Witold Wincenty Lisowski „Lis”, „Prosty”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Witold Lisowski.

  • W którym roku pan się urodził i gdzie pan był w okresie Powstania Warszawskiego?


Urodziłem się w Warszawie 2 października 1932 roku. Miejscowość, w której się urodziłem, miała i nosi do dzisiejszego dnia nazwę Henryków. Była kiedyś podwarszawską osadą, dziś to już część dzielnicy warszawskiej Białołęka.

  • Czy może pan powiedzieć coś na temat swojej najbliżej rodziny?


Jeżeli chodzi o moją rodzinę po mieczu, mieszkała ona w Dąbrówce Szlacheckiej, a więc tuż obok miejsca mojego urodzenia. Dziadkowie moi byli zamożnymi ludźmi. Prowadzili jeden z największych w tym rejonie zajazdów. Byli posiadaczami, właścicielami hotelu. Byli też właścicielami folwarku, który otaczał te przybytki dochodowe.

  • A jakie nosili nazwisko?


Dziadkowie moi… Babcia po raz wtóry wyszła za mąż, bo dziadek mój zmarł na początku XX wieku. A dziadek drugi, którego ja znałem od dzieciństwa, bo dziadka właściwego nie znałem, nazywał się Ludwik Wiśniewski. Przynależność rodzinna do dziadków, którzy mieli określoną pozycję w tym rejonie, mogę powiedzieć, że zaważyła na pozycji moich rodziców i zaważyła na całym moim życiu. Taki mały przykład, którego pewnie nie należy brać w naszym spotkaniu pod uwagę, to jest to, że ja jako dziecko raz w tygodniu w niedzielę siedziałem z dziadkami w pierwszej ławce w najstarszym kościele warszawskim w Tarchominie. Tej ławki nikt nie zajmował. Tę ławkę zajmowali tylko moi dziadowie. Tam nie było ani ich nazwiska, ale w tej ławce nikt nie siadał. Dla dziecka, wrażliwego dziecka, to była informacja, że to jest miejsce moich dziadów i że to jest moje miejsce. W tym kościele do dzisiaj się [chrzcimy] i tam odchodzimy. Miejscem wiecznego spoczynku jest górka Hajdzionego. To tak zwany mój rodziny cmentarz przy ulicy Mehoffera. Tam są dziadowie, rodzice, bracia, rodzina. Tam jest również gromada moich towarzyszy broni, którzy polegli w Powstaniu Warszawskim. Tam też często przemawiam każdego roku w dniu ich śmierci. Zawsze mówię burmistrzowi, że najczęściej tam się przychodzę wypłakać, więc żeby mnie zwolnił z tego obowiązku powiedzenia paru słów do kilku setek ludzi, którzy tam przychodzą każdego roku, i ogromnej dzieciarni, która przynosi swoje szkolne sztandary. Nieraz załamuje mi się głos.

  • Czy może pan powiedzieć coś na temat ojca?


Tak. Ojciec mój urodzony w 1898 roku, był z pierwszego małżeństwa Lisowskich. Drugie małżeństwo Wiśniewscy. Ojciec przez długie lata pomagał rodzicom, a oni pomogli jemu. Zbudował w Henrykowie piękny dom, mój dom rodzinny. Później zbudował dwa następne domy, domy czynszowe, w których mieszkali lokatorzy. Ojciec mój był niezwykle przedsiębiorczym człowiekiem. Jako osiemnastoletni chłopak walczył w bitwie o Radzymin, był ranny, miał przestrzeloną nogę w okresie walki o Polskę niepodległą. Ale jego powrót z wojny, jego rana w tej miejscowości, w której żył, nadawała mu już pewną pozycję kombatancką. Ojciec, tak jak dziadkowie, był człowiekiem przedsiębiorczym. Był właścicielem huty, współwłaścicielem fabryki, cegielni. To stwarzało jego pozycję materialną, ale i społeczną.

  • Jak się nazywał, jakie miał imię?


Józef Lisowski. Na marginesie opowiem taki przypadek, zjawisko. W Wiśniewie, więc niedaleko, tysiąc metrów od mojego domu, mieszkał pan Symeon Surgiewicz, maszynista kolejowy kolejki wąskotorowej Warszawa Most – Jabłonna. W czasie demonstracji w okresie II Rzeczypospolitej policja zabierała pana Symeona Surgiewicza do aresztu w okresie świąt narodowych po to, żeby pan Surgiewicz nie nosił transparentów i nie wykrzykiwał haseł przeciwko władzy II Rzeczypospolitej. Ojciec mój z tym się nie zgodził i był przeciwny takiej formie karania Surgiewicza. Ale zapadła uchwała, że Surgiewicz musi iść na dwa dni do aresztu. Dostawał tam wyżywienie, łóżeczko i tak dalej. Ale dano ojcu prawo, jako znaczącemu obywatelowi tej ziemi, że może go uwolnić od tego aresztu, jeżeli weźmie na siebie odpowiedzialność. Ojciec szedł na posterunek policji, podpisywał i wyprowadzał pana Surgiewicza z aresztu. Ale prosił go o danie słowa honoru, dzisiaj tak strasznie zapomnianego przez nas wszystkich. Pan Surgiewicz dawał słowo honoru i wracał do Wiśniewa, a następnego dnia jechał kolejką wąskotorową Warszawa Most – Jabłonna. Na tym przykładzie chcę powiedzieć, że ojciec miał swoją pozycję jako człowiek zamożny, jako syn bardzo zamożnych ludzi, jako uczestnik wojny i wyróżniony w tej wojnie Krzyżem Walecznych. To na pewno pozycja dziadków, pozycja ojca, piękna postawa matki rzutowała na nasze imię.

  • Czy mógł pana poprosić o kilka słów na temat matki?


Matka moja pochodziła z Wiśniewa. Była córką, nie wiem, czy to można powiedzieć, posiadacza ziemi, który miał dwadzieścia hektarów ziemi. Ale wtedy to była znacząca pozycja. Tym bardziej że dzisiaj my nie zwracamy uwagi, jaka jest pozycja materialna naszych współmałżonek czy współmałżonków, ale wtedy to się liczyło. Mama moja wyszła za ojca, mając lat siedemnaście. Oczywiście oboje pracowali jako młodzi u dziadków w Dąbrówce Szlacheckiej, a więc przy prowadzeniu hotelu, przy prowadzeniu zajazdu przede wszystkim. Mama była rachmistrzem, a więc kasjerką, że tak powiem, tego całego interesu. Ale wielką postacią przede wszystkim była babcia, babcia Helena Lisowska-Wiśniewska. Ona była, że tak powiem, na dzisiejszą formę przekazu, humanistką. Ona dbała o pozycję rodzinną, o historię rodzinną, o wychowanie wnuków. Ja z jej ust dowiedziałem się wszystkiego, co powinno w moich trzewiach pozostać. W mojej twórczości poetyckiej poświęcam wiele spotkań, jak ona kształtuje wnuków, jak ona dba o to, jak zna wagę tego kształtowania. Więc w tej rodzinie ja i moi bracia już od wczesnego dzieciństwa znajdowali swoje miejsce i swoje przeznaczenie.

  • Proszę jeszcze przypomnieć imię pana matki?


Matka moja jest Zofia Lisowska z Jędrysiaków.

  • No i wspomniał pan, że ma braci.


Tak. I miałem dwóch braci. Najstarszego Jana, który urodził się w 1925 roku. Powiła go siedemnastoletnia wtedy matka. Zresztą na marginesie już zupełnym, dwóch braci walczyło o jedną kobietę. Wygrał mój ojciec. Matka moja to była niezwykła kobieta. To była przede wszystkim bohaterka, która dała tego dowody właśnie w czasie wojny. Proszę sobie wyobrazić, że w 1939 roku zostają powołani ludzie do wojska przed wybuchem wojny. Ojciec mój ma zostać komendantem obrony w gminie Jabłonna. Ale ojciec mój odmawia objęcia tej funkcji. Jest żołnierzem i będzie walczył na polu bitwy. Jest oficerem Wojska Polskiego. Nie przyjmuje funkcji komendanta obrony, tylko maszeruje do armii. Pamiętam, żegnamy go. Byłem małym chłopakiem. Nie wiem, dlaczego to zostało w mojej pamięci. Pamiętam skurcz na twarzy, kiedy żegna się z nami i mówi: „Dbajcie o matkę, ja idę na wojnę, to wasz obowiązek”. Nawet pamiętam jego odejście, kiedy idzie szosą henrykowską w kierunku Wiśniewa i nadjeżdżają samochody. On zatrzymuje samochód, wsiada na pakę tego samochodu i odjeżdża.

  • Pamięta pan, ile to było dni przed wybuchem wojny?


Chyba dwa tygodnie. A później przychodzi żołnierz pod koniec września, żołnierz ze szwadronu ojca (ojciec był dowódcą szwadronu zwiadu). Ten żołnierz mówi, że ojciec mój poległ na polu bitwy. Ojciec powiedział do każdego żołnierza szwadronu, aby poznawali, w miejscach swojego urodzenia szukali w szwadronie najbliższego kolegę, jeżeli któryś z nich polegnie, żeby powiadomić rodzinę. Jeżeli chodzi o dowódcę szwadronu, to przypadło to w udziale jednemu z żołnierzy, jednemu z podoficerów. Blisko, koło Płocka gdzieś był ten żołnierz, który z ojcem wymienił się adresem zamieszkania ich rodzin, po to żeby w chwili śmierci któregoś z nich powiadomić rodzinę. I proszę sobie wyobrazić, że pod koniec września ten żołnierz zapukał do naszych drzwi. On przedzierał się z Sokołowa Podlaskiego w przebraniu cywilnym, aby powiadomić nas, że ojciec mój poległ pod Sokołowem Podlaskim. Jego mogiła jest w Sokołowie Podlaskim, w oficerskiej mogile. Moja matka, kiedy dowiedziała się o tym i my dowiedzieliśmy się o tym, bo ten żołnierz przekazał tę wiadomość i odszedł do swojego domu, a matka mówi: „Jadę po męża”. Obie babcie wyraziły sprzeciw. „Trwa wojna. Nie pojedziesz nigdzie. Masz opiekować się trzema synami”. Urodzony 1925 rok, 1928 rok, 1932 rok. Matka odpowiada swojej matce i teściowej: „Jadę po Józia, po męża, po ojca”. I nic nie było w stanie, aby tę decyzję podważyć. Nikt i nigdy. Pojechała sto kilometrów z Warszawy do Sokołowa. Nikt nie mógł podjąć decyzji, tylko zwycięski dowódca miasta Sokołowa, niemiecki pułkownik. Dotarła do niego. Powiedział, że nie pozwala na to. Walczyła. Powiedziała mu: „A gdyby to pańska żona przyjechała po pana, nie był pan zwycięski, tylko pokonany, też chciałby pan, żeby jej odmówiono?”. – „Proszę przyjść jutro”. Przyszła jutro. Była pozytywna decyzja. Ojciec leżał w dziesięcioosobowej mogile oficerskiej. Był dziesiąty. Musiała udowodnić, że to jest jej mąż. Miał przestrzeloną nogę w walce o niepodległość pod Radzyminem. Zgadzało się. Zresztą ojciec dobrze wyglądał. Był otoczony w dwa prześcieradła, sypany wapnem. Tak że był czyściutki, tak jakby go pochowano wczoraj. Dbali zresztą o to Polacy, aby ci odchodzący żołnierze i oficerowie byli pochowani z honorem. Zarządził drewnianą trumnę i metalową trumnę. Wykonała to matka. Opieczętowano ją hitlerowskimi pieczęciami. Za rozerwanie metalowej trumny śmierć zawarowano w tym przekazie. I ruszył ojciec wraz z matką podwodą wiejską. Trwała wojna, kończył się wrzesień. Jechali ze wsi do wsi. Chłop nie chciał dalej jechać, bo szły drogami niemieckie wozy pancerne i czołgi, więc przekładano od wsi do wsi trumnę na wiejską furmankę. Żaden chłop nie chciał zapłaty. Często ksiądz święcił trumnę w danej parafii, gdzie był kościół. I przyjechał do Warszawy. Babcia Helena, matka ojca, zażądała, że chce pożegnać.

  • Ile czasu matka wracała z ciałem ojca?


Przepraszam. Trudno mi jest wracać, bo wraca ten obraz, kiedy widzę ojca. Na drugi dzień odprowadzają ojca wszyscy okoliczni mieszkańcy. On był znanym człowiekiem, był czynnym człowiekiem. Odprowadza go parę tysięcy ludzi. Niemcy wiedzą o tym. Są władze niemieckie obserwujące tą całą uroczystość. W pochodzie żałobnym idą nie tylko Polacy, ale również Żydzi. Trzydzieści procent tych osad to Żydzi. Ale znani są przez ojca. Kiedyś jak będzie okazja, to powiem, że ojciec mój jako działacz społeczny, że tak powiem, przed wojną pragnął włączyć również Żydów do rozbudowy tych osad podwarszawskich. Zresztą Żydzi byli czynnymi przemysłowo. Ale to przy okazji powiem. Wróćmy. Ważne jest, że ojca odprowadzili na miejsce wiecznego spoczynku, na górkę Hajdzionego (dziś ulica Mehoffera), setki, mówią ludzie, że tysiące ludzi. To był pierwszy żołnierz, który odchodził z naszej ziemi, znany wszystkim działacz społeczny i oczywiście właściciel pewnych dóbr.

  • Przejdźmy do pana wspomnień okupacyjnych. Kiedy zaczął się pana kontakt z harcerstwem w okresie okupacyjnym?


Kontakt z harcerstwem był taki, że… Przede wszystkim harcerstwo rodziło się w szkole, w henrykowskiej szkole. Kiedy zgłosiłem się do harcerza, którego… Przecież nie można było wiedzieć, kto jest harcerzem – harcerstwo było tajemnicą. Ale wiedziałem, że mój kolega jeden i drugi jest harcerzem. Nie da się ukryć między takimi chłopakami, którzy mają dwanaście lat. Kiedy powiedziałem, że chcę być harcerzem, do tego kolegi harcerza, on powiedział: „Porozmawiam z drużynowym”. Pseudonim tego mojego kolegi jest „Maciek”. „Maciek” powiedział, że porozmawia z „Wiosną”. „»Wiosna« to jest mój drużynowy”. „Wiosna” powiedział: „Nie masz pełnych dwunastu lat”. Ale „Maciek” powiada do „Wiosny” „Ale jego ojciec poległ na polu bitwy”. – „A tak, to jest argument. Będziesz harcerzem”. Więc tutaj pomaga mnie reputacja ojca, śmiertelna reputacja, ale jednak pomogła. W tym zastępie „Zawiszaków”, który się tworzył, to był trzeci zastęp drużyny imienia Romualda Traugutta.

  • O którym roku mówimy? Ile pan miał lat?


Dwanaście.

  • Dwanaście pan miał w 1944 roku.


Jedenaście lat. Ale mamy handicap ojca poległego na polu bitwy.

  • Czyli mówimy o 1943 roku.


1943 rok. Ja razem z tym zastępem składam przysięgę na grobie mojego ojca. Grób mojego ojca dzisiaj to przepiękny pomnik granitowy, ale kiedyś otoczona zieloną darniną mogiła, biały krzyż brzozowy i ułański hełm dziurawy od kuli. Na tym grobie cały zastęp „Zawiszy” składa harcerską przysięgę. Tak że to harcerstwo… Przecież jestem ich rówieśnikiem, bo poszedłem do drugiej klasy szkoły podstawowej, do drugiej, bo [tak] uznali nauczyciele. Z uwagi na to, że miałem dwóch starszych braci, ja umiałem czytać i pisać, a więc nie mogłem zostać w pierwszej klasie, tylko byłem w drugiej. A więc z rówieśnikami moimi jestem znowu w zastępie „Zawiszy”.

  • Pamięta pan jeszcze pseudonimy, imiona czy nazwiska innych kolegów?


Tak, tak. Przede wszystkim [pamiętam] syna komunisty w zastępie. Ojciec nazywa się Symeon, a syn jego jest Remigiusz Surgiewicz. Syn komunisty w zastępie „Szarych Szeregów”. Tak że nie przeszkodził mu ojciec ani jego pochodzenie, aby Remek Surgiewicz był harcerzem „Szarych Szeregów”. Zresztą później opowiem, kiedy ci Surgiewicze wyciągają mnie z różnych tarapatów. Ale to już jest moment, kiedy pan Symeon Surgiewicz nie jest maszynistą kolejki wąskotorowej, tylko wiceministrem komunikacji.

  • To już jest późniejszy okres. Skupmy się teraz na okresie okupacji. Kiedy pan złożył przysięgę?


Przysięgę składałem, to był początek chyba 1944 roku.

  • Czy oprócz Surgiewicza kogoś jeszcze pan pamięta?


Oprócz Surgiewicza, oprócz drużynowego „Maćka”, pamiętam jeszcze… Te nazwiska się cholernie zacierają, muszę powiedzieć. Wiek to czyni. One zaraz wrócą. Jeden z nich był Waldemar Tarasek.

  • Czy pamięta pan nazwisko „Maćka”?


„Maćka” właśnie nie bardzo w tej sekundzie, ale ono może za chwilę przyjdzie.

  • Co robiliście po przysiędze?


Więc drużyna harcerska Romualda Traugutta miała trzy zastępy, dwa harcerskie zastępy i harcerski zastęp trzeci „Zawiszaków”, najmłodszych chłopaków, dwunastoletnich, do czternastego roku życia. Czternastoletni już byli harcerzami. Pierwszy zastęp to najczęściej wielu z nich poszło do 4. i 5. kompanii bojowej.

  • Tak, ale mi chodzi o pana wspomnienia.


Ja ciągle byłem harcerzem „zawiszakiem”. I forma naszego szkolenia była trochę inna. Nas szkolono przede wszystkim do działalności propagandowej, do działalności kurierskiej, do działalności… No konkretnie co robiliśmy jako harcerze: Rozklejaliśmy informacje, które otrzymywaliśmy w drużynie. Oczywiście były to afisze, ukazujące całą historię niemieckiej zbrodni. Te afisze czy te ulotki rozrzucaliśmy w kolejce wąskotorowej, która szła od Warszawy Most do Jabłonnej. Ale ona szła Golędzinów, Pelcowizna, Żerań, Wiśniewo, Henryków, Dąbrówka, Buków, Buchnik, Jabłonna Pierwsza, Jabłonna Druga. Na tych wszystkich stacjach mieliśmy do wykonania określone zadanie. Rozklejaliśmy afisze, ulotki, ośmieszające przede wszystkim Niemców, ukazujące zbrodnie, które wykonano w Palmirach, zbrodnię, którą dokonano w gminie Jabłonna, bo te osady należały do gminy Jabłonna. Rozklejaliśmy również te same ulotki na trasie pociągu Warszawa – Legionowo. Jedna grupa, jeden zastęp w danym okresie obsługuje ten odcinek, a drugi ten odcinek, to znaczy kolejkę wąskotorową, kolejkę szerokotorową. Rozklejanie informacji, ośmieszanie Niemców, ośmieszanie Hitlera, ukazywanie ich zbrodni, ukazanie prawdy o Palmirach.

  • Ale co taka ulotka zawierała? Informacje czy hasła?


Były i hasła, były i informacje. Były informacje o kolejnych zbrodniach. Przede wszystkim Palmiry, bo tam Armia Krajowa rozpracowywała Palmiry i informowała dowódców o dokonanych tam zbrodniach. Ale nie dowódcy informowali społeczeństwo, tylko harcerze. Bo kto takiego chłopaka dwunastoletniego mógłby wyśledzić. Tym bardziej że znaliśmy ludzi, wiedzieliśmy, kto w tym wagonie jest. Jeżeli ja robię swoją robotę, bo ja znam tych ludzi, ja tam jestem wrośnięty, oni mnie znają też – nie było przypadku, żeby kiedykolwiek była jakaś wpadka.

  • Robiliście to pojedynczo, samodzielnie czy jakimiś grupkami?


Najczęściej we dwójkę. Jeden był zwiadowcą, a drugi wykonywał robotę. Jeden obserwował, czy nie przerwać tego.

  • Informacja o Palmirach w 1944 roku była jeszcze potrzebna?


Ta informacja była nie tylko treścią codziennego życia. Ludzie potrzebowali przeczytać coś nowego w tym tramwaju warszawskim czy w kolejce wąskotorowej. Nieraz pękali ze śmiechu, bo to nieraz były informacje ośmieszające Hitlera, ośmieszające gubernatora generalnego i tak dalej. To było dziesięć, już nie pamiętam dokładnie, dziesięć informacji gubernatora, który mówił, co chcą zrobić dobrego Niemcy – te dziesięć informacji było przepracowane, co oni naprawdę chcą zrobić, więc ludzie pękali ze śmiechu po prostu. Ważnym było również śpiewanie przez dzieci w kolejce czy w tramwaju. Śpiew dzieciaków, harcerzy to była jedna z ważnych form walki. Nieraz jak mówię do dzieci w szkołach, że ta pieśń dzieci do przejeżdżających tramwajem czy kolejką była po prostu wielkim przemówieniem, otuchą.

  • Pan również należał do tych dzieci, które śpiewały?


Oczywiście.

  • Jakie to były piosenki?


To były różne piosenki. „Dnia 1 września roku pamiętnego, wróg napadł na Polskę z nieba wysokiego…”. To były piosenki najczęściej ośmieszające.

  • A jak często rozrzucaliście te ulotki?


To była robota codzienna. Ważną robotą również było przewożenie prasy i meldunków. Ja byłem zobowiązany najczęściej do jeżdżenia kolejką wąskotorową do Żerania, a stamtąd szedłem piechotą na Poborzańską. Nie wiem, co wiozłem. Miałem ten swój taki papierowy tornister na plecach, miałem dwanaście lat. Nie wiem co mi włożono do tego tornistra. I szedłem na Poborzańską. Tam dostawałem inne informacje lub prasę, którą targałem do drużyny, do drużynowego. Zdarzył mi się tam również jeden dramatyczny dla mnie wypadek. Jechałem z Henrykowa do Żerania na Poborzańską. Ale kiedy dojechaliśmy do Pelcowizny, całą stację i kolejkę otoczyła żandarmeria polowa z tymi blachami na piersi i ładowali ludzi, wyładowali z kolejki ludzi i ładowali do samochodów. Jedni trafili do obozów śmierci, wielu ludzi trafiło, młodszych, do bauera na pastuchów. Wstyd się przyznać, ale ja pomyślałem wtedy, że nie zobaczę matki, że nie zobaczę braci, że wywieziony nigdy już ich nie zobaczę. I stałem, patrzyłem jak wpierw tych dorosłych ludzi ładują na samochody. Na inny samochód ładują moich równolatków. Postanowiłem uciekać. Tu gdzie jest teraz most, który idzie przez Wisłę, po prawej stronie jest kościółek w Pelcowiźnie, tu przy fabryce FSO. Fabryka FSO, trasa i przy trasie kościółek. To przy tym kościółku stoję i patrzę na Niemców. Patrzę, nie ma w moim otoczeniu Niemca. Zbliżyli się, przeganiając tych ludzi w kierunku samochodów. Jestem na skraju. Bacznie obserwuję, nikt na mnie nie patrzy. Ruszyłem, rowem ruszyłem. Bo był kościół, tory kolejowe, rów i jednopasmowa jezdnia kostkowa. Zacząłem biec tym rowem. Powód był, powtarzam, bojaźń, że nie zobaczę matki. Odbiegłem chyba z pięćdziesiąt metrów, kiedy zagwizdały nad moją głową kule. Upadłem, podniosłem się, biegłem dalej. Po lewej stronie, jakby to dzisiaj powiedzieć, elektrociepłownia Żerań, po prawej knieje – tu gdzie są te domy towarowe, już knieje. Ruszyłem w te knieje. Ale wiedziałem, że za chwilę będzie mnie tam kordon szukać. Nie szukali mnie. Zaszyłem się gdzie najgęściej i modliłem się. Przesiedziałem tam kilka godzin. Kiedy zapadał zmrok, ruszyłem do domu. Kiedy otworzyłem drzwi, matka zemdlała. Jedna ze starszych kobiet, która wróciła z tej obławy, powiedziała, że prawdopodobnie Witek nie żyje.

  • Matka wiedziała o pana działalności?


Oczywiście, że wiedziała. Poza tym harcerzem był mój starszy brat Wiesław. Jan pomagał matce, nie był harcerzem. Trzeba było utrzymać rodzinę. Było nas czworo. Pomagał matce. Matka otworzyła sklep, pomagał matce w zaopatrzeniu tego sklepu. Ale te wydarzenie wryło mi się w serce jako harcerza, jako żołnierza, Powstańca.
Oprócz tego jako harcerze braliśmy udział w życiu artystycznym, że tak powiem, szkolnoartystycznym. W mojej szkole śpiewaliśmy pieśni, pieśni patriotyczne. Z tymi pieśniami chodziliśmy do młodszej dzieciarni. Uczestniczyliśmy w różnego rodzaju jasełkach, braliśmy udział w spotkaniach. Były dwa zakony, jeden w Henrykowie. W Henrykowie był zakład dla upadłych dziewcząt – dziewczęta, które pracowały na ulicy. Dla prostytutek stworzono w Henrykowie [zakład] dla stu kilkunastu dziewczyn. Siostry stworzyły takie miejsce edukacyjne, zakład edukacyjny, gdzie przywracano życiu [społecznemu]. Tam było chyba sto szesnaście tych dziewczyn w Henrykowie, Modlińska 257. Zresztą muszę się pochwalić. Leżał w ruinie ten dom od Powstania Warszawskiego. Ubłagałem burmistrza i innych ludzi, aby odbudować ten dom. Chyba za kilkanaście tygodni będzie odrestaurowany. Jeden z najbardziej zasłużonych domów dzielnicy Białołęka, Modlińska 257.

  • Wróćmy do pana wspomnień. Pan powiedział, że jako harcerze działaliście w szkole. Harcerstwo było tajne, nie można było działać w szkole otwarcie.


Nie, myśmy nie występowali jako harcerze.

  • No właśnie.


Myśmy występowali jako uczniowie szkoły podstawowej w Henrykowie przy ulicy Szkolnej i to wszystko. Ale występowaliśmy nie tylko w naszej szkole. Występowaliśmy w jednym zakonie, występowaliśmy w zakonie w Płudach. Tu warto wspomnieć, że w zakonie w Płudach było ponad pięćdziesiąt dziewcząt (to duży zakład wychowawczy). Przez ten zakład wychowawczy przeszło ponad pięćdziesiąt dziewcząt żydowskich.

  • No tak. Ale to nie jest historia bezpośrednio z panem związana. Natomiast pan miał kolegę Żyda. I tę historię chciałbym, żeby pan opowiedział.


Ta historia tylko pozornie nie jest związana z nami. Ta historia jest bardzo związana ze mną, ale i moimi kolegami z harcerstwa, bo myśmy wiedzieli, że tam są żydowskie dziewczyny. Myśmy wiedzieli, że szesnaście dziewcząt jest w henrykowskim zakładzie, bo jako ministrant służyłem w Henrykowie do mszy, jako ministrant służyłem w Płudach do mszy i znałem te dziewczęta. Znałem niektóre nawet z imienia i wiedziałem, że są Żydówkami. Wiedziała również doskonale moja matka, która założyła towarzystwo pań, aby wspomagać te zakony, bo trzeba było utrzymać te zakony, wykarmić tych dzieciaków. Przewodziła w Płudach wielka bohaterka, siostra matka, twórczyni zakonu, Matylda Getter. Wybitna siostra, przeszła do historii. Zresztą wybito monetę na jej cześć, którą prezentowano, pamiętam, byłem na tym, w Belwederze. Matylda Getter to wielka, wspaniała siostra, która uratowała ponad dwa tysiące żydowskich dzieci. Przeszła do historii jako wybitna Polka, jako wybitna, zasłużona. Natomiast w henrykowskim zakładzie było szesnaście dziewcząt. Ja wiedziałem o tych dziewczętach. Mieszkały w tym rejonie klauzurowym, gdzie nikt nie miał wstępu, nikt. Ale przeżyły wojnę, wszystkie szesnaście dziewcząt henrykowskich. Natomiast w Płudach wszystkie dziewczęta żydowskie też przeżyły. Ale Płudy to było około dwieście dziewcząt. Natomiast tutaj było sto szesnaście prostytutek i w klauzurowym dziale szesnaście dziewcząt żydowskich.

  • Dobrze. Ale prosiłbym, żeby pan się skupił na własnej historii, a nie na historii dziewcząt.


Ale ta historia jest również częścią mojego życia. Bo Płudy są związane z matką. Matka, która tworzy towarzystwo pań, aby wspomagać matkę Getter w wykarmieniu tych dziewcząt. Słuchajcie panowie, walka o życie to była również walka o żołądek. Przecież matka moja miała do wykarmienia trzech synów, a później jeszcze dochodzi Dudek, Żyd, którego ja przynoszę z ulicy. Ale to za chwilę. Ale chciałbym, żebyście panowie zrozumieli, że toczy się walka nie tylko o nasze życie. Toczy się walka o życie dziewcząt żydowskich i Żydów, którzy ukrywają się w różnych miejscach naszych osad, pobliskich osad. To jest niezwykle ważna strona naszej okupacyjnej doli i niedoli. Ta strona wywiera na mnie, na mojej rodzinie, na moich braciach, matce, ogromne piętno.
Chce pan, żebym przeszedł do opowieści. Wracałem ze zbiórki harcerskiej. Matka zawsze mówiła, żebyśmy wieczorem nie szwendali się po ulicy, bo niektórzy Niemcy strzelali bez ostrzeżenia. Patrole niemieckie systematycznie chodziły po ulicach również naszych osad. Biegłem do domu. Po prawej stronie mojego domu był taki ogromny krzew jaśminu. Zza tego krzewu jaśminu wyszedł jakiś łachmaniarz i mówi do mnie: „Witek”. A ja mówię: „Kto ty jesteś?”. A on bęc przed moimi nogami. Zemdlał. Czekał długo, wygłodzony maksymalnie – zemdlał. To był chyba listopad 1943 roku. Rozchyliłem te łachmany, mówię: Dudek. Chwyciłem go na ręce i przyniosłem do domu. Mama była na werandzie. Mówię: „Mamo, Dudek”. Kazała go rozebrać do naga. Najstarszemu bratu kazała zakopać te ubranie. Wzięliśmy go z werandy do domu. Jak w sam raz szykowała się kąpiel. Nie było jeszcze łazienek w naszym domu, w ogóle we wszystkich domach. Ale była wanienka, w której myśmy się kąpali. Wsadziliśmy go do tej wanienki. Mama go myła, bo był straszliwie brudny i śmierdzący. Myła go mama i płakała. Mówiła do nas i do niego: „Dudek, na litość boską, co ja z tobą zrobię. Myśmy już w tej wojnie ponieśli ofiarę”. Milczenie. Przerywa je Wiesław, brat średni. Mówi: „Gdyby nasz ojciec żył, to Dudek by został”. Matka patrzy na nasze twarze, najstarszego brata, moją. Klęka, płacze dalej i przez łzy mówi: „Dobrze, Dudek zostanie. Ale życie nasze musi się całkowicie zmienić”. Dudek ląduje na pierwszym piętrze, w moim pokoju. Ja ląduję u swoich dwóch starszych braci w pokoju. Wejście do tego pokoju zasłania dębowy, ciężki kredens. Dudek nie ma prawa wychodzić. Dudek nie ma prawa nawet chodzić po tym pokoju. Może się podczołgać do okna. Okno jest w połowie przesłonięte. Jest tylko taki cienki wizjerek. Ten wizjerek jak sam raz prowadzi na ulicę Modlińską, a w głębi posterunek granatowej policji. Ma żarcia potąd. Mama prowadziła sklep, nie byliśmy w biedzie. Ale w tym domu żyje trzech chłopaków i do każdego, jak to kiedyś, może teraz już mniej, przychodzi gromada przyjaciół. Do najstarszego, o osiem lat starszego ode mnie, do średniego, o cztery lata starszego ode mnie, i do mnie. Gromada. I oni buszują do tej pory, gdzie chcą. Teraz trzeba to wszystko ukrócić. A więc na schody, które prowadzą na pierwsze piętro, trzeba te schody trochę utrudnić, żeby każdy wiedział, że tutaj będziemy rozgrywać swoje przyjaźnie, ale nie może tam ktoś chodzić, jak trzech braci jest na dole. Dudek nie ma prawa chodzić. I tak przechodzą dni, tygodnie. Dudek jest moim rówieśnikiem. Moje zobowiązanie jest wynosić nieczystości rano. Moim zobowiązaniem jest przynosić Dudkowi… Dudek to jest jego przezwisko. Nazywa się Joseph Inwentarz. Joseph Inwentarz przed wojną mieszkał obok mnie. A jestem na Modlińskiej 212. Ojciec mój odsprzedaje część ziemi Żydowi, panu Inwentarzowi. Pan Inwentarz przy kupnie tej ziemi mówi do ojca: „ Piękny jest pański dom. Chciałbym taki zbudować”. Ojciec mój mówi: „Na dobrosąsiedzkie warunki, jeżeli pan chce zbudować taki dom, jak ja mam, proszę, budowlane plany”. Inwentarz za to bardzo dziękuje i buduje dom. Obok Modlińskiej 212 buduje identyczny dom Modlińska 214. Mój ojciec, który jest zaangażowany społecznie, stara się, aby trzydzieści procent mieszkających Żydów w poszczególnych osadach włączyć do budowy tych osad, rozbudowy gospodarki. To są lata 20. i 30. Ojciec, wawelberczyk, stara się przede wszystkim zmobilizować również Żydów, którzy stoją często na uboczu, dbają tylko o własne interesy. Ten pan Inwentarz, Dudka ojciec, okazuje się właściwym, współdziałającym w kierunku intencji ojca. Niedaleko, dwieście metrów od mojego domu, zbudowali Żydzi bożnicę, synagogę swoją. Ten Inwentarz sprowadza ojca. Mój ojciec ma określoną pozycję w tym środowisku i przekonuje rabina i przekonuje Inwentarza, który, okazuje się, ma silną pozycję wśród Żydów, podobną jak rabin, żeby włączyć do życia społecznego wszystkich Żydów tam żyjących. „Życia społecznego” co znaczy? Buduje ojciec na przykład straż ogniową, pierwszy oddział straży ogniowej. Kiedy Żydzi stoją na uboczu, to mówi im: „Gdy mój dom się będzie palił, to i twój się będzie palił”. Większość Henrykowa zresztą i tych osad było drewniane. Ale ojciec miał pozycję nie tylko wśród obywateli polskich, ale również żydowskich. Stąd te pożegnanie, kiedy szedł na ostatnią drogę. Wieczorem Dudek przez ten kredens, kiedy zamykaliśmy drzwi, kiedy zamykaliśmy okiennice (okiennice były dwie, ze sztabą), schodził na dół i byliśmy w życiu rodzinnym. Tym bardziej że ten Dudek był z nami związany już dwunastoletnim życiem. Proszę sobie wyobrazić, że jak nas matka wołała na obiad, mnie i moich braci, to Dudek był pierwszy przy stole, bo on uwielbiał to, co gotowała moja matka. Moja matka mówi do Dudka matki: „Jak się mam zachować, kiedy Dudek jest przy stole? Przecież ja nie robię posiłków koszernych”. A Dudka matka brała się za głowę i mówi: „Pani Zofio, ten Dudek to jest moje utrapienie. Ja mu tłumaczę, ojciec mu tłumaczy, ale on tego nie słucha”. No i mówiąc szczerze, bawiliśmy się jak w jednej piaskownicy. Żyliśmy życiem takim bardzo bliskim. Natomiast w marcu 1940 roku cała ta żydowska społeczność zostaje wypędzona do Ludwisina (to jest przedmieście Legionowa), otoczona drutami kolczastymi, bez prawa wyjścia, bez sklepów, bez produkcji żywności, bez niczego, zamknięta i koniec.

  • Czyli właściwie getto.


Getto. W Ludwisinie getto dla wszystkich tych żydowskich obywateli w tych osadach.

  • Tam trafił również Dudek?


I tam jest Dudek, i jest jego matka. Podkreślam, byliśmy ludźmi zamożnymi. I takimi zamożnymi ludźmi była pani Inwentarzowa. Kobiety ówczesne wiedziały, że nie tylko w środkach papierowych trzeba być zamożnym, ale w środkach materialnych. Mam tu na uwadze złoto czy inne ważne klejnoty. Jednak po pewnym czasie Żydzi znajdują przejścia w tym Ludwisinie. Dudka matka wyprowadza ich z tego i córkę umieszcza w zakonie w Chotomowie u sióstr Rodziny Marii, a Dudka umieszcza u państwa – nie wiem, czy mam mówić, bo potomkowie żyją – u państwa W. Znam to nazwisko. Umieszcza Dudka u państwa W. i spisuje umowę, że jeżeli Dudek przeżyje wojnę, to państwo W. w nagrodę otrzymają dom w Henrykowie Modlińska 212. Ale państwo W. mają dwóch dorosłych synów, którzy mówią ojcu i matce: „Co nam z tego domu, kiedy będziemy w grobie. Jeżeli rozszyfrują, że jest Dudek u nas, to wszyscy stracimy głowy natychmiast, bez tłumaczenia”. Pani W. i ojciec tłumaczą synom. Przychodzi moment, że jeden z nich mówi, że jeżeli nie oddalą Dudka, zameldują na granatowej policji. Pani W. mówi do Dudka: „Dudek, musisz opuścić nasz dom”. To jest lato 1943 roku. Dudek opuszcza dom [państwa W]. Idzie na zboża, łąki, niedaleko. Jeszcze mu pani W. wynosi jedzenie w określone miejsce. Ale i te miejsce staje się zagrożone, więc idzie nad Wisłę, w knieje wiślane i w tych kniejach wiślanych wędruje. Kiedy jest zimno, niepogoda, puka do… Bo całe nadbrzeże wiślane to wioski. Dzisiaj beton, a wtedy wioski. Puka do tych wieśniaków, prosi o jedzenie. Jak opowiada Dudek, wszędzie otrzymuje jedzenie, chleb, mięso, mleko. Prosi o schronienie, dostaje to schronienie w stodole lub w stajni, ale tylko na dwa dni. I tak wędruje od domu do domu aż do jesieni 1943 roku. Przychodzą zimne dni, deszcze. Nie widzi ratunku. Poza tym jest osłabiony z uwagi na to, że nie ma tego dostarczenia systematycznego żywności. Przychodzi pod mój dom. Nie wchodzi do domu, bo wie, że może ktoś z obcych być w domu. On czeka, że spotka któregoś z moich braci albo mnie. Dzieciak, chłopak, z którego dramaty, które na niego spadają, czynią doskonałego zwiadowcę. To już znacie. Wylądował w moim pokoju.
Na wiosnę 1944 roku przychodzi informacja od jego ciotki, od pani Śnieg, tak się nazywała (zresztą umarła na Florydzie, dożyła stu lat), że ona jest na podwarszawskiej wsi, w rejonie Nowego Dworu na jednej ze wsi. Tam załatwiła dla Dudka rolę pastucha, on może tam przyjść do tej wsi. Ona już tam występuje jako krawcowa, ta pani Dora Śnieg. Kiedy ta wiadomość dociera do Dudka, to on jest wniebowzięty, bo tutaj nie może nawet chodzić. On tam przeszedł przez te knieje, żył na swobodzie dzień i noc niemal, a tutaj się nie może ruszać. Jak dowiedział się, że zostanie pastuchem, że on tam będzie oddychał świeżym powietrzem… Ale okazuje się, że moja matka mówi krótko: „Nie. Nie zgadzam się”. My mówimy: „Mamo, dlaczego? Przecież to nas trochę uwolni od tego niebezpieczeństwa, od tego ciągłego strachu”. Mama mówi: „Nie”. A jak matka moja powiedziała „nie”, to było nie. Później następował kwiecień. W kwietniu 1944 roku chociaż Armia Czerwona była daleko, to myśmy czuli, że ona maszeruje, że się zbliża. A wiecie panowie, po czym żeśmy czuli, po gębach niemieckich. Już jeden żołnierz niemiecki nie maszerował po ulicach. Oni już bali się własnego cienia, a myśmy nabierali coraz większej pewności. I wtedy moja mama powiedziała: „Dobrze, odwieziemy tego Dudka”. Moi bracia wpierw go ucharakteryzowali trochę na takiego praskiego cwaniaczka. Wsiedliśmy w Henrykowie do kolejki wąskotorowej i pojechaliśmy w czwórkę, to znaczy trzech moich braci i Dudek do Jabłonny Drugiej.

  • Czy Dudek miał typowo semicki wygląd?


Nie, nie miał typowego semickiego wyglądu, ale można było w nim rozpoznać Żyda. Żyjąc wśród Żydów, ja do dzisiejszego dnia rozpoznam Żyda. Tak żeśmy go ucharakteryzowali, że najcelniejszy wywiadowca go nie rozpoznał. W Jabłonnie Drugiej ja i Wiesław, średni brat, pożegnaliśmy Dudka, a Janek, najstarszy brat, pomaszerował z Dudkiem do miejsca docelowego. Dudek został pastuchem. Ale przed wyjściem z mojego domu Dudek do mnie mówi (byłem rówieśnikiem, więc najbardziej z nim związany): „Witek, daj mi swoją metrykę”. Ja mówię: „Wiesz, to niebezpieczne, Dudek”. – „Słuchaj, ja tylko muszę tę metrykę pokazać chłopu, który bierze mnie na pastucha. A gdybym był zagrożony, przysięgam ci, że zjem tę metrykę”. – „Dobrze. Powiem mamie i dam ci”. – „Nie. Nie mów mamie, proszę cię. Przysięgam, zjem tę metrykę”. Poszedł z metryką. A ja jako harcerz z bólem, że nie powiedziałem matce. Chyba tydzień później powiedziałem mamie, bo dręczyło mnie przyrzeczenie harcerskie. Mama mi powiedziała, że źle zrobiłem, że to ściąga na nas ogromne niebezpieczeństwo, że możemy zginąć wszyscy, bo Dudek na mękach wyśpiewa wszystko. Nie tacy bohaterowie śpiewali wszystko jak Dudek. Matka moja, która ciągle śpiewała, była taką śpiewającą mamą, przestała śpiewać. Straszliwie bolałem, bo była dla nas wszystkim.
Dudek został pastuchem. Była już wiosna 1944 roku. Dudek wypędzał cztery czy pięć krów i konia na łąki z gromadą pastuchów. Ale na wiosnę, jak to na wiosnę na wsi, panowie, dzieciaki kąpią się w rzece. A Dudek się nie kąpał. Jeden ze starszych pastuchów mówi: „Nie kąpiesz się, Witek, bo jesteś Żydem”. Bo on jest ciągle Witold Lisowski. U chłopa Witold Lisowski i u chłopaków jest Witold Lisowski, u pastuchów. „Nie kąpiesz się, bo jesteś Żydem”. Dudek mówi: „Nie jestem. Jestem Polakiem”. – „No to pokaż siusiaka”. – „Nie pokażę. Ale pokażę na posterunku policji”. A policja granatowa była w następnej wiosce, posterunek. To ten herszt pastuchów mówi: „No to chodźmy na ten posterunek”. On mówi: „No to chodźmy”. I cała ta gromada pastuchów idzie na ten posterunek policji. Ja mówię później do Dudka (on wielokrotnie odwiedzał mnie już po wojnie): „I co ty, Żydzie, myślałeś, idąc z tymi pastuchami?”. A on mówi: „Myślałem o jednym, kiedy i w jakim momencie uciekać”. Ale kiedy zbliżali się do tej wioski, w której był posterunek policji, na początku tej wioski była karczma i tam pastuszkowie zobaczyli swoich panów, u których pracowali jako pastuszkowie. I herszt mówi: „Wierzę ci, Witek, że nie jesteś Żydem, jeżeli ty tutaj doszedłeś. Wracamy na pole, wracamy na łąki”. Dudek doczekał wyzwolenia. A my teraz przenosimy się do Witka, jego braci i matki.

  • No właśnie. Jak pan wspomina okres wybuchu Powstania?


To był najdramatyczniejszy okres dla naszego miasta, dla wszystkich, którzy żyli pod tym niebem. W pierwszym dniu Powstania na ulicach Henrykowa zabici zostali przez Powstańców, zresztą wątpliwej jakości bohaterów, dwóch niemieckich żołnierzy, dwóch niemieckich oficerów. Jadą na motocyklu, dostają serię i kończą swój żywot.

  • 1 sierpnia?


To było w przeddzień 1 sierpnia albo dwa dni wcześniej, nie jestem taki na sto procent pewny, ale na moment przed wybuchem Powstania. Tego samego dnia przyjeżdża karna ekspedycja i pali Henryków. Płonie jak żagiew mój dom. Płonie obok pięciopiętrowa kamienica. Jej właściciel, pan Racz, skacze z tej kamienicy. Widzę lecącego pana Racza. Czekał. Jak pierwsze piętro, to on jeszcze trwał, drugie piętro w płomieniach. Upłynęło parę minut, prawie godzinę paliła się. Oni rzucali zapalające granaty. Rzucano również płonące granaty w mój dom. Odłamek tego granatu rani mnie w głowę. W piwnicy mojego domu ukrywa się wuj Stanisław, który gdy wyjdzie, zostanie zabity. A więc nie wychodzi. Płonie ten dom.

  • Dlaczego wuj się ukrywa?


Dobre pytanie. Mężczyźni w sile wieku to są śmiertelni wrogowie. Oni giną. W tych osadach żyje niewielu mężczyzn, najczęściej starszych. Wuj mój, stryj, ginie w pierwszym dniu Powstania na barykadzie Woli, stryj Bolesław. Wuj Stanisław ginie w płonącym domu. Nie wyjdzie. Upiecze się w piwnicy. Ma taki schowek w tej piwnicy. Ale mimo wszystko upiecze się jak na rożnie. Mój brat Wiesław do piwnicy, gdzie jest otwór, przynosi rurę od piecyka, myśli, że go nikt nie widzi, żeby mógł wujek oddychać świeżym powietrzem. Podaje mu tę rurę od ulicy. Zauważają to Niemcy. Wyrywają tę rurę, depczą ją. A oficer niemiecki, starszy oficer, z tymi karbowanymi pagonami, każe rozstrzelać Wiesława. Ale nie na ulicy, tylko każe mu… Bo jak w sam raz u mnie jest tak, nasz dom od ulicy Modlińska 212, później był drugi dom i trzeci dom. W tych domach, gdzie mieszkali lokatorzy, to były domy czynszowe, które zbudował ojciec. On prowadzi Wieśka za trzeci dom i mówi, ten hitlerowiec z blachą na piersi, mówi do niego łamaną polszczyzną: „Przeskoczysz płot, legniesz w kartoflisku – taki tam był ogród z kartofliskami – i będziesz leżał tam do zmroku. Będę strzelał, ale nie w ciebie”. Wiesław wykonał to, co mu kazał. Puścił dwie serie i odszedł. Byliśmy przekonani, że nie mamy już brata. Wiesław leżał tam, jak mu hitlerowiec kazał. Okazuje się, że Polak, nie czystą, ale polszczyzną, dobrą polszczyzną, wyjaśnił mu jego rolę.

  • To wszystko dzieje się jeszcze przed sierpniem czy już w sierpniu?


To jest na dzień przed sierpniem.

  • Palenie Henrykowa, tak?


Płonie Henryków. Płoną wielkie kamienice po prawej stronie. Modlińska 257, zakon, pozostaje. Te inne domy po lewej stronie Henrykowa zostają. [Płonie] prawa strona, skąd prawdopodobnie wyszli ci Powstańcy, którzy zabili tych Niemców. Ale Niemcy pędzą nas w kierunku Jabłonnej, tak jak stoimy. Zostaje cały majątek. Ludzie wszystko zostawiają i tak jak stoją, idą, jak zostali wypędzeni. Ja przez doktora Honryksa opatrzony, łeb obwiązany dookoła. Pędzą nas w kierunku Jabłonnej. Aha, przed tym ustawiają nas przed domem Dudka, bo Dudka dom nie jest spalony. Oni nie wiedzą, czy to jest żydowski, czy co. To są przecież ludzie, którzy przyjechali tylko pognębić tę osadę. Przed domem Dudka ustawiają nas około setki mieszkańców Henrykowa. Na torach kolejowych, które idą tuż obok, ustawiają karabin maszynowy. Kobiety podnoszą straszliwy lament Pamiętam słowa matki: „Przestańcie płakać i krzyczeć. Zobaczcie, jak oni się cieszą z tego powodu, zobaczcie na ich gęby. A tu stoją hitlerowcy naprzeciwko. I w kilkanaście sekund po tej matczynej przemowie podjeżdża odkryty samochód niemiecki. Wysiada oficer w stopniu pułkownika albo majora, ma ten pleciony pagon i każe nas przepędzić. Co by zrobili z tą setką zabitych ludzi? Kto by ich pochował? Śmierdzieliby za kilka dni. Przecież to było ciepłe lato. Pędzą nas w kierunku Jabłonnej. Wiemy, że prawdopodobnie w Buchniku oddamy żywot, bo zastrzelą nas w lesie, w Buchniku albo gdzieś nad brzegiem Wisły w Jabłonnej. Po drodze upada jakiś staruszek, zabijają go. Ale kiedy jesteśmy na wysokości Jabłonnej, rozpoczyna się jakiś warkot. Ten warkot narasta, ten warkot straszliwie narasta. Wiele kobiet zrozumiało, że to jest koniec świata. Naprawdę to był niespotykany warkot. To leciało nad Warszawę sto dwadzieścia alianckich bombowców, nawet mówią, że sto dwadzieścia sześć, załadowanych sprzętem bojowym, żywnością i innymi środkami, amunicją. Lecieli na wyznaczony punkt Warszawy, na kościół praski z dwoma wieżycami. To był ich namiar lotniczy. Ta straż niemiecka, która nas prowadziła, natychmiast skupiła się razem i odjechała, zostawiła tych swoich skazańców. Ludzie zaczęli sobie padać na szyję, ale przede wszystkim uciekać z tego miejsca jak najszybciej, gdzie pieprz rośnie, w różne strony. Niemcy odjechali, bo spodziewali się, że to jest aliancki desant, a nie zrzut, który w siedemdziesięciu procentach spadał w ręce niemieckie.

  • Ale w którym momencie to było? Pan mówił, że to było jeszcze przed wybuchem Powstania?


Nie, nie, to było jednak… To musiało być w czasie Powstania. To był dzień ten sam czy może następny. Trudno mi jest to powiedzieć, ale to był… Nie jestem pewien co do tych wydarzeń. To było może już w czasie Powstania. Ja to muszę jednak kiedyś usystematyzować w rozmowie z moimi przyjaciółmi, no bo lecieli przecież.

  • Może przelot po prostu pan inaczej zinterpretował. Olbrzymie zrzuty były później.


Poważne zrzuty były później.

  • Dobrze, zostawmy to. Leciały samoloty i wypłoszyły Niemców.


Oni zebrali się, przekonani, że będzie to desant. Myśmy uciekali, gdzie pieprz rośnie.

  • To było na wysokości jakiej miejscowości?


To było na wysokości Jabłonnej, już za Jabłonną, krótko. Uciekaliśmy na most pontonowy. Był most pontonowy. Nie pamiętam tej miejscowości. Przez most pontonowy przeszliśmy na stronę lewą Wisły i uciekaliśmy w kierunku puszczy. Wiedzieliśmy, że Niemcy boją się lasów, puszczy, że tam uzyskamy schronienie.

  • Czy znaczna część mieszkańców wybrała tę samą drogę, czy tylko pana rodzina?


Nie, nie, znaczna część. Wiem, że zaraz za Wisłą był nalot niemiecki. Bombardowali, prawdopodobnie lecieli na Puszczę Kampinoską. Wiem, że bombardowali poszczególne wioski. Chcieliśmy dostać się do jednego ze schronów i powiedziano nam, że jest tyle ludzi w tym schronie, że nas nie mogą przyjąć. Pamiętam, że pod jakimś wzgórkiem ułożyła nas matka i siebie, i żeśmy tam przeczekali ten nalot. Dotarliśmy w tej drodze… Wyszliśmy, tak jak staliśmy. Jeden zasób, który pomagał nam później w życiu, to był woreczek na szyi mojej matki z klejnotami. Inne rzeczy zdołaliśmy zakopać. Wykopaliśmy dwa doły na podwórku wcześniej, gdzie złożyliśmy wszystko, co najcenniejsze. Jeden dół ktoś rozkopał, drugi dół zachował się do naszego powrotu. Myśmy dotarli do wsi Wiejce. Mama spotkała się z właścicielką, wdową też. Szybko dogadali się i pod tą wiejską chatą znaleźliśmy schronienie. Dzięki tym środkom, które mama miała na piersi, zdołaliśmy przeżyć do 17 stycznia. 17 stycznia przeżyliśmy bitwę, która toczyła się między Rosjanami a Niemcami, i ruszyliśmy do domu. Tego samego dnia, którego nas wyzwolili, ruszyliśmy do domu przez zamarzniętą Wisłę. Przyszliśmy do domu, który już nie istniał. Stały tylko kikuty. Mieliśmy jeszcze przecież dwa domy czynszowe, ale w tych domach już zasiedlonych było wiele rodzin, które nie miały gdzie się podziać, a byli rodziną mieszkańców, którzy mieszkali przed Powstaniem. Wylądowaliśmy w piwnicy własnego domu. Później mama, po rozkopaniu tego domu, znalazła środki, tak że znaleźliśmy inne pomieszczenie. Ale ciągle było ciężko, jak to się mówi, o kawałek chleba. Te środki, które były, one topniały. Postanowiłem z bratem iść do wojska. Zaprzyjaźniony z polskimi saperami Ludowego Wojska Polskiego.

  • O którym momencie pan mówi, o którym roku?


Styczeń 1945 roku. Powiedziałem tym saperom, z którymi zaprzyjaźniłem się, że ojciec poległ na polu bitwy jako oficer, szukam matki i braci. Skłamałem. „No to jak chcesz iść z nami, to proszę, zapraszamy cię. Będziesz naszym synem pułku”. To był styczeń, koniec stycznia. W maju skończyła się wojna. Wszystkich synów pułków po wojnie zebrano do tak zwanej kompanii małoletnich żołnierzy. Wszyscy synowie pułku wylądowali w jednej kompanii, w której uczono na poziomie szkoły podstawowej. Jastkowo, Łódź, Legnica to miejsca przenosin tej kompanii małoletnich żołnierzy. W Legnicy ukończyłem małą maturę. Jako żołnierz, jako Powstaniec warszawski byłem na najwyższej funkcji kadeckiej, [to znaczy byłem] pomocnikiem dowódcy plutonu. Wiadomo, oficerowie wiedzieli, nasi wychowawcy, że jestem harcerzem, że jestem żołnierzem „Szarych Szeregów”, że ojciec mój był oficerem, że miałem bogatych dziadków. Wszystko wiedzieli, bo nie było powodów… Tak jak wam opowiadam, tak im opowiadałem.
W 1947 roku kompania małoletnich zostaje przeniesiona do Warszawy, do nowo stworzonego na ulicy Wiśniowej korpusu kadetów, a więc jednej z najpiękniejszych szkół Warszawy, w której znalazło miejsce około trzystu chłopców i około stu kadetów kompanii małoletnich. Myśmy nie mogli się nacieszyć tym wystrojem szkoły na Wiśniowej, to znaczy kadeci legniccy. Nie mogliśmy się nacieszyć przede wszystkim stołówką, bo przecież w Legnicy byliśmy normalnymi żołnierzami, kasza i śledź prawie codziennie, a tutaj żarcie wręcz królewskie. Niektórzy chłopaki mówili: „Słuchajcie, oni na próbę tylko nam to dają. Zgarniajcie wszystko, co dają, żeby wiedzieli, że to nam odpowiada”. Tu [tego, że byłem] harcerzem, już nie brano pod uwagę, ale jako pomocnik dowódcy plutonu z Legnicy zostałem pomocnikiem dowódcy najstarszego plutonu. A więc byłem pierwszym kadetem, jak to by w szkole rycerskiej było oceniane. Byłem też bardzo dobrym uczniem. Ale któregoś dnia wołają mnie do dyrektor nauk, która praktycznie rządziła korpusem kadetów, do pani major Bibrowskiej. Pan Bibrowski był chyba numer jeden wojska KBW, pułkownik Bibrowski. Z uwagi na to, że mój pluton przodował, a ja byłem dobrym uczniem, szybko ubrałem się w mundur wyjściowy, aby zameldować się pani dyrektor nauk i pani major, bo myślałem, że zostanę wyróżniony czy jakoś pochwalony, czy coś w tym sensie. Ale kiedy zameldowałem się u niej, to ona mi powiedziała takie słowa, że z uwagi na to, że w ostatnim życiorysie nie napisałem, że byłem harcerzem „Szarych Szeregów” i że nie powiedziałem o moim pochodzeniu, że to ukryłem, zostaje wydalony z korpusu kadetów. Ja mówię: „Obywatelko majorze, ja niczego nie ukryłem. Proszę zapytać moich dowódców z Legnicy. Oni kazali mi opowiadać o Powstaniu Warszawskim, o moim harcerstwie, o sytuacjach bojowych, w których byłem uczestnikiem”. Ona mówi: „Tak, ja to rozumiem, ale nasza decyzja jest nieodwołalna. Możecie odejść”. Wstałem. Po raz pierwszy w życiu nogi moje odmówiły mi posłuszeństwa, zachwiałem się. Zdołałem wyjść z tego pokoju. Zaszyłem się w takim ciemnym kącie budynku szkolnego. Bo był budynek mieszkalny i budynek szkolny. W tym budynku sale lekcyjne były wyposażone, że w głowie się nie mieściło. Korpus kadetów jeszcze nazywał się KBW, korpus kadetów Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zaszyłem się w tym [budynku] i zacząłem straszliwie płakać. Byłem w dziesiątej klasie, przedmaturalnej. Przede mną była przyszłość. Mogłem jako dobry kadet wybrać akademię wojskową. Tutaj nagle w jednej sekundzie zostało przerwane wszystko. Ryczę w tym kącie. Mam szesnaście lat. W tym kącie podchodzi do mnie pułkownik Gembarowicz, nasz oficer, profesor chemii. Mówi do mnie pułkownik, przedwojenny pułkownik, chemik. Podszedł do mnie, wyprężyłem się, bo siedziałem tam skulony. „Wiem, co cię spotkało. Nie mogę ci pomóc. Pamiętaj, że jesteś starym żołnierzem, harcerzem. Musisz to wytrzymać”. Uścisnął mnie i odszedł. Może musicie mi uwierzyć, panowie, że w najcięższych chwilach mojego życia, a przecież jestem po dziewięćdziesiątce, kiedy mi ciężko zawsze wracam do tych słów, co powiedział pułkownik Gembarowicz. „Pamiętaj, że jesteś starym żołnierzem. Musisz być silny”. Kiedy wyszedłem z ulicy Wiśniowej… Aha, ubranko, w którym przyszedłem do kompanii małoletnich, istniało w magazynie. Ale kiedy sierżant magazynierowy zobaczył, że mam się ubrać w to ubranko jako szesnastoletni chłopak, powiedział: „To jest niemożliwe. Poczekaj, jak oni pójdą – oni to znaczy oficerowie korpusu kadetów – to ja cię ubiorę”. I ubrał mnie w to, co mógł. Szedłem z ulicy Wiśniowej. Nie wsiadałem do żadnego pojazdu, szedłem na piechotę do mostu Kierbedzia. Nie było mostu Kierbedzia, bo leżał w Wiśle, ale był most pontonowy obok Kierbedzia. Więc przeszedłem przez ten most pontonowy, żeby wsiąść do kolejki wąskotorowej i przyjechać do Henrykowa.

  • Proszę mi powiedzieć, czy…


Jeszcze moment. Tylko ten wątek. Jeden momencik. To chciałem powiedzieć tylko i zaraz panu pozwolę zapytać. Dobrze. Trudno, proszę pytać.

  • Mam dwa albo trzy pytania. Pierwsze pytanie jest takie, że dosyć szybko pan przeszedł od momentu przekroczenia Wisły z grupą z Henrykowa, do momentu 17 stycznia. Czy ma pan jakieś wspomnienia z okresu pomiędzy, czyli z pobytu w tej wsi? Wieś była na terenie Kampinosu, tak?


Tak, na terenie Kampinosu. To była wieś Wiejca, a właścicielka domu i gospodarstwa to była wdowa, pani Kowalska. Miała córkę. Przede wszystkim pani Kowalska była dobrą kobietą. Przyjęła nas. Mama miała środki jeszcze dość znaczne, żeby wynagrodzić panią Kowalską. I tam przeżyliśmy ofensywę styczniową.

  • Czy tam były jakieś echa Powstania, partyzanci albo wojska niemieckie, czy ten teren w ogóle był poza terenem działań?


Bardzo dobre pytanie. Przecież jesteśmy tam od sierpnia. Trzeba było wyżywić. Matka miała do wyżywienia cztery buźki. Trzeba było pomóc również pani Kowalskiej, która miała córkę i która użyczyła nam dachu nad głową. Więc matka moja, niezwykła kobieta… Przepraszam, że wychwalam przed państwem matkę, ale niezwykła kobieta. Ona potrafiła zachować się w każdej chwili, w każdym momencie życia. [Matka] prowadzi handel. Z najstarszym bratem idzie, handluje, zarabia na rodzinę, zarabia na utrzymanie materialne swojej rodziny i pomaga pani Kowalskiej. Ta straszliwa nawałnica, która przechodzi 17 września, daje nam kilka obrazów. Na skraju puszczy widzimy, jak Rosjanie zabijają swoich własnych żołnierzy, których wyzwalają z niewoli niemieckiej.

  • Czyli 17 stycznia? Pan powiedział, że września.


Stycznia. Zabijają własnych żołnierzy. Ale jest taki dzień jeszcze przed wkroczeniem Armii Czerwonej, że matka moja zostaje przyłapana przez Niemców i brat najstarszy Janek i wtrącona w Kampinosie do bunkra, bo ma przy sobie różnego rodzaju pokarmy. Ale ma na tyle dużo tych pokarmów, że Niemcy w Kampinosie są przekonani, że ona jest łącznikiem do lasu, nie do rodziny własnej we wsi, tylko do lasu, i że niesie żywność dla partyzantów. Wtrącają brata i matkę do bunkra. Ktoś nam donosi we wsi Wiejca, że matka i brat jest w tym [bunkrze], więc ja z bratem średnim Wiesławem idziemy do Kampinosu i prosimy, że chcemy spotkać się z matką. Odpędzają nas. Stoimy calutki dzień pod tą bramą niemiecką, w którym jest bunkier z matką. Kiedy oni się zorientowali, że matka ma jeszcze dwoje dzieci i te dzieci ciągle stoją pod tą bramą, jakoś zdecydowali się w końcu, że wypuszczą tę matkę. Kiedy zobaczyliśmy matkę, to ja widzę ten obraz ciągle, była tak sina, pobita, strzaskana po twarzy. Oni bili Janka i matkę po to, żeby przyznali się, że współpracują z partyzantami. Ale to było przed ofensywą, chyba dwa tygodnie czy trzy tygodnie wcześniej. W czasie ofensywy widziałem zabitych żołnierzy rosyjskich przez Rosjan.
My wracamy przez Wisłę, jak powiedziałem, po lodzie, do domu. Domu nie ma. Mieszkamy w piwnicy. Idę do wojska. Znajduję się w kompanii małoletnich, a później docieramy do Korpusu Kadetów. Jeszcze moment. Z tego korpusu kadetów w trzy dni później znalazłem się w gimnazjum. Pierwsze moje spotkanie z dyrektorem gimnazjum i liceum Władysława IV na Pradze. Dyrektor do mnie mówi: „Jak to, ty w lutym przychodzisz do dziesiątej klasy? To jak cię mamy ocenić?”. Ja mówię: „Panie dyrektorze, ja nie przychodzę z własnego powodu. Zostałem wypędzony z korpusu kadetów”. „Opowiedz mi o tym”. Opowiedziałem mu. Wyszedł zza biurka, podał mi rękę i powiedział: ”Wróciłeś do swoich. Nie martw się”. Zaprowadził mnie do klasy, to liceum męskie, i powiedział: „Chłopaki, przyprowadzam wam kolegę, którego ktoś straszliwie skrzywdził. Zaopiekujcie się nim”. Pamiętam, jeden chłopak się zerwał z miejsca i oddał mi swoje krzesło, bo wtedy do Władka IV przychodziło się z własnym krzesłem. Ale Remek Surgiewicz harcerz z mojego zastępu, syn Symeona, maszynisty kolejowego, był w szkole podchorążych już i dowiedział się o tym, że przepędzono mnie z korpusu kadetów. I powiedział ojcu: „Ojciec, Witka przepędzono z Korpusu Kadetów za obco klasowe pochodzenie jego dziadków i za oficerstwo jego ojca”. Ale wtedy już pan Symeon Surgiewicz nie był maszynistą kolejowym, tylko był wiceministrem komunikacji w rządzie Polski Ludowej. Wiśniewo odwiedzał również często Gomułka. [Surgiewicz] był zaprzyjaźniony bardzo z panem Gomułką. Istotnie Symeon Surgiewicz był klasycznym komunistą. I w kilka tygodni później żegnałem Władysława IV, dyrektora liceum i szedłem do szkoły oficerskiej. Oficerską szkołę ukończyłem jako prymus. I byłem w niej, tylko nie półtora roku, jak inni, tylko pół roku.

  • Pan w pewnym momencie nazwał się Powstańcem warszawskim, a właściwie z pana historii wynika, że w Powstaniu jako takim nie brał pan udziału. Dlaczego pan siebie tak postrzega?


Tak. Moi panowie, ja traktuję, że każdy harcerz, a nawet każdy polski dzieciak w tamtych latach był Powstańcem warszawskim. Ja byłem wielokrotnie wyróżniany za swoją pracę w działalności propagandowej, w działalności kurierskiej, wyróżniany z pochwałą przed frontem zastępu. To było wielkie wyróżnienie. Tylko kilkudziesięciu, może kilkuset starszych, którzy byli żołnierzami 5. i 6. kompanii Armii Krajowej, oni posiadali broń. Często jak idę do szkoły, to chłopaki pytają: „A jaki pan miał karabin?”. A ja mówię: „W ogóle nie miałem broni”. I czuję, jak moje akcje spadają. „Nie miał broni, a Powstaniec warszawski”. Nasza służba nie była gorsza od tych, którzy walczyli na polu bitwy, jak mój stryj Bolesław, który zginął na barykadzie warszawskiej. Ale ta służba, którą odbyłem, była wartościowa. Przede wszystkim była to służba przygotowania do walki. Myśmy przechodzili bardzo solidne szkolenie. Miałem szczęście, że miałem wspaniałych starszych kolegów, którzy byli naszymi dowódcami harcerskimi. Ta służba kolejowa to moja codzienna praca, która… Zdawałoby się – rozkleja afisze, śpiewa piosenki, cóż to. A to było potrzebne nie tylko dla nas. Naprawdę ludzie tego słuchali, ludzie to czytali. Nasza służba w poszczególnych osadach to najczęściej była służba propagandowa. To nie było, że stałem z rozpylaczem w hełmie i waliłem do Niemców, nie.

  • Czy jest jeszcze coś, czym chciałby pan podsumować swoje wspomnienia, coś jeszcze dodać na koniec?


Coś z humorem powiem. Była w Płudach rocznica naszego kościółka. On stoi do dzisiaj, bardzo piękny, zabytkowy kościółek. Służyłem tam do mszy tak jak moi bracia starsi, jak wszyscy harcerze zastępu. A po wojnie drużyna moja zbierała się u mojego zastępowego raz w miesiącu na kawę czy na lampkę wina. Wspominaliśmy nasze harcerstwo. A byłem już wtedy pułkownikiem Wojska Polskiego, doktorem habilitowanym, dyrektorem Muzeum Wojska. Na jeden ze zbiórek mówi do mnie „Maciek”, mój zastępowy: „Słuchaj, mamy rocznicę w kościółku naszym na Płudach. Będziemy służyć do mszy, wszyscy ministranci”. – „Tak jest”. Ale pod koniec tego naszego spotkania drużynowy mówi do mnie: „Nie będziesz uczestniczył w tym ministranckim obowiązku”. Ja mówię: „Czemu, druhu?”. – „Bo chcemy, żebyś dalej był dyrektorem Muzeum Wojska Polskiego”. Czy to rozumiecie? Ja harcerz zastępu „Zawiszaków” Szarych Szeregów spotykam się ciągle wśród swoich kolegów przez całe powojenne życie. My żyjemy, ciągle drużyna i zastęp żyje, my wracamy do naszych dziecięcych lat walki, a tu zapraszają mnie nie jako pułkownika, dyrektora Muzeum Wojska Polskiego, jako autora licznych już prac, jako autora licznych wystaw krajowych i zagranicznych, tylko mnie zapraszają jako ministranta na Płudy do rocznicy kościelnej. Ale wie drużynowy, że przestanę, bo są przecież ludzie, którzy to natychmiast doniosą, że Witold Lisowski służy przy ołtarzu jako ministrant.

  • Który to był rok?


To był rok 1988 chyba. Panowie, trzeba to przeżyć, żeby to zrozumieć wymowę całego postępowania, całego naszego parszywego życia, bo masz tu w sercu swoją przeszłość, dziadkową, ojcową, harcerską i kiedy wielu mówi, że to wszystko upadnie, zmieni się, wróci Polska, do mnie nie dociera. Dobrze, że o tym sobie wspomnę. Kiedy miałem iść na szkołę oficerską, przyszedłem do dziadka, który był wrogiem Polski Ludowej. Jeszcze jestem uczniem Władysława IV, ale już jutro mam jechać w świat do oficerskiej szkoły. Mówię: „Dziadku, proponują mi powrót do wojska i do szkoły oficerskiej. Chciałem usłyszeć twoją decyzję”. U mnie w rodzie jest to bardzo silnie przestrzegane. Ciężko. Bo dziadek mi mówi: „Słuchaj, kim ty będziesz, tylko od ciebie zależy. Ty wiesz, co masz w sercu”. Dziadek mój bardzo mało mówił słów. W całym życiu bardzo mało mówił słów. Tak jak babcia opowiadała o wszystkim i przygotowywała do wszystkiego… Boże, a ja te słowa zawsze noszę w sercu: „To tylko od ciebie zależy”. W szkole oficerskiej, pamiętam, wieczorem, panowie, stawaliśmy do modlitwy i śpiewaliśmy „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Rano żeśmy wstawali przed zbiórką wojskową i śpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze”. Później śpiewało nas połowa. Później jedna czwarta. A na końcu śpiewało nas dwóch, kapral Gryman i plutonowy Lisowski. Któregoś dnia prosi mnie dowódca batalionu na wolnym powietrzu, kapitan Ferdek, i mówi: „Czy chcesz, żebyś został oficerem?”. – „Tak, panie kapitanie”. – „To czy musisz śpiewać »Ranne zorze« i »Wszystkie nasze…«? Ja też śpiewam, ale w domu. A ty śpiewaj, jak chcesz i powinieneś, ale pod kocem”. Gryman śpiewał do końca, nie został oficerem. Ja przestałem śpiewać, ale zostałem nim.

Warszawa, 13 czerwca 2023 roku
Rozmowę prowadził Sławomir Turkowski

Witold Wincenty Lisowski Pseudonim: „Lis”, „Prosty” Stopień: służby pomocnicze Formacja: Szare Szeregi; Obwód VII „Obroża” Dzielnica: Henryków

Zobacz także

Nasz newsletter