Zbigniew Foltyński „Foka”

Archiwum Historii Mówionej
  • Co robił pan przed 1 września 1939 roku?

Przed 1 września 1939 roku byłem uczniem gimnazjum imienia Mikołaja Reja w Warszawie. W tym okresie kończyłem gimnazjum i uzyskałem małą maturę. Od września już nie chodziłem do szkoły, bo szkoła została zamknięta. Pod koniec września zapisałem się do Technikum Wodno-Melioracyjnego, prowadzonego przez pracowników przedwojennej Politechniki Warszawskiej. Technikum mieściło się na ulicy Pankiewicza.

  • Jaki wpływ na pana życie miała pierwsza szkoła, gimnazjum?

Może to, że w tym okresie zapisałem się również do Harcerstwa Polskiego. Zapisałem się do 5. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej, gdzie należałem od 1935 roku. Oczywiście, tak jak wszyscy harcerze, należeliśmy również do konspiracji. Długo nie działałem w 5. Drużynie Harcerskiej, bo prawie cała drużyna została aresztowana przez Niemców.
Żeby z czegoś żyć, to oni prócz pracy konspiracyjnej jeszcze szklili Halę Mirowską. Prawie cała drużyna. Ktoś doniósł do gestapo. Przyjechali i całą drużynę zaaresztowali i wysłali do Oświęcimia. W tym czasie nie byłem tam, bo musiałem po prostu pomagać rodzinie, żeby przeżyć, żeby zarobić na jedzenie. Pomagałem ojcu.

  • Gdzie pan mieszkał w czasie okupacji?

W czasie okupacji mieszkałem w Legionowie. Rodzice pobudowali się w 1928 roku i tam mieszkałem. Mieszkałem właśnie do wybuchu Powstania.

  • Jak zarabiał pan na życie, co było pana źródłem utrzymania?

