Zdzisław Radomyski „Żbik”

Archiwum Historii Mówionej
  • Zaczniemy od wcześniejszych lat, mianowicie od chwili wybuchu wojny. Czy wtedy mieszkał pan w Warszawie?

Tak.

  • Był pan świadkiem, widział pan rozwój wypadków 1 września 1939 roku? Jak to wyglądało? Czy coś panu pozostało w pamięci jako szczególne wydarzenie?

Tak, byliśmy w Nieporęcie na wakacjach i tam widziałem w pierwszym dniu wojny bitwę powietrzną, jaka się rozegrała w pobliżu Nieporętu na linii Beniaminów. Jak leciały samoloty niemieckie, to nasze samoloty myśliwskie zaatakowały je. Można było obserwować, bo to było w niewielkiej odległości. Rozsypał się ich układ jaki tworzyły, zmienił się, że zaczęły omijać […] i walka się toczyła, słychać było strzały. Ale nie widziałem, żeby jakiś samolot strącił, widziałem tylko, że odlatywały dalej.

  • Pan był jednym z nielicznych widzów tych walk, bo właściwie to bardzo szybko się wszystko skończyło.

Tak, jeszcze może nawiążę do tych wydarzeń. W pobliżu Nieporętu była asfaltowa szosa, na której mogły lądować samoloty. Po powrocie do domu przyjechałem do Nieporętu, żeby nabyć jakąś żywność. Co się okazało? Jak wracałem później rowerem, w pewnym miejscu pod lasem zatrzymałem się na potrzebę swoją i wszedłem do tego lasu. Znałem te miejsca, bo często chodziliśmy nad kanał, tam Kanał Królewski płynął. Wszedłem do tego zagajnika i okazało się, że stał polski samolot P-11C. Znałem go, bo interesowałem się lotnictwem i wiedziałem, że to jest polski myśliwiec.

  • Jak on się znalazł w lesie?

Właśnie. Byłem pod wrażeniem tego, że ten samolot zupełnie bez załogi, bo nikogo w pobliżu nie było. Pustka była w tym lesie. Zastanowiło mnie czy on jest na chodzie. Wziąłem śmigło i poruszyłem. Rzeczywiście poruszyło się coś w samolocie. Ale z drugiej strony Nieporętu, w pobliżu, była wieś niemiecka, był młyn i byli Niemcy. Znałem też tych Niemców, bośmy chodzili nad ten kanał, żeby pływać, bo przy młynie była głębina. Już wtedy wiedzieliśmy o pewnych rzeczach, jakie się tam działy, że Niemcy chowają broń czy coś takiego, różne historie. Stąd miałem pewne obawy, żeby z tym samolotem uważać, bo w każdej chwili może ktoś… Ale poruszyłem, nic nie było. Szukałem czy może pistolet jakiś będzie, nic. Orczyk do sterowania był na miejscu, wszystko było. Samolot jakby był wprowadzony do tego miejsca, żeby stał, żeby ukrytym być. Tak że ta historia dla mnie była niezrozumiała. Jakkolwiek wiedziałem, że w Mińsku był jakiś pułk lotniczy i mógł ten samolot wylądować, czy był uszkodzony i tam został. Ale że go zostawili, to już dałem sobie spokój i zostawiłem ten samolot, bo właściwie nie wiedziałem co zrobić. Tak że do dzisiaj starałem się dowiedzieć. Jak kiedyś byłem w PZL, to się pytałem różnych ludzi czy [coś o tym] wiedzieli. Ale nikt nic nie powiedział, mówili żebym napisał gdzieś […]. Ale nic nie dowiedziałem się co się stało. Przypuszczałem, że mógł ktoś planować ucieczkę tym samolotem.

  • Ale nie z lasu przecież?

Nie, mógł wyprowadzić, bo tam była właśnie bliskość tej szosy i była możliwość wyprowadzenia go na pole startowe, bo ta szosa była dość szeroka. Zresztą może nawet przed wojną myślano o tych sprawach w przyszłości, rozbudowano lotniska zapasowe. Zresztą lotnictwo nasze było przebazowywane, były samoloty wyprowadzane już w 1939 roku, więc miałem obawy. Ale nie miałem jakichś kontaktów z ludźmi takimi… Mój ojciec był starszym sierżantem i był zmobilizowany jako saper, [ale] jeszcze ojca nie było, więc nie wiedziałem właściwie komu się pożalić z tym problemem, nie wiedziałem naprawdę. Do dzisiaj już trochę domyślałem się, co by to mogło być… Nie wiem czy go Niemcy wyprowadzili, bo koła były, wszystko było właściwie…

  • Może jak wywiad już ujrzy światło dzienne i będzie w Internecie, ktoś przeczyta i znajdzie się odpowiedź na to.

Nie wiem, możliwe, bo samolot był sprawny. Widziałem jak poruszyłem, to aż bałem się, żeby on nie ruszył.

  • Zapamiętał pan ciekawe zdarzenie.

Tak, absolutnie. Tak samo obserwowaliśmy Beniaminów…

  • Fort taki był…

Tak i były różne historie. Mówili, że nawet próbowali czołgi pływające, różne sprawy. Tak że taka przygoda mnie spotkała.

  • Po tych wakacjach zakończonych tak dramatycznie, wrócił pan do Warszawy, tak?

Tak, wróciłem do Warszawy, bo tam coś kupiłem, chleb czy coś takiego i wróciłem do Warszawy.

  • Jak wyglądał dalszy ciąg, bo potem trzeba było jakoś żyć. Trzeba było uczyć się, jeść, troszczyć o dzień codzienny. Jak to w domu wyglądało? Było dużo dzieci w domu?

Nie, miałem siostrę starszą o dwa lata od siebie. Chodziła już do czwartej klasy, skończyła, a ja zdałem do trzeciej klasy gimnazjum mechaniczno-kolejowego, bo było na Bródnie takie. Pierwsza rzecz to poszedłem do szkoły, bo ona mieściła się w pobliżu, za stacją Warszawa Praga. Tam były nasze warsztaty. Okna były powybijane. Szkoła w pewnym stopniu podlegała kolei. Dyrektorem był Rudolf Schmidt, Austriak prawdopodobnie, dobrze mówił po niemiecku i jak z nami prowadził lekcje, to po niemiecku trzeba było mówić. Słownictwo [ograniczało się] do spraw kolejowych. Dyrektor był bardzo przyjemnym człowiekiem. Jego córka umarła, młoda dziewczyna i był wstrząśnięty tym, bo miała szesnaście lat jak umarła. Grób tej dziewczynki został na Bródnie, bardzo często chodzę do niej. Nasz dyrektor postarał się i dalej był dyrektorem warsztatów kolejowych.

  • Wy mieliście jakiś związek z tymi warsztatami kolejowymi? Jakieś praktyki tam były?

W tym czasie jeszcze nie, ale później… Dyrektor postarał się o szyby, urządzenia i przystąpiliśmy do [napraw]. Wielu kolegów przychodziło i wszystkie szyby uzupełniliśmy. Tak że wcześnie zaczęliśmy lekcje. Wtedy już mówiono, że szkoła zostanie skrócona. My mieliśmy program czteroletni i zdałem do trzeciej klasy, więc zaczęliśmy kontynuować trzecią klasę, a później czwartą. Niemcy nam pozwolili, bo planowali obniżenie tej szkoły do trzyletniej. Właściwie tę szkołę skończyłem w następnym roku, ona się kończyła egzaminem czeladniczym i inne przedmioty odpadły. Historia i wszystkie te przedmioty były odrzucone. Aha, wprowadzony był język niemiecki. Pani Sztromska prowadziła z nami lekcje języka niemieckiego. Tak że człowiek dość dużo niemieckiego opanował przy okazji. Tę szkołę właściwie w tym czasie przewidzianym skończyłem.

  • Czy uczył się pan na kompletach? Brał pan udział w nauczaniu tajnym?

Nie, doszedłem do wniosku, że po pierwsze było trudno. Mój ojciec był robotnikiem, pracował przed wojną w starostwie grodzkim i po wojnie zaczął pracować na kolei. Mieszkałem na Nowym Bródnie i to było całe osiedle kolejarskie, gros ludzi to byli kolejarze, którzy pracowali w Warszawie… Uważałem, że jeszcze będę mógł skończyć, bo już skończyłem czwartą klasę. Jakkolwiek nie dali nam żadnych świadectw, jedynie świadectwo czeladnicze. Przyjechał folksdojcz chyba, który też brał udział w naszym egzaminie czeladniczym. Ale szkoła miała obniżony poziom, bo żadnych przedmiotów poza rysunkami…

  • Potem po skończeniu tej szkoły poszedł pan już do pracy?

Tak, agitowali żeby iść do pracy i właściwie wielu kolegów… Ci, którzy mieli lepsze warunki materialne to organizowali w jakiś sposób… Postanowiłem, że sam będę się uczył i w przyszłości będę kończył. Można było kończyć takie rzeczy jak - zapomniałem jak to się nazywało - wyższe technikum… Towarzystwo Doskonalenia Kursów miałem zamiar kończyć, ale to różnie było.

  • Gdzie pan zaczął pracować?

Zacząłem pracować w warsztatach kolejowych. Można było wybrać, bo założono, że będziemy pracować w różnych działach. Można było wybrać wydział mechaniczny, obrabiarki czy w warsztacie przy naprawie parowozu. Ponieważ w szkole nauczyłem się spawania, to się zadeklarowałem jako spawacz.

  • Ale kierownikami byli oczywiście Niemcy?

Nie, byli Polacy, kierownicy działów czy hali. Specjalne hale były, które określały front robót. Bo była naprawa średnia, główna i bieżąca. Ale również byli Niemcy, kolejarze, fachowcy, którzy pracowali tam i mieli nadzór.

  • Ta praca w warsztatach kolejowych dawała panu kenkartę, tak?

Tak.

  • I mundur, który zabezpieczał ewentualnie przed…

Nie, mundurów nie mieliśmy żadnych, bo to właściwie cywilna praca była. Żadnych mundurów czy czapek, nic. Właściwie to można było kupić czapkę kolejarską. Zresztą wtedy jeszcze kolejarze polscy nosili, ojciec miał czapkę kolejarską.

  • Pytam tylko dlatego, że kilkakrotnie słyszałam od rozmówców, że mundur kolejarski zabezpieczał czasami przed łapankami.

