Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Zofia Krystyna Romanowska „Siostra Krystyna”
Zofia Krystyna Romanowska
pseudonim
„Siostra Krystyna”
stopień
starsza sanitariuszka
formacja
Batalion „Kiliński”
dzielnica
Śródmieście



  • Co pani robiła przed 1 września 1939 roku?

W tym czasie już pracowałam w PKO w Warszawie przy ulicy Jasnej, gdzie bardzo dobrze mi się pracowało, wszyscy byli ze mnie zadowoleni, ja również.

  • Ciężko było dostać tę pracę?

Było dosyć trudno. [W banku] pracowało dużo byłych oficerów różnych stopni. Mój ojciec miał tam znajomych kolegów i załatwił mi [pracę]. Maturę zdałam w maju 1937 roku. Przyjechałam zaraz do Warszawy, bo ojciec powiedział, że czeka na mnie stanowisko, muszę się podjąć tej pracy.

  • Chciała się pani przenieść do Warszawy?

Warszawie zawdzięczam wszystko od dzieciństwa. Jak rodzice wrócili z Rosji, to zamieszkaliśmy u mojej babci, u tatusia matki w Alejach Jerozolimskich numer 45 mieszkania 20. To jest dom braci Hozer. Moja ciocia, starsza siostra tatusia, pracowała u braci Hozer, była kasjerką i prowadziła księgowość w tej instytucji.

  • Kiedy wrócili tata i mama?

Urodziłam się 14 lutego 1917 roku. Moi rodzice wzięli ślub w 1915 roku, moja siostra urodziła się w rok i cztery miesiące po mnie, ale już w Łunieńcu. Stamtąd bezpośrednio ojciec przywiózł nas do Warszawy, oddał pod opiekę babci. Była mamusia i my dwie. Wtedy miałam trzy lata, a Halinka dwa. Myśmy tam wszyscy mieszkali. To nie było duże mieszkanie, ale wszyscy się pomieścili. Babcia była szczęśliwa, że ma dwie wnusie i że może nas pilnować. W tym czasie ojciec zgłosił się do generała Hallera do wojska, w którym był dopóki generał Haller był w Polsce. Później przeniósł się do 1. Pułku Strzelców Konnych do Ostrowia Komorowo.

  • Ojciec miał stopień rotmistrza?

Nie, wtedy miał jeszcze stopień porucznika. W wojnie brał udział w stopniu porucznika. Mój ojciec dostał stopień rotmistrza, ale znacznie później, pewnie w 1922 roku. Mam jeszcze zdjęcie z 1923 roku, gdzie ojciec jest już w stopniu rotmistrza. Ojca od razu przenieśli do straży pogranicznej, bo tak sobie życzył, dlatego, bo Rząd Polski obdarował swoich byłych żołnierzy, którzy mu się zasłużyli, ziemią przeznaczoną na osady wojskowe. Żeby ojciec mógł być bliżej tej osady, to się przeniósł do [miejscowości] Ostrów Komorowo. Potem się zwolnił, został rezerwistą i mógł się oddać i poświęcić osadzie, którą dostał. Sprowadził dziadka. Osada była w Zawizowie, to było niedaleko Ostroga nad Ołyniem.

  • Pani w tym czasie mieszkała w Warszawie?

Nie. Tatuś jak dostał tę osadę, wszystkich nas zabrał na tę wołyńską wieś, gdzie mieszkaliśmy kilka lat. Ponieważ miałam prawie siedem lat, Halinka miała mniej, musiałyśmy pomyśleć o szkole. Tatuś powiedział: „Do ukraińskiej szkoły dzieci moich nie puszczę”. Nawiązał kontakt z moją ciocią, która pracowała u Hozera i ciocia nas wzięła na trzy lata [do Warszawy], gdzie zaczęłyśmy szkołę. Chodziłyśmy do szkoły 102 przy Królewskiej, gdzie teraz jest gimnazjum Reja, ale tego budynku już nie ma. Dziadek przywiózł nas do Warszawy. Myśmy się tu z Halinką uczyły trzy lata. Byłyśmy w jednej klasie. Bardzośmy się dobrze tutaj czuły, bardzo nam ta szkoła dobrze zrobiła, bo mieszkając na Wołyniu, tośmy mówiły troszkę po białorusku przez „ł”, zaciągałyśmy. A tutaj ciocia zajęła się naszym wykształceniem i wychowaniem. Wszyscy bardzo na tym zyskali.

  • A mama?

Mamusia wiecznie była z tatusiem. Przedtem nas też chowała, dbała o nas.Po trzech latach tatuś musiał ciocię odciążyć, bo chciała wyjść za mąż w tym czasie. Dziadka poprosił na osadę. Dziadek zajął się osadą. Wzięli kredyt w kasie Stefczyka, kupili żywy i martwy inwentarz, potem wybudowali studnię, jak to na takim kawałku ziemi.

  • Dużo tej ziemi uzyskali?

Dużo było, chyba trzydzieści dwa hektary, w tym łąki było pięć.Dziadek zajął się całym gospodarstwem. Mój dziadek był też dzielnym człowiekiem, dużo nam opowiadał o powstaniu, o różnych przeżyciach. W tym czasie ojciec mój postarał się o posadę w Równem. Swego czasu pracował na poczcie jako poczmistrz w charakterze takiego, co rozwozi ulotki wyzwoleniowe, apele, żeby się ludzie organizowali, że trzeba walczyć o Polskę. Dostał ojciec posadę kontrolera na poczcie Równe Wołyń 1.

  • Skupmy się na pani osobie.

Moja osoba jest zależna od tego, jak rodzina się obracała, kierowała, bo przecież dzieci same nie istnieją.

  • Maturę zrobiła pani w Polsce?

Nie. Po tych trzech latach, tatuś już pracował na poczcie, mieszkanie było załatwione, mamusia już czekała na nas. Przyjechałyśmy. W szkole 102 w Warszawie żeśmy skończyły trzeci oddział. Poszłyśmy do żeńskiej szkoły powszechnej imienia Henryka Sienkiewicza, gdzie myśmy się rok uczyły. Byłyśmy pierwszymi uczennicami. [Miałyśmy] przygotowanie wakacyjne z matematyki i niemieckiego, bo niemieckiego w ząb nie znałyśmy. Ten, który nas uczył i przygotowywał do egzaminu, tylko przerobił kurs pierwszej klasy. Zdałyśmy do drugiej klasy państwowego gimnazjum koedukacyjnego imienia Tadeusza Kościuszki. W tym gimnazjum żeśmy zaczęły się uczyć. Uczyłyśmy się też dobrze. Zapisałyśmy się do harcerstwa. Było dalsze szlifowanie naszego całego życia. W szóstej klasie już przyjechali z Warszawy i propagowali. Już przewidywało się, że coś może być, już się zaczęło u nas w gimnazjum przysposobienie wojskowe. Wszystkie dzieci z szóstej klasy były zapisane. [W szkole] były dwa wydziały, matematyczno-przyrodniczy i humanistyczny. W gimnazjum było ponad siedemset dzieci. Tak to się zaczęło. Myśmy miały dwie godziny wychowania fizycznego w tygodniu, były ćwiczenia, było uczenie się wszystkiego, łącznie z alfabetem Morse’a. Chodziłyśmy na strzelanie. Śmieszna rzecz, obok gimnazjum było więzienie. Profesorowie [mawiali]: „Jak się będziecie źle sprawować, to tutaj na was czekają”. To było ośmioklasowe gimnazjum, a potem było liceum dwa czy trzy lata.Po zdaniu matury tatuś zawiózł mnie od Warszawy. Pawełek, mój braciszek, już chodził do szkoły podstawowej. Jak przyjechałam ponownie do Warszawy, cała rodzina oczywiście ucieszyła się ogromnie i znowu zamieszkałam u babci w Alejach. Ciocia Zosia w międzyczasie wyszła za mąż. To była już starsza pani, miała czterdzieści pięć lat jak wyszła za mąż. Była jeszcze ciocia Tekla, najmłodsza córka babci. Babcia miała sporo dzieci, ale dużo umierało ze względu na choroby. Wtedy w Alejach mieszkała babcia, ciocia Tecia, ja i jeszcze kto się napatoczył. Na ulicy Emilii Plater 33 mieszkała jeszcze moja druga ciocia, też siostra tatusia, nazywała się Maria Misol.

  • Proszę powiedzieć jak się pani pracowało w PKO? Jaki pani miała zakres obowiązków?

W PKO byłam jako elewka przez trzy miesiące. Później zawarli ze mną umowę. Byłam przygotowywana na maszynach do liczenia i do księgowania. Po jakimś okresie, jak już zdałam egzamin, liczyłam, na maszynie robiłam rozmaite rzeczy. Uczyłam się grafologii, porównywania. Pracowałam w rachubie, w księgowości. Bardzo dobrze [się pracowało]. Tam też założyli kursy sanitarne. Miałam już za sobą ładny pakiet kursów. Tu skończyłam dwa kursy. Naprawdę byłam przygotowana pod każdym względem. Byłam spokojną i poważną dziewczynką, odnosiłam się do tego dosyć poważnie, [pracę] traktowałam. Byłam młoda, może zdolna, bardzo lubiłam swoją pracę, mnie lubiono. Dawniej młodzież nie była taka jak teraz.

  • Wspomniała pani, że w PKO pracowało wielu wojskowych. Czy kiedy już się zbliżała wojna państwo mieli świadomość tego, że to nastąpi?

W połowie września zwolnili nas. Jak mnie zwolnili, to przyszłam do domu i dostałam gorączki, tak się zmartwiłam, bo to był jedyny środek mojego utrzymania.Pytał pan o oficerów. Kierownikiem naszej rachuby, trzeciego piętra, był pułkownik, który nas ustawiał. Był ekstra rygor. Jego syn też tam pracował. Nas zwolnili, wypłacili nam trzymiesięczne pensje i powiedzieli: „Czekamy nadal, co będzie”. Niemcy już ostrzeliwali Warszawę. Myślę sobie: „Co ja będę siedziała zdrowa w domu?”. Zgłosiłam się do biura Legionistek Polskich na Nowogrodzkiej. Zarejestrowali mnie. Dostałam od razu pracę, oczywiście honorową, bo wtedy się nie płaciło, ale byłam zajęta. Dostałam przydział na Żurawią pod pierwszym, gdzie był punkt sanitarno-opatrunkowy, który prowadziła pani doktor Janowska, imienia nie pamiętam. Od razu byłam potrzebna.Poza tym u nas w domu w kamienicy Hozera była ochrona przeciwpożarowa, której byłam komendantem. W szpitalu ujazdowskim, gdzie pracował mój kuzyn. Powiedział: „Zajęlibyście się trochę tymi ludźmi, bo oni potrzebują różnych rzeczy”. Zaczęłam chodzić do Szpitala Ujazdowskiego, nosiłam różne rzeczy z ubrania i też byłam pomocna. Mój kuzyn miał dwie dziewczynki, które uczyłam, a on płacił mi za to żywnością, kawałkiem masła czy słoniny. Przychodziłam do domu, tośmy z Tecią siadały i dopiero zjadały. Było ciężko, bardzo ciężko było z chlebem, żeby go dostać, trzeba było w kolejkach stać.

  • Jaka atmosfera panowała jeszcze, kiedy wojna trwała, jeszcze z pracy pani nie zwolniono? Co mówili inni pracownicy na temat tego, co się dzieje, że Niemcy zaatakowali i za chwilę przyjdą Rosjanie z drugiej strony?

Już wtedy konspiracja była, jeszcze nas nie zwolnili. Koledzy już przynosili gazetki i informowali nas, co Niemcy robią, gdzie są pod Warszawą. Wszystko myśmy już wiedzieli. Chodziło się do ubikacji i czytało gazetkę od deski do deski, przychodziło i robiło swoje. Nikt nikomu nic nie mówił, a wszyscy wszystko wiedzieli. Byliśmy na fali, byliśmy zorientowani, co i jak. Miałam kuzynkę, która się nazywała Natalia Gede, była nauczycielką. Była w konspiracji już od samego początku. Mówi do mnie tak: „Co ty tak się będziesz obijać po bokach? Rękawy zawinąć i do pracy”. Mówię: „Chętnie, ale jeszcze nie mam przydziału ani nic”. Ona mnie gdzieś zarejestrowała i zostałam przyjęta jako ochotnik do konspiracji, do peżetek mnie zapisali. Mnie było wszystko jedno, bo i tak chodziliśmy na szkolenia, na kursy, na przygotowania różnych specjalności, sanitariat, gotowanie, obliczanie kalorii. Byłam czynną dziewczynką.

  • Składała pani przysięgę przy wstępowaniu do konspiracji?

Nie, nie składałam, bo nie byłam formalnie przyjęta, tylko po prostu zapisano mnie i już. A że miałam możliwości, ukończony kurs, to się im przydałam i byłam już uważana za żołnierza.

  • Z czego się pani utrzymywała podczas okupacji?

Chleb, jakieś puszki dostawałam [od kuzyna], który jeszcze dostawał deputat. [..] Ciocia Tekla pracowała. Wtedy miała już trzydzieści parę lat. Natalia Gede, nauczycielka, przyjaźniła się z Marysią Dąbrowską, obie były jak dwie siostry. Przechowywały i rozdawały, roznosiły ulotki, konspiracyjne pisemka. Mieszkała przy ulicy Grójeckiej. Przyszła do nich rewizja. Sąsiedzi widocznie tacy byli. Myśmy z Tecią nic nie wiedziały. Zrobili straszną rewizję i aresztowali je, Marysię i Tasię. Były nawet próby wykupienia ich, zbierali pieniądze, kosztowności, ale Niemcy się nie zgodzili i wysłali je do Ravensbrück. Marysia wróciła, a Tasia nie wróciła, umarła na tyfus. Kiedyś idziemy z Tecią do nich, bośmy się trzymały blisko, jedziemy windą, którą też jechał dozorca: „Panie dokąd?”. – „My na piąte piętro.” – „Nie radziłbym.” – „Dlaczego?” – „Była rewizja, zabrali panie, lokal jest opieczętowany, niech panie zjeżdżają do domu.” Myśmy dojechały i spuściły na dół. W międzyczasie jak one do nas przychodziły, to skorzystały z tego, że w domu Hozera mieścił się oddział Bahnschutzu kolejowego. Zajmowali całe piętro czy piętra, już nie pamiętam, wiem, że byli. Konspiracja uważała to za bezpieczne miejsce na takie konspiracyjne lokale. Rzeczywiście u nas w domu zrobili skrzynkę. W Alejach był pokój z kuchnią, przedpokojem i łazienką, nieduże mieszkanie. Tasia z moją ciotką Tecią i ze mną umówiła się na hasło, jak będą mieli przyjść panowie. Przychodzili do nas starsi panowie z czołówki konspiracyjnej, odbywali sądy, wytyczali rozmaite kierunki. Kiedy byli, ciocia Tekla siedziała w kuchni i patrzyła, żeby kto nie podglądał albo nie śledził. A ja, biedne dziecko, musiałam wychodzić z domu, w ogóle nikogo nie znałam z tamtych ludzi.

  • Czy miała pani jakąś stałą pracę, miała pani jakieś papiery?

Nie. Ale potem się zapisałam do RGO. Miałam dokumenty, że mogłam chodzić wieczorem. Niedaleko była pani Alicja Kowalska, które też mnie sobie przyuważyła. Mieszkała na piętrze w Alejach, dochodząc do rogu Poznańskiej. Dała mi legitymację. Można było nawet jeść obiady za niedużą opłatą. Powiedziała: „Niech pani się do mnie zwraca, jeśli coś trzeba, będę pani ułatwiała, będę załatwiała”. Ta pani też była w konspiracji. W domu było jeszcze troszkę zapasów, jakieś kasze, trochę mąki, trochę makaronu. Jakoś przeżyłyśmy.

  • Jakie były pani zadania w konspiracji? Proszę opowiedzieć o swojej pracy w konspiracji.

Musiałam opuszczać mieszkanie. Zapisałam się jeszcze do konspiracyjnego chóru, który prowadził pan Zdzisław Szczepański. [To był] piękny chór na cztery głosy. Myśmy chodzili raz w tygodniu, najczęściej to była niedziela, na Złotą, gdzie był dom, który miał dwie bramy. Myśmy pięknie uczyli się wtedy śpiewać, wszystkie znane nam pieśni narodowe śpiewaliśmy. Uczyliśmy się „Stabat Mater”, wyśpiewywaliśmy potem w Wielkim Tygodniu. Chodziliśmy i śpiewaliśmy na chórze w kościołach. Byliśmy kilka razy u Świętego Jakuba na Placu Narutowicza.

  • Czy brała pani udział w innych zadaniach konspiracyjnych?

Owszem. Na tyle cieszyłam się zaufaniem (Tasia tak załatwiła, pewnie za mnie zaręczyła, nie wiem), że dostawałam pieniądze i listę, chowałam wszystko na biuście, szłam i płaciłam. Chłopcy z lasu przysyłali pieniądze rodzinom, swoim matkom, siostrom, żonom. Pamiętam, że nieraz ze trzy dni chodziłam od adresu do adresu i dawałam pieniądze, oni kwitowali odbiór i znikałam. To wszystko były honorowe zajęcia.

  • To były duże kwoty?

Sto z czymś złotych, nie były to duże pieniądze. Jedna starsza pani tylko dostawała trzysta złotych.

  • To były stałe kwoty?

To były stałe kwoty, natomiast zmieniali dostawców, żeby ich nie wyłapali albo nie wykryli. To była konspiracja.

  • Pomagała pani przetrwać rodzinom?

Oczywiście, pomagałam i byłam z tego bardzo dumna. U nas w kamienicy też zbierałam pieniądze dla tych, którzy byli w Szpitalu Ujazdowskim. Dostawałam od nich piękne podziękowanie za opiekę, za serce, za wszystko.

  • Jak się pani mieszkało w okupacyjnej Warszawie? Jak się pani czuła w tamtym czasie?

Od dzieciństwa byłam z Warszawą i z rodziną tatusia bardzo związana. Po prostu czułam się jak w domu. Tylko nie znałam peryferii, bo nie miałam czasu tam się obracać. W tym czasie w getcie wybuchło powstanie, tośmy się bardzo martwiły.

  • Czy ktoś z pani kolegów albo koleżanek znalazł się w getcie?

W getcie mieszkał jeden znajomy mojej cioci Tekli. To był bardzo zamożny człowiek, nazywał się Wolman. Był Żydem. Ciocia go poznała, kiedy pracowała w sklepie „Konfekcja Męska Bednarowskiego” na Krakowskim Przedmieściu, była kasjerką. Ten pan przychodził jako klient. Jakoś się poznali i od czasu do czasu do kina ciocię brał. Właśnie on miał zamiar wyjechać, ale zanim wyjechał, to zgarnęli go już do getta. Nie wiemy, co się z nim stało, widocznie go zabrali do Oświęcimia. Natomiast wiele się słyszało o getcie, wiadomości przechodziły prędko. Byli tacy, co pomagali tym biedakom. My same tak z dnia na dzień żyłyśmy sobie skromniutko. Tak że tylko ze swojej inicjatywy mogłyśmy coś komuś pomóc, coś zrobić. I tak jakoś się przetrwało. Mój pan pułkownik nazywał się Grodecki, nieduży mężczyzna, czarne wąsiki, czarne włosy, bardzo kulturalny pan. Potem spotkałam kogoś z kolegów i dowiedziałam się, że PKO otwiera filię, mówi: „Przychodź, Zośka, już się pracuje”. Mówię: „Ale Niemcy”. – „Co Niemcy? Zapłacą ci, zrobisz co trzeba.”

  • Zgłosiła się pani?

Zgłosiłam się, poszłam prosto do pana Grodeckiego i mówię: „Ledwie żyjemy, nie mamy żadnych dochodów, nie możemy sobie poradzić”. – „Czy pani coś robi?” – „Tak, staram się coś robić, ale to wszystko honorowo.” – „Niech pani jutro przychodzi.” Pomyślałam: „Dobrze się spisywałam, dobrze liczyłam, może teraz się przydam”. Wszystkich naczelników poprzyjmowali i prawie wszystkich byłych pracowników plus do tego jeszcze folksdojczów, szpileczki. Nasza praca polegała na tym, żeśmy dostawali po pięćdziesiąt odcinków przekazów pocztowych z obozów, z oflagów, stalagów. Oni dostawali jakieś pieniądze stamtąd. Widocznie pracowali, to się zdarzało, tak że nieraz po dwieście, po sto złotych, po pięćdziesiąt, po trzydzieści, kto co mógł, to przysyłał rodzinom tutaj. Nasza praca polegała na tym, żeśmy miały przekazy, już miejscowe, polskie, myśmy zmieniały walutę, przewalutowywało się to, były specjalne tabele, wypełniało się, adresowało, stemplowało, dawało do poczty, która to wysyłała. Na tym polegała nasza praca.

  • Jak się układały pani stosunki z folksdojczami, którzy pracowali w banku?

Bardzo grzecznie. Nie wiedzieli, że my czytamy gazetki. Jak jedno na drugie spojrzy, mrugnie, to już wiadomo było, o co chodzi. Był naczelnik, nie pamiętam jak się nazywał, Niemiec oczywiście. Była koleżanka, Helena Mościcka, która pracowała razem ze mną, była wysoko w ciąży. Kiedyś zawezwał ją już po pracy, kiedy wszyscy wyszli, [powiedział] żeby Frau Mościcka przyszła do niego. Dużo się nauczyłam po niemiecku wtedy, bo w ząb nie umiałam. Ona mówi do mnie: „Zosiu, muszę do niego pójść, bo jeszcze sam przyjdzie, ale proszę cię, jak minie dziesięć minut, zadzwoń na jego telefon i powiedz, że na mnie czekasz, żeby wiedział, że ktoś na mnie czeka”. Boże, tak się wtedy modliłam, żeby jej się coś złego nie stało. Patrzę, dziesięć minut minęło, dzwonię i mówię: „Mówi Zofia Krygier, czekam na Frau Helenę, żeby przyszła do mnie, troszkę się spieszę”. Zwolnił ją po tych dziesięciu minutach. Ona mówi: „Słuchaj, jakie to szczęście, że zostałaś i mnie zabezpieczałaś”. Nie wiem, co by zrobił, bo to był taki babiarz, że niech go licho weźmie. A to kobieta z dobrej rodziny, wyszła za jakiegoś Mościckiego. Takie rzeczy człowiekowi zapadły głęboko w serce.

  • Czy pani pracowała w tym budynku, w tym miejscu aż do wybuchu Powstania?

Chcę sobie przypomnieć jak to było. Nie, oni nas pozwalniali, bo już na przedmieściach Warszawy były patrole niemieckie, już jeździły motocykle z przyczepami, straszny ruch był wtedy. Myśmy parę dni posiedziały w domu, bo nie było co robić, cała ferajna się przewaliła. […] Jak zwolnili, to zwolnili, myśmy się z Tecią jeszcze bardziej zaprzyjaźniły i uważałyśmy już bardzo. Było takie przykre zdarzenie. Tasia i Marysia przyniosły kiedyś po ciemku maszynę do pisania. One były zaufane. Pisały protokoły z narady panów, co konspirowali w pokoju, gdzie się paliło w piecu, żeby im było ciepło. Tasia dzwoni: „Teklo, napal jutro w piecu, bo jutro będzie zimno”. Tecia paliła. Umówiły się, że przyjdą o piątej godzinie. Jak mogłam, tak się starałam być pożyteczna.Jak już należałam do „PŻ-u” to znowu latałam jak głuptas na szkolenia, bo to co drugi dzień i gdzie indziej, to nie tak, że pod nosem, tylko a to tu, a to tam, a to siam, a to gdzie indziej. Było nas po dziesięć osób i pani gospodyni, zawsze był stół nakryty, karty leżały, rzekomo uczymy się grać w brydża. Te domy miały zawsze dwa wyjścia, tak że nam się nie zdarzyło nic przykrego całe szczęście. 1 sierpnia byłam strasznie zadowolona i dumna. Kiedyś, jeszcze w czasie okupacji, byłam dopiero konfirmowana. W Równem to nam się nie podobało, byłam ewangeliczką. Byłam konfirmowana w 1941 czy 1942 roku. Ksiądz Michelis zbierał nas zawsze w gimnazjum Reja, gdzie była salka posiedzeń, do której myśmy przychodzili. Przychodziła młodzież z gimnazjum Wazówny i przychodzili chłopcy z gimnazjum Reja. Oni też konspirowali. Były konspiracyjne wiadomości i nauczanie. Przychodziło kilka starszych osób, już pracujących. Miałam duże znajomości tego całego grona. 1 sierpnia, już po konfirmacji, o godzinie dziesiątej ktoś dzwoni do domu. Otwieram drzwi, przychodzi koleżanka Genia z konfirmacyjnych kompletów. Dobrze mnie znała, mówi: „Zosiu, dziś tu przychodzę w ważnej sprawie”. – „Słucham cię, kochanie.” A my już sobie gadaliśmy, że coś się szykuje, bo jeden drugiemu coś powiedział, a to Wolna Europa coś powiedziała. Mówi: „Dzisiaj na godzinę dwunastą mamy się wszyscy stawić na Próżnej 14, bo dzisiaj o siedemnastej jest godzina «W» i wszyscy się zbieramy”. Mówię: „Kobieto, miej litość, to dwie godziny”. – „Słuchaj, Powstanie będzie krótko trwało, maksimum trzy dni, weź dwie zmiany bielizny, weź sobie coś do jedzenia, jakiś chleb i nic się nie przejmuj.” Tak zrobiłam, nie miałam nawet za dużo, co wziąć ze sobą. […]

  • Jak się pani ubrała do Powstania?

Ubrałam się w spódniczkę, kasaczek zapinany, bluzeczka, pantofle na niskim obcasie, wzięłam na siebie lekki płaszczyk, beret na głowę i już. Jak myśmy szły z Alei Jerozolimskich na Próżną 14, Marszałkowską do ulicy Zielnej, to patrzę, ruch na ulicy, ludzi pełno, każdy gdzieś leci, wszystko ubrane, chłopcy w wysokich butach, w płaszczach zielonych. Mówię: „Geniu, popatrz, co się dzieje”. Jak każdy z nas popatrzył sobie w oczy, to uśmiech. Coś się wyzwoliło z tych ludzi, coś ich połączyło, coś ich bratało. Myśmy były takie szczęśliwe, że też w tym gronie jesteśmy. Przyszłyśmy na Próżną 14, już czekali, już zbierało się.

  • To było w mieszkaniu?

To było najpierw w mieszkaniu u pani, która była kierowniczką zespołu sanitarnego. Miała pseudonim „Karina”, nie pamiętam jej nazwiska. Miała duże mieszkanie, zamożna córka jakiegoś inżyniera czy lekarza. Były dwie panny. „Karina” była naszą przełożoną.

  • Próżna 14 nie należała do getta?

Nie wiem czy należała, ale było pusto. Pewnie Żydów powywozili. To było getto. Myśmy tam były do czasu aż o godzinie piątej zabrzmiał sygnał, syrena. Blisko zaraz, we frontowym domu był sklep Herzego, gdzie rozległy się pierwsze strzały, blisko była ulica Szkolna. Wtedy nas wszystkich sprowadzili na dół do piwnicy. Patrzę, a w tej piwnicy, to nie tylko my, sanitariat. Zaraz dali nam na rękę opaski Czerwonego Krzyża, wojskowe dostałyśmy następnego dnia. Patrzymy, dużo ludzi jest, siedzimy cicho, nic się nie odzywamy, bo nam tak przykazali. Kobiety płaczą, bo szły po dzieci do przedszkola, ze szkoły miały przyprowadzić dzieci. Dużo było młodych ludzi, którzy spieszyli do swojej kwatery, a już nie zdążyli, zostali potem u nas na służbie. I zaczęło się. Jak się zaczęło, to zaczęli strzelać, z góry Niemcy strzelali, tutaj nasi strzelali.

  • Niemcy z góry, czyli z PAST-y?

Z PAST-y. Teraz jak byłam niedawno na budynku PAST-y, jak zaczęło to być uruchamiane na nasze zebrania, to specjalnie poszłam na górę. Jaki szeroki wachlarz było widać daleko, daleko. Mówię: „Nic dziwnego, że tyle ludzi nazabijali, nastrzelali jak kaczki, jak to taki krajobraz wielki, ogromny”. Każdy, co miał, to przyniósł, chleb, suchar, zjadł. Całą noc byliśmy wszyscy na straży. Miałam dyżur w bramie. Zaraz z bramy był nieduży pokoiczek, w którym była pierwsza pomoc. Siedziałam w nim całą noc. Nie spałam trzy noce. Potem jak mnie położyli spać, to nie mogłam zasnąć w ogóle. Doktor mi dał proszek, żebym trochę nerwy uspokoiła i zasnęła.

  • Kiedy trafili pierwsi ranni?

Pierwsi ranni byli pierwszej nocy. Niemcy zabili ich z góry. Nie można było iść z pomocą, bo mieli reflektory i strzelali do wszystkiego, co się rusza.

  • Mieli reflektory na budynku PAST-y?

Nie, nie wiem, czy to były ręczne, w każdym razie czymś manipulowali. Niemców, którzy się tam zamknęli było dużo. Była jeszcze obsługa, bo to były biura telefoniczne. Druga część Niemców usadowiła się w Ogrodzie Saskim. To było żelazne zaplecze. Dwa razy próbowali połączyć się i przyjść z odsieczą tym w budynku PAST-y. Nasi chłopcy mieli kwatery w kamienicach na ulicy Królewskiej przy budynku giełdy, vis a vis Ogrodu Saskiego. Niemcy się strasznie bali. Kto rzucił granat, to zwiewali. Dzień i noc się pilnowało. Pierwszego dnia był ranny jeden chłopiec. Ale to okropna rzecz. Nieśli bak z benzyną na patyku. Chłopcy, którzy byli w akcji dostali już filipinki. Filipinki często obsuwały się, spadały z zawieszenia i wybuchały. To był bardzo zdradny rodzaj broni. I właśnie był traf, że chłopcy nieśli zbiornik z benzyną, żeby wypełniać butelki, bo miało się nimi bombardować małe czołgi, goliaty. Zerwał mu się granat i przy nogach eksplodował. Chłopiec wył. Nazywał się Nałęcz. Miał powydzierane ciało aż do kości, widać było kości, był opalony, okopcony dymem. Przynieśliśmy go.

  • Benzyna ze zbiornika nie eksplodowała?

Benzyna nie.

  • Szczęśliwie.

To byłoby więcej, obydwaj by zginęli. Myśmy mu okłady robili z oleju lnianego. Doktor Olgierd Skirgiełło czuwał nad tym, co mógł, to robił. Chłopiec rano dostał gorączki. Doktor mówi: „Trzeba go zanieść do szpitala maltańskiego”. [Poszliśmy], ja i jeszcze trzy osoby, razem było nas cztery. Trzeba było przejść pod barykadą na drugą stronę, trochę pod domami, piwnicami tak, jak krety. To był pierwszy transport, otwory jeszcze nie były dostosowane do noszy. Cośmy się namęczyły, a co ten chory się namęczył, trzeba było nachylać [nosze], żeby trafić w tę dziurę, żeby przejść. Na szczęście wyszliśmy z domu z piwnicy z noszami. Było ogrodzenie Ogrodu Saskiego, a [obok] usytuowany był Szpital Maltański. Myśmy przyszli, przynieśliśmy go, doktor zaraz przyskoczył i cala biała obsługa obskoczyła, doktor obadał, mówi: „Trudno, trzeba operację zrobić, bo chłopak się zmarnuje”. Myśmy go zostawiły i znowu tą drogą wróciły, a Nałęcz został w szpitalu. Potem listy do nas pisał, był życzliwy, dziękował nam, żeśmy się nim zajęły. To było pierwszego wieczoru.Twierdzę do dzisiaj, że zawdzięczam Powstaniu swój charakter, swoje usposobienie.

  • Proszę opowiedzieć o niebezpieczeństwach, z jakimi wiązała się pani służba podczas Powstania.

W kilka dni po wybuchu Powstania, Niemcy jak szaleni strzelali, rzucali wiązki granatów z okien, siali straszne spustoszenie. Ponieważ część naszego dowództwa była w PKO w schronach, często się z nimi kontaktowali lekarze i inni, którzy mieli do załatwienia jakieś sprawy. Między innymi nasza koleżanka „Karina”, kierowniczka sanitariatu została poproszona do PKO. Dziewczyna wstała, włożyła piękny fartuch, taki biały kitel, pierożek na głowę. Akurat miała przejść pod barykadą, rzucili granat jej przed nogami, zabili na miejscu. Boże, jak myśmy rozpaczały… Przecież to była straszna tragedia… Taka dzielna, energiczna dziewczyna, pełna inicjatywy, koleżeńska. Zostaliśmy bez kierowniczki. Doktor Olgierd Skirgiełło popatrzył na nas wszystkie, przyjrzał się. Byłam najstarsza między tymi młodymi dziewczętami. On mówi: „Siostra Krystyna zostanie tutaj, będzie się opiekowała izbą chorych, salą szpitalną i jeszcze, co będzie potrzeba”. Powiedziałam: „Rozkaz”. I już. Dokładnie nie pamiętam, ale chyba to było 11 sierpnia. Nadleciały samoloty i zaczęły strasznie bombardować, rzucać wiązki granatów, karabiny maszynowe [strzelały]. Wtedy zabili nam jedenaście osób. Każdy gdzieś był na posterunku. Jak oni wyłożyli tych chłopaków, to tak jak snopy jeden przy drugim. Tylko prosiłam, żeby twarze pozakrywali, bo tego już bym nie zniosła.

  • To byli chłopcy z „Kilińskiego”?

Chłopcy z „Kilińskiego”. Za Żelazną Bramą byli Niemcy, którzy mieli swoje pozycje. Ustawili sobie karabin maszynowy czy jakieś większe działo. Na Próżnej 14 było jeszcze jedno, nadbudowane piąte piętro, akurat vis a vis Żelaznej Bramy. Jak zaczęli bombardować, to zbili całe to piąte piętro w drobny mak, gruz leciał na dół. Wszyscy poszli do schronu, do piwnicy, żeby jakoś się trzymać. To było blisko naszej izby chorych. Wszyscy zeszliśmy do piwnicy. Zbili tak wysoko, że do pół piętra było tego gruzu, ledwieśmy wyleźli z piwnicy. Wtedy kolega „Czarny” dostał przestrzał przez płuco, na wylot. Na szczęście luka wyszła, ale miał krwotok. Już noc się zbliżała. Trzeba się było nim zająć. Momentalnie przyszedł doktor Skirgiełło, to był taki człowiek, iskra, nie człowiek. Bardzo dobrze się znał, był życzliwy i dobry. Mówi: „Cóż, koleżanko Krystyno, pani będzie miała dyżur nad chorym. Położymy go równiutko w piwnicy na noszach, trzeba mu będzie zmieniać chustkę na twarzy, moczyć w wodzie i kłaść, żeby nie nałykał się pyłu, żeby nie spowodować kaszlu, bo wtedy byłoby już trudno”. Całą noc paliła się świeca na stole, nie było widać wcale tego światła, taki był kurz, jeszcze nie osiadł. Jakoś wytrzymałam do rana. Potem zabrali go do szpitala, gdzieś przewieźli. Wrócił do zdrowia, potem wyjechał do Francji. Nie pamiętam dokładnie, kiedy, chyba gdzieś pod koniec sierpnia, Niemcy zbombardowali nam nasza stołówkę, kuchnię, zapasy w piwnicy, dosłownie wszystko się spaliło. Myśmy zostali jak te aniołki bez chleba, bez niczego. Wtedy już się zaczęły trudne czasy, bo tak to dawali nam dobrze zjeść, zawsze było mięso, jakieś kartofelki czy kasza i jeszcze coś. Dobrze o nas dbali. Herbata zawsze była, kto chciał z cukrem lub bez, były kanapki, chleb, wszystko. A tu skończyła się dojna krówka. Strasznie myśmy to przeżyli. Co za tragedia! Nie było wody od początku, jak zbombardowali filtry. Nie było wody, nie było sposobu się wymyć, wykąpać. Każdy się mył jak kotek. Światła bardzo często nie było, wyłączali nam. Strasznieśmy pokutowali. Zaczęli Rosjanie nadlatywać nad nas. Zrzucali nam „wielkie” dary. Żyto tak jakoś impregnowane, że bydło tego nie mogło jeść i myśmy też nie mogli jeść. Wolałam być głodna, jak to jeść. To żyto było preparowane w jakimś oleju czy pokoście, że tylko wrzucić na gorącą wodę, zagotować i jeść. Dusza tego nie przyjmowała za żadne skarby. Chłopcy zaczęli chorować na tyfus. Do nas przychodziło. Myśmy mieli kuchnię z żelaznym blatem. Myśmy znaleźli trochę mąki, ileś kilogramów. Mieszkanie, cośmy zajęli na ten szpital, należało do jakiegoś sklepikarza. Miał zakonspirowane te towary. Cukru nie znaleźliśmy, ale mąki było dosyć dużo. Tośmy robili macę, doktor dawał krople na dur brzuszny. Przychodzili, jedli macę i klik z jęczmiennej kaszy. To się dzień w dzień gotowało. Przychodzili chłopcy od nas i z „Iskry”. „Iskra” stała na drugiej stronie ulicy Próżnej, akurat zaraz pod bokiem PAST-y. Tak że na tyfus nikt nie umarł. Doktor tak leczył swoimi sposobami, że nikt nie umarł. Przychodził nawet porucznik „Iskra”, tan mały. Jedli sobie obiad raz dziennie. My też coś raz dziennie dostawaliśmy do zjedzenia, jakieś kartofle, coś. Jakoś się żyło.

  • Czy wielu rannych umierało na pani punkcie?

U nas na punkcie nie umarł nikt. Jeżeli ktoś był do szybkiego wyzdrowienia, to doktor go zatrzymał, robiliśmy opatrunki i po iluś dniach od nas wychodził. Natomiast jak ktoś był poważnie chory, na przykład zasypani [ludzie] z zawalonego domu, których przynieśli... Oni mieli porażenie głowy. To byli żołnierze z jakiejś instytucji, dokładnie tego nie pamiętam. Byli u nas tylko trzy dni i zabrali ich do szpitala, bo trzeba ich było leczyć, a my nie mieliśmy sposobu. Myśmy mieli tylko osobiste opatrunki, które się rozdzierało i nakładało, była gaza, najpotrzebniejsze leki, o które starał się doktor. Potem prowadziłam ewidencję, miałam zeszyt, to stwierdziliśmy, że pięćdziesiąt trzy osoby przeszły przez naszą kuchnię i nasz szpital polowy.

  • To był punkt opatrunkowy?

Punkt opatrunkowy był w bramie, w dużym garażu. Tutaj to się zmieniało, [byli] ranni, którzy leżeli w łóżkach. Gotowało się tym chorym.

  • Żołnierze ranni podczas ataku na PAST-ę trafiali również do państwa na chwilę?

Do nas tylko trafiali jak mieli wolny czas, przyszli z kolegami się przywitać, pogadać, jaka sytuacja, kto zginął, kto nie.Na Próżnej 14 za tymi domami był ogród warzywny, w którym rosły kartofle, kwiatki. Cały ogród został zasiedlony przez zmarłych, jeden przy drugim, każdy miał oddzielną mogiłę z napisem, kto, gdzie, kiedy zmarł, w jaki sposób.

  • Kto ich zakopywał?

Mieliśmy dwóch księży na zmianę, ale oni też się rozchorowali. Nawet msze odprawiali kilka razy. Ksiądz to jest taki delikatny człowiek. My to już byliśmy zahartowani, starzy wyjadacze.

  • Czy pani widziała któryś z tych pogrzebów?

Nie, nie miałam możliwości, w ogóle nie opuszczałam tej salki. Jeszcze jedna rzecz. Przyprowadzili z „Iskry” chłopca, który miał depresję, uważał, że wszystko jest zatrute przez Niemców, że nie wolno nic jeść. Doprowadził się do tego, że już była skóra i kości. Przyprowadził go do nas porucznik i mówi: „Róbcie z nim, co chcecie, bo ja już nie wiem, co mam robić. Nic nie chce jeść, bo ma uraz psychiczny na tym punkcie”. Jak zwykle łagodnie zaczęłam z nim mówić: „Wiesław – bo tak miał na imię – co takiego?”. – „Proszę pani, mam już osiemnaście lat, mamusia o mnie dbała.” Potem się wygadał, że jego ojciec w więzieniu był dozorcą. Żeby uciec od Niemców, to rodzice puścili go do wojska, do nas. On, dzieciak, tak sobie to wszystko inaczej wyobrażał, człowiek chory psychicznie. Stale potem za mną chodził jak piesek, ale był posłuszny i grzeczny, nie dokuczał mi absolutnie. Odżywiałam tego chłopaka. To jeszcze były dobre czasy, kiedy przynosili nam mięso, buraczki i kartofelki. Leżał sobie, odpoczywał, troszkę wstał, troszkę łaził, troszkę marudził, taki był biedny chłopak. Przyniosłam talerz, mówię: „Wiesław wstawaj, bo trzeba zjeść obiad”. – „Siostro, nie będę jadł obiadu, chcę jeszcze troszkę pożyć.” Mówię: „Właśnie, żebyś troszkę pożył, to musisz coś zjeść”. „Ale to wszystko jest zatrute!” Mówię: „Nic podobnego, popatrz”. Przyniosłam sobie widelec, postawiłam talerz, zjadłam troszkę kartofli, kawałek mięsa i buraczków troszkę, mówię: „Jakie smaczne, jakie dobre, spróbuj”. Jak spróbował, to odkręcił talerz i jadł tylko z tych miejsc, gdzie ja próbowałam. To był cud natury. Ale chłopak nabrał do mnie zaufania, [mówił]: „Będzie pani ze mną jeść?”. – „Owszem, mogę jeść” – dłubnęłam dwa razy. I chłopiec wyszedł z tego i potem normalnie, przytomnie, rzeczowo i logicznie rozmawiał, wszyscy się bardzo cieszyli z tego tytułu. Pod koniec Powstania mówi: „Proszę pani, czy mogę iść do swoich kolegów do «Iskry»?”. Mówię: „Naturalnie, przecież bliziutko masz, możesz iść”. Poszedł do „Iskry”, która oszalała z radości, że Wiesław przyszedł. Wyciągnęliśmy go z tej depresji. Muszę powiedzieć o ludności cywilnej. Ludzie mieszkali, szczególnie po drugiej stronie. Ludzie byli nadzwyczaj dobrzy, szczególnie na początku. Jak się zaczęli pojawiać ranni, to wystawiali całe łóżka z pościelą, wyposażone, czysto powleczone z koronkami, żeby tylko chorzy mieli gdzie i na czym leżeć. Byłam zachwycona, strasznie dziękowałam tym ludziom za to. A oni naprawdę czuli się szczęśliwi, że mogą coś zrobić, coś pomóc. Czasami robili nam odprawy. Czasami jak był spokojny dzień, to Gindon [fonet.] z cyrku (był to wysoki, przystojny mężczyzna po trzydziestce) nieraz grał na pianinie, które u nas stało, myśmy śpiewali. To była nasza jedyna rozrywka, nic innego. Do nas przychodziły tylko kartki z drukowanymi słowami piosenek, nawet nikt nie miał możności tego zaśpiewać, bo były bez nut. Śpiewaliśmy tylko żołnierskie, wojenne piosenki.

  • Gdzie pani spała?

Miałam wąziutki, mały pokoiczek, w którym spałam tylko ja na wąziutkim tapczanie. Jak zabili nam jedenastu, to myśmy wybiegły ratować innych, pomagać im. Dostałam w nogę odłamkiem, który mam do dzisiaj. Zamiast płakać, to zaczęłam się śmiać. Widocznie miałam taki odruch nerwowy, że zawsze się śmiałam. Jak doktor robił mi opatrunek, to sączek głęboko wchodził aż strasznie mnie to bolało. Już do końca Powstania kulałam na tę nogę.

  • Duża to była rana?

To była rana tak jak przekrój palca, taki odłamek wpadł. Doktor próbował mi go wyjąć, ale pewnie się zagrzebał w ciele i doktor nie mógł go wcale wydłubać. Trudno, niech zostanie. Kulałam cały czas aż do powrotu z Niemiec.

  • Pamięta pani, którego to było?

Chyba koło 11 sierpnia albo września, trudno mi to umiejscowić. Myśmy często mieli wizyty niemieckie. Na Dworcu Zachodnim stało wielkie działo, które miało średnicę chyba coś koło siedemdziesięciu, osiemdziesięciu centymetrów. Oni z tego działa walili. Jak wystrzelił bums!, to już wiadomo było, że pocisk już gdzieś leci. Zawsze trafiał w jakiś dom i w drzazgi go rozbijał. Myśmy się bardzo bali. Później pożary. Zaczęli rzucać zapalające bomby. Paliło się wokoło nas, nie ma wody, nie ma, czym gasić. To były straszne czasy. Mieliśmy chyba dwóch Żydów z getta warszawskiego, którzy uciekli i przylecieli do nas. Dowództwo ich przyjęło. Jeden miał na imię Martin, był akurat na rogu Placu Grzybowskiego, miał wartę na balkonie w mieszkaniu. Widocznie przez lornetkę z PAST-y [go wypatrzyli], puścili pocisk i oberwali chłopakowi całą brodę i pół języka. Boże, jak on strasznie płakał, jego to strasznie bolało. Doktor go zaraz wziął pod swoją opiekę i zaraz mu opatrunek zrobił. Krew się lała niesamowicie. Dostał zastrzyk na uspokojenie tego bólu. Martin wyżył, przyjeżdża do nas, był kilka lat temu. Miał zrobioną operację plastyczną, bródka ładnie zapuszczona, mówi, że język mu jakoś odrósł i jakoś można się było z nim porozumieć.

  • Czy była pani uzbrojona podczas Powstania?

Nie, nie życzyłam sobie uzbrojenia. Powiedziałam, że nie jestem tu po to, żeby zabijać, tylko po to, żeby ratować ludzi.

  • Czy ktoś pani proponował broń?

Tak, pytali, dawali mi nawet do ręki taki małokalibrowy, powiedziałam: „Dziękuję”. Ale inne łączniczki miały broń.

  • Czy widziała pani żołnierzy niemieckich w walce albo wziętych do niewoli podczas Powstania?

Żołnierzy niemieckich widziałam jak złazili z drabiny sznurowej z PAST-y.

  • Od tyłu?

Nie, to było od Placu Grzybowskiego.

  • W jakich okolicznościach pani to widziała? Wyszła pani z posterunku?

Nasi ludzie zaczęli wiwatować. Był najpierw atak na PAST-ę. Żołnierze nalali benzyny na parter. Opowiadał mi to pułkownik Wieniaszewski, bo też jeszcze brał w tym udział. Chłopcy przywieźli beczkę od gaszenia ognia, do której nalali benzyny i zaczęli pompować nie wodą, tylko benzyną. Wybili szybę i napuścili benzyny. Ktoś rzucił granat i to się wszystko zapaliło. Chodziło o to, żeby Niemcy się poddali, żeby ci z Saskiego Ogrodu stale nie chcieli się do nich przebijać. Widziałam jak schodzili tacy mizerni, zarośnięci, brudni w czapeczkach rogatywkach, spodnie na kolanach poniszczone. To dosyć daleko było, nie wiem, ile to mogło być. Blisko nikt nie podchodził. Uciekali, a dym szedł za nimi coraz wyżej, wyżej, a chłopcy nasi już weszli wtedy do PAST-y i już po piętrach szorowali, łapali ich. Iluś zeszło, ale dużo się zabiło, ulegli naszej przewadze. Chłopcy zrobili porządek. Ale co za pomysł miało to wojsko, kto by się na to zdobył. My z kolei pilnowaliśmy, jak ulicą jechały goliaty, małe, zdalnie kierowane, naładowane dynamitem. Jechały, uderzały z impetem w dom i wtedy goliat wybuchał i wszystko się waliło. Goliaty bały się benzyny i ognia. Ktoś mądry widocznie to wypraktykował. Myśmy nalewały benzyny, zatykało się to bezpiecznie i potem jak jechały czołgi, ktoś leżał na balkonie, tak że go nie było widać i z góry rzucał to. Jak to trafiało, to się butelka rozbijała i to jakoś wybuchało i zapalało się. Nie wiem, jak to było skonstruowane. Słyszeliśmy straszne rzeczy, że Niemcy pędzą tłumy ludzi, matki, dzieci, starców przed czołgami. Przecież to nieludzkie sposoby walczenia. A dzisiaj tak się przyjaźnie przedstawiają. Ale też mówią, żądają zwrotu pewnych rzeczy.

  • Czy osobiście zetknęła się pani z przypadkami zbrodni wojennych podczas Powstania?

Nie, nie miałam takiej możliwości. Tylko widziałam, bo mnie zawołała jedna z sióstr i mówi: „Popatrz”. Na Placu Grzybowskim stał kiosk z gazetami. Był zamknięty. Przy tym kiosku leżał twarzą do ziemi zabity Niemiec. Ta siostra tak brzydko zaczęła go przeklinać. Jakoś go zabrali, nie wiadomo, kiedy i jak. Było zimno, trzeba było chodzić i tu i tam. We wrześniu nie było już tak ciepło. Zaziębiłam się, bolało mnie gardło trzy dni, źle się czułam, ale nic nie mówiłam doktorowi. Aż jednego dnia rano nie mogę wstać. Co się dzieje? Przychodzi doktor, mówi: „Siostro Krystyno, tak pani sobie dzielnie tutaj poczyna i sama się wyłożyła?”. – „Musze troszkę odpocząć, panie doktorze.” Angina spowodowała zapalenie osierdzia. Rano miałam trzydzieści pięć stopni, a wieczorem miałam trzydzieści dziewięć. I tak przez trzy dni. Leżałam w swoim gabineciku i myślę sobie: „Mój Boże, żeby chociaż Pan Bóg pozwolił mi wyzdrowieć, bo przecież muszę się spotkać z rodziną”. Tak jak zwykle sobie myślałam i modliłam się.

  • Kto się wtedy panią opiekował?

Pan doktor i jego siostra przyboczna. Doktor mówi: „Siostro Krystyno, jest dla pani tylko jeden sposób”. Mówię: „Słucham”. – „Dam pani lekarstwo.” On mnie wyciągnął z tego zapalenia osierdzia. Ale do dzisiaj mam wadę serca. […]

  • Jak wyglądało zaopatrzenie w lekarstwa, opatrunki?

Doktor skądś brał te leki, czy z centrali, czy mieli jakieś zapasy.

  • Pamięta pani, czym dysponował?

W głównej mierze to była jodyna, spirytus, krople żołądkowe, które stosował na tyfus, gaza, rozmaite bandaże, [coś] od bólu głowy. Nie miał dużego wyboru.

  • Zaczęła pani mówić o stosunku ludności cywilnej. Jak to wyglądało w końcowym okresie?

W końcowym [okresie] to ci ludzie gdzieś pouciekali. Nie wiem, czy ich już powywozili.

  • A kiedy jeszcze byli, a wiadomo było, że Powstanie już się chyli ku upadkowi, jaki był ich stosunek do państwa?

Ludzie mieli jeszcze gorzej niż my. Cywile przychodzili do nas na opatrunki. Na przykład przyszedł kiedyś jakiś Turek, który pod kostką miał nacięcie, odłamek mu rozjechał nogę. Akurat trafiło na mnie, że zrobiłam mu opatrunek, zabandażowałam dobrze nogę. Doktor dał mi jakieś lekarstwo, żeby założyć, żeby nie dopuścić do zakażenia. Kiedyś, już po Powstaniu czy bliżej końca Powstania, ten Turek przyszedł podziękować, ładnie mu się ta noga zagoiła.

  • Co to był za Turek?

Powiedział, że jest Turkiem.

  • Mówił po polsku?

Mówił po polsku. Może [był] z ambasady tureckiej.

  • Co mówiła ludność cywilna, która się ukrywała na Próżnej w okolicy pani punktu?

Ludzie różnie mówili, ale ja się im nie dziwię. To, co przeszła Warszawa w czasie Powstania, już nie mówię o kanałach, że na naszych żołnierzy polowano jak na króliki. Przecież nie mieliśmy ani żywności, amunicja się kończyła, już prawie jej nie było, nie było czym walczyć. Całe szczęście, że podpisali rozejm, chociaż był dla nas bardzo krzywdzący.

  • Do tego jeszcze dojdziemy. Czy pamięta pani, co mówili cywile?

Między ludności cywilną nie miałam czasu się obracać. Miałam [dużo pracy], stale ktoś, stale coś, to, tamto, nawet się kierowniczką stałam.

  • Jaka atmosfera panowała w pani zespole?

Bardzo dobra.

  • Pani była najstarsza z tych dziewczyn?

Tak, byłam najstarsza.

  • Ile lat miała najmłodsza?

Najmłodsza miała chyba siedemnaście lat, pracowała z nami, gotowała kleiki, macę robiła, karmiła, podawała, zmywała. Nazywała się Zosia Karwize.

  • Czy podczas Powstania przyjaźniła się pani z kimś?

Tak, z kilkoma osobami. Ale nie szukałam specjalnie przyjaznych ludzi, wszyscy byli dla mnie przyjaźni. Może ktoś sobie coś pomyśli, ale to jednak było przeżycie. Nasi chłopcy złapali owczarka niemieckiego, takie wielkie psisko. Przywiązali go na rogu do haka i mówią do nas: „Siostry, nie jedzcie tego psa, jak przyjdziemy, to my go zjemy”. Pomyślałam sobie: „Żartują, czy co?”. Jak pies zaczął szczekać, jak zaczął się rzucać! Jak stanął na ścianie, to miał ze dwa metry. Korytarze były czynne, ludzie się gromadzą, każdy [pyta]: „Cóż a pies, jaki pies, po co on tu?”. Myślę sobie: „Matko kochana, nic innego, tylko muszę tego psa odczepić”. Stanęłam, mówię do tego psa po polsku: „Pieseczku, ładny, grzeczny, tylko nie zjedz”. I tak pomaleńku szczęśliwie go odczepiłam, nawet do mnie nie skoczył, mówię: „Idź sobie z Bogiem”. Chłopcy przyszli, awanturę mi zrobili straszną. Mówię: „Trzeba było, żeby ktoś z panów został i pilnował, bo to jest przechodni korytarz, to jest tak, jak zagrodzenie rzeki, to jest niemożliwe”.

  • Ochrzaniła ich pani?

Jak umiałam. Z drobiazgów składa się życie. Ale ja przecież ułatwiłam tym ludziom poruszanie się, to było nie do pomyślenia. Widziała pani, żeby ktoś jadł takie zwierzęta podczas Powstania?

  • Widziała pani, jak ktoś to jadł?

Próbowałyśmy jeść.

  • Jak to smakowało?

Bardzo wstrętne, nie nadawało się do zjedzenia, do rozgryzienia i do połknięcia. Mówię: „Boże, wolę być głodna, nie będę tego świństwa jadła”.

  • Czy powstańcy w wolnych chwilach przychodzili odwiedzać panią albo koleżanki?

Tak.

  • Na pogaduchy?

Na pogaduchy, [zapytać], co u nas, ale myśmy byli troszkę pomijani. Albo myśmy stworzyli albo nas stworzono, jak taki świat, przystań, że wszystko się robiło, co trzeba, żeby było dobrze, spokojnie, grzecznie.

  • Czy ktoś odwiedzał chorych, rannych, którzy leżeli u pani?

Nie, nikt. Nikt, bo nikt nie wiedział, że oni ulegli wypadkowi. Tego nikt nie zapisywał i nikt nie dawał do wiadomości. A powinno się, szczególnie tych, co poumierali, zostali pozabijani. Potem wszystko ekshumowali do naszej kwatery na Powązkach, gdzie jest piękna kwatera Batalionu „Kiliński”, brzozowe krzyże są. Dba się o to miejsce.

  • Czy czytała pani prasę podczas Powstania albo słuchała pani radia?

Nie, radia nie słuchałam, bo nikt go nie miał. Jednak musiał ktoś mieć, bo wiadomości z Londynu przedostawały się. Jak ktoś coś wiedział, to przychodził i mówił.

  • Gdyby z całego Powstania mogła pani zabrać jedno jedyne wspomnienie, dobre wspomnienie, to, co by to było?

Chyba moja modlitwa. Wiecznie się modliłam, jak tylko miałam chwilkę czasu. To mnie jakoś podnosiło na duchu, niczego się nie bałam. Kiedyś chleba zało. Na apelu mówią, że trzeba iść po chleb do Haberbuscha, który tam wypiekają, mają jęczmień. Pytają, kto pójdzie. Patrzę, nikt nie idzie. „Mogę pójść, tylko nie znam drogi” – powiedziałam. – „Kto jeszcze pójdzie z siostrą?” Poszły na cztery osoby, trzech chłopaków i ja. Przełaziliśmy przez jakieś mury, przez dziury w płocie i przynieśliśmy dwadzieścia bochenków chleba od Haberbuscha. Trzeba tylko, żeby coś zabłysnęło. [Wszyscy] stoją i nie ma odważnych, żeby poszli. Nie wiedziałam, gdzie Haberbusch jest, ale myślałam, że może inni wiedzą i poszłam z nimi. Szliśmy koło kościoła Wszystkich Świętych.

  • Jakie jest pani najgorsze wspomnienie z Powstania?

Jak zachorowałam na zapalenie osierdzia. Tak mi było żal, że może umrę, że nie zobaczę jak to się wszystko skończy, że tyle naszego trudu, naszego poświęcenia, nie doszłoby do mnie. Tak sobie człowiek wyobrażał. Przecież zmarły też może coś widzieć, ale o tym nie pomyślałam.

  • Co działo się z panią od momentu zakończenia Powstania do maja 1945 roku? Co się z panią działo, kiedy Powstanie upadło?

Kilka dni przed zawieszeniem broni przychodzi do mnie Wiesław, co go karmiłam. Uważał, że musi się mi meldować, chociaż już był zdrów, u kolegów bywał, chciał to spał tu, chciał, to spał tam. Nie interesowałam się tym, nie przeszkadzałam, cieszyłam się. Mówi: „Siostro Krystyno, pójdę na Bagno, bo widziałem parę sklepów rozbitych, to przyniósłbym świeżych kubeczków, talerzy”. Mówię: „Bardzo proszę, jak się czujesz na siłach, to idź, tylko uważaj, żebyś sobie krzywdy nie zrobił, bo w rozbitym sklepie może się ktoś zaczaić”. – „Będę uważał.” – „To dobrze, idź.” Poszedł, przydźwigał talerze, głębokie, płaskie. Grzeczny był chłopaczek. Przyszli chłopcy, bo kilku ich leżało, mieli nogi poobcierane. Kilku z terenu przyszło odwiedzić tych chorych. Zaczęli gadać. Jeden mówi: „Żebym wiedział, że tak to się skończy, że już idziemy do kapitulacji, to bym sobie w łeb palnął”. Wszyscy na niego patrzą. Zaczęli mówić: „Tyle trudu, tyle zabitych, tyle rannych, tyle poświęcenia, tyle zachodu i teraz mamy się poddać. To jest wprost niemożliwe”. Wiesław stał i słuchał, nic nie mówił. Wieczorem dostał trzydzieści dziewięć [stopni] gorączki i znowu zaczął majaczyć. Jak ja się w tedy zmartwiłam, myślę sobie: „Teraz już idzie do kapitulacji, co to będzie z tym chłopcem?” Doktor przychodzi, mówię: „Panie doktorze, z Wiesławem jest kiepsko”. – „Co się stało, siostro?” – „Koledzy zaczęli rozmawiać o kapitulacji, o zmarnowanych swoich trudach i nadziejach i chłopiec od razu [zachorował], a czuł się dobrze, bo poszedł na Bagno, przyniósł [talerze].” Doktor dał mu jakieś lekarstwo na uspokojenie. Zanim kapitulacja przyszła, to Wiesław znowu zaczął mówić logicznie i rozumieć. Ja też wracałam już do zdrowia. Naprawdę martwiłam się nimi wszystkimi, chciałam, żeby było wszystko, co najlepsze, a tu co rusz, to coś. Część naszych chłopców wymaszerowała z Próżnej 14 z Warszawy 6 października. Byli uzbrojeni tylko nie mieli nabojów, które skonfiskowali im Niemcy. Chyląc czoła przed honorowymi żołnierzami, pozwolono im wyjść z Warszawy z bronią. Pamiętam, nieśli długie PIAT-y, karabiny maszynowe, wszystko, co mieli. Pułkownik kazał chłopcom wykopać doły, nie wiem dokładnie gdzie, ale na terenie placówki, zakonserwować broń, szczególnie karabiny i rewolwery i co jeszcze im zostało. Wszystko ładnie, konspiracyjnie zawinęli, przysypali ziemią, narzucili węgla na to i wiem, że to było schowane. Po wojnie dowiaduję się, że poszli szukać, a tam nic nie ma, ulotniło się, ktoś musiał coś wiedzieć. Myśmy wyszły z placówki jeden dzień wcześniej, oni wyszli szóstego, a my piątego. Było pusto, policji nie było ani Niemców, tylko powstańcy się kręcili. Myśmy poszły na Bracką, gdzie mieszkała jakaś koleżanka. Poszła zobaczyć jak z jej rodziną i domem. Myśmy u niej zanocowały. Nas było chyba trzy z naszej placówki. Pamiętam, że byłam słabo ubrana. [W sierpniu] było ciepło, człowiek wyszedł na trzy dni, a był sześćdziesiąt trzy dni. Nie było się w co ubrać. Pamiętam, dostałam od tej pani płaszcz zapinany na guziki, szalik i jakiś beret i byłam przeszczęśliwa, bo nie miałam się w co ubrać. Poszłyśmy potem do mnie w Aleje Jerozolimskie, brama otwarta, szyby w bramie powybijane. Szybki były piękne, szlifowane, kryształowe. Mieszkaliśmy w drugim podwórzu. Przechodziło się przez bramę, podwórze, bramę i znowu podwórze i na tym się to kończyło. Idę, otwieram drzwi do tego korytarza, to było na pierwszym piętrze. Patrzę, pełno wysypanych piór. Namacałam stopnie schodów, żeby się dostać do domu. Drzwi otwarte, przymknięte. W domu wszystko poniszczone. Były ładne, dębowe belki. Znalazłam tylko swój baszłyczek, jaki noszą Eskimosi, kapturek, swój kołnierz futrzany i znalazłam parę rodzinnych fotografii, więcej nic nie było. Były piękne talerzyki do owoców i inne, wszystko [było] potłuczone. Sam nie wezmę i niech inny nie ma. Wyszłam stamtąd zupełnie skołowana. Na całą długość bramy stały postawione jeden obok drugiego buty. Nie wiem, jak to się stało. To był już 6 października, pamiętam, że to był pochmurny dzień. Niemcy wchodzili, jakiś niemiecki dyżurny wbiegał na podwórko i krzyczał: Alles raus! , żeby wszyscy wychodzili, bo on będzie zaraz zamykał drzwi, bramę zamknie na klucz i nikogo nie wypuści. Kto był, to wszyscy wyszli, ja z koleżankami też. Kierowali nas na Dworzec Zachodni. Jeszcze było dosyć widno. Zanim doszłyśmy na Dworzec Zachodni, jeszcześmy zdążyły urwać sobie ze dwa kilo cebuli. Było strasznie witamin, człowiek to odczuwał. Koleżanki z kuchni miały jeszcze dwie butelki oleju. Mówimy: „To się pocieszymy, zrobimy sobie sałatkę z cebuli z olejem”. Zapchali nas wszystkich do wagonów bydlęcych i zawieźli nas do Ursusa. W Ursusie byliśmy w hali fabrycznej, gdzie budowali traktory. Było brudno i wstrętnie. Ile nas weszło, [nie wiem], żebyśmy tylko pod dachem były, bo to już przecież był październik, zimno było. Zanim uporządkowałyśmy miejsce, gdzie miałyśmy spać, to już się zrobiło prawie ciemno, już nie miałyśmy, z czym jeść tej cebuli. Położyłyśmy się spać. Trzymali nas trzy dni. Na całe szczęście Czerwony Krzyż nas rejestrował, ale nie pisał, że z Powstania, tylko prosił o nasze adresy i daty urodzenia. Poadresowali to, na trzeci dzień zapchali nas do pociągów. Jeszcze podzielili, mężczyzn oddzielnie, kobiety z dziećmi oddzielnie, a kobiety samotne oddzielnie. Kobiety z dziećmi pojechały do Krakowa, nie wiem, dokąd pojechali mężczyźni, a panny wolne, bez rodziny, wysłali do Wrocławia. We Wrocławiu był obóz. Pamiętam, że był mur, za którym była cukrownia. Ale nie wiem, w którym to było miejscu. Wiem, że to była duża połać dosyć równego gruntu, trochę poorana, z dróżkami. Było dziesięć tysięcy ludzi, baraki były postawione i myśmy na tych barakach leżały. We Wrocławiu trzymali nas dwa tygodnie. Gotowali jakąś zupę i [dawali] z kromką chleba. Dowiedziałam się, że jest dziesięć tysięcy osób, wszyscy, Rosjanie, Polacy, może nawet Żydzi. Człowiek był głodny jak pies. Rosjanka nalewała zupę chochlą. Ja nie miałam nic, tylko takie nieduże pudełko po konserwach. Ona leje tę zupę i ta zupa leci poza to pudełko, ona mówi: „Och, dura ty, dura. Czemu ty nie masz miski?”. Mówię: „Nie mam miski, bo skąd mogę mieć, przyszłam z Warszawy piechotą”. – „Cicho.” Poszła gdzieś prędko i przyniosła mi żelazną, polerowaną miseczkę. Nalewa mi zupy i mówi: Teraz to pokuszaj. Mówię: „Bardzo dziękuję”. Naprawdę nie miałabym, z czego zjeść. Wot, charaszo. Po dwóch tygodniach przyjechali z Niemiec z firmy, co kino kręcą, to było w Babelsbergu. Do Berlina było dwadzieścia kilometrów od nas, a do Poczdamu było dziesięć kilometrów.

  • Wspomniała pani, że znalazła się we Wrocławiu. Potem, dokąd was przewieziono?

Jeszcze do jednego obozu nas zawieźli. Dowieźli nas do Wifenshafen [fonet.], gdzie byli rosyjscy jeńcy.

  • Widziała pani ich z bliska?

Nie, nie widziałam. Ale po nich był straszny brud i straszne pluskwy. W nocy nie mogłam spać, poszłam, płaszczyk położyłam na cemencie i spałam na podłodze.

  • Pomogło to coś?

Zasnęłam, przynajmniej mnie nic nie gryzło. Jak się zgasiło światło, to te pluskwy kapały aż zimne miejsce było. Straszna rzecz.Po dwóch tygodniach znowu nas zabrali, co przyjechali z tego filmowego atelier Babelsberg. Wzięli dwieście Polek. Chcieli mężczyzn, ale to był obóz kobiecy, tak że nie mieli mężczyzn. Myśmy obsługiwały to filmowe atelier, sprzątałyśmy, zamiatałyśmy, paliłyśmy w kaloryferach. Kierownik pyta: „Kto z państwa podjąłby się prowadzenia kartoteki materiałowej, bo mamy taki bałagan, a będziemy wypożyczać materiały do budowania fragmentów kina?” Myślę sobie: „Boże kochany, przecież ja skończyłam wydział matematyczno-przyrodniczy, potrafię się z tym obchodzić”. Mówię, że mogę poprowadzić. Rzeczywiście, wsadzili mnie do takiego kantorka, dali mi książki z zapasami materiałów budowlanych. Miałam kaloryferek i Niemca, pana Menzla, który miał dwóch synów na froncie wschodnim. Współczuł mi, mówił, że jestem jak anioł, a ja mówię: „Dobrze, dobrze”.

  • W tym obozie wytrwała pani do wyzwolenia?

Wytrwałam do wyzwolenia.Naloty były straszne. Niemcy nas spędzali z pryczy. Polki miały dwa baraki. Było dwanaście narodowości. Stróże nocni chodzili i ściągali z łóżek, mówili: „Ty głuptasie, jeszcze bomba uderzy, to cię zabiją albo spalą”. Do bunkrów budowanych w takie zęby, z góry nakrytych.Zaczęła się moja praca. Przychodzą Francuzi, biorą to, tyle metrów tego drzewa, dachówkę. I tak całe dnie pracowałam w tym kantorku. Dawali nam jeść. Rano kawa zbożowa, na wieczór już nic. Na obiad były kartofle w mundurkach gotowane w parniku, tak jak dla prosiąt i do tego jakiś sos, na przykład zrobiony z krwi. Człowiek popatrzył i miał dosyć. Ale te kartofle trzeba było jakoś zjadać. Jakoś się potem denerwowałam. Kiedyś w nocy obudziłam się i stwierdziłam, że nic nie pamiętam, że nic nie wiem, ani gdzie jestem, ani jak się nazywam. Chciałam napisać list do cioci, gdzie jestem i że można do mnie pisać, adresu nie pamiętam, nazwiska mojej cioci Tekli Krygier nie pamiętam. Myślę sobie: „Boże, całkowita amnezja”. To była reakcja na moje wszystkie przeżycia, wpadłam w depresję. Nikomu nic nie mówię. To potrwało chyba ze dwa tygodnie. Na przykład kładę się spać, czeszę włosy, włożyłam piżamę, mam się już kłaść, cos mi do głowy wpadło. Przypomniałam sobie jak się ciocia Tekla nazywa. Zaraz ołówek, papier i zapisałam. Tygodniami wracałam do tych wiadomości. Napisałam do niej oczywiście, że żyję, że byłam ranna, ale już się wyleczyłam. Było różne towarzystwo, dwanaście narodowości było, i różne sposoby bycia ludzi. Postanowiłam nie nawiązywać z nikim żadnych kontaktów, bo znałam już swojego męża i go sobie zaklepałam. Nie był jeszcze moim mężem, nie wiedział nawet, że mi w oko wpadł, ale ja go pielęgnowałam cztery lata. Kiedyś Rosjanie zrobili nalot. Jezioro Łazeńskie, wszystkie miejscowości dookoła, wszystko było otoczone przez wojsko rosyjskie. Przyjechali dwoma samochodami do nas. Myśmy mieszkały w barakach na Sportplatzu. Akurat weszłam do pokoju, zamknęłam za sobą drzwi na klucz. Było nas czternaście w pokoju, policzyłam, zamknęłam drzwi, człowiek ma jakiś instynkt. Raptem krzyczą: „Rosjanie przyjechali i łażą po naszym obozie, po barakach”. Oni przyjechali wybrać sobie towarzystwo. Takie przyzwoite dziewczyny pozabierali, opowiadała mi potem. Pod drzwiami stałam, suchy trzask usłyszałam za sobą. Patrzę, a przez te cienką dyktę w drzwiach bagnet wlazł. Dobrze, że stałam trochę dalej, bo bym dostała w plecy tym bagnetem. Polecieli, powrzeszczeli, wzięli kilka dziewczynek i odjechali na linię frontu. Koleżanka mi to opowiadała. Zawieźli ją do koszar ruskich i zaprowadzili ją do kancelarii jakiegoś pułkownika. Zamknął drzwi na klucz mówi: „Ja po ciebie tu niedługo przyjdę”. Mówi: „Zaczęłam się modlić: »Jezu kochany, spotkało mnie tyle poświęcenia, tyle nieszczęść i jeszcze to«.” I tak się modliła. Przyszedł pułkownik i mówi: Dziewka, szto ty tutaj dziełajesz? Mówi: „Zabrali mnie z obozu, w którym Polki pracują, przywieźli mnie tutaj, nich pan mnie ratuje, jestem dobrą dziewczyną z dobrego domu, jak ja to przeżyję?”. Mówi: No, nic nie gawari. Szynel zdjął z haka, narzucił na nią płaszcz, samochód stał przed domem: „Wsiadaj”. Wsiadła, on ją przywiózł do obozu, otworzył furtkę i mówi: „A teraz idź i się schowaj, nie pokazuj się więcej, bo tu mogą jeszcze przylecieć”. Ona mówi: „Jak poczułam bezpieczny grunt pod nogami, to smarowałam do domu”.

  • Co z pozostałymi koleżankami, które zabrali?

Z pozostałymi różnie było. Potem się dzieci zaczęły rodzić, niektóre w ciąży wracały do domu. Z nami się zaprzyjaźnili lotnicy francuscy, którzy mieli swój obóz, pracowali jako stolarze, ale raczej robili to z nudów, musieli sobie jakoś zapełnić czas. Oni się z nami ogromnie zaprzyjaźnili, jak dowiedzieli się, że jesteśmy z Powstania Warszawskiego. Powiedzieli: „Krystyna, dopóki my tu jesteśmy, to wam wszystkim włos z głowy nie spadnie”. Pięknie mu podziękowałam, mówię: „Trzeba nam takich opiekunów”. Myśmy rozmawiali łamaną niemczyzną, bo on nie znał polskiego, a ja nie znałam francuskiego. Aleśmy się zawsze dogadywali. Było nas pięć dziewczynek, tych panów było czterech albo pięciu. Myśmy sobie siadali w pociąg i jechali do Poczdamu, żeby zwiedzić. Zwiedziliśmy Poczdam, w którym byliśmy dwa czy trzy razy. Jeździliśmy też do Tiergarten pod Berlin, gdzie jest ogród zoologiczny. [Jeździliśmy] całą grupą gdzieś w pole albo do lasu, żeby odpocząć troszeczkę. Wszyscyśmy bardzo dobrze odpoczywali, śmieliśmy się, dowcipy opowiadali i było naprawdę przyjemnie. Jeszcze udawałam, że stawiam karty, żeby troszkę urozmaicić. Stawiałam karty, mówię: „Dużo pieniędzy dostaniesz, pewnie ci żona przyśle”. – „Tak, tak, miała mi przysłać.” Oni dostawali z Czerwonego Krzyża bardzo duży deputat. Robili nieraz obiady i zapraszali nas. Myśmy sobie szły. Oni sobie pili wino, myśmy sobie też czasami wypiły wino. Kiedyś powiedzieli, że zrobili królika, a ja byłam przekonana, że to kot w sosie.Raz pojechaliśmy do Poczdamu. Idziemy całą grupą, rozmawiamy. Polki na widocznym miejscu miały przyszytą literę „P”, Francuzi mieli na nogach i z tyłu na plecach wymalowany granatowy trójkąt. Idziemy sobie. Ogród pełen ludzi, matki z dziećmi. Czuję, że kamień mnie uderzył w plecy. Nie zwróciłam na to uwagi. Drugi raz dostałam. Odwracam się, a to takie małe dzieci. Mówię: „Jak to można rzucać kamienie?” Mówią do nas Polnische schwein Przeprosiłam towarzystwo, poszłam do tych państwa i tak jak umiałam, łamaną niemczyzną, mówię: „Proszę państwa, czy to jest w porządku, żeby idące, obce zupełnie osoby, które nikomu nic nie zrobiły, dostawały kamieniami w plecy? Chyba to nie wypada. Wychowajcie jakoś te swoje dzieci”. Strasznie się sumitowali, tak przepraszali, nie tylko mnie, ale wszystkich z całej naszej grupy. Wtedy poczułam satysfakcję, ale pomyślałam: „Do czego to podobne, żeby takie małe dzieci nas kamieniami obrzucały i przezywały”. To też było dla mnie przeżycie. Wreszcie budzimy się kiedyś rano. Mówią: „Niemcy z kuchni uciekli, nie będzie dzisiaj śniadania”. Ktoś mówi: „Jak to nie będzie, już Francuzi pitraszą, a wiecie, jakie mają zapasy, jest szynka”. Zrobili nam wspaniałe śniadanie, ugotowali coś bardzo dobrego po francusku. Ustaliliśmy, że siódmego zbieramy się wszyscy i idziemy. Było sto kilometrów do pierwszej stacji, gdzie można było wsiąść do pociągu, który zawiózłby nas do Warszawy. Francuzi nas odprowadzili chyba dziesięć kilometrów. Żegnaliśmy się. Jak był Nowy Rok i Święta Bożego Narodzenia, Francuzi, których też była setka, grali na skrzypcach, śpiewali, recytowali. Napisali bardzo piękne pożegnanie i życzenia dla nas, które mam gdzieś schowane. Pięknie nas żegnali, że mogli się opiekować tak zacnymi osobami, jak powstańczynie warszawskie i że nam się nic nie stało. Myśmy były na festynie przez nich urządzonym, ktoś czytał po francusku, ktoś tłumaczył na polski. Naprawdę byłyśmy bardzo szczęśliwe. Potem, jak myśmy już szli, Francuzi się pożegnali, cała grupa to było prawie dwieście osób. Szwedzki Czerwony Krzyż znalazł się gdzieś koło Berlina, obiecali się nami opiekować, już nam dali samochody na nasze torby. Wyszłyśmy siódmego, a dopiero dwudziestego siódmego dotarłyśmy do Warszawy. Dawali nam chleb szwedzki, taki czarny, nasączony, ser żółty, herbatę. Bardzo dobrze się nami opiekowali. W wozach szwedzkich było wysokie podwozie, były krzesełka do siedzenia. Myśmy, miewały nocne dyżury, żeby nam ktoś naszych ostatnich rzeczy nie pozabierał. Jak myśmy wjechali już w strefę, gdzie byli Rosjanie, jestem na dyżurze, siedzę i myślę sobie rozmaite rzeczy. Coś mnie ciągnie za nogę. Patrzę, a to rusek. Ale na szczęście był jakiś niewysoki. „Uwaga, slazaj.„ – „Nie, z jakiej racji – mówię – ty się zabieraj, bo inaczej dostaniesz, pantofle zdejmę i po głowie będę biła”. Zląkł się widocznie, bo mi dał spokój. Spokojnie doczekałam do rana, ale mówię: „Już nie chcę mieć tych dyżurów nocnych”.Był jeden, ogromny bilet na wszystkie osoby. Nie ma co jeść, bośmy wszystko już zjadły i głodne jesteśmy, jedziemy w pociągu. Jedna z koleżanek mówi: „Jeden kolczyk zgubiłam, ale drugi mam”. Poprosiła biletera, mówi: „Proszę pana, nas tutaj jest dużo, jesteśmy głodni jak wilki, a tu jest kolczyk, złoty z szafirowym oczkiem. Niech pan weźmie ten kolczyk, niech pan kupi chleba i masła”. On mówi: „Dobrze”. Jak pociąg stanął na przystanku, jak miał stację, poszedł i przyniósł tyle chleba i masła. Myśmy sobie po kawałku wzięły. Myśmy odżyły, bo przecież tyle czasu byłyśmy głodne w drodze. Takie były gesty. Przyjechałyśmy, to prawie już zmierzchało. Jak wyjeżdżałyśmy, to cały Dworzec Zachodni i okolice były nierozbite, niezrujnowane, niespalone, a teraz cegła na cegle porozbijana. Mówię: „Jaka Pompeja tu się zrobiła, ale tu się ludzie musieli bić”. Warszawa była strasznie zniszczona. My całą grupą do cioci Tekli przychodzimy. Ciocia Tekla na szczęście jest w domu. Nas było sześć. Inne miały gdzieś bliżej do domu, to odskoczyły od nas. Szłyśmy, nie wiedziałyśmy nic o naszych rodzinach, czy domy są czy nie. Mówię: „Dzieci, chodźcie, jak będzie, tak będzie, duże nie jest to mieszkanie, ale zmieścimy się. Żeby tylko ciocia była w domu”. Przychodzimy, otwieramy drzwi, a ja mówię: „Niech będzie pochwalony dom”. Śmiałam się do cioci, a ciocia mówi: „Chodźcie tu dzieci, chodźcie”. Wszystkie nas zaczęła całować, znane i nieznane, przywitałyśmy się ślicznie. Ciocia zaraz nam zrobiła herbatę, miała już jakieś zapasy. To był już 27 maja 1945 roku. Mówię: „Dziewczyny, Warszawa jest rozbita, bardzo trudna droga, rozściełamy koce, poduszki i kładziemy się na podłodze, stoły na bok, a my sobie robimy posłanie”. One biedne, jak się położyły, jak zaczęły chrapać, spać, takie zmordowane. Na drugi dzień już troszkę ożywiłyśmy się, już troszkę było lepiej. Potem trzeba było iść się zameldować do Czerwonego Krzyża sprawdzić, czy się wróciło czy nie z Niemiec. Tośmy poszły. Każdy sobie poszedł. Koleżanki potem przychodziły, opowiadały – a to rodzice gdzieś wyjechali, a to rodziców gdzieś wywieźli, a to dom rozbity, to spalony, to okradziony... Boże, jakie to nieszczęścia były, ale człowiek już był wolny... A się okazało, że człowiek włożył głowę w łańcuch...

  • Na zakończenie chciałbym zapytać o pani opinię na temat Powstania Warszawskiego.

Dla mnie Powstanie to była szkoła życia. Zostałam tak wykształcona... i to we wszystkich kierunkach chyba. Tylko mnie kraść nie nauczyli, ale tego to i tak bym się nie nauczyła, nie umiałabym. Jestem z całym uznaniem dla wszystkich ludzi, bo jeżeli ktoś był zły, to miał powód, bo tracił dom, rodzinę, wszystko, co miał a byli tacy ludzie, co wszystko potracili, nie mieli do czego wracać. Ja to chociaż ciocię Teklę miałam. Potem wróciła z Ravensbrück kuzynka – Zofia Misol (ta, co mieszkała na Emilii Plater, jej dom akurat bomba rozbiła i mieszkała później nad Wisłą), ją i męża wywieźli w pierwszych dniach sierpnia. Mąż umarł w ambulansie szwedzkim na tyfus, a ona sama przyjechała. Jak przyjechała to była siwa... bo wzięli [kobiety] do fabryki amunicji i jak były naloty, to one były w podziemiach i pracowały przy maszynach. [Zosia] mówi, że tylko czekały, że bomba upadnie i wszystko pójdzie [z dymem]. Była tak siwa [jak wróciła], że jak zadzwoniła do matki, matka otworzyła, ona mówi: „Dzień dobry” a jej mama mówi: „Dzień dobry”. Zosia mówi: „Mamo, nie poznajesz mnie, co?” „O Chryste Panie! Zosieńka! Kochana moja!”... Tak... nie poznawała matka córki. Tak ludzie [zmienieni] wracali z obozów.
Warszawa, 10 maja 2007 roku
Rozmowę prowadził Radosław Paciorek

Zobacz także


porucznik, adiutant

Władysław Wojewódzki „Kaszub”

Władysław Wojewódzki, urodzony 27 czerwca 1920 roku, w Powstaniu brałem udział w Zgrupowaniu...

więcej
sanitariuszka

Henryka Gąsiorowska „Ela”

Henryka Gąsiorowska pseudonim „Ela”. Co pani robiła przed pierwszym września 1939 roku? W...

więcej
sanitariuszka

Janina Głuszcz „173”, „Janka”

Janina Głuszcz, z domu Włodarska, pseudonim „173”, a popularnie w otoczeniu...

więcej
łączniczka, plutonowy

Krystyna Paschke „Krystyna”

Krystyna Paschke, zamieszkała w Gdańsku, urodzona 14 maja 1925 w Poznaniu; [pseudonim] „Krystyna”,...

więcej