Zdzisław Tadeusz Grontkowski „Ryś”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Zdzisław Grontkowski, pseudonim „Ryś”.

  • Jakie było pana miejsce pobytu w czasie Powstania?

Reduta Wawelska na Ochocie.

  • W jakim oddziale pan był w czasie Powstania?

No to ten z Reduty Wawelskiej.

  • Rok urodzenia?

1924.

  • Proszę powiedzieć, w jakiej rodzinie pan się urodził i gdzie?

O jaki okres chodzi? Bo mój dziadek i pradziadek to był szlachciura, olbrzymi bogacz.

  • Pytam o pana rodziców.

A, o rodziców. Ojciec pracował w Telegrafie, w Warszawie. Ja się urodziłem w szpitalu na Powiślu...

  • Urodził się pan w Warszawie?

Tak, w Warszawie, 22 grudnia 1924 roku.

  • Czy pana mama pracowała?

Nie, nie pracowała.

  • Czy miał pan rodzeństwo?

Tak, miałem brata, ale już nie żyje. Był oficerem, był kapitanem Marynarki Wojennej, szefem sztabu w takich jednostkach jak Dziwnów.

  • Ale mówi pan o okresie przedwojennym czy powojennym, bo nie wiem, czy brat był starszy, czy młodszy?

Młodszy był ode mnie o siedem lat.

  • Aha, dobrze.

Nie żyje już.

  • Proszę pana, gdzie pan zaczął chodzić do szkoły?

Do szkoły na Karolkową, ale później przeprowadziliśmy się na Grochów i [chodziłem] do szkoły na Kordeckiego. A później przynieśli nas na…

  • No nic, potem do tego wrócimy.

Zapomniałem, jak się ta ulica nazywa. Duża taka szkoła, do dzisiaj istnieje, jedna i druga zresztą. Na pamiątkę mam świadectwa szkolne.

  • Proszę pana, w momencie wybuchu wojny, czyli w 1939 roku, pan miał lat piętnaście, tak?

Tak, około piętnaście lat.

  • Proszę powiedzieć, jak pan zapamiętał 1 września 1939 roku? Czy był pan wtedy w Warszawie?

Tak, byłem w Warszawie. Cały czas byłem w Warszawie.

  • Co pan pamięta z pierwszego dnia wojny?

No, bomby oczywiście, bomby lotnicze, to pamiętam doskonale, ale ja się nie bałem, bo ja mam taki... Nie wiem, Strach tak się objawia u mnie, [że] zasypiam. Jak się czegoś bardzo boję, to zasypiam i nic mnie już nie obchodzi.

  • I przespał pan tego 1 września?

Ja zawsze przesypiałem wszystko takie nieszczęśliwe. Musiałem uważać, żeby nie poddać się tej słabości.

  • A co pan pamięta z tego pierwszego okresu, z września trzydziestego dziewiątego roku?

Proszę pani, ja byłem strasznie zmartwiony tym, bo ja zdałem egzamin do szkoły lotniczej na Okęciu Paluchu. Tam było czterystu z czymś kandydatów i tylko siedemdziesiąt dwa miejsca. I ja się dostałem.

  • Ale to w trzydziestym dziewiątym roku?

W trzydziestym dziewiątym roku, jeszcze tuż przed wakacjami trzeba było się zgłosić tam na egzaminy. I proszę panią, byłem bardzo szczęśliwy, bo marzyłem o tym lotnictwie przez całe życie. No i okazało się, że diabli wzięli to wszystko. Jednym słowem wszystko się zmieniło po wojnie.

  • Proszę pana, co robił pana ojciec w czasie okupacji? Czy dalej pracował w tej samej firmie?

Ojciec pracował i handlował. Jeździł czasami do takiej wsi, która się nazywała Kocianów (to było za Nałęczowem, siedem kilometrów od Nałęczowa) i przywoził tytoń. No i tak się żyło.

  • A co pan robił w czasie okupacji? Chodził pan do szkoły?

Pracowałem początkowo w fabryce optycznej na ulicy Grochowskiej 368 czy coś takiego (nawet ten budynek jeszcze do dziś istnieje). [Pracowałem] trzy lata, później mnie wywieźli do Niemiec i pracowałem w…

  • W którym roku pana wywieźli do Niemiec?

Czterdziesty trzeci rok. A od czterdziestego do czterdziestego trzeciego, mam ausweis, pracowałem w zakładach optycznych.

  • A kiedy zetknął się pan z konspiracją?

W czterdziestym roku już, już w czterdziestym roku mieliśmy kontakty ze sobą.

  • Proszę powiedzieć, jak to się odbyło, kto pana wprowadził?

Harcerskie kontakty były. Ale miałem kolegów na Grochowie. Mieszkałem na ulicy Tarnowieckiej 15 mieszkania 2 i to jest w pobliżu Ostrobramskiej, ale te budynki już nie istnieją, bo właściciel to był Reichsdeutsch, nazywał się Kilpert, a jego syn był moim rówieśnikiem i razem żeśmy do szkoły chodzili.

  • Pan należał do harcerstwa wcześniej, chodząc do szkoły? I stąd ci koledzy?

Tak, tak. Byłem najpierw zuchem, a później harcerzem.

  • I kto pana wprowadził do tej konspiracji? Mówi pan: „koledzy”. Czy pamięta pan…

Szkoła, szkoła, w szkole na ulicy Kordeckiego to się zaczęło. Chodziłem tam wówczas do czwartej klasy.

  • Na czym ta konspiracja wtedy polegała?

Proszę panią, byliśmy w takiej grupie „Wawer”. Mieliśmy takie zadania: obserwować niemieckie [pojazdy]... Ponieważ ulica Grochowska to był ten główny trakt, którym jechały jednostki wojskowe na front wschodni, to my mieliśmy obowiązek notować numery – tylko trzeba było [to robić tak], żeby nikt tego nie zauważył, że się notuje – numery czołgów, samochodów pancernych, w ogóle transportu, który przemieszczał się ulicą Grochowską w kierunku lubelskim. I znaki jakimi były, bo każda niemiecka jakaś jednostka miała jakieś swoje znaki, jak na przykład biedronka, karp czy coś takiego, taki jakiś znak specyficzny. No to to robiliśmy. Poza tym chodziliśmy na wykłady. Ja znam nawet dzisiaj wszystkie pistolety automatyczne, karabiny z zawiązanymi oczami rozłożę i złożę. Tego nas uczono przede wszystkim. Poza tym chodziliśmy na ćwiczenia do Miłosnej, tam pod górkę, jak była ta górka, do tych lasów, proszę panią, na Starą Miłosną jak jest droga, i tam żeśmy uczyli się topografii, mapy. Takich wykładów udzielano nam, które były nam potrzebne, jak ewentualnie zajdzie potrzeba walki.

  • Czy w jakichś akcjach w tamtym czasie brał pan udział? Mówię o konspiracji. Czy jakieś zadania oprócz tej obserwacji…

Proszę pani, miałem takiego kolegę Wieśka, akowca oczywiście. Rysiek mieszkał obok, Leśniewski, nie żyje, zginął w czasie Powstania, jego siostra przeżyła i po wojnie zmarła (na Grochowskiej 83 czy 4 mieszkali). I proszę pani, ten Wiesiek stworzył taką grupę operacyjną, która okradała wagony niemieckie przeznaczone na dostawy frontowe, na front wschodni. No, oczywiście w porozumieniu z Bahnschutzami, którzy brali za to łapówy. Ja rozprowadzałem część tych towarów. Nie wiadomo było, wybierało się wagon, za wagon płaciło się piętnaście, dwadzieścia ówczesnych tysięcy złotych. I proszę panią, dopiero jak człowiek otworzył ten wagon, to widział, plomby zerwał, to w nocy się wszystko odbywało, dopiero widzieliśmy, co było. Czasami była broń, czasami była amunicja, raz był cały wagon lornetek włoskich, ale bez paseczków. A później były mundury, gęsi mrożone były też. O, cały wagon gęsi i to na rano musiało być wszystko wyczyszczone, słomki nie można było zostawić, żeby Niemcy nie wiedzieli, że ten wagon już miał list przewozowy i był przeznaczony do wysyłki do front. Tak że, wie pani... A była godzina policyjna, mieliśmy ciężarowy samochód, to się ładowało szybciutko. I to tak trwało chyba z rok czasu.

  • Ile osób liczyła ta wasza grupa?

Ja nie wiem, nie wiem, bo kierowca [plus] czterech jeszcze do rozładowania, a czasami, jak był wagon większy, to więcej ludzi się [zbierało]. Przyjeżdżali tą ciężarówką i rozładowywali. Tak że dziesięć, dwanaście, różnie to było. W każdym razie my się tak jakbyśmy się nie znali. Tylko nasze pseudonimy były. No, Wiesiek to był Wiesiek, ale jego zamordowali, zastrzelili go Bahnschutze, bo Niemcy się zorientowali, że giną im wagony, nie są dostarczane niektóre towary czy uzbrojenie na wschód, i zaczęli obserwować. Oni w obawie, że jak Wieśka wezmą za buzię i zaprowadzą na Szucha, jak dadzą mu tam szkołę, w tym „tramwaju” i tak dalej (pani wie, co to wszystko znaczy), że on wyśpiewa. I zastrzelili go po prostu. Szkoda było, bardzo fajny chłopak. Zastrzelili go w nocy.

  • Proszę pana, w jakich jeszcze akcjach brał pan udział, oprócz tego rozładowywania wagonów i rozprowadzania towaru?

No, miałem kontakty, proszę panią, nawet z Armią Ludową miałem kontakty. Dzięki temu żyję, mówiąc szczerze. Proszę pani, oni od nas kupowali te rzeczy. Trzeba było mieć kontakty, znaczy ja miałem znajomego, takiego podporucznika Błaszka i Leona Borejszę, kapitana Leona Borejszę. Oni byli z Armii Ludowej. Ja z nimi miałem kontakty i to było sporo roboty, bo to i pieniądze, i rozliczenia, różnie to bywało. No, to tylko tym się zajmowaliśmy, a później to już mnie wzięli za buzię, wywieźli do Niemiec, to była przerwa ponad rok czasu. A w [fabryce] optycznej to prowadziłem z kolegami akcją sabotażową.

  • Na czym ona polegała?

Proszę pani, trzeba było... To była wyjątkowa fabryka, najbardziej nowoczesna fabryka w Polsce. To była przed wojną polsko-francuska spółka, więc tam było wyposażenie francuskie, polskie i niemieckie, fabryczne wyposażenie, obrabiarki, wie pani. A ja na przykład pracowałem przez jakiś czas na takiej rolce, taka maleńka tokarenka pod kloszem, proszę panią. I tolerancję miałem, mogłem zrobić trzy procent szmelcu, bo robiło się różne urządzenia. Ta fabryka w tym czasie, kiedy ja tam pracowałem, należała do Kriegsmarine i dla niej, dla marynarki niemieckiej, marynarki wojennej produkowaliśmy peryskopy, celowniki optyczne, takie różne, [niezrozumiałe] tak zwane, takie różne drobiazgi. Lornetek się u nas nie produkowało.

  • Na czym ten sabotaż polegał?

Sabotaż wyglądał w ten sposób, że trzeba było z drogich materiałów, odpornych na działanie wody słonej, trzeba było śrubki toczyć, obsadzać soczewki malutkie do tych różnych urządzeń, bo… Były pryzmaty, proszę panią. My robiliśmy pryzmaty, szlifowaliśmy je, bo szlifiernia to był osobny oddział. (Tam były trzy duże bloki, olbrzymie. Jeden od Grochowskiej, a jeszcze dwa na zapleczu, w podwórzach jak gdyby). I proszę panią, to wszystko było robione tak „na ażur”, ale trzeba było to zapakować, wysłać do Zeissa, do Jeny. Bo wtedy Niemcy wprowadzili do produkcji tak zwaną błękitną optykę, to znaczy wymyślili taki płyn, którym powlekli już te gotowe soczewki i pryzmaty, powlekali. Do dzisiaj jest ta błękitna optyka wszędzie. I dopiero jak od Zeissa to przyszło do nas z powrotem, to się to wszystko montowało. Wtedy się coś robiło... Ja na tokarce jak pracowałem, to miałem na przykład tolerancję osiemnaście mikronów w tę albo we wtę, albo więcej, albo mniej. Specjalne czujniki były i 0,018 milimetra. Jak się tam troszeczkę nie dopatrzyło, to już był luz, już się woda mogła dostać do urządzenia w czasie mgły czy coś. Musiało być wszystko bardzo dokładnie zrobione. A materiały to były takie fosforobrąz, podobne do złota, no i Silber, to nowe srebro. Później był jeszcze alupolon, proszę panią, dural... Alupolon to był najlżejszy materiał aluminiowy. To nawet się paliło... Trzeba było uważać przy maszynie, żeby nie zaiskrzyła maszyna, bo to tylko piachem można było zgasić. Jak magnes to się paliło. Z takich materiałów się to wszystko robiło. I trzeba było później, powiedzmy sobie, [sprawdzić] – otwór nad tłoczkiem sprawdzało się, czy jest dobry. Jeden tłoczek z jednej strony musiał wejść delikatniutko, a drugi z drugiej strony już nie. A jak wchodził, to już była szmelcowa sztuka. A wie pani, jak ktoś więcej zrobił niż trzy procent tego szmelcu tak zwanego, przeholował, nie dopatrzył, no to czekało go coś. Na gestapo brali, że sabotaż od razu. Niemcy nie pytali, tylko sabotaż. Ale my otrzymaliśmy instrukcje, jak z tego wyleźć, żeby były sztuki, bo po nas jeszcze, po naszym wytworzeniu na dokładnych maszynach tych części, to jeszcze Niemcy sprawdzali, niemieccy kontrolerzy. I on tym tłoczkiem każdą sztukę sprawdzał osobno. To trzeba było na maszynie zawinąć brzeżek tego, lekko zawinąć, ale bardzo delikatnie. To trzeba było w takim spirytusie, spirytus skażony, żeby nie pili, bo pili przecież ([zresztą] i tak pili), trzeba było zawinąć leciutko, tylko że ten tłoczek z drugiej strony nie wchodził, ale w czasie pracy to się... Bo to tylko taki rancik był zawinięty. No to taki się sabotaż robiło.
Niemcy nie wiedzieli nawet o tym, ale pewnego dnia była wielka granda, bo stwierdzili, że niektóre maszyny, na przykład ta rolka, na której ja pracowałem, to owało części do niej. Części ginęły, ale ponieważ byliśmy rewidowani, jak wchodziliśmy do pracy i wychodziliśmy, w kabinach nas obmacywali, to te części się później znalazły. Znaleźli, na dachu w tym pierwszym budynku na poddaszu były takie skrzynie ze piachem, że jak będzie bombardowanie albo jak będą rzucać zapalające bombki małe, to żeby tym piaskiem gasić. To w tych kistach, w tych skrzyniach z piachem znaleźli uszkodzone części do maszyn. I oni mieli kłopot, bo takich maszyn Niemcy nie mieli, musieli inne sprowadzać. Tak się sabotowało. Ale pewnego dnia zrobili odprawę, przyjechało kilku esesmanów – albo to był szef, albo zastępca szefa gestapo z Szucha – i powiedzieli, że odkryli, że jest sabotowana produkcja, że ginęły części do maszyn, były uszkodzone i że znaleźli tam właśnie w tych skrzynkach. I od tego czasu zaczęła się wysyłka ludzi i aresztowania.
Ja uciekłem. Jakiś czas nie byłem obecny w Warszawie, uciekłem na wieś do tych znajomych, o których pani mówiłem, do takiego Kocianowa. Jak wróciłem, to musiałem się... Ponieważ trzeba było mieć jeszcze ausweis, bo człowiek bez ausweisu nie mógł nic zrobić, a ja miałem ten stary, który mam tutaj, pokażę pani, z optycznej, no to już nieważny, bo trzeba było ausweis oddać, jak się odchodziło. U Niemców, jak się z pracy odchodziło, to trzeba było ausweis zwrócić. Ja zgłosiłem się na Kredytową do Arbeitsamtu w Warszawie, że szukam pracy. „No a gdzie…” – „A, tu pracowałem, ale jak tam gestapo zaczęło aresztować ludzi, to ja się wystraszyłem. Pojechałem do rodziny, byłem u rodziny, ale chcę wrócić, normalnie pracować”. I dali mi skierowanie na ulicę Wolską, do takiego zakładu, już nie pamiętam, jak on się nazywał. I jak tam się przyjechało, przymykali. Stamtąd na Skaryszewską nas zawieźli. Tam był taki przejściowy obóz, przedwojenna szkoła rzemieślnicza, ale zadrutowane, obstawione. A stamtąd na pociąg, bo to było tak jakby na zapleczu frontu wschodniego, ta szkoła. Ona jest do dzisiaj na Skaryszewskiej i proszę panią, stamtąd ładowali nas do tego i wywozili. Nas wywieźli, mnie z taką grupą mieszaną, wywieźli do Oranienburga. To jest dwadzieścia kilometrów za Berlinem.
  • Proszę powiedzieć, kiedy to było. Datę pamięta pan?

Czterdziesty trzeci rok.

  • A miesiąc?

To muszę [zajrzeć] w dokumenty.

  • Ale czy to była wiosna?

Ja niecały rok byłem w Austrii i w ogóle na tej wywózce. Niecały rok czasu i wróciłem dwa tygodnie przed wybuchem Powstania.

  • A co w Oranienburgu pan robił? Gdzie pan pracował w Niemczech?

No więc z tego obozu mnie chcieli wywieźć do Essen. To jest to niemieckie zagłębie przemysłowe pracujące tylko dla armii. I proszę pani, ja uciekłem, w Berlinie uciekłem z pociągu.

  • Jak się to panu udało?

A udało się tak, że nas dwóch było, ja i kolega. My mieliśmy te dokumenty, że jesteśmy… A ze wsi ludzie też byli w tej [grupie]. Tak jak mówiłem, to taki transport mieszany był. Nam dali takie „transportlisty” z kopiami w czterech egzemplarzach. Bilety kolejowe nam dali. Zawiózł nas taki łepek... Bo siedzieliśmy tydzień czasu, tam była mykwa i tak dalej, spisywali wszystko, ubrania, wszystko musieli do parówki oddać.

  • Dezynfekcja taka.

Dezynfekcja była. Myśmy się myli w takim jakimś proszku, że później nie można go było zmyć, coś strasznego. Ale po tygodniu mnie i kolegę wzięli, pojechaliśmy Stadtbahnem, bo tam ten elektryczny dojeżdżał, około pięćdziesiąt kilometrów (około, nie wiem dokładnie) ten obóz był. To był obóz karny. To nie był obóz pracy, tylko obóz karny. I proszę pani, zawiózł nas na dworzec, wsadził do pociągu i pojechał. Dał nam bilety i wszystko, mieliśmy pojechać. Oni myśleli, że jesteśmy durnie, a my z drugiej strony wysiedliśmy, przeszliśmy przez tory. Ja poszedłem, kupiłem w trafice kalkę, kopiowy ołówek i gumkę. Usiedliśmy sobie w kąciku na dworcu w Berlinie, ja lekko wytarłem to wszystko i napisałem Steyr Wien. Nie wiedziałem, że ta fabryka Steyr to jest w mieście Steyr. Myślałem, że to jest w Wiedniu. Napisałem Steyr Wien na tej „transportliście”. Kupiliśmy bilety, bo ja miałem pieniądze. Bo właśnie tam na Skaryszewską mama mi walizkę dostarczyła i miałem blisko dziewięćset marek, tak że kupa pieniędzy, bo marka miała taki kurs jak przed wojną. Dwa złote i pięć groszy kosztowała marka przed wojną, tak że to było bardzo dużo pieniędzy. Kupiłem bilety normalnie i pojechaliśmy do Wiednia.
Do Wiednia dojechaliśmy, dopiero tam się dowiedziałem, że taka fabryka nie istnieje, że fabryka jest sto sześćdziesiąt kilometrów za Wiedniem, w Linzu, ale fabryka-matka była w mieście Steyr. To było za Linzem jakieś dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć kilometrów. Później tam musieliśmy się zameldować w tej fabryce, bo nie chciał nas... Ja poszedłem do Arbeitsamtu w Wiedniu i mówię, że ja się zgubiłem w transporcie, miałem do fabryki w Wiedniu trafić. On mówi: „Nie, to nie tu, to w Austrii jest, dalej, tam za Wiedniem”. A przyjął mnie szef Arbeitsamtu w Wiedniu, pan Neuhold, pamiętam jak dziś. A ja go poczęstowałem papierosami, sporty miałem w pudełku, całe pudełko sportów. A niech pani wie o tym, że w Niemczech, w czasie wojny najdroższym towarem na rynku były papierosy, bo był przydział, trzy papierosy dziennie. Wszystko jedno, czy był dyrektor, czy nie dyrektor, trzy papierosy dziennie. Tylko żołnierz na froncie dostawał więcej papierosów. Tak że tytoń był na wagę złota. Mama mi przesyłała później i do Steyra, i później do Wiednia, bo uciekłem ze Steyra do Wiednia. I proszę panią, przysłała mi paczki takie półkilogramowe wirginii naszej, tak przyprawionej kumarynką. To pachniało jak [papierosy] mewy, jak amfora teraz pachnie. Za kilogram tytoniu płacili mi czterysta marek. To straszna forsa, przedwojenne osiemset złotych. Pani sobie wyobraża, co to było?

  • Tak że sprzedawał pan to…

Ja to sprzedawałem. A jak dałem lekarzowi w Wiedniu, jak kolega napisał, Rysiek właśnie, ten [niezrozumiale], ten o którym pani mówiłem, który zginął w czasie Powstania, Leśniewski Ryszard... Jak on do mnie napisał, mówi: „Wracaj jak najszybciej, bo się szykuje rozróba”. Ja myślę sobie: „Co ja mam robić?”. Poszedłem do lekarza i mówię: „Panie doktorze, tu jest dla pana prezent”. Zaniosłem mu kilogram tytoniu. Jak zobaczył ten tytoń, to mało nie zemdlał. No bo pani sobie wyobraża, co to znaczy trzy papierosy dziennie dla palacza. To on wszystko by oddał. A tu nagle ma kilogram tytoniu. A bibułki to w trafikach, normalnie w takich kioskach pani mogła kupić, ile pani chciała. I proszę pani, w ciągu jednego dnia… Mówi: „Jutro raniutko do mnie pan przyjdzie tutaj”, do ubezpieczalni (lekarz z ubezpieczalni), do takiego ośrodka zdrowia w Wiedniu. To było na piątym Bezirku, na piątej dzielnicy. I przygotował mi komplet dokumentów, zdjęcia, wszystko byłoby, że ja jestem niebezpiecznie chory na serce, zagrożony zawałem, że natychmiast żeby mnie zwolnili. I mówi: „Uciekaj stąd, bo cię nie puszczą”. Bo to było w tym czasie, jak już alianci wylądowali na Sycylii, a u nas już na polskie ziemie wkraczała radziecka armia. Tak że nikogo nie puszczali na żadne urlopy, żadnych wyjazdów nie było, bo już był front z jednej i z drugiej strony w Europie. Niemców już tłukli. Zdążyłem jeszcze na dwa tygodnie przed Powstaniem. A dzisiaj do was nie mogłem zdążyć z Targówka.

  • Proszę pana, proszę mi powiedzieć, jakie tam były warunki pracy.

Proszę panią, w Steyrze to produkowali ciągniki opancerzone.

  • A co pan robił?

Ja pracowałem na takim wydziale poprawkowym. Tak że jak źle się biegi włączały, bo to na gąsienicach pojazdy były opancerzone, wie pani, to trzeba było… Odstawiali. Taki kontroler niemiecki odstawiał z taśmy. Odstawiał to, przejechał, napisał, by wymienić na przykład skrzynię biegów. I na tym poprawkowym oddziale pracowałem. Ale na taśmie nie pracowałem, natomiast oglądałem wszystko, łaziłem, patrzyłem. Bo jak się dało majstrowi, temu, u którego się pracowało, jak się dało jeden, drugi papieros, dziennie dwa, trzy papierosy zapalić, poczęstowałam, to już mogłem łazić. On się w ogóle… Za tytoń można było Hitlera kupić, cholera jasna.

  • Gdzie pan mieszkał w tym czasie?

Jak pracowałem w Steyrze?

  • Tak.

W obozie, z numerem tu, w obozie pracy. Fabryczny obóz pracy.

  • Czyli mógł pan czy nie mógł pan się poruszać poza obozem?

Nie. Znaczy szósta godzina wieczorem już trzeba było być na tym, bo inaczej nie puścili.

  • Proszę powiedzieć, jaki był do was stosunek Austriaków?

To zależy gdzie. Na przykład w tym obozie to wredni byli, dranie byli. Ale w ogóle Austriacy byli bardzo sympatyczni. Ja na przykład w Steyrze musiałem nosić „petkę”. Pokażę pani, bo mam taką legitymację.

  • Proszę opisać.

Na żółtym tle fioletowa litera „P”. A Rosjanie mieli takie duże, o, jak moja kieszeń, takie duże. Na niebieskim tle były białe litery „Ost”. A Żydzi mieli na żółtym tle czarną gwiazdę syjońską i w środku napis „Jude”. No to tak nas… A pozostałe nacje miały swoje narodowe znaczki. Tak że my byliśmy w tych trzech grupach najgorzej traktowani. Czesi mieli swojego tego lwa... Wie pani, tak oni nas traktowali.

  • Ale mówi pan, że paczki mógł pan otrzymywać z domu?

Tak, tak, paczki otrzymywałem normalnie, ale polecone, tak jak się wysyłało, to już w Warszawie na dworcu pocztowym ginęła od razu.

  • Czy cierpiał pan głód w tym czasie?

Głodny? Ale skąd! Jak mi mama przysłała paczkę, boczek wędzony, jakieś ciasto, tego. A pisałem przedtem: „Mamo, nic mi nie wysyłaj, tylko tytoń, nic więcej”. Bo można było kartki [kupić], wszystko kupić, a na kartki mogła pani wszystko kupić. Tort, nie tort, bo na każdy produkt była inna kartka. Oni tak mieszali. Jak chciałem sobie torcik kupić, to brałem białe pieczywo, tak zwany Weizenbrot, z tego wycinali mi pięćdziesiąt czy sto gramów, jedno jajko z takiej karty na drób, jajka na drób, później cukier, to też były takie małe odcinki na tych kartkach, to wycinali, i tłuszcz, Fett . Czyli jak pani to wszystko dała, to poszła pani do cukierni, wycięli pani te karteczki i zapłaciła pani jak za tort, ale tort pani kupiła. To nie to co u nas w Warszawie. Na przykład jak mięso było na kartki, to rąbali taką czarną wołowinę, aż bryzgało wszystko naokoło i to koniec, i nic innego. Tam normalnie jak ktoś chciał kupić za sto gram – a było pięćset gram na tydzień mięsa na kartkach – ale za sto gram to mógł sobie kupić kilogram Bratwurstu, za sto gram, kilogram. Można było tak sobie mieszać to.

  • Czy pamięta pan kogoś z kolegów, którzy byli tam razem z panem, z kim się pan zaprzyjaźnił, z pracowników przymusowych?

W Wiedniu, czy w Steyrze?

  • I tu, i tu.

W Steyrze krótko byłem, bo uciekłem stamtąd.

  • Jak długo pan był w Steyrze?

Chyba sześć tygodni byłem tylko w Steyrze i uciekłem. Ale też z przygodą uciekałem. Proszę panią, w ogóle Polakowi nie wolno było, Polakowi, ruskiemu, Żydowi tym bardziej, nie wolno było wchodzić do kina, do restauracji. Do kościoła to tylko takiego wyznaczonego można było pójść, wyznaczonego dla obcokrajowców. Tak że te restrykcje były potworne. W ogóle pociągiem jeździć pani nie wolno było, nie wolno było wsiąść do pociągu, biletów nie wolno było Polakom sprzedawać. No, takie historie były. A ja musiałem tam jechać tak: ze Steyra do Linzu trzeba było jechać Personenwagen, Zugiem, to znaczy pociągiem osobowym, bo to był taki dojazd do fabryki-matki, do Steyra. A później jak ktoś chciał do Wiednia pojechać, to musiał jechać tak: ze Steyra do Linzu, a w Linzu się przesiąść na pociąg pospieszny, który przez Innsbruck ze Szwajcarii jechał do Niemiec, do Wiednia. Tak że trzeba było tam się przesiąść, a i trzeba było bilety kupić. No więc dałem temu majstrowi i mówię: „Majster, ty mi kup, ja i Władek chcemy jechać do Wiednia, bo on tam ma kuzyna. Zawieziemy – mówię – na drugą zmianę w przyszłym tygodniu pracuję, tak że dopiero w poniedziałek wieczorem idę na drugą zmianę, a w sobotę po południu już mogę jechać do Wiednia, no to wrócę”. On mówi: „Nie, ja ci biletów nie kupię”. – „A czemu nie kupisz?” – „Bo wy uciekacie stąd, a mnie mogą wsadzić później, że ja ci bilety kupiłem”. Ja mówię: „Nie wygłupiaj się, kup. Masz, dziesięć deko tytoniu ci daję”. Uch, to od razu: „Ale nie, nie kupię ci”. Ja mówię: „Słuchaj, to kup mi bilety powrotne”. Ja miałem forsy do cholery i trochę. „Powrotne?” – „Tak”. – „No dobrze, to ja ci kupię powrotny”. Wie pani, Niemcowi się w głowie nie mieściło... Przy mnie babka płaciła za mleko w sklepie w Wiedniu i jednego feniga nie miała reszty wydać, bo w [Austrii] już po anszlusie były marki i fenigi, już nie było tam ich fillerów. Na grosz czekała chyba z piętnaście minut, na feniga, na jednego feniga. Niemcowi by się w głowie nie mieściło, normalnemu człowiekowi w Niemczech nie mieściło się w głowie, żeby ktoś kupił powrotny bilet i nie korzystał z niego. We łbie mu się to nie mieściło, bo to był prawie tydzień czasu pracy na ten Schnellzug.
Proszę sobie wyobrazić, dojechaliśmy do Linzu, w Linzu poczekaliśmy. Akurat te dwa pociągi... To znaczy przyjeżdżaliśmy tym, a obok, na drugim peronie jechał, nadjeżdżał już ten pośpieszny do Wiednia. Tam dyplomaci jeździli, dziennikarze, jakaś taka zaraza, wie pani, gestapowcy, to taki pociąg był. I niech pani sobie wyobrazi, że my wsiadamy do tego pociągu, a to już pulmany, wsiadamy do tego pociągu i nagle otwierają się drzwi. My tak bliżej wejścia do wagonu, nie [na końcu], tylko czwarte, piąte miejsce zajęliśmy i stoimy sobie tak w korytarzu, w pulmanie. Nagle drzwi się otwierają, wchodzi dwóch facetów z zielonymi kapeluszami i z takimi tutaj pędzelkami, bo oni tak się ubierali, i jeden miał ceratowy płaszcz, bo tak się gestapowcy ubierali, a drugi miał skórzany. To już wiadomo było, jak miał skórzany, to oficer. Zivilkontrolle i [wchodzi] do pierwszego przedziału. My byliśmy w piątym przedziale. A Władek mówi do mnie tak: „No widzisz, Zdzisiu, ale żeśmy daleko ujechali. Dopiero co pociąg ruszył i już mamy »cywil kontrolę«. Pojedziemy – mówi – do karnego obozu i koniec”. Ja mówię: „Nie, nie martw się. Stój tu i nie otwieraj gęby. Ja będę rozmawiał”.

  • Pan znał niemiecki?

Tak, uczyłem się niemieckiego. I proszę pani, jak podeszli do mnie, to ja wyjmuję normalny ausweis, który mam z literą czerwoną „A”, czyli Ausländer, obcokrajowiec, z fabryki Steyr. Pokazuję mu ten dowód, pokazuję mu bilet. On tak wziął, popatrzył: „A dokąd pan jedzie?” – pyta mnie. Ja mówię: „Do jego wujka jedziemy. Raz w miesiącu jeździmy, bo mamy tutaj brudną bieliznę”. – „A kiedy pan wróci do pracy?” Ja mówię: „Na drugą zmianę w poniedziałek wieczorem na szóstą”. Na szóstą, bo dwanaście godzin się pracowało w Niemczech w czasie wojny. „A tu jest mój bilet, proszę”. On wziął, popatrzył, oddał mi. Sie? – mówi do tego mojego kolegi. A ja [wcześniej mu] mówię: „Jak by cię coś pytał, to daj mu dokumenty i powiedz: Ich auch. Nic więcej nie gadaj, bo ty baran jesteś – mówię – ty się wygłupisz z czymś”. I on mówi: Ich auch. I podaje mu te dokumenty. Obejrzał: Danke, oddał nam, poszedł dalej do następnych przedziałów. Ten gestapowiec uwierzył, że my do wujka jedziemy i wracamy w poniedziałek, bo ten bilet go przekonał.

  • Pamięta pan, jak ten pana kolega się nazywał?

Białogoński, na placu Szembeka mieli firmę wędliniarską. Ich dom jeszcze stoi, ale on już nie wrócił. Bo ja go prosiłem: „Zostań w Wiedniu. Załatwimy sobie tutaj pracę, wszystko. Bądź tu, nie pchaj się do Warszawy.” „Nie, ja na osi, na osi można pojechać towarowym wagonem”. I złapali go, pies go wywąchał i wsadzili go. Dwa razy uciekał i za drugim razem już szlag go trafił. Gdzieś go zamordowali Niemcy, bo już takich co bez przerwy uciekają, to oni wykańczali.
  • No, dobrze, a co z panem się działo?

Ja poszedłem do pracy. Ja do pana Neuholda, do tego szefa się zwróciłem, bo on mnie wysłał do policji, bo oni dali mi zezwolenie na zatrudnienie. Wszędzie było podejrzenie, że pełno szpiegów jest w Niemczech. Na przykład na pudełkach od zapałek, na plakatach wszędzie, wszędzie, był taki cień, facet w kapeluszu, w płaszczu, postawiony kołnierz i pisało na dole: Spion unter uns, czyli „szpieg między nami”. Oni tak się bali szpiegów, bo im tam strasznie rozrabiały bombowce, rozrabiały im tam w Niemczech i dlatego się bali. Oni tak myśleli, że ktoś im [aliantom] dawał [informacje]. Nie było żadnego cynku, tylko oni mieli takie urządzenia, [że] z jedenastu kilometrów, jak na pułapie jedenastu kilometrów bombowce leciały, to widać było, jak nad lotniskiem – miałem takie wydawnictwo amerykańskie już po wojnie – widać było karty, bo grali w brydża i widać było kartę z jedenastu kilometrów. Kto by się tam bawił w szpiegowanie. Ale Niemcy byli uczuleni na tym punkcie. I mnie przymknęli. Siedziałem dziesięć dni u nich na gestapo. Spałem w wannie, dostałem dwie takie poduszki materacowe, spałem w wannie i zamiatałem podwórze, ubikację sprzątałem, wszystko, a oni mnie sprawdzali skurczybyki. Bo jakby dowiedzieli się, że ja uciekłem, no to koniec. A ja miałem pod marynarką, tutaj jak są poduszki w marynarce, ausweisy pochowane. Ausweis, ten, który tu mam, i kartę pracy. Mówię: „Ja się zgubiłem z transportu. Nie wiem, obudziłem się, nikogo nie było. Gdzie pojechali, to nie wiem”. I oni sprawdzali w Warszawie, bo później mama mi napisała, że byli Werkschutze i sprawdzali mnie, pytali, gdzie jestem. A matka mówi: „Nie wiem, w Niemczech gdzieś jest, wywieźli go do Niemiec”. I w ten sposób uchowałem się jakoś u tych Niemców, bo oni sprawdzili… Aha, budzili mnie, ja tam dziesięć dni siedziałem, noc, nie noc, budzili – zeznania. Babka na maszynie pisała, ani razu się nie pomyliłem, wie pani. Kilka razy w nocy mnie budzili. I wreszcie jak sprawdzili, że rzeczywiście pracowałem w optycznej, bo nazwisko, wszystko mieli takie jak trzeba, prawidłowe, no to dali mi spokój i dali mi skierowanie do Arbeitsamtu w Wiedniu, żeby mnie zatrudnił Arbeitsamt, że może mnie przyjąć do pracy. Poszedłem do tego pana Neuholda, to się tak ucieszył, mówi: „Ja ci dam taką pracę...”. I dostałem, w firmie prywatnej pracowałem. Ta firma produkowała dekle na przykład do pocisków, robili takie różne rzeczy, tylko dla wojska produkowali. Właściciel to był Józef Popen. Mieszkałem na ulicy Johana Siebzehnte, ulica Jana XVII, [numer] piąty… Mam to wszystko w dokumentach.

  • Jak długo pan tam był?

Proszę pani, do Powstania. Jak już przed Powstaniem ten lekarz mi dał to wszystko, ja poszedłem na drugi dzień do Arbeitsamtu. Papierochy, nie papierochy, tytoń, wszystko dawałem w łapę. „Dajcie mi to, bo muszę jechać”. I dwa tygodnie przed wybuchem Powstania przyjechałem do Warszawy, czego żałuję jak jasna cholera.

  • Do kogo się pan zgłosił po powrocie do Warszawy?

No, zgłosiłem się u siebie, u swoich kolegów, z którymi miałem łączność. Miałem zwerbowanych siedem osób, którzy ze mną byli tam, ale nie wszyscy. Dwóch uciekło, schowali się, nie zgłosili się na… Bo z Grochowa trzeba było pojechać na plac Narutowicza. To [było] tylko pięć osób znajomych. Nazwiska i pseudonimy ich znam.

  • To proszę podać.

To była tak: Lilka Leśniewska, czyli Alicja Leśniewska, miała pseudo „Lilka”, ona była sanitariuszką. To była siostra tego mojego kolegi, z którym razem chodziliśmy do podchorążówki, jeszcze w czasie jak nie wyjechałem do Niemiec, jeszcze jak mnie nie wywieźli. Później był Ryszard Mazurek, mieszkał na ulicy Osieckiej. „Koczara” nie, uciekł i „Słowik” uciekł, to znaczy schowali się. Bo dwa razy byliśmy wzywani na alarm powstańczy. Najpierw ogłosili to, później [podali]: „Rozejść się do domów, jeszcze nie”. I dopiero za dwa dni [wybuchło Powstanie].

  • Gdzie był pana punkt, gdzie miał pan się zgłosić? Jak była godzina „W”, to pan się miał zgłosić do punktu...

Tak, ale na Starówce, na Starówce...

  • Na Starówce. No właśnie, proszę powiedzieć, gdzie.

Nie pamiętam nazwy tej ulicy, to się teraz pozmieniało. Tam gdzie teraz jest pomnik z tymi krzyżykami. Bo jak zaczęła się strzelanina na Żoliborzu, to tam jechały te odkryte ciężarówki z żandarmerią, z feldżandarmerią. Jechali w tamtym kierunku... To budynek obok, ten budynek już nie istnieje... Teraz się to wszystko pozmieniało na Starówce. Myślałem, że coś odnajdę, nie. Ale tam dostaliśmy papierosy w gilzach i w tych gilzach mieliśmy adres na ulicę Mianowskiego, tam mieliśmy się zgłosić. Na Mianowskiego, tam właśnie obok akademika, z tyłu, tak jakby na zapleczu akademika. I tam się zgłosiliśmy. Ja to wszystko tu piszę dokładnie.

  • Dobrze, ale proszę opowiedzieć. Czyli zgłosił się pan z tymi pięcioma osobami, tak?

Tam było tylko pięć osób, ale miałem jeszcze kontakty z Sieroszewskim i z Marią Lachertową (Lachertowa się później tak nazywała). Z nimi miałem kontakty w czasie okupacji, też jeszcze od czasu do czasu się spotykaliśmy. Pytali mnie, jak tam się handluje z tym, który kupuje od nas te kradzione niemieckie rzeczy, ja opowiadałem im to wszystko. Ale żadnych takich specjalnych poleceń. No wie pani, tam „Biuletyn...” się roznosiło czasami, podrzuciło kolegom czy znajomym, [ale] tego to ja już nie liczę.

  • Dobrze, czyli teraz mówimy o wybuchu Powstania. Doszliśmy do tego momentu, że zgłosił się pan na punkt. I co się działo dalej?

Jak zgłosiłem się na Mianowskiego 15 i mieszkania... Pomylili mieszkania, bo na tej karteczce trzeba było przeczytać i ją wyrzucić albo spalić, albo połknąć. To zależy, jaka była sytuacja. Dwoma rikszami wieźli nam obok akademika, bo przed akademikiem, przed głównym wejściem (akademik jest w takim stanie, jak był, tylko nie ma bunkrów po bokach) Niemcy wybudowali bunkry z osłonami, z dojściami i z tych bunkrów był ostrzał na ulicę Uniwersytecką, na Pługa i później na cały plac Narutowicza. Wszędzie były w tych bunkrach zaryglowane ckm-y. A polski ckm był na wieży Świętego Jakuba. Taki stary jakiś ckm, co sobie trochę postrzelał, aż zało amunicji i się skończyło. Pierwszy dzień tylko trochę postrzelał do Niemców. A tu mieli w bunkrach, tak że nikt nie przebiegł jezdni. Bo co znaczy zaryglowany karabin maszynowy. Jak pani ma przebiec przez jezdnię, to powiedzmy sobie, od tej ściany do tych drzwi, to przed tymi drzwiami metr ja ustawiam karabin maszynowy, próbuję, biję tam, gdzie chcę, i ja go rygluję, tak że on się nie ruszy. Tak że jak Niemiec, szwab w bunkrze widział, że się z tego boku odrywa ktoś od ściany zza winkla, jak to się mówi, wyskakuje, to tylko wystarczyło, że on nacisnął spust, a [biegnący] na tą serię już wpadł. I tam kupa trupa była cały czas.

  • Proszę teraz opowiadać, co się z panem działo od 1 sierpnia 1944 roku.

Tam ma pani dokładnie z detalami napisane.

  • Ale ja bym prosiła, żeby pan to opowiedział.

Ja byłem... To był taki czworobok budynków. Aha, przede wszystkim pierwsza rzecz – dwoma rikszami przywieźli w papierowych workach, jak to kiedyś cukier był, w takie papierowe worki pakowany, w papierowych workach przywieźli „sidolówki” i „filipinki”, konspiracyjne granaty. I tam było cztery czy pięć karabinów. Dwie riksze jechały. Pierwsza riksza przejechała przed tymi bunkrami, bo od placu Narutowicza, tu od Grójeckiej jechali, a drugą zatrzymali żandarmi i jak zatrzymywali tę rikszę, a tam worki były, bo chcieli widocznie sprawdzić, co tam jest, to wtedy nasi z osłony... Bo tam jeszcze ruch normalny był na ulicach. My na przykład tramwajem żeśmy ze Starówki przyjechali, jeszcze ostatni tramwaj, na szybkach, jak to się mówi, trzymaliśmy się za szyby. Oklejony naokoło był wagon, to tak na szybkach dojechaliśmy jeszcze do placu Narutowicza. I jak ja wchodziłem, to słyszałem, że nagle jest strzelanina. Drugą rikszę jak zatrzymywali, to chłopcy nasi z osłony zastrzelili od razu dwóch żandarmów, którzy wyskoczyli z bunkra, żeby sprawdzić, i zaczęła się strzelanina, bo Niemcy w oknach, Niemcy mieli też pobarykadowane wszystko, worki z piaskiem, tak że nie dostał się tam człowiek do nich. I proszę pani, no to ja wtedy złapałem… Aha, ktoś, nie wiem, chyba „Rarańcza” to był: „Czego się gapisz, bierz worek!”. Trzeba było wnieść te worki sprzed bramy. Złapałem taki worek na plecy i cholernik mi pękł i zaczęło się sypać. Ja myślę: „O rany”. Patrzę „filipinki”, „sidolówki”, szlag by to... Ale żadna nie wybuchła, wie pani. Później dopiero dowiedzieliśmy się, że te wszystkie granaty to można było sobie wsadzić, wie pani. Chłopak taką „filipinkę” zawiesił tutaj za łyżkę, bo one taką łyżkę miały, i jemu się urwała ta łyżka i wybuchła mu u pasa. No to go ogłuszyło, poraniło, podrapało, ale nie zatłukło. Po trzech dniach już zaczął chodzić, ogłuchł trochę. (Ja też jestem na jedno ucho [niedosłyszący], bo belką dostałem w ucho). To my zaczęliśmy później te granaty uzbrajać. „Filipinka” to był granat, który miał taką łyżkę z boku, ale ona cała była z bakelitu. Niektóre były metalowe, z cieniutkiej, półmilimetrowej blachy, a to były bakelitowe. A „sidolówki” to były takie blaszane, były takie buteleczki przed wojną, gdzie sprzedawali sidol do mycia szyb. Nakrętka taka była, to była „sidolówka” zapełniona materiałem wybuchowym, a tu gdzie była zakrętka, bo tym sidolem trzeba było pryskać albo na ściereczkę, to tu był zapalnik wkręcony. Zapalnik taki długi był i dopiero na zapalniku była nakrętka. Jak pani odkręciła nakrętkę, to na szpagacie wyskakiwała plomba ołowiana i się to zrywało i dopiero się rzucało. Huk jak cholera, bo to hukowe granaty były, ale nie raniły nikogo. Te „sidolówki” były bardzo fajne, bo jak się wzięło taką puszkę od kilowej konserwy, jak to Niemcy mieli te puszki różne (kilowe konserwy mięsne takie, wołowe przeważnie czy jarzynowa jakaś, takie danie gotowe), to akurat wchodziła. To jak się fajerkę potłukło i ubiło naokoło, i drutem, żeby się nie wysypywało to wszystko, to taka pecyna, to jak to wywaliło, wie pani, to tylko gwizdało. Ale nie można było z „filipinką” tak postąpić, bo ona miała z boku łyżkę. O, tutaj taka łyżka sterczała z boku, to trzeba było pod tą łyżką... To wyrywaliśmy z karniszy haki, na których karnisze są zawieszone, i tak cztery i dopiero pod tą łyżką, żeby to działało. No to fantastycznie wtedy to działało. Żeśmy wciągali jednego esesmana, bo dostał w łeb tym, to wie pani, pół czaszki mu zerwało w diabły. Trzeba było wymienić... Ale miał szmajsera, to ten szmajser został, za wyjątkiem tej podpórki. Ona się tak pod spodem zamykała, bo to było pogięte, to trzeba było… To tam jeden kolega Władziu, taki był Władzio, to Władzio po niego się spuścił z pierwszego [piętra]...
Bo myśmy się później zabarykadowali. W obrębie ulicy Mianowskiego, Pługa, Uniwersytecka i Wawelska, w tym czworoboku, taki trapez jak gdyby był i cały czas był ostrzał. Był z ulicy Żwirki i Wigury, z tamtej strony. Oni podjeżdżali czołgami, daleko stanął, a my mieliśmy tylko butelki z płynem zapalającym. I taką butelkę to trzeba było rzucić. A gdzie to człowiek [rzuci] – jak on stoi trzysta, dwieście metrów od pani, to pani przecież nie dorzuci takiej butelki na czołg. To oni się zatrzymywali i z karabinów maszynowych siekli i z działek samobieżnych. Działo samobieżne to tak jak czołg wygląda, tylko ma słabsze opancerzenie, tylko z przodu trochę, a reszta to już tylko [podstawowe]. Bo to do strzelania tylko było, a nie na przykład do walki z drugimi czołgami. I proszę panią, to oni podjeżdżali i tłukli. Jedenaście dni my się tam trzymaliśmy. I puszczali te małe tankietki, takie „goliaty”. Ja na najgorszym odcinku byłem, bo róg Wawelskiej i Uniwersyteckiej. W tej chwili to tam jest pomnik Lotnika, który kiedyś stał na placu Unii Lubelskiej, a teraz tam stoi. I Uniwersytecka do tego pomnika, i dalej już na Żwirki i Wigury pani się nie przedostała, bo zamknięta jest, nie ma przejazdu w ogóle. Uniwersytecka to ślepa ulica teraz jest, tylko tam do akademika, do placu Narutowicza jest dojazd, a tak po prostu nie ma. I boczne [ulice], tam Mianowskiego, te inne, to ma pani tam dojazd. To proszę pani, tam było najgorzej na tym rogu.

  • Akurat tam, gdzie pan był.

Tak, tam gdzie byłem.

  • A proszę powiedzieć, ilu was w ogóle było zabarykadowanych w tym czworoboku?

Proszę pani, nie liczyłem, ale podobno było na stu pięćdziesięciu dwóch, tak mówią. Ten Kazio pisał o tym, on tam miał jakieś dane, bo on książkę pisał przecież o naszej Reducie, w ogóle o tych redutach, o jednej i drugiej. On już nie żyje, niedawno zmarł, w tym roku chyba. Było coś około stu pięćdziesięciu chłopa, ale później doszło jeszcze do nas z innych [oddziałów], jak wycofali się, bo z ulicy Filtrowej wycofało się trochę żołnierzy, tak że było niecałe dwie stówy na pewno.

  • Jak było z wyżywieniem przez ten czas?

Jedenaście dni my się tam broniliśmy.

  • Tak. I pytam, czy mieliście co jeść w tym czasie. Jak było z zaopatrzeniem, jak było z jedzeniem?

Sucharów było kupa. Ludzie mieli w piwnicach, mieli z tego „dźwiękowca” kartkowego, z tego cholernego chleba. Nikt tego nie jadł na ogół [albo] rzadko kto to jadł, tylko robili suchary (tak jakby czuli) i te suchary w workach w piwnicach wisiały. No to do tego trochę wody, dwie kostki magii, w kostkach maggi... Ja na przykład znalazłem całą taką metalową puszkę maggi w piwnicy. Dwie cegiełki i już się pichciło. Pokruszyło się ten [chleb], taki gulasz był z tego chleba. Lepiej nie mówić, co to było.

  • No ale było coś do jedzenia.

Coś tam było do jedzenia, zawsze coś było.

  • Proszę jeszcze opowiedzieć o tych jedenastu dniach, co jeszcze się wydarzyło?

Proszę pani, najgorszy to był kanał, bo to wszystko skończyło się kanałem – dla mnie i dla innych kanałem, ale dla cywilów nie. Cywile zostali, [Niemcy] wymordowali ludzi, popędzili na Zieleniak. Dozorcę zamordowali na miejscu, leżał pod bramą.

  • Czy w czasie tych jedenastu dni ludność cywilna wam pomagała?

A, tak, oczywiście. A jak nie chciał pomagać, to się go objechało z góry na dół i musiał. Bo byli tacy chłopcy, co przy mamusi siedział. Na przykład [musiał] podawać wodę. „Bo jak nie będziesz pracował, nie będziemy gasić, to się wszyscy spalimy w cholerę, bo nie ma wyjścia”. Naokoło byliśmy przecież otoczeni przez nich. No i już nie było wyjścia. Jeden pożar ugasiliśmy. Na drugi dzień już nie daliśmy rady. I my dzień przedtem, dziesiątego, mieliśmy się wycofać. Zrobiliśmy podkop. Ja „Stacha” namówiłem.

  • Jakiego „Stacha”?

Gołembiewskiego, dowódcę naszego, bo był on i „Rarańcza”, [Jerzy Zbigniew] Modro. Jeden i drugi był podporucznikiem, a właściwie „Modro” to był chyba dopiero podchorążakiem. Nie wiem, to był facet dla mnie nieznany. On przyszedł, z Filtrowej się wycofał, ten „Modro”. Ale „Stacha” to znałem przez całą okupację, to myśmy się kontaktowali. Jego, Lachertową, Sieroszewskiego, to żeśmy się znali. No, Sieroszewski, jak gasili pożar, to przychodzę do niego, pytam... Bo trzeba było napędzać ludzi, żeby coś robili, bo nie chcieli niektórzy robić, żeby pomagali gasić pożar, bo co tam więcej miał do roboty. Broni nie było. A najwyżej niektórzy z tych dorosłych chłopaków, już tak osiemnaście lat, to można było mu te granaty dać, jak będą włazić przez te okna albo coś, albo przez bramę, bo brama była zabarykadowana meblami. Podpalili później, wypaliła się, to na Wawelskiej 60. I proszę panią, to taki granat mógł rzucić. To pokazało się mu, jak odliczyć ma, żeby mu w garści nie wybuchł czy coś takiego. Ale niektórzy nie chcieli nic robić. No to trzeba było go za rączkę wziąć i zaprowadzić. „Tu będziesz stał i tu będziesz wodę w wiadrze podawał”. Bo wodę [brało się] z parteru, z podwórza, to jak się napompowało całe wiadro i tak to szło wiadrami i tymi wiadrami się [niosło], to na samej górze to już było pół wiadra. To się rozchlapało po drodze. I tam na górze dowodził tym wszystkim, tą całą akcją gaśniczą Sieroszewski „Sabała”. I proszę panią, ja idę do niego, pytam: „Jak było? Przyszli chłopaki?”. – „Przyszli, ale…” A ja mówię: „Co ty taki siedzisz osowiały?”. Bo już się skończyło, zgasili to, a szwaby dali spokój, bo już wieczór zapadał. A on tak siedzi, mówi: „Popatrz”. Wkłada rękę i wyjmuje kupę zdjęć. On sobie zdjęcia włożył do kieszeni wewnętrznej, do marynarki, bo zdjęcia pamiątkowe z domu zabrał. Niech pani sobie wyobrazi, że on dostał w te zdjęcia pocisk z karabinu maszynowego, z czołgu. Porwało mu te zdjęcia. I te zdjęcia mu życie uratowały. Ja mówię: „To ty się w czepku urodziłeś”. A on się na mnie popatrzył: „No, popatrz – mówi – cholera...”. Ja o tym nie pisałem, ale warto byłoby o tym napisać wspomnienia. Bo jego rodzina to wie o tym, o tym wszyscy wiedzą. Ja opowiadam o tym wszystkim. Ale wie pani, pracowałem w tygodniku „Wiadomości”. To był „Tygodnik Zagłębia Miedziowego”.

  • Ale już po wojnie?

Tak, po wojnie już, oczywiście, we Wrocławiu. Mieszkałem we Wrocławiu, bo musiałem piątego chyba, zdaje się, tak, 5 maja mnie przymknęli na Łukowskiej, na Pradze. Tam było NKWD.
  • Dobrze, ale może idźmy po kolei. Jesteśmy na razie w Powstaniu. Proszę powiedzieć, jedenaście dni broniła się Reduta i co dalej się stało?

Jedenaście dni, ale dziesiątego mieliśmy się wycofać. No to zrobili naradę. My się już przygotowaliśmy dziesiątego, już się ciemno robiło, już szwaby poszły na kolację, już był spokój. I nagle okazuje się, że wychodzimy wieczorem, jak zapadnie ten [zmrok], wszyscy będą zawiadomieni. Przygotować sobie na jeden dzień suchy prowiant, jakieś latarki, coś takiego, opatrunki, jakieś coś, żeby to każdy miał w torbie. No i broń oczywiście, bo z bronią się wychodziło. Dobrze, my siedzimy i czekamy. Będzie sygnał, to grupami wyjdziemy. A przedtem taki „Migdał” był, o, mój kolega, który też ze mną był, Jurek Rogala. On trzy czy cztery lata temu czy więcej zmarł. I „Stachu” wysłał ich, jego i Sieroszewskiego wysłali, bo oni byli w sztabie, wysłali taką szpicę, żeby poszli kanałami, bo zrobili już przekop, i dostali się do kanału. A tam były nie te burzowce, takie w których można było stanąć, tylko metr dziesięć, tak jak pani widzi, te owalne takie, cholery, a dotąd bagno. Wie pani, co tam było. Oni poszli, tam na rozgałęzieniu woda leci na dół, rwie woda na dół. No to nie wiadomo co, bo trzeba było… A to było dojście, spad do dużego kanału, tak zwanego burzowca, który był na ulicy Grójeckiej, do Grójeckiej. A jak pani jest pod ziemią, to skąd pani wie, co to jest. A żeby się tam dostać niżej, sprawdzić, to szli tutaj, gdzie były normalne rozwidlenia, bo to na inne ulice. Jak szli, to sobie strzałkami kredą znaczyli. Jak wracali, to nie wytarli tego. I na drugi dzień poszli, bo to było dwa dni przedtem, jak żeśmy już wszyscy wyszli. Na drugi dzień dopiero był przewodnik. Dowiedzieli się, że na Kolonii Staszica jest wyjście. I tam ta grupa wyszła z „Rarańczą”. A ja byłem w grupie „Stacha” i nas było osiemnastu w tej grupie ze „Stachem”. My nie wiedzieliśmy, oni później poszli i wyszli na Kolonię Staszica, a my po tych strzałkach poprzednich poszliśmy i trafiliśmy tak jak oni, na taki [mały] kanalik, że czołgać się trudno było, bo to końcówka była. I trzeba było wrócić. I już nie wiedzieliśmy, gdzie pójść. Bo oni mieli przewodnika, przewodnik ich wyprowadził, część z nich wyszła na Śródmieściu. Taka to była historia. I tam zginął wtedy… A ja się wydostałem, poszedłem z drugim. „Stach” mówi do mnie: „Ty idź, tam popatrz, cholera. No, może gdzieś... Spróbuj pójść, popatrzyć, jak tam…” Bo jak wychodzili, to później granatem rozpieprzyli to (przepraszam, że tak mówię), ten właz, który mieliśmy, bo tam podparli deskami, nie deskami, żeby nam nie wleźli. Żeby nie wiedzieli, którędy żeśmy wleźli do kanału. Mówi: „Idź zobacz, może tam się coś zmieniło. Może coś… Popatrz, co jest. Bo w tym kierunku – mówi – co poszliśmy, to już wszystko ślepe kanały”. I ja [poszedłem] z jednym takim. Dentysta to był, taki młody chłopak jeszcze, praktyk dentystyczny. Ja mówię: „Ty idź za mną”. Bo to wie pani, w tej pozycji się szło, o, w tej pozycji. Bo to metr dziesięć dosłownie. Są te kanały tutaj, pokazują. I doszliśmy… Aha, żeby gnaty wyprostować, to pod właz trzeba było przejść i [stanąć] pod włazem. Jak się pani chciała napić wody, to z rynsztoku, ale tutaj gdzie były przy włazach od razu te studzienki takie, kratki takie, co są teraz przy rynsztokach. To łapaliśmy. Ja na przykład miałem taką manierkę, to łapałem w tę manierkę wodę, chusteczkę do nosa na to i tak się ssało. To było wszystko, co było przez te siedem dni do jedzenia. Okrągłe siedem dni siedziałem.

  • Siedem dni pan siedział w kanale?

Tak. A oni poszli szukać w inną stronę. „Stachu” poprowadził. I wyszli, ale akurat wyszli przed stanowiskami niemieckimi. Ja o tym wszystkim piszę tam dokładnie.

  • I oni wszyscy zostali rozstrzelani?

Niemcom krzyczą „Poddajemy się!”. A Niemcy mówią: „Właźcie z powrotem tam, skąd żeście wyszli”. I dawaj, granatami rzucili. „Stach” dostał granatem w głowę, to czerep mu rozharatało. A ja o tym się dowiedziałem już po tym. Bo jeszcze trzech wyszło, ale nie ze mną. Bo ten, co ze mną szedł, to uciekł, wystraszył się. Powiedział: „Strzelali”. Bo to było widne, coś widnego. Jasne światło. Człowiek tu siedzi tu pod ziemią te trzy metry, psia krew, a tu nagle widno, takie niebieskie światło. Ja mówię: „Pójdę, zobaczę”. Ja wlazłem. A okazało się, że to był wyrwany właz przez Niemców, bo oni tam granatami tłukli. I gdzieś… Albo w czasie walki. W każdym bądź razie nie było klapy na wierzchu. Ale trzeba było się już czołgać, wie pani, bo woda już porwała przewody wodociągowe i ta woda ziemię i piach wypłukiwała, tak że ja już musiałem się czołgać. I zgubiłem portfel z dokumentami. Jak oni po mnie wychodzili już… Ale ten chłopak, który miał czekać, ja mu miałem kartkę napisać... dać znać (nie powiem pani jak, bo to taka brzydka sprawa) w czymś takim, że on dostanie, bo tam woda płynęła, gdzie on został. Dwa włazy, takie włazy w jezdni dalej. Jak ja wylazłem, zobaczyłem, że jest wyjście i patrzę, to nasza Reduta, cholera, jest przecież.

  • Czyli pan wrócił w to samo miejsce?

I ten balonik mu wysłałem, kartkę napisałem. A on już uciekł, jego już nie było i przyszedł do nich i powiedział im tak: „Słuchajcie, »Rysia« zatłukli. Bo była strzelanina, on poszedł tam na to światło sprawdzić, co to jest – mówi – zatłukli go. I ja wróciłem”. To oni już nie szli w tym kierunku, tylko poszli w innym. I tam właśnie dlatego zginął „Stach” . Później trzech z nich, już nie mogli się wydostać, to wrócili i poszli za moim śladem. I trzech z nich wyszło. Ale bali się mnie, bo powiedziałem, że jak „Stacha” zatłukli, bo oni mu powiedzieli, co się stało, to tego gnojka, który ze mną szedł, to trzeba go znaleźć i dać mu w skórę. Bo on uciekł. On miał zawiadomić, wyszliby wszyscy. A ja już nie mogłem wrócić, bo po tej wodzie z rynsztoka (tylko miałem tutaj trochę papierosów i tytoniu za koszulą rozsypane, żeby się paliło jako tako) to nic w gębę nie można było włożyć. Nic nie było. Szczury tylko były, psia krew. Bo…
Aha, jeszcze pani nie opowiedziałem. Jak my czekaliśmy na ten sygnał, kiedy mamy wyjść, to nagle ja się budzę, patrzę, widno się robi. Myślę: „Cholera, no przecież mieliśmy wyjść. W tym chlebaku miałem trochę tych sucharów, miałem i kawałek boczku wędzonego, znalazłem kostkę taką małą. I spirytus mieliśmy, Bo w tym czworoboku, w którym my mieliśmy swoją Redutę, były dwie apteki. Jedna była ubezpieczalni, a druga prywatna. I znaleźliśmy tam spirytus w takich szklanych butlach, opleciony wikliną. No to „Stach” kazał nam zakopać to, żeby się chłopcy nie upijali. A jeden balon daliśmy do takiego szpitalika prowizorycznego, który był od ulicy Mianowskiego, tam gdzie ranni Powstańcy leżeli. (Wszystkich Niemcy dobili tam, dobili i spalili później). No to tam jak się dziewczynie którejś zaniosło perfumy, to nalała po cichutku, żeby tam... Takie życie było, proszę panią. A reszta było zakopane, tak że jak wyleźliśmy, to żeśmy na tym spirytusie gotowali sobie ten gulasz, jak pani mówię, bo znalazłem w piwnicy tam to.

  • Ilu was wyszło z tych kanałów?

Więc ja tam byłam… My tam byliśmy do kapitulacji i później podłączyliśmy się do ludzi, którzy szli. I [Niemcy] pędzili nas do Pruszkowa, do obozu. Ale ja już byłem w Niemczech, wiedziałem, jak się ucieka, jak się robi to wszystko, jak szwabów wykiwać. Ja zostałem na szosie włochowskiej. Tu od ulicy Grójeckiej szosa włochowska taka była i tam były takie domki jak na wsi, taka podwarszawska wieś. I tam w tych domkach… Aha, a jak pędzili ludzi... Bo my oczywiście nie mieliśmy opasek ani broni. Ja miałem, miałem pistolet i dwa granaty w chlebaku takim, [właściwie] nie w chlebaku, tylko w takiej torbie parcianej, jak w trzydziestym dziewiątym roku były maski gazowe angielskie, takie typu angielskiego, z taką rurą. To w tym miałem na dnie pistolet i dwie „filipinki”, ale metalowe, takie fajne „filipinki”. A na to [położyłem] skarpetki, tego, suchary. Jak on mówi: „Otwórz”. Jeden przyszedł w czasie mojej ucieczki, żeby nie dostać się do obozu. Zatrzymali nas na jezdni. Jechali motorem, skurczybyki. [Szliśmy] ja i taki jeden facet jeszcze, który u nas, w naszej „Reducie” był. I spojrzał, A... verfluchte. Wziął te skarpetki razem z suchym chlebem, wie pani. E, Schweine, rzucił mi to. Myślę: „Ty byku, gdybyś łapę głębiej wsadził, to już byś nas tu zostawił w rowie”. Rozwaliłby przecież. I to tylko to było, nic więcej w tym, jak żeśmy szykowali się do wyjścia.
No i okazało się, zrobili naradę, a „Rarańcza” powiedział: „Nie, że guzika od płaszcza nie oddamy. Zginiemy tu wszyscy, ale nie oddamy Reduty Niemcom”. A ja myślałem, że oni wyszli. Przeraziłam się, poszli, zapomniał „Stach” o mnie. Bo ja na podwórzu byłem wtedy, odłamkami dostałem. O, widzi pani, jakie ja to mam nogi. Wszystko z granatników. Tu, tu, tu. Bo Niemcy granatnikami dostawali się na podwórze i tłukli wszędzie. Po mieszkaniach te granatniki wybuchały, a pociski zapalające na dachach.
To niech pani sobie wyobrazi, że jak ja już później wylazłem z tego, to nie wiedziałem, że ja to mam. To znaczy „Stach” mi dał dwa magazynki jeszcze do stena i mówi: „Masz, pilnuj, bo oni tutaj od Wawelskiej w tą bramę... Brama się pali. Tu Ukraińcy będą szli”. Bo my nie wiedzieliśmy, co to są „ronowcy”, dopiero później dowiedzieliśmy się. Ale to byli ci „ukraińcy” właśnie, którzy mieli swoją bazę dalej. Na ulicy Wawelskiej był instytut Skłodowskiej, to tam wymordowali wszystkich chorych. I oni tam siedzieli, stamtąd też z bunkrów tłukli. Tak że miała pani… Wawelską ostrzał był, nie można się było ruszyć. Ze wszystkich stron waliły karabiny maszynowe, nie można było się ruszyć. Jedyne wyjście to było uciekać kanałami – jedyne wyjście.

  • Proszę o tym opowiedzieć. Mówi pan, że reszta wyszła. Pan nie wiedział o tym?

Nie. Jak się obudziliśmy, dopiero dowiedzieliśmy się, że nie, że zostajemy. I to był jedenasty dzień właśnie. Bo dziesiątego mieliśmy już wszyscy wyjść, to było zorganizowane. Wszyscy by wyszli tak jak trzeba, do Śródmieścia byśmy się dostali, a tak to „Stach” zginął. A szkoda, bo to był wspaniały facet.

  • Czyli pan wyszedł z ludnością cywilną wtedy, tak? Tego jedenastego dnia. Bo nie mogę się zorientować. Mówi pan, że jedenastego dnia opuściliście Redutę?

Ale już się wszystko paliło, już nie było ratunku.

  • I pan wyszedł z oddziałem czy wyszedł z ludnością cywilną?

Nie. Do kanału, nie. Do kanału żeśmy wychodzili jedenastego, proszę panią. Czyli ze „Stachem”, z całą tą jego grupą.

  • I w kanale był pan osiem dni, tak?

Siedem, ósmego dnia wylazłem.

  • Ósmego dnia pan wyszedł i znowu się pan znalazł na terenie Reduty, tak?

Tak.

  • I co się działo dalej?

I tam siedziało nas taka [grupa]… Nas tam było kilka osób, osiem czy dziewięć. [Jakiś] sierżant [też] był, ale nie z naszej grupy, nie z Wawelskiej. Osiem osób. Ale później jeszcze trzech z mojej grupy przyszło, wyszli po mnie, [po moim wyjściu]. Jak już zatłukli, tam widzieli, że nie ma wyjścia, to szukali tu, gdzie ja rzekomo zginąłem. A okazuje się, że ja żyję. Że wyjście było, tylko ja już nie miałem siły wrócić. Niech pani sobie wyobrazić, dotąd w tym bagnie siedzieć. Nogi sztywniały. Przecież ja nogi trzymałem tak na ścianie w oparte, a Tereska mi robiła herbatę czy coś, kawę i jakieś opatrunki robiła. W tych gruzach siedzieliśmy, z bronią. W tych gruzach siedzieliśmy aż do kapitulacji. Jak pędzili ludzi, to wyszliśmy.

  • Ale do kapitulacji dzielnicy?

Tak. Ale ja doszedłem tylko do tej ulicy, o której pani mówię, gdzie te domki były. Tam ludziska mieli w tych domkach w podłodze taką klapę i tam była piwnica. Wie pani, jak to na wsiach czasem jest. I ta pani, która nas tam do rana miała przechować, żebyśmy przespali, a dalej żebyśmy poszli, bo co dziesięć kroków stał Niemiec. Wie pani, pilnowali, a ten tłum szedł. I proszę panią, ta pani nas przykryła taką wiązką koniczyny. Jak Niemiec przyszedł, kazał otworzyć, popatrzył. Aha, koniczyna leży. No i poszedł w diabły. I my zaczęliśmy wiać. Za budynkiem były słoneczniki, takie stały kiście, te kikuty po słonecznikach, to w te słoneczniki. Jakiś szwab nas zauważył i zaczął strzelać. Ale co on mógł zrobić, jak to było ponad dwieście metrów, a on ze szmajsera... To sobie mógł postrzelać. I uciekliśmy do jakiegoś pobliskiego, zalesionego odcinka. I ja się cały czas… Bo wie pani, wsiedliśmy później w EKD. Bo EKD kursowało, jeszcze ludzie jeździli na okopy. Tam Niemcy podwozili pod Warszawę z podwarszawskich miejscowości. I my wsiedliśmy w to EKD i jedziemy. Patrzymy, a nas wysadzają w Pruszkowie. A my wialiśmy z Pruszkowa, bo wiedzieliśmy, że tam jest obóz. No i uciekliśmy, udało nam się uciec i w okolicach Grójca chodziliśmy po tych lasach. No to [chodziliśmy], dokąd można było. Później trzeba było się tam zameldować. Ja się zameldowałem tam, że jestem chory. Dokumenty miałem.

  • Ale gdzie się pan musiał zameldować? W urzędzie?

U jakiegoś chłopa mieszkaliśmy. Do czasu, dokąd ruscy nie przyszli, byłem pod Grójcem. Wysoczyn, [te okolice], mam dokument też na to. Takie to było dziwne życie.

  • Kiedy pan wrócił do Warszawy?

Jak tylko kacapy przyszli do nas.

  • W styczniu?

W styczniu. Oczywiście, w styczniu. Stamtąd przyszedłem, ach – piechotą trzeba było smarować do Warszawy. Po lodzie się szło. Strzelali do tych, co przez Wisłę po lodzie przechodzili.

  • Wrócił pan do Warszawy i gdzie się pan zakwaterował?

Do domu.

  • Do domu, tak?

Na Grochów. A ja na Pradze, to znaczy na Grochowie mieszkałem, na ulicy Tarnowieckiej.

  • Czy pan po wojnie się ujawnił, że był pan…

Nie, nigdzie się nie ujawniałem, nigdzie.

  • No dobrze, a mówił pan, że miał pan taki epizod, że był pan przesłuchiwany prze NKWD, tak? Czy pana przesłuchiwali Sowieci?

Ruscy?

  • Tak.

Nie. Mnie sypnął taki pan Strzałkowski.

  • Jak to się stało? Kiedy to było?

To było 5 maja.

  • Czterdziestego piątego roku?

Czterdziestego piątego roku, 5 maja. Oni na Łukowskiej mieli swoją siedzibę, NKWD. Bo wie pani, dopiero co wleźli i jeszcze Warszawa była… Już była wolna, oczywiście, już Niemców tam nie było, ale jeszcze się tam nie zagospodarowali. Tak że na Łukowskiej była taka duża, dwu- czy trzypiętrowa willa i oni tam mieli tę swoją siedzibę. NKWD. Ja poszedłem… Aha, mnie sypnął jeden facet, który nazywał się Strzałkowski. A to powinien być przyjaciel, bo on był z NSZ-u. Ale ranny, kulawy w nogę, tak że chodził o kuli. Ale niby sojusznik akowski, a pracował dla nich, dla kacapów i napuścił, że ja mam broń. Wiedział, że mam broń, jestem z bronią. Ale wiedział, że nie mam… Ponieważ miałem mały taki pistolet, żeby łatwo schować, to miałem taką FN-kę, „dziesiątkę”, dziesięciostrzałową „żyrafka” nazywali. Płaski, ładny pistolecik, taki oficerski, belgijski. To był kaliber 7.65 i do tego nie było amunicji. Ale enkawudowcy mieli, bo oni właśnie z takich pistoletów, takimi pistoletami i tym kalibrem amunicji rozstrzeliwali wszystkich w Katyniu. Bo okazuje się, że oni od Niemców kupili te belgijki dla NKWD, bo to był precyzyjny, bardzo ładny pistolecik. I on mówi: „Ty słuchaj, tutaj jest taki Wania, to on ci sprzeda pestki”. Ja miałem tylko cztery naboje do tego, bo nie można było… Ruska amunicja butelkowa nie pasuje absolutnie, a ten kaliber 7.65 to tylko oficerowie ruscy mieli, tacy wyżsi, ale też później przeważnie „dziewiątki” visy mieli. I proszę panią, poszedłem tam, on mi pokazał, ma pięćdziesiąt sztuk. „Ile chcesz za to?” – Pyat'sot. Za dziesięć złotych sztukę. „Masz, pies cię drapał”. Dałem mu. On mówi: „Poczekaj chwileczkę”. Poszedł i wyskakuje dwóch, za ręce mnie i podwał – od razu do piwnicy. Za jakieś dziesięć, piętnaście minut – do kamandira. „Gdzie ty mieszkasz? Kto ty jesteś? Po co ci?”. Aha, [najpierw zapytali]: „Pistolet masz?”. – „Mam”. – „Dawaj”. Ja wyciągam z kieszeni i kładę. Z pistoletem mnie tam przymknęli. A do niego mnie zaprowadzili, kładę na stół. „A co ty jesteś, bandyta?” Ja mówię: „Nie jestem bandytą, tylko jestem człowiekiem, normalnym człowiekiem, który ma broń”. – „A gdzie masz pozrieszenie na to?” Ja mówię: „Nie mam, w domu zostawiłem. Nie noszę”. – „No to pojedziesz sobie. My ci damy amunicję, wszystko. Pojedzie sobie daleko i będziesz pamiętał, że nie wolno mieć broni tutaj. Przyznasz się do wszystkiego”. Ja mówię: „Ja się nie mam do czego przyznawać. Wy zadzwońcie tu i tu, na Pragę, i poproście – podałem im numer telefonu – poproście kapitana Leona Borejszę. I powiedzcie, że ja u was siedzę, dlatego że miałem pistolet, bez broni. On tu przyjedzie do mnie”. No i zadzwonił do niego. On takim amerykańskim motocyklem z przyczepą (takie były amerykańskie maszyny z pomocy amerykańskiej) przyjechał natychmiast. Przywiózł pismo, że mam takie i takie... że pracuję dla Związku Walki Młodych. Bo byłem przewodniczącym w Związku Walki Młodych, ta młodzieżówka komunistyczna, a on był szefem warszawskim.
  • Pan do tego należał, tak?

A co miałem robić? Musiałem coś robić, bo powiedzieli ci koledzy, z którymi handlowałem: „Idź tam, bo jak się dowiedzą, to będziesz miał kłopoty. My nic nie powiemy, że byłeś na Powstaniu, że jesteś akowcem”. Bo ja nie byłem w AK i w żadnej partii, byłem w PPS-ie. W PPS-ie to byłem później, ale nie tam. I dzięki temu to chłopaków pousadzałem, moich chłopaków. Trzech w Dęblinie, w szkole lotniczej. Kotomski Rysiek doszedł do stopnia pułkownika. W Boernerowie był wykładowcą już później na stare lata. To rzeczy są do sprawdzenia. Jurek już nie żyje. Bo ja swoich chłopaków… Wie pani, było pisemko z ZWM-u, tego. Ja później rzuciłem to wszystko i uciekłem do Wrocławia.

  • Ale wykorzystując to, że pan był…

Tak. Jurek (Sławik on się nazywał, mieszkał przy Żółkiewskiego) uciekał i był… Skończył szkołę jako podporucznik i uciekał. Do Bornholmu się chciał dostać i go WOP złapał na morzu i wsadzili do ciupy, siedział w więzieniu. Chcieli go rozwalić, ale później… Bo uciekał, to szpieg. No to szpieg, wiadomo. Po szkole oficerskiej. Ale jakoś się wygrzebał ze tego i tam po amnestiach tego. Ale już nie żyje, już nie żyje. I Koczara. Nie wiem, co z Koczarą, ale też chyba nie żyje. Trzech ich było na tej szkole. Ale Kotomski wylądował na wysokim szczeblu, pułkownikiem ostatnio był, Ryszard Kotomski.

  • Czyli wykorzystujące swoje możliwości, pomógł pan innym. Mówi pan, że potem co się z panem działo? Bo pan powiedział, że Borejsza przyjechał, tak? I pana…

Borejsza siedział w więzieniu, na Kołymie był. I stamtąd dostał się jakoś do armii Berlinga i z Berlingiem przyszedł tutaj do Warszawy. On mi powiedział: „Słuchaj, ja byłem u nich przecież na wywózce”. Bo wywieźli go na Sybir, normalnie jak Polaków, jak 17 września wkroczyli do Polski razem z Niemcami. Mówi tak: „Ja znam NKWD, znam ich metody. Nikomu nic nie mów. Oni jak raz kogoś zanotują, to musi wrócić do nich, nie popuszczą. A jak dostanie pięć lat, to drugie pięć musi być za byle co. Co najmniej dziesięć lat musi posiedzieć na Syberii”. Mówi: „Ty musisz zginąć”. A ja mówię: „Słuchaj, gdzie ja zginę? Gdzie ja się podzieję?”. – „Jedź gdzieś na zachód. Jedź gdzieś na zachód i sprawa załatwiona. Nie znajdą cię”. Ja myślę sobie: „Pojadę do Wrocławia”. I wtedy wyjechałem do Wrocławia.

  • Czyli on pana z tego NKWD wyciągnął, tak?

Tak.

  • Zaręczył za pana?

Tak. Mam pokwitowanie. Pan komandir musiał dać pieczat’ i podpisać: rozreszeno.

  • I wyjechał pan do Wrocławia. W czterdziestym piątym roku, tak?

W czterdziestym piątym roku.

  • Gdzie pan zaczął pracować?

Najpierw pracowałem w Purze. To był PUR – Państwowy Urząd Repatriacyjny. Tam pracowałem, byłem referentem transportu. Później pracowałem już w PPS-ie, bo byłem w PPS-ie. Byłem sekretarzem Komitetu Dzielnicowego Wrocław Fabryczna dzisiejsza. Kiedyś do IV Komitet był. Mam legitymację i służbową, i partyjną. Bo w PPR-ach nie byłem.

  • Wspomniał pan też, że był dziennikarzem, że pracował pan w „Wiadomościach”, w gazecie „Wiadomości”. W gazecie zakładowej?

Nie. Ja w gazecie najpierw pracowałem. Ja od pięćdziesiątego roku… Ja mam staż pracy dziennikarskiej bez trzech lat pięćdziesiąt lat. Dwa razy dyscyplinarnie mnie wyrzucali z pracy, dlatego że nie kochałam partii PZPR-u. Wyraźnie mi to w KW powiedzieli.

  • Proszę pana, czy chciałby pan jeszcze jakoś podsumować naszą rozmowę?

Może pokażę pani te dokumenty. [...]



Warszawa, 7 lipca 2014 roku
Rozmowę prowadziła Barbara Pieniężna
Zdzisław Tadeusz Grontkowski Pseudonim: „Ryś” Stopień: strzelec Formacja: Obwód IV Ochota, Reduta Wawelska Dzielnica: Ochota

Zobacz także

Nasz newsletter