej Polskiej.
Z Wilna przenieśliśmy się. W Wilnie umarł mój ojciec i mój brat. To była wielka tragedia, starszy brat umarł na zapalenie ślepej kiszki, dosłownie w ciągu jednego dnia. Mój ojciec nie przeżył tego wypadku, wpadł w depresję i parę miesięcy później też umarł na udar mózgu. Byliśmy szalenie związani z Wilnem, cała rodzina mieszkała w Wilnie. Ojciec był w Wilnie bardzo popularny, był filistrem korporacji „Polonia” i najwyższym mężczyzną w Wilnie (miał metr dziewięćdziesiąt pięć), pomimo że było tam dużo osób wysokiego wzrostu. Był znanym lekarzem. Matka zdecydowała się przenieść do Warszawy, gdzie mieszkała część rodziny Gieysztorów.
Cały okres wojenny, okres okupacji, Powstanie i pierwsze lata przed wojną przeżyłem w Warszawie, tak że jestem związany również bardzo blisko uczuciowo z Warszawą. Po przyjeździe do Warszawy, miałem jednak pewne problemy adaptacyjne. Mieszkaliśmy na Żoliborzu. Była to bardzo ciekawa dzielnica. Z jednej strony Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, która została stworzona przez środowisko lewicowe, „pepesiackie”, ale nie tylko bo jednym z jej twórców był Bolesław Bierut. Jego rodzina – żona, dzieci mieszkały tam również w czasie wojny. Było to środowisko zdecydowanie lewicowe i obejmowało dużą część Żoliborza.
Druga część Żoliborza to była Oficerska Spółdzielnia Mieszkaniowa. W latach dwudziestych był wybuch amunicji w Cytadeli. Z cegieł zniszczonych budynków zbudowano na ulicach Czarnieckiego i Śmiałej małe, skromne wille i parę wysokich, ładnych budynków na placu Inwalidów. Było to środowisko z jednej strony wojskowe, z drugiej kierownicze. Mieszkali tam kolejni premierzy: premier Kościałkowski, potem premier Jędrzejewicz, dowódca korpusu wojska warszawskiego generał Trojanowski, wojewoda warszawski Nakoniecznikoff-Klukowski. Było to środowisko elity politycznej. Trzecie środowisko to urzędnicze. Były olbrzymie gmachy ZUS – Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, zbudowane na ulicy Mickiewicza, gdzie mieszkała średnia klasa urzędnicza. To były trzy środowiska, których dzieci spotykały się w jedynym państwowym gimnazjum Poniatowskiego. Moim kolegą był pasierb premiera, w tej samej klasie i syn generała Trójanowskiego. Z drugiej strony Jacek Nowicki, syn jednego z twórców Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, Andrzej Wojnar, też z Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, i cała grupa kolegów ze środowiska urzędniczego. To była środowiskowa mieszanka.
Szkoła była na bardzo wysokim poziomie. Dyrektor szkoły, doktor Lisowski, skończył studia filozoficzne we Lwowie u profesora Twardowskiego. Była to jedna z najwyżej postawionych szkół filozoficznych, warszawsko-lwowska. Człowiek bardzo światły, kapitalnie prowadził zajęcia. Mieliśmy bardzo dobry zespół profesorów, część z nich po II wojnie światowej wylądowała na wyższych uczelniach. Szkoła była na bardzo dobrym poziomie, ale jednocześnie poddana różnorodnym politycznym wpływom rodzicielskim. Było to charakterystycznie, że jeśli chodzi o dzieci elity, ich sposób wychowania był surowy. Na przykład Andrzej, pasierb premiera, chodził zawsze piechotą, mowy nie było, żeby samochód przywoził go do szkoły. To samo syn generała Trojanowskiego. Jeszcze gorzej – generał Trojanowski mieszkał na placu Słonecznym w willi. Na drugim piętrze, na strychu, był pokój, w którym mieszkał Miecio Trojanowski. W pokoju w zimie nie palono. Chodziło o to, żeby syn przyzwyczajał się do twardych warunków życia.
Było to niesłychanie charakterystyczne, miałem możność obserwowania stylu życia poprzez kontakty z dziećmi elity. Styl życia był naprawdę skromny, wille były bardzo skromne. Praktycznie rzecz biorąc, nie było takiego elementu, jak dziś, który określam mianem „luksusomanii”, że jak ktoś dochodzi do wysokiego stanowiska, to musi już żyć na wysokim poziomie luksusu. Pewna rozbieżność genetyczna stwarzała możliwość wymiany poglądów w dyskusji. Dwa lata przed wojną powstał u nas uczelniany klub dyskusyjny, w którym brał udział zawsze dyrektor. Wygłaszano odczyty przygotowane na tematy ideologiczne, polityczne. To był okres narastania konfliktu, okres stopniowego zdobywania Europy przez Niemców. Świetnie pamiętam – przerwane zajęcia, głośniki, przemówienie Becka w Sejmie. To jest początek 1939 roku. Szalony entuzjazm, jak Beck oświadczył, że pojęcie honoru jest nie do sprzedania. U nas jeszcze jedno środowisko, w niektórych klasach było dość silnie reprezentowane, środowisko inteligencji żydowskiej. Dzielnica żydowska w Warszawie, Nalewki, była najbliżej, po drugiej stronie torów kolejowych. W mojej klasie mieliśmy siedmiu Żydów. Bardzo były z nimi ciekawe stosunki: dyskusyjne, a równocześnie przyjacielskie. Potem wyraziły się tym, że w okresie prześladowań w czasie II wojny światowej, podczas Holokaustu, z naszej klasy tylko jeden zginął, reszta uratowała się. Część emigrowała na teren wschodni – to było dwóch braci Weitzenów, których zresztą władze sowieckie aresztowały, siedzieli w obozie. Jeden z nich, Olek, z armią Andersa przeszedł cały szlak, brał udział w walkach o Monte Cassino, skończył karierę jako kapitan armii Andersa. Stosunki były bardzo przyjacielskie. Muszę powiedzieć, że jak człowiek czyta o nasileniu antysemityzmu, to w naszym środowisku szkolnym ono w ogóle nie istniało, pomimo że były reprezentowane różne podziemne organizacje, również Obóz Narodowo-Radykalny. W naszej klasie mieliśmy przedstawicieli podziemnych organizacji: prokomunistyczny „Spartakus”, Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, Obóz Narodowo-Radykalny, Legion Młodych, organizacje, do której był zakaz należenia przez uczniów. Były postacie, które zaznaczały się wyraźnie politycznie. Między innymi Sylwester Zawadzki, minister sprawiedliwości w czasie stanu wojennego, był naszym kolegą. Jego ojciec był bezrobotny, potem nawet był więziony za działalność komunistyczną. Wyrazem naszej solidarności, środowiska sanacyjnego, było to, że co dzień kto inny przynosił mu drugie śniadanie. Zawsze najlepsze śniadanie przynosił pasierb premiera.
To są w tej chwili rzeczy dość trudne do zrozumienia, ale jak sięgam pamięcią, muszę powiedzieć, że to był kapitalny przykład w naszej zbiorowości młodzieżowej przyjacielskiego współżycia. Jest powiedzenie profesora Kotarbińskiego, które propaguję: „mile się różnić”, mile się dyskutowało. Były dyskusje zasadnicze. Najlepszym dowodem łączności było to, że grubo po wojnie bardzo uroczyście robiliśmy spotkania w czterdziestolecie, pięćdziesięciolecie, sześćdziesięciolecie matury. Ostatnie sześćdziesięciolecie było zorganizowane przeze mnie w szkole, w której pracuję, do tej chwili, to jest Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania imienia Leona Koźmińskiego. W tej chwili z naszej klasy, trzydziestu osób, chyba tylko zostało pięć osób. Więzy przyjaźni przez cały czas były bardzo bliskie, to było niesłychanie charakterystyczne. Więzy przyjaźni z Sylwkiem Zawadzkim, który był na zupełnie odmiennych krańcach poglądów politycznych, utrzymały się do ostatniej chwili. Wiadomo było, że my się politycznie nie zgadzamy, ale to wcale nie przeszkadzało temu, żeby być zaprzyjaźnionym, żeby pamiętać o wspólnocie szkolnej. Wydaje mi się, że to wspomnienie jest bardzo ważne. Tak wyglądał okres przedmaturalny. Maturę zdałem w 1939 roku. Z tym że miałem problemy, było ustawodawstwo, które dopuszczało do matury osoby, które miały osiemnaście lat. Miałem siedemnaście, trzeba było składać podanie do kuratora. Zgodę otrzymałem. Dobrze się uczyłem, szczególnie w ostatniej klasie, wiadomo było, że w 1939 roku będzie wprowadzony zwyczaj, że matury prymusów szkół warszawskich będzie wręczał prezydent Mościcki na Zamku. Oczywiście była silna konkurencja. Nie miałem szans w stosunku do Andrzeja Wojnara, który był bezkonkurencyjny. Nie miał ani jednej czwórki, same piątki. Miałem czwórkę między innymi z religii, pomimo że dobrze ją znałem, ale na lekcjach dogmatyki zadawałem pytania, które naszego księdza denerwowały: „Stale pytasz”. Potem było uroczyste wręczenie świadectw matury Andrzej Wojnar dostał na Zamku. W czasie wojny historia jego była tragiczna. W Alei Szucha w podziemiu Ministerstwa Nauki jest małe muzeum, była tam siedziba gestapo. Wisi tam duży afisz z niemiecką listą osób skazanymi na karę śmierci. W 1943 roku Andrzej Wojnar na czwartym miejscu. Jeśli chodzi o środowisko mojej szkoły, było ono bardzo aktywne w czasie wojny w działalności podziemnej, szkoła powstała ze Szkoły dla byłych Wojskowych. Po wojnie polsko-bolszewickiej powstała szkoła dla żołnierzy, którzy nie mieli matury, która później przekształciła się w gimnazjum Poniatowskiego. W sali recepcyjnej na pierwszym piętrze był ładny pomnik z napisem: O quam dulce et decorum est pro patria mori – jak to pięknie i słodko jest umrzeć za ojczyznę. Pamięć tradycji naszych starszych kolegów, którzy walczyli, była bardzo żywa.
Jeśli chodzi o Batalion Sztabowy, powstał on ze środowiska Poniatowskiego bardzo wcześnie. Pierwszą organizacją była organizacja wojskowa „Bicz”, powstała już w październiku 1939 roku. Adam Rzewuski, Bogdan Grycner. Wtenczas na zasadzie tradycji konspiracyjnej tworzyliśmy „piątki”. Mnie polecono stworzenia „piątki”, byli tam bracia Jacynowie, którzy zginęli w czasie Powstania, Zbyszek Ostyk-Syrewicz i Jurek Niezgoda Pierwsze zadania to gromadzenie ukrytej broni. W Warszawie było dużo ukrytej broni. Kapitulacja, ale część broni zostało schowana. To była ostatnia niedziela października 1939 roku. Na terenie Cytadeli były bunkry. W niektórych bunkrach zostały duże drewniane skrzynki z granatami. Na terenie Cytadeli już był oddział niemiecki, ale to był olbrzymi teren i Niemców było niedużo. Od ulicy Kaniowskiej można była fosa i murek, przez który można było przejść. Dostaliśmy z Ostyk-Syrewiczem polecenie, żeby usiłować przenieść skrzynki, które były stosunkowo niedaleko, na zboczu w bunkrze przykrytym namiotem. Bez trudu doszliśmy, wzięliśmy po jednej skrzynce, były dość ciężkie. Jak wychodziliśmy, to na szczycie, bo to było na zboczu, pokazał się żołnierz niemiecki, który zaczął wołać do nas: Halt. Zorientowaliśmy się, że trzeba uciekać. Nie dało rady z ciężkimi skrzynkami, więc jedną zostawiliśmy. Jedną skrzynkę we dwójkę udało nam się wziąć. Niemiec z daleka krzyczał, potem zaczął strzelać. Była duża odległość, mała szansa na trafienie. Zakopaliśmy to w nocy na ulicy Czarnieckiego. Była tam Szkoła Rodziny Wojskowej, obok niej niezabudowany teren, na przekątnej placu, pośrodku zakopaliśmy. Potem kapitalna historia. W 1944 roku, przed Powstaniem, to chyba był czerwiec, usiłowaliśmy to odkopać. Dwie noce kopaliśmy, nie znaleźliśmy. Okazuje się, że w czasie Powstania jednak odkopano! To był klasyczny przykład pierwszego etapu naszej walki.
Szabla, która tu jest, to jest szabla mojego ojca. Ojciec do 1925 roku był w wojsku, w armii generała Żeligowskiego. Niemcy kazali oddać wszystko, szable, sztyleciki. Zakopałem szablę i marynarski kordzik – bardzo ładny, ozdobny mego ojca. Wykopałem to dopiero w latach siedemdziesiątych. Oddaliśmy do Muzeum Wojska Polskiego, do renowacji… Podejrzewam, że jest to nowa pochwa. Sama szabla była bardzo podniszczona, ale została dobrze zreperowana.
Później były różne inne formy działalności. Między innymi działalność, którą się moja matka zajmowała, mianowicie kolportaż prasy. W każdy czwartek do nas przynoszono podziemną prasę (mama miała gabinet dentystyczny ), dużo różnorodnej prasy. Zadanie nasze poległo na rozdzielaniu na różne punkty. To była jedna z form działalności podziemnej. Druga działalność podziemna to była działalność wojskowa – studia, uczenie się sztuki wojennej. W „Baszcie” była szkoła niższych dowódców, a także szkoła podchorążych. Ambicją wszystkich było, żeby do podchorążówki się dostać.
Wrócę teraz do początku wojny. Sytuacja już jest bardzo groźna, to jest połowa sierpnia. Spędzaliśmy zawsze wakacje u swego wujka Władysława Gieysztora, który miał nieduży majątek czterdzieści kilometrów od granicy sowieckiej. To była ciekawa historia. Gieysztorowie to rodzina ziemiańska, z tym że po Powstaniu Styczniowym majątki Gieysztorów zostały skonfiskowane za udział Jakuba Gieysztora w Powstaniu. Majątki te zostały j po stronie sowieckiej, natomiast jeden nieduży folwark został po stronie polskiej. Mój wujek Władysław Gieysztor go objął. To było centrum, gdzie co roku spotykała się cała rodzina. W czerwcu trzydzieści, czterdzieści osób przyjeżdżało, na imieniny Leonii i Władysława. Był to punkt zbioru całej rodziny, bliskiego kontaktu. Z tym że większość rodziny mojej matki usadowiła się w Warszawie, a duża część rodziny mojego ojca była w Wilnie i pod Wilnem, w powiecie oszmiańskim.
W sierpniu 1939 roku nadchodzi już niebezpieczeństwo, wojny, są próbne alarmy co pewien okres czasu,. Mąż mojej siostry ciotecznej, Janiny, z domu Gieysztorówny, kapitan Oborski, przychodzi do nas. Mówi do mojej matki, że dostał rozkaz wyjazdu, mobilizacja, za dwa dni wyjeżdża. Matka posyła depeszę do jego żony – ona jest w majątku, który popularnie nazywano Magdulka – „Przyjedź koniecznie pożegnać Artura, bo Artur wyjeżdża”. Komunikacja była dobra. Mało kto o tym pamięta, ale koleje polskie przed wojną były bez zarzutu, wspaniale chodziły. Tam była trasa ekspresu Paryż – Berlin – Warszawa – Moskwa, który zatrzymywał się na minutę w Horodzieju. Majątek Magdulka oficjalnie nazywał się Horodziej Dolny. Z Horodzieja było czternaście kilometrów do Nieświeża, a w Nieświeżu był ordynat książę Radziwiłł, który sobie załatwił,, że na minutę pociąg się zatrzymywał. Moja kuzynka przyjechała. Odprowadziliśmy Artura na Dworzec Główny. Oczywiście nie wiadomo było, gdzie on jedzie. Jechał na zachód. Ona jeszcze u nas została, miała pierwszego września wyjeżdżać. Mieszkaliśmy na Żoliborzu na ulicy Krasińskiego, w spółdzielni dziennikarskiej, którą prowadził Melchior Wańkowicz, skuzynowacony z moją matką. Gdzieś godzina piąta, raptem alarm, ale przedtem już były próbne alarmy. Otwarte drzwi na balkon, wychodzę. Na rowerze jedzie policjant. Mówię: „Proszę pana, co to? Próbny alarm?”. – „Nie, proszę pana, to już wojna!”. Pierwsze bomby spadły na Warszawę. Moja kuzynka tego dnia natychmiast – (jeszcze pociągi chodziły normalnie ) – pojechała do Magdulki, bo tam zostawiła swego syna. Zdałem maturę, stanąłem przed komisją poborową. Wiadomo, że rok po szkole, po maturze, spędzało się w szkołach podchorążych, wychodziło się ze stopniem kaprala podchorążego. Po paru latach szło się na ćwiczenia i dostawało się stopień podporucznika rezerwy, to było obowiązkowe. Zwalnianie – trzeba było być bardzo chorym. Stanąłem na komisji poborowej. Był problem, do jakiej podchorążówki. Niesłychanie modna była podchorążówka łączności w Zegrzu pod Warszawą, tam właśnie Stawiński się dostał, ale wtenczas najmodniejsza była podchorążówka artylerii przeciwlotniczej w Trauguttowie pod Brześciem. To był pierwszy czy drugi rok, odkąd powstała. Rozwijała się broń przeciwlotnicza i kształcono kadry. Miecio Trojanowski, syn generała, z którym byłem, jak z większością kolegów, zaprzyjaźniony, mówi: „Słuchaj, Witek – ojciec mi to załatwił, jedź, bylibyśmy razem”. Oczywiście zgadzam się. Dostaję skierowanie: 15 września mam zgłosić się w szkole podchorążych w Trauguttowie pod Brześciem. Mam dokument.

Tymczasem w Warszawie jeszcze 3 września przyjeżdża Rena, moja kuzynka z Gdyni, która mieszkała w Gdyni z matką. Uciekają z Gdyni. Spędzam z nią cały dzień. Nie widziała Zamku Królewskiego – idziemy zwiedzać Zamek Królewski 3 września. Co pewien okres czasu są alarmy. Teraz jest szósty czy siódmy – już wiadomo, że nie udaje nam się wstrzymać Niemców. Pułkownik Umiastowski przez radio: „Wszyscy od szesnastego do sześćdziesiątego roku życia warszawiacy, mężczyźni cywilni, opuszczajcie Warszawę na wschód, Warszawa będzie broniona – chodzi o potencjał, wojskowy będziecie wstępować do armii”. Trzeba wyjeżdżać. Wiem, gdzie – do Trauguttowa, ewentualnie wcześniej. W Warszawie mieszkał brat mojego ojca, pułkownik Jan Kieżun który był lotnikiem, dowódcą Pomorskiego Pułku Lotniczego w Bydgoszczy, już na emeryturze. Miał samochód w Warszawie, ale był jeszcze w Bydgoszczy. Stryjenka mówi: „Jest samochód, bierz samochód”. Jeszcze nie prowadziłem samochodu. Znalazło się dwóch kolegów, jeden gimnazjalny, a drugi starszy, dwudziestoparoletni, który dobrze prowadził. Okazuje się, że w samochodzie jest bardzo mało benzyny. Wobec tego na samochód wkładamy rowery. Dojechaliśmy samochodem tylko do Mińska Mazowieckiego – zabrakło benzyny. Wyjazd był tragiczny – tłumy ludzi uciekających z Warszawy, uciekinierzy z zachodu, rowerami, piechotą, dorożkami, oczywiście dużo samochodów, to wszystko kierunek prosto na wschód, na Siedlce, Brześć. To są najtragiczniejsze chwile września. Dopiero teraz, w ostatnim filmie „Karol, człowiek, który został papieżem”, po raz pierwszy zostało bardzo przejmująco pokazane potworne okrucieństwo, mianowicie loty sztukasów nad cywilnymi uciekinierami na drogach i ostrzeliwanie. W ciągu dnia nie można było iść. W ciągu dnia w lesie się siedziało, w noc się szło, a raczej jechało na rowerze. Tak dojechaliśmy ostatecznie do Trauguttowa na rowerach we trójkę. Koło Brześcia piękne budynki, nowe budynki podchorążówki, puste zupełnie, jeden samochód. Siedzi pani z dzieckiem, szofer, kapitan, który niesie dużą poduszkę. Staję na baczność, mówię: „Panie kapitanie, poborowy z cenzusem Witold Kieżun melduje swoje przybycie zgodnie z rozkazem”. On do mnie mówi: „Nie widzisz, co tu jest? Jestem ostatni, ewakuacja. Niemcy są parę kilometrów stąd. Uciekaj!”. Wieczorem słuchamy radia, znaleźliśmy w domu leśnika. Mówi prezydent Starzyński: „Był błąd, Warszawa się broni. Wracajcie do Warszawy, bijcie się – Warszawa się broni”. To był 13, 14 września. Mówię: „Wracamy”. Moi koledzy mówią: „Nie, my jedziemy na Rumunię, na południe”.
Wracam. Na szosie ktoś jedzie na rowerze. Podjeżdżam: „Jadę do Warszawy”. Okazuje się, że student politechniki. Już jedziemy we dwójkę, jeszcze dołącza tramwajarz warszawski, jedziemy we trójkę. Dojechaliśmy czterdzieści kilometrów od Warszawy, pod Kołbiel. Nocowało się w lesie albo pukaliśmy do chaty wiejskiej. Było bardzo charakterystyczne – zawsze jak się jechało i szukało noclegu, to brało się najbiedniejszą chatę. Tam na pewno człowieka przyjęli. W majątkach: „Nie ma miejsca, już pełno, tam proszę szukać”. To było kapitalne pierwsze moje doświadczenie, że najbiedniejsi są najbardziej solidarni. „Nic nie możemy wam dać, może parę jajek zjecie?”
Jedziemy rowerami drogą do Warszawy. Raptem z dwóch stron wychodzi patrol niemiecki: Halt! Szok straszny, człowiek po raz pierwszy zobaczył Niemców. Na bok prowadzą nas, a tam jest zbiorowisko cywilnych i wojskowych jeńców. Wszystkich do kościoła. W kościele: trzy czwarte jeńcy, ćwierć cywile. Muszę powiedzieć, że atmosfera była straszna, bo wszyscy ludzie byli wrogo nastawieni do sanacyjnego kierownictwa: „Do czego doprowadzili?!”. Rano nas ustawiają w szeregi przerywane co pewien czas samochodem z karabinem maszynowym; z boku motocykliści. Prowadzą nas prosto na północ, w kierunku Prus Wschodnich. Jestem z tramwajarzem i ze studentem politechniki, jeszcze koło nas jest z Kołbieli młody Żyd. Była wiadomość – było dużo informacji o obozach koncentracyjnych, jak to potwornie głodzono. Prowadzą nas do obozu koncentracyjnego – trzeba uciekać. Możliwości ucieczki są minimalne. Jakie są możliwości ucieczki? Co pewien okres czasu ktoś prosi na chwileczkę za potrzebą w las. Halt! Na bok wychodzi i tam się załatwia. Lasek. Żyd mówi, że potrzebuje. Wychodzi, kucnął, poderwał się i biegnie. Karabin maszynowy na samochodzie był dość daleko, ale poleciała kula. Mamy już przestrogę. Idziemy dalej, jestem prawoskrzydłowy. Wchodzimy do wsi i idziemy tuż przy płotach, przed chatami. Jest chata, nie ma płotu, ale są krzaczki. Widzę, że to jest kolosalna okazja – przeskoczyć tak, że ten Niemiec z tyłu może nie zauważyć. Skoczyłem i za mną skoczył student. Leżymy chwilę, cisza. Drzwi są otwarte – wpadamy do chaty, schodami biegniemy na górę. Stoją duże beczki. Otwieramy – puste. Włazimy do beczek i w tym momencie po schodach idzie właściciel, mówi: „Panowie, nie akceptuję absolutnie! Wychodźcie, bo spalą mi dom”. – „Panie, na miłość boską, schowamy się tu. Przecież nikt nie zauważył naszej ucieczki”. – „To was przykryję”. Przeszli, on otworzył: „Panowie, uciekajcie, nie narażajcie mnie”. – „Gdzie?”. – „Prosto przez pole, przez las, to jest kierunek na Otwock”. Wychodzimy, ale co pewien czas pojazd niemiecki. Udajemy, że siejemy pole, niby siejemy. Potem wąska rzeczka. Wchodzimy – okazuje się, że głęboka, wpadamy. Chałupa. Wchodzimy zmoczeni, tam samotna kobieta. „A wy co?”. – „Uciekinierzy z Warszawy”. – „Tak… mój mąż jest w wojsku, nic innego nie mam, tylko jajka”. Przygotowała nam jajecznicę z trzydziestu jajek. Biła, biła jajka! Wysuszyliśmy się i idziemy. [Mój towarzysz] mówi: „W Otwocku mam znajomych”. Pożegnaliśmy się.
Przypomniałem sobie, że w Józefowie aptekę ma ojciec mojego kolegi, Andrzeja Buchnera. Dotarłem do apteki, przyjęli mnie. Byli przygotowani – na strychu był szeroki balkon przykryty deskami, na górze deski można było odsunąć. Było miejsce schronienia, gdyby Niemcy weszli. Cały teren był opanowany przez Niemców; Warszawa się broni.
Teraz Warszawa kapituluje i olbrzymi tłum idzie do Warszawy piechotą. Mieszkaliśmy wtenczas na Krasińskiego, a przedtem na placu Inwalidów. Wchodzę – nie wiem, czy dom istnieje, czy matka żyje. Spotykam dozorcę. Mówi: „Widziałem pańską matkę wczoraj, żyje, wszystko w porządku, dom trochę jest uszkodzony”. Przychodzę. Okazuje się, że istotnie jest jeden pokój zniszczony – (moja matka była lekarzem dentystą) – gdzie były urządzenia dentystyczne, fotel dentystyczny, oczywiście ani jednej szyby. Pierwsza rzecz, trzeba to wyremontować, odbudować, oszklić. Szyb nie ma, ale wpadam na dobry pomysł. Nasz nauczyciel robót ręcznych, pan Baranowski, mówi: „Zrobimy kurs szklenia i robimy przedsiębiorstwo szklarskie”. – „Dobrze”. Nauczyłem się, jak się tnie. Zamówiłem ogłoszenia. Jak dzisiaj pamiętam: „Tanio, 8 zł/m kwadratowy, fachowo”. Porozwieszałem na słupach. Od razu rozpocząłem szklić.


To był okres – z jednej strony podziemna organizacja żołnierzy „Bicz”, a drugiej strony matka nie pracowała, gabinet był zniszczony, nie było żadnych zasobów, a więc szklenie okien. Szkleniem zupełnie dobrze zarabiałem, już byłem znany na Żoliborzu. Wszystkim generałom, którzy tam mieszkali, oszkliłem okna. Co potem dzieje się ? Rok 1940, tragedia. Pada Francja, załamanie potworne. Już mamy swoje pisemko, żołnierzy „Bicz”. Potem zaczyna wychodzić „Biuletyn Informacyjny”, nie drukowany, tylko powielany. Nie ma radia. Mamy szczęście, że matka jednego z naszych kolegów była Niemką i wolno jej było mieć radio. To była propolska Niemka, do niej się chodziło na słuchanie radia. Mieliśmy informacje, przeżywaliśmy potwornie. Upadek Francji to była depresja, ludzie dosłownie płakali. Cały czas: „Im słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej” – była nadzieja, że na wiosnę Francja nie podda się, zwycięży. Była szalona wiara, że Sikorski wróci.
Zamknięte są szkoły, Poniatowski funkcjonuje podziemnie. Ja już skończyłem, ale młodsi koledzy jeszcze chodzą na tak zwane komplety w mieszkaniach. Godzina policyjna, początkowo od siódmej do szóstej, potem od ósmej, od dziewiątej, potem znowu od ósmej. Całe pięć lat człowiek jest oderwany od życia. Wszystko trzeba było oddać – radia, wszelki sprzęt typu wojskowego, broń, szable. Cały czas jest groza gestapo. Zaczęło się od Wawra — w Wawrze rozstrzelali kilkudziesięciu Polaków zupełnie niewinnych. Wtenczas już była świadomość podłości niemieckiej. Aresztują Adama Rzewuskiego, Bogdana Grycnera. Jest pierwszy strach, bo Adam Rzewuski był bezpośrednim moim szefem. Matka mówi: „Słuchaj, mogą przyjść po ciebie”.
Gestapo przychodziło w nocy. Organizuję się. Mieszkam w dużym budynku Krasińskiego 6, róg Dziennikarskiej. Klatki schodowe, wejście od Krasińskiego – wszystkie klatki są zamknięte, wejście jest tylko przez bramę od Dziennikarskiej. Brama jest żelazna, duża, w bramie jest dzwonek do dozorcy. Dzwonek zlikwidowany, tak że jak ktoś wieczorem chce przyjść, to musi walić, oczywiście głośno w bramę. Nasz dozorca, Albinowski – umawiamy się z nim. Mówi: „Jeśli w nocy będzie dobijać się gestapo, to będę wychodzić i będę głośno krzyczeć – mieszkał w suterenie, musiał przejść przez podwórko do bramy – Idę! Idę!”. Wtenczas my na strych, ze strychu na dach, a dachem można było zejść na ulice Dygasińskiego. Tam były niższe wille piętrowe. Tam się umawiamy, że drzwi na dach są otwarte i zawsze można wejść. Mamy drogę odwrotu. Już się wszyscy przygotowują. Potem przychodzi wiadomość, że Adam Rzewuski był w obozie i umarł, wydano ciało, był uroczysty pogrzeb. Potem przychodziły dalsze zawiadomienia. Bogdan Grycner w Palmirach został rozstrzelany. Muszę powiedzieć szczerze – parę miesięcy było czujnego spania. Przeniosłem się, bo odbudował się gabinet mojej matki, który był tuż przy wyjściu. Spałem w gabinecie, żeby być szybko (mieszkaliśmy na trzecim piętrze) na klatce schodowej i na strychu. Cały czas była świadomość zagrożenia. Co się dzieje w międzyczasie z moją rodziną z Magdulki?
Siedemnasty września – to jest czterdzieści kilometrów od granicy – wchodzi armia radziecka. Od razu paru enkawudzistów bierze całą ludność wsi, idą do pana na dwór. Mój wujek miał majątek nieduży, który był bardzo dobrze wyposażony na ówczesnym poziomie w rozmaite maszyny, on sam nimi się zajmował. Był z wykształcenia inżynierem rolnikiem. Zawsze we wrześniu sam rozbierał wszystkie maszyny, żniwiarkę i inne, smarował, reperował. Nakładał robocze spodnie z szelkami i sam to wszystko robił, bo tam nikt inny nie potrafił. Akurat był w tak zwanej odrynie. Tłum, paręset osób, z enkawudzistami przychodzi. Dwór był nieduży, przerobiony z dawniejszego budynku dla służby, bo stary dwór był zniszczony w 1920 roku. Wychodzi moja ciotka. Wołają: „Gdzie jest dziedzic? Wołajcie dziedzica, wołajcie pana. Niech prichod i pan”. Ciotka mówi: „Mąż jest w odrynie”. Co się dzieje? Z odryny wychodzi mój wujek, umorusane ręce, w spodniach kieszeń, z której wystaje chusta do wycierania rąk. Mówią: „Kto to?” – „To pan”. A enkawudziści na to: Kakoj to pan? Eto raboczyj! Wszyscy mówili bardzo dobrze po rosyjsku, to pokolenie, które chodziło do rosyjskiej szkoły. Wujek mówi: „Właśnie w tej chwili smaruję maszyny”. Enkawudziści: Paszli! – pogonili wszystkich. Ciotka ich zaprasza: „Zachodźcie tutaj na herbatę”. – „Ty raboczyj, to będzie państwowy majątek, ty będziesz tutaj kierował”. Wszyscy zostają. To już jest państwowy majątek, sowchoz. Wujek tam pracuje, jest jego syn, wszyscy, którzy na lato przyjechali i jeszcze zostali, bo ja z mamą wyjechaliśmy wcześniej – syn wuja, Edward Gieysztor, z żona i córką, Janina Gieysztor z synem.
Przychodzi zima, powstaje od razu milicja sowiecka. To głównie żydowska młodzież z Horodzieja. W Horodzieju na tysiąc mieszkańców było dziewięćset pięćdziesięciu Żydów. Komisarzem zostaje fryzjer Zelikow, zawsze się u niego człowiek strzygł, ale on moją rodzinę toleruje, bo stosunki z Żydami, którzy mieszkali w Horodzieju były przyjazne – Żydzi kupowali mleko i wszystkie produkty – to były normalne stosunki handlowe. Jest luty, olbrzymie mrozy, śnieg. W nocy, koło godziny pierwszej, ktoś puka do okna sypialni – okna miały lufciki – budzi ciotkę. Ciotka otwiera, a tam jest komisarz, fryzjer Zelikow. Mówi: „Uciekajcie, bo o piątej was wywożą! A tu macie zezwolenia na kupno biletów. Uciekajcie natychmiast!”. Nie wolno było jechać bez zezwolenia.
Uciekli. Co mogli, to wzięli i na przełaj przez zamarzniętą rzekę Uszę na stację. Mieli propusk, mogli kupić bilety do Białegostoku. W Białymstoku już był mój wujek, który z Grajewa uciekł. Z Białegostoku piszą do nas, bo przychodziły listy: „Nie jesteśmy bardzo zdrowi, chętnie byśmy was odwiedzili”. Wysyłamy do nich depeszę: „Jesteśmy zdrowi, ponieważ wy się niedobrze czujecie, lekarze na was czekają”. Żeby to wysłać, trzeba mieć zezwolenie z gestapo w Alei Szucha. O ile sobie przypominam, był chyba marzec czy kwiecień. Poszedłem na Aleję Szucha z pismem. Przybili pieczątkę. Oni wszyscy uciekają przez zieloną granicę. Z tym że była tragedia, na zielonej granicy wszyscy się rozbiegli. Dziunia z żoną i córką złapali Rosjanie, NKWD. On przed wojną mieszkał w Krakowie, tam przyjechał tylko na wakacje. Mówi, [gdy] go przesłuchują: „Uciekłem z Generalnej Guberni, bo chciałem do komunizmu”. Szczęśliwie w kieszeni marynarki, którą nosił, był artykuł z „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”. „Widzicie, Kraków, nawet gazetę mam krakowską”. Oni wtenczas wydali ich Niemcom, a Niemcy puścili ich. To samo było z Janką. Niemcy ją przytrzymali przez jeden dzień, potem puścili; wszyscy dotarli do nas. Rozpacz, że młodzież jest, a rodzice? Władysław Gieysztor i jego żona… On miał sześćdziesiąt parę lat. Teraz sześćdziesiąt lat, to nie jest człowiek stary. Raptem dzwonek – oni są. Okazuje się, że przemytnik, który ich prowadził, ostrzegł, że tutaj jest patrol. Janka uciekła, a oni wpadli w śnieg i zakopali się w śniegu. Potem dopiero przeszli granicę, w Łapach wsiedli do pociągu.
To była ucieczka stamtąd. Natomiast brat mojej matki, który ukrywał się w Wilnie, usiłował przejść granicę na terenie Prus Wschodnich. Tam go złapali i wywieźli, umarł w obozie w Związku Radzieckim. Rodzina stamtąd, ci, co mogli – to był paradoks – uciekali do Generalnej Guberni. Tu było wtenczas mniej groźnie.
Siedemnastego września [1940] rano. Dowiadujemy się, dozorca Albinowski przybiega: „U nas nie, ale od placu Wilsona cały teren obstawiony jest żandarmerią i lotnikami niemieckimi”. We wszystkich akcjach brał udział Wehrmacht, lotnicy; to wcale nie jest prawda, że tylko gestapo. Robią rewizje. Cała rodzina, która przyjechała, wynajęła mieszkanie na ulicy Mickiewicza. Potem okazuje się, że obstawili cały teren Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, ulicy Słowackiego, szczęśliwie tylko od strony Krasińskiego, od strony Wisły nie, tam gdzie mieszkaliśmy. Do każdego mieszkania wchodzili i zabierali każdego mężczyznę od szesnastego do sześćdziesiątego roku życia. Jaki ma dokument? Jeśli wykazał ktoś, że ma ausweis, że pracuje w firmie, która pracuje dla Niemców, to w porządku, a resztę wszystkich zabierali. To był transport do Oświęcimia. Zabrali mojego brata ciotecznego, Leona Gieysztora. Zabrali profesora Kazimierza Lisowskiego, mojego dyrektora z Poniatówki. To były dwie największe straty. Potem dowiaduję się, że oni są w Oświęcimiu. Rozpacz straszna. Wtenczas w łapance był aresztowany też Bartoszewski. Jeszcze był aresztowany dalszy mój kuzyn, Wysocki. Bartoszewskiemu – jego ojciec pracował w Banku Emisyjnym, więc poprzez starania ojca – udało się wyjść. Wysockiemu się udało dlatego, że siostra jego matki wyszła za Niemca i mieszkała w Berlinie. Niemiec napisał, że to jest jego kuzyn, jego zwolnili. Gieysztor, Lisowski zostali. W grudniu przychodzi depesza: „Zawiadamiamy, że Leon Gieysztor umarł na zapalnie płuc w Auschwitz”. Taka sama depesza przychodzi do żony Lisowskiego. Już jest pierwsza świadomość grozy, już też wiemy o Palmirach – to jest luty, marzec – przedtem był Wawer.
Tymczasem się rozwija podziemna Polska. Już są szkoły średnie i uniwersytet, przy czym również Uniwersytet Zachodni z Poznania. 1940 rok, życie podziemne funkcjonuje. Teraz wiadomość, że Niemcy otwierają jedną dwuletnią wyższą szkołę po maturze na bazie dawnej szkoły Wawelberga i Rotwanda: Wyższa Szkoła Budowy Maszyn i Elektrotechniki imienia Wawelberga i Rotwanda, bardzo dobra trzyletnia szkoła, która szkoliła, nie magistrów inżynierów, tylko inżynierów. Niemcy otwierają jako dwuletnią szkołę. Jest trzysta kilkadziesiąt miejsc. Wszyscy starają się do niej dostać – wiadomo, że ausweis szkoły broni. Oczywiście przewidywania były jasne: wyszkolenie na nasze potrzeby. Mnie się szczęśliwie udało dostać. Profesorem był brat męża mojej ciotki. Było to fantastyczne środowisko, w gruncie rzeczy była tam główna baza młodego podziemia. Przede wszystkim był Jasio Bytnar, „Rudy”. Była dywersja, „Baszta”. Dwa lata to był okres pewności, że w czasie łapanki – legitymacja szkoły ochrania.
Parę wspomnień. Nie współpracowałem z nim w podziemiu, ale byłem zaprzyjaźniony w szkole z Jasiem Bytnarem na tej zasadzie, że ja byłem najwyższy, a on był najniższy. Od razu mówi: „Ale dryblas jesteś”. – „A ty malutki”., Wykładali najlepsi profesorowie, między innymi profesor Wolfke, który był współpracownikiem Einsteina. Był incydent, który świetnie pamiętam. Wolfke wyprowadzał, bardzo długo wzór na olbrzymich tablicach. Właściwe rozwiązanie: X musi być większe od zera. Jasio siedział koło mnie – zawsze miał kromkę chleba i coś zajadał – i mówi do mnie: „Witek, nic podobnego, X może się również równać zero. Popatrz, wyprowadziłem to”. – „To powiedz”. – „Nie będę mówił”. Nie był człowiekiem lubiącym się chwalić, osobowość jego była bardzo charakterystyczna, bohaterska, pełna poświęcenia, a jednocześnie skromna. Wtenczas ja mówię : „Panie profesorze, tutaj kolega Bytnar stwierdził…”. – „Naprawdę? Panie Bytnar, potrafi pan to udowodnić?” – „Tak”. – „To proszę bardzo, niech pan zetrze mój dowód i niech pan udowodni”. Cisza się robi, sensacja. „Przyjąłem takie założenie, czy mogę?” – „Oczywiście, może pan”. Zapisał na tablicy szereg równań „Wobec tego X równe albo większe od zera. Quod erat demonstrandum, co było do udowodnienia”. Wolfke patrzy, mówi: „Zaraz, chwileczkę, spokojnie. Tu w porządku, tu także. Panowie – chapeaux bas! Czapki zdjąć! Geniusz! Jak pańskie nazwisko?”. Wszyscy – brawa. Jaka to wielka szkoda, że tacy ludzie właśnie zginęli. W gruncie rzeczy była smutna prawidłowość, że ginęli jednak najwybitniejsi, moi pierwsi dowódcy i Adam Rzewuski, który był rok starszy ode mnie, po podchorążówce. Był człowiekiem o szerokich horyzontach, niesłychanie inteligentny, niezwykle twórczy.
Wybuch wojny Niemców ze Związkiem Radzieckim. Muszę powiedzieć, że wiedziałem o tym wcześniej, bo wiadomości o skoncentrowaniu wojsk niemieckich były powszechnie znane. To, że Związek Radziecki nie był przygotowany do obrony, to jest coś zupełnie niezwykłego, ale to jest inna historia. Teraz – ruszają. To jest coś pozytywnego dla nas, dlatego że Związek Radziecki jest potwornym zagrożeniem. Wszystko wiemy, wiemy, że wywieźli olbrzymią liczbę ludzi. Moja rodzina – część uciekła, a część z nich, [między innymi] wujek Edzio, mój ojciec chrzestny, został wywieziony. Tam zginął najbliższy brat rodzony mojej matki. Dowiadujemy się, że stają się aliantem. Teraz pakt z Sikorskim. Tutaj jest problem do dyskusji, bardzo poważnej dyskusji. Brałem udział w zebraniach dyskusyjnych. Były ćwiczenia wojskowe, a potem się zawsze dyskutowało. W międzyczasie skończyłem ostatecznie Wawelberga, zrobiłem dyplom, tak że jestem inżynierem budowy maszyn i elektrotechniki. Już na drugim roku uświadomiłem sobie, że to mi nie odpowiada. Jak trzeba było liczyć, ile nitów ma walec korbowy, doszedłem do wniosku, że mam inne zainteresowania. Wtenczas zdecydowałem się iść na podziemne prawo. Byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni z rodziną Natansonów. Z Natansonami była taka historia: Wiktor Natanson, który był redaktorem pisma „Notariusz Polski”, nasz sąsiad, w myśl prawa norymberskiego był Żydem, bo jego babka była Żydówką, ale jego dzieci już nie. Zmienił nazwisko na Nowicki i zamieszkał w mieszkaniu pani Słomczyńskiej naprzeciwko naszego, z tym że wszyscy w domu go znali. Jego dzieci, Anetka i Lusia Natansonówny, mieszkały w osiedlu dziennikarskim, tuż obok, w willi. Też była paradoksalna historia, że na Żoliborzu znało się cały szereg ludzi żydowskiego pochodzenia, a udało się im przeżyć. Najlepszy przykład był z Natansonem – przeżył. Lusia Natansonówa była razem ze mną w jednym oddziale, powiem jeszcze później o niej.
Rozgorzała dyskusja, czy słusznie postąpił Sikorski podpisując umowę ze Stalinem? Jesteśmy zdania, że jednak w taki sposób uratował, masę Polaków tylko powinien od razu zastrzec sobie likwidację porozumienia Ribbentrop-Mołotow. Sądziliśmy, że sprawa jest jasna – Wielka Brytania, Stany Zjednoczone będą tego pilnować. Teraz już mamy informacje o działalności wschodniej. Z Wilna przyjeżdża nasz kolega, syn dawniejszego premiera Kościałkowskiego, z AK wileńskiego. Wiemy, że rozpoczyna się akcja „Wachlarz”, opowiada nam o AK wileńskim bardzo rozwiniętym. On był łącznikiem, parę razy przyjeżdżał z Wilna do Warszawy.
Ale jednocześnie jest zaniepokojenie. Katyń – nie ma żadnej wątpliwości, że to zrobili enkawudziści. Tutaj jest oczywiście propaganda niemiecka. Niemiecki „Nowy Dziennik Warszawski”, szmata niemiecka. Na liście wszystkich odnajduję ciotecznego brata mojego ojca, też lotnika, Wojewódzkiego, który był w armii Hallera. Z armią Hallera wrócił do Polski, był już na emeryturze – jest jego nazwisko na liście. Cały szereg nazwisk ojców moich kolegów z Żoliborza. To jest duży cios psychiczny, ale jest pełna świadomość, że to oni zrobili, że w tej chwili jest wszystko pod znakiem zapytania, jak będzie wyglądała nasza przyszłość.

Tymczasem studiuję prawo. Studiowałem z Olgierdem Budrewiczem, który był bardzo aktywny. On potem był w, żoliborskim batalionie. Poziom jest bardzo wysoki, a jednocześnie też humorystyczne historie. Mianowicie, na Czackiego 14 mamy spotkanie, profesor Rafacz ma mieć wykład. Dzwonię, hasło: „Mam dwa kilo jabłek do sprzedania”. Wtenczas się wpuszcza od razu. To było na parterze, dzwonię, młody mężczyzna otwiera: „Mam…”. – „A, proszę”. Wchodzę, siedzą sami mężczyźni. To był pierwszy wykład Rafacza, jeszcze nie było naszego zespołu, nie znałem zespołu. Wszyscy ze sobą rozmawiają, niektórzy widać, że się znają, niektórzy się nie bardzo znają. W pewnym momencie ktoś wchodzi: „Na moją komendę całość, powstań! W szeregu zbiórka! Baczność”. Staję pierwszy, jako najwyższy, myślę sobie: „Tak Uniwersytet Warszawski rozpoczyna wykłady?”. Profesor Rafacz, wiem, że jest prawie w wieku emerytalnym. – „Melduję kurs podchorążych”. Mówię: „Bardzo przepraszam…”. – „Wystąp! Jakie hasło?”. Mówię. Okazuje się, że nie dosłyszał. Było hasło: „Mam masło do sprzedania”.


Od razu sprawa, to jest pewnie agent. Zamknęli mnie w łazience. Słyszę, jak dyskutują, co zrobić. „Trzeba się go pozbyć, zdekonspirował”. – „Panowie, na miłość boską, nazywam się tak i tak”. – Wymieniam nazwiska moich kolegów. – „Może ktoś z was zna?” – „A, Janka Podkańskiego to znam”. – „Podam wam numer telefonu, dzwońcie do niego”. – Zadzwonili: „Janek, słuchaj, tu jest Witold Kieżun, czy ty go znasz?” – „Znam, to mój stary kolega”. Wypuścili mnie, idę naprzeciwko. Okazuje się, że tam już się rozpoczął wykład. Profesor Rafacz – przychodzę, kłaniam się – mówi: „Proszę pana, nas obowiązuje jednak dyscyplina, rozpoczynam punktualnie”. – „Panie profesorze, to całe szczęście, że w ogóle tu jestem”.

Stale się coś działo. Był cały szereg kawałów, że wchodziło się na parterze, człowiek nie wiedział gdzie, a dozorca: mówi : „Proszę pana, to zależy – »Baszta« jest na drugim piętrze, a ten jest na trzecim”. Na Żoliborzu doszło do tego, że się grywało w siatkówkę z zespołami z różnych organizacji podziemnych. W Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej był RPPS, Robotnicza Partia Polskich Socjalistów, którą Osóbka-Morawski prowadził. Osóbkę się znało, był świetnym siatkarzem. Graliśmy w siatkę – AK i RPPS. To samo było na przyjęciach imieninowych, wiadomo było: ci są z tego, a ci są z tego. Zgrupowania. Poza tym, idiotyzm – trzeba było mieć długie buty kawaleryjskie od Niedzielskiego. Za pierwsze zarobki kupiłem… trzeba było też mieć zielone bryczesy. Kobiety też, moja żona też w tym chodziła. To był styl wojskowy. Oczywisty nonsens, wiadomo było, że jak jest patrol niemiecki, to takiego od razu: Halt! Człowiek jednak zawsze się przygotowywał, każdy starał się mieć jakiś ausweis. Powoli zbliża się armia radziecka. Jest jeszcze październik 1943. To jest straszna historia, pierwsze publiczne egzekucje. Zamach na Kutscherę. Pogrzeb Kutschery – przez Krasińskiego idzie, okna muszą być zamknięte, nie wolno w ogóle wyglądać przez okna. Mój sąsiad pokazał się w oknie, stała grupa karabinów maszynowych, zaczęła strzelać. Rozpoczynają się, w 1943, pierwsze publiczne egzekucje i cała seria obstawiania dzielnic i dokładnych rewizji.

Tu miały miejsce dwie sytuacje zupełnie niezwykłe. Pierwsza to jeszcze za czasów, jak byłem u Wawelberga. Wykłady odwołane. Andrzej Wojnar, Jurek Łapicki i Tadek Wróbel, trzech, i ja czwarty. Mówię: „Chodźcie do mnie, dzisiaj u mnie jest »Biuletyn Informacyjny«, poczytacie sobie”. Przyszliśmy. Matki mojej nie było, poszła roznosić prasę, ale parę numerów „Biuletynu” zostawiła. Siadamy, dwa czy trzy egzemplarze, na kanapie czytamy. W pewnym momencie mówi Tadek: „Jakby tutaj gestapo przyszło, leżymy”. – „Tak, ale po co ma przyjść?”. Czytamy. „Biuletyn” rozdzierało się, był złożony, trzy po sześć kartek. W pewnym momencie bardzo intensywny dzwonek i bicie w drzwi. „Słuchajcie, gestapo! Chowajcie!” Wychodzę korytarzem, otwieram drzwi: Hände hoch! Dwóch po cywilnemu z pistoletami. Ręce do góry i cofam się. Koledzy moi widzą przez otwarte drzwi, że cofam się z rękoma do góry. Wchodzą. Hände hoch! [Koledzy] podnoszą ręce do góry. Patrzę, czy są „Biuletyny”, widzę, że nigdzie nie ma. Od razu trzymają nas: „Co wy tu robicie? Ausweis”. Podajemy swoje legitymacje szkolne. „To wy jesteście w szkole Maschinenbau und Elektrotechnik? Dlaczego nie jesteście w szkole, jest godzina jedenasta?” – „Byliśmy na pierwszym wykładzie, pan profesor zachorował, to przyszliśmy”. – „Co wy tu robicie?” – „Mamy zamiar grać w karty, bo jesteśmy brydżyści”. – „Gdzie karty?” – „Karty są w drugim pokoju, dopiero przyszliśmy”. Jeden zostaje, drugi idzie, obchodzi mieszkanie, mówią do siebie „To co? Bierzemy ich”.
W tym momencie jeden z moich kolegów, potem bardzo dzielnie walczył i mówi: Eine moment bitte, ich habe Ausweis. Wyjmuje, pokazuje. „Ach, to ty jesteś członkiem Patriotycznego Związku Białorusinów?” Była organizacja Rosjan białych i Białorusinów, współpracująca z Niemcami. Jesteśmy szalenie zaskoczeni, bo to jest nasz kolega, nie wiedzieliśmy. „Dobrze, wobec tego sprawdzę”. Telefon miałem na ścianie, dzwoni. „Słuchaj, numer taki a taki, imię i nazwisko, sprawdź – Białorusin? Tak, w porządku”. Zwraca dokument, wychodzą. Mówimy: „Jurek, uratowałeś nas, ale…” – „Tak”. Ojciec jego był kapitanem w oflagu. Matka i siostra zapisały się do tego związku, to ratowało. W czasie Powstania został ranny w kolano i umarł. Dla nas to był szok, ale z drugiej strony uratował nas, gdyby nas gestapo zabrało to minimum Auschwitz. W lipcu 1944 roku przyszedł do mnie, wie, że będzie Powstanie, chciałby też walczyć. Skierowałem go do Zygmunta Kaweckiego, przy mnie złożył przysięgę. Był żołnierzem Armii Krajowej. Mówi: „Uratowałem was”. Okazuje się potem, że gestapowcy pomylili adres. Na sąsiedniej klatce schodowej mieszkał „Wojtek”, którego nie było wtenczas w domu.
Drugi raz, to już jest 1944 rok. Przychodzę do domu z wykładu nauki o broni. Mam karabin z uciętą lufą i z uciętą kolbą, sam zamek do nauki, i mam skrypt minerski: materiały wybuchowe. Oczywiście nie powinienem był zabierać tego do domu. Mieszkałem na Krasińskiego. Ulica szła tuż pod domem. Słychać było zawsze, jak samochody jechały, potem zwalniały, skręcały na prawo i w dół tam był – już kawałek Wisłostrady. Budzę się, godzina tak przed piątą, i słyszę, że samochód jedzie, zatrzymuje się, jedzie, zatrzymuje się. Okna były zasłonięte czarnym papierem. Zerknąłem. Patrzę, a po drugiej stronie ulicy, przy parku, już stanowiska karabinów maszynowych, lotnicy, obstawa. Nie nosiłem piżamy, tylko długą koszulę. Chwytam karabin i skrypt. Wyskakuję na klatkę schodową, otwierają się drzwi. Pani Słomczyńska, która po drugiej stronie mieszkała – u niej mieszkał Nowicki-Natanson – mówi: „Niemcy!”. – „Proszę pani, strych czy piwnica?”. Ona mówi: „Chyba piwnica”. Miałem klucze od piwnicy, zbiegam z trzeciego piętra. Piwnica jest pełna węgla i jest łopata. Tam się ładowało węgiel, paliło się, centralne ogrzewanie było nieczynne. Był jeden pokój opalany żelaznym piecykiem z rurą. Czym prędzej odgarnąłem, schowałem, przysypałem węglem, wyskoczyłem na klatkę, szybko biegnę. Jak byłem na trzecim piętrze, już oni na parter wchodzili. Czym prędzej się umyłem, leżę w łóżku. Matka otwiera, oni wchodzą, leżę. Od razu: Hände hoch! Wychodzę w koszuli z rękoma do góry, stoję. Popatrzyli. „Ubieraj się!”. Czym prędzej się ubieram. Z matką obchodzą całe mieszkanie. Jest oficer, żandarm. W moim pokoju była duża biblioteka, było dużo książek, bo mój ojciec prenumerował „Bibliotekę Dzieł Wyborowych”, wspaniałą bibliotekę. On otwiera drzwi, bierze sobie krzesło, bierze książkę i przerzuca kartki, szuka. Bardzo często „Biuletyny”, gazetki były w tym chowane. Odniosłem wrażenie, że znał polski. Siedzi, ma kaburę z pistoletem. Ich było trzech, potem wracają z matką, mówią: Alles in Ordnung, a on wtenczas mówi: „A piwnicę macie?”. Mama mówi: „Tak”. – „Idź, pokaż im piwnicę”. Matka wychodzi z nimi z kluczem do piwnicy, myślę sobie: „Koniec”. Odnalezienie broni, to matka i ja… To nawet już nie zesłanie do obozu, tylko rozstrzelanie na miejscu, koniec. On siedzi ode mnie dwa kroki i ma pistolet. Myślę sobie: „Jeden ruch – on trzyma książkę – wyciągnę walthera, strzelę mu w głowę i mam wyjście na dach. Ucieknę na sąsiedni dom, mam szansę… Wtenczas jednak aresztują wszystkich w domu”. Biję się z myślami, mam świadomość, że to koniec. Moja matka znała niemiecki i francuski, studiowała w Szwajcarii, w Lozannie i w Zurychu. Raptem słyszę – otwarte drzwi na klatkę schodową – bardzo głośny głos po niemiecku mojej matki, wesoły, tak jakby się śmiała. Matka daje mi znać, że nie znaleźli nic. Wracają i mówią: Alles in Ordnung. Wstali, wyszli. „Mamo, jak to?”. Przyszli do piwnicy, kazali dozorcy węgiel przesypać na drugą stronę. Jak on zaczął przesypywać, to tak rzucał, że masa pyłu się uniosła. „To już dosyć, nic nie ma”. Poszli. W sąsiedniej klatce w kanapie znaleźli „Biuletyn”. Całą rodzinę wzięli, zginęli wszyscy. Jak to się skończyło, nałożyłem buty, bryczesy i poszedłem do Janka Podkańskiego. Mówię: „Widzisz, nam tu nikt nic nie zrobi”. To była groźna sytuacja, co rusz kawałki miasta otaczali, przy czym wszędzie lotnicy byli obstawą. Nikt nie wie! Stale się mówi, że nazi, nazi, nie Niemcy! Iłu było nazi w wojsku?


W dalszym ciągu stale studiuję, stale działam. Jest godzina wpół do dziewiątej, dzwonek i starszy strzelec „Mucha” mówi: „Słuchaj, rozkaz natychmiast do ucieczki. Jesteśmy zdekonspirowani. Siedzi Przywecki, kompania cała jest zdekonspirowana, natychmiast uciekaj, ty i twoja matka”. Dziewiąta – godzina policyjna, więc matka mówi: „Idę do sąsiadów, ale ty nie możesz być w domu”. Na Pradze Jurek Łosowski, nasz kuzyn, mieszkał. Mam tylko pół godziny. Jedzie dorożka. Matka mówi: „Niech pan poczeka”. To był dobry system, dlatego że dorożki w pierwsze pół godziny po dziewiątej nie zatrzymywali. Dowiózł mnie, tam zostałem.
Co dalej robić? Jestem spalony. Moim bezpośrednim dowódcą był „Ślaz”, Janek Podkański. Nie ma go, mieszkanie puste, żadnego kontaktu. Muszę się gdzieś umieścić, nie mogę mieszkać w mieszkaniu. Matka się też wyprowadziła. Wpadamy na pomysł, żeby matka mogła wrócić. Brat matki jest inżynier geodeta i prowadzi roboty geodezyjne w Maleszowej, to jest w województwie kieleckim. Z Maleszowej będą moje listy do matki. Jak gestapo przyjdzie po mnie – nie ma. „A gdzie jest?”. Matka powie: „Proszę bardzo, listy”. Wtenczas matki nie aresztują. Szczęśliwie jest puste mieszkanie mojego stryja na Mickiewicza. Mój stryj mieszka w Aninie, mówi: „Słuchaj, nie ma żadnego problemu, daje ci się klucze i mieszkaj tam”. Teraz jest problem: dokumenty. Spotykam Leszka Krajewskiego, mówi: „Jest okazja, bo w tej chwili tworzy się oddział specjalny”. Przez niego dostaję się do oddziału specjalnego. Tam okazuje się, że jest dwóch moich kolegów z „Poniatówki”. Dostaję fałszywą kenkartę – miałem dwie kenkarty, jedna mi się zachowała – nazywam się Jerzy Jezierza. Przyjechał stryj, mówi: „Słuchaj, tu będzie mieszkał również inżynier, który ukrywa się przed gestapo, bo w jego w mieszkaniu na placu Trzech Krzyży było gestapo, jego nie było”. Inżynier przyjeżdża: „Proszę pana, zainstaluję tu obrabiarkę, toczę z drzewa talerze”. Potem okazuje się, że to jest świetny lokal, dlatego że trzecie piętro. Instalują mi dwa haki tak, że z balkonu mogę wejść na dach, jest droga odwrotu. Świetne miejsce na magazyn broni – magazynuję. Miałem ponad dwadzieścia sztuk, dwa pistolety maszynowe, pistolety, granaty w kredensie… Któregoś wieczoru wracam, mówię: „Panie inżynierze, czy pan chce przeczytać «Biuletyn»?”. – „Pan ma »Biuletyn Informacyjny«, naprawdę?”. Przeczytał. „Proszę pana, teraz trzeba go spalić czy spuścić z wodą”. – „Nie, bo jutro muszę to dalej posłać”. – „Ale proszę pana, jak to, z »Biuletynem«? Jak znajdą, to my leżymy. Musi pan schować. Mam pomysł – są kwiaty na balkonie, w skrzynce zakopać”. Myślę sobie: „Boże kochany, co za tchórz, jak on się boi”. Prawdopodobnie to nie po niego przyszli na placu Trzech Krzyży.
Nad wejściem, nad drzwiami do stołowego, wisiała maska, w środku pusta. Wtenczas już jak wychodziłem – miałem pistolet i granat dymny w kieszeni, bardzo ostrożnie. Każdy kontakt na zewnątrz był bardzo niebezpieczny. Jak przychodziłem do domu, to odchylałem maskę i wkładałem pistolet. Któregoś dnia wszedł inżynier, był przeciąg, maska spadła, pistolet wyleciał. „Proszę pana, wyprowadzam się, uciekam!”. Wyprowadził się. Najweselszy jest koniec. Po Powstaniu jestem w Krakowie, u Michalika w kawiarni. Raptem inżynier podbiega do mnie, mówi: „Zbawco, pana nigdy nie zapomnę, dzięki panu uciekłem do Krakowa i dzięki temu ocalałem. Pan uratował mi życie”. Charakterystyka postaw ludzi, z jednej strony byli odważni, ale było tez dużo tchórzów.
Jak wygląda sytuacja i dlaczego osobiście uważam, że Powstanie było nieuniknione. Jest już 23, 24, 25 lipca. Ucieczka Niemców, niesamowita historia. Niemcy uciekają jeden za drugim, samochody, kobiety, dzieci, niemieckie oddziały, mało tego, pojedynczy żołnierze. Któregoś dnia mnie wzywają. Przychodzę na Chmielną do lokalu konspiracyjnego. Cała podłoga pełna pięćsetek, pieniędzy. „Bierz pieniądze, Niemcy sprzedają broń, można kupić. Są Niemcy, jest trochę Węgrów. Pojedynczy idzie z bronią, to dasz mu”. Mnie się nie udało. „Kowboj”, mój kolega, na ulicy Krasińskiego kupił za parę tysięcy Szmajsera. Niemiec mu oddał, pieniądze mu się przydały, bo szedł w dalszym ciągu na terenie Polski. Mieliśmy świadomość i był żal: „Cholera, ciężka, oni uciekają, a my tyle lat przygotowywaliśmy się, jesteśmy uzbrojeni”. Teraz wiadomość, radio „Kościuszko” po polsku: „Polacy! Armia Czerwona się zbliża do Warszawy! Stawajcie do broni, pomożemy wam”. Rosjanie pomogą, co to jest?
Jest rozkaz mobilizacji. Mam punkt mobilizacji na ulicy Sienkiewicza róg Marszałkowskiej, na drugim piętrze. To był zakład produkcji bielizny dla wojska niemieckiego, gdzie personel był polski. Kierownictwo niemieckie już uciekło. Zbiórka wieczorem. Z Jurkiem Niezgodą mamy transportować – (bardzo pięknie to opisał) – broń. Jak to załadować? Walizki, pistolety, marynarka duża. To było parę dni przed Powstaniem, w piątek. Powstanie było we wtorek. Wobec tego stajemy na placu Wilsona, czekamy na tramwaj, ale wyglądamy bardzo podejrzanie. Raptem widzimy – idzie oddział niemiecki, byle jak, ale jednak w szeregu. Jedzie dorożka. Mamy dwie walizki, mam ze trzy pistolety za pasem, pod marynarką. Jurek też. Jedziemy dorożką lewą stroną Mickiewicza, z prawej strony idą Niemcy, żołnierze Wehrmachtu. Widać, że w niedobrym stanie. Raptem podoficer wskakuje nam do dorożki (dorożki miały stopnie z boku). My przerażeni. On mówi: „Szybciej, szybciej, bo muszę być na przedzie kolumny”. Jurek mówi: „A chcesz papierosa?”. – „Tak, już dawno nie miałem papierosa. Danke sehr”. – Bitte. Dorożkarz popędza konia. Danke! Dowiózł nas do Krakowskiego Przedmieścia, mówi, że teraz jedzie na Pragę. Z Krakowskiego Przedmieścia idziemy, ale nie tylko my; już była masowa zbiórka.
Przesiedzieliśmy całą noc, z tym że pierwsza wiadomość była taka, że w nocy będzie nalot radziecki. W nocy dostaniemy rozkaz. Mieliśmy zdobywać komendę miasta naprzeciwko Hotelu Europejskiego. Do rana przesiedzieliśmy. Przychodzi rozkaz demobilizacji, wracać z powrotem. Z tym że część broni już żołnierze pozabierali do domu. To była zupełnie niezrozumiała historia, do tej chwili niewyjaśniona. Była mobilizacja i to była słuszna koncepcja, dlatego że Powstanie trzeba było rozpoczynać wczesnym rankiem, tak jak później w czasie Powstania akcję na Komendę Policji zaczęliśmy o czwartej rano. To jest czas, kiedy żołnierz jest zmęczony, śpi jeszcze, jeszcze nie jest rozbudzony. Jest możliwość zaskoczenia, tak sądziliśmy. To był dla nas duży szok. Teraz sytuacja jest jasna, do Powstania jednak musi dojść. Ukazuje się też ogłoszenie, że sto tysięcy młodzieży między szesnastym a sześćdziesiątym rokiem życia ma się zgłosić do robót fortyfikacyjnych. Dla nas to jest jasne – jeśli się zgłosimy, to już nie wrócimy. To jest zabezpieczenie się przed Powstaniem, a nie wykonanie rozkazu. To masakra. Przy czym już nie widać uciekających Niemów, zaczyna się robić pewien ład. Tok rozumowania jest taki: po pierwsze cholernie czekaliśmy na wybuch Powstania, pięć lat się do tego przygotowywaliśmy. Nastawienie psychiczne było jednolite, była upowszechniona nienawiść… To, co Niemcy zrobili – nie było praktycznie jednej osoby w Warszawie, która bezpośrednio czy pośrednio nie odczuła. Chęć zemszczenia się, jednocześnie świadomość, że armia polska pod dowództwem radzieckim idzie, że oni obiecują, że nam pomogą. Jak to? Przez radio nas wzywali. Wobec tego czym prędzej! Dlaczego tak późno? Trzeba byłoby już! Wszystko na to wskazuje.
Wreszcie l sierpnia jestem na Chmielnej 28 u braci Skrobików, moich kolegów. Tam był lokal konspiracyjny. O dziewiątej mam się tam zgłosić. Przyjeżdżam i o dziewiątej dokładnie wchodzi Lusia Natansonówna – teraz ciężko mi to powiedzieć – staje na baczność i mówi: „Godzina »W« siedemnasta”. Dobrze, jest godzina dziewiąta, jeszcze na rowerze skoczę do domu pożegnać się z matką. Miałem przygotowane długie buty i miałem mundur wojskowy mego kuzyna Leona Gieysztora, który zginął w Oświęcimiu. Mundur był przygotowany na Powstanie. Przyjeżdżam, matce mówię. Matka już wie, też dostała zawiadomienie, ale mówi: „Słuchaj, zabrudzisz mundur, buty, to jest dwa dni, weźmiesz na defiladę po Powstaniu. Ubierz się w byle co, buty weź do chodzenia”. – ”Mam tylko te”. – „Masz buty z łyżwami, odkręć łyżwy, koniec”. Nałożyłem buty byle jakie, sweter na wszelki wypadek. Pożegnałem się, rowerem pojechałem.
Rozpoczyna się Powstanie. Jeszcze raz powtarzam tezę, gdyby Powstanie nie było zorganizowane, to wybuchłoby samoistnie. Mówię to uczciwie. Ono się rozpoczęło samoistnie – pierwsze walki na ulicy Suzina, gdzie żołnierzy idących na zbiórkę Niemcy chcieli zatrzymać. Rozpoczęli walkę. W mieście rozpoczęło się na Mazowieckiej też już o czwartej. Już ludzie szli, patrole chciały zatrzymać. Gdyby bez rozkazu się rozpoczęło na Żoliborzu – mam u siebie skład broni, mam kolegów. Nie trzeba rozkazu. Od razu, z miejsca, wszyscy obok mieszkają na Żoliborzu – oni wiedzieli, wszyscy przybiegliby do mnie, rozdzielilibyśmy broń. To byłaby zupełna tragedia, bo wtenczas cała Warszawa byłaby jak Wola, wymordowaliby wszystkich. W gruncie rzeczy Powstanie było grecką tragedią – tak właśnie Aleksander Gieysztor napisał w pięćdziesiątą rocznicę Powstania artykuł: „Grecka tragedia”. To było nie do uniknięcia.
Jak biorę udział w rozmaitych dyskusjach, że nonsensowna decyzja – to wszystko mówią ludzie, którzy nie żyli w tym okresie i nie byli w tym okresie z nami razem w Armii Krajowej. Nie zdają sobie sprawy, jakie było nastawienie psychiczne. To było nie do pomyślenia, żebyśmy nie rozpoczęli sami. A jednocześnie wszyscy o tym wiedzieli, że jest — to się rozeszło od razu – groźba: lada chwila, jeśli sto tysięcy się nie zgłosi, to będą dzielnicami obstawiać i wszystkich po kolei wyciągać ale nie będą zabierać, tylko będą wchodzić i tak, jak w Srebrenicy, od zależności od wzrostu strzelać od razu i koniec. Była taka świadomość. Tu był między innymi argument, że Żydzi stale liczyli, były rady żydowskie, stale wierzyli, że uda się przeżyć.
Wiedzieliśmy, że jesteśmy następni po Żydach. Jest okupacja. Rozkaz Hitlera wydany w sierpniu, to jest: nie oszczędzajcie nikogo. Wiadomo było, że nikogo się nie oszczędzą. Wiedzieliśmy o masakrach wiosek Zamojszczyzny, dzieci, które ratowaliśmy. Też się zgłosiliśmy, ale do nas nie dotarło dziecko. Każdy chciał wziąć dzieci. Każdy, kto wtenczas był w młodym wieku, a ludzi młodego wieku były dziesiątki tysięcy, chciał walki.
Mój oddział to był oddział specjalny, u nas wszyscy mieli broń. Rozpocząłem Powstanie z dwoma granatami niemieckimi, z dwoma granatami polskimi i z pistoletem maszynowym, szmajserem z trzema magazynkami, z polskim hełmem. Oczywiście bez munduru, w marynarce, pas, opaska, ale byłem uzbrojony normalnie. W moim oddziale wszyscy mieli albo karabin, albo pistolet, granaty, sidolówki z benzyną. Takich oddziałów był cały szereg, oczywiście większość nie miała prawie że nic, ale tutaj broń była do zdobycia. Mnie się wydaje, że to było nieuniknione. Pierwsza sprawa, nikt mi tego nie wytłumaczył ostatecznie – przechodziłem przeszkolenie, przestudiowałem masę wojskowych regulaminów – rozpoczęcie o godzinie piątej jest nonsensem. Powstanie powinno się rozpocząć skoro świt. Nie potrafię tego zrozumieć – najgorsza pora, dlatego że ludzie wracają z pracy, masę łudzi nie dojechało do domu, miasto jest pełne Niemców. Mieliśmy zdobyć komendę miasta. Opracowałem nawet projekt zdobycia, jak dowiedziałem się, że mamy ja zdobyć. Moja propozycja była taka: zdobywamy dwanaście mundurów esesmanów, to nie był problem wtedy. Uzbrojony oddział dwunastoosobowy idzie pod komendą podoficera mocnym krokiem pod komendę. Tam stoi wartownik. Wchodzi się do niego: Heil Hitler! Wchodzi niemiecki oddział, wchodzimy jako Niemcy. Mamy zdobytą komendę.
Kanały. Dopiero w czasie Powstania były wykorzystywane – moja żona przeszła ze Starówki – nikt o tym nie pomyślał. Nie było przygotowanego planu racjonalnie, na podstawie wiedzy wojskowej. Można było bardzo dużo zrobić, można było lepiej to rozwiązać.
Okazuje się, że my wyjść nie możemy w ogóle, dlatego że Sienkiewicza ulica jest pod ostrzałem karabinów maszynowych z Poczty Głównej. Tam jest przejście aż do Poczty Głównej, nie można w ogóle wyjść. Wychodzimy na Marszałkowską, jednemu z naszych oddziałów udaje się podpalić czołg, wielki sukces. Wieczorem ciemno się robi, Niemcy przestają strzelać. Wtenczas idziemy w kierunku jak najbliżej komendy miasta, dochodzimy do Mazowieckiej. Na pierwszym piętrze Mazowieckiej 4 była restauracja. Lokujemy się w restauracji. Dalej już nie można się posuwać, bo od Traugutta wszędzie są Niemcy.
Rozkaz zdobycia poczty ma Batalion „Kiliński”. Batalion „Kiliński” 2 [sierpnia] rusza atakiem frontowym przez plac Napoleona, teraz plac Powstańców. Lecą. [Strzelają do nich] z karabinu maszynowego. My jesteśmy na rogu Świętokrzyskiej i Mazowieckiej, tam był zrujnowany dom. Ja to widzę, myślę sobie: „Boże kochany! Frontalny atak…”. Jeden po drugim padają. No i tak mija pewien okres czasu. Przybiega do nas nasz dowódca, porucznik „Harnaś”, mówi: „Zdobywamy od tyłu, szybko biec przez podwórko Świętokrzyska 17 na tyły poczty, tam jest mur podwórka poczty”. Kapitalny pomysł. Podbiegamy. Mur nie taki wysoki, widać całą pocztę, tam jest platforma do wyładowywania przesyłek przykryta daszkiem. No i tutaj - patrol minerski, kobiety, dziewczyny. Plan taki: dziewczyny wysadzą mur, wtenczas skaczemy od razu. Zajmować natychmiast stanowiska pod platformą, bo karabiny maszynowe są na pierwszym piętrze. Wtenczas zdobywanie od klatek schodowych. Tymczasem „Kiliński” od frontu uderzy. No więc czekamy na to, mam przygotowany pistolet maszynowy. Koledzy, każdy co miał, przygotowuje. Wysadzają. Niemcy od razu otwierają ogień. Przez podwórko udało się skoczyć nam trzem: był podporucznik Wojewódzki, ja i „Frycek”. To był dezerter z armii niemieckiej, zwerbowany ze Śląska Cieszyńskiego. W Warszawie zdezerterował parę tygodni przedtem, ukrywał się, nawiązał kontakt. Bardzo dzielny, miał pseudonim „Frycek”, bo był z niemieckiej armii. Skoczyliśmy, byliśmy przykryci. Koledzy z drugiej strony. Część muru zniszczona, a reszta się schowała za murem niezniszczonym. Bardzo silny ogień. Posuwamy się, klatka schodowa, dalej jest tunel do wyjścia na Warecką. Umawiamy się, Frycek idzie klatką schodową, powoli się posuwa, a ja idę z pistoletem [maszynowym] jako najlepiej uzbrojony do tunelu wylotowego na Warecką. Wchodzę, widzę drzwi, okienko, wartownię. Podchodzę i słyszę głosy niemieckie. Przed Powstaniem byłem ranny, miałem przestrzeloną rękę, tak że miałem rękę na temblaku, marynarkę rozpiętą z pasem; widać było dwa granaty ręczne niemieckie, pistolet maszynowy. Widzę, że drzwi są nie z klamką, a z gałką. Kopię, wchodzę. Małe pomieszczenie, stoły pełne broni i kupa Niemców, SS Postschutz. Jak potem się okazało, było ich czternastu. Od razu z miejsca naciskam cyngiel pistoletu maszynowego, niemieckiego szmajsera. Trzydzieści dwa naboje, uda mi się wszystkich zgładzić. Naciskam raz, drugi – nic. Pierwszy pocisk stanął krzywo. To była wada szmajserów, nieraz się czyta we wspomnieniach niemieckich. Radzieckie pistolety maszynowe nie zacinały się, niemieckie czasami się zacinały. Raz pociągam, drugi raz – cisza. Wołam: Hände hoch alles! Podnoszą ręce do góry. Stoję z nimi. Pistolet wiem, że nie działa, a naprzeciwko mnie stoi oficer i spod pasa mu wystaje pistolet Walther 9 mm z kościaną rączką, marzenie. Pierwsza czynność — podchodzę, wyciągam mu i chowam do kieszeni pistolet. Widzę, że są drzwi z lewej strony. Mówię: Alles raus! Wychodzą. W międzyczasie „Kiliński” wpada od frontu, oni wychodzą na podwórko. Teraz problem, bo broni do cholery. Stoi lekki pistolet maszynowy. Wpada grupa, powstańców patrzę – większość od „Kilińskiego”. Mówię: „Panowie, nie, to wszystko broń «Harnasia», to nasza zdobycz!”. – „Coś ty, z byka spadł?” Łapią. Wpada „Harnaś”. „Panowie, brońcie!” Pierwsza rzecz, Dreiser, lekki pistolet maszynowy, chwyciłem i koledzy czym prędzej, co kto mógł, połapał, bo broń była na wagę złota. Poczta została zdobyta. Potem „Harnaś” do „Montera” napisał meldunek o całej historii, ze spisem dokładnym, ile było broni. To się zachowało. Bielecki, który napisał historię naszego batalionu – umarł – miał ten dokument. Potem się dowiedziałem, że jego akta są w tej chwili w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Można znaleźć meldunek „Harnasia” o tym, jaka broń była zdobyta przeze mnie. Wtenczas „Harnaś” mówi: „To był wspaniały wypad, wobec tego ty będziesz nie żaden «Krak», jesteś «Wypad»„. To był pierwszy nasz sukces. Uzbroiliśmy się fantastycznie. Mieliśmy już cztery pistolety maszynowe, lekki karabin maszynowy. Oddział był uzbrojony tak, jak normalny oddział dywersyjny. Teraz, to chyba czwarty sierpień, jest atak niemiecki na Świętokrzyską z Nowego Światu. Czołgi z ludnością, ludność przed [czołgami]. Jest problem, co robić? Wreszcie jest rozkaz: strzelać w górę, strzelać pod nogi. To jest tragiczna historia, jednak zginęła jedna dziewczyna. Potem się okazało, że to była dziewczyna jednego z naszych żołnierzy. To było potworne bestialstwo. Ale Niemcy barykady nie zdobyli.
Potem, to chyba 14 czy 15 sierpnia, wzywają nas. Wola się częściowo tylko utrzymała, natomiast ulicą Wolską już Niemcy idą. Chodzi o to, żeby przebić ulicę Wolską, stworzyć barykady i wstrzymać transport z zachodu na wschód Wolską, i jednocześnie połączyć część Wolskiej od strony Śródmieścia z Wolską od strony Starówki, żeby nie było rozłączenia. Jest mobilizacja. Byliśmy ustawieni na terenie Haberbuscha i Schielego na ulicy Żelaznej. Atak nocny odparty, niesłychany ogień. Z dolnej szczeliny z za dwóch beczki, w które wsypaliśmy piasek – widać było ogień strałow niemieckich – chowałem się, strzelałem. Miałem szczęście, potem mnie odwołali. Na moje miejsce przyszedł Leszek Węgrzecki, pół godziny później go ranili.
Tam miała miejsce akcja podziemna. Mianowicie, okazuje się, że ktoś znalazł plany i są korytarze podziemne piwnic zakładu Haberbuscha i Schiele, które prowadzą daleko, aż na pozycje niemieckie. Wobec tego wczesnym rankiem idziemy. Ciemno. Mamy latarki, mamy plan. Rozgałęzia się. Dostaję rozkaz, żeby iść na prawo. Idę. W pewnym momencie z daleka widzę światełko. Jest pomieszczenie i na górze małe okratowane okienko, skrzynie stoją. Podstawiłem skrzynię, patrzę przez okienko i co widzę? Niemiecki karabin maszynowy, puszki leżą po piwie. To już jest posterunek niemiecki. Wychodzi Niemiec w długim płaszczu i się przeciąga, staje tyłem do mnie. Wtenczas posuwam. Widzę, jak pociski mu po płaszczu idą. On się lekko odwraca, podnosi ręce do góry, woła: Mutter! i upada. Zaraz Niemcy wybiegają i od razu wycofuję się.
Muszę powiedzieć, że to było moje bardzo wielkie przeżycie, dlatego że byłem wychowany przez matkę, ojciec umarł bardzo wcześnie w moim dzieciństwie, matka była symbolem. On umierając. zawołał Mutter!. Poza tym strzelało się i nie widziało się zabijanych, a to była sytuacja, że widziałem jak umiera i zabiłem go z tylu,, a byliśmy wychowani na tradycji kowbojskiej, że z tyłu się nigdy nie strzela. Odrazu poszedłem do spowiedzi. Kapelani byli wszędzie. Rola duchowieństwa w Powstaniu była nadzwyczajna. Kapelani byli niesłychanie dzielni, byli zawsze blisko, głoszący nie bardzo odległe prawdy, tylko bardzo konkretne. Poszedłem. Mówię: „Proszę ojca, zabiłem”. – „Słuchaj, to jest Wola, ty wiesz, co tu się działo. To jest esesman. Uświadom sobie, ile on kobiet i dzieci polskich zamordował. Pogrom straszny był na Woli. Ty walczysz o wolność”. To było duże przeżycie.
Teraz okazuje się – nie udało się zdobyć przejścia, Niemcy cały czas mieli przejście aż przez Most Kierbedzia, aż na Pragę. W nocy, jak już byliśmy, były zrzuty samolotów, niesłychanie ostrzeliwane. Teraz wracamy i jest przygotowanie. Pada Pasta i zostaje tylko na terenie Warszawa – Północne Śródmieście komenda policji i kościół Świętego Krzyża. To jest razem obok – kościół Świętego Krzyża, po jednej stronie komenda policji, po drugiej stronie budynek i uniwersytet w rękach niemieckich. Zajmujemy Pałac Staszica bez żadnej walki, bo tam tylko patrole niemieckie przechodzą od czasu do czasu. Jest cały zespół. Dozorca z całą rodziną mówi: „Proszę pana, oni przychodzą raz na dwa dni, sprawdzają, nikogo nie ma, wychodzą”. Obsadzamy. Pierwsza próba wejścia to już ostrzelanie, oni rozpoczynają atak. Pałac Staszica jest bardzo ważny, bo z Pałacu Staszica mamy widok na Krakowskie Przedmieście i na występ budynku Bristolu, a w Bristolu i w Europejskim była komenda niemiecka. Z Bristolu do Europejskiego stale przechodzili. Zainstalowaliśmy ciężki karabin maszynowy w sali lustrzanej na pierwszym piętrze Pałacu Staszica. Tam się przez cały czas pilnowało, jak ktoś się pokazał, to zaraz się strzelało. Stale podjeżdżały czołgi, ostrzeliwały. Pałac strasznie był zniszczony, szyb nie było, dziury były, palił się. Potem goliata puścili, ale eksplodował pod pomnikiem Kopernika wcześniej.
23 sierpnia atak, świetnie przygotowany. To już major „Wolski” przygotowuje i zgrupowanie „Harnaś”, przy czym „Krybar” jest dowódcą kompanii, przyporządkowany batalionowi „Harnaś”. Potem był cały problem, „Krybar” napisał książkę, że oni zdobyli to samodzielnie, ale to są rzeczy nieważne. Ważne — przygotowanie było bardzo dobre. Odział specjalny nasz dzieli się na trzy części. Jedna część, Pałac Staszica z dowódcą – wtenczas był porucznik „Biskup” – z ciężkim karabinem maszynowym blokuje Krakowskie Przedmieście, ewentualną pomoc z uniwersytetu i ewentualną ucieczkę do uniwersytetu z Komendy i z kościoła Świętego Krzyża. Część na ulicy Czackiego ma od strony podwórka, od tyłu kościoła, plebanię – była plebania, której w tej chwili nie ma – i dwa budynki. Komenda policji to był jeden budynek centralny od Krakowskiego Przedmieścia, potem na podwórku były dwa duże budynki, więc ma ostrzał tutaj. I trzecie miejsce, Traugutta 3, które nie było zajęte przez Niemców, gdzie z zespołem pięcioosobowym zajmuję stanowisko na strychu z zadaniem ostrzeliwania domu parafialnego, tak zwanej księżówki, przed którą jest bunkier z ciężkim karabinem maszynowym. Tam jest zapowiedź – nie mieliśmy Piata – że przyjdzie z innego batalionu Piat z paroma nabojami. Piat to jest angielska broń przeciwczołgowa – jeden nabój rozsadza czołg lub betoowy bunkier. Tymczasem punkt czwarta rozpoczynamy, wszyscy zaczynają strzelać. Niemcy zaczynają odpowiadać z plebani, z budynków. My ostrzeliwujemy z pistoletu maszynowego okna plebani. Tam widać worki z piaskiem założone. Znowu mi się zacina pistolet. W tym momencie – jest! Jest Piat!
Piat ma trzy ładunki. Jest problem. Jesteśmy na strychu, wybiliśmy dziurę w dachu. „Ali Baba” celuje raz – nie trafił. Dwa – nie trafił. I ostatni – prosto w bunkier. Wtenczas podrywam: „Panowie, wszyscy na dół!”. Tam był ogródek. Wpadamy na ogródek, od razu strzelanie. Mówię: „Nie,– wracamy”. Nie od frontu, tylko od Traugutta, parę okien, dwa piętra plebanii, nas jest piątka. Wypadamy na Traugutta, nikt nie strzela. Podbiegamy, parter, okno jest dość wysokie. Biorę na pistolet hełm i wystawiam; nikt nie strzela. Ponieważ nikt nie reaguje od strony plebani, wybijamy szybę, wpadamy. Drzwi są zamknięte. Ostrzeliwujemy zamek, otwieramy drzwi. Jest duży hall, wejście do bunkra i paru Niemców, którzy na nasz widok uciekają na pierwsze piętro. Oczywiście strzelamy. A tutaj jest bunkier i cekaem Maxim 08, tylko z przestrzeloną chłodnicą. Zaraz przez okna wołamy do tych, którzy są na Czackiego, że księżówka nasza. Tłum zaraz wybiega. Tam jest tragiczna historia. „Gdzie są Niemcy?” – „Uciekli na pierwsze piętro”. „Andy”, bardzo dzielny kolega z naszego oddziału, mówi: „To biegnę”. – „Andy, nie biegnij, poczekaj, oni cię tam ostrzelają. I tak zajęliśmy już cały parter”. Pobiegł, na schodach dostał w brzuch i wieczorem niestety umarł.
Pierwsza rzecz, biorę cekaem i mówię: „Słuchajcie, teraz cekaem odnoszę na kwaterę, na Świętokrzyską 17. My go zreperujemy, będziemy mieć cekaem”. Mało kto o tym mówi – cały czas się biło o broń. Biegnę tam, a w międzyczasie jest walka o dwa budynki. Jeden budynek bardzo sprytnie zdobyto, mianowicie oblano ropą naftową i podpalono. Niemcy ostatecznie uciekają do budynku centralnego. Tam jest bardzo ostra strzelanina. Potem okazuje się, że część z nich ucieka, ale wtenczas z Pałacu Staszica ich ostrzeliwują. W międzyczasie czołg idący Krakowskim Przedmieściem zostaje zniszczony. Wpadamy do gmachu głównego, Niemcy już uciekają. Zostawiłem kolegów na dole, wpadam na pierwsze piętro ze swoim Szmajserem. Niemcy uciekają, strzelam. Oni uciekają do pokoi od Krakowskiego Przedmieścia, to jest pierwsze piętro, zeskakują. Część jednak uciekła, a część prawdopodobnie zginęła. Na prawo patrzę – cekaem stoi. Co robię? Biorę cekaem, wychodzę. „Hurra!” i wszyscy już lecą. Z cekaemem idę i… „Kronika Filmowa”, biegną. Moje zdjęcie jest na pierwszym piętrze, Muzeum,bardzo popularne – z cekaemem biegnę, żeby czym prędzej go schować na naszej kwaterze. W ten sposób komenda jest zdobyta i kościół Świętego Krzyża jest zdobyty. Jesteśmy bardzo uzbrojeni: mamy już dwa ciężkie cekaemy, lekki cekaem, pistoletów maszynowych mamy do cholery i trochę. Teraz obejmujemy stanowisko, cały oddział specjalny,: Pałac Staszica. Rozpoczyna się atak na Pałac Staszica, niesłychanie ostry. Przy czym, co Niemcy robią? Jednej nocy stawiają drewniany płot na przedłużeniu ulicy Królewskiej wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia, tak żeby mieć wolność przechodzenia z Bristolu. Cały czas ostrzeliwujemy. Cały szereg zdjęć robiliśmy, cały szereg zdjęć jest, jak czołgi podchodzą. Potem jest atak sztukasa, który rzuca bombę zapalającą. Usiłujemy zgasić pożar, z tym że nie ma czym, z ubikacji – fekaliami… Wreszcie następuje atak na Powiśle. Pałac Staszica się pali, my się wycofujemy na teren bazaru między Nowym Światem a Kopernika. Powiśle pada. Wszystko przez Nowy Świat ucieka, my zostajemy. W pewnym momencie, to jest 7 września, jesteśmy sami po stronie Nowego Światu od Wisły i dostajemy – łącznik w nocy przychodzi – rozkaz wycofania się na teren ruin Poczty Głównej.
Wycofujemy się na teren Poczty Głównej w nocy. To już jest rumowisko zupełne, ale parę domów jeszcze stoi na Świętokrzyskiej. Niemcy zdobyli już Czackiego i są po drugiej stronie Świętokrzyskiej. Wtenczas dostaję rozkaz spalenia tych domów, to jest jedyna forma obrony. Z moim kolegą wpadamy. Na parterze był antykwariat, książki podpalamy, schody drewniane na górę. Podchorąży „Sikora” mówi: „Będę ciebie osłaniał na pierwszym piętrze, bo z drugiej strony ulicy są Niemcy, jest cały czas ostrzał – będę ciebie chronił z pierwszego piętra”. Palę z przykrością. Była „Wielka Encyklopedia Powszechna”, rwę, podpalam, rzucam. Zaczynają się palić drewniane schody. Cały czas słyszę, on z góry z pistoletu maszynowego strzela, jego też ostrzeliwują. Zajmują się drewniane schody, więc wołam jego: „Już chodź!”. — Nic, cisza. Biegnę na górę. Tam parę otwartych drzwi, parę pokoi. Wpadam do pierwszego pokoju, od razu dostaję ostrzał z drugiej strony. Padam, czołgam się.W trzecim pokoju Sikora leży z dziurą w głowie. Z tyłu dostał. Zabieram jego pistolet. Ma woreczek z cukrem, zabieram woreczek z cukrem, to było coś niesłychanie ważnego, i cofam się. Schody już się palą. Zasłaniam się, ale przebiegłem, zapaliły mi się rękawy.
Cały dom pada. Odgrodzeni jesteśmy od Niemców. Sytuacja jest beznadziejna, utrzymujemy się dwa dni. Następnej nocy decyzja, ewakuacja do drapacza. To jest Prudential, najwyższy budynek. Ale okazuje się, że plac Napoleona, teraz plac Powstańców, jest tak ostrzeliwany z Mazowieckiej, że w ogóle nie ma możliwości przedostania się, cały spowity dziurami. Przejście przez plac, to były dwie godziny w nocy, ale Niemcy pilnowali cały czas. Kto się pokazał, to od razu strzelali. Wtenczas drugi dezerter z armii niemieckiej, bardzo dzielny, dostał w płuco, zaciągnęliśmy go do szpitala na Chmielnej, ale następnego dnia umarł. Przejście było tragiczne.
Zajmujemy stanowiska w drapaczu. Wytwarza się taka sytuacja:: po jednej stronie są Niemcy na terenie Poczty Głównej i na Mazowieckiej, a po drugiej stronie jesteśmy my, potem Jasna. Kwatera podstawowa to jest Jasna 19, róg placu Dąbrowskiego. Przedtem część oddziałów zgrupowania „Gustaw”, które zostało na Starówce, gdzie moja żona była, kanałami się dostają na Warecką i lokują się na Jasnej. 14 września Rosjanie zajmują Pragę i dostajemy rozkaz we trzech wdarcia się, wejścia na taras, na górę. Tam jest 18 pięter, schody są tylko do czternastego, piętnastego piętra, potem tylko zostaje rusztowanie żelaznej windy, ale jest duża dziura od strony niemieckiej. Mamy telefon z przewodem. Rozkaz jest meldowania o artylerii radzieckiej ostrzeliwującej pozycje niemieckie. Meldunek dla dowództwa: „Wybuch tu, wybuch tu”. Przy czym jest rozkaz, że nie wolno nam ujawnić naszego pobytu.
17 wrzesień. Samoloty amerykańskie, sto cztery samoloty zrzucającesprzet. Widzimy, jak to Niemcy podejmują, osiemdziesiąt procent wpada na pozycje niemieckie. Na noc schodzimy, następnego dnia wchodzimy. Dają nam faceta, którego nie znałem, z innego batalionu, z karabinem, z lunetą. On patrzy – na Świętokrzyskiej idzie dwóch Niemców. Nie wytrzymał strzelił i zabił Niemca. Oni się zorientowali, że my jesteśmy na górze, na tarasie. Zaczęli nas ostrzeliwać z granatników. Zejść już nie mogliśmy, bo jak się pokazalibyśmy w dziurze… Schodziliśmy dopiero nocą. Niemcy w nocy spali. To zejście było ostatnie, potem już wejść nie można było. Dochodzimy do 23 września. Dla mnie ważny dzień. Rano wzywają mnie. Wiadomość: ujawnił się dowódca Armii Krajowej, to jest „Bór” Komorowski,, który znany był jako kawalerzysta, brał udział w zawodach hippicznych w Łazienkach. Zawiadomienie, że komendant Armii Krajowej będzie wizytował nasz odcinek na Kredytowej 6, budynek Warszawskiej Gazowni, tam koniecznie muszę być, i mały oddział od nas, ja i podchorąży „Konrad” Niklewicz. Przychodzimy, już jest duża grupa zebrana i oddzielnie stoi grupa z Armii Ludowej. Wchodzi Komorowski z „Monterem” w niby mundurze ciemnozielonym z otwartym kołnierzem. Oczywiście: „Baczność!”. Komorowski wygłasza przemówienie bardzo dobre. Pierwsze wrażenie — on jest niski, nieefektownie wyglądał, ale świetny mówca. Potem dekoruje, między innymi mnie. Virtuti Militari z naszego batalionu dwóch dostaje, „Konrad” i ja. Dostaje czternastu razem z dwoma z Armii Ludowej.
Potem generał Bór mówi: „Chciałbym nawiązać z wami bliższy kontakt. Czy macie, szczerze, pytania?”. Pytania były zadawane, ale były marginesowe. Wymyśliłem sobie trzy zasadnicze pytania : „Panie generale, pryncypialne pytania. Po pierwsze, czy Powstanie było uzgodnione z rządem polskim na Zachodzie i z Armią Radziecką? Po drugie, jaki jest nasz stosunek do Armii Ludowej? Po trzecie, Praga jest przecież w rękach radzieckich, jest armia polska, czy panu znane są plany, kiedy oni ruszą?”. Powiedział, że to są bardzo ważne pytania. „Pierwsza sprawa, to jest bardzo ważne, musicie uświadomić sobie jedną rzecz:: to nie jest bitwa o Warszawę, to jest bitwa o Polskę. Ale w tej chwili jest za wcześnie, żeby ujawnić wszystkie dokumenty dotyczące Powstania. Przyjdzie czas, że my to wszystko ujawnimy. Powstanie było niezbędne. Powstanie jest walką o to, jaka będzie Polska. Żołnierze Armii Ludowej są naszymi towarzyszami broni, najlepszy dowód, że przedstawiciele zostali dekorowani Virtuti Militari. Żaden sztab wojskowy na świecie nie ujawnia swoich planów. Kiedy armia radziecka ruszy, żeby nas wyzwolić, tego wam powiedzieć nie mogę”.
Jest 23 września. Jest spokój na terenie drapacza, od czasu do czasu strzelanina. Już wiadomo, że się kończy Powstanie Wiadomo, że jeszcze walczy Mokotów. Mnie skierowują na drugą stronę przejściem pod Alejami Jerozolimskimi, żeby ściągnąć komendanta, który był ranny, majora „Gustawa”. Przyprowadzam go na ulicę Jasną…
Są już pewne nominacje, awanse. Potem zawiadomienie, jednocześnie rozkaz – ja i moi koledzy dostajemy stopień podporucznika, czyli idziemy do oflagu. Zbiórka i idziemy. Tragiczny pochód na plac Narutowicza, tam rzucanie broni. Swój pistolet, Walter z rączką z kości słoniowej, plus trochę niewywołanych zdjęć, zakopałem w piwnicy Chmielna 28. Później wykopałem to. Zdjęcia nie wyszły dobrze, ale parę zdjęć wyszło. Pistolet zakopałem w 1947, 1948 roku u kolegi w Rembertowie. Potem jego stamtąd wyrzucili. Zamieszkał tam komendant Służby Bezpieczeństwa, skończyło się. Teraz parę lat temu Kazio Skrobik – on żyje – mówi: „Na Boga nie pamiętam, gdzie to zakopaliśmy, już teraz nie odzyskamy”. Wiem, że tam był zakopany, zniszczył się.
Idziemy do niewoli, oddajemy broń, ale my decydujemy w czwórkę: dowódca „Biskup”, dwóch braci Skrobików i ja, że my jednak nie pójdziemy do niewoli, będziemy uciekać. Przygotowanie ładunków plastiku na wybicie dziury w wagonie, albo ucieczka wcześniejsza. Idziemy, jesteśmy już pod Ożarowem. Jestem z prawej strony i jest podobna sytuacja, jak uciekłem koło Kobieli, żywopłot. Mówię: „Panowie, skaczemy”. Tam był zakręt. Patrzę z tyłu, niemiecki strażnik nas nie widzi. Skoczyłem, za mną „Biskup” skoczył. Bracia Skrobikowie poszli. Leżymy cichutko, drzwi się otwierają, my na czworakach. Okazuje się, że mieszka tu dróżnik. „Panowie…” W tym momencie „Biskup” mówi: „Rany boskie, swoją aktówkę, gdzie miałem dokumenty, zostawiłem u Tadka Konopackiego. Musieliśmy złożyć swoje kenkarty, nasze kenkarty ocalały, bo były na Sienkiewicza. „Moja kenkarta, wszystko zostało”. A ten dróżnik mówi: „Idzie kolumna drogą, a po drugiej stronie jest ruch normalny”. Byłem już po cywilnemu. „Zdejmij pan opaskę, dam panu rower, dogoni pan”. Wsiadam na rower. Idzie kolumna pod strażą, jadą wozy, ludzie idą. Na rowerze podjechałem: „Dajcie «Biskupa»„aktówke. Rzucił, zawróciłem i w tym momencie Niemiec: Haiti Ale już pogoniłem, przywiozłem.
Dróżnik mówi: „Jedyny sposób to wozy. Wywożą węgiel z Warszawy – musicie wsiąść, dojechać do Błonia”. W Błoniu „Biskup” miał znajomą rodzinę. Dojechaliśmy wozem do Błonia. W Błoniu nas skontaktowali z miejscowym komendantem AK i on powiedział: „Absolutnie uciekajcie, bo tu jest silna Armia Ludowa i Armia Ludowa, donosi gestapo. Jak zobaczy dwóch młodych ludzi, to zaraz będzie gestapo wiedziało. My wam załatwimy fałszywy rozkaz z niemieckiej Komendy Wojskowej do udania się do Kielc na budowę fortyfikacji”. Tą metodą dostaliśmy się do Kielc, potem do Maleszowej, gdzie był mój wujek.
Od razu kontakt na partyzantkę. Tam były oddziały „Barabasza”, wujek mnie tam skontaktował. Zachowałem swoje zaświadczenie o odznaczeniach, Krzyż3m Walecznych, Virtuti Militari i legitymację w bucie. But zdjąłem pokazałem, od razu musiałem zdrowo wypić z nimi. Ale mówią: „Słuchajcie, wyście nigdy nie walczyli w partyzantce. Poza tym sytuacja jest teraz taka, że my się częściowo demobilizujemy. Nie wiadomo, jak będzie, jak Rosjanie przyjdą. Damy wam kontakt na Kraków. Jedźcie do Krakowa”.
Pojechałem do Krakowa, dostałem kontakt, dostałem nowy ausweis, kenkartę na Jerzy Jezierza znowu, zachowałem ją. Jak dzisiaj pamiętam, dostałem trzy tysiące złotych, rozkaz raz w tygodniu meldowania się, spotykanie na Starym Rynku i czekanie. Tak mija grudzień, styczeń. 19 stycznia przychodzę, czytają rozkaz rozwiązania Armii Krajowej, rozkaz generała „Niedźwiadka”, piękny rozkaz. I do tego drugi rozkaz: „W przypadku aresztowania nie ujawniać przynależności do Armii Krajowej, nie podawać żadnego przebiegu służby”. Wtenczas wstępuję na Uniwersytet Jagielloński. Jeśli zdam parę egzaminów, to będę miał zaliczony drugi rok z Warszawy. Uczę się nieprzytomnie. Jest bardzo ciężka sytuacja, bo straszny głód, nie mamy żadnych zapasów. Dostajemy z matką pokój z kuchnią poniemiecki, dużo jest pustych mieszkań poniemieckich. Urządzamy się tam i 9 marca idę na egzamin. Nie było egzaminów, bo profesor wyjechał. Wracam przez rynek i spotykam matkę mego kolegi z Warszawy, ona pyta się: „Czy pan nie wie, co z moim synem?”. Odprowadzam j ą na ulicę Grodzką, żegnam i w tym momencie podchodzi do mnie dwóch enkawudzistów: „Dokumenty!”. Nie miałem ze sobą kenkarty, bo kenkartę złożyłem w banku, odbijali i dostawało się pięćset nowych złotych Banku Emisyjnego. Komuś to dałem, żeby załatwił mi to. Miałem tylko przedwojenny dowód osobisty. Przed wojną byłem małym chłopcem, ale wyjeżdżaliśmy za granicę, już miałem dowód osobisty. „Gdzie u was kenkarta?”. Mówię. „To wy folksdojcz!” – „Nie”. – „Musimy zbadać, pójdziemy na komendę”. Prowadzą i pytają mnie się: „A ta kobieta, kto to był?”. Tak ordynarnie mówią: „A ty z nią spałeś?”. – Oczywiście inaczej powiedzieli. Mówię: „Matka mojego kolegi”. Oni mnie cały czas zagadują: „Studiujesz, a co ty studiujesz?”. Myślę sobie, nie ma co, trzeba uciekać. Mam świadomość, ona mi powiedziała: „Proszę pana, trzeba być ostrożnym, aresztują akowców”. Koło kościoła Franciszkanów jest mały murek, myślę sobie: „Skoczę”. Odwracam się – za mną idzie trzeci z pepeszą. wycelowaną w moje plecy. Komenda miasta, noc. W zamkniętym pomieszczeniu Rosjanin, syn generała rosyjskiego armii białej, emigrant. Następnego dnia rano nas wiozą ciężarówką do więzienia na Montelupich bardzo ostrożnie, jest sześciu żołnierzy i my. Przyjeżdżamy tam, od razu rozbieranie, zabierają wszystkie sznurowadła, paski. To było strasznie poniżające, na przykład: „Spodnie zdejmij!”. Wchodzi stara straszna baba enkawudzistka. „Teraz się rozkracz!”. Patrzy, czy czegoś tam nie ma schowanego.\ w odbytnicy. Wprowadzają mnie. Sala, siedmiu oficerów siedzi, krzesło, dwa reflektory, wchodzę i major do mnie mówi: „Zdrastwujtie, porucznik «Wypad». Pożausta, siadajcie”. – Stoję. – „Siadajcie”. – Stoję. – „Siadajcie”. To ja się odwracam. – „ Czewo wy iskajecie? Czego wy szukacie?” – „Szukam porucznika «Wypada»”. – „Przecież to wy «Wypad»„. – „Ja? Ależ skąd, w tym wieku mogłem być oficerem ?. Nigdy nie należałem”. – „Dobrze, życiorys od l września 1939”. Teraz jest ich siedmiu, major po chwili wychodzi, oni zostają. Cały czas się zmieniają, mówią trochę po rosyjsku, trochę po polsku. Byłem dobrze osłuchany z białoruskim, bo wujek Gieysztor, miał majątek w Nowogródczyźnie odczynie, gdzie ludność była białoruska. Cała służba, wszyscy mówili po białorusku. Spędzałem zawsze tam wakacje Bardzo dobrze ich rozumiałem, miałem łatwość zrozumienia. Przesłuchanie trwało – oficerowie się zmieniali – sześć, siedem godzin. Z tym że po godzinie już nic nie widziałem. Cały czas reflektory, straszne. Zaropiałe oczy. Stał za mną strażnik, po pewnym czasie podnosił mi głowę Potem dali mi wody do picia i cały czas przesłuchania – gdzie byłem, co robiłem w czasie Powstania. „Byłem w piwnicy z matką. W Armii Krajowej nigdy nie byłem, w ogóle nie wiem, co to jest Armia Krajowa”. Oni byli świetnie umundurowani, piękne mundury, i bardzo charakterystyczne – wszyscy mieli lakierowane paznokcie. To była elita, prawdopodobnie nie KGB, tylko Smiersz, kontrwywiad. Zakończenie. Wchodzi oficer: „Panie poruczniku «Wypad», pan jest człowiekiem honoru. Pan jest oficerem Armii Krajowej! Wstyd, że pan się nie przyznaje. My wiemy o panu wszystko. Dnia 23 września 1944 roku na ulicy Kredytowej 6 spotkał się pan z generałem «Borem» Komorowskim. Zadał pan jemu następujące trzy pytania…” – wszystko mi wymienia. Zerwałem się, mówię: „Nieprawda! Nieprawda! Kłamstwo! Nie znam żadnego «Bora»! Nie wiem, kto to jest!”. Wtenczas ten z tyłu podszedł do mnie, kapitalnie byli szkoleni, to jest takie uderzenie… [Pokazuje uderzenie kantem dłoni w kark.] Upadłem na ziemię. Przyprowadzają mnie do celi. Jest trójka, cela malutka, jedno tylko posłanie. „Dzień dobry”. Szybko się dogadujemy. Z dywersji krakowskiej jest jeden, drugi jest Rosjanin Korostoszewski, emigrant, praporszczyk armii carskiej, i Białorusin, właśnie ze stowarzyszenia białoruskiego. Teraz odrazu na przesłuchania. Śpimy po prostu na betonowej podłodze. Od razu z akowcem się dogaduję, rozmawiamy sobie tak, żeby ci nie słyszeli, do ucha mu mówię, on mnie. Przesłuchania tak same: l września 1939 roku szczegółowy życiorys. „Wszystko nieprawda”. Dzień w dzień przesłuchania. Potem szczyt wszystkiego, mianowicie jednej nocy silna salwa karabinu maszynowego. Rano strażnik mówi: A wy za szto popali? Za AK? — „Nie”. – „To dobrze, akowców rozstrzeliwują”. Następnej nocy mocny okrzyk paru ludzi: „Niech żyje Polska!” –i salwa z karabinów. Wchodzi strażnik pyta i: A ty nie za AK? To choroszo. Trzeciej nocy drzwi się otwierają, wchodzi, czapka z paskiem. „Witold Witoldowicz Kieżun”. — „Jest”. – Wychadi! Miałem futerko, wisiało na gwoździu. Mówię: „Brać?”. – Choczesz, bieri, nie choczesz, nie bieri. Dla tiebia eto wsio rawno. Wychodzę, stoi czterech z pepeszami. Myślę sobie, koniec. Za chwilę wychodzi Klima, oficer dywersji krakowskiej, Rosjanin, Białorusin. Rosjanin cały czas drży. Wyprowadzają nas, prowadzą prosto pod mur; cały mur podziobany. Ustawiają nas.
Wtenczas myślę : „Cholera, pies to trącał, ale nie zginę jak baran. Rzucę się w walce”. W tym momencie Korostoszewski pada na kolana: „Pomiłujtie, ja ruski, dlaczego mnie chcecie…?”. Z daleka biegnie oficer: „Stój, dawaj nazad”. Przyprowadzają nas z powrotem, oficer tak drwiąco mówi: „Charosz, a była progiłłka? Dobra była przechadzka?”. Drzwi się zamykają, za chwilę się otwierają: „Witold Witoldowicz Kieżun, wychadit”. Myślę sobie: „To tylko ja”. Prowadzi, otwiera drzwi. Jest biurko, stół, na stole stoi szklanka herbaty, trzy kajzerki z szynką, oficer przy biurku mówi: „Witek, uratowałem ci życie, siadaj, jedz, a potem porozmawiamy”. Tak mówił, jak ja po polsku. Czym prędzej jem, on mówi: „Jestem Polakiem, mój ojciec tak samo jak twój ojciec pochodził z Kaukazu. Twój ojciec i mój ojciec byli braćmi krwi”. Na Kaukazie był zwyczaj, że zawierało się przyjaźń braterską, krew do krwi. „Ojciec umierając, powiedział tak: »Staraj się dostać do Polski, szukaj doktora Kieżuna«. Byłem w sierocińcu. Potem mnie wzięli, ponieważ znałem polski, do sekcji polskiej NKWD. Cały czas marzyłem, żeby dostać się do Polski i w Polsce spotkać doktora Kieżuna. Jestem oficerem dyżurnym, do piątej godziny mam rozkaz rozstrzelania czterech osób i tam jest Witold Kieżun, muszę cię uratować. Słuchaj, ojciec mi wszystko opowiadał. Brat twego ojca był lotnikiem, siostra twego ojca, Mucha się nazywała – tak ją nazywali – była lekarzem dentystą, a Hela druga siostra to była najpiękniejsza dziewczyna na Kaukazie. Potem po śmierci twego dziadka oni się przenieśli do Petersburga”. Wszystko wie o mojej rodzinie. „Ojciec mi wszystko opowiadał, bo mój ojciec był bratem krwi twego ojca. Mam sposób — ty mi dasz jeden adres, a ja ciebie wyprowadzę, zaprowadzę cię do domu. Jeden adres, jednego akowca, nic więcej od ciebie nie wymagam”. – „Słuchaj, jak ci dam, przecież nie byłem w AK”. – „Byłeś, nie byłeś, podaj byle jaki adres. Sam fakt, że zgadzasz się na podanie adresu, dla mnie wystarczy. Mam koncepcję taką: zaprowadzę ciebie, potem nawiążemy kontakt i razem uciekniemy. Ty przed Amerykanami wyjaśnisz, kim jestem. Cały czas czekałem na chwilę wyzwolenia, w tej chwili to jest jedyna moja szansa, ale przedtem się napijmy”. Wódką usiłował mnie upić. Mam bardzo mocną głowę, więc pół szklanki. Mówię: „Mało jedzenia”. – „Jak chcesz, to jeszcze ci przyniosę”. To trwało koło trzech godzin. Skończyło się, zacząłem płakać. To dziwna historia – nigdy człowiek nie płakał, ale w więzieniu bardzo łatwo się płakało. Masę ludzi wracało, z przesłuchania opowiadało i płakało. Teraz też wzruszam się co pewien okres czasu. Mówi: „Czemu ty płaczesz?”. – „Tragedia. Mógłbym uratować swoje życie, a nie mogę. Nie mogę podać żadnego adresu. Dam wam adres, wy kogoś aresztujecie. Ty tego nie rozumiesz, bo jednak ty nie byłeś wychowany w kulturze katolickiej. Jestem katolik, nie mogę kogoś narazić”. Od pewnego momentu zdawałem sobie sprawę, że to jest gra, tylko nie wiedziałem, skąd on ma wiadomości o mojej rodzinie. On ścisnął zęby: „Tak? To wracaj. Masz czas do piątej, zastukaj. Chcesz się ze mną widzieć, uratuję cię. Po piątej nie ma szans, bo następny oficer dyżurny będzie musiał wykonać rozkaz, a rozkaz tutaj jest, mogę ci pokazać: rozstrzelać. Wychodź!”. Wracam, kładę się, do ucha „Klimie” opowiadam. On mówi: „Czekaj. W razie czego, jak cię będą prowadzić, to w ostatniej chwili podaj adres. Dam ci adres: Kalwaryjska 57. Ostatni dom na Kalwaryjskiej to jest 40”. Drzwi się otwierają. „Witold Witoldowicz Kieżun, chcecie do…?” – Nie chaczu. Koniec. Następnego dnia mnie wzywają. Już jest plik dokumentów, teczka moja radziecka – wszystko piszą. On kładzie pistolet na stole, czerwony ołówek, i stronę po stronie przekreśla: Eto wsio barachło, eto wsio nieprawda. Po kolei wszystkie karty, tam było sześćdziesiąt, osiemdziesiąt, książka cała, wszystko w oprawie. Bierze pistolet do ręki i mówi: Zawtra ujeżdżajesz w Sibir i nikagda nie wiernioszsja. Wychadi! Koniec. Noc, otwierają się drzwi. Wychadi! Dawaj sapagi! Buty nam chcą zabrać. Wszyscy bronimy butów. Masę ludzi już stoi na korytarzu, wszystkich nas wprowadzają do dużej sali. Pierwsza osoba – brat mojego ojca, pułkownik Kieżun, którego aresztowali. „Stryju, jak?” – „Mnie aresztowali. Cały czas mnie wypytywali o szczegóły o rodzinę, o ciocię Muchę, o ciocię Hele, o mnie wszystko, każdy szczegół rodzinny”. – „Tak, o to chodziło”. Wtenczas zrozumiałem jedną rzecz. Wiem, kto na mnie doniósł: Glębocki o pseudonimie Junosza. On był aresztowany i zgodził się stać na Rynku i wskazywać przechodzących akowców, cały szereg osób. Rzuciliśmy, wyjeżdżając z transportem, kartkę, że „Junosza” zdrajca, był zamach na niego, ale się nie udał, natomiast jego żona straciła oko. Potem w 1950 roku umarł. To był student medycyny. Wydał kilka osób, z których jeden jeszcze żyje w Krakowie. Pisałem wspomnienia, które wydało AK krakowskie; oni to weryfikowali, bo się bali opublikować jego nazwisko – Głębowicz się nazywał – że jego syn do sądu poda. Nie ulega wątpliwości, to jest jasna historia. Wszyscy na podwórko. Stoi grupa jeńców Niemców, trzech Polaków, a z lewa i prawa w każdym rzędzie Niemiec – system piątkowy. Oficer wychodzi z pistoletem i mówi tak: „Jedno słowo po polsku, a kula w łeb”. Co parę rzędów ż boku żołnierz z pistoletem: Nie gawari pa polski! Prowadzą nas rano, godzina siódma, ale już są ludzie, krzyczą: „Fryce, dobrze wam tak!”. Do wagonu. Pół wagonu sami Niemcy. Na wagon osiemdziesiąt osób. U nas było gestapo i NSDAP z Legnicy. Trzydzieści jeden dni jazdy, jak jedziemy przez Ural, temperatura jest taka, że cały czas razem z Niemcami chodzimy w kółko tupiąc nogami ( poniżej czterdziestu stopni.). Skręcamy na południe – upał. Taszkent, czterdzieści stopni ciepła. Dalej jedziemy na zachód. Z nami jest książę Bałutin, adiutant cara Mikołaja II, bardzo kulturalny człowiek, mówi: „Wiem, bo tutaj jeździłem z carem do Krasnowodska, tam otwieraliśmy port i linię kolejową pierwszą przez pustynię Kara-kum. Teraz będzie Aszchabad… Dowiozą nas do Krasnowodska”. To była droga Andersa. Straszne to Kara-kum, to jest Sahara ze sztywnymi, twardymi piaskowymi górami. Przywożą nas. Z Niemców siedmiu, ośmiu umarło w drodze, a myśmy się trzymali. Dużo można by powiedzieć na temat drogi. Nawet śpiewaliśmy, wyjeżdżając z Krakowa, wołaliśmy: „Niech żyje Polska! Armia Krajowa jedzie na Sybir!”. Przejeżdżaliśmy przez most, była tam ekipa studentów, która reperowała most. Krzyczeliśmy: „Armia Krajowa jedzie na Sybir. Niech żyje wódz naczelny generał Anders!”.Odpowiedzieli „Niech żyje Armia Krajowa”. Przyjechaliśmy do Krasnowodska i co się okazało? Nas było koło 300, razem 6400: Niemcy, grupa Francuzów, Serbowie Mihajloviczia, własowcy, trochę z Organisation Todt Czechów. My rozumiemy po rosyjsku. Tworzą brygady, plutony robocze, bo będziemy pracować. Zostaję komandir zwoda, komendantem plutonu. Dostaję sześćdziesięciu czterech, wszyscy SS-mani. Komenda ma być wydawana po rosyjsku i po niemiecku, Polaków jest za mało żeby była i po polsku. OK. Wydaję komendę: Still gestand! Rechts um! Oni wszyscy są pokorni.
Ciepło jest nie do wytrzymania, temperatura czterdzieści stopni. To jest kwiecień, latem będzie pięćdziesiąt pięć, osiem. Pierwszy problem – woda jest czerwona, słona. Rozpoczyna się potworna biegunka, ludzie padają jak muchy, mój pluton w przeciągu miesiąca. Co dzień rano była zbiórka, przychodzili, liczyli. Mówię: Witold Witoldowicz, komandir zwoda, zajawliajet. Po spiskie szestdiesiat czytyri, po stroju sorok… dwadcatpiat… piatnadcat… Coraz mniej, koniec. Potem nas powyrzucali z tych funkcji i na to miejsce własowców. Własowcom dali kije. Zaczęli bić, raz uderzyli Polaka. Mieliśmy olbrzymie jezioro-ubikację, strasznie to wyglądało, potem to się wapnem zasypywało. Ten co uderzył, dziwnym trafem wpadł do jeziora z fekaliami i się utopił. Potem już Polaków nie uderzali…. Polacy wspaniale się trzymali. Wielka przyjaźń z Serbami. Co dzień rano wolno było meldować pretensje, zawsze meldował Serb: „Walczyliśmy z Niemcami, dlaczego my jesteśmy tutaj?”. Od nas był kapitan Nosek, umarł parę lat temu, już był pułkownikiem. Była cała grupa, która się ujawniła. „Ja, kapitan Armii Krajowej walczący przez cały czas z okupantem niemieckim, zadaję pytanie: dlaczego my jesteśmy tutaj razem z Niemcami?” Na to komendant mówi: „Odpowiedź komendanta NKWD będzie jutro rano”.
Odpowiedź: „Armia Krajowa współpracowała z gestapo. Powstanie Warszawskie było organizowane do spółki z gestapo, w związku z tym jesteście razem z gestapowcami. Mihajlović współpracował z gestapo, został skazany na karę śmierci”. Potem znowu to sarno. Okazało się, że wymarł obóz, osiemdziesiąt sześć procent w ciągu czterech miesięcy wymarło. Byłem w szpitalu, dystrofia, ważyłem pięćdziesiąt trzy kilo, straciłem władzę w nogach. Ratował mnie Bortel, polski. górnik. Była grupa zwykłych górników polskich, których też wywieźli. On co dzień, bo szpital był w podziemiu, wynosił mnie wieczorem na dach żebym świeżego powietrza trochę złapał. Wszyscy byli na robocie, ja byłem w szpitalu. Praca głównie w kamieniołomach, dynamitem wysadzane piaskowe skały i potem ręcznie trzeba było formować małymi siekierkami bloki typu dużej cegły. Z bloków budowało się budynki, był budowany budynek NKWD (norma 90 piaskowych cegiełek do uformowania dziennie). Raptem nadjeżdża samochód, oficer radziecki i dwóch oficerów angielskich. Dwieście kilometrów dalej była granica Iranu, gdzie stacjonowali Anglicy. Zorganizowaliśmy ucieczkę, która się nie udała. Sidorowicz, który był lotnikiem, podbiegł do oficera angielskiego i mimo próby zatrzymania go przez enkawudzistę zameldował po angielsku. Jesteśmy waszymi aliantami, żołnierzami polskiej Armii Krajowej. Zaskoczony Anglik mówi: „Co wy tu robicie?”. Sidorowicz informuje: „Z nami był jeden Anglik, który uciekł z niewoli, był w partyzantce polskiej u „Barabasza”, numer identyfikacyjny taki i taki. Powiedział: „Absolutnie nie przeżyję”. Istotnie wyłączony z transportu po drodze, zaginął. Nauczyliśmy się jego numerów identyfikacyjnych. – Oficer angielski mówi: „My jedziemy teraz do Moskwy, będziemy w misji wojskowej, zameldujemy”. Dowiedzieliśmy się później, że Anglicy pomagali w rozpoznaniu źródeł ropy naftowej. W dwa tygodnie później przyjechała komisja z Moskwy. Zaczęła badać, była przerażona. Przeszedłem w szpitalu: tyfus brzuszny, tyfus plamisty, dystrofię, paraliż, świnkę. Byłem obandażowany. Podchodzi do mnie grupa lekarzy z komisji i po niemiecku: „Was haben Się mit Ihre Ohren? Co pan ma z uszami?”. – Nie ponimaju.– Kak eto, ty nie germaniec? – Nie. – Ty Palak? A za szto ty popal? – „Dostałem się dlatego, że walczyłem z Niemcami”. – „A jakie macie życzenie?” Tam był też szef NKWD. – „Mam jedno życzenie: żeby przyleciał samolot, zbombardował ten obóz i żeby zabił sukinsyna Stalina”. Na to szef NKWD: „Ty wiesz, co ci będzie za takie słowa?!” – „Wiem, ja i tak jutro umrę”. – „Znajetie, on s uma zaszoł. To nienormalny, to jest dystrofik”, wyjaśnił komisji enkawudzista. Obóz został zlikwidowany. Zdrowi zostali statkiem wysłani na Kaukaz, a kryterium zdrowia było przejście przez namiot. Nie przeszedłem. Zostało nas dwustu kilkudziesięciu do wymarcia. Zdrowi odjechali, mój stryj też odjechał, została nas mała grupa. Zacząłem chodzić. Coraz bardziej dochodziłem do siebie. Miałem marynarkę – wszystko sprzedałem, kupiłem czosnek i mleko w proszku. Można było kupić przez strażników, oni handlowali. Co dzień przychodzili: Skolko miortwych? Zabierali umarłych i zostawiali jedzenie. Jak przez trzy dni nikt nie umarł – zostało nas dokładnie stu dwudziestu trzech – mnie wówczas polecają (ja byłem już w lepszym stanie): „Zrób spis”. Zrobiłem spis, było nas 123. Do pociągu do Kaganu,, koło Buchary, już Uzbekistan i normalny szpital, pełne urządzenie, wszystko made in USA. Wtenczas fantastyczna historia. Lekarz. Kak was zawut? – „Kieżun”. – „Jaki zawód miał twój ojciec?” – „Lekarz”. – „A czy on żyje?” – „Nie żyje”. – „Dajcie go na stół, zbadam go”. Zbadał, mówi: „Kieżunowi zapiszcie zastrzyk taki, zastrzyk taki”. Co dzień przychodził: „Jak się czujesz?” – „Coraz lepiej”. – To charoszo. Poźniej okazało się, że to kolega mego ojca ze studiów. Ojciec studiował w Dorpacie. Rosjanin też – był potem zesłany, był oficerem-lekarzem, nie wolno mu było nigdzie wyjechać z Kaganu. Potem była niesamowita dalsza historia, mianowicie wszystkich wywożą do obozu, do pracy. Nas zostało czterech nieuleczalnie chorych. Leżałem jako nieuleczalnie chory z Jankowskim, który potem umarł, Kozłowskim i Dudą. Duda umarł w czasie powrotu w Brześciu, zostałem tylko z Kozłowskim. Nie był akowcem; podejrzewaliśmy, że jest agentem gestapo. Z nim nie były dobre stosunki. Raptem przyjeżdżają Japończycy, jeńcy japońscy. Dwadzieścia osiem łóżek – dwudziestu siedmiu Japończyków i ja jeden. Parę miesięcy uczę się japońskiego. Później jestem pierewodczik, russko-japonsoij jazyk tlumazem japońsko –rosyjskim Zapisałem 840 słów japońskich. Potem wielka sensacja. Jeszcze nie wiem, że to jest kolega mojego ojca, lekarstwa dostaję, coraz lepiej się czuję. Jest problem z Japończykami. Mogę się z nimi porozumieć. Oni tam strajkowali, zachowywali się bojowo, cała historia, długo by opowiadać. Pewnego dnia w nocy NKWD mnie wzywa, czasami wzywali na przesłuchania w nocy. Mówią: „Z kancelarii Stalina przyszło pismo w twojej sprawie”. Czytam: „Do towarzysza Stalina. Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej w Warszawie prosi: przez pomyłkę nasz kolega, który dzielnie walczył z Niemcami, został aresztowany. Prosimy o jego zwolnienie. Jan Strzelecki podpisano, przewodniczący”. Znałem go, nie byłem jednak w związku. „Przetłumacz… A ty co, członek?” – „Członek nie, ale sympatyk”. – Ty prinadleżał? – „Nie należałem”. – „Ale jak to jest? My mamy zeznania, że ty byłeś w Armii Krajowej”. Czyta mi zeznanie żony „Junoszy” – żona to samo potwierdziła – że Witold Kieżun był oficerem Armii Krajowej. Mówi: „A tutaj? To jest polski Komsomoł. Ty mówisz, że walczyłeś z Niemcami, a z tego wynika, że współpracowałeś, przecież Powstanie było zorganizowane we współpracy z Niemcami”. Przychodzi mi do głowy świetny pomysł. Mówię: „Ach, już wiem! Jak przyjechałem do Krakowa, to «Junosza» siedział w więzieniu niemieckim, ja mieszkałem u jego żony. Potem jego zwolnili i on myślał, że żyłem z jego żoną, że ona zdradzała go ze mną. W związku z tym on podał i ona to potwierdzała, żeby mnie się pozbyć”. – „Naprawdę żyłeś z nią?” – „Słuchaj, pamiętaj o jednej rzeczy, prawdziwy mężczyzna nigdy nie mówi, z kim miał stosunek” – „To mi się podoba, bo ja też nigdy nie mówię”, chwali mnie. Oczywiście to był tylko pomysł na wytłumaczenie, a nie rzeczywistość. Teraz musi być decyzja szefa NKWD. Zdobyłem sympatię miejscowego szefa NKWD, dlatego że było pianino w świetlicy. Miałem studia muzyczne. Kiedyś tam spróbowałem, on to posłyszał. Ty igrajesz? – „Tak, tylko rozstrojone”. — „Tu jest klucz”. – Nastroiłem. – A Szopena igrajesz? Miałem dobry repertuar, tylko potem miałem przestrzeloną rękę. Mówi: „Słuchaj, kocham Szopena. Wieczorem będę do ciebie przychodził, a ty pograsz”. Przyniósł mi za to bochenek chleba. Potem okazuje się, że mnie, Kozłowskiego i Dudę, trzech wywożą. Japończycy żegnają nas, szalenie mnie lubili, pomagałem im. Oni przeze mnie prowadzili handel z Rosjanami. Mało jedli, tak że zostawały porcje żywności, sprzedawali. Jedna strona stała i wołała: „Witordo Porando! = Witold Polak!”, a druga: „Banzai” = „Niech żyje!”.
Dowieźli nas do Taszkentu. W Taszkencie w obozie niemieckim jeńcy spod Stalingradu, którzy już byli z czerwonymi opaskami, mieli prawo wychodzenia do miasta. Wszyscy byli w Antifa, to była organizacja, którą generał Paulus stworzył. „My jesteśmy komuniści”. Potem do Brześcia i w Brześciu wydali nas bezpiece. Bezpieka nas przewiozła pod konwojem do obozu Ministerstwa Bezpieczeństwa w Złotowie. Imię, nazwisko, data urodzenia. Tu pierwsze badanie na golasa: lewa ręka do góry, czy ma grupę krwi SS. Albo tu. [Pokazuje miejsce na nodze.] Okazało się – (byli wydawani bezpiece Polacy, to była amnestia akowców) – że esesmani podawali się za Polaków. Tych oddzielili. Pierwsze przesłuchania: „Za co pan jest?”. – „Nie wiem. Armia Krajowa? – nigdy nie byłem”.
Matka jest w Krakowie. Jest komisja ujawniania Armii Krajowej pułkownika „Radosława”. „Radosław” mnie zna. Będę siedział jako podejrzany folksdojcz, trzeba mnie ujawnić. Matka miała legitymację. Przyjeżdża do obozu, ma spotkanie ze mną w obecności oficera, mówi: „Synku, ujawniłam”. – „Jak to? To pan był oficerem?” – „Tak, nie przyznawałem się, bo taki był rozkaz”. – „To muszę, proszę pani, zrobić kopię pisma pułkownika Radoslawa. Pan przejdzie do innego baraku”. Już lepszy barak. Potem czekamy. Przyjeżdża komisja z Warszawy, słabo mówiąca po polsku. – „Pan był w Armii Krajowej, podporucznik, odznaczony. Przebieg służby podać, gdzie pan był?” Podałem przebieg służby, gdzie byłem. W porządku. Wzywają nas i mówią: „Zwolniony z obozu, do Krakowa. Na miejscu zamieszkania zgłosić się w Urzędzie Bezpieczeństwa”. Przychodzę, zgłaszam się. „W porządku, jest pan zarejestrowany, mamy nadzieję, że pan będzie pracował, w dalszym ciągu studiował”. Studiuję, jednocześnie dostaję praktykę w Banku Narodowym, bo wiceprezesem banku był ojciec mojego kolegi, Andrzeja Wojnara. On mi to załatwił. Pracowałem, jednocześnie miałem stypendium. Po skończeniu, to był 1949 rok, dostaliśmy tajną wiadomość, że jest rozkaz wszystkich, którzy wrócili, znowu posadzić. Ale już dostałem przeniesienie do Warszawy. Przyjechałem do Warszawy, szczęśliwie tego uniknąłem. W Warszawie mi się udało, dlatego że przeniesiono mnie do centrali Narodowego Banku Polskiego a tam sekretarzem partii, kierownikiem wydziału personalnego, był mój kolega z Wilna, z dzieciństwa. Od razu powiedział, że mnie uchroni. W Krakowie ich aresztowali, ale na krótko, niektórzy parę miesięcy siedzieli. Cały czas był problem, długo by opowiadać. Byłem nastawiony na emigrację, więc w Krakowie dotarłem, do kogoś kto organizował wyjazdy niby obywateli francuskich. On się zgodził mnie zabrać, ale tylko mnie, matki nie. Wtenczas zrezygnowałem. Potem umówiłem się z kolegą, który uciekał z Sopotu. Kupili kuter. Miał dać mi znak, telegram. To był 1948 rok, miałem pojechać. Jak przyszedł telegram, byłem na nartach w Zakopanem. Im się udało, uciekli. Drugi raz mi się nie udało. Ostatecznie dużo rzeczy można by opowiedzieć… Były problemy. Zrobiłem doktorat, zrobiłem habilitację, w Polskiej Akademii Nauk, gdzie kierownikiem był profesor Zieleniewski, który był bezpartyjny i bardzo katolicki. Ale myśmy jednak funkcjonowali pod egidą Kotarbińskiego, który był szanowany przez środowisko komunistyczne. Nie był komunistą, nie był członkiem partii; jego autorytet ochraniał. Potem była historia, wszyscy koledzy stopień profesora podostawali; zawiadomiono mnie, że nie dostałem. Wezwano mnie: „Proszę pana, pańska aktywność w 1968 roku…”. Złożyłem oświadczenie, że w 1968 roku pisałem pracę habilitacyjną. W 1980 roku wyjechałem. Udało mi się wyjechać z żoną. Córka w międzyczasie wyszła za mąż za Francuza i zostaliśmy za granicą. Udało mi się pracować przez dziewięć lat w Afryce, potem wróciłem znowu do Kanady. Synowi udało się w 1981 roku wyjechać. Córka we Francji, syn w San Diego, a my w 1998 roku zdecydowaliśmy się wracać do Polski. Muszę powiedzieć, byłem bardzo dobrze urządzony w Kanadzie, miałem dobrą pozycję, w Polskim Instytucie byłem kierownikiem Rady Programowej, ale nie żałuję tego, że wróciłem. Cały szereg moich kolegów wróciło, ale, niestety, następne pokolenie już nie wraca. Syn pracuje – ułożył angielski website o Powstaniu, będzie opracowywał website o Polsce w czasie II wojny światowej. W dalszym ciągu pracuje dla nas, dla naszej historii, naszej dumy patriotycznej. Tak w dużym skrócie wygląda moje życie.
Może pan w kilku słowach podsumować Powstanie. Mój pogląd jest jednoznaczny. Uważam, że Powstanie było tragedią grecką, było nie do uniknięcia, ale oczywiście to była potworna tragedia. Moim zdaniem trzeba rozwijać kult Powstania. To był jednak najwspanialszy okres w naszym życiu, okres, w którym olbrzymia masa ludzi zjednoczyła się w jednej postawie reprezentującej interes ponadosobowy – to jest coś niezwykłego. Był okres, w którym masa, milion ludzi, myślało kategoriami nie swojego interesu, myślało kategoriami zdobycia wartości wyższego rzędu. To jest coś wspaniałego, że człowiek przeżył taki okres, że brał w tym udział, to jest kolosalna satysfakcja. Moim zdaniem te idee trzeba rozwijać, a nie dyskutować: było, nie było potrzebne. Nie było możliwości jego uniknięcia, ale najważniejsze jest, że to był okres fantastycznego, jednolitego zrywu. On udowodnił, że społeczeństwo, które jest podzielone, skłócone, bardzo zróżnicowane, może się złączyć wtenczas gdy chodzi o ideały wyższego stopnia w strukturze wartości – wolność, o którą walczyliśmy, zniszczenie okupanta, zlikwidowanie totalitaryzmu niemieckiego. A potem totalitaryzmu również radzieckiego. To jest wielka wartość i to musi w naszej świadomości zostać. Następne pokolenie musi być w taki sposób wychowywane, żeby miało świadomość rangi tego zrywu. Istnieje skala wartości, są wartości, za które trzeba – co daje kolosalną satysfakcję osobistą – poświęcić swój indywidualny interes, łącznie nawet ze swoim życiem. Na tym polega kwintesencja całego procesu Powstania, pamięci Powstania, historii Powstania.

Warszawa, 27 lipca 2005 roku
Rozmowę prowadził Leszek Włochyński

Zobacz także


strzelec

Włodzimierz Górecki „Dodek”

Gdzie chodził pan do szkoły przed wybuchem II wojny światowej? Chodziłem na...

więcej
strzelec

Janusz Biesialski „Poraj”

Nazywam się Janusz Biesialski. Urodziłem się w roku 23 marca 1925 w Warszawie. Należałem do AK od marca 1942 roku....

więcej
strzelec, łączniczka

Eugenia Bender „Katarzyna”

Co robiła pani przed wybuchem wojny? Chodziłam do gimnazjum Hanny Jakubowskiej i zdawałam maturę....

więcej

Andrzej Kieruzalski „Flis”

To miły przypadek, że się tutaj znalazłem. Powinni na tym fotelu siadać ludzie, którzy przeżyli bardzo wiele i...

więcej