Rodzice. Po prostu żyłem razem z rodzicami. Mój ojciec handlował wódką. Pomagałem jemu rozwozić tą wódkę do znajomych, zaprzyjaźnionych sklepów, stąd rodzina czerpała zyski. Poza tym dużo czasu nie mogłem poświęcić na pomoc ojcu, bo cały czas się uczyłem. W Gimnazjum imienia Mikołaja Reja nie zrobiłem matury. Maturę jednak trzeba było zrobić. Zapisałem się więc do technikum, gdzie po skończeniu, po dwóch latach w 1942 roku uzyskałem dyplom technika budownictwa wodnego i melioracji. To były dwa lata. To mnie dało tą tak zwaną techniczną maturę. Straciłem kontakt z harcerzami, bo już mojej drużyny nie było. Koledzy, którzy dostali się do Oświęcimia, przeważnie zginęli. Niewielu ocalało i wyszło z życiem z Oświęcimia. Zająłem się pracą konspiracyjną w Związku Walki Zbrojnej, później w AK, które z ZWZ przekształciło się w AK.
Po skończeniu technikum przeszedłem już do tajnej politechniki, którą w końcu okupacji Niemcy zgodzili się otworzyć. To się nazywało po niemiecku Technische Hochschule für Bauwesen – Techniczna Wyższa Szkoła dla Budowniczych. Studiowałem z tymi samymi ludźmi, którzy wykładali mi w tajnej podchorążówce artylerii. Moim wodzem i komendantem był porucznik artylerii przedwojennej, jednocześnie asystent profesora Kazimierza Wójcickiego, który wykładał przed wojną w Katedrze Budownictwa Wodnego. Tak że studiowałem na politechnice, jednocześnie studiowałem na podchorążówce w artylerii. […] Studiowałem do końca okupacji, do wybuchu Powstania Warszawskiego. Kilka dni przed wybuchem Powstania zostałem zmobilizowany. Już nie jeździłem do Legionowa, tylko mieszkałem u moich dziadków na ulicy Siennej w Warszawie. Bo w każdej chwili mogłem być wezwany do akcji, bo wiedzieliśmy, że Powstanie wybuchnie.
Rzeczywiście, dnia 1 sierpnia 1944 roku zgłosiłem się na zbiórkę do swojego oddziału. Mój oddział to nazywał się Grupa Artyleryjska „Granat”. Tego się uczyliśmy. A mieliśmy w programie zdobycie sprzętu artyleryjskiego od Węgrów, którzy byli w Lasach Kabackich, mieliśmy dostać [ten sprzęt], korzystać z niego i przy pomocy tego sprzętu walczyć z Niemcami. Tymczasem zgłosiłem się na punkt zbiórki, to był Mokotów, ulica przy Puławskiej, róg Puławskiej, koło Dworkowej… Zgłosiłem się. Pierwsze dwa dni po prostu byliśmy zamknięci w tym lokalu zbiórki – bez broni, bez niczego. Jedyną broń, jaką miałem, to fiński nóż, ale to przecież nie jest broń do walki. Po paru dniach zebraliśmy się już w większej grupie na ulicy Odyńca. Ale nadal bez broni i walczyć po prostu nie mieliśmy czym.
Zostałem zaangażowany do wypadu poza Warszawę, do Lasów Kabackich, gdzie były wojska węgierskie. Tam mieliśmy pójść po broń. Rzeczywiście, w pierwszych dniach sierpnia przedarliśmy się bez żadnych strat przez kordon Niemców otaczających Warszawę i dostaliśmy się do Lasów Kabackich. Po dwóch dniach [wracaliśmy] uzbrojeni po zęby, tak uzbrojeni, że po prostu tej broni nie mogliśmy udźwignąć. Oprócz broni sprowadziliśmy jeszcze około dwóch tysięcy mężczyzn, którzy czekali na okazję przedarcia się do środka Warszawy i walczenia z Niemcami. Osobiście z tej broni wybrałem sobie angielski pistolet maszynowy, nazywał się sten – można było sobie wybrać. Z tym stenem już byłem do końca Powstania. Walczyłem, miałem dużo amunicji, sten był wyśmienitą bronią. Wracając tą wielką grupą z Lasów Kabackich, byliśmy zaatakowani przez Niemców. Musieliśmy już bronić się przy pomocy tej broni, która jeszcze nie była przez nas rozeznana. Udało się nam przedrzeć przez kordon Niemców i dotarliśmy do Warszawy. Już byłem pełnosprawnym partyzantem Powstania Warszawskiego, bo miałem czym walczyć.
Jeśli chodzi o walkę, to od razu zostaliśmy rozdzieleni na poszczególne grupy. W dalszym ciągu należałem do Pułku „Baszta”. Początkowo [byliśmy] pod dowództwem mojego dowódcy porucznika Stanisława Kietlińskiego, pseudonim „Hel”, ale jego nam po paru dniach zabrali. Zostawili go na dolnym Mokotowie.
Z Czerniakowa szliśmy w stronę ulicy Chełmskiej – Czerniakowską do Chełmskiej. Tu zaczęła się moja codzienna walka. Walczyliśmy wzdłuż Chełmskiej, cofaliśmy się Chełmską w stronę Górnego Mokotowa. Najcięższe walki jakie toczyłem, to były właśnie wzdłuż Chełmskiej i na poprzecznych uliczkach odchodzących od Chełmskiej. Pod koniec sierpnia doszedłem do Belwederskiej. Tutaj nasz oddział spotkała mała tragedia. Mianowicie nasz wódz, porucznik Kietliński, został zastrzelony, przeprowadzając powstańców z Dolnego Mokotowa przez Belwederską wzdłuż Dolnej w górę Mokotowa. Dostał kulkę w głowę i natychmiast zginął. Ostatni tydzień walczyliśmy na rogu Belwederskiej, Chełmskiej i Dolnej. To już była ciężka sprawa, bo Niemcy szli z czołgami wzdłuż Chełmskiej w stronę Górnego Mokotowa.
Aż wreszcie przyszedł dzień 27 września, gdzie już nie mieliśmy co jeść, czym walczyć. Sporo nas poginęło. Dostaliśmy rozkaz, żeby dojść do Puławskiej i po prostu zmieszać się z ludnością cywilną, która była wyprowadzana z Warszawy. Rozebrać się z mundurów, zlikwidować, zniszczyć broń i jako cywile pójść po prostu do niewoli. To był właśnie dzień 27 września 1944 roku. Niemcy całą noc prowadzili nas do Pruszkowa. Gdzieś były warsztaty kolejowe, załadowali nas w pociągi i wywieźli.