Nie chodziłem w mundurze, miałem ubranie właściwie też chyba kolejowe, bo dostałem po jakimś czasie. Zwykła kurtka bez żadnych guzików. Żeby było śmieszniej, to chodziłem długi czas w gimnazjalnym stroju. Jak człowiek wchodził, to Niemcy bardzo często patrzyli, że guziki były niklowane i [myśleli], że [pewnie] jakiś urzędnik jestem. Tak że nie mieliśmy żadnych mundurów. Mam taki ausweis, który… moja ciotka była w konspiracji i miała sfałszowany ausweis.

  • Podobno robiono to pierwszorzędnie.

Bardzo dobrze, wprowadzili takie znaczki, które co kwartał zmieniano, żeby trudniej było [fałszować]. Poza tym tam było [podane] kim był, co robił, zawód był podany, gdzie pracował i był stempel niemiecki. Te dowody zabezpieczały przed łapanką. Jakkolwiek byłem w kilku łapankach, ale jakoś mnie ominęło.

  • Może pan powie czy wśród kolegów, w tej grupie młodych osób pracujących tam, nie było takich, którzy już należeli do jakichś konspiracyjnych siatek i czy próbowali pana zwerbować do organizacji?

Zaczęliśmy już na początku szkoły. Miałem kolegów kilku, którzy później… Zresztą ta sprawa się wiąże ze zmianą naszego zamieszkania. Niemcy planowali rozwój warsztatów kolejowych, w ekspansji na wschód rozwijali kolej. Jeszcze wtedy była współpraca między Niemcami a Rosją. Planowali rozbudowę tych warsztatów. Rzeczywiście sprowadzali maszyny, udoskonalali ten proces z ich zadaniami do tego. Zaplanowali rozbudowę i rzeczywiście rozwijali tę kolej. Miałem kolegę Całkę…

  • Jak on się nazywał?

Całka, tak jak funkcja matematyczna, Ryszard Całka. My się znaliśmy przedtem, bo chodził też do tej szkoły tylko niżej. Różne dyskusje… Aha, miałem kolegę Kostka… Jak on się nazywał?… Przychodził do nas i prowadziliśmy narady ideologiczne, o tym co tu będzie dalej, jak to będzie rozwijać się. Właściwie takie zebrania kilkakrotnie się rozwijały. Ale Niemcy mówili, że będzie kolej rozszerzona i kwartał od ulicy Kiejstuta do samych warsztatów był wysiedlany i wszyscy ludzie byli wysiedlani. Na przykład, to już było w późniejszym okresie, jak w getcie byli wyrzucani ludzie, z getta mniejszego. Wiem, że my też byliśmy planowani, bo mieszkaliśmy przy ulicy Kiejstuta. Zostałem przeniesiony na Pańską 28 chyba, po Żydach, którzy byli stamtąd wysiedleni. Nawet pamiętam, że była w tym domu apteka po drugiej stronie… jednym słowem, że tam się coś działo. Ten dom był ciekawy, bo było duże podwórko… Z tym kolegą Całką nawiązaliśmy kontakt. Z tym, że kiedyś coś mi dał…

  • Ale to było oficjalne, to było jakoś zorganizowane?

Nie, nic nie było oficjalne, to tak między nami. Jak Kostek Buczyński przychodził do nas to z nim mieliśmy pogadanki aktualne, co się dzieje, co może być. Ale później jakoś tak, że ta więź [się zerwała], bo wszyscy byli gdzie indziej przeprowadzani. Kolega na Twardą był przeniesiony, ja na Pańską, tak że właściwie nie miałem już kontaktu. Wiem, że coś planowali, ale to w przyszłości i właściwie nie brałem udziału …

  • W takim razie jak pan się znalazł w Zgrupowaniu „Gustaw-Harnaś”?

Jeszcze powiem, że mieliśmy broń. Kolega Rysio później miał granaty, dał mi, żeby zanieść. Miałem ojca pistolet maleńki, „szóstkę”. Poza tym mieliśmy dużą szablę dziadka w domu. W Wawrze była historia z zamachem na żołnierzy, których zabili ci ludzie. Były represje i to takie duże, które działały na psychikę ludzi, baliśmy się. Pamiętam, że tę szablę wyrzuciliśmy do śmietnika chyba, tak że nie było [jej]. Nie miałem kontaktu, żeby… Wiedziałem, że ten kolega był w organizacji, ale nie pytałem się nigdy o nic, bo nauczyłem się, żeby mniej mówić…
  • Jak najmniej wiedzieć?

Tak.

  • W końcu jak pan się dostał, jak się pan skontaktował z „Gustawem”?

Ustalone zostało, że zostanę powiadomiony o wybuchu Powstania. W tym czasie, jak Powstanie wybuchło, to od razu poszedłem do najbliższego punktu, o którym wiedziałem. To było blisko Złotej chyba, był jakiś podchorąży i organizował. Przyszedłem i mówię: „Mogę coś panu pomóc w tym”. Kilka dni byłem razem z nim. Szukaliśmy różnych fachowców do pieczenia chlebów, chodziłem, ludzi szukałem, żeby organizować różne historie.

  • Czyli służba cywilna to była?

Nie wiem czy on miał broń, czy nie miał broni. Jeszcze przychodzili ludzie, że ktoś na strychu jest, jakiś człowiek, że nie wiadomo kto to jest, żebyśmy poszli. No to szedłem z kimś i po tych strychach łaziłem i szukałem.

  • I co?

Nie znalazłem akurat, ale wiem, że były takie historie, że się szło, żeby znaleźć kogoś.

  • Czy pamięta pan dzień 1 sierpnia 1944 roku? Chodzi mi o godzinę „W”, czy dla pana ona coś znaczyła?

Owszem, miałem takie zdarzenie z Niemcem. Wtedy miałem urlop… Jakieś straszne syreny odezwały się o czwartej czy o trzeciej, dość przeciągłe. Akurat byłem u kolegi Rysia, nie zastałem go i szedłem skrajem ulicy. W pewnej chwili widzę, że Niemiec jedzie, lotnik. Widać było, że miał hełm i mundur lotniczy. Co widzę? Jechał samochód na trzech kołach, były takie jak wózki i kierownica, jak inwalidzkie. Ten samochód zajechał drogę temu Niemcowi, że się przewrócił na mnie. W tej chwili zatrzymał się kierowca, a to był aspirant policji, bo miał gwiazdkę, był w stopniu oficera. Wyskoczył z tego samochodu, miał jakiś maleńki pistolet, tylko strzelił raz koło tego Niemca, bo ten Niemiec zanim się podniósł z tym rowerem to zbaraniał. Przede wszystkim zdjął mu pas, wszystko, bo miał duży pistolet służbowy i na ramie był karabin. On jechał na służbę chyba na lotnisko. Zabrał mu to, z tyłu była skrzynia i rzucił na skrzynię ten rower. Coś mu powiedział i odjechał. Ten Niemiec stanął, na mnie się spojrzał, nie wiedział co ma robić. Wreszcie machnął ręką i poszedł. Ja też nie wiedziałem…

  • To był właśnie 1 sierpnia?

Jeszcze nie było godziny „W”, bo to było wcześniej. Ten Niemiec machnął ręką i poszedł. Też się zastanawiałem, co by tu zrobić czy go zatrzymać, ale człowiek nie wiedział. Takie historie.

  • Dotarł pan na wasze miejsce postoju …

Nie, w tym dniu nic. Następnego dnia chyba byłem wezwany. Z podwórka chłopiec był, dwanaście lat chyba, przyszedł do mnie, miał mój adres i mówił żebym się zgłosił na jakąś ulicę. Dał mi kartkę i żebym się zgłosił na Ogrodową 12 chyba. Niezwłocznie pożegnałem się z matką i udałem się na ulicę Ogrodową. Ale jeszcze była ulica Żelazna. Mam zdjęcia z tego gdzie jest napisane, że tam była tak zwana Nordwache. Doszedłem do Nordwache, bo to była ulica, która…

  • To był ten bunkier, tak?

Tak, duży i na wszystkie strony był. Zastanawiałem się, co tu zrobić… Oni prowadzili ogień co jakiś czas. W pewnej chwili myślę sobie: „Trzeba wyczuć moment, jak on przestanie strzelać, bo może przeładowywać”. Przebiegłem przez całą ulicę, a ulica była dość duża i nie wiem czy ci Niemcy nie chcieli strzelać na takiego jednego człowieka. Nawet słyszałem jakieś oklaski, że się tak odważyłem. Ale stracha miałem, że mogą zacząć strzelać. Tak że ten epizod właściwie bardzo lekko mi przeszedł.

  • Dotarł pan…

Tak, trafiłem i tam były zakonnice. To był nasz punkt, byli już ranni. Wchodzili różni, ale powiedzieli, że na razie nie ma broni. To było niedaleko Woli. Nasze patrole wychodziły na ulicę, nie pamiętam jaka to była, Górczewska czy inna. Ci ludzie tam chodzili i wiedziałem, że coś się źle skończyło. Wielu kolegów, którzy mieli broń, mówiło: „Przecież nie będziecie z gołą ręką wychodzić. Tylko ci co mają broń wychodzą razem”. Jakoś nie poszedłem nigdzie, tylko wiedziałem, że są ranni i chyba zabici. Słyszałem, że w różnych miejscach. Ta dzielnica była przez Niemców bardzo ostro atakowana. Wzdłuż arterii Wolskiej już planowali i prowadzili ataki. Później widzieliśmy co się działo, jak ludność zaczęła uciekać. Brali wszystko co mogli zabrać i wychodzili… Aha, jeszcze poznałem tego oficera, który nami dowodził i chyba on odebrał ode mnie przysięgę.

  • Jakie zadania panu przydzielono?

Na razie nic nie mówiono, tylko że mamy czekać, bo już słychać było strzały na Wolskiej. Zatrzymaliśmy się gdzieś, do następnego dnia. Później ustalono, że mamy się wycofywać na Stare Miasto, tylko nie powiedział nam gdzie… i powiedziano żebyśmy brali wszystko co mamy tutaj, nasze rzeczy i przygotowali się. Rzeczywiście, przyszliśmy tu [gdzie] kościół jest, gdzie wzdłuż są święci. Tam się zatrzymaliśmy. Nie wiem co to było, czy to była jakaś część szkoły…

  • Jaka to ulica była?

Nie pamiętam już. Później nad ranem słychać było huk. Co się okazało? Niemcy wysadzili całą część tego budynku szkoły, w której byli, bo Niemcy byli blisko nas. Wysadzili amunicję podobno, tylko wielki lej został. Wtedy my kontynuowaliśmy nasz marsz do Starego Miasta.

  • Którędy szliście na Stare Miasto?

Nie pamiętam, tak jak dzisiaj ta główna ulica, później taka boczna…

  • To pewnie poszliście Długą.

Chyba tak.

  • Koło arsenału.

Tak i przeszliśmy. Nie było ostrzału jeszcze i doszliśmy do Długiej. Tam było kino i Ministerstwo Sprawiedliwości chyba, bo się później dowiedziałem, że tam był generał „Bór”. Był w tym budynku na piętrze, w pobliżu okna w czasie tego wypadku, jaki miał miejsce. Dowiedziałem się o tym później, że generał był tam. Zaczęliśmy budować barykadę na ulicy Długiej, z drugiej strony, gdzie było kino.

  • Gdzieś was usadowiono?

Były dwa budynki, jeden i trzy. Ludzie byli wewnątrz, a my byliśmy rozstawieni w różnych pokojach. Wiem, że na pierwszym piętrze balkon był. To też była sprawa. Usadowiliśmy się na podłodze, bo spaliśmy właśnie. Co tam się działo? Różne historie, mówiono o obowiązkach. Dowódcy, był jakiś porucznik, nie pamiętam, bo nie znałem [ich]. Przygotowywano nas, że będziemy brać udział tylko w walkach. Następnego dnia chyba jakiś oficer powiedział mi żebym wziął miotacz płomieni. On był właściwie produkcji polskiej, był przystosowany do rozpylania… […] To było urządzenie do dezynfekcji, a właściwie miotacz płomieni. Już poznałem go, bo ten oficer, nie pamiętam, w jakim stopniu, powiedział: „Weź załóż sobie, pójdziemy do warsztatu”. Poszliśmy na Stare Miasto do warsztatu, gdzie był kompresor. Włączyliśmy kompresor, bo urządzenie składało się z pojemników na jakiś płyn i druga butla z gazem, na powietrze. Cały dowcip polega na tej butli z tym powietrzem…

  • Sprężonym?

Tak. I tak długo byliśmy aż się napełniło. Zapoznał mnie jak się to robi.

  • Pana zadaniem było obsługiwać taki miotacz?

Tak, bo on mi powierzył cały ten sprzęt i zapoznał mnie [z jego działaniem]. Z tym, że później wyszło szydło z worka, bo nie powiedział mi, jaka pojemność jest tego pojemnika i na ile to wystarczy. Wyjście powietrza wyrzucało, po zapaleniu się, bo był przyrząd do zapalania… Końcówki jakieś były, które powodowały zapalenie się. Zapałką miałem zapalać.

  • Rzeczywiście miał pan okazję to wykorzystać?

Tak, my wiedzieliśmy o jego donośności, że przynajmniej trzydzieści metrów może być. Ale później to może się zmieni ta odległość. Wiedzieliśmy, że to jest broń bardzo dobra.

  • W jakich okolicznościach pan wykorzystywał ten miotacz?

Przede wszystkim, jaki robiliśmy błąd. Po przyjściu na Stare Miasto, to tak jak teraz przed tym zwycięstwem nad Niemcami, to my już flagi wszędzie [zatknęliśmy]. To był błąd.

  • Miejsca się wskazywało.

Później bach! Leci, leci, całe obszary leciał samolotem. Obserwował i oznaczali gdzie są te flagi i gdzie są powstańcy. To było błędem. Poza tym nie było widać…

  • To była pełna dekonspiracja.

Tak i później nie było przygotowań do obrony. No, barykadę robiliśmy na Długiej. Ale żeby gromadzić wodę czy coś, żeby jakoś się przygotować do tego […].Robiliśmy próby na terenie… tam była szkoła muzyczna chyba, jest do dziś. Z miotaczem poszliśmy, bo to dwóch było. Jeden miał zapalać, drugi tylko asystować. Puściliśmy na ścianę ten płomień, to rzeczywiście duży błysk. Można się było bać tego. Robiliśmy kilka prób. Później jeden kolega powiedział do mnie: „Ja wezmę”. Była zasadzka nocą, z tym miotaczem kolega chciał iść, jeszcze drugi i kilku innych. Poszliśmy jak jest ulica Kozia chyba. Pierwsza była wypalona, oni się wdrapali na pierwsze piętro i czekali. Różny niemiecki sprzęt jeździł i w pewnej chwili samochód opancerzony, […] częściowo przykryty, na wierzchu siedział Niemiec z karabinem maszynowym i była niewielka załoga. Oni wjeżdżali na Miodowej, a Miodowa była zamknięta barykadą, im to przeszkadzało, więc bardzo często prowadzili ogień wzdłuż. Jak wjechali, to nie zauważyli nikogo, że ktoś na górze jest i wjechali dość blisko pod kawiarnię. Tam dzisiaj jest kawiarnia chyba. Jak wjechali, to w tym momencie kolega mały tylko ruch zrobił, mówi: „Zapalimy to i dalej ten strzał”. Ale co się okazało? Jak myśmy te próby robili, kilka, bez zastanowienia, nie wiedzieliśmy, że tak długo… Jak ten samochód wjechał, to stanął tak dobrze, że mogli strzelić. Strzelili do niego. Co się okazało? Że płomień tylko dotknął krawędzi tego pojazdu. Niemcy zaczęli drzeć się: Zurück! zurück![ A nasi nie mieli czym strzelać. Nawet nie mieli broni jakiejś. Niemcy się wycofali do [kościoła Świętej] Anny i zaczęli rąbać po nich. Mieli szczęście, że jakoś wyskoczyli. Tak że historia się zakończyła niepowodzeniem.

  • Co było dalej? Były udane akcje jakieś?

Właściwie była później taka historia, że Niemcy prowadzili ostrzał z placu Zamkowego. Pamiętam, że nad ranem, już się rozwidniało… harcerze byli, bo bardzo często ludzie mówią przy takich okazjach, zaraz sobie opowiadali różne historie. Jak oni to robili, to w pewnej chwili zaczęli ostrzał i słyszę, że te strzały przenoszą się. Oni nastawią celownik i po jednej linii. Pocisk pada pod same ściany i myślę sobie: „Czy następny koło nas?”. Następny jak trzasnął, tych harcerzy było chyba pięciu, tylko byli bliżej drzwi, a ja byłem […] to nas wszystkich powaliło. Ci ludzie, którzy byli blisko, to przeważnie mieli poprute, ja tylko dostałem po nogach. Tak że nas wszystkich rzuciło. Miotacz był tam. Nie wiedzieliśmy jak się zachować, bo oficerowie jakoś nam nie radzili, żeby jakoś działać…

  • Byliście niedoświadczeni po prostu.

No tak, była jeszcze jedna historia. Niemcy z ruin Zamku prowadzili ogień, bardzo często nieprzypadkowo, polowali. Wiem, że mnie chciał ustrzelić. Byłem najbliżej bramy i wyglądałem, bo mieliśmy czuwać, żeby nikt tutaj [nie wtargnął]. Bo było blisko zakonnic przy kościele Świętego Marcina. Mogli w każdej chwili wylecieć. Patrzyłem i co chwilę się wychylałem, ale zauważyłem, że jakiś człowiek z teczką też się w tej bramie kręcił. W pewnym momencie słyszę strzał, gdzieś się odbił. Okazało się, że ten szkop taki był sprytny, że strzelił w róg ramy i tego człowieka trafił, tak że od razu leżał nieprzytomny. Później widziałem, że miał granaty, miał jakąś broń i jego wynieśli. Aha i przy okazji nasz miotacz, ponieważ był w innym miejscu, na otwartym, blisko bramy, to został też uszkodzony. Tak że udział z naszym miotaczem zakończył się. Jakkolwiek później od generała, który dowodził nami na tym odcinku, otrzymaliśmy piata, którego [przejął] mój kolega. Wiem, że miał jakieś osiągnięcia, bo to była broń skuteczniejsza.

  • Czy pan w dalszym ciągu walczył, przecież pan był już ranny wtedy, tak?

Wtedy tak, właściwie poszedłem gdzieś blisko kotłowni, znalazłem miejsce i leżałem sobie.

  • Doszedł pan do szpitala w końcu?

Byłem, pan doktor „Morwa” był naszym lekarzem, bardzo dobrym. Co mógł, to mi wyciągnął z tych ran. Ale miał problem, bo miałem w kolanie jeden odłamek. Nie mógł [go wyjąć] i w związku z tym skierowali mnie do szpitala gdzie był rentgen. Miałem cały czas problem z nogami.

  • Skończyła się na tym pana działalność? Już pan nie wrócił do oddziału, tak?

Właściwie byłem takim do wszystkiego. Aha, opowiem jeszcze o historii wybuchu czołgu. My widzieliśmy, co się działo. Mam niesprawność i nie mogę takiej narracji utrzymać. Co dalej było? Była działalność wielu grup, bo później się zmieniali…
  • Kiedy wychodziliście ze Starówki?

To różnie było. Z grupą rannych byłem wyprowadzany. Wiem tylko tyle, że to była dość duża grupa i na Długiej wprowadzeni byliśmy. Trzeba było czekać.

  • Długo trwała przeprawa kanałem?

Więcej jak godzinę szliśmy. Najpierw mówili, żeby [wziąć] linę, ale nikt żadnej liny nie miał, tylko szliśmy tak i żeby zachowywać się bezszmerowo, żeby nie chlapać. Tam była maź, śmierdziało. Jak będą włazy, bo Niemcy otwierali… Cały Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście były pootwierane włazy i oni nasłuchiwali. Kanały były różnej wielkości. Pamiętam, że kto miał hełm na głowie, to się nie uderzył, bo zmieniało się. Jak doszliśmy do Wareckiej, to nam pomagali wyjść. Zostałem skierowany do szpitala i czekałem tak długo aż mi zrobili opatrunek.

  • Wrócił pan do oddziału?

Jeszcze nie. Tam też atrakcja była, było wejście do bramy, była krateczka i można było obserwować. Chodziłem i patrzyłem, co się działo, bo prowadzony był ogień. „Wilk” też jeździł, nasz zdobyty.

  • Gdzie potem oddział się przemieścił?

Różne były historie, później były przenosiny. [Wtedy] nastąpiła tragedia w oddziale. Znowu się zaczęło od ulicy Miodowej. To jest autentyczne, bo słyszałem opowiadania kolegów, że przyjechały dwa czołgi niemieckie, wjechały w ulicę Miodową i zaczęły rąbać wzdłuż ulicy. Z nimi był mały czołg, tak określali. Później te dwa czołgi się wycofały…

  • Zostawiły małego i on wybuchł.

Tak, zostawiły ten mały i już wiadomo co było.

  • Pan to widział?

Nie widziałem, tylko słyszałem kilka razy, ale wiem, że…

  • Tam było ponad trzysta osób…

Wszystko to wiedziałem później. Ale co później było? Ten czołg został, nasi się zagapili, mogli szkopa ustrzelić, ale nie wiem czy nie byli na tyle [zdecydowani], żeby go zabić, niestety. Jak on zostawił ten czołg, to był pluton motorowy, oni jeździli w różnych miejscach. Uruchomili ten czołg, bo on był na chodzie właściwie. Ponieważ oni znali się na obsłudze, to uruchomili i wprowadzili go na Podwale. Tam był rozebrany… jedną, drugą, trzecią i przyjechali na ulicę Kilińskiego 1. Tam były dwie bramy, jedna ta mniejsza chyba, to były chyba butelki zapalające. To była też niewesoła historia. Jak oni wprowadzili ten czołg na dziedziniec, to już był zachód słońca. Postanowili, że ten czołg zostanie wprowadzony do następnej bramy. Ale owacje były duże…

  • Że zdobyli….

Tylko nie wzięli pod uwagę… Mnie to zastanowiło, że czołg nie ma ani lufy, ani jakiegoś… tylko miał skrzynie wysunięte. Jak się okazało, mieli podjechać do następnej bramy i ukryć go, bo był wąski dosyć. Kierowca uruchomił go, ale uruchomił coś co spowodowało eksplozję. Byłem akurat w korytarzu chyba, to tylko rzucało wszystkich, którzy byli blisko. Nawet powiedzieli później, że Bór-Komorowski był przy tym oknie.

  • Tak, to był tragiczny moment rzeczywiście.

Później zgarniali to wszystko, ściągali.

  • Proszę teraz powiedzieć, jak przeszedł pan kanałami na Warecką, trafił pan do szpitala, a potem wrócił pan jeszcze do oddziału?

Tak.

  • Gdzie było miejsce postoju?

Było kilka różnych miejsc, zmieniano. Już nie pamiętam.

  • Były jeszcze jakieś działania?

Cały czas, z tym że nie brałem [w nich] udziału. Ale brałem udział w wielu działaniach, bo tam była ulica Traugutta. Ten cały okręg brał udział. Później było przechodzenie na drugą stronę. Ale przedtem epizod. Był wysoki człowiek, który się nazywał Kurzon. On jak [rozpoczęły się] w pierwszym dniu działania, na pocztę wszedł i zaczął … Miał pistolet maszynowy, zobaczył wartownię, otworzył drzwi, a tam Niemcy siedzieli, byli zajęci. On krzyknął: Raus! Hände hoch! I wszystkim czternastu Niemcom kazał wychodzić po kolei.

  • Wziął ich do niewoli?

Wszystkich wziął. To jest autentyczna historia tego profesora. On jest profesorem i to znanym profesorem, specjalistą od wielu spraw. Tak że był sukces jeśli chodzi o zdobycie broni. Druga rzecz, cały czas prowadzili działalność o zdobycie wachy niemieckiej i o tę wieżę. W wieży byli policjanci, bo oni ich zatrzymali. Były różne historie i jak podają na naszej tablicy, która jest przy kościele, to chyba sześćdziesięciu kilku zginęło tam.

  • Jak wyglądało zakończenie Powstania? Śródmieście się nie poddało, ale nastąpił moment, kiedy rozkazy przyszły, że koniec.

Były jeszcze historie. Ponieważ Niemcy prowadzili ostrzał przy pomocy działa dalekonośnego, spoza Warszawy. Ten pocisk miał sześćdziesiąt milimetrów średnicy. Taki pocisk trafił w nasz oddział. Jednym słowem nasi dostali, wielu było rannych. […] Później do tego nawet doszło, że dowódca… Aha, był pan Łaciński, on miał pseudonim „Prus”, który starał się walczyć o tych ludzi, żeby ich nie narażać niepotrzebnie, bo już było wiadomo, że tu nie ma możliwości wygrania. Więc podzieliły się te oddziały nawet do tego stopnia, że niektórym, którzy mieszkali w pobliżu, pozwolili odejść do domów. Tak że różnie to było. Już ta spoistość właściwie…

  • Teraz chciałabym usłyszeć o zakończeniu Powstania i o ewentualnym wyjściu z Warszawy. Jak to wyglądało?

Wyszedłem już pod sam koniec. To był czwarty czy który?…

  • Z oddziałem pan wychodził?

Nie, miałem legitymację kolejarską, która chroniła i wyszedłem razem z cywilnymi ludźmi. Mój ojciec był tam, nawet dał mi czapkę kolejarską i z tymi ludźmi razem wyszedłem…

  • Na Wolę?

Tak, na Wolę do kościoła… Szliśmy wokół kościoła. Kazali iść do kolejki WKD i cały czas Niemcy pilnowali. Wagony non stop chodziły i odwoziły tych ludzi do Pruszkowa. W Pruszkowie już Niemcy pilnowali i Ukraińcy chyba. Wiem tyle, że w kanałach można było szukać miejsca żeby gdzieś się oprzeć do rana.

  • Potem selekcja i dalej w drogę?

Później oni właściwie pilnowali, sprawdzali […] na Woli stali gestapowcy, obserwowali ludzi kolejno i brali na bok podejrzanych. Byli tacy w barakach, którzy tramwajarzy i kolejarzy kierowali do wagonów. Normalne wagony towarowe i zaczęła się podróż pociągiem.

  • Jak długo trwała podróż?

Dość długo, jeden dzień i w nocy. Tylko się bałem jak dojeżdżali do Częstochowy, czy…

  • Czy nie do Oświęcimia?

Właśnie tak sobie myślałem: „No jak nas tu jeszcze…”.

  • Dokąd dojechaliście?

Do Berlina, bo potrzebowali kolejarzy i w ogóle ludzi do pracy. To był taki obóz gdzie byli różni ludzie, że nawet byli chyba Włosi.

  • Pracował pan tam?

Tak, oczywiście. W warsztatach pracowałem, przy parowozach.

  • Przez kogo został oswobodzony obóz?

Rosjanie weszli, myśmy zresztą nie czekali. Jeszcze miałem zdarzenie. Nasz obóz był przy miejscowości Oranienburg. Co widziałem? Już Rosjanie blisko byli i był ostrzał bardzo często, nie wiadomo skąd prowadzony. W pewnej chwili jak wróciłem z pracy, już się ciemnawo robiło, zauważyłem, że samolot jakiś leci nisko. Zniżał się, zaczepił chyba o trakcję napowietrzną i ten samolot się rozwalił.

  • To był niemiecki samolot?

Niemiecki, tak. Tylko zauważyłem, że to nie były znaki krzyża, tylko to były znaki państwowe, takie jakie oni mieli. Zaraz mogliśmy wychodzić z tego obozu, to był obóz taki gdzie można było wychodzić.

  • Obóz pracy?

Tak, mieliśmy duże pokoje, sale i były prycze, ale nie było słomy. Pamiętam, że tylko kapotę miałem i sobie pod głowę kładłem. Cały czas spałem bez słomy. Podszedłem, ale był wartownik i mi powiedział: Raus! No to odszedłem. Ale rano jak tylko wstałem… już była reorganizacja, już Niemcy odchodzili, już zrzucali hełmy. Widziałem, że przy drogach były rzucone, jak jakieś oddziały przechodziły… Na miejscu gdzie ten samolot spadł… palił się, ale widocznie zabrali wszystkich, bo czekałem czy kogoś nie [zobaczę]. Prawdopodobnie byli jacyś ważni Niemcy, bo żadnych butów wojskowych nie widziałem, tylko wszystko były pantofle. Nawet do tego stopnia, że znalazłem pudełko od cygar kubańskich. To też świadczyło, że [uciekał ktoś ważny]. Nawet starałem się dociec, kto to mógł uciekać. Uciekali przecież… Obok nas był duży zakład zbrojeniowy i tam były czołgi. Poszedłem do tego zakładu, to był duży zakład, chyba kilometr się ciągnął. W tym zakładzie różne czołgi robili. Wszedłem i szukałem po biurkach, bo Niemców nie było. W pewnej chwili weszli na teren i już miałem się na baczności, żeby im z oczu zejść, bo byli uzbrojeni. Taka historia.

  • Kiedy pan wrócił do Warszawy?

Możliwość powrotu była jak był jakiś pociąg. Z przesiadkami dojechaliśmy do Poznania, później trzeba było się przesiadać na inny pociąg.

  • Kiedy pan dotarł do Warszawy?

[…] W maju, przede wszystkim chciałem jak najprędzej do Warszawy. Jakkolwiek jak spotykaliśmy żołnierzy, to oficerowie oszukiwali. Mówili: „O, w Warszawie to już tramwaje chodzą na Pradze”. Nieprawda, nic nie było.

  • Mostów nie było.

Teraz jestem w mostach. W krótkim czasie zacząłem pracę. Na Solcu jest zakład, zakonnice prowadzą ogród. Moja ciotka, której mąż był w Katyniu zamordowany (myśmy wiedzieli o tym), miała jakiegoś znajomego i ten znajomy mi tę pracę znalazł, inżynier i mnie do tej pracy [przyjęli].

  • Przy ogrodzie?

Przy ogrodzie przygotowywałem kamienie, tłuczeń. Ale mówiłem: „Panie inżynierze, muszę iść sobie znaleźć pracę, bo jestem fachowiec i mogę na przykład tutaj przy moście”. No i zacząłem, jak poszedłem na ten most, to był kolejowy most, to majster przyjemny był. Kazał mi ciąć, żeby pokazać co się potrafi, bo to trzeba umieć. Dobrze mnie skierował i zacząłem pracę. Naprawdę radość mi sprawiała. […] A różne historie były.



Warszawa, 9 czerwca 2008 roku
Rozmowę prowadziła Iwona Brandt
Zdzisław Radomyski Pseudonim: „Żbik” Stopień: strzelec Formacja: Batalion „Gustaw-Harnaś” Dzielnica: Wola, Stare Miasto Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter