Aleksander Chmielewski
stopień
moździerzowy
formacja
armia generała Berlinga, II Batalion Szturmowy 2 Warszawskiej Dywizji Piechoty imienia Jana Henryka Dąbrowskiego
dzielnica
Praga
Aleksander Chmielewski. Jestem żołnierzem 2 Warszawskiej Dywizji Piechoty. Uczestniczyłem w wojnie jako żołnierz, a front, moja służba wojskowa zaczęła się w Rembertowie pod Warszawą we wrześniu 1944 roku.

  • Gdzie pan mieszkał? Gdzie mieszkała pana rodzina przed wojną?

Mieszkałem w Nowej Wilejce, obecnie jest to dzielnica Wilna. Nasze mieszkanie było praktycznie na rampie kolejowej. W 1939 roku, kiedy polskich żołnierzy ładowano do wagonów, to wszystko widziałem. Wagony przesuwano, podjechały pod nasze okna. Myśmy mieszkali niziutko, a cała rampa była znacznie wyżej. [Razem] z bratem podawaliśmy tym żołnierzom chleb na wysokim patyku. To był mój pierwszy kontakt z wojną. Z wojskiem kontakt miałem znacznie wcześniej, ponieważ w Nowej Wilejce był dość duży garnizon wojskowy, był 19 Pułk Artylerii Lekkiej, sławny 13 Pułk Ułanów Wileńskich i 85 pułk strzelców. Często bywałem na poligonie, patrzyłem, kiedy odbywali ćwiczenia, tak że byłem trochę przystosowany do służby wojskowej. Ćwiczyłem zresztą z nimi, jak uczyli się pływać w rzece. Przez Nową Wilejkę przepływa rzeka Wilenka, która w Wilnie wpada do Wilii, piękna rzeka.
W 1939 roku, kiedy wybuchła wojna, skończyłem szóstą klasę. Przed wojną było tak, że do gimnazjum zdawało się z szóstej klasy, dlatego siódmą klasę kończyli tylko ci, którzy chcieli uczyć się w szkołach zawodowych albo już dalej nie uczyli się. Ponieważ chciałem [iść] do gimnazjum, skończyłem szóstą klasę, zdałem do gimnazjum i 1 września rozpocząłem naukę w Gimnazjum im. Świętego Kazimierza w Nowej Wilejce. Mam ciekawostki: mundurek przedwojennego ucznia, jak przed wojną chodził uczeń do szkoły – ja, brat i siostra, rodzeństwo. Teraz już zostałem tylko ja.

  • Miał pan młodsze czy starsze rodzeństwo?

Brat był starszy a siostra młodsza. Ja byłem średnim. Brat był u Maczka. [Brata] wywieźli Niemcy, potem dostał się do Maczka; ja natomiast całą wojnę pracowałem na kolei.
Jak wybuchła wojna, to właściwie na Wileńszczyźnie tej wojny się nie odczuwało, ponieważ samoloty tak daleko nie sięgały. Jedna czy dwie bomby może spadły w Nowej Wilejce, ale wojska nie było. Dopiero kiedy 17 września weszły wojska rosyjskie, to właśnie z tamtej strony weszły na Wileńszczyznę. To był mój pierwszy kontakt, kiedy zobaczyłem Kozaka jadącego jak w wierszach Mickiewicza. Jadący Kozak w papaszy, z rozwiniętym płaszczem, na koniu, wjechał do Nowej Wilejki. [Byłem] zdziwiony, ponieważ pierwszy raz zobaczyłem żołnierza w takim stroju.
Zaczął się rok szkolny, poszliśmy do szkoły, ale to właściwie był tylko wstęp. Po Nowej Wilejce rozeszła się wieść, że we Francji powstaje polskie wojsko i że jest nabór do polskiego wojska. Znalazło się nas trzech – ja, Duda Pakulnis i Gienek Szańczuk (już obydwaj nie żyją). Postanowiliśmy dostać się do tego wojska z Nowej Wilejki, zrobiliśmy sobie plan. Zaraz jak tylko rosyjskie wojska weszły, po czym za parę dni przekazały całą Wileńszczyznę Litwie, to w tym czasie żadnego wojska nie było. Ale była komunikacja kolejowa, więc postanowiliśmy jechać przez Łotwę, ponieważ w Rydze można było dostać się na statek i [statkiem] można było dostać się do Francji. Tak też postanowiliśmy zrobić. Wieczorem we trójkę wsiedliśmy do pociągu, który podjechał (mieszkaliśmy przy rampie kolejowej) i pojechaliśmy w kierunku Turmont. Turmonty to była stacja graniczna po polskiej stronie, a Zengale była po stronie łotewskiej. Dojechaliśmy do Dukszt. W Duksztach nas zatrzymano. Zatrzymali nas kolejarze, ponieważ mój ojciec zorientował się w moich zamiarach i zadzwonił na granicę, że taki i taki może się tam znaleźć. To już był wieczór, trzymano [nas], powiedzieli, że rano odeślą nas z powrotem. Koło północy przyszedł tylko jeden kolejarz i powiedział: „Nie martwcie się”. Już wówczas w lasach przy łotewskiej granicy powstały polskie oddziały zbrojne. Powiedział, że przeprowadzi nas do granicy, wskaże którędy przejść granicę. Rzeczywiście nad ranem o świcie przyszedł, zabrał nas, wsadził do pociągu, który jechał w kierunku Turmont […]. Powiedział, że w Turmontach będą już na nas czekali partyzanci. Tak też było – rzeczywiście dwóch partyzantów czekało na nas. Zabrali nas i od razu przyprowadzili do lasu. W lesie kazali czekać do czasu, aż przyjdą po nas i wskażą, gdzie przejść granicę. Czekaliśmy, ale koło południa przyszła córka jednego z partyzantów, przyniosła nam placki (po wileńsku nazywają się bliny), cały talerz blinów i mówi: „Musicie uciekać i to jak najszybciej, ponieważ wasi ojcowie tutaj po was jadą”. Myśmy zdecydowali, że będziemy przechodzili granicę w dzień, koło południa. Udało nam się przejść przez granicę, weszliśmy do Zengale, do stacji kolejowej. Stały tam wagony kolejowe, a ponieważ mój ojciec był przed wojną kolejarzem, to byłem obeznany z podróżowaniem, często jeździłem, w 1938 roku byłem w Czechosłowacji. Ciekawostka – w Czechosłowacji do 1938 roku był ruch lewostronny, tak jak w Anglii. Dopiero Niemcy jesienią 1938 roku, jak anektowali całą Czechosłowację, wprowadzili ruch prawostronny. Moja matka była Czeszką i mamy siostry mieszkały w Czechosłowacji, cała rodzina była w Czechosłowacji.
Dostaliśmy się do wagonów a pod wagonami były skrzynie, w których w owym czasie przewożono akumulatory. Nie było pociągów elektrycznych, były tylko akumulatory, [które] oświetlały wagony. Zapakowaliśmy się w puste skrzynie po akumulatorach i tym sposobem przedostaliśmy się przez Rygę do estońskiej granicy. Przeszliśmy granicę późno wieczorem i kiedy przeszliśmy na stronę estońską, to Estończycy nas złapali i aresztowali. Siedzieliśmy do rana – dochodzenie, skąd, jak, co. Wszyscy rozmawiali po rosyjsku, myśmy po rosyjsku trochę rozumieli. Duda Pakulnis rozmawiał dobrze po rosyjsku i był tłumaczem. Mówimy im, że chcemy dostać się do Francji, bo tam powstaje polskie wojsko. Zaczęli się śmiać – dzieci, przecież mieliśmy po trzynaście lat. Duda Pakulnis był starszy, miał chyba piętnaście lat, a Gienek Szańczuk i ja byliśmy rówieśnikami, z tym że Gienek Szańczuk był w trzeciej klasie gimnazjum, a ja byłem w pierwszej klasie gimnazjum. Po dochodzeniu dowódca strażnicy powiedział, że wieczorem przeprowadzą nas na stronę łotewską i przekażą Łotyszom. Mieliśmy jedzenie, bawili się z nami, grali, przyprowadzili nam orkiestrę – było bardzo wesoło na granicy estońskiej.
Przekazali nas Łotyszom, Łotysze z powrotem przewieźli nas w kierunku polskiej granicy i też pod Zengele, na strażnicy, dowódca strażnicy – skąd, jak – wypytywali nas, dokąd chcemy jechać. Tłumaczyliśmy, dokąd chcemy się dostać. Mówi nam: „Już tam nie można się dostać. Pojedziecie z powrotem do Polski”. [Powiedział], że w nocy przerzucą nas na stronę polską. „Ale musicie uważać na przejściu, ponieważ granica jest już obstawiona przez rosyjskie wojska”. Była księżycowa noc, księżyc jasno świecił. Doprowadzili nas do samej granicy. Był rów z wodą i jako pierwszy miałem przeskoczyć ten rów. Udało mi się przeskoczyć, po cichu przejść i schować się w krzaki. Tereny były dzikie – błota, kępy, [więc] schowałem się w kępach i siedziałem, czekałem na Gienka. Przeskoczył, usłyszałem szelest, jak przechodził przez krzaki. Zawołałem jego [naszym specjalnym] sygnałem, podszedł do mnie i czekaliśmy na Pakulnisa. Duda skoczył, noga mu się obślizgnęła i wpadł do wody. Wtedy Rosjanie strzelili. Czekaliśmy dość długo – Duda nie idzie – byliśmy przekonani, że go trafili na granicy. Zdecydowaliśmy więc, że idziemy do Turmont. Poszliśmy do Turmont, wsiedliśmy do pociągu (pociąg był najlepszy, żeby można było się przespać). Zmęczeni, położyliśmy się spać na ławkach. Rano – budzę się – pociąg jedzie w kierunku łotewskiej granicy. Łotysze zastrzegli, że jeżeli jeszcze raz złapią nas na granicy, to nas rozstrzelają. Perspektywa nie była przyjemna, dlatego jak zobaczyłem, że pociąg jedzie w kierunku łotewskiej granicy, to zerwałem się i wołam: „Gienek, Gienek! Wstawaj! Wyskakujemy, bo pociąg jedzie do Zengele, na granicę łotewską!”. W tym momencie otwierają się drzwi przedziału i woła mój ojciec: „Tutaj są! Tutaj są!”. Skończyła się nasza wyprawa do Francji. Był ojciec Gienka Szańczuka i mój. Ojciec Gienka Szańczuka zamachnął się na mnie tak, jak by chciał mnie uderzyć, ale mój ojciec nie pozwolił mnie uderzyć, mówi: „Tam masz swojego”.
Przyjechaliśmy do Nowej Wilejki. Kombinowaliśmy, jak dostać się do gimnazjum. Mama zabandażowała mi rękę, że nie byłem przez pierwsze dni w gimnazjum, ponieważ miałem ranną rękę i tak się upiekło. Dyrektorem gimnazjum był już Litwin, ksiądz Mitis. Wydał zarządzenie, że od razu nie wolno mówić po polsku, tylko po litewsku. A przecież nikt z nas nie znał języka litewskiego, bo przed wojną litewski język u nas nie był znany, a litewska granica była zamknięta, w ogóle nie była czynna. Powstał bunt uczniów i z kolegami byłem członkiem – założycielem tego strajku. Zawieszono nas w czynnościach uczniów, po czym po paru dniach wyrzucono z gimnazjum. Ponieważ ojciec pracował na kolei (był inżynierem specjalistą od nawierzchni kolejowych, podtorza) zaproponowano ojcu albo zwolnienie z pracy, albo wyjazd w głąb Litwy, [gdzie] będzie mógł pracować na kolei. Ojciec po dyskusji z mamą zdecydował, że pojedziemy na Litwę. Podstawiono wagon i przesiedlono nas na Litwę. Pierwsza miejscowość to była Mažeikiai [Możejki], sławna teraz miejscowość, w której są duże zbiorniki na paliwo płynne. Byłem w tej miejscowości, poznałem Litwę, Litwini nas bardzo serdecznie przyjęli. Było dość dużo Litwinów, którzy rozmawiali po polsku. Zresztą inteligencja litewska rozmawiała po polsku, natomiast chłopi, robotnicy, pospólstwo (jak powszechnie się mówi) – z nimi komunikowano się po litewsku. w szczególności szlachta między sobą rozmawiała po polsku. Tym sposobem ojciec nawiązał kontakt z Litwinami – Polakami, którzy tam mieszkali.
Najpierw byliśmy w Mažeikiai, potem w Krusenei. Byłem w szkole rosyjskiej, bo już byli Rosjanie i założyli w Szawlach szkołę rosyjską. Ja z bratem byliśmy w szkole rosyjskiej, a siostra była w szkole litewskiej. Była najmłodsza, to wydawało się, że [będzie] jej najłatwiej nauczyć się litewskiego. Rzeczywiście nauczyła się.
Wybuchła wojna niemiecko-rosyjska, tośmy się chowali, bo mieszkaliśmy przy samym dworcu kolejowym i Niemcy bombardowali szlak kolejowy. Padły bomby, więc uciekaliśmy stamtąd. Jak już Niemcy przemaszerowali… Wtedy o mały włos byłbym zginął. Niemcy zabrali mnie do przynoszenia wody koniom, bo jechała kawaleria niemiecka. Niemcy jechali samochodem, jeden krzyczał: „Przywo! Przywo!”. Nie zrozumiałem, o co chodzi. Wyciągnął pistolet i zaczął celować we mnie. Schowałem się za konia – odjechali. Później dowiedziałem się, że to był Mazur i po mazursku przywo to jest piwo i wołał, żeby jemu przynieść przywo.
Rosjanie wyrzucili mnie ze szkoły – nie bardzo pasowałem do tej szkoły. Brat skończył ósmą klasę, ja byłem w siódmej klasie szkoły rosyjskiej, ale nauczyłem się po rosyjsku. Nauczyłem się [też] matematyki, [która] rzeczywiście tam bardzo wysoko stała. Od tego czasu bardzo polubiłem matematykę, zwłaszcza geometrię.
Zacząłem pracować. Ponieważ ojciec pracował na kolei, to wziął mnie do siebie do pomocy. Wtedy jeszcze nie było urządzeń takich jak dzisiaj – ksero i [inne] techniczne urządzenia – była linijka, nazywano mnie pracownikiem liniowym. Kreśliłem linie, robiłem wszystkie tabelki, byłem pracownikiem liniowym. To mi nie odpowiadało. Poszedłem do warsztatu. Nauczyłem się, jak się otwiera kasy pancerne, naprawia maszyny do liczenia, ale uciekałem do kuźni. Nie miałem wyładowania, byłem silny i wydawało mi się, że potrzeba mi takiej pracy. W kuźni byłem pomocnikiem kowala. Ale strzeliło mi do głowy – lepiej na parowóz. Poszedłem do warsztatów naprawy parowozów. Warsztaty były w Szawlach, a już mieszkaliśmy w Szawlach. Sprawnie mi to szło i jak przywożono parowozy do naprawy, to dyrygowałem, gdzie postawić parowozy, zrobiłem się jakby majstrem od tego. To był 1942 rok, zrobiłem egzamin na pomocnika maszynisty. Musiałem znać budowę parowozu, obsługę parowozu, umieć palić ogień w parowozie. Wszystko mi [dobrze] wychodziło, byłem młodym chłopakiem, a już jeździłem na parowozie. Do końca 1943 roku jeździłem na parowozie na Litwie, Łotwie, [również] Estonia, Kretynga, aż pod Morze Bałtyckie, Kłajpeda, tamte rejony. [Mam jeszcze] legitymację, która przechowała się jakimś cudem – legitymację pomocnika maszynisty. Na legitymacji jest napisane Chmielauskas Aleksandras, natomiast ja podpisałem: A. Chmielewski. Oberwałem po uchu i dopisałem „s” – wyszło: Chmielewskis. To właśnie litewska maniera, do dzisiaj zresztą na tym tle jest wojna na Wileńszczyźnie, bo Litwini na siłę chcą zmieniać nazwiska na litewskie, to znaczy dopisywać [końcówki] -is, -as, ale niektóre polskie nazwiska bardzo śmiesznie brzmią. Miałem przyjaciela, który nazywał się Uszak, dopisali mu -as. Uszakas. Nie chciał się na to zgodzić, to mu dopisali -is i był Uszakis. Ani tak, ani tak nie pasowało.

W tym czasie Niemcy wywieźli brata pod Psków (dowiedziałem się potem, że jest pod Pskowem), a ojciec zwolnił się z kolei i zaczął zaopatrywać Wilno w artykuły spożywcze. Ponieważ Litwa była bogata w artykuły spożywcze, to doszło do tego, że ojciec wiózł cały wagon produktów, ale Niemcy go nakryli. Ojciec poturbował Niemca, sam wyskoczył z wagonu i uciekł. Zdążył jeszcze przybiec do mieszkania i krzyknął przez okno: „Wynosić mąkę z domu!”. Ponieważ akurat byłem w domu (wyjazdy miałem w różnych porach dnia), więc szybko wynosiłem to z mieszkania na podwórko. W momencie jak wyniosłem ostatni worek mąki, przyjechali bryczką Niemcy z tym, który przyprowadził ich do mieszkania. Weszli do mieszkania, patrzą. Zdążyłem położyć się do łóżka i śpię. Niemiec przychodzi, patrzy, ogląda się – wisi mój mundur kolejowy; pyta się, czyj to jest. Mama mówi: „To jest mundur syna”. – „A gdzie on jest?”. – „A śpi”. Udawałem, że śpię. Popatrzyli, poszli. Ojciec schował się u Litwinów (u szlachty polskiej na Litwie) i tam przebywał dość długo, parę miesięcy. Trzeba było ojca stamtąd zabrać, bo już zaczynało to być niebezpieczne. Byli też tacy Litwini, którzy mogli Niemcom donieść, że tu ukrywa się Polak. Miałem akurat kurs parowozem z Szawel do Wilna. Pod węglem na tendrze, na parowozie, zrobiłem legowisko pod skrzynią – miejsce, w którym schowałem ojca. Brat przywiózł ojca, a ja w nocy schowałem go na tendrze pod węglem i przewiozłem do Wilna. W Wilnie wysadziłem go i już tam ojciec się schował.
Wróciłem z powrotem pociągiem (bo żeśmy przeciągali pociąg) do Szawel. W Szawlach był duży obóz jeniecki jeńców rosyjskich. Jak jeździłem na parowozie, tośmy przewozili te pociągi. Temperatura minus trzydzieści pięć – minus czterdzieści stopni, a rosyjskich jeńców Niemcy wieźli w odkrytych wagonach, węglarkach. Jak przetaczaliśmy potem wagony do wyładunku, to [widzieliśmy], że obgryzione kości niektórych jeńców wyrzucano z wagonów. Tak, to było straszne.
Długo tam nie byłem, bo na jesieni 1943 roku przeprowadziłem się do Wilna. Poprosiłem o przeniesienie do Wilna, dostałem przeniesienie do Wilna. Byłem też pomocnikiem maszynisty na tak zwanych pociągach ratowniczych. Jak partyzanci wysadzili na minach pociąg w powietrze, to braliśmy pociąg ratunkowy – była brygada, która naprawiała torowiska i uprzątała złom. Raz też trafiłem na minę, wysadziło nas na minie, szczęśliwie nic mi się nie stało, ale zrzuciło nas z torowiska. Powiedziałem: dość tego, pomyślałem, że lepiej, jak to ja będę podkładał miny [niż] mają podkładać miny pode mnie. Znowu z Gienkiem Szańczukiem i innym [kolegą] z Wilejki, Fredkiem Rudzińskim, postanowiliśmy [iść] do partyzantki.
Oddziały partyzanckie AK były już na Wileńszczyźnie dość mocno rozwinięte. Nawiązaliśmy łączność – była łączniczka Sabina (Sabka), [która] przeprowadziła nas do 3. brygady „Szczerbca”. Koniec lutego – marzec już byłem w 3. brygadzie „Szczerbca” AK. Byłem w kompanii cekaemów – to była tylko nazwa, bo cekaemów żadnych żeśmy nie mieli. Ponieważ nie miałem broni, to nie uczestniczyłem w żadnej akcji bojowej, bo tylko ci, którzy mieli broń, chodzili na akcje. Byłem w oddziale. W Wilnie było takie powstanie jak w Warszawie, pod nazwą „Ostra Brama”. Oczywiście byłem szeregowym żołnierzem, miałem osiemnasty rok, to niewiele wiedziałem o tym, co się działo, ale były rozkazy i dostaliśmy rozkaz: marsz na Wilno. Szliśmy na Wilno. Był u nas oddział specjalny, którego [dowódcą] był Iwaszkiewicz, miał pseudonim „Ojciec”. „Ojciec” zginął, bo zaatakowali [wtedy], jak z Nowej Wilejki do Wilna jechał pociąg pancerny. Oddział „Ojca” uderzył na pociąg pancerny. Straszna była bójka. Prawie wszystkich wystrzelano, między innymi zginął „Ojciec” (pod Kolonią Wileńską). Myśmy się o tym boju dowiedzieli. Przyszliśmy pod Wilno, a Rosjanie nas do Wilna nie wpuścili. Siedzieliśmy pod Wilnem, czekaliśmy, a dowództwo nawiązało rozmowy z dowództwem rosyjskim, czy mamy wejść, czy nie wejść. Jako partyzanci chcieliśmy tam wejść, że Wilno zdobyła polska partyzantka, AK. Wtedy już włączyli się do tego Litwini i Litwini kategorycznie „nie” i nas do Wilna nie wpuszczono. Pozwolono, że kto chce, to może pójść do Wilna, odwiedzić. W Kolonii Wileńskiej – to była miejscowość między Wilejką a Wilnem – czekały nasze wszystkie oddziały. Pobiegłem do Wilna spotkać rodziców. Dom, w którym mieszkali moi rodzice, został zbombardowany, ale dowiedziałem się, gdzie [są rodzice]. Spotkałem się z ojcem, ojciec powiedział, gdzie się przenoszą. Wróciłem do oddziału. Wtedy dostaliśmy rozkaz, żeby przemaszerować do Puszczy Rudnickiej. Dowiedzieliśmy się z rozkazu, że mamy przebić się przez front na drugą stronę i wejść do akcji w Warszawie. Szliśmy na Puszczę Rudnicką, ale jak maszerowaliśmy, to cały czas obserwowały nas samoloty – tak zwane kukuruźniki, dwupłatowce. Weszliśmy do Puszczy Rudnickiej, już był późny wieczór, ciemno. To był czerwiec. Położyliśmy się spać. Rano budzę się, patrzę – rozgardiasz. Skrzynie z amunicją rozwalone, skrzynie z dokumentami rozwalone, wszystko porozrzucane, gdzieniegdzie żołnierze. Dowódcą naszej kompanii [był] porucznik „Toporek”. Mówię: „Co się dzieje?”. – „Stoimy tu, czekamy na dalsze rozkazy”. Rozkazów żadnych nie było, ale pojawili się Rosjanie, otoczyli nas, rozbroili – musieliśmy wszyscy zdać broń. Nie miałem co zdawać, ale jak [wszystko] było rozrzucone, to patrzę – leży mały pistolet. Złapałem ten pistolet i pod spodniami przywiązałem sobie do nogi. Pistolet przeniosłem aż do Wilna.
Prowadzono nas do Wilna. Był jeden kapitan NKWD i on jeden prowadził całą naszą brygadę. Rosjanie zgromadzili nas wszystkich do kupy i on jeden nas prowadził, tak że jak ktoś chciał, to była możliwość ucieczki. Zwłaszcza kiedy szliśmy przez las, to była idealna możliwość do uciekania. Ale rozkaz był: „Nie uciekać, wszyscy razem idziemy do Wilna”. Poszliśmy do Wilna i naszą brygadę zgromadzono nad Wilenką. Ulica nazywała się Kopanica, to było pod budynkiem technikum mechanicznego. Pod tą szkołą nas zgromadzono, siedzieliśmy pod płotem na ulicy. Ulica była szerokości może pięć, sześć metrów, masę ludzi zebrało się na chodniku nad brzegiem Wilenki. Każdy spotykał swoich, witał. Ale porucznik „Toporek” jeszcze powtórzył rozkaz: „Nie uciekamy, trzymamy się wszyscy razem”. Siedzimy pod płotem, a enkawudzista z karabinem przechodził tam i z powrotem, pilnował nas, żeby nie uciekać. W pewnym momencie patrzę, że siedzący obok mnie porucznik „Toporek” zdejmuje opaskę z ręki, chowa ją pod marynarkę, po czym zdejmuje marynarkę i tak siedzi. Enkawudzista przeszedł obok nas, poszedł dalej i jak był odwrócony tyłem, to porucznik „Toporek” wstał, ludzie na chodniku rozstąpili się, wskoczył w tłum, ludzie zeszli się i już jego nie było. Po chwili patrzę, że inny żołnierz – znowu. Myślę – to na co mam tu czekać? Jak wszyscy uciekają, rozkaz niespełniony, to ja też. Miałem zieloną marynarkę, opaskę na ręku. Zdjąłem opaskę, furażerkę wsadziłem pod pas, pod marynarkę. Marynarkę miałem na sobie. Jak enkawudzista przeszedł, to wstałem, ludzie rozeszli się, wskoczyłem w tłum, ludzie zstąpili się. Skoczyłem w dół, do brzegu Wilenki. Był tam budyneczek mieszkalny, wskoczyłem i mówię do [będącego tam] człowieka, żeby mi zabrał rzeczy. Odsunął w kuchni szafkę kuchenną, miał już pełno rzeczy, różnych ubrań, wziął moją marynarkę (zielona marynarka rzucała się w oczy), zostałem tyko w koszuli. Wpakował to do dołu – była tam piwnica. Wyszedłem i poszedłem brzegiem Wilenki. Idę, było ciepło, masa żołnierzy rosyjskich kąpie się w rzece. Myślę – to ryzykowne, takie maszerowanie sobie brzegiem. Przecież każdemu będzie rzucać się w oczy, że człowiek w tym wieku musiał być raczej w partyzantce, a nie tutaj. Schowałem się pod mostem. Słyszę rytmiczny marsz wojska, śpiewają legionowe piosenki, maszerują. Wychyliłem się, patrzę – enkawudziści na koniach przeprowadzali do pierwszego obozu Miedniki. Pod Wilnem był obóz, w którym gromadzono wszystkich partyzantów AK. Siedziałem pod mostem i myślę sobie – kto tu jest bohater? Czy oni, czy ja, który się schował pod mostem? Tamci śpiewają, bohaterowie, a ja co? Pod mostem siedzę. Ale zostałem pod mostem, nie rozważałem.
Jak zaczęło robić się ciemno, to pobiegłem do domu. Spotkał mnie ojciec. Było tam dwóch oficerów rosyjskich, jeden Gruzin – pułkownik, dowódca formacji pancernej. Byli pod gazem, widocznie ojciec poczęstował ich wódką. [Jeden] mówi: O! Eto nawierno partizan!. Wyciąga z kabury nagan i do mnie z naganem. Był drugi pułkownik i mówi do niego: Bros, nie strieliaj! Rzeczywiście posłuchał jego, schował nagana. Wycofałem się, odwiązałem pistolet, który miałem przywiązany do nogi, schowałem do kieszeni i myślę – jak co, to będę [strzelał]. Ale mój ojciec zorientował się: „Broń Boże, nie wyciągaj pistoletu”. W końcu wyszli, poszli.
Na marginesie – kiedy jeszcze byłem w oddziale, o czym nie wiedziałem (potem powiedział mi ojciec), że z tym drugim pułkownikiem (nie Gruzinem) jeździli samochodem i szukali mnie, gdzie jestem, bo chcieli mnie zabrać do domu. Nie znaleźli mnie, a ja przyszedłem sam do domu.
Następnego dnia poszedłem od razu do parowozowni zameldować się na parowóz. Nie wzięto mnie na parowóz, tylko kazano mi [iść] do brygady. To była brygada, która miała w Puszczy Białowieskiej ładować drewno, bale na odbudowę parowozowni, która była zniszczona w czasie bombardowania. Pułkownik Tubis był u mnie pracownikiem. Pojechaliśmy wtedy do Olkienik. Każdemu dali konserwy ([wieprzowe] mięso) – to była swinnaja tuszonka. Każdy dostał po jednej konserwie. [W Olkienikach kazali] zabrać się za ładowanie drewna. Kiedy tam przyjechaliśmy, było nas chyba dziesięciu, cała brygada. Jak zobaczyłem to drewno – długie kloce, olbrzymie, z puszczy. Spróbowaliśmy to ruszyć linami. Z miejsca nie mogliśmy ruszyć. Tubis był najstarszy z nas, a reszta to wszystko byli chłopcy w moim wieku, osiemnaście, dziewiętnaście lat. Próbujemy to ruszyć – nie da rady. Zrezygnowaliśmy. Było tam jeszcze dużo Litwinów – jeszcze zrobiliśmy skok na Litwinów, żeby zdobyć trochę prowiantu. Co robić? Zdecydowałem, że wracamy do Wilna. [W Wilnie] poszedłem do dyrekcji kolejowej, gdzie była dyrekcja brygady. Zgłosiłem, że nie możemy tego ruszyć. Dyrektor dzwoni na NKWD. Już nie czekałem, dopóki wezwie NKWD, tylko po schodach z czwartego piętra pobiegłem w dół. Krzyknąłem do chłopców: „Uciekamy!”. I wszyscy uciekliśmy. Jak uciekałem, to na schodach już minąłem się z enkawudzistami ([można] było ich poznać, bo mieli niebieskie otoki). Uciekłem do domu i siedziałem w domu. Mieszkaliśmy wtedy na Zwierzyńcu, tak nazywała się ta dzielnica. Znalazł się „dobry” Polak, który zameldował, że tu jest akowiec, partyzant – widocznie musieli zorientować się, że to partyzant. W nocy stukają do drzwi: Otkrojtie! NKWD! U nas w kuchni była piwnica, więc ja [wskoczyłem] do piwnicy, ojciec zakrył [wieko]. Otwiera, patrzyli, szukali, pytają: „Kto tu mieszka?”. Popatrzyli, popatrzyli – poszli. Parę dni się chowałem.
W tym momencie rozeszła się w Wilnie wiadomość, że będzie nabór do polskiego wojska – wtedy mówiło się: armia Berlinga. Zaczynał się okres, kiedy [brali] do wojska. Zgłosiłem się do urzędu, gdzie był pobór do polskiego wojska. Kolejka olbrzymia, [dużo] ludzi zgłosiło się od razu, bo w mig rozeszło się po Wilnie, że jest pobór do polskiego wojska, jedziemy na front. Stanąłem w kolejce. Nie miałem jeszcze osiemnastu lat. Dochodzę do stołu, gdzie siedzieli oficerowie. „Imię, nazwisko. Ile masz lat?”. Mówię: „Osiemnaście”. – „A który rocznik? – patrzy. – E, jeszcze za młody. Idź do domu”. Wypędzili mnie, ale obszedłem, stanąłem w kolejce i znowu stoję. Podchodzę już do drugiego stolika. „Ile masz lat?”. – „Dziewiętnaście”. – „No dobrze. Dobrze. Tam przejdź”. Przeszedłem – zmierzyli, zważyli. Dostałem od razu poświadczenie, że jestem z poboru do polskiego wojska. Już wtedy mogłem chodzić swobodnie po mieście. Powiedzieli, że dostaniemy zawiadomienie, kiedy będziemy wyjeżdżali w kierunku Polski. Trwało to parę dni. Koniec lipca początek sierpnia dostaliśmy zawiadomienie, żeby zgłosić się do wyjazdu. Zebranie było na Łukiszkach (sławne więzienie) – zbiórka wszystkich. Potem przemarsz na dworzec kolejowy, zapakowano nas do wagonów kolejowych towarowych i pojechaliśmy.
Jechaliśmy trzy dni, wysiedliśmy w Białymstoku w [dzielnicy] Dojlidy (do dzisiaj znane, chyba jest tam teraz browar). Był tam zapasowy pułk. W pułku nas umundurowano i wszystkich nas, którzy byli w AK, wydzielono i zostaliśmy umundurowani oddzielnie, tak że byliśmy znaczni. Dostaliśmy takie bluzy, które miało polskie wojsko na Zachodzie, jasne, beżowe spodnie, oczywiście owijacze, bo innych butów nie dostawało się i szare płaszcze. Od razu byliśmy widoczni, że to była kompania byłych akowców. Byliśmy w Białymstoku, była przysięga, po czym przywieziono nas do Rembertowa. W Rembertowie na terenie Akademii Wojskowej była zbiórka wszystkich (przyjechał duży pociąg ludzi), staliśmy w szeregu. Przyszli kupcy z jednostek poszczególnych formacji kupować nas do poszczególnych formacji. Jeden, drugi, już wszystkich moich kolegów zabrano, a ja stoję. Czekam, w końcu przychodzi plutonowy czy sierżant, przygląda mi się, przygląda: „Chcesz się uczyć?”. – „Tak”. – „To wystąp”. Wystąpiłem. Tym sposobem trafiłem do 2. szkolnego batalionu 2. [Warszawskiej] Dywizji Piechoty. Przymierzyli – „O, ty jesteś taki silny chłopak – do moździerzy”. Moździerz – trzeba wiedzieć, co to jest. To są trzy części, z których każda waży dwadzieścia jeden kilogramów. To nosi się na plecach. Do tego jeszcze karabin, amunicja, granaty [przy pasie] – w sumie prawie pięćdziesiąt kilogramów nosiło się na plecach. Z tym chodziliśmy na ćwiczenia, bo były zajęcia. We wrześniu już byłem [w batalionie]. Mam wszystkie dokumenty i zaświadczenia, ale w tej chwili są w Górze Puławskiej, ponieważ w Górze Puławskiej 14 października jest rocznica (raczej już pożegnalna) nadania szkole imienia 2. Warszawskiej Dywizji Piechoty. Miejsce pod tą szkołą forsowała nasza dywizja (jeszcze wtedy, kiedy nie byłem w niej, ale 4. pułk forsował tam Wisłę). Dokumenty, łącznie z moimi odznaczeniami tam są, bo będzie dla młodzieży wystawa wszystkich naszych odznaczeń. Będzie święto, raczej pożegnalne, chyba już ostatnie spotkanie, bo już nie ma komu tam jeździć.
  • Czy oficerowie chodzili w polskich mundurach?

W polskich mundurach.

  • Jaka była atmosfera w oddziale?

W oddziałach była bardzo fajna atmosfera. U nas zastępcą dowódcy kompanii do spraw politycznych był powstaniec warszawski, który przedostał się do nas z Warszawy. Nie wiem, czy jeszcze Powstanie było, czy nie. Był kapralem podchorążym i był zastępcą dowódcy kompanii do spraw politycznych. Zaraz w pierwsze dni przychodzi do mnie, przygląda mi się i mówi: „Słuchaj, czy nie chciałbyś robić żołnierzom rano prasówki?”. Pomyślałem sobie – prasówki? – „Nie, nie chcę”. Mówi mi: „Wiesz, bo awansowałbyś szybko…”. – „To co? To znaczy, że byłbym politycznym?”. – „No tak, byłbyś politycznym, prowadziłbyś prasówkę”. – „Nie, dziękuję. Wolę swoje”. Dostałem od razu funkcję celowniczego przy moździerzu, to myślę – tam będę miał swoją funkcję. Nie zgodziłem się. Zgodził się inny kolega, który potem się na mnie odgryzł, już na froncie.

  • Czyli były też szkolenia polityczne?

Szkolenie polityczne oczywiście było, ale nie tego rodzaju, że przychodzi jakiś politruk… Przychodził właśnie [zastępca dowódcy kompanii do spraw politycznych].
W tym czasie dużo mówiono na temat Powstania Warszawskiego. Wśród nas było tak, że właściwie nie wiedzieliśmy dokładnie, czy Powstanie skończyło się, czy nie skończyło, i też chodziły głosy, dlaczego nie przystępujemy do Powstania. Ale żołnierz jest żołnierzem, rozkaz jest rozkazem – mogliśmy tylko wykonywać rozkazy. Pamiętam, jak nasz 6. pułk był przeznaczony do forsowania Wisły i do przejścia na stronę Powstania. Pamiętam, jak zginął jeden z oficerów (nazwiska nie pamiętam) – był pogrzeb, strzelałem salwę honorową na pogrzebie tego żołnierza w Rembertowie.
Do 14 stycznia 1945 roku byliśmy w pogotowiu, natomiast już 16 stycznia był rozkaz wymarszu. 17 stycznia przeszliśmy do Warszawy. Przeszliśmy po lodzie, w pełnym uzbrojeniu. Jak wyglądała Warszawa? Jeżeli ktoś widział zdjęcia, to był to po prostu fragment tego, co było. Chyba tydzień byliśmy w Warszawie i jako patrole chodziliśmy po Warszawie. Byliśmy na placu Trzech Krzyży, byliśmy przy kościele Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Jak wyglądała Warszawa – to było przerażające! To było przerażające! I ta świadomość… Świadomość, że byliśmy po drugiej stronie i nie mogliśmy udzielić jakiejś pomocy. To było dla nas męczące.
Po kilku dniach postoju w Warszawie ruszyliśmy frontem na Brześć, Kowel, Inowrocław, Włocławek – do Bydgoszczy. W Bydgoszczy staliśmy parę dni i z Bydgoszczy poszliśmy na Wał Pomorski. Byliśmy, dokładnie – Mirosławiec, Wałcz. W Wałczu nasza dywizja wzięła półtora tysiąca Niemców do niewoli. Za dzielną postawę pluton, w którym byłem, dostał rozkaz przeprowadzenia Niemców na tyły, do sztabu frontu. Myśmy musieli ich zdać do sztabu dywizji do miejscowości Greifenberg (po polsku – Gryfice). Dokładnie pamiętam, bo to było Józefa, a dowódcą naszego plutonu był Józef Huber; zdaliśmy Niemców i noc mieliśmy – hulaj dusza, piekła nie ma. Żeśmy świętowali Józefa.
Przeprowadzenie Niemców było ciężkie, prowadziliśmy ich tydzień. Nie chcieli iść, było ciężko, kilku Niemców zginęło po drodze. Ich dowódca, pułkownik, Niemiec, zastrzelił się sam. Nie oddał się do niewoli, tylko się zastrzelił. Był drugi pułkownik, którego zabrali Rosjanie. Wśród jeńców byli także „własowcy” – ci, którzy w Armii Czerwonej przeszli na stronę niemiecką. Jak przechodziła, jechała jakaś kolumna rosyjska, to zawsze pytali: „Własowców” u was jest? – No, jest. – Gdie? Pokazywaliśmy. Brali ich. Ci, co się schowali, to schowali, ale jak nie, to ich zabierali. Co z nimi robili – nie wiemy.
19 marca przekazaliśmy wszystkich jeńców do sztabu armii, a sami poszliśmy w kierunku północnym na Kamień Pomorski. Byliśmy nad morzem. Tam właśnie [był] pułk artylerii haubic z naszej dywizji. Między innymi ostrzelali niemiecki statek, który zatonął (teraz jest cała historia z tym statkiem). Widzieliśmy, jak to wszystko się działo, jak płynął. (Teraz mówią, że to byli wypędzeni przez Polaków. To nieprawda. To wszystko byli ludzie, których Niemcy wypędzali z Prus Wschodnich, bo Prusy Wschodnie były okrążone przez pierwszy front białoruski. Okrążone były całe Prusy Wschodnie, Niemcy wypędzali stamtąd wszystkich na statki i wywozili). Myśmy byli na linii, na okopach nad Kamieniem Pomorskim. W Kamieniu Pomorskim jest nasza tablica pamiątkowa (były piękne, duże uroczystości).
Mam zdjęcie, jak dla dywizji przeprowadzałem prowiant. Żeśmy przeganiali bydło z terenów Pomorza aż nad Odrę. Dzięki temu dywizja miała pożywienie.

  • Z Kamienia Pomorskiego poszedł pan w kierunku Berlina?

Nie od razu w kierunku Berlina. Poszliśmy nad Odrę, ale północną częścią. Dopiero jak przeszliśmy Odrę, tośmy skierowali się w kierunku Berlina. Z tym że nasza dywizja w samym Berlinie nie uczestniczyła w [walkach], tam walczyła 1. Dywizja. Myśmy byli bardziej na północ i mieliśmy zadanie przecięcia marszu jednostkom niemieckim, które szły z północy na pomoc Berlinowi. Myśmy z nimi starli się koło Oranienburga nad Kanałem Lipińskim. Bardzo ciężkie boje, [w których] zginął nasz dowódca batalionu. Zastępca dowódcy batalionu [został] ciężko ranny, urwało mu rękę. Myśmy moździerzami pracowali bardzo ciężko, cały czas strzelaliśmy z moździerzy. Muszę powiedzieć o moździerzach, bo sprawa żołnierzy, moździerzystów, którzy tutaj byli aresztowani, leży do dzisiaj bardzo głęboko na sercu. W moździerzach jest taka zasada, że nigdy pocisk następny nie trafi w miejsce pocisku poprzedniego. Nigdy. […] Moździerz składa się z trzech części: płyta oporowa, lufa i lafetka (dwójnóg, lafetka). Lufa oparta jest na dwójnogu, lafetce i o płytę oporową. Płyta oporowa ma lemiesze, które wbijają się w ziemię. To jest broń tak zwana bezodrzutowa, ale siła uderzeniowa musi się gdzieś rozładować, więc szła w płytę oporową. Wystarczyło, że płyta oporowa zmieniła swoją pozycję o centymetr, to pocisk leciał paręset metrów w innym kierunku. Nawet wszystkie doświadczenia, jakie robiono z moździerzami, to jest tylko opowiadanie ludziom bajek. Zadzwoniłem do panów pułkowników – nie chcieli ze mną rozmawiać. Powiedziałem, że byłem celowniczym na froncie, to znam, co to jest moździerz i jak się z niego strzela, [jaki jest] jego rozrzut i posądzenie, że celowo… Z broni snajperskiej można przycelować, nawet trafić nieprzyjaciela w oko, ale nie z takiej broni jak moździerz. Na przykład pocisk z działa artyleryjskiego ma trajektorię, po czym opada prędkość i pocisk spada. Moździerz natomiast leci, jak jest skierowana lufa, do góry (jak wysoko – nie wiem), po czym robi zwrot i dokładnie pionowo spada w dół. Pocisk wygląda jak mała bomba, na części ogonowej ma lotki. Wystarczy lekki podmuch wiatru, niedokładna ilość ładunków dodatkowych na pocisku – zmienia to kierunek lotu tego pocisku.

  • Czyli w okolicach Oranienburga było największe starcie?

Największe starcie było nad Kanałem Lipińskim. Mieliśmy nasze moździerze przestrzelane poza linię. Byliśmy zawsze trzysta, czterysta metrów od… Nigdy nie byliśmy w pierwszej linii, bo zawsze trzeba było wziąć pod uwagę, że to jest broń strzelająca na odległość. Moździerze mieliśmy zgrane celowniczo poza Kanał Lipiński. Nasza piechota, kompanie strzeleckie były rozłożone po naszej stronie brzegu Kanału Lipińskiego, [gdzie] były okopy. Jak Niemcy ruszyli do natarcia, to nasza piechota nie wytrzymała natarcia, cofnęła się i dostaliśmy rozkaz: „Ognia!”. Myśmy uderzyli z moździerzy, pociski poleciały i wszystkie pociski uderzyły w okopy naszej piechoty. Dostaliśmy później podziękowanie, wszyscy myśleli, jak ładnie wycelowaliśmy, a to był po prostu zbieg okoliczności, że było odbite i pociski poleciały, kiedy tam naszej piechoty już nie było.