Początkowo nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. Aż wreszcie po dwóch dniach zorientowaliśmy się, gdzie jesteśmy, jak przeczytaliśmy napisy Arbeit macht frei – praca czyni wolnym. To był obóz koncentracyjny Sztutowo. W tym Sztutowie przeszedłem straszną kwarantannę. Byłem tam całe szczęście krótko, trzy tygodnie. Cały dzień od rana do nocy na świeżym powietrzu, bo wypędzali nas z baraków i w leciutkim ubranku obozowym musieliśmy stać na zimnie. To już był przecież październik.
Po trzech tygodniach wsadzili nas w pociągi, znowu wywieźli dalej. Jak dojechaliśmy, to zorientowaliśmy się, gdzieśmy dojechali. Okazuje się, że przewieźli nas do drugiego obozu koncentracyjnego, znajdującego się pod Hamburgiem. Obóz nazywał się Neuengamme. W tym obozie długo nas nie trzymali, kilka dni. Przebrali nas, dali troszeczkę cieplejsze ubranie i wywieźli do Holandii pod miejscowość Aurich. To jeszcze były Niemcy, ale przy granicy holenderskiej. Kopaliśmy rowy przeciwczołgowe, bo Niemcy spodziewali się ataku wojsk alianckich z zachodu. Kopaliśmy rowy przeciwczołgowe prawie do samego Bożego Narodzenia. Kilka dni przed Bożym Narodzeniem zlikwidowano to. Już zaczął się atak aliantów. Przyjechałem do obozu macierzystego Neuengamme, jako kompletny „muzułman” – tak to się nazywa. Ważyłem czterdzieści sześć kilogramów.
Z tego komanda Aurich z dwóch tysięcy ludzi, które przyjechało z Neuengamme, wróciła tylko połowa. Reszta po prostu zmarła. Zmarła z zimna, z wycieńczenia i z wody. Jak kopaliśmy rowy to mieliśmy wodę z nieba, deszcz. Kopaliśmy w tych rowach, gdzie też były momenty, że trzeba było stać po kolana w wodzie i wyrzucać ziemię wyżej. Tak że kompletnie chory, wycieńczony pojechałem do obozu macierzystego Neuengamme. Tam spędziliśmy Boże Narodzenie. Jak to wyglądało, nie będę opowiadał, ale to nie był karp po żydowsku, tylko kawałek chleba więcej niż normalnie. To wszystko.
Po dwóch, trzech dniach, już wojna zbliżała się ku końcowi. Niemcy troszeczkę nam odpuścili. Tych najbardziej chorych, tych, którzy wyglądali jak cienie, przekazali do tak zwanego Blockschonungu. A Blockschonung to były bloki wypoczynkowe, gdzie się tylko leżało, nigdzie nie wychodziło na żadną robotę, odpoczywało się. Na tym Blockschonungu byłem do… To był styczeń, luty, kawałek marca. W połowie marca nas zabrali i zaczęli prowadzić na roboty, na pobliskie komanda.
Tak to było mniej więcej do połowy kwietnia. Może koło 20 kwietnia zaczęto likwidować obóz Neuengamme. Zaczęto rozwozić więźniów po różnych obozach. Jednocześnie wsadzali do pociągów, wywozili nas gdzieś dalej, gdzie jeszcze nie było Anglików. W tym pociągu byłem dwa czy trzy dni, już nie pamiętam. Ale w każdym bądź razie dojechaliśmy do Lubeki.
W Lubece załadowano nas na okręty i wtedy zorientowaliśmy się w planach Niemców. Niemcy planowali zlikwidować obóz, ale jednocześnie i nas zlikwidować przez zatopienie okrętów. Załadowano nas na cztery okręty. Jeden największy, gdzie byłem, nazywał się Kap Arkona. To był przedwojenny okręt transatlantycki. […] Inne okręty to były: Thielbeck, Athen i jeszcze jakiś mały okręt.
Byłem na Kap Arkonie, na którym było chyba około siedmiu tysięcy ludzi. Przyszedł tragiczny dzień 3 maja 1945 roku. Raptem usłyszeliśmy strzały, wybuchy, dym, swąd. Okazało się, że Anglicy nie wiedzieli, kto jest w środku i zaczęli bombardować ten okręt. Rzucali bomby wybuchowe i zapalające. W każdym razie okręt zaczął się palić. Tutaj przeżyłem wielką tragedię. Byłem trzy piętra niżej poniżej pokładu. Zaczęła się palić góra. Jakoś, walcząc, udało mi się wydostać na pokład już wtedy, kiedy ogień zaczął obejmować cały okręt. Okręt zaczął się już pochylać. Nie było wyjścia. Trzeba było skoczyć do wody, a woda miała tylko 10 stopni ciepła, ale człowiek musiał ryzykować. Skoczyłem do wody, a byłem bardzo dobrym pływakiem. Muszę się pochwalić, że byłem wicemistrzem w zawodach międzyszkolnych Warszawy. Nawet przyczepiono mi czerwoną tarczę do rękawa, żebym udawał licealistę. Byłem wicemistrzem Warszawy w pływaniu kraulem. To mnie pomogło.
Skoczyłem do wody. Musiałem najpierw walczyć w tej wodzie. Walczyć dlatego, że raz człowiek miał szczęście, jak nie wskoczył na innych będących w wodzie; i dwa – nie dać się innym utopić, bo każdy się ratował i chwytał się czego mógł. Więc jeszcze walczyłem w wodzie z innymi, żeby odpłynąć od okrętu i swobodnie płynąć do brzegu. A brzeg widzieliśmy. To miejsce nazywało się Zatoka Lubecka przy miejscowości Neustadt Holsztyn. Do brzegu było koło trzech kilometrów od miejsca likwidacji okrętu. Udało mi się przepłynąć może półtora kilometra. Całego dystansu nie przepłynąłem, bo bym chyba nie przepłynął. Anglicy zmobilizowali już niemieckich rybaków, którzy płynęli w naszą stronę, któraś z łodzi mnie wyciągnęła i dowiozła do lądu. Tak się uratowałem.
Po dwóch tygodniach takiej tułaczki dostałem się do szpitala prowadzonego przez lekarzy Polaków, którzy znaleźli się tam, ale w jaki sposób, nie wiem. W każdym bądź razie zajęli się nami. Dostałem zapalenia płuc przez pływanie. W tym szpitalu przebywałem około miesiąca, aż przyjechał Szwedzki Czerwony Krzyż. Zabrali nas i zawieźli do Lubeki; wsadzili w swoje okręty i zawieźli do Szwecji. Dostałem się od razu do szpitala i mnie wyleczono. W ten sposób żyję.
W Szwecji byłem około roku. W 1946 roku, w dzień referendum (pamiętam to było 30 czerwca) znalazłem się już w Polsce. Tak wyglądała moja walka i działalność podczas okupacji.

  • Jeszcze chciałabym wrócić na chwilę do Powstania Warszawskiego. Zapytać o to, jak pamięta pan żołnierzy nieprzyjacielskich?

Pamiętam, bo strzelali do mnie, a ja do nich strzelałem.

  • Miał pan z nimi bliższy kontakt?

Nie.

  • Braliście jeńców?

Absolutnie nie. Żadnych jeńców nie braliśmy. Tylko strzelaliśmy do siebie.

  • Czy jako oddział mieliście kontakt z ludnością cywilną oprócz tego zakończenia, kiedy musieliście się wtopić w tłum?

Ludność cywilna polska, to znaczy ci mieszkańcy Mokotowa, bardzo pomagali.

  • Czyli odnosili się do was bardzo pozytywnie?

Bardzo pozytywnie, bardzo sympatycznie. Zawsze byli pomocni.

  • Oprócz walk był czas wolny w czasie Powstania. Co wtedy robiliście?

Spaliśmy. Po prostu spaliśmy gdzieś, gdzie się opatuliliśmy. Po prostu odpoczywaliśmy.

  • Jaka atmosfera panowała w pana grupie?

Jak najlepsza.

  • Czy mieliście szansę na słuchanie radia albo czytanie prasy podziemnej?

Nie. Jakaś prasa, jakieś rozkazy dochodziły. Ale raczej takiej prasy informacyjnej nie było.

  • Czy mógłby pan powiedzieć o najgorszym wspomnieniu z czasów Powstania? Co najbardziej utkwiło w pana pamięci?

Najgorsze wspomnienie to było na ulicy Piaseczyńskiej, która odchodzi od Chełmskiej. W każdym bądź razie był obstrzał Niemców ze strony ulicy Dworkowej. Mieliśmy przedrzeć się i właśnie atakować ulicę Dworkową. Jeden z moich kolegów niefortunnie znalazł się pod ogniem ciężkiego karabinu maszynowego, który odstrzelił mu nogę. Niestety, nie znoszę widoku krwi. Zobaczyłem tą krew, tą nogę w dwóch kawałkach. Po prostu zemdlałem. To było takie moje najgorsze wspomnienie z Powstania.

  • Czy ma pan jakieś najlepsze wspomnienie z Powstania? Coś co utkwiło w pana pamięci, ale było raczej pozytywne?

Pozytywne… To widok tych Niemców, których mnie się udało zastrzelić. To takiego wrażenia żadnego niekorzystnego nie było. Raczej zadowolenie ze spełnionego obowiązku.

  • Czy chciałby pan może coś dodać od siebie na temat Powstania, coś czego pan jeszcze nie powiedział?

Okupacja trwała przecież przeszło cztery lata. Trudno mi jest powiedzieć. Przez te kilka lat przeżyć rozmaitych było mnóstwo. Na przykład moja grupa zajmowała się transportem i przerzutem broni z jednego miejsca Warszawy do drugiego. To było związane z ryzykiem, z niebezpieczeństwem. To trudno pamiętać w tej chwili, jakie charakterystyczne zdarzenia miały miejsce. Ale tego było bardzo dużo. W każdym bądź razie, jeżeli chodzi o walkę, to w Powstaniu normalnie walczyłem jak żołnierz, a przez te cztery lata uczyłem się. Uczyłem się i przygotowywałem się do tej walki. Przecież skończyłem podchorążówkę artylerii, a to zawsze było związane z niebezpieczeństwem, z ryzykiem, że po prostu człowiek będzie zdradzony i może być aresztowany.

Warszawa, 14 listopada 2008 roku
Rozmowę prowadziła Beata Kozakiewicz
Zbigniew Foltyński Pseudonim: „Foka” Stopień: kapral podchorąży Formacja: Pułk „Baszta”, Grupa Artyleryjska „Granat” Dzielnica: Mokotów Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter