Wojciech Łojkowski

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Wojciech Łojkowski, w czasie Powstania byłem w rejonie ulicy Wolska, Prądzyńskiego. Tam mieliśmy dwa mieszkania: jedno na Prądzyńskiego, drugie mieszkanie na Wolskiej, dlatego że ojciec był w konspiracji, dla niego było wygodnie, natomiast na Prądzyńskiego było dwóch folksdojczy: Bekier i Kostrzewa, w mundurach. Bekier był po cywilnemu, on był szefem straży u Lilpopa, w fabryce.

  • Teraz może wrócimy do początku wojny. Ile pan miał lat?

Osiem lat, jak wybuchła wojna w 1939 roku.

  • Pamięta pan 1 września 1939 roku?

Pamiętam, jako dziecko, że byliśmy w grupie dzieci i śpiewaliśmy piosenki przeciwko Hitlerowi: „Mucha kraulem płynie w zupie, my Hitlera mamy w d…” i tak dalej. Tych piosenek było sporo, poprzeinaczane, dostosowane do tego okresu, w którym wybuchła wojna. Natomiast pierwsze bombardowania odczuliśmy już chyba piątego czy szóstego dnia wojny.

  • Bomby padały gdzieś w pana okolicy?

Tak, bo mieszkaliśmy w fabrycznym domu Lilpopa, a po drugiej stronie była fabryka Gerlacha. Tu mam właśnie zdjęcia.

  • Jaka to ulica była?

Prądzyńskiego. Ulica Prądzyńskiego oddzielała fabrykę Lilpopa, Rau i Loewenstein od fabryki Gerlacha, [fabryka] karabinowa tak zwana. Ten dom właściwie był w takim miejscu strategicznym, bo z jednej strony do niego było daleko, kolej, Planty, z drugiej strony był też spory kawałek do ulicy Wolskiej, jak park Sowińskiego. W tym domu właściwie była grupa ludzi, czterdziestu sześciu lokatorów, potężna gromadka.

  • To wszystko pracownicy fabryki, tak?

Pracowali w fabryce Lilpopa, u Gerlacha, w gazowni, w elewatorach, elektrownia też była na rogu Wschowskiej i Prądzyńskiego, tak że nie było tam bezrobocia w dzisiejszym tego słowa znaczeniu.

  • Pana rodzice też tam pracowali?

Nie, rodzice nie pracowali w fabryce. Moja mama pracowała w Ruchu, miała brata ciotecznego, on ją tam [zarekomendował], pomógł jej troszeczkę.

  • W Ruchu, czyli sprzedaż gazet?

Tak, w sprzedaży. To było rozprowadzanie gazet. Tamten okres dzieciństwa wspominam jako szczęśliwy.

  • Ten wojenny?

Tak, i ten wojenny, i przedwojenny, i wojenny, dlatego wojennego okresu na Prądzyńskiego nie odczuwałem tak jak na Wolskiej, bo na Wolską sprowadziliśmy się przełom 1943/1944.

  • Z powodu właśnie konspiracji?

Konspiracji, tak. Tam ojciec się bardzo dobrze czuł i uciekał z tego domu, bo był [folksdojcz] Kostrzewa, SA, on chodził w mundurze i w czasie Powstania też był w mundurze. Prosili go mieszkańcy, że w razie czego nas chronił, i on rzeczywiście spełnił tą rolę. Stał przed bramą…

  • Na Prądzyńskiego?

Na Prądzyńskiego. Na Wolskiej byliśmy zdani całkowicie pod kuratelę niemiecką. Tam był strach, pożoga, i jak mama żyła jeszcze, to kursowaliśmy Wolska 139, naprzeciwko cerkwi jak parkan, do dzisiaj jest w parku Sowińskiego, oddzielający cmentarz ruski, taka nazwa była kiedyś, nie prawosławny, tylko na ruskim cmentarzu się mówiło, od parku Sowińskiego. I ten nasz dom stał, jak jest mur oddzielający park Sowińskiego od cmentarza, po przeciwnej stronie. Tam już była groza.

  • Ale tam, to Powstanie, rozumiem?

To już w Powstanie.

  • To była jeszcze okupacja czy pan chodził do szkoły?

Chodziłem do szkoły na Wolską [125], tak zwane Baraki. Później, kiedy pan kierownik Lewandowski był, podobny do Piłsudskiego był i wąsy miał, dlatego utkwił nam wszystkim, młodzieży tej, dzieciarni wolskiej w pamięci. Później, kiedy wprowadzono kursy zawodowe do szkoły dla starszej młodzieży, to nas przeniesiono do szkoły na Bema, obecnie liceum ogólnokształcące. Z tym że kiedyś była szkoła powszechna Lewandowskiego, Wróblewskiego i Maciejewskiego.

  • To były prywatne szkoły?

Prywatne szkoły tych trzech panów, zasłużonych pedagogów i działaczy szkolnych już w okresie przedwojennym.

  • Jak wyglądała nauka szkolna już w czasie okupacji? Czy ona bardzo była okrojona przez Niemców, jaki był program, czym się różniło?

Za mały byłem, żeby ocenić program niemiecki w stosunku do programu, który [był wcześniej]… Wierzyliśmy naszym nauczycielom, bo nauczyciele ci byli od przed wojny, tak samo i za okupacji. Pani Wróblewska była, żona później pana Lewandowskiego. Była pani Krawczykówna, pamiętam, pani Krawczykówna uczyła nas na Bema w szkole. Jak dzieci układały zdania… To była pierwsza klasa, układamy zdania i dzieciaki mówiły sznurówkie, łyżkie, panią to strasznie denerwowało i to jej słowa: „Dzieci, tyle razy wam mówię, że nie łyżkie, nie sznurówkie, nie żarówkie, i tyle razy wam mówię a no, a wio, a be barany”. To mi utkwiło z pierwszej klasy, 1938 rok, pierwsza klasa. Pamiętam, lekcje zaczynaliśmy od pacierza, przeżegnali się, od pacierza, i od razu była piosenka.

  • Jaka?

„Jadą, jadą dzieci drogą, siostrzyczka i brat, i nadziwić się nie mogą…”, a dzieciaki mówiły: „mogo” i od razu korektę robiła: „Nie mogo, tylko mogą”. Zwracała bardzo na to uwagę i bardzo się denerwowała. Pani Krawczykówna, piękna postać nauczycielska. Jak zachorowała i powiedziała: „Dzieci, jestem chora i nie ma mi kto węgla znieść do piwnicy” – a mieszkała w budynku, gdzie jest obecnie szkoła na Bema, tylko wejście jest pierwsza brama, jak się idzie od Wolskiej… Ludwiki się mija, i w stronę… Teraz ta trasa jest… Dworska, do Dworskiej, to pierwsza brama przy szkole. Cała klasa przyszła pomóc nauczycielce znieść węgiel.

  • Nauczyciele byli wtedy autorytetami. Czy jakieś postaci historyczne też były dla dzieci autorytetami?

Ze szkoły nie pamiętam, ale generał Sowiński, ponieważ szkoła na Bema była imienia Sowińskiego, natomiast na Barakach nie pamiętam, czy była nazwa, ale też się tam dobrze czułem w tej szkole. Po prostu grono pedagogiczne było oddane młodzieży.

  • I tu wojna nie miała nic do tego, żeby przeszkodzić?

Wojna miała tylko to, jak w klasie ojciec kolegi był na afiszu, jak rozstrzeliwali, te różowe afisze na ścianach, na bramach i domach Warszawy były, to kolega mówi, że ojciec mu zginął, a utkwił mi, bo ja już grałem na akordeonie wtedy, mimo że miałem tak mało lat, ale mama po prostu zażyczyła sobie, a on grał na skrzypcach, i tak muzyka nas jakoś łączyła. Nie to żebyśmy razem grywali, ale łączyło nas słowo muzyka. W tej szkole na Bema też nie rozróżniałem programu. Nauczyciele tak prowadzili zajęcia, że… Młody wiek był, to już w Barakach to była druga, trzecia klasa, już okupacja, bo to, co pani mówiłem, to przed wojną się działo, jeszcze Żydzi z nami chodzili do szkoły, to jak religia była, to oni z lekcji wychodzili.

  • Czy jakoś inaczej traktowaliście tych Żydów kolegów?

Trudno mi jest powiedzieć, czy ja, ale wiem, że były przeciwko Żydom takie nieprzyjazne odruchy dziecięce. Jak ksiądz wchodził, to już mówili: „Żydzi, wynocha!” – w ten sposób. Mówię, że nie cała klasa, to były jednostki. Chłopaki z Jelonek przychodzili do szkoły, Górczewska, Elekcyjna, Redutowa, okoliczne ulice, w pobliżu, bo na Bema to już była inna kultura. Na Bema trzeba było chodzić w kapciuszkach, parkiet był elegancki, czysty. Byłem parę lat temu zajrzeć tam do tej szkoły, jak tam jest, no i woźny mnie się zapytał: „Czego pan szuka?”. Mówię: „Chodziłem tu do szkoły, do Lewandowskiego”. On mówi: „Panie, teraz nie ma Lewandowskiego, jest wszystko w jednym”. Popatrzyłem na tą podłogę, wprawdzie tam byli Niemcy, szpital był niemiecki w czasie Powstania, trudno to przypisać wszystko Niemcom, ale podłoga była taka dosyć sfatygowana, ta posadzka, a kiedyś to błyszczało, ślizgaliśmy się na tych kapciach. W ogóle fortepian stał na podwyższeniu takim, to jak przerwa była, to ta dzieciarnia ze wszystkich klas jak wyleciała, ale nikt nie podszedł… Otwarty był, ale nikt nie podszedł do fortepianu i nie raczył nawet w klawisz uderzyć, tylko dookoła byliśmy. On był na takiej katedrze postawiony i tylko do obejrzenia.
Zastanawiałem się, bo jestem też nauczycielem wychowania muzycznego, i kiedy był u mnie w szkole remont szkoły, lata sześćdziesiąte, i pianino wystawili z klasy na korytarz, to ramy tylko zostały, rozebrali, dzieciarnia. Tak porównywałem siebie i kiedy wszedłem do tej szkoły, woźny tak mnie [spojrzał], mówię: „Czy mogę wejść, chciałem powspominać emocjonalnie?”. Pierwsze moje spotkanie, to do ubikacji, a w tej ubikacji kupa dziewczyn i chłopaków, palą papierochy, wędzarnia. To jest ta współczesna szkoła. Pokręciłem się tam troszeczkę z niesmakiem… Wyszedłem i wracam do czasów wojny.
Pewnego [dnia], daty dokładnej nie pamiętam, ale Żydzi przestali przychodzić do szkoły na lekcje. Bieda była wśród uczniów, dało się to odczuć po śniadaniu, jakie przynosiły dzieci do szkoły. Suchy chleb był nieczęstym gościem na śniadanie, a jak ktoś miał czymś posmarowany, to było wyróżnienie człowieka, któremu się lepiej powodzi.

  • Czyli duża różnica była?

Hierarchia była społeczności szkolnej.

  • Ale też i zauważył pan obniżenie się poziomu materialnego sprzed wojny w stosunku do później okupacji.

Zauważyłem wśród nauczycieli zmianę ich wyglądu. Na twarzy nauczycieli czytało się zmartwienie, przygnębienie, to było widać, to było widoczne wśród dzieci. To też miało wpływ na dzieci, bo my byliśmy inni, nie byliśmy tak rozwydrzeni może jak przed wojną, beztrosko, nierozwydrzeni, tylko beztroscy byliśmy. Śmiech był naszą podstawą egzystencji przed wojną.
  • W czasie wojny się zmieniło?

W czasie wojny nastąpiło przygnębienie, bo ten aresztowany, ten zamordowany, ten rozstrzelany, temu rodzice zginęli, i po tych dzieciach, po naszych kolegach i koleżankach było również widać przygnębienie. Miałem takie dwie koleżanki z ulicy Górczewskiej, to do tej pory czasami myślę, całą ulicę Elekcyjną musiały przejść od Górczewskiej do ulicy Wolskiej, a ja miałem do szkoły o połowę mniej, to i tak dobrze miałem, że miałem tak blisko do szkoły, a one tak daleko. Na tej Elekcyjnej ciągle je widzę, dwie siostry: Władzia i Bolka [Topczewska] ciągle je widzę i tak wspominam ten okres, że to jednak wysiłek był.

  • Czy dookoła widział pan jakieś objawy przemocy niemieckiej, wojny?

Tak. [Na ulicy Ordona (dawniej Ordona) widziałem zabitego żołnierza. Rzeź żołnierzy przy Dworcu Zachodnim – ponad stu. Zbombardowane budynki, spalone domy]. Pewnego dnia (było to na pewno na wiosnę, jeszcze chłodno było) furmanka przywiozła młodego mężczyznę, więcej nie miał jak dwadzieścia dwa lata, brunet. Został postrzelony, jak jest most na Wolskiej, tylko on wtedy inny był, dzisiaj też jest inny, i tam w tym regionie został postrzelony prawdopodobnie przez „czarnego”. „Czarny” to była straż niemiecka, kolejowa. My żeśmy na nich mówili „czarni” albo „chuligani”. Już wtedy było słowo „hurikany” [hurricane? – red.], to jak przyszło słowo za komunistów „chuligani”, to tak sobie skojarzyłem, że dla nas „chuligan” to był strażnik kolejowy. I on dostał postrzał w okolice pachwiny, i go przywieźli na furmance do apteki Danowskiego (Danowski miał aptekę w domu Hankiewicza Wolska 129), żeby pomocy temu człowiekowi udzielić. Byłem blisko. Co dalej z nim zrobiono, nie wiem, czy go zawieziono do Szpitala Wolskiego, co dalej nie wiem.
Następna przemoc okazała się w parku Sowińskiego, piękna pogoda, za okupacji już. Piękna pogoda, dwóch, „Maik” i Ponęciak”, to ich pseudonimy. To byli mężczyźni w wieku dwudziestu jeden, dwudziestu dwóch lat, młodzi.

  • Skąd pan znał ich pseudonimy?

Bo to byli chłopcy z naszej dzielnicy. Tam gdzie ja mieszkałem, wszyscy się znali, jak nie po przezwisku… Ja też miałem pseudonim.

  • Jaki?

„Wojciech” i „Gutek”, bo grałem na akordeonie. Musiałbym odbiec od tego tematu, co było za okupacji. Łapanka była w okolicy Wolskiej przy [Młynarskiej], byłem w tej łapance, ale byłem za mały i tylko kopniaka dostałem od Niemca, bo z rowerem byłem, jeszcze łańcuch mi do tego pękł i stanąłem tak, i nie wiedziałem, co robić.

  • Czy to był strach? Pan się bał wtedy?

Tak, bo ta buda jak jechała, ona jechała szybko, później hamulce, pisk hamulców, Niemcy wylatują z budy i każdego łapią. Tego za kołnierz, tego… A ja stoję. Wreszcie ruszyłem z miejsca, bo mnie strach obleciał i oberwałem kopniaka, aż podskoczyłem do góry, no, ale ten kopniak mnie tak nie bolał, tylko ta sytuacja, ta atmosfera łapanki.

  • Czyli dzieci ulegały też temu strachowi na ulicy?

Ponieważ mieszkaliśmy już, bo to, co pani mówiłem, to jak na Prądzyńskiego mieszkaliśmy, a jak na Wolskiej mieszkaliśmy, to budy jeździły przez Wolską, a nasze okno wychodziło z boku, a pani Paciorkowej na sam trotuar ulicy Wolskiej. Tak że byliśmy w ciągłym ruchu.
Wrócę jeszcze do Prądzyńskiego. Pamiętam od przed wojny, co się działo w parku, na przykład jak Józef Piłsudski umarł. Pamiętam wielki stos ze szczap zrobiony i pochodnia ku czci marszałka Piłsudskiego. Dużo ludności się zebrało przy tym, to było już wieczorową porą i park Sowińskiego, to tam były tłumy, ławka przy ławce. Dzisiaj tam już dawno nie byłem, bo nie wychodzę z domu ze względu na nogi, ale ławki były pozajmowane.

  • Wróćmy do czasu okupacji. Pan mówił, że tamci dwaj chłopcy…

„Maik” i „Ponęciak”. Oni byli w stanie nietrzeźwym i mieli jakieś porachunki z panem Paciorkiem, a pan Paciorek miał dwóch synów też w tym wieku, no i nastąpiła awantura, bili się po prostu, i pan Paciorek, mimo że facet koło siedemdziesięciu lat, rozpracował ich. Jednego stuknął bykiem, drugiemu przyprawił pięścią, poupadali po prostu, padli. Nie wiem, czy tacy słabi byli, ale po pewnym czasie wstał „Maik”, wyjął pistolet i trzy razy strzelił w ziemię. Nie wiem, dlaczego on to zrobił, a pełno ludzi było. Jak on strzelił, to zrobił się popłoch, ludzie zaczęli uciekać, bo już słychać było budę, że buda jedzie, tylko nie wiadomo, czy na te strzały, czy po prostu do innej akcji. Złapali trochę ludzi. Ponieważ ja mieszkałem przy parku już, to było na Wolskiej, to na drugą stronę tylko przeszedłem i byłem w domu, ale pamiętam, jak jeden Niemiec na murze oddzielającym park Sowińskiego od cmentarza na czworakach tak szedł w stronę ulicy Wolskiej szukając, czy nie ma w krzakach kogoś schowanego, bo miał wgląd z góry, patrząc na to. Więc to tak mi utkwiło w pamięci i ten mur, on jest skrócony, bo kiedyś dochodził prawie do torów tramwajowych. Te tory teraz są cofnięte. Tam leżą jeszcze do tej pory Niemcy, do tego wrócę, jak starczy czasu. Tam leżą nieekshumowani Niemcy, chodnik na nich jest, na Wolskiej.

  • […] Czego się jeszcze dzieci bały w czasie okupacji, oprócz tych bud. Czy Niemiec, który szedł ulicą, też był zagrożeniem?

Tak. Każdy Niemiec, który pojawił się na ulicy, to niektóre dzieci nie zdawały sobie sprawy, ale ja na przykład, jak widziałem Niemca w mundurze, to starałem się przystanąć albo skręcić w innym kierunku, żeby nie natknąć się na niego bezpośrednio, bo tego kopniaka, co dostałem, to dosyć wcześnie dostałem i go zapamiętałem, do dziś go pamiętam zresztą. Jeszcze wracając do parku Sowińskiego. Park Sowińskiego był tłumnie odwiedzany.

  • W czasie okupacji?

I w czasie okupacji i przed wojną. Przed wojną jak niedziela, to było obowiązkiem pójść do parku. Natomiast w czasie okupacji to różnie było. Nie pamiętam, czy była obława, na ruski cmentarz była obława, bo na ruskim cmentarzu ukrywali się Żydzi i była przez kilka dni obława, cmentarz był otoczony, i poszukiwali Żydów. Mój dobry kolega Kazio Chołda (matka Żydówka, a ojciec Polak) ukrywał się na tym cmentarzu w pieczarze i spał w trumnie, a w drugiej trumnie [miał] żywność, przeżył.

  • Czy pan wiedział o tym w czasie okupacji, że on się tam ukrywał?

[Na cmentarzu znalazłem setki sprężyn do pistoletu (zgubione przez konspirację), przyniosłem do domu, a ojciec dalej przekazał gdzie trzeba]. Wiedziałem. Dlatego że Kazio wychodził często na wał, który do dzisiaj jest od strony cerkwi. Jak cerkiew jest, to od cerkwi idąc w stronę kościoła Świętego Wawrzyńca jest wał, i ten wał do dzisiaj jest, został tylko rów wypełniony, bo w rowie odbywała się egzekucja ludności Woli. Kazio często wychodził z cmentarza na wał po śrut do fabryki Kamińskiego, bo po przeciwnej stronie był komisariat dwudziesty drugi, Wolska 147, 149 był dom sierot, a dalej był dom Kamińskiego 151. Ta fabryka do dzisiaj stoi, dom Kamińskiego. Został w PRL-u rozebrany dom przy ulicy Wolskiej, piękny budynek, nowoczesny, natomiast fabryka Kamińskiego była troszeczkę w bloku i Kazio przychodził po śruty ze sztancy. Jak sztanca jest do rowerów, jak bili te żelaza, ścinki metalu, to Kazio brał, bo Kazio ptactwem się żywił. Z procy strzelał jak snajper z karabinu, tak był wytrenowany i tylko ptakami się żywił. Był tu u mnie w domu – stale myślałem, że on jest Żydem. Aresztowali go, jego schwytali. Była na Pawiaku, matkę też schwytali, mam jej zdjęcie w tamtym pokoju, Rozencwajg się nazywała z domu. Wyszła za mąż za Chołdę i w krótkim czasie się rozstali, a kochali się niesamowicie. Jak Kazio mi opowiadał, to była wielka miłość. Ojciec ze środowiska żydowskiego ją wyrwał.

  • Pan mówi, że pan myślał, że on jest Żydem?

Myślałem, że on jest Żydem, a on mówi: „Wojtek, ja nie jestem Żydem, ja jestem antysemitą”.

  • Ale to już teraz, po wojnie, ale w czasie okupacji pan się kontaktował z nim, rozmawiał z nim?

Tak. Jak Kazio wychodził na ten wał, to wolska dzielnica była tak zorganizowana, że od pętli tramwaju 21, gdzie kościół kalwiński jest do dzisiaj, do mostu na Bema, który też do dzisiaj jest, tylko inny, to się ludzie wszyscy znali, dosłownie wszyscy i w szczegółach. Mógłbym przytoczyć tu szczegóły takie, że nigdy by mi nie przyszło do głowy, że rodzice się dowiedzą od kogoś to, co mi się stało. Po prostu samochód mnie ciągnął za nogę na cmentarzu [podczas] pogrzebu dozorcy Korczaka, któremu czasami się we znaki dawałem, ale i pomagałem. Pomagałem pozamiatać, podwórko podlać, tam na Prądzyńskiego właśnie. [niezrozumiałe 28:40] tyrał , że miałem spodnie całe poszarpane, no i przyszedłem do domu i matce kłamię, mówię, że zimno mi jest, nie będę się rozbierał z jesionki. Ojciec przychodzi, mówi: „Co on tak siedzi?”. – „Mówi, że mu jest zimno”. – „Tak? Zimno? Rozbieraj się!” Zdjąłem spodnie – krew. To takie rzeczy już wiedział.

  • O drugie spodnie nie było łatwo, tak?

Mama uszyła mi te spodnie z munduru, bo ojciec był w konspiracji. To już oddzielne [historie], rany boskie, jak bym zaczął opowiadać. Na wagony kradli. Dwóch kolejarzy podstawiało w okolice Dworca Zachodniego wagony z towarem, ojciec z grupą żołnierzy to opróżniał i lokowali na Woli po gołębnikach, a największy taki magazyn to był u Ringa, róg Gniewkowskiej i Ordona. Był kopiec i ten kopiec był jakieś dwadzieścia metrów długi i szeroki na dwa, trzy metry. W tym kopcu było pełno butów. Zaprowadził mnie tam Maniuś, „Gutek”, zginął w czasie egzekucji pod parkiem Hankiewicza 5 sierpnia. Mówi [Szlacheta]: „Chodź, Wojtek”. Rikszę wziął i na tą rikszę te buty, te buty kradł. Wziąłem jedną parę butów z cholewami, do domu przyniosłem. Matka mówi: „Przecież to wojskowe, po co żeś to przyniósł?”. Mówię: „No co, jak Maniuś brał, to i ja wziąłem”. Ale na szczęście akurat przyszedł Długosz, akowiec, stary akowiec, walczył w czasie Powstania, i kupił za pięćset złotych te buty. Poratowało to nasz biedny budżet, bo było na marmoladę i na chleb.

  • Pan pamięta kolejki po chleb?

Stałem w kolejkach, w 1939 pamiętam już. Piekarnia była w domu Hankiewicza, dawniejsza „Żółta Karczma” tam była. W „Żółtej Karczmie” była [„Słoneczna”] piekarnia, to sam stałem. Poza tym mama moja przed wojną czuła, że wojna będzie, i kupowała paryskie bułki. Te paryskie bułki wkładała do takiej torby i tego się uzbierało, to spory czas trwało, ponad dwa worki tych bułek paryskich. Robiła soki, wiśniowy, malinowy, jakie były tylko możliwe, i biedy nie mieliśmy, bo się brało sok i do garnka, wody gorącej, bułkę suszoną do soku i mieliśmy co jeść. Paniusie przychodziły, przed wojną to nie tak jak dzisiaj, tu pan urzędnik mieszkał, tu pan prokurator, tu pan rzemieślnik, była hierarchia społeczna, to przychodziły panie i: „Pani Lodziu, pani poratuje trochę, bo nie mamy co jeść”. To mama każdemu dawała, a do tego było jeszcze pół worka prawdziwej kawy. Skąd ta matka to wytrzasnęła, to nie wiem. Zaradna była niesamowicie. Matka moja była bardzo zaradna. Psy uwiązane przy budach w czasie wojny były poopuszczane. Paliło się dookoła, a my żeśmy z matką chodzili i te psy żeśmy odwiązywali, i ten psina odskoczył i później za nami szedł. Przyprowadziliśmy tych psów… Z dziesięć było w takiej sieni na Prądzyńskiego.

  • Pan mówił, że pana ojciec był w konspiracji. Czy pan wtedy wiedział o tym?

Nie, ani moja mama nie wiedziała. Był tak zamknięty, że wszystko, co robił… Jak u nas było gestapo, rewizję robili…

  • Na Prądzyńskiego?

[Na Prądzyńskiego były dwie barykady w 1939 roku. W Powstaniu nie było barykad]. Na Prądzyńskiego to nawet nie wiedzieliśmy, że każdy… Bo jak się weszło, szafa stała tyłem, wchodziło się tak i dopiero na mieszkanie, to gazetki były na szafie. Jak ktoś wiedział, to wychodził: „No to do widzenia” – i sobie z góry sam sięgnął, nie potrzeba, to matka nawet o tym nie wiedziała. I u nas gestapo było, robili rewizję. Dużo rzeczy zabrali: i maszynę do liczenia, i maszynę do pisania. Mama handlowała materiałami, jak wojna… Wrócę do tej rewizji. Jak czuła, że wojna wybuchnie, miała trochę pieniędzy, to kupiła materiały w belkach, i wełny, i pościelowe, bielskie materiały były bardzo popularne, i oni nam to wszystko zabrali. Dwóch gestapowców było po cywilnemu. Jeden nawet był dobry, a drugi zły, to temu dobremu mama wtykała po cichu to parę skarpet, to coś mu tam dała, bo rzeczywiście tyle tego było w mieszkaniu, że nie było gdzie kłaść. Pończochy mama utykała siłą pod szafę, nie było gdzie tego kłaść. I oni nam zabrali, w dorożkę i zawieźli… Później się dowiedzieliśmy, bo mama poszła, nie darowała. Mówi: „Panowie, to jest uczciwie kupione za moje pieniądze”. Oni mówili: „Skąd pani to ma?” – a to wszystko nowe rzeczy, a maszyna do liczenia, bo ona taka kręcona była, to ja się jeszcze bawiłem, żałowałem jako zabawkę, mój Boże kochany, dzieckiem byłem.

  • Udało się coś odzyskać?

Wszystko. Mama poszła do nich, pierw do Niemca poszła, tylko nie wiem, czy w aleję Szucha, czy gdzie indziej poszła.

  • To odważnie, bo można było nie wyjść.

Matkę miałem [dzielną] i przez to zginęła, przez odwagę. Powiedział tak Niemiec, bo matka mówiła: „To, co pani mi powiedziała, to niech pani powie na Daniłowiczowskiej. Ja zadzwonię tam i niech pani tam idzie”. I matka poszła, tylko nie wiem, czy była w Kriminalpolizei w aleje [Ujazdowskie 11], tam, gdzie teraz jest Ministerstwo Sprawiedliwości, dobrze mówię.
  • Oświaty.

Nie, oświaty to MEN. Kriminalpolizei to była tam, gdzie Ministerstwo [Sprawiedliwości], tak, a ministerstwo MEN to była aleja Szucha [25], gestapo. Mama tam poszła, powiedziała wszystko, i mówi jeszcze… Policjant granatowy, bo na Daniłowiczowskiej była policja granatowa… Też z Niemcem rozmawiała, powiedziała mu, i kazał wszystko oddać, a mama mówi: „Jeszcze maszyna”. Mówi: „Pamiętałam o tobie, Wojtuś”. Mówi: „Maszynę do liczenia nie dali, jeszcze maszyny do liczenia nie ma”. On mówi: „Ma pani szczęście, bo ona już jest w użyciu. My nie mamy w biurze maszyny do liczenia, to już żeśmy oddali”. I przyniósł ten policjant maszynę. Dalej sobie w domu kręciłem tą maszyną.

  • Co ojciec mówił, jak musieliście się przenieść na Wolską, bo pan mówi, że to ze względu na ojca?

Tak. Milczkiem był, w porównaniu do mojej matki. Ja mam matki charakter. Była rozgarnięta tak, że ponad miarę, i zaradna niesamowicie, a on jak kamień w wodę, przeciwieństwo zupełne. To, że żeśmy się wyprowadzili, to nie mam pretensji, bo mój Boże, też zginął pierwszego dnia Powstania na Żoliborzu, na ulicy Krajewskiego. Prowadził szesnastu chłopaków na bunkier przy moście Gdańskim i dostali serię z Cytadeli…

  • Czy pan wie, w jakim ugrupowaniu był?

Tak. Jest w książce, ale bez nazwiska i jest na murze pamięci w Muzeum Powstania Warszawskiego. W Zgrupowaniu „Żaglowiec”. […]

  • Dlaczego się przeprowadzaliście, jaki był powód?

Jest półtora wagonu butów wojskowych, trzeba to rozlokować. Cały ten dom na strychu był zatkany butami, wszystkie gołębniki znajome na Woli, jakie były, i na Jelonkach zatkane butami.

  • Takie prawdziwe gołębniki, dla gołębi?

Prawdziwe gołębniki, i tam w tych gołębnikach buty były, bo nie było tego gdzie kłaść. Cały ten kopiec, jak ja w tym kopcu wszedłem tam i zobaczyłem, to zatkało mnie, bo nie przypuszczałem, że tyle butów, i różne, i francuskie buty z takimi… tutaj getry takie skórzane miały, i niemieckie. Jest serów szwajcarskich około tony.

  • To się kupowało te wagony od Niemców wszystko, jak było?

Kolejarze podstawiali, z konspiracji kolejarze podstawiali na boczny tor wagony z towarem. Już umówiony znak kredą zrobiony i do oczyszczenia, i stary to załatwiał wszystko, oczywiście z grupą ludzi. Były liny spadochronowe grubości palca, a w akcji „Rękawice” to sam brałem udział.

  • Jaka to była akcja?

Rękawice lotnicze to były tak: oddzielnie kciuk, oddzielnie palec wskazujący i trzy palce razem. Te rękawice były do łokci i tych rękawic było z pół wagonu.

  • Też właśnie na Dworcu Zachodnim?

Też w okolicach Dworca Zachodniego.

  • Jak było, kiedy się szło po te rękawice?

Po rękawice ja nie szedłem, to ojciec z grupą. […] Wśród tych akowców byli przebrani żołnierze za Niemców, jako wacha pilnująca tych, którzy oczyszczają wagon. Powiem, w czym ja brałem udział. Na Prądzyńskiego to było, cała piwnica zatkana workami rękawic. Rękawice powiązane w pęczki i w workach już gotowe.

  • Pan widział te rękawice?

Nawet miałem sweter zrobiony z tych rękawic, bo się pruło oddzielnie jeden palec, oddzielnie trzy palce i resztę. Matka moja miała garsonkę zrobioną z tych rękawic. Tego było nie wiem, czy kilka tysięcy, czy kilkadziesiąt tysięcy. Jak półtora wagonu butów i nie było gdzie tego kłaść. Kradli ludzie, w domu Słowika na górze cały strych był, wanna była, balia, to pod balią były buty i ludzie brali i handlowali. Rękawice to tak, pięć worków jest, powiązane, w worki, i ojciec te pięć worków na rykszę i tak, nie wiem, dlaczego oni mnie wzięli, czy w razie wpadki, żebym nie został sam. Ja to dokładnie pamiętam. Trzynastoletniego chłopaka umysł chłonny, taki że, no u progu życia rodzą się emocje. We trójkę pchamy, te pięć worków jest na rykszy, i my idziemy Prądzyńskiego do Wolskiej, Wolską do Elekcyjnej, ta, co dzisiaj jest tam, Elekcyjną do Górczewskiej, Górczewską w lewo na Ulrychów, w lewo na górce i na górce wyjeżdżamy przez Górce w pola. Stanęliśmy w szczerym polu. Ojciec zapalił papierosa i w pewnym momencie pokazuje się facet z rowerem, idzie w stronę nas przez pola, na przełaj. Z drugiej strony drugi, i tak pięciu, każdy worek na rower i pojechali w swoją stronę. Zostaliśmy sami. Tak mi to utkwiło w pamięci, że do dzisiaj pamiętam w szczegółach. Udało się.

  • Nie pytał pan ojca, co to jest, dlaczego?

Nic. Rozmowa na ten temat w ogóle w konspiracji…

  • Było wiadomo, że o szczegóły się nie pyta.

Nie, nie rozmawialiśmy, a już z ojcem, broń Boże. Jak były jego imieniny, Józefa, 19 marca 1944 roku, to byli chłopcy z konspiracji, ale ani słowem, ani jednego słowa. Miałem przez wiele dziesiątków lat pretensję do ojca, że się z nami nie pożegnał.
Tamto zostawiłem już, wrócę do przedpowstaniowego okresu. Niedziela, [30] lipca 1944 roku. Przychodzi matki brat, ciotka i wyprowadzają nas do parku Sowińskiego, ja z akordeonem, i miałem pretensję właśnie, bo tam i ojciec razem z nami, i wiem, w którym miejscu, dzisiaj zapamiętałem to. Rozmowa o rodzinie i w pewnym momencie na niebie widzę trzy punkty, takie z przeciwlotniczego działa, i ojciec mówi: „Wiesz co, żołądek mnie boli, pójdę do apteki Danowskiego, coś wezmę i przyjdę”. I dopiero po latach doszedłem, że on nas wyprowadził, bo przecież tu ulica, nasze okno z boku, pani Paciorkowa i jezdnia, trotuar ulicy Wolskiej, a Wolska 147 policja, komisariat policji. I wyprowadził nas po to, że jak będą wyciągać z komórki, a w komórce był arsenał. Wykopany dół pod komórką i tam ukryta broń, granaty, amunicja.

  • Skąd pan wiedział?

Później się dowiedziałem, bo wujek mi powiedział, bo wujek przyszedł nas wyciągnąć z domu, żebyśmy my nie byli w domu, w razie będzie szła wacha, patrol niemiecki, żeby się nie zainteresował, i wtedy jak zobaczą, co się dzieje, to i po nas jest, i dlatego. Ale to po latach doszedłem do tego. Wujek przyszedł do nas zaraz na drugi dzień, to był poniedziałek.

  • Ojciec przyszedł?

Już ślad po nim zaginął. Zabrał to wszystko, tam łączniczka podobno wsadziła w okiennice kartkę, żeby się zgłosić, i ślad po nim zaginął, i tylko w książce się dowiedziałem, że… Później mówili, że zginął i tak dalej, ale jedni mówili tak, drudzy mówili tak, ale zginął na ulicy Krajewskiego, na Żoliborzu przy torach. Ten blok stoi do dzisiaj, tam dostali serię. Tam byłem później oglądać, bo brat cioteczny stał przed parkiem, jak oni już szli z tym materiałem do Elekcyjnej, to stał i mówi: „Chodź, Jurek, z nami”. Jurek poszedł z nami i też całe Powstanie przewalcował na Żoliborzu.

  • Czy czuło się coś, czy pan wtedy w lipcu, w 1944 roku, czy jakoś inaczej wyglądała Warszawa, czy czuło się, że coś się zbliża?

Tak. W poniedziałek, to jest trzydziesty pierwszy, wujek przychodzi, mówi: „W całej Warszawie nie ma kartofli”. To mama mówi: „Wojtek, skocz na rower, pojedź pod Ożarów, tam może dostaniesz”.

  • Pod Ożarów?

W stronę Ożarowa, bo my na Wolskiej przy cerkwi mieszkaliśmy. Wszystko to się wiąże, Redutowa, Prądzyńskiego, Ordona, Wschowska, Wolska i aż do pętli. Ja na ten rower, worek wziąłem i jadę. Jeszcze uciekali uciekinierzy Wolską.

  • Widział pan niemieckich uciekinierów?

I niemieckich, i cywilnych. Na wozach, częściowo szli, z taborem, krowy, konie – wszystko za sobą ciągnęli.

  • Co pan wtedy myślał, czy pan pamięta?

Pamiętam doskonale. Cieszyłem się bardzo, że Niemcy wieją, bo my ich nazywaliśmy „ciubarykami” albo „mołojcy”, bo mówili, że to Ukraińcy, ale nie wiemy, czy to byli Ukraińcy. Na pewno byli też, bo tak byli poubierani, nie tak jak my. Ten wschód Polski się odróżniał, bo to ze wschodu szło. Ja między tymi taborami, tak do przodu i w stronę Ożarowa, wyjechałem za Jelonki niedaleko i patrzę, mężczyzna jeden na polu kartofle wykopuje, a to był już lipiec, znaczy początek sierpnia, koniec lipca. Widocznie wykopywał, bo mu kradli. Jak dzień i noc szły tabory, to przy brzegu to wszystko było [wykopane]… Ale patrzę, worki na polu stoją, idę z tym rowerem. Mówię: „Proszę pana, sprzedałby mi pan trochę kartofli?”. On mówi tak: „Który worek chcesz?”. Miałem rower taki nie normalny, tylko dziecięcy, to znaczy średniej wielkości, no i wybrałem taki worek nieduży, ćwiartka była na pewno, na kierownicę i z powrotem na Wolę te kartofle. Wujek mówi: „Nie ma kartofli” – a matka mówi: „Słuchaj, Wojtek wczoraj przywiózł kartofle, to weź”. Dała wujkowi całą siatę kartofli. Czy wyczuwało się atmosferę? Tak. W parku Sowińskiego na jakieś dwa tygodnie przed Powstaniem był oddział reflektorów przeciwlotniczych. To były beki takie ponad metr średnicy według mnie, widziałem trzy czy cztery, obok pomnika Sowińskiego były.

  • Pomnik stał?

Stał i stoi. Jeden z pomników, który obok pani Syreny Warszawskiej, na Dowbór-Muśnickiego, to w PRL-u rozebrali, sapera też kochana PRL rozebrała, komuniści, a ocalał pomnik Sowińskiego i stoi do dziś na chwałę.

  • Co z tymi reflektorami?

Można było tam wejść do parku, jak oni byli, i na jakiś tydzień przed Powstaniem te reflektory wyprowadzano na „Piekiełko”, to jest na Redutową. Tam było kilka domów, które nazywaliśmy „Piekiełko”.

  • Dlaczego?

Bo tam mieszkało szemrane towarzystwo. Pierwszego sierpnia mama taka niespokojna była i miedzy czternastą a piętnastą z Piastowa przychodzi babcia i mówi: „Takie miałam niespokojne sny, takie złe sny miałam, że musiałam do was przyjść”. Ona wchodzi w furtkę, a tu w okolicy kościoła Świętego Wawrzyńca, na tej Redutowej właśnie do tych Niemców, co reflektory tam przenieśli, serie karabinu maszynowego. Matka mówi: „Niech mama wejdzie do mieszkania. Wojtek, Powstanie się zaczęło”.

  • Mama tak powiedziała?

Tak. „Wojtek, Powstanie się zaczęło, chowaj kury”. My mieliśmy przy komórce, to były tak: pod komórką broń, na komórce króle, gołębie i kury, i to wszystko dla pozoru. Ojciec tego pilnował, mnie za długo nie dawał siedzieć w komórce, a jak go nie było, to ja gołębie goniłem. Nie wiedział nikt o tym. Jak już on poszedł, opróżnili, 1 sierpnia, wtorek, czternasta, piętnasta, z tego karabinu… Ja te kury połapałem i do komórki, i czekamy. Radość jest wewnętrzna, psychicznie człowiek jest [podekscytowany], że się nareszcie zaczęło.

  • Czyli czekał pan też na to?

Tak. Wewnętrzna jakaś radość, taka duma, że człowiek doczekał wolności. Ale niestety za dwie, trzy godziny słyszymy krzyk na ulicy, bo my mieszkamy tuż przy ulicy. Wybuch Powstania przy kościele Świętego Wawrzyńca, te serie z karabinu maszynowego, babcia już weszła do mieszkania, to, co mówiłem, że takie sny miała ciężkie, czuła po prostu. Żyliśmy w tamtym okresie, że coś się czuło przez skórę, a nie wiadomo co. Niepokój jakiś był taki.

  • Czy pan widział radzieckie samoloty, które nad Warszawę przylatywały tuż przed Powstaniem?

Nie.

  • Nie słyszał pan o ulotkach, które zrzucali Rosjanie, nic pan o tym nie słyszał?

Słychać było tylko wieczorami artylerię, to mówiliśmy „organy Stalina”. To było słychać, natomiast samolotów nie, nie widziałem, ulotek też nie widziałem, bo żyłem w tej enklawie Wolska 139–141, dom Balzama, Wolska 143, do Redutowej, cerkiew, Prądzyńskiego, Ordona.

  • Kiedy pan tam zobaczył pierwszy raz Powstańców?

W ogóle u nas nie było Powstańców. W naszym rejonie nie było. Znaczy była grupa, ja byłem w tej grupie.

  • Jaka to była grupa?

Bez nazwy. [2 sierpnia 1944 roku Niemcy zburzyli – wysadzili szkołę podstawową przy ulicy Gizów róg Wolskiej, około dzicy dziesiątej rano – ulica Wolska 153]. Chciałbym powiedzieć o tym, co pierwszego było na Wolskiej. Drugiego sierpnia już deszcz padał mocno, i z 2 na 3 jesteśmy w domu i rzucony został granat do sieni. Tylko nie wiem, czy do sieni od podwórka, czy od ulicy, przez okno do mieszkania pani Paciorkowej. W mieszkaniu zgasło światło i czekamy, co będzie dalej. Czekamy świtu, nic nie było. Czekamy świtu i uciekliśmy z tego domu Wolska 139 do drewniaka Wolska 141, to był obok budynek drewniany, jednopiętrowy. Tam było więcej ludzi, lokatorów. Z tym że słyszałem bez przerwy broń maszynową. Nie z kaemu, tylko z rozpylaczy i pojedyncze serie.
Trzeciego dnia idziemy z Wolskiej na Prądzyńskiego, chodziliśmy kilkakrotnie na Prądzyńskiego. Po co matka nas tam prowadziła, to tego nie wiem, tylko przypuszczam, że liczyła, że ojciec może przyjdzie odwiedzić nas. Taka była psychoza, człowiek ma nadzieję w beznadziei.

  • Czy to było bezpieczne chodzenie?

Ależ skąd. Byle patrol po drodze… Idziemy na Prądzyńskiego, przy Prądzyńskiego 45, to jest budynek zwany „Pekin”. Przy „Pekinie” leżała na trotuarze zabita kobieta.

  • Dlaczego nazywali go „Pekin”?

Bo tam mieszkali furmani, dorożkarze, też szemrane towarzystwo i tam stale coś się działo, jak nie kłótnia, to pijatyki. Ale w ogóle to przyzwoici ludzie. Niech pani mi wierzy, ja się tam wychowałem i nie mieszkałem w tym domu, tylko miałem kolegę, z którym chodziłem do szkoły, Leon miał na imię. Mnie tam nikt nigdy nic nie ruszył. A byłem… Żółkowscy byli, takich dwóch braci, furmanili. Był dorożkarz, nie pamiętam jego nazwiska, zastrzelony został przez Niemców i koń dorożkarski go w nocy przyprowadził pod dom – koń zabitego właściciela – przy „Żółtej Karczmie”. Czułem się tam, jak w domu Słowika, w ogóle bez żadnego… Dzisiaj to może… ach, nie ma co porównywać.

  • Bo pan był swój tam.

Swój. Jeszcze pamiętam tylko, jak trzech cwaniaków z „Pekinu”… Żyd szedł w jarmułce, a Żydom zabierali Polacy jarmułki, te czapeczki, krymki takie. Mówi: „Podstaw mu nogę, zaczep go”. No, ja gówniarz, a szedł porządnie ubrany Żyd w tym swoim kapoku, nogę mu podstawiłem, on nawet słowa nie powiedział, tak zawadził… Oni czekali na to, żeby coś powiedział.

  • Kiedy to było?

W czasie okupacji. Natomiast, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo koło tego „Pekinu”, to czułem się mieszkając tam… Tu siedzę i codziennie myślę o tamtych czasach, i zastanawiam się, dlaczego. Tak to utkwiło w mojej psychice dziecięcej, że i przypominam sobie postacie.

  • Proszę powiedzieć o tej grupie, do której pan należał.

Ja do tej grupy nie należałem, tylko przyszła grupa do domu Słowika, 2 sierpnia.
  • Oni się jakoś wyróżniali?

Wyróżniali się tym, że przyszli po cywilnemu, ubrani normalnie, jak najnormalniej. Młodzi mężczyźni. Wieku nie będę określał, bo to byłoby przypuszczenie, ale młodzi ludzie. Było ich ponad dwudziestu. Nie wiem, dlaczego nie ujawniali się. Czy dał im ktoś cynk, że [jest] Kostrzewa, ten z SA, a Bekier ma wgląd do naszego domu, bo on naprzeciwko nas mieszkał. Jak był zamach na niego, to on w tym czasie naprzeciwko nas mieszkał, schował się między nas, ale i tak go dosięgli, ale nie zabili. Pięć kul dostał i przeżył, na Bema. Przyszli do nas ci mężczyźni, było ich w domu, [ponad dwudziestu]. To było 2 sierpnia. Mama z nimi rozmawiała, i w pewnym momencie mówi do mnie: „ Synku, graj »Jeszcze Polska nie zginęła«”. Ja akordeon na siebie i tego, bo z nimi się jakoś dogadała, a ja nic nie wiedziałem. Taka sytuacja była, że ci ludzie nawet opaski nie włożyli, nawet opaski, bo my byliśmy zagarnięci od pierwszego dnia Powstania przez Niemców. Tam u nas nie było żadnego oporu. Trzeciego dnia z rana jechały dwa samochody, też puścili serie w kierunku naszego domu, nie było żadnego odzewu, przejechali i pojechali. Żadnej akcji tam u nas nie było. [Zauważyłem las krzyży i ludzi pod nadzorem Niemców chowających zabitych Niemców w Warszawie].

  • Co się stało z tymi chłopakami, oni poszli sobie?

Właśnie. W mojej pamięci nie wiem, co się z nimi stało, czy oni wyszli, czy czekali, aż Niemcy w niedzielę 6 sierpnia razem cały dom zagarnęli. Mnie nie wzięli, bo wcześniej wyszedłem z babcią do Piastowa, wcześniej wyszedłem z domu Słowika.

  • Dało się przechodzić tam po ulicach, można było wyjść, tak?

Jak ja chodziłem ulicą, to jednego żywego człowieka nie spotkaliśmy, natomiast natknęliśmy się na Niemców. Trzeciego dnia, idąc ulicą, mama, babcia, ja, a ja miałem akordeon na plecach, z akordeonem szedłem, bo mama powiedziała tak przed śmiercią już, mówi: „Synku, jakby się coś ze mną stało, to uciekaj z akordeonem, to przeżyjesz”. Powiedziała to do mnie kilka razy, najmniej trzy razy. Później się zastanawiałem, dlaczego mama to do mnie mówi. Przeżyłem dzięki temu akordeonowi.
Idziemy Prądzyńskiego, a z Ordona na wprost wychodzi dwóch Niemców ze szmajserami. Zauważyli nas, byli od nas w odległości około osiemdziesięciu metrów, i w stronę nas, a my byliśmy… Z boku był magiel pana Malinowskiego, a mama mówi: „Stasiek, otwieraj, bo Niemcy idą, zabiją nas, wpuść nas”. Malinowski otworzył, były drzwi dwuskrzydłowe, otworzył: „Wchodźcie”. Znów strach, bo my weszliśmy do tego magla, a stoi tam policjant granatowy, ale pan Gacki, bo tych policjantów (mieszkałem na Wolskiej przy komisariacie) to się znało z widzenia, zresztą oni chodzili. Przodownik, jak szedł, to nie tak jak… Bez żadnego samochodu, bez spluwy nawet, czasami pałkę miał, przyszedł, z tym porozmawiał, z tym porozmawiał, a złodziei mieszkało, o rany boskie. Pełno złodziei tam u nas mieszkało. Niemcy podeszli pod drzwi, a Gacki visa wyjmuje i trzyma tak przy twarzy, i stoi, a tu są drzwi, i czekamy, a ja za nim stoję, i czekamy, aż oni wejdą. Nie miałem stracha, ale jest jakieś napięcie, które człowieka tak sparaliżuje, i umysł, i w ogóle fizyczne działania, że nie wie, co się dzieje. Ci Niemcy nie weszli, bo jakby weszli, to normalnie by zaczął trzaskać i znowu się ruchawka zaczęła. Przeszliśmy bokami na Prądzyńskiego i znów na tą Wolską nieszczęsną, ale na Wolską już do tego domu drewnianego, i w pewnym momencie sąsiad z tamtego domu mówi: „Nasz dom się pali”. A mama mówi: „To idziemy ratować” – chwyciła konewkę i wyskoczyła. Słyszymy trzask, jeden strzał, drugi strzał, trzeci strzał, i pani Sikorowa mówi: „Ta, co wyskoczyła, zabita”. My jesteśmy w korytarzu, a mama leży za domem, pod domem.

  • Pan to wszystko widział?

Nie, byłem w korytarzu. Tylko słyszę trzy strzały, bo jakbym widział, to i mnie by zabili, a oni byli na naszym podwórku Wolska 139, a my Wolska 141, zaraz, dwadzieścia metrów. Wieczorem nasz dom, w nocy podpalili drewniak, z czwartku na piątek, i my z tego domu do schronu ziemnego.

  • Pan z kim był, z babcią?

Z babcią.

  • A mama?

Mama zabita leży po drugiej stronie budynku, po stronie północnej.

  • Co pan wtedy czuł?

Do dzisiaj na to pytanie odpowiedzieć nie mogę. Czy ja byłem półprzytomny, bo nie płakałem, tylko czułem pustkę w sobie jakąś.

  • Też było zagrożenie pana życia wtedy.

Wszystkich. Nas tam było ponad dwadzieścia osób w tym schronie. Z tego budynku razem żeśmy uciekli. Nie wszyscy się zmieścili. Po czasie, jeszcze ciemno jest, przyczołgał się Edek, z domu Balzama. Mówi: „Jestem ranny w pięty”. Przyczołgał się, a pamiętałem go, bo siostry jego dwie, bo wszyscy ich znali, oni mieli nie rude, a złote włosy, takie jak kolor złota, piękne włosy mieli, a w domu Balzama już egzekucja się odbywała. Tylko słyszałem deszcz z broni automatycznej, deszcz strzałów.

  • On uciekł stamtąd, tak?

On przyczołgał się bramą do ogrodu, bo tam był ogród. Brama nie była wejściowa dla wszystkich, tylko dla ogrodnika, dla właściciela i oni tam siedzieli, ci młodzi chłopcy. To był młody chłopak, dwadzieścia lat, więcej nie miał. Przyczołgał się i mówi: „Jestem ranny”. I tak niewyraźnie, leżał na brzuchu i mówi: „Ratujcie mnie” – ale nikt nie pomógł mu. Nie było jak, wszyscy w schronie, w strachu. Wiemy tu, że na podwórku naszym są Niemcy. Tylko patrzeć, jak przyjdą. Mają dobrą okazję, bo grób gotowy jest, tylko rzucić granat i sprawa załatwiona. W pewnym momencie dostał drgawek ten Edek. Mama leży po tamtej stronie budynku, on leży tutaj, po tej stronie budynku, i wreszcie jeden z panów, który siedział na wierzchu tego schronu mówi: „Idą!”. I wtedy wszyscy z tego schronu i w ogród. Uciekamy w ogród, w stronę ulicy Jana Kazimierza, bo ten ogród się łączył z ulicą Jana Kazimierza, i to była taka później trasa nasza, bo jeszcze wróciliśmy na to miejsce. Uciekliśmy do Jana Kazimierza, do Ordona, Ordona do Wschowskiej, Wschowską do Prądzyńskiego i do domu Słowika, tam na Prądzyńskiego. Następuje sobota. Wszędzie się pali dookoła, tylko dymy i pożary.

  • Co ludzie mówili, jaka była atmosfera?

Jeden na drugiego czekał na pocieszenie, a pocieszenia nie było nijak i nie było skąd. Byliśmy taką enklawą odgrodzoną. To jest ten dom, który tam widać u góry. Z jednej strony do torów jest czterysta metrów i z drugiej strony też czterysta metrów. Tam małe budynki były od strony Wolskiej, jedyny dom Hankiewicza, duży budynek, prawie sześciuset lokatorów. Egzekucja w sobotę się odbyła. Mówię: „Babciu, chodźmy na Wolską, może mama ranna jest”. Babcia zgodziła się i poszliśmy na Wolską, i co ja widzę? Siedzę w tym ogrodzie, w ogrodzie jestem tam, skąd wyszliśmy. Na naszym podwórku widzę, jak Niemcy gonią nasze gołębie. Na rykszy nawet jeden stoi, bo ona była do góry dnem odwrócona, do góry kołami, i słyszę wycie koguta, wycie. Nie tak jak kogut pieje i słyszę go tak: pod parkiem, to znów w lewo, bliżej cerkwi, przy cerkwi go słyszę, i tak jakby go gonili po ulicy, tego koguta, i on w różnych miejscach tak pieje, a ja w tym ogrodzie słyszę i widzę tych Niemców na naszym podwórku, trzydzieści, czterdzieści metrów. Ukryty jestem za krzakiem agrestu i w kartoflisku. Babcia trochę dalej. Jedna pani gospodyni siedziała, ona miała chore nogi. Mówi: „Ludzie, uciekajcie stąd, bo was zabiją, tu wszystkich zabijają”. Mówię: „A pani?”. Mówi: „Ja tu już zostanę, bo ja nie mogę chodzić”. Została i rzeczywiście zabili ją. Tego koguta słyszę i babcia mówi: „Chodź, Wojtuś, bo nas schwytają, zabiją”. A dom już jest spalony. Ten dom drewniany, co mama była z tej, a Edek z tej strony, już spalony był. Dół tylko, z dołu żar walił. Żeśmy przyszli na Prądzyńskiego, do niedzieli jesteśmy.

  • Pan nie zobaczył już matki?

Nie widziałem. Już więcej matki nie widziałem. Mogłem matkę zobaczyć, ale coś mnie trzymało tak, żeby… [Mogłem] wejść do pokoju drugiego, obok pokój, przez okno zobaczyć chociaż, ale coś mnie trzymało, tak, jakby mnie coś przykuło do tego i dobrze, że nie widziałem, bo bym strasznie cierpiał przez tyle lat, widząc ją, jak leży i w jakiej pozycji. Mogę sobie tylko wyobrazić. Trzy strzały. Niedziela, rano to było, niezupełnie, babcia mówi: „Idziemy do Piastowa”. Idziemy, a w południe przyszli Niemcy i cały ten dom wygarnęli, mieli ich rozstrzelać na Bema, ale na Dworzec Zachodni [zaprowadzili] i do Pruszkowa wywieźli, a my cały dzień, ja z tym akordeonem, cały dzień do Pruszkowa żeśmy szli. Babcia w Piastowie mieszkała, ten budynek stoi do dzisiaj na ulicy Ożarowskiej koło Tudora.

  • Też tak pusto na ulicach wtedy było?

Już jak żeśmy szli tutaj, to nie. Ale byliśmy pierwszymi uciekinierami z Warszawy, bo później to już tłumy szły. Później to szły dzień i noc, dzień i noc tłumy warszawiaków, to ja już byłem u babci. Coś mi mózg podpowiada, żeby iść na Wolę z Piastowa. Mówię: „Babciu, pójdę na Wolską, może mamy zwłoki znajdę”.

  • Kiedy to było, czy pan pamięta?

Około dwudziestego. Tydzień, dwa od ucieczki. Jak żeśmy 6 uciekli… Tak, gdzieś 15–20 sierpnia. Powiem, dlaczego oni tak mordowali nas tam wszystkich, kto żyw, dom po domu. Dom Balzama, duży dom był, wszystkich wymordowali, co do nogi. Ten Kempiński się uratował tam, co mówił, że uciekł z tej egzekucji, ale tak wymordowali. Później jeszcze z jednym panem rozmawiałem. Znaleźli go w budynku, wzięli go do noszenia trupów. Swoją żonę i córkę niósł pod wał przy cerkwi.
Wracając do siebie, idę do Warszawy na bosaka. Z Piastowa idę na Wolę. Znalazłem konewkę tylko, którą matka chwyciła, ale ciała matki nie znalazłem. Strasznie płakałem, byłem w szoku, nie wiem, co się ze mną działo, ja się niczego nie bałem, nie wiem, co robiłem. Ten budynek, co się spalił, był jakieś dwadzieścia metrów od ulicy, od trotuaru ulicy Wolskiej.

  • Czy pana mieszkanie jeszcze było, czy też już było zniszczone?

Spalone, już spalone było, to wtedy kiedy mama tą konewkę chwyciła. Wyszedłem na Wolską i usiadłem na schodku, strasznie płakałem. I tu jest ważna rzecz. Wychodzi z ruskiego cmentarza bramą (tylko nie tą bramą, co teraz jest, była jeszcze jedna brama, której nie ma obecnie, z boku) Niemiec, idzie tak po przekątnej ulicy, wyjmuje powoli parabelkę, trzyma tak w ręku, doszedł do mnie na trzy, cztery metry, a ja płaczę i nie boję go się, i to są moje słowa: „Zabił pan moją matkę, to i mnie niech pan zabije i się pana nie boję”. To są moje słowa, jak dziś, a on mówi: Das kleine polnische Scheiße.. Schował parabelkę, poszedł z powrotem na cmentarz i przychodzą po jakimś czasie, krótkim czasie, dwie dziewczyny w [średnim] wieku i mówią: „Czego synku, co ci się stało, co ci jest?”. Mówię: „Mamę mi tu zabili”. Mówi: „Głodny jesteś?”. Tak, te słowa. „Może chcesz jeść?” Bo kiedyś ludzi się jedzeniem brało, bo każdy chodził głodny, nie było ludzi najedzonych. Cwaniacy tylko byli najedzeni, ale zwykły człowiek… Nie mogły się ze mną dogadać i co ja widzę na tym cmentarzu przez tą bramę? Widzę las krzyży niemieckich w formie… maltańskie. Widzę las krzyży maltańskich i oni tam chowali tych Niemców, którzy są zabici w czasie Powstania, i tam ich dostarczali przez tą bramę. Tylko ta jedna brama, bo druga brama była tak jak dzisiaj, tylko ta, co dzisiaj jest, to też nie w tym miejscu, ona jest przeniesiona głębiej cmentarza, bliżej. Tam to wszystko pamiętam, jak było. Tam później rozstrzelali dzieci z domu sierot prawosławnych, ale nie widziałem tego.

  • Pan mówił, że pan widział, jak wyprowadzali tych ludzi z cerkwi. Kiedy pan to widział?

W sobotę 5 sierpnia. Sobota, to jest 5 sierpnia, co ja widzę jeszcze, nie tylko. Widzę pod parkiem Sowińskiego stos ludzi.

  • Żywych czy nie?

Martwych, zamordowanych – stos. Po koszulach widzę, białe koszule, często byli bez koszul ludzie, bo Niemcy kazali się młodym mężczyznom rozbierać. Widzę płonący dom Hankiewicza, obstawiony jeszcze, płonie dom dwupiętrowy, a dom był tak od Prądzyńskiego, Wolskiej i Ordona, taki trójkąt. Na rogu Prądzyńskiego i Wolskiej widzę Niemca, który trzyma rozpylacz w ręku, patrzy w stronę ulicy Prądzyńskiego, i widzę, jak z jednej ręki strzela – widzę, nie słyszę, tylko widzę – i widzę ten stos trupów. Samej egzekucji nie widziałem, bo ona się odbyła z samego rana, a później to już nie wiem, co było, bo nie byłem tam. W międzyczasie chciałem do matki, matkę koniecznie chciałem zobaczyć, ale tu Niemcy są na podwórku, to ja przeszedłem z drugiej strony.

  • Wtedy jak pan szedł z babcią?

Z babcią, tak, wtedy. Koło cerkwi widzę grupę ludzi. Nie egzekucję, tylko grupę ludzi wyprowadzaną z podziemia. Zresztą wokół tej cerkwi było sporo ludzi, spora grupa ludzi. Nie było możliwości, żeby stanąć jak gapa i przyglądać się, bo wszędzie Niemcy byli, a dookoła słychać strzały z broni maszynowej, a oni tak kończyli. I dom Balzama wykańczali, podprowadzali, bo ten budynek też był w głębi, duże podwórko było, to podprowadzali, rozstrzeliwali. Przy posterunku policji też słyszę strzały. Na wale kościoła prawosławnego też słychać strzały, w okolicy tej do Redutowej. Jak jest kościół Świętego Wawrzyńca, tam się dzieje piekło, a my tak jak byśmy też w piekiełku byli, ale już tej grupy, która nie bezpośrednio mordowała, tylko pilnowała egzekucji. Tak przypuszczam, że tak było, bo ci mordercy, co rzucili nam granat, to była inna grupa, to byli Dirlewangera.

  • Pan widział tych Niemców, którzy mordowali?

Jesteśmy w mieszkaniu jeszcze 3 sierpnia i mama mówi: „Wojtuś, wyjdź, daj gołębiom wody”. Ja wychodzę, stoję przy studni, idzie pięciu Niemców. Ja jestem tu przy studni i widzę, idzie jeden Niemiec, za nim dwóch i za nimi dwóch. Odległość piętnaście metrów i dzielą nas sztachety. Oni mnie widzą i ja widzę. Wtedy doznałem to, czego w życiu do dziś nie doznałem. Serce podeszło mi do gardła ze strachu. Nie wiedziałem, co zrobić. Oni na mnie patrzą, ja na nich patrzę przez sztachety. Odwróciłem głowę po to, żeby nie widzieć tego momentu mojej egzekucji.

  • Śmierci.

Mojej śmierci, tak. Wodę trzymam i nie wiem, co mam robić, czy paść, czy usiąść, czy się… Myśl podpowiada, idź. Wziąłem ten talerz z wodą, trzymam, a oni idą tutaj i wyjdą, jak wejście do podwórka jest, to tutaj będę ich miał na środku. Odwróciłem głowę, niosę ten talerz i czekam, aż pójdzie seria. Poczułem gorąc straszny w głowie, taki gorąc poczułem, uderzenie gorąca, że już w życiu więcej nie miałem czegoś takiego, dlatego tak zapamiętałem. Przeszedłem tak za komórkę i oni poszli w stronę domu Hankiewicza. To miałem ten moment [spotkania] bezpośrednio z Niemcami. Czegoś jeszcze nie dopowiedziałem, bo jeszcze miałem, jak mi akordeon zabierali. Gram na akordeonie…

  • Kiedy to jest? Niech pan nam tutaj tak przybliży.

Powstanie jeszcze trwa.

  • Ale gdzie pan jest?

Już jestem w Piastowie u babci.

  • Bo pan po tym jednym dniu jakby wyprawy do Warszawy z powrotem wrócił?

Z powrotem wróciłem, mało tego, ale wróciłem, babcia mówi: „Gdzieś tak długo był, Wojtek?”. Mówię: „Byłem na Woli, szukałem mamy zwłok, ale nie znalazłem, babciu. Ale nie zajrzałem jeszcze do studni, to pójdę”. Babcia mówi: „Gdzie ty będziesz chodził?”. I ja z powrotem bez łyka wody, bez jedzenia, z powrotem idę na Wolę. Tą sama drogę, Piastów, Ursus, Włochy, do ulicy Gniewkowskiej, Gniewkowską, polami znów na tę Wolę. Ten Niemiec już nie wyszedł do mnie, poszukałem i nie znalazłem mamy zwłok. I z powrotem, już słońce tak bliżej zachodu. Szedłem do domu Kamińskiego, Wolska 151. Zajrzałem do mieszkania, patrzę, na ścianie taki portrecik Pana Jezusa z otwartym sercem i coś mi mówi: „Weź, Wojtuś, to”. Wziąłem ten portrecik pod pachę i prosto, przez nikogo niewidziany, znaczy nie ruszany, nie zaczepiany, żadnej wachy nie widziałem, przychodzę pod…

  • Ani żadnych Polaków, tak? Czy widział pan Polaków?

Polaków widziałem, bo przez Włochy szedłem.

  • Ale w Warszawie.

Tak, już w Warszawie. Natomiast na Wolskiej żywej duszy. Tylko chciałem zobaczyć, gdzie te egzekucje się odbyły, a wiedziałem, już było wszystko uprzątnięte, nawet przed wejściem do kościoła Świętego Wawrzyńca. Tam było, jest do dzisiaj, nie wiem, bo tam nie byłem trzy lata, ale tak jak przed wojną było, tak do dzisiaj [jest]. Tam stos trupów leżał i ja to widziałem, trupy widziałem z okna domu Kamińskiego. Natomiast później już nic nie było, wszystko uprzątnięte. Co czułem – zapach rozkładających się ciał przy domu Balzama. Jak byłem już na terenie Wolska 139, 149, to Wolska 143, Balzama, tam czułem zapach rozkładających się ciał i w ogóle Wolską jak szedłem, to był zapach rozkładających się, ale to nie robiło na mnie żadnego wrażenia, ponieważ człowiek się przyzwyczaił, a poza tym był tak spięty sytuacją, psychozą tego Powstania i tej wojny, że nie zdawał sobie sprawy o swojej osobowości.

  • Czy jakieś barykady pan tam gdzieś widział?

U nas barykad nie było. W naszym rejonie nie było barykad, dlatego że my wzięci byliśmy od razu przez Niemców. Tam oni szykowali sobie skok do Śródmieścia. Tam była koncentracja wojsk Dirlewangera, Reinefartha, tych dwóch bandytów. Chciałem jeszcze powiedzieć, że ten akordeon jest we Włochach. Przyszedł jeden pan, bo słyszał, jak ja gram.
  • Pan wychodził z domu, żeby grać?

Byłem u babci, sąsiadka przyszła: „Wojtuś, zagraj coś” – no i zagrałem. W tym domu też byli Niemcy, czołg stał przy domu. „Hermann Göring” dywizja stacjonowała, państwa Paprzyckich wysiedlili z pokoju do kuchni, sami zajęli pokój. Zagrałem i oni, sami Niemcy zaczęli mnie brać do grania. Chodziłem do tych Niemców, co byli w Piastowie, grać kilka razy. Później pożyczyłem im akordeon, sami, tam jeden był, grał, rzępolił trochę, gorzej ode mnie, ale byli w swoim [towarzystwie]. Ten pan przyszedł i mówi: „Słuchaj, mam taką knajpę, pograłbyś, ja bym ci zapłacił, życie byś dostał i byś nocował”. Mówię: „Proszę pana, dobrze”. Na taką biedę, jaka była, że człowiek chleba łaknął. Babcia robiła, co mogła. Miała swój ogródek, ale z samego ogródka się nie wyżyje. Miał tą knajpę we Włochach. Ja z tym akordeonem [jeździłem] do Włoch i tam zacząłem grać. Spałem tam nawet, pamiętam, taka leżanka była, na tej leżance. Dobrze mi tam było. Nie głodny byłem i grałem.
Po jakichś dwóch dniach przychodzi dwóch „ukraińców”, ruskie, ci, co byli na służbie niemieckiej. Pajdzi siuda – i zabrali mnie z tej knajpy bez niczego, nie pytając nikogo o zdanie. Wzięli mnie do domu jednorodzinnego, tam były kobiety, dziewczyny, młode dziewczyny, byli ci mołojcy, ruscy, i na górę mnie zaprowadzili, tam był jeden pokój, pusty. Dali mi krzesło i mówi: „Graj”. Grałem. Poza tym jedna para przyszła, ta dziewczyna miała… Nie wiem, czy o tym mówić, ze dwadzieścia dwa lata, bardzo zmęczona, widać na niej wielkie przeżycia. Tego mołojca trzymała tak pod pachę, a on mówi: Graj kazaka – a ja kozaka nie umiałem grać. Mówię: „To niech pan zaśpiewa albo zagwiżdże”. On zaczął gwizdać, zacząłem mu coś tam rzępolić tak, że on to uznał za kozaka. Tańczył z tą dziewczyną, ale płacił. Podszedł do mnie, tak tu stał, ona trzymała go pod rękę, ledwo stała ta dziewczyna, no i mi pieniądze daje, a ja tych pieniędzy już miałem sporo. Miałem taką torbę po masce, od maski, to w tej torbie już tam sporo tych pieniędzy miałem. I oni tak, co jeden odszedł, to drugi przychodzi, i tak przychodzi, mnie tam trzymali, trudno mi dzisiaj powiedzieć, ile dni. W każdym razie usnąłem, grając. Na siedząco grałem. Wreszcie mnie puścili. Z akordeonem już nie poszedłem do tej knajpy, tylko prosto z tą forsą, co miałem, na pieszo z powrotem do babci, do Piastowa.

  • Czy pan się bał tych Niemców, tych, którzy już tam byli w Piastowie? To była inna sytuacja, nie strzelali.

Tak… Do Piastowa, jeden przychodził, esesman. Czołg stał przy ich domu, troszeczkę tak w wykop wprowadzony. Ich było u państwa Paprzyckich… Dokładnie pamiętam to, pani Paprzycka, pan Paprzycki, dzieci nie mieli. Tych Niemców było czterech. Dziwne, że broń swoją automatyczną trzymali w kuchni, a sami w pokoju byli i nie bali się, że może ktoś tam wejdzie, na przykład taki „powstaniec” jak ja, trzynastoletni, wie, jak się odsuwa rurę i [niezrozumiałe]. Ale nie bali się, to wszystko widziałem.

  • Pan się ich bał?

Nie bałem się, tylko [zachowywałem] ostrożnie. Może za mocno powiedziałem, że się nie bałem. Bałem się, tylko byłem ostrożny. Jak na niego, to starałem się być z boku, bo tam była jedna taka Marysia [Cieślak], oni do niej zalecali się mocno, więc to też był taki incydent trochę nieprzyjemny, ale sytuacja życiowa taka była, że nie było wyjścia. Te szwaby urzędowali tam bez przerwy, jak nie jeden, to wszyscy, ale nocowali tam. Ten czołg był pod domem, a po mnie przychodzili grać z innego budynku z Piastowa. Do dzisiaj stoi ten budynek. Tam im grałem i oni mi dawali chleb, konserwę, taką niedojedzoną konserwę, w każdym razie żywność mi dawali. Chętnie to brałem. Dzisiaj to tak się człowiek zastanawia, że po dziadowsku, ale to się tak zdaje – jak człowiek głodny jest…

  • Czy pan wiedział, co dzieje się w Warszawie?

Tak.

  • Skąd pan to wiedział?

[18 września 1944 roku zrzuty aliantów na Warszawę oglądałem z Piastowa]. Tłumy ludzi, warszawiaków szły szosą i część uciekała do budynku, w którym u babci byłem. Na przykład pamiętam, jak ewakuowali Hotel Europejski. Pan Wojciech – pamiętam jego imię – przywiezieni zostali przez Niemców samochodem akurat do ulicy Ożarowskiej, tu, gdzie my żeśmy mieszkali, też ulica Ożarowska, dzisiaj ona się Karłowicza nazywa, i szła szosa do Zakładów Taboru Kolejowego, do obozu pruszkowskiego, na rogu był i jest dom pana Palczewskiego. Później drugi dom jego był, pani Mrozowej, to my byliśmy, i znów dom pana Palczewskiego. U Pani Mrozowej to lokatorzy: Trzaska, Mrągowa, Mrozowa i pan Ciesielski, kolejarz.

  • Czyli ludzie przynosili, ci uciekinierzy opowiadali, co się dzieje. Czy pan pamięta, co oni opowiadali, jaki miał pan obraz z tej opowieści?

O obrazie samym nie mówiono, tylko ja się pytałem, która ulica, bo dociekliwy byłem, czy Prądzyńskiego prowadzą, czy Górczewską. To było takie indywidualne myślenie i nielogiczne właściwie, ale któż wtedy był taki mądry, mój Boże. Myślałem, że to ulice wyprowadzają. Dlatego ich pytałem nawet, bo to ten budynek blisko szosy stał i stoi. Mówię: „Jaką ulicę prowadzą?”. Mówią: „Synku, trudno powiedzieć, tu idzie Górczewska, ale i inne ulice idą razem”. Natomiast z panem Wojciechem, tym z Hotelu Europejskiego, co ich przywieźli, eleganckie walizy, widać, że byli zamożni. Poza tym powiem, co warszawiacy mieli w sobie, dzisiaj mało kto o tym mówi, mało kto. Pierwszą rzeczą, ci, którzy chcieli pieszo i ja też, oglądali się co jakiś czas za siebie, czy ruscy nie idą. Nie słyszałem, żeby ktoś powiedział to, i co i raz nawet przystawali tacy, czy ruscy nie idą.

  • Z nadzieją, że przyniosą wyzwolenie?

Że przyniosą wyzwolenie, a nie niewolę. Drugą rzeczą, co warszawiacy mieli w sobie, pewnie, że ci zmaltretowani tak jak my, uciekinierzy, wytułani po ogrodach, po krzakach, po ziemi, po schronach, po piwnicach… Ale warszawiacy, ci, co wychodzili z mieszkań, byli przyzwoicie ubrani i to się odróżniało, ten warszawski szyk.

  • Nawet w takiej sytuacji.

Nawet w tak tragicznej sytuacji. To było widoczne. To nie było to, że ja sobie to jakoś [wymyśliłem]. To było widoczne, że w tak trudnej sytuacji, jak szli warszawiacy, nie ci z piwnic, z tłumu, z ogrodów, ze schronu, tylko ci, co z mieszkań wychodzili, to było widać, że jeszcze zadbali o przyzwoite ubranie i szyk. Trzeba było się na tym znać. Dlatego mówię: Warszawiaki to… Dzisiejsza Polska jest chora przez wieś w mieście. Dlatego mówię, że warszawianka worek włożyła na siebie, tu przypięła, tu przyłatała, tu przyciągnęła i to miało szyk, to wyglądało, a dzisiaj żeby się oblepiła złotem i brylantami…

  • Koniec Powstania. Czy ta data panu jakoś się w pamięć wbiła?

Tak. Koniec Powstania, jestem u babci w Piastowie. Związany byłem z grupą Niemców stacjonujących w blokach kolejowych w Piastowie. Te bloki stoją do dzisiaj niedaleko stacji. Dół, dzisiaj tam boisko jest, to były „goliaty”, Niemcy trzymali. Miałem kolegę Jurka, z Ochoty, z ulicy Barskiej i Niemcy nas zaakceptowali, bo oni nam dawali pieniądze i my żeśmy szli na targ kupować biały chleb okrągły, i Niemcom przynosiliśmy, a oni nam dawali, nie wszyscy, ten chleb wojskowy, z brytfanki taki. W ten sposób dożywialiśmy się, ale i okradliśmy ich, okradałem ich.

  • Co pan kradł?

Moja metoda była taka, bo oni stąd… Tu były tak, samochody pancerne, samochody ciężarowe jako magazyny. Na samochodzie ciężarowym na przykład… Był jeden samochód, co żeśmy pomagali mu sprzątać, [pełen] karabinów typu Mauser, i to był taki magazyn na kołach. Oni mieli magazyny na kołach i stacjonowali w tych blokach, i my żeśmy tam urzędowali. Czekaliśmy, a oni tak, dwa, trzy, cztery samochody pancerne stąd wyjeżdżały na Warszawę, na Powstanie i przyjeżdżały po kilku dniach, zmordowani. To my żeśmy polowali na taki samochód, ja podchodziłem: Herr, bitte Stück Brot. (Panie, poproszę kawałek chleba) – słyszałem chrapanie, bo przeczuwałem, że tak [będzie]. Taki samochód opancerzony był, na niego wchodziło kupę Niemców, miał gąsienice, a z przodu dwa koła gumowe, opancerzony, ze trzydziestu szkopów tam wchodziło, może i więcej nawet. On tam spał, patrzę, plandeka była uchylona i stół miał, na siedzeniach deski i na tych deskach stół zrobiony, a sam kimał na siedzeniach. To ja z tego stołu chap marmoladę. Pierwsze, to marmoladę, to co do zjedzenia. [Potem] rąbnąłem im buty oficerskie. Skądś rąbnął, kazał zdjąć jakiemuś Polakowi, bo te buty były przepiękne, to ja ten jeden but z cholewą tu, drugi tu, do takiego rowu, okopu, tam okop był, i tym okopem, schowałem te buty, kiedyś się mówiło zakitrałem. Zakitrałem te buty tak, żeby w miarę były niewidoczne, i z powrotem jeszcze przyszedłem, i z powrotem już nic nie ukradłem.

  • Narażał się pan?

Tak, ale drugie złodziejstwo moje, to jak Niemcy mają zebranie… A nas akceptowali, bo na przykład sprzątał samochód, to brał nas do znoszenia karabinów z samochodu, stawiania w kozły i wyczyszczenia samochodu, i z powrotem. To my żeśmy mu pomagali, to on nam tam dał kawałek [chleba], mi obiecał lornetkę. Pokazywał mi taką teatralną lornetkę, ale tamta mi się nie podobała, to mu ukradłem normalną, dużą, normalną, wojskową, polową lornetkę. Tego szofera poznałem na międzynarodowych targach książki w latach sześćdziesiątych, w stoisku Deutscher Militärverlag, i on mnie poznał też, i ja jego. Uśmiechnęliśmy się tylko do siebie, ja do niego, on do mnie i ani słowa. Dygresja taka, ale takie zdarzenie, taki przypadek miał miejsce, też mi utkwiło to w pamięci.

  • Ale ten ostatni dzień Powstania.

Idę Warszawską ulicą, tą, co teraz jest, od babci. Szedłem do kolegi, też warszawiaka. Jedzie kolumna samochodów ciężarowych, pod plandeką. Stanąłem, oglądam się, patrzę, a to Powstańcy na tym samochodzie. Poowijani w bandaże, ręce… W każdym razie sądzę, że byli to ranni, natomiast zdrowych Powstańców, co pieszo idą od strony kościoła, to mnie już tam nie było i tego nie widziałem. To są tylko archiwalne fotografie i kronika.

  • Czy wiadomość o kapitulacji dotarła do pana?

Tak. Znów stanąłem w tym samym miejscu, a te samochody jeden za drugim. I znów mnie ogarnął taki amok: żyję, nie żyję; stoję, nie stoję; myślę, nie myślę; ale strach był, żeby któryś z samochodów nie stanął i mnie nie zawadził w jakiś sposób, czy Niemiec jakiś żeby mnie nie uderzył, czy żeby mnie nie pobił. W każdym razie to zapamiętałem i z Powstańcami [do czynienia] więcej już od tamtej pory nie miałem, tymi co w domu Słowika byli, co nawet opaski nie włożyli. Byłem wśród nich, grałem hymn „Jeszcze Polska…”, z tego uniesienia, że są, ale my byliśmy w takiej sytuacji, tak okrążeni ze wszystkich stron, że wszędzie Niemcy. U Gerlacha Niemcy, u Lilpopa Niemcy, na Wolskiej Niemcy, ulice puste, ruszyć się nie można, kiedy chcemy, my żeśmy się poruszali z ludźmi.

  • Co później się z panem działo?

Później nastąpił dla mnie tragiczny okres życia. Odnajduje mnie matki brat.

  • Kiedy to było?

Już po kapitulacji Powstania, bo oni byli do końca Powstania Warszawskiego. [Wujek] zabiera mnie na Okęcie do rodziny. Z deszczu pod rynnę. U babci to miałem spanie, ciepło miałem, a tam spałem na podłodze, bo nie było gdzie, wszystko zajęte, małe dzieci, sześcioro w łóżku, w tym niemowlaki, a reszta dorosłych na podłodze. Wujek wytrzasnął gdzieś mieszkanie puste, pokój zrujnowany, a kuchnia cała, i tam żeśmy zajęli to mieszkanie. Prycze zrobił wujek sam…

  • W jakiej dzielnicy?

Na Okęciu, ulica Konopnickiej. Tam kiedyś stał ten dom jeszcze, byłem tam go odwiedzać.

  • Czyli po Powstaniu to nie było jakby objęte tą…

Powstania na Okęciu nie było.

  • I tam Niemców nie było zaraz po Powstaniu?

Byli, pilnowali fabryki, która była wysadzona, PZL-u. Wyjechaliśmy do Makowa Podhalańskiego, bo tam ciotki zięć miał rodzinę, i tam przeżyłem duże piekło, bo tam brali Niemców w kocioł i przez kilka dni walili, artyleria, niesamowicie. Co my tam przeżyliśmy, to…

  • Kiedy to było?

Już po Powstaniu, 1945 rok, koniec 1944. Wigilię z 1944 na 1945 spędzaliśmy w Makowie Podhalańskim, pamiętam, straszliwie płakałem. To był dla mnie taki szok, krzyczałem: „Mamo kochana! Mamusiu, gdzie ty jesteś?!”.

  • Pierwsza wigilia.

Pierwsza wigilia wojenna jeszcze.

  • Ale bez rodziców pierwszy raz.

Bez rodziców.

  • Czy pan szukał ojca?

Oczywiście. Jurek Krakowczyk, który poszedł z ojcem, przyszedł i pokazał mi, tutaj dostał, tu.

  • Był świadek.

Był świadek. [Ojciec] prowadził chłopaków na ten bunkier, [Krakowczyk] mi opowiadał, i śmietnik stał, ale betonowy śmietnik. Teraz, jak patrzyłem, parę ładnych lat temu, to oni dostali ogień z Cytadeli z wałów. Swoją drogą trudno, żeby… Mówi: „Padł. Wycofywać się!”. Ale ślad po nim zaginął.
Powiem jeszcze jedną rzecz ważną o konspiracji. Zaopatrzenie ludności w opał. Okupacja, tak jak dzisiaj byśmy, tylko… W naszym domu mieszkali kolejowi złodzieje. Mietek, Władek, Heniek, Zygmunt, Bogdan, tylko tych pięciu, i oni kradli węgiel o tu, jak ten przejazd jest, widać go tutaj. Tym nas ratowali. Nie było to samo wystarczające, ale tego węgla, do składnika jak się szło, to się kupowało trzy kilo węgla, cztery kilo węgla, pięć kilo węgla, dziesięć kilo węgla, nie było tak.

  • Oni sprzedawali później?

Oni sprzedawali ten węgiel. Czarny, postrach tych naszych zaopatrzeniowców. „Dorożkarz”, „Niemiec”, „Świniak”, „Panienka”, znana postać, zamach na niego był udany, został zabity. „Orli nos”…

  • Takie mieli pseudonimy?

Pseudonimy nie tylko przez tych, co ten węgiel im rąbał, tylko przez mieszkańców Woli. Wspomnieć trzeba o Tośku. Mieszkał na ulicy Bema, naprzeciwko tej szkoły, która jest obecnie. Został zabity na wagonie i pojechał tak. Też węgiel zrzucał, była to bardzo żywotna postać, miał z osiemnaście lat, szczupły, pamiętam go. W tym domu przychodziłem nieraz tam do niego, bo bardzo go lubiłem. Był zamknięty w sobie, ale to, co mówił, to miało jakieś znaczenie.

  • Czy ci policjanci kolejowi, czy oni byli również groźni dla ludzi, którzy nie kradli?

Kogo zobaczyli na torach, zabijali, strzelali.

  • Pan chodził też tam na tory?

Przy torach, bo mieszkaliśmy tam. Trawę się rwało, na szczaw się chodziło, na plant. Ja też tam byłem, nawet raz… To się nazywało „na kitę”, a ci, co węgiel im kradli, to „kiciarze”. Porządni ludzie, wszyscy, co przeżyli, do ZBoWiD-u należeli, a my się zastanawialiśmy, dlaczego do ZBoWiD-u? No jak to, no narażał taki Władek [Rembalski], nogę stracił, narażał swoje życie, przecież w każdej chwili pojawienie się tam na torach to już strzały. Na torach się pojawienie, bo w pobliżu torów, to oni tam… Fabryka Lilpopa była i Gerlacha, to się troszeczkę ludzi kręciło. Poza tym bocznica była Lilpopa do… Z torów tych głównych, które tam są do Gerlacha, do Gerlacha i do Lilpopa. Tak że [było] niebezpiecznie, tam się nie chodziło. Tam, jak chodziłem po trawę, no to tylko tu bliżej, a „kitę” raz brałem, węgla „kitę” i przyniosłem do domu.

  • Proszę opowiedzieć o akordeonie, jak panu zabierali.

Jak uciekaliśmy z Warszawy z babcią ulicą Gniewkowską do Sieradzkiej, to jest ta w pobliżu ulicy Jacka. Sieradzka szła od końca pętli Woli, aż do Włoch, prosto przez tory, bo kiedyś nie było tunelu, dalej był tunel, na Odolanach, tak, jak dzisiaj jest, ale przez tory. Zapamiętałem to miejsce. Ja z akordeonem, babcia, idą trzy plutony esesmanów w szyku bojowym i mijają nas. Jeden z tej grupy środkowej wyskakuje, za paski mnie i mówi do mnie po niemiecku: Schnella! Schnella! Spiele akordeon! Ja mówię: Nicht verstehen, a on jak mnie trzaśnie, a ja za pasek trzymałem i toczy się walka o akordeon, dosłownie walka, tylko moja walka była nieświadoma, tylko trzymałem pasek akordeonu. On mnie kopniakami obkładał, a drugi Niemiec wyszedł, odbezpieczył i bergmana do brzucha mi przystawił, i pociągnąłby mnie, tylko bał się, że swojego kamrata po nogach pociągnie, bo to było jeden przy drugim. I wreszcie wyrwał mi ten akordeon, strasznie płakałem i krzyczałem. Ale po przejściu iluś tam metrów patrzę, a akordeon mój leży w rowie. Rzucił z powrotem, bo widziałem, jak ten oficer, który ich prowadził, zatrzymał się, poczekał, aż dojdzie grupa, i widocznie mu kazał rzucić, żeby nie było, że szabrownicy idą.
Drugi raz, jak zabierają mi akordeon, to we Włochach. Już jestem u tego pana, co grałem w tej knajpie. Idę ulicą, do dzisiaj wiem, w którym miejscu, i jedzie resorówka. Resorówka to taka furmanka na resorach, na kołach, przyzwoita. Na niej żandarm z blachą polową no i woźnica. Zatrzymał go, mówi: Halt! Podszedł do mnie, spluwę wyjmuje, a ciotka mówi: „Wojtek, oddaj mu akordeon, bo ten cię zabije”. Wyczuła, no i on tą spluwę wyjął, idzie do mnie, ja ten akordeon zdjąłem i mu dałem. Nie koniec, to dopiero początek. Płakałem, nie wiemy, co mamy robić, a on akordeon rzucił na furmankę i pojechał. Jedzie samochód osobowy. Ciotka stanęła na środku jezdni, ręce rozcapierzyła, ten samochód staje, co się okazuje? Jadą wyżsi oficerowie bez obstawy. Szofer wychodzi, mówi: „Co jest?” – po polsku, a ciotka mówi: „Proszę pana, tu jeden Niemiec zabrał temu chłopcu akordeon, a to jest sierota, on z tego żyje”. On tam coś poszwargotał, mówi: „Chodź” – i mnie do tego samochodu. Patrzę, jak Boga kocham, patrzę, a tam oficerowie mają lampasy na spodniach. To mówię, to nie przelewki, to jest wyższa sfera, wyżsi oficerowie. Jedziemy drogą, ta, która dziś do Rakowa prowadzi, obwodnica, do kolejki EKD, i niedaleko kolejki EKD mówię: „O, to ten”. Oni zajechali z przodu, wyszli, on stanął i zaczęli szwargotać. Po pewnym czasie ten Niemiec zdejmuje akordeon z resorówki i oddaje mi mój akordeon, a ja akordeon na plecy i chodu. Oni mówią Halt! Halt! Ja mówię, rany boskie, znów mnie do burdelu gdzieś wezmą. Wzięli mnie do tej taksówki, zawieźli mnie tam, skąd mnie wzięli, tam gdzie ciotka, bo ciotka stała w tym miejscu i mówi: „Schowaj ten akordeon i dobrze pilnuj”. Ci esesmani jak mi zabrali akordeon, to już we Włochach poszedłem do pierwszego lepszego domku, który był, dali mi worek, drut, owinąłem i tak do Piastowa przyszliśmy, przez cały dzień.
Najsmutniejsze moje życie, które tkwi we mnie do dzisiaj, to jest okres sieroty. Okres u wujka, u matki brata, u tego, co mnie wziął na moje nieszczęście. Oni mnie wzięli, żebym ja wesela obgrywał i dochód jakiś przynosił. Do tych gazet mnie wujek zaprzęgnął. Te gazety woziłem, pamiętam, kiosk był Chałubińskiego, róg Alej, Pankiewicza, róg Nowogrodzkiej. Nosiłem gazety do KC PPR, róg alei Róż i Alej Ujazdowskich, do dzisiaj to stoi. Jak tam pójdę, to mnie wstrząsa, bo tam zostałem straszliwie pobity przez porucznika Ludowego Wojska Polskiego, skurwiela komunistycznego. Przepraszam.
  • Ale pan był dzieckiem. Dlaczego pana pobił?

Nie było wyboru dla komunistów, dziecko czy nie dziecko. Tak jak dzisiaj i w ostatnim stanie wojennym nie było dla nich litości – ani dla dzieci, ani dla [dorosłych] – to był wróg.

  • Co pan im zrobił?

Zsiadam z roweru, trzymam dosłownie trzynaście sztuk „Gazety Ludowej”. To było pismo Mikołajczyka. Na schodach, które do dzisiaj są, stoi porucznik, orła ma (tego koguta takiego) i ledwo po polsku mówi. „Te, chłopak, daj no jedna gazetę, to ja przejrzę”. Mówię: „Proszę pana, mam tu trzynaście sztuk prenumerowanych i na górę muszę zanieść, nie mogę panu dać”. Jak on mi kopa odstawi, kopa w te gazety, jak mi da w twarz. Katował mnie, normalnie katował. Krzyczałem, płakałem, mało tego, jeszcze i na rowerze się mścił, bo i szprychy mi powykopywał z roweru. Cały obity, zapłakany idę na górę, nie wiedziałem, co robić, nie ma żadnej obrony. Ten strażnik, który pilnuje wejścia, nawet nie drgnął. Idę na górę do tej pani, co dawałem jej gazety, okienko, do dzisiaj to okienko jest, bo sprawdzałem. Kiedy tam idę, to nosa wsadzę i mi się to przypomina. Zostałem pobity za to, że nie dałem gazety temu oficerowi, który tam stoi przed bramą, a on już uciekł i drugi z karabinem stał, też uciekli. Ta kobieta zrobiła taką minę bezradności, że ona niby [niezrozumiałe]. Bo dzisiaj, gdybym miał swój rozum, to bym poszedł do samego Gomułki, Bym się tam dobijał, że zostałem pobity, ale dzieciak trzynaście lat, jeszcze z takim łobuzem, i to niejeden raz miałem tak. „Cafe Fogg”, kawiarnia na Marszałkowskiej 119, wychodzi oficer pijany, mówi: „Masz gazetę?”. Mówię: „Mam”. – „Jaką?” – „Mikołajczyka”. – „A ty taki nie taki!” Trudno to zrozumieć dzisiaj. Naprzeciwko hotelu „Polonia” chłopak młodszy ode mnie, mniejszy. Idzie wataha komunistów i krzyczą: „Precz z Mikołajczykiem! Precz!”. A ten chłopaczyna krzyczy: „Niech żyje Mikołajczyk!”. Z kijami wyskoczyli, tak go obłożyli, że dzieciak leżał, a oni poszli pod PSL ten budynek niszczyć. O komunistach nie mam ani lepszego, ani gorszego zdania, jak o esesmanach. O dzisiejszych komunistach to samo i dlatego mówię. Z tym że to nie byli warszawiacy.

  • Proszę powiedzieć, jak pan trafił do domu dziecka, jak to się stało, gdzie był ten dom dziecka?

Była to Szkoła Przysposobienia Przemysłowego w Łodzi numer 40. Tam mnie zapisano przez opiekę społeczną. Opieka mieściła się na ulicy Bagatela 10. Tam była taka pani, która te biedne sieroty spisywała. Nas była grupa może dwadzieścia parę osób tych dzieciaków, tych biednych sierot, chociaż nie wszystkie sieroty. Trafiłem do Łodzi i tam była taka szkoła, i my byliśmy umundurowani tak jak Służba Polsce. Tam chodziliśmy do szkoły, miałem internat i tam mi było dobrze. Było mi tylko źle, że byłem sam. Chłopaków pełno, grałem na akordeonie, wesoło, bo to człowiek młody, piętnaście lat, mój Boże, szesnaście…

  • W którym roku to było?

To był 1947 rok. Życie tam miałem o tyle, że ciepło miałem, miałem co jeść, opiekę miałem, miałem gdzie spać i nikt się nade mną nie znęcał. Tam dyscyplina była, to dla takiego chłopaka to była radość, bo po wojskowemu trochę było. Musztra była i gimnastyka poranna, i strzelanie ostre też było z broni, bo szykowała się III wojna. Tak, już wtedy się mówiło o III wojnie. Później po tej szkole dostaję nakaz pracy jako tokarz Szkoły Przysposobienia Przemysłowego i pracuję w Chorzowie jakiś czas, a później w Pruszkowie. I tak ta moja gehenna wojenna trwała, ale u wujka miałem bardzo ciężkie życie. Chyba najcięższe życie to okres tam. Raz, że mnie wypędził z mieszkania, nie miałem gdzie spać. Nie podobało mu się, że nie daję pieniędzy, że nie zarabiam.

  • Gdzie pan się podział, gdzie pan spał?

W gruzach na ulicy Pańskiej.

  • Czy tam było więcej takich ludzi bezdomnych?

Ja byłem i spotkała mnie znajoma, pani Zosia Toda, która mieszkała w domu Słowika, spotkała mnie na ulicy. Żywiłem się przy hotelu „Polonia”, tam był plac kiedyś. Zupa gorąca, pyzy gorące, kluski gorące i tam za piętnaście złotych zjadałem talerz fasolowej zupy, ponieważ lubiłem, to jeden, dwa talerze, a żyłem z tego, że chodziłem po gruzach i tak: to kółko od kaloryfera odkręciłem, to kran odkręciłem i na Pociejów przynosiłem. Na Pociejowie już skupowali krany, kaloryfery, różne rury i to mnie kolega w to wciągnął, Gienek Matys. On też nieźle zarabiał nawet.

  • Jak zima przyszła, to też pan tam w tych gruzach był?

Tak, też. Przykrywałem się taką blachą. Prostopadłościan taki był, ja się tym przykrywałem na noc. I co to znaczy młodość: bez jesionki i ciepło. W marynareczce, w koszuli i pani Zosia mnie spotkała, i mówi: „Co ty, Wojtek, robisz?”. Mówię: „Nic. Nie mam gdzie spać”. Mówi: „To chodź do mnie”. Zaprowadziła mnie na kupę mieszkańców, składającą się sześciu osób rodzinę, w tym i dzieci, do mieszkania Sienna 45, ten budynek do dzisiaj stoi. Tam mieszkałem, nie mając się czym przykryć, swoim ubraniem się przykrywałem. Robactwo było, bo wody nie było, po wodę trzeba było chodzić do studzienki. Nie było tak, że woda z kranu leciała, mimo że budynek był nowoczesny i winda była, to było wszystko martwe. Winda była i stoi do dzisiaj, ale to było wszystko martwe.

  • Czy ludzie sobie pomagali wtedy?

Wszyscy sobie pomagali wzajemnie. Pamiętam, pan Stasiek wrócił z frontu, z Zachodu, przywiózł troszeczkę, bo ci ludzie, co z Zachodu przyjeżdżali, to coś przywozili, to pamiętam, koc mi taki dał, żeby mnie przykryć, a ja spałem w kolebce. Już nie na podłodze, tylko kolebka taka. Wzięli Stefanka, ta kolebka na biegunach była, to podkładałem pod tą… Tak to się dzisiaj mówi, ale tak było. Jak sobie wspomnę, jak to przeżyłem, to mi się czasami samemu wierzyć nie chce. To, co przeżyłem, to się szczypię czasami, czy to prawda.

  • Brał pan udział przy jakimś odgruzowywaniu czy przy jakichś pracach odbudowy?

Tak. BOS, Biuro Odbudowy Stolicy. Za odgruzowywanie całodzienne dostawało się talerz zupy. To nie tylko ja, całe rodziny przychodziły. Tam od państwa Todów, gdzie spałem i mieszkałem, to oni też chodzili codziennie na odgruzowywanie Warszawy. To w różnych rejonach, to jezdnię się odgruzowywało, tam, gdzie było najlżej łopatą pracować.
Tak dobiegłem do czasów PRL-u i w PRL-u też nie miałem łatwego życia. Byłem wrogiem ludu. Wrogiem klasowym byłem, już mając osiemnaście lat, tu, w Pruszkowie. Ci, co mnie tak dołowali, to już robaki po nich znikły, a ja jeszcze te osiemdziesiąt dwa lata mam, jakoś się trzymam i myślę, że Pan Bóg jakoś mi zdrowie jeszcze da, że niejedno jeszcze przeżyję, ale do spraw tych, o których [mówimy], to jeszcze nie wszystko powiedziałem. Matkę miałem nadzwyczaj odważną. Ona w 1939 roku, jak prezydent Starzyński przez radio ogłosił, że dom się pali tu i tu, na tej ulicy, pod tym i pod tym numerem, to już szła. Czegoś nie powiedziałem, o Żydóweczce. Żydóweczka, ważna postać. W piwnicy trzymaliśmy króle.

  • Pod jakim adresem?

Na Prądzyńskiego 27 mieszkania [34]. Okienko piwniczne wychodziło na ulicę. Przy tym okienku stała beczka średniej wielkości do góry dnem. Nasza piwnica była przed tym okienkiem. Przynosiłem obierki z otrębami, żeby te króle żywić i w ucho później, no i otwieram, postawiłem to, ten garnek z otrębami i świeczkę miałem. Patrzę, a spod tej beczki nóżka dziecięca wystaje, trzewik, taki lakierek czarny. Pamiętam, różowa skarpetka i lakierek czarny. Trochę się zląkłem, nie wiedziałem, co robić, ale zapukałem do tego, nóżka drgnęła. To ja tą beczkę, mówię: „Nie bój się, to ja jestem”. Tą beczkę ruszam i przychodzi kobieta, matka, bo one widocznie były w tym miejscu, córka na beczce, a jak zobaczyły, że ktoś idzie, to matka pobiegła w inny koniec piwnicy, a córkę przykryła beczką. Akurat mała dziewczynka, dwa, trzy lata miało to dziecko. Nie wiem, tak według moich obliczeń, według mojego osądu. Ona mówi: „Czy są tu Niemcy?” – a ja spostrzegłem, że to Żydówka. Szczególnie ta matka miała taki orli nosek, czarne włosy. Dziewczynka też miała semickie rysy. Mówię: „Proszę pani, jest dwóch, Bekier i Kostrzewa”. Strasznie się zląkłem, mówię tak: „Niech pani tu poczeka, a ja pójdę po mamę i pani pomoże”. Otworzyłem piwnicę, a w piwnicy cała piwnica panterek niemieckich, ojciec znów zakitrał, magazyn zrobił. Tak jak buty kiedyś były, teraz panterki niemieckie, na watolinie i bez watoliny. Jak ta Żydówka to zobaczyła, mówi: „Ja tu nie będę”. Mówię: „Niech pani będzie, bo na pewno mama pani pomoże” – no i szybko, mówię: „Mamo, Żydówka jest w piwnicy, trzeba pomóc”. Mama trach, to jedną sekundę trwało, konewkę, z wodą oczywiście, ręcznik, wałówkę, dwa kawałki chleba z marmoladą i kawę z dzbankiem. To sekundy trwało i biegiem. Przyszła, stała ta kobieta i mówi: „Proszę pani, taka sytuacja moja jest, że nie mam wyjścia”. – „Niech pani się nie martwi, ma pani tu kawałek…”. Ten dzieciak rzucił się na chleb, rzucił się z głodu. Ta kobieta też i mama mówi tak: „Niech pani w tej piwnicy prześpi, a dziecko wezmę do domu”. Mówi: „Ale tu Niemcy są”. – „Jest, Bekier nawet naprzeciwko nas mieszka”. Mówi: „O, to nie, proszę pani, to ja stąd idę”. Mama mówi: „Proszę pani, jestem też w [trudnej] sytuacji, bo nie wiem, co zrobić?”. Mówi: „Nie, to ja stąd pójdę, sama, gdzie mnie Pan Bóg poniesie”. – „To niech pani zaczeka, ja coś wykombinuję”. Poleciała na górę, wzięła chustkę, tego dzieciaka okryła i idziemy ulicą Prądzyńskiego do Wschowskiej, Wschowską do Ordona i koniec Ordona, róg Gniewkowskiej, Ordona zakręca tak, krzywo idzie, i tam jest ten kopiec na buty. Do tego kopca ją prowadzi, tylko tam już butów nie ma oczywiście, tam jest słoma i beczka wody. Mama mówi tak: „Proszę pani, niech pani tu do rana prześpi”, bo to było wieczorem. „Niech pani tu do rana prześpi, rano przyjedzie rykszą, Maniuś się nazywa, oko ma trochę scentrowane, i on pani dalej pomoże, przyniesie pani jedzenie”. Tak się stało, Maniuś na rykszę, przyjechał, przyjechał po czasie, mówi: „Pani Lodziu, niestety nie ma nikogo tam. Rozglądałem się dookoła, nie ma nikogo”. Widocznie wyszli, coś się z nimi stało albo uciekli.
To tak tyle powiedziałem, ale życie miałem… Nie zdemoralizowało mnie to życie, żebym się do partii zapisał, żebym był jakimś szpiclem, żebym był jakimś donosicielem na kogoś. Żyłem sobie uczciwie, poszedłem, ukończyłem dwie szkoły muzyczne, później pracowałem w szkole. […]



Warszawa, 14 maja 2012 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Rafalska-Dubek
Wojciech Łojkowski Stopień: cywil Dzielnica: Wola

Zobacz także

Nasz newsletter