Adela Lecińska

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Adela Lecińska. W czasie okupacji mieszkałam na Ochocie, na ulicy Dalekiej 13 mieszkania 44. Powstanie zaczęło się dla mnie dość niespodziewanie. Po prostu miałam wyjść na ulicę, mama jeszcze postanowiła mnie uczesać, no i wtedy się rozległy strzały, które już nie ustały przez dłuższy czas. Ponieważ nasza kamienica była bardzo duża, bardzo zaludniona, samych lokatorów było osiemdziesiąt osób, a każdy miał jeszcze sublokatora, tak że było nas bardzo dużo. No i wszyscy sprowadziliśmy się do piwnicy. Ponieważ nasz dom był duży, pięciopiętrowy, to baliśmy się przebywać u góry, żeby uniknąć ostrzału, jakichś tam katastrof, więc ludzie przenieśli się po prostu do piwnic.

  • Zanim przejdziemy do rozmowy o Powstaniu Warszawskim, chciałabym panią zapytać, co robiła pani przed 1 września 1939 roku? Czy coś pani pamięta?

No tak, tak. Mieszkaliśmy pod tym samym adresem i uciekaliśmy na wschód z instytucją ojca, bo ojciec pracował w Dyrekcji Lasów Państwowych na Wawelskiej. No więc uciekaliśmy samochodem służbowym na wschód. Zatrzymaliśmy się gdzieś aż na dalekim... po dużych perypetiach. Pamiętam mniej więcej, jak bombardowania po drodze były. Ale myśmy przeważnie lasami w nocy jechali, bo mój ojciec właśnie z racji pracy w leśnictwie to znał różne te zakamarki, że tak powiem, Polski. No i uniknęliśmy w ten sposób tych, jak to pokazywano nieraz na filmach, zresztą ludzie opowiadają, jak strzelają do nich, do uciekinierów, lotnicy [niemieccy]. Myśmy tego nie mieli, bo myśmy jechali nocami. A w dzień to ojciec reperował samochód, bo paliwo było kiepskie, więc trzeba było przeczyszczać to wszystko. No ale potem wróciliśmy z powrotem do [Warszawy]. W ten sposób uniknęliśmy tam znowu wywózki na Wschód. Więc po kapitulacji Warszawy wróciliśmy tu. No i tak aż do Powstania. Tam różne perypetie przechodziła nasza rodzina, ale chyba to nie ma związku.

  • Chciałam zapytać, bo to jest dość istotne jako tło tego, co się dzieje, więc warto dowiedzieć się i tego kontekstu wybuchu wojny. Czy pani pamięta pierwszy dzień wojny, sam dzień 1 września?

Pierwszy dzień, to pamiętam, że ojciec stał w oknie i golił się akurat brzytwą i zawyły syreny. Ale z Warszawy to ja mało pamiętam, bo myśmy wkrótce uciekli i w Warszawie nas nie było wtedy, tylko właśnie w tej drodze cały czas. Tam przez Siedlce, Łuków, pamiętam, jechaliśmy, przez te pińskie błota. W końcu oparliśmy się w jakiejś leśniczówce. No i stamtąd, ponieważ mieliśmy ten samochód ukryty w stogu siana (słoma i tam…), więc było radio, myśmy mieli aktualne wiadomości. Jak usłyszeliśmy, że Warszawa skapitulowała, to mówimy: „Nie mamy tu co robić, tylko będziemy wracać”. No i tam była sprawa rejestracji, bo tam to już Sowieci wkroczyli wtedy, to było po siedemnastym już przecież. Tak że myśmy się jednak załapali na ten powrót. Z przygodami to się odbywało, bo na pociąg to się czekało dzień albo dwa. Nie wiadomo było, ile to potrwa. No ale dotarliśmy do Warszawy na swoje stare miejsce.
Mieszkanie było lekko zrujnowane, bo spadł pocisk w czasie wojny i zarwał kawałek sufitu, okna. Ale to już właściciel wyremontował, zanim myśmy wrócili. Sąsiadka miała klucze. Tak że myśmy wrócili do tego mieszkania i tak się mieszkało.

  • A jak wyglądał okres okupacji? Jak pani to pamięta? Byliście w tym samym mieszkaniu?

Byliśmy w tym samym mieszkaniu, tak. Ale ojciec poszedł… Chodzili wtedy ludzie często, bo nie było żadnych środków zaopatrzenia, nie było nic, więc chodzili za szmuglem za Bug ludzie. I tam jakieś towarzystwo się zebrało, ojciec do nich dołączył, poszli. Jak poszli, tak zginęli na półtora roku. Znaczy myśmy nic nie wiedzieli, co się dzieje. Dopiero jak wybuchła wojna niemiecko-rosyjska, to... A ojciec siedział w więzieniu, w Mińsku. Jeszcze go nie zdążyli wywieźć gdzieś na Sybir. Z tego Mińska to oni sami, ci więźniowie, się uwolnili. Po prostu wybili drzwi tam jakąś ławą (opowiadał), bo oczywiście strażnicy uciekli, a ich tak zostawili. A Niemcy tu bombardowali. Więc uwolnili się stamtąd, ale to już było czerwiec 1941 roku.
No i ojciec tam po różnych perypetiach dołączył do nas. Nawet się później zgłosił do tej Dyrekcji, bo oni nie zaprzestali, niemiecki zarząd nie zaprzestał działalności. No i zaczął pracować na wyjeździe w lasach lubelskich, gdzieś tam, trudno mi powiedzieć. W każdym razie był na wyjeździe, nie mieszkał z nami. Natomiast do nas dołączyła babcia, mama mojej mamy, której mieszkanie zbombardowano. Ona mieszkała na Grodzieńskiej, na Pradze. No i tak żeśmy aż do Powstania jakoś przebiedowały, że tak powiem.

  • Z czego pani żyłyście? Z tych pieniędzy, które zarabiał ojciec?

No tak. Zajmowałyśmy się handlem mydłem. To się brało w komis, bo przecież nikt nie miał pieniędzy, gotówki – jak się nie pracowało, nie było wypłaty – więc byli producenci mydła, którzy dawali po prostu w komis. Mieliśmy stoisko na placu Narutowicza, tam był bazar. No i tak się podzieliłyśmy rolami (znaczy ja nie, ja byłam na przyczepkę jako dziecko), babcia sprzedawała to mydło, a mama zaopatrywała. A oprócz tego to mieliśmy mydło od pracowników Schichta, to było dobre mydło. Oni po prostu wynosili, pracownicy wynosili na sobie. Ono miało takie najróżniejsze kształty to mydło, bo oni na ciepło jeszcze okładali się tym wszystkim i tak wychodzili. Mieli swoje mety i to tam się jeździło po to mydło. W każdym razie na życie zarabiałyśmy i jeszcze można było jakoś egzystować. Majątku nie było, znaczy oszczędności to nie było, ale głodu nie było. To nie powiem.
No i w każdym razie jak ojciec wrócił, to zatrudnił się w tych lasach. No, ale mieli coś… Nie wiem, czy on może z partyzantami miał do czynienia, czy coś. Ja tego nie wiem. W każdym razie Niemcy go wezwali na przesłuchanie tam do tej Dyrekcji, bo chcą porozmawiać na temat… A ponieważ ojciec domyślał się, czym to pachnie, bo ten przesłuchujący wyszedł, ale zobaczył, że on zamyka drzwi na klucz za sobą. I ojciec mówi (to było pierwsze piętro), że wyskoczył przez okno na stronę, teraz obecnie to się Dantyszka czy Krzyckiego, [raczej] Krzyckiego ta ulica się nazywa, między Szkołą Nauk Politycznych a Dyrekcją Lasów Państwowych (taka [mała] uliczka, teraz tamtędy samochody jeżdżą) i wpadł tylko do domu. Ja byłam sama. Powiedział, że go Niemcy szukają i on musi uciekać. No i przechodził różne perypetie, ukrywał się. Tak że myśmy znowu były zdane same na siebie, jeszcze jemu trzeba było czasem coś pomóc. No i tak właśnie aż do Powstania. Z tym że właśnie ojciec w czasie Powstania był po tamtej stronie, na Pradze, i nie mieliśmy ze sobą kontaktu. I całe te perypetie powstaniowe myśmy przeżyły same. Znaczy mama, ja i babcia, we trójkę.

  • Same kobiety.

Opowiadać to by było dużo, ale to właściwie takie nieistotne sprawy. Co jeszcze?

  • Mówiła pani, że wybuch Powstania zastał panią w domu. Jak pani zapamiętała 1 sierpnia?

Pierwszego sierpnia to doskonale pamiętam. Bo ja należałam do wypożyczalni, szłam, chciałam wypożyczyć książki, wymienić w czytelni. A mama mówi: „Potargana jesteś – ja miałam warkocze – to ja cię jeszcze uczeszę przed wyjściem”. No i mama mnie czesała, stałyśmy jeszcze przy oknie, no i zaczęła się strzelanina. Myślałyśmy, że to jak [zwykle], za okupacji trafiały się takie różne incydenty, ale to nie ustawało. Potem ludzie krzyk zrobili, że to jest [Powstanie, to znaczy] ci, co może wiedzieli, bo myśmy absolutnie nie wiedzieli nic o wybuchu Powstania. Z naszego domu, o ile pamiętam, nikt nie brał udziału. Znaczy było dwóch lokatorów, u naszej sąsiadki wynajmowali pokój, takich dwóch młodych panów. Oni pracowali w „Tytoniowej”. Na Kaliskiej bodajże mieściła się ta fabryka „Tytoniowa”. Mówiło się „Tytoniowa” i wiadomo było, o co chodzi. No to oni byli Adaś i Sewek, pamiętam, mieli na imię. Nie wiem, jak się nazywali. Więc oni powiedzieli mojej mamy, że idą. Tam jeszcze nawet coś w naszej piwnicy zostawili. Nie wiemy nawet, co, jakieś swoje rzeczy. To tyle o Powstaniu wiedziałam.
A tak to myśmy od razu zeszli i wszyscy zaczęli mieszkać w piwnicy. W korytarzach piwnicznych porozkładali [rzeczy]. Myśmy też wynieśli swoje materace z łóżek, a kto nie miał, to mieli ludzie sienniki, no [w końcu] na czymś spali u góry, więc to wszystko się rozłożyło pokotem po piwnicach. Ludzi było masę. No i tak żeśmy żyli. Jedna osoba to zawsze szła, żeby zrobić coś do jedzenia, prawda, bo wychodzić to nie wychodziliśmy. O ile [ktoś wychodził], to tylko na podwórko, no bo było po prostu niebezpiecznie. A z drugiej strony było gorąco, pogody były bardzo upalne. No i było tak... Jeść to nawet... Przed samym niemalże wyjściem, wypędzeniem nas, złapali konia. Usłyszeli ludzie, bo jakaś chwila ciszy zapadła, odgłos kopyt na bruku, więc dozorca otworzył bramę. Jakoś zabili tego konia. A ponieważ w naszym domu było kilka sklepów, między innymi był rzeźnik, więc on już się oprawił z tym koniem i wszyscy mieli, najedli się, że tak powiem, na dzień przed wyjściem. Z tym że właśnie tak, mama chodziła na górę coś tam ugotować i nam znosiła na dół, bo po prostu było niebezpiecznie. No i inni tak samo robili. Więc jak to wyglądało z zewnątrz, to ja pojęcia nie mam. Siedzieliśmy przy świecach, bo wtedy w piwnicach nie było jeszcze światła elektrycznego.
Tak było dwa tygodnie, bo piętnastego nas przyszli wyrzucać. I to tak jak wpadli, to Raus i koniec. I nawet chwili czasu nie było, żeby się stamtąd wybrać. Ale jest jeszcze jeden moment, który chciałabym opowiedzieć przy okazji tego naszego wypędzania. No więc Niemców pełno. Tu szum, ludzie krzyczą, bo to tyle ludzi nagle na wierzch wyszło. Obok naszego posłania, tam w tej piwnicy, było posłanie, [gdzie] była matka z córką. Ta matka dla mnie... Ja nie wiem, ile ona mogła mieć lat, tylko dla mnie, gdy miałam dziesięć lat, to ona była stara. A ta dziewczyna to miała ze dwadzieścia może. Ona miała obcięte nogi w wypadku. Jak były te wysadzanie pociągów, to za którymś razem Niemcy zamiast wojska, puścili pociąg normalny, cywilny, i ten pociąg wyleciał w powietrze. Dziewczyna straciła obie nogi, ładna dziewczyna. I one mieszkały, że tak powiem koło nas. Wszyscy się rzucili do tego wychodzenia, a ta dziewczyna bez tych nóg siedzi. Boże, jak ona krzyczała, żeby jej nie zostawiać. I wie pani, znalazł się ktoś, kto jej pomógł. Nasza sąsiadka, jedna z sąsiadek, pani Piasecka (wiem, że miała Piasecka na nazwisko) z córką, taką licealistką, powiedzmy, dzisiejszą, zrobiły taki stołeczek, wzięły ją na ten [stołeczek]. Nic swojego nie wzięły, tylko ją na ten stołeczek. Pani Piasecka tylko miała futro, to dała tej matce starej, żeby niosła to futro, a one tą dziewczynę podniosły aż na Zieleniak. Co się potem stało, to nie wiem. Ale postępek tych Piaseckich… No ta córka to była Bogusia, pamiętam, a matka, nie pamiętam, jak miała na imię. Więc coś takiego to się rzadko zdarza, prawda.
No a my, jak nas wygnali… Ja nie wiem, czy to był tylko nasz dom, czy może jeszcze jacyś inni, bo może z przeciwka też mogli być. Daleka nie była taka szeroka, to była wąska ulica. No nas wygnali na Grójecką, w stronę właśnie Zieleniaka, no i naprzeciwko nas wypuścili z placu Narutowicza, z tego domu akademickiego „ukraińców”. Nie wiem, jak oni tam, kto oni byli, myśmy na nich mówili „ukraińcy”. No i się zaczął rabunek tych ludzi, bo każdy coś niósł, każdy coś miał. Kobiety miały biżuterię na sobie, kolczyki, pierścionki czy coś, no to wszystko [ci „ukraińcy”] od razu z [rękami] do ludzi. Moja mama miała pierścionek i obrączkę, więc obrączkę ściągnął… Oni się tak śpieszyli, że on ściągnął obrączkę i już leciał do następnej, i mama ten pierścionek jeszcze uratowała. Ja miałam łańcuszek złoty z bozią, to jak złapał, to tak [chwytając garścią za wszystko]. I nie zauważył, że ja to mam, bo jak by mnie wziął tylko za ubranie, to by mi zerwał, ale jak on to łapami wziął, to ten łańcuszek się [rozsunął] i on poleciał dalej. A ponieważ moja mama miała w ręku jeszcze – jeszcze nie zdążyła wyrzucić – świecę, którą miała tam w piwnicy. Ta świeca się zrobiła miękka, bo to było gorąco. To stanęła, ściągnęła ze mnie ten łańcuszek i ten swój pierścionek – wgniotła [to] w tą świecę. Więc jak następny przyszedł oglądać… Nic, tylko świeczka, no to świeczki nie będzie brał. W ten sposób uratowała mama swój pierścionek i mój łańcuszek.
A na ulicy, na całej Grójeckiej leżały takie różne dobra, wie pani, to wszystko – walizy wygrużone, że tak powiem, jakieś pakunki, bo oni grzebali w bagażach. Więc jak grzebali w tych bagażach, to nie każdy zdążył z powrotem to wepchnąć. A to trzeba było szybko, szybko. Jeszcze pamiętam, że na stopniach w kościele Świętego Jakuba leżał nieboszczyk, mężczyzna nieżywy. No, ale myśmy szybko szli. Ja szłam w kożuchu, pani sobie wyobrazi. Bo mama miała taki kożuszek trzy czwarte, zakopiański, taki haftowany. No więc to było pod ręką, złapała. A na mnie to było do ziemi wtedy. I w ten upał, w to wszystko, ja w tym kożuchu. Mama miała jeszcze w ręku… Na plecach miała jakiś plecak z rzeczami, bo wszyscy byli spakowani. Myśmy po prostu wszystko powynosili z góry, żeby było bezpieczniejsze w piwnicy.
No a babcia była ranna w głowę. Nie wiem, kiedyś uderzyła się w coś, w każdym razie miała ranę, która się nie goiła. Mama robiła jej opatrunki, no bo w tych piwnicznych warunkach no to nie było mowy... Z tym że myśmy mieli spirytusu trochę, więc mama też spirytus miała i tym spirytusem przemywała. Ta babcia ledwo szła z nami, wisiała z jednej strony mamy na ręku. Tu upał, człowiek objuczony. No i szybko, i nie wiadomo, co z nami będzie. I w ten sposób dotarliśmy aż do Zieleniaka.
Na Zieleniaku jak się wchodziło, była taka duża brama. Nie pamiętam, znaczy nie zdaję sobie sprawy, jaki to był duży obszar, ale wiem tylko, że na prawo od bramy to było takie duże wolne, że tak powiem, pole, bo tam wszyscy chodzili się załatwiać. No bo przecież tutaj było tak nabite ludzi, że nie było możliwości w ogóle, żeby coś zrobić. No i myśmy tam właśnie w ten tłum wniknęli. Potem tam się ludzie zaczęli szukać, bo to z różnych ulic było. Znaleźliśmy tam właśnie znajomego z córką. Tylko że [żona] też się gdzieś zawieruszyła. No nie było jej w domu wtedy, a on został w domu z córką, która była młodsza ode mnie o rok czy półtora. I oni się też znaleźli. Nic nie mieli ze sobą. Nic, dosłownie puste ręce, więc ten pan się nadał akurat do pomocy, do dźwigania tego plecaka mamy. No cóż, nie wiem, ile żeśmy tam były. Długo nie byliśmy na tym Zieleniaku. Bo tam co jakiś czas formowali pochody z ludności na Dworzec Zachodni. Trzeba powiedzieć, że w nocy, jak noc nastała, to chodzili z latarkami i szukali młodych dziewczyn. Myśmy mieli właśnie kuzynów, spotkaliśmy tam, to dziewczynę owinęliśmy tak, że wyglądała jak jakiś tobół dodatkowy. Jak widzieliśmy, że się zbliżają, to jej się jeszcze coś na głowę wrzuciło, żeby nie było widać, że to jest dziewczyna. Ona miała wtedy piętnaście lat. No i jakoś… A, i strzelali świetlnymi pociskami tak nisko, że człowiek się bał wyprostować, bo widać było te pociski. A w nocy od razu widzieliśmy łunę na całej naszej ulicy, jak nasza strona Dalekiej się paliła. Tak że wiedzieliśmy, że już i tak nie będzie do czego wracać. Jeszcze zaopatrzenie jakieś to tam było. Mama miała jeszcze kawałek słoniny w tej torbie, w której miała spirytus do tych opatrunków. No i przyjechał furgon, bo kiedyś to były konne furgony, z chlebem z piekarni. Nie wiem, czy to piekarza inicjatywa była, czy to władz, no nie mam pojęcia. W każdym razie wjechali tam za tą bramę do nas i jeden z pracowników stanął na dachu furgonu, brał bochenki i „fiuuut” – [rzucał] między ludzi. Kto złapał, to miał. I właśnie ten nasz znajomy z córką złapał taki chleb, no i przeniósł, to już wszyscy mieli co jeść.
No i rano zaczęli formować ten pochód. Myśmy nie widzieli, w jakim celu. Pytali się ludzie, czy my gdzieś na rozwałkę nie idziemy, czy coś. Miały być szesnastki, po szesnaście osób, i taki wąż. Moja mama zdecydowała, że powinnyśmy się znaleźć na czele tego pochodu, ponieważ babcia ledwo szła, ja też się wlokłam, mamie było ciężko. To mówiła: „Nawet jak będzie odstawać, to znajdziemy się w ogonie. A musimy zacząć z przodu”. Bo kto zostawał, to albo dostawał kulę w łeb, albo też tam różne rzeczy się działy. Bo tam już były tylko pola uprawne. Z jednej strony kartoflisko, z drugiej była kapusta.
  • Proszę jeszcze powiedzieć, bo zeszliście do piwnicy od razu pierwszego dnia prawda, 1 sierpnia?

Tak. O ile ja pamiętam, to było po pierwszej nocy przez nas tam spędzonej. Ja nie wiem, jak często się odbywały te wymarsze, ale myśmy akurat na drugi dzień stamtąd się wynieśli.

  • Tak. Ale chodzi o sam początek Powstania, jak zeszliście do piwnicy i tam byliście przez dwa tygodnie. Jak to wyglądało? Jakie były warunki życia w piwnicy? Bo podejrzewam, że taka liczba osób stłoczonych w jednym miejscu…

Okropnie się działo. Ktoś tam palił świeczkę. Nie paliliśmy dużo światła, żeby wystarczyło na dłuższy czas. Byliśmy my, były też właśnie ta matka z córką bez nóg. [One] były z sąsiedniej posesji, bo tam była jednopiętrowa tylko od strony Grójeckiej, Grójecka 15. I one do nas zawsze, czy był nalot, czy coś, to do naszego schronu leciały, bo tam było bardzo niebezpiecznie. Bo jakby tam coś trafiło, to nic by nie zostało z tego domu. Więc było nas bardzo dużo. No przy świeczce jak zwykle, gadanie, gadanie, gadanie, ludzie między sobą. Bo wszystkie korytarze były zaludnione. Powstańca żywego na oczy nie widziałam. Nie wiem, czy ktokolwiek widział, bo u nas nie było, nie było żadnych. W naszym domu ani nikt się nie zatrzymał, ani nie było jakichś walk.

  • A jakie były nastroje wśród mieszkańców?

Takiego wyczekiwania. Wie pani, trudno mi powiedzieć dokładnie, bo ja nie brałam udziału w tym, tylko się przysłuchiwałam temu wszystkiemu. Ludzie mieli po prostu… To byli spokojni ludzie, normalni obywatele, którzy jakoś tam sobie dawali sobie radę, lepiej lub gorzej, ale nie byli zadowoleni w każdym razie z tego, na co ich skazano, że tak powiem. Wiem, że były takie... No nie wiem, czy to z rozmów wynikało, w każdym razie ja tak pamiętam te nastroje, że nie miało się pretensji do tych chłopaków, dziewczyn, tych Powstańców, bo to była młodzież, wiadomo. Zresztą do tej pory się mówi, że Powstanie i tak by wybuchło, bo ludzie już mieli tego wszystkiego po uszy. No dobrze, warunki były ciężkie, ale mi się zdaje, że dowództwo jednak powinno sobie zdawać sprawę, czym grozi to po prostu ludności. Przecież setki tysięcy ludzi zginęły. A co się później stało? Ilu ludzi miało złamane życie w ogóle po tym. Tego nikt nie brał pod uwagę, tylko hop, zwyciężymy. Czym? Pistoletami z armią. Przecież armia nawet w odwrocie to była jednak armia. A co mieli Powstańcy? Te chłopaki i te dziewczyny, co szli i ginęli jak muchy. Takie były właśnie nastroje, że nikt nie miał pretensji nawet do tej młodzieży, tylko do tego, że w ogóle do tego doszło.
I tak doszliśmy do Dworca Zachodniego w tej ogromnej kolumnie. A tam też po drodze się działo, bo dziewczyny młode wyciągali, od razu w tych kartofliskach tam się z nimi... No i tam nas wsadzili do pociągów na Dworcu Zachodnim i do Pruszkowa.
No i w Pruszkowie byliśmy w tych zakładach naprawczych. Nie wiem, jak długo. To długo też nie było, ale kilka dni chyba było. Tam znowu przywozili zupę w takich ogromnych kotłach. Pamiętam, bo ja znalazłam gdzieś puszkę po jakichś konserwach i z tą puszką się leciało, a oni tak stali nad kotłem z warząchwią i leli. Ludziom tak leciało do tych naczyń, każdy podstawiał jakieś naczynie. No i potem nastąpiła wywózka. Akcja się zaczęła. „Wychodzić wszyscy”. No i się podchodziło... Nie wiem, czy to był jakiś szyk, czy po prostu ludzie szli. Stał Niemiec z karabinem, żandarm (myśmy na nich „żandarmi” mówili, nie wiem, co to za formacja), no i on: „Ci na lewo, ci na prawo”. Takich, którzy się nadawali do wywózki na roboty, to na jedną stronę. No a tacy do niczego, to na drugą stronę. No i moją mamę… Moja mama miała wtedy dwadzieścia dziewięć lat, to nadawała się na wywózkę. Ale ponieważ z jednej strony na niej wisiała ta chora matka, z drugiej strony ja. Jak on mamę wziął się za rękę, to ja w bek od razu. Przecież zdawałam sobie sprawę, co ja bym zrobiła, gdybym została sama z tą chorą babcią. I ten Niemiec, nie wiem, po prostu wziął mamę za rękę i [przesunął] na tą stronę, gdzie ci cywile. Tak że myśmy się [uchronili]. A na przykład ta moja kuzynka, o której mówiłam, że też była, to ją wzięli i wywieźli właśnie wtedy tam z Pruszkowa. Wywieźli ją na roboty gdzieś do Niemiec, aż pod Wrocław. No i na tym się nasz Pruszków skończył. Warunki w Pruszkowie też były katastrofalne. To się zgadza z tym, co czyta się w opisach, że tam w tych… Były takie doły, kanały naprawcze wagonów kolejowych, no to ludzie i tam się mrowili, i wszędzie. Każdy kawałek miejsca. Dobrze, że było ciepło, to nawet na gołej ziemi jak ktoś leżał, to nic specjalnego mu się nie stało.

  • Jak wyglądał kontakt z pani ojcem? Czy udało się wam odnaleźć w czasie Powstania?

A skąd! Ojciec nas poszukiwał. Ja mam nawet kartę, którą on wysyłał. Po prostu wysyłał kartki, bo on z drugiej strony nie chciał, po prostu nie mógł się zdemaskować, ponieważ był przez Niemców poszukiwany, a to jeszcze było wszystko pod okupacją, więc on wysyłał kartki (mam nawet taką kartkę) i adresował właśnie na... Aha i nami później, tymi wyrzuconymi, zajęła się RGO. To była taka organizacja, Rada Główna Opiekuńcza to się nazywało, i oni prowadzili ewidencję nas, tych wyrzuconych. I na przykład jedną z tych kartek to ja mam. Tak wyglądała taka kartka, którą ojciec [wysłał]. Ta kartka w jakiś sposób, nie wiem, do nas dotarła.

  • Kiedy spotkaliście się z ojcem, udało się w końcu spotkać?

Nie, to już właściwie było w styczniu czterdziestego piątego. Tak że spotkać nie, tylko ojciec dawał znać, że żyje. I tu jest właśnie napisane, że albo mamy nazwisko i imię, albo córki, [czyli] moje.

  • Bo nie wiadomo było, kogo jeszcze zastanie?

Tak, i tu było [napisane] „Obóz dla ewakuowanych z Warszawy”. I to do nas dotarło, bo RGO poszukiwało, prowadziło, bo ludzie się zaczęli szukać, jak już... A nas tam skierowali do chłopów na wieś. Nie wiem, czy im za to płacono, czy po prostu nakazano im to, w każdym razie, zawieźli nas...
A, więc w tym Pruszkowie nas załadowali, to już były wagony towarowe, do tych wagonów towarowych i wozili nas. Myśmy nie wiedzieli, gdzie jesteśmy, bo było zasunięte wszystko Jeździliśmy cały dzień, aż do nocy. Wiem, że jak otworzyli, te drzwi się [rozsunęły] w pewnym momencie – bo myśmy tak stali, tu godzina, tu dwie, tu dziesięć – jak nam otworzyli, rozsunęli te drzwi, [to] okazało się, że jest noc i my jesteśmy w Głownie. To pod Łodzią, niedaleko, ale to jeszcze była Generalna Gubernia, bo zaraz dalej to była już Rzesza. No i właśnie tam nas [skierowało] to RGO, przypuszczam, bo razem z władzami niemieckimi musieli gdzieś rozlokować przecież tyle ludzi. Babcię od razu wzięli do szpitala, a mnie z mamą... Śmieję się, że taki targ niewolników był, bo nas wzięli furmankami, zawieźli do gminy Dmosin, niedaleko Głowna. Tam nas wyładowali pod budynkiem gminy i panowie rolnicy chodzili i sobie wybierali, kto im tam pasował. Ten bierze tego, ten bierze tego. Najgorzej miały starsze osoby, bo się nie nadawały ani do roboty w polu, ani... Moją mamę ze mną to chętnie nawet wziął któryś z tych gospodarzy, bo oni tak sobie planowali (jak się później zorientowałam), że ja się nadawałam do pasienia krów, a mama do roboty w polu, miała dwadzieścia dziewięć lat w końcu. Z tym że wielkiego pożytku to nie mieli z nas, bo moja mama w ogóle w polu nie umiała robić. Mówiła, że ona może wszystko robić, ale nie pojedzie na przykład kopać kartofli. Ja to krowę omijałam na dziesięć metrów z daleka. Raz jak mi dali do pasienia, to ja wróciłam do domu, a krowy poszły gdzieś za rzekę, bo po prostu bałam się podejść do tego. No to nas później przesuwali, przesuwali między tymi, różnymi [gospodarzami]. A sąsiadka nasza była starsza z wnuczką, też z nami właśnie się trafiła w tym transporcie. Ona była położną z zawodu, ale to była już starsza kobieta, ta wnuczka była w moim wieku, no to one niemalże do wieczora siedziały na tym polu i nie miał ich kto wziąć. Niemcy mieli kłopot, bo musieli coś z nimi zrobić. Nie wiem, co oni [zrobili], chyba je na posterunek później wzięli czy coś, w każdym razie tam się nasz kontakt urwał. Ale takie były właśnie warunki. Ja się śmieję, że zupełnie jakbyśmy na targu niewolników siedzieli, oni sobie chodzili i wybierali.

  • Wróćmy jeszcze na chwilkę do okresu w Warszawie jeszcze w czasie Powstania. Mieszkaliście w piwnicy. Proszę powiedzieć, jak wyglądała sprawa zaopatrzenia. Wspominała pani, że mama chodziła na górę gotować. Czy było z czego?

Myśmy nie głodowali, oszczędnie się żyło. Mieliśmy to wątpliwe szczęście, bo nasza sąsiadka miała wydawać córkę za mąż i właśnie któregoś tam, ósmego czy na piętnastego, było wesele naznaczone i ona już miała zakupy porobione. Zaczęła upłynniać te zakupy, to myśmy mieli co jeść. Po prostu. Pewnie, że pieczywa nie było, czy co kto miał, to już dawno zjadł, ale jak mówię, później tego mięcha narobili, tego końskiego, jakichś klusek do tego, pamiętam, mama narobiła, tak że te kluski z sosem, z tym mięsem, to myśmy się najedli na drogę, rzeczywiście wystarczająco. A tak to, z tego co słyszałam, to ludzie mieli niedostatki żywności, no bo skąd było brać, ale akurat w naszym wypadku jakoś się udało. Długo to nie trwało, ale dwa tygodnie bez żywności też nie da [się] wytrzymać.

  • Jak pani pamięta swoje odczucia? Wiem, że pani miała wtedy dziesięć i pół roku, ale jak pani to wspomina?

Ja się śmieję, [że] jako dziecko wojny to ja byłam dosyć obyta z tymi warunkami, z tymi zdarzeniami, które były. Ja na przykład te rozstrzeliwania, co zakładników rozstrzeliwali na ulicach, to ja przy jednym w takim zdarzeniu to byłam chwilę po tym, jak zabrali tych ludzi. Jeszcze krew stała w dołkach, bo to śnieg to jeszcze... Na Barskiej, przy kościele Świętego Jakuba to było. Ja akurat ze szkoły wracałam, słyszymy salwy, no to każdy ciekawy. Niemcy zdążyli ich zabrać, a myśmy tak od tyłu podeszli (to dzieciaki przecież) i widziałam na własne oczy tą krew. Tam w tej chwili jest tablica umieszczona w tym miejscu. Jeszcze jakaś kobieta starsza właśnie przy jednym z takich [miejsc], bo to był mur posiekany kulami, bo tu ludzie przecież chodzili, oni te trupy musieli zabrać. Takie były dołki, górki i w tych dołkach stała krew. I kobieta starsza uklękła, widziałam, wyciągnęła chusteczkę i maczała w tej krwi. Na pamiątkę chyba brała, no nie mam pojęcia, czy miała tam kogoś krewnego może. To takie coś zapamiętałam, takie wydarzenie.

  • Bała się pani?

Słyszało się ciągle, a to tu strzelali, a tu leżał trup, bo kogoś tam na ulicy zastrzelili. Widziałam na własne oczy, jak na Niemcewicza, róg Grójeckiej i Niemcewicza, tam stał taki krzyż w ogrodzeniu, no to leżał kiedyś człowiek zabity i nie wiadomo było, czy to jakiś szpicel, czy to jakiś akowiec, czy ktoś. Nie wiadomo. Leżał po prostu. Ludzie byli, nie powiem, że przyzwyczajeni specjalnie, ale nie robiło to takiego strasznego wrażenia, jak gdyby teraz się szło ulicą i ktoś leży nieżywy czy coś. Nie do pomyślenia, prawda.
Wie pani, ja jako dzieciak, ja do czterech klas (skończyłam czwartą klasę akurat wtedy) to normalnie... Znaczy „normalnie” – ja chodziłam do szkoły, a nasza szkoła się przenosiła, bo ciągle Niemcy zajmowali. Moja szkoła była na Raszyńskiej róg Niemcewicza. To był ładny budynek, nowoczesny, przed wojną niedawno wybudowany, więc oczywiście Niemcy tam od razu stanęli, i jak szłam, mama szła mnie zapisać do szkoły, to już szkoła była w jakimś budynku pofabrycznym na Tarczyńskiej. Pamiętam, takie czerwone mury były po jakieś fabryce i tam całe te nasze zajęcia się odbywały. Po roku znowu nas stamtąd wyrzucili (to było chyba po roku, tak), znowu na Reja nas przenieśli. Przed wojną to była Szkoła Nauk Politycznych, teraz też jest chyba tam jakaś uczelnia. Tam chyba też rok chodziłyśmy, a potem przenieśli nas na [ulicę] 6 Sierpnia, [teraz] Nowowiejska, bo to się 6 Sierpnia przed wojną nazywało. Pod ósmym tam właśnie chodziłam przez dwa lata do tego i tam tą czwartą klasę skończyłam i tam skończyła się moja edukacja tu, warszawska.
Potem rzeczywiście osobiście miałam bardzo pogmatwane życie z powodu tego wyrzucenia z Warszawy. Po pierwsze: to całe środowisko straciłam, kolegów, koleżanki, nie było nic. Do szkoły chodziłam co roku do innej, gdzie indziej, bo jak myśmy się przenosili, to mama, jaka ta szkoła była czy nie była, to były wiejskie szkoły, ale mówi: „Idź, zawsze czegoś się nauczysz”. Tak że to było nieciekawe życie. Ani nie było zeszytu, ani nie było... Przede wszystkim myśmy nie mieli pieniędzy, żeby... A podróżować specjalnie też nie można było, ponieważ mieliśmy takie zaświadczenia, gdzie mieszkamy, takie przydziały, co z nas zrobili, no i podobno jak kogoś znaleźli, spotkali poza obszarem tego, tej gminy, no to miał jakieś tam znowu przykrości. Mogli go albo do Niemiec wywieźć, albo mógł przepaść bez wieści, więc ludzie się na ogół nie ruszali, tylko tak.
  • Czy pani mama, pani babcia starały się mówić o tym, co się dzieje podczas Powstania, starały się pani tłumaczyć?

Nie, nie musiały. Wszyscy rozumieli, o co chodzi, wszyscy rozumieli. Mama to miała to obciążenie, że musiała iść na górę i przygotować to dla nas. Przecież trzeba było się tak samo umyć od czasu do czasu, prawda.

  • Myliście się też na górze, wracając do mieszkań?

Tak, ryzyko było, tak. Za często to, muszę powiedzieć, myśmy się nie myli, ale przynajmniej raz dziennie trzeba było tam iść. Wychodziło się trochę na podwórko, żeby powietrza jakiegoś złapać, tego słońca, bo w piwnicy nie do pomyślenia, żeby siedzieć dwa tygodnie w piwnicy, prawda.

  • Czy wtedy jak wychodziła pani na zewnątrz, to...

Nie, nie, była brama... Nasz dom był zbudowany w podkowę, miał front i dwie duże oficyny. Tak że z tej strony był niski mur do sąsiedniej posesji i my tylko na podwórko mogliśmy wyjść, bo od strony południowej była ta otwarta przestrzeń, to mogliśmy trochę tego słońca złapać, ale na zewnątrz się nie wychodziło. Ponieważ to było niebezpieczne, nie wiedzieliśmy, że... Bo kule świstały, nie wiadomo, czy... Brama była w ogóle zamknięta wtedy. Dozorca zamknął, nie było wychodzenia po prostu. Ani nikt nie wchodził, ani nikt nie wychodził, dopóki tego konia nie złapali, a potem jak ci Niemcy już wpadli, to wtedy nie było mowy, żeby gdzieś indziej iść, tylko na Zieleniak.

  • Docierały do was jakieś informacje, co się dzieje, jakie są losy Powstania?

Nic, nic. Nie wiem, może tam gdzieś, bo jak mówię, te piwnice były bardzo rozległe, bo pod całym budynkiem. Myśmy byli z jednej strony. Ale wątpię, żeby tam mieli ludzie jakieś informacje, ponieważ do nas Powstanie w dosłownym sensie to nie dotarło, bo żadnych walk u nas tu... Nasza kamienica po prostu nie brała udział w tym wszystkim. Jest jeszcze jedna sprawa, że właśnie myśmy się bali wychodzić do góry, ponieważ nasza kamienica była pierwsza taka wysoka w tej pierzei Grójeckiej. Jak na Dworcu Zachodnim postawili te działa, które ostrzeliwali Warszawę, to nasz dom był pierwszy, więc się ludzie bali. Zresztą podobno, ja tego nie widziałam na własne oczy, ale mówili sąsiedzi, że w którymś mieszkaniu, w jednym czy drugim, to jednak były jakieś szkody porobione. Jak walnął taki pocisk, no to wiadomo, że były szkody, ale my jako ci cywile, którzy siedzą w piwnicy i czekają na zmiłowanie boskie, to myśmy nie brali w tym żadnego udziału.

  • Jak szliście na Zieleniak, to co myśleliście, co was tam czeka?

A właśnie nikt nie wiedział, co nas tam czeka. Myśmy nie wiedzieli w ogóle, dokąd idziemy. Dopiero jak żeśmy przyszli pod ten Zieleniak, to: „Wchodzić”, no to wchodzić, ale nawet przy tym wyjściu z Zieleniaka to myśmy nie widzieli, po co nas wyprowadzają, bo między ludźmi... Zresztą ludzie na tym Zieleniaku się spotykali i wymieniali informacjami. Nie wiedzieliśmy, czy nas po prostu nie wyprowadzą gdzieś tam w polu wykończyć wszystkich, czy nie. No i właśnie dlatego myślę, że dużo było tego porzuconego mienia na ulicy, bo ludzie nie mając pewności, że ocaleją, mówią: „Co się będę męczył jeszcze na koniec”, prawda. Tak mi się wydaje, że to takie było rozumowanie. Trudno mi dokładnie powiedzieć, ale tak to odbieram. Nawet dzisiaj, jak o tym myślę, to myślę, że i tak było takie... no nie wiadomo było, co się z nami stanie.

  • Tamto miejsce, Ochota, Zieleniak, to tak naprawdę miejsce, na którym zginęło wielu cywilów w rzezi Ochoty.

Na samym Zieleniaku to ja nie powiem, specjalnie nie było jakichś akcji. Mówię, tylko chodzili, tam te dziewczyny wyciągali, te młode kobiety. Nie wiem, czy jeszcze tam komuś jakieś robili, bo tam właściwie nie było takiej młodzieży męskiej, żeby mogli się tam mścić na nich czy coś, że to Powstańcy czy coś, nie. To byli przeważnie ludzie, tacy normalni obywatele, że tak powiem, z rodzinami. Dużo było starszych ludzi i dzieciakami byli, zwykli ludzie po prostu.

  • A poza tymi dziewczynami, których szukali z latarkami, czy czuła pani, że coś wam grozi?

Właśnie myśmy chronili tak swoją kuzynkę, że taki tobół z pierzyną był spięty tymi pasami, no to ona obok tego tobołu leżała, a jak widzieliśmy, że oni... Bo to widać było, jak idą, oni latarkami sobie świecili, bo było przecież [ciemno]. Łuny, pożary to były z daleka, to był tylko taki poblask, ale jak chcieli zobaczyć, kto tam, to sobie świecili. To myśmy wiedzieli, że ktoś się zbliża, to jeszcze jej tam coś na głowę wrzucili, że to po prostu jeszcze jeden tobół leży. Głowę na niej się kładło, że nie było osoby po prostu. Pracowałam z koleżanką później już, po wojnie, która właśnie opowiadała, że ją wyciągnęli z tego pochodu w kartofliska i zgwałcili. Później po Pruszkowie to matka ją do Tworek wzięła, bo miała jakieś obrażenia, to musiała do szpitala trafić, opowiadała, opowiadała nam. Zresztą wszyscy którzyśmy tam pracowali, to przeważnie warszawiacy i wszyscy się dzielili swoimi przeżyciami.

  • W jaki sposób do was, bezpośrednio, do pani, do pani mamy, do babci odnosili się Niemcy czy ci właśnie „ukraińcy”?

Tak jak mówię, byli nastawieni na rabunek i polecieli dalej, poszli do następnych, bo nas szła chmara ludzi przecież, no i tak, ale osobiście to myśmy nie mieli z nimi styczności. Moja mama, mimo że była młoda, ale też była wycieńczona, wymęczona tym życiem, tym wszystkim, nie wyglądała widocznie zbyt apetycznie, żeby ją jeszcze jakoś wyciągać. W każdym razie tak jak mówię, ten Niemiec, który dokonywał selekcji w Pruszkowie, nas akurat skierował do tej grupy cywilów. Tak że można było mówić o pewnym szczęściu, że mieliśmy, to, że akurat [był] on, bo mógłby mamę wziąć za rękę i [skierować] na tamtą stronę, „a wy tutaj, stara, z dzieckiem idźcie do cywilów”, prawda. Jednak tego nie zrobił, to tylko ta jedna rzecz. Potem to nie mieliśmy tak [z Niemcami] do czynienia. Była normalnie żandarmeria, były posterunki w gminach, które były tam z ramienia władz i wszystkim tym kierowali, rządzili, ale bezpośrednich styczności z wojskami to myśmy już później nie mieli.

  • Jakie jest pani najgorsze wspomnienie z okresu Powstania?

Najgorsza to była ta droga z domu na Zieleniak, to było najgorsze według mnie. Potem to już jakoś nawet na tym Zieleniaku jak żeśmy ten kawałek swojego miejsca zdobyli, no to było cały czas czekanie nie wiadomo na co. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi, jakie są plany wobec nas, no i się czekało cały czas.

  • Czuje pani, że musiała dojrzeć, jako dziecko szybciej dorosnąć?

Bez wątpienia, bez wątpienia. Przecież tak samo do szkoły jeździłam na drugi koniec Warszawy. W końcu jak z Ochoty musiałam do placu Narutowicza dojść, potem tam „osiemnastka” chodziła z placu Narutowicza na miasto, no to do szkoły mama tylko raz ze mną wsiadła i powiedziała „Tu będziesz wysiadać”. I starczyło. Nikt dzieci nie odwoził ani nie odbierał. Potem też się samemu wracało tramwajem. A w ogóle życie nasze jako dzieci to się tak toczyło jak wszystkich dzieciaków. Najbardziej to właśnie się bałam... Ja na przykład wszędzie z mamą, jak jechała na przykład po towar gdzieś, żeby przywieźć to mydło czy coś, to było kilka tych adresów, to ja, o ile nie byłam w szkole i mogłam, to zawsze z mamą musiałam być, bo były przecież łapanki, było wszystko. Ja nie wyobrażałam sobie (czułam to zagrożenie), że mogę zostać sama nagle w tym domu i co ja zrobię, to ja wszędzie już chciałam być razem z mamą. Jak coś, to ja już wiem, że jestem z mamą. To już było takie dominujące uczucie, cały czas, że musimy być razem, no bo też łapanki, nie łapanki. Przecież były różne okoliczności – ludzie wychodzili z domu i ślad po nich ginął, prawda.

  • Opowiadała pani o bohaterskich sąsiadkach, które pomogły tej dziewczynie bez nóg, które zabrały ją wtedy na Zieleniak. Czy w takim życiu codziennym ludzie też sobie pomagali, czy była taka wrażliwość?

Właśnie, właśnie, widziałam jedną taką rzecz. Jeszcze muszę powiedzieć, właśnie odnośnie tego incydentu, że ponieważ ta pani dała swoje futro do niesienia tej matce starej, to futro, które dały matce tej dziewczyny do niesienia, to potem już, chyba już po wojnie, dowiedzieliśmy się, że one tego futra już nie odzyskały. Na tym się skończyło, tak że nie dość, że poświęciły wszystko swoje, co mogły, niosąc pomoc tej dziewczynie, to nawet ta jedna rzecz, którą uratowały, nie dotarła do nich potem.

  • Proszę powiedzieć, czy jak się spotkaliście z ojcem, to ojciec opowiadał, co się z nim działo?

Wie pani, ja nie bardzo pamiętam, bo każdy miał swoje przeżycia, opowieści się wtedy słyszało mnóstwo różnych, tak że trudno powiedzieć, co tam się działo. Za okupacji to też w tym okresie, kiedy ojciec musiał się ukrywać... Nie wiem, ile trwało to ukrywanie, w każdym razie przebywał i w Jabłonnie u znajomych, u rodziny jakiejś, i na Targówku mieszkał. W różnych miejscach mieszkał, tak że... Ludzie też nie chcieli udzielać schronienia za bardzo, bo jedną noc, pamiętam, musiał spędzić... Nie mieliśmy żadnego miejsca do przechowania i ciotka, która mieszkała na Siewierskiej, też na Ochocie, powiedziała: „Niech przyjdzie”. Też mieli małe mieszkanie, ale mówią: „Na jedną noc to...”. Ludzie sobie pomagali jednak. No to już jak sąsiedzi zauważyli, że ktoś tam jest, później ciotka mówi: „Musicie zabrać go, bo sąsiedzi powiedzieli, że pójdą do Niemców i powiedzą, że ona Żyda ukrywa”. Było zagrożenie dla wszystkich. A on się nie pytał, z jakiej racji go zabiorą, tylko po prostu się ukrywał, żeby go nie zobaczyli. Ale to warunki były takie, że na przykład ubikacja była na korytarzu. Ktoś zobaczył, jak idzie, nie jest tu mieszkańcem... Wszyscy się bali, przynajmniej tam. Nie wiem, byli ludzie, którzy ryzykowali i się nie bali, ale właśnie tak mi opowiadał ojciec. Nie musiał zresztą opowiadać, bo musieliśmy szukać na gwałt jakiegoś innego pomieszczenia, prawda, dla niego. Tak że były kłopoty, ale byli też i ludzie życzliwi, którzy jakoś mogli. I to właśnie było dlatego po tamtej stronie Wisły, że tam były lepsze możliwości niż tutaj w blokach, prawda. W dużej kamienicy trudniej się jest ukryć.

  • Ojciec walczył, działał w konspiracji?

Nic nie wiem. Podobno on coś tak mówił, gdzieś tam należał, ale to po tamtej stronie Wisły. A co później... Ja nawet nie wiem, czy on nie należał do czegoś, jak pracował w leśnictwie, bo po co by go brali na przesłuchania, jakby nie miał z tym nic wspólnego. Nie wiem, tam w tych lasach to było pełno partyzantów różnych nacji, więc nie wiem, czy już tam nie [należał], ale o tym się nie rozmawiało, bo im się mniej wiedziało, tym było bezpieczniej. Wiem, że przychodzili, bo później robili u nas rewizję, kilka razy byli. Po cywilnemu przychodzili i wszystko kotłowali. Nawet łóżko było zasłane, to szukali, czy czasem się nie schował tam. Jeszcze mamę namawiali: „Niech się zgłosi, przecież tylko przesłuchanie będzie, tam coś zezna i to...”. Mama cały czas twierdziła, że nie wie, co się stało. Poszedł i nie wie, czy odszedł, czy w ogóle... nie wiemy, co się dzieje, i koniec. I tak to właśnie [wyglądało], tak że o jakiejś działalności to trudno mi powiedzieć.

  • Proszę powiedzieć, czy to przejście przez Pruszków, ten obóz w Pruszkowie, to była taka ostatnia styczność z żołnierzami wojsk niemieckich?

Tak, bo właśnie same te warunki, które tam były, to też przecież... To było kłębowisko ludzi, te hale puste, kto co miał, to na tych tobołkach spali albo na gołej ziemi, bo tam były takie te betonowe, jakby to nazwać, perony. Kłopoty z żywnością, tą zupę przywozili, to kto złapał, to miał. Tak jak mówię, długo nie byliśmy w Pruszkowie. Owszem, siedzieliśmy, tam kiedyś przechodził taki oficer niemiecki w białym fartuchu, że to niby lekarz, i pielęgniarka koło niego szła... Nie wiem, dokąd oni szli, czy coś, bo nie było jakiejś zorganizowanej pomocy rannym czy jakimś chorym. Zresztą tam nikt nie był specjalnie zdrowy po tych przejściach.

  • Jak po latach ocenia pani Powstanie Warszawskie?

Niewiele mi się zmieniła ocena. Przede wszystkim żal całego pokolenia młodzieży, które zginęło. Jeszcze chciałam tu powiedzieć przy okazji, skoro rozmawiamy na te tematy. Po wojnie była tragedia – po wojnie już – masa młodzieży zginęła, zostały stare matki. Kiedyś kobieta nie pracowała, nie miały emerytury, one liczyły... Te dzieci zginęły, bieda była okropna wśród tych matek, które straciły dzieci w Powstaniu. To była jedna tragedia. A druga, że rzeczywiście całe pokolenie młodych chłopaków zginęło – po prostu nie było za kogo wyjść za mąż. Było dużo kobiet, dziewczyn, młodzieży i tych, które dorastały, i nie było partnerów. Wtedy właśnie zaczęły się takie różne sytuacje męsko-damskie, które prowadziły do różnych incydentów, że tak powiem. Tak że to miało aspekt taki obyczajowy, oprócz wszystkiego. Masa takich staruszek, która żebrała potem, chodziła, no bo kto im miał co dać?
Kraj był też zrujnowany. Gołymi rękami odgruzowywaliśmy. Pamiętam, jak się cegły wyciągało z tych ruin, ustawiało w pryzmy i z tego później budowali. Nie powiem, czasy były ciężkie, ale tak jakoś nie brało się tego... No nie wiem, może tam na wyższych szczebla tak, ale ludzie, po prostu ci zwykli ludzie, nie patrzyli na to jakoś z punktu widzenia politycznego, że tamci odeszli, tu przyszła nam nowa władza. Chodziło o to, żeby odbudować coś, co leży w gruzach, bo ludzie chcieli mieć gdzie mieszkać, chcieli żyć normalnie, prawda, a to tylko się mogło udać, kiedy wszyscy stanęli do roboty, nie patrząc na wynagrodzenie czy na jakieś tam inne dobra.
Dużo było młodzieży, nie tylko młodzieży, ale ludzi napływowych, bo jak wiadomo, jak się już zrobiło... No nasz dom był zburzony i nie było dokąd wracać. To od tego się zaczęło. Mama później, ponieważ była nauczycielką z wykształcenia, to później na wsi otworzyła szkołę. Ojciec nas odnalazł w międzyczasie i mama uczyła, a ojciec załatwiał sprawy, bo wszędzie trzeba było na piechotę iść. Ze wsi do stacji szło się osiem kilometrów. To nie było tak, że wsiadam i jadę. Inspektorat był w Tomaszowie Mazowieckim, a trzeba było do Strykowa dojść, potem ze Strykowa pociągiem do Tomaszowa i dopiero coś tam załatwić. Myśmy tak pomału, pomału, pomału wracali. Właśnie do tej szkoły, potem do Brzezin, potem do Warszawy i to też nie do Warszawy, bo nie wolno było, w Warszawie nie meldowali. Myśmy się zatrzymali w Miedzeszynie, no i tak się pomału wracało, po latach dopiero do miasta. Prędzej dostawali mieszkanie ci, którzy pracowali przy odbudowie, właśnie napływowi warszawiacy, którzy potracili mieszkania, nie mieli dokąd wrócić.


Warszawa, 13 sierpnia 2013 roku
Rozmowę prowadziła Magdalena Micuła
Adela Lecińska Stopień: cywil Dzielnica: Ochota

Zobacz także

Nasz newsletter