  • Co działo się po tym dramatycznym starciu, gdzie zginął dowódca?

Potem bardzo dużo z naszych zginęło w Oranienburgu. Do dzisiaj jest tam cmentarz. Była chyba ekshumacja żołnierzy, ale nie jestem tego pewien. Dowódca naszego batalionu, kapitan Gomza zginął pod Oranienburgiem i jest pochowany pod Szczecinem-Siekierki na dużym cmentarzu i jego zastępca, porucznik Gostyński jest pochowany tutaj, bo zmarł już po wojnie.
Potem szliśmy już w kierunku Łaby. Oczywiście były potyczki, oczyszczanie terenu, po lasach stale łapało się Niemców i stale Niemcy kręcili się. Już szliśmy więcej w kierunku Łaby. Kiedy doszliśmy do Łaby, znaleźli się tacy, którzy przepłynęli Łabę. Po drugiej stronie były amerykańskie wojska. Wśród tych żołnierzy, którzy przeszli do tych wojsk i rozmawiali, był nasz zastępca dowódcy kompanii (był wtedy chyba majorem). Ponieważ znał angielski, to był jako tłumacz. Dużo wróciło z powrotem, ale część żołnierzy tam została.
Po paru dniach cofnięto nas spod Łaby w kierunku pod Berlin. Była miejscowość Lange [?], tam staliśmy. 9 maja było zakończenie wojny. Strzelaliśmy salwy honorowe, była defilada, tam nas na nowo umundurowano (przemundurowano). Dostaliśmy śmieszne mundury, mówiliśmy że to są mundury z pokrzywy, bo bardzo nas kłuły. Potem przeszliśmy już na terenach niemieckich, wróciliśmy w kierunku Odry i staliśmy jako wojska ochrony pogranicza od strony niemieckiej. Po jakimś czasie przerzucono nas na stronę polską i byliśmy znowu jako wojska ochrony pogranicza od strony polskiej, właśnie wtedy, jak przechodzili Niemcy – mówi się dzisiaj uciekinierzy niemieccy. To wcale nie byli uciekinierzy, bo wszędzie po miejscowościach były rozwieszone plakaty po niemiecku i po polsku, że kto chce zostać na tych terenach, może pozostać, ale musi podpisać listę autochtona. Wtedy mógł pozostać. I dużo pozostało, zwłaszcza Wrocławskie, tamte tereny. Kto chciał iść do Niemiec, to poszedł na stronę niemiecką. Dzisiaj Niemcy [mówią], że tak ich Polacy strasznie męczyli, a myśmy naprawdę nawet rewizji nie przeprowadzali.
  • Po wojnie pana rodzinny dom był już za granicą. Gdzie pan wtedy wrócił?

Cały czas byłem w Wojsku Polskim. Doszliśmy do Łaby i od Łaby wracaliśmy z powrotem.

  • Ale jak pan wrócił do Polski.

Jak już byliśmy po stronie polskiej, to żeśmy dostali rozkaz i maszerowaliśmy już na terenach polskich wzdłuż Odry i nasz pierwszy garnizon był w Koźlu. Przyszedł nowy dowódca, major Trumny. W Koźlu mieliśmy normalne ćwiczenia, zajęcia, bo to była szkoła podoficerska. Dostałem się na pisarza do oficera finansowego. Spodobałem się jemu, mówi: „Przyjdziesz do mnie, będziesz u mnie pisarzem”. – „Dobrze”. Byłem, ale jego wymagania w stosunku do mnie zaczęły być zbyt prywatne, to znaczy przyjechała do niego dziewczyna i raczej załatwiałem potrzeby domowe, gospodarskie dla tej dziewczyny, a nie tyle byłem pisarzem. Powiedziałem, że dziękuję, poszedłem do dowódcy kompanii i powiedziałem, że wracam do kompanii. Wróciłem do kompanii. Ale kiedy byłem u oficera finansowego, to znowu pokazały się moje umiejętności wyniesione z warsztatu. Byłem majsterkowiczem (do dzisiaj zresztą jestem i dużo rzeczy robię w domu). Naprawiłem jemu pistolet. Pamiętał o tym. Przyszedł rozkaz, żeby oddelegować kandydatów do szkoły podoficerskiej, specjalnej, rusznikarsko-puszkarskiej. Przyszedł do mnie i mówi: „Chcesz do tej szkoły rusznikarsko-puszkarskiej?”. – „Pewnie, że chcę jechać”. Pojechałem do Katowic, do szkoły.

  • Kiedy miał pan kontakt z rodziną?

Przed wyjazdem do szkoły do Katowic byłem w swoim pododdziale. Przychodzi goniec z dowództwa batalionu i mówi: „Chmielewski?”. – „Tak, Chmielewski”. – „Masz się zameldować do sztabu”. – „Ja? Do sztabu?”. – „Do dowódcy batalionu”. To już mnie w ogóle przerażenie ogarnęło, bo do dowódcy batalionu nigdy nie pomyślałem się meldować. Ale rozkaz to rozkaz, poszedłem do sztabu. Zameldowałem się u adiutanta, że jestem Chmielewski i miałem się zgłosić do dowódcy batalionu. „Dobrze, zaraz się zgłosisz”. Dowódca batalionu, major Trumny, wychodzi: „Chmielewski?”. – „Chmielewski”. – „No to chodź tu”. Wszedłem do niego, do gabinetu. „Ty rodziców masz?”. – „Mam”. – „A gdzie oni są?”. – „Nie wiem”. – „Jak to nie wiesz? Nie pisałeś listów do domu?”. – „Nie”. – A czemu?”. – „Nie wiem”. Wyjmuje z biurka list i podaje mi: „Masz ten list, przeczytasz. Trzy dni aresztu, tam przeczytasz ten list”. Siedziałem dzień w areszcie, przeczytałem list. Ojciec pisał do dowódcy batalionu, prosił o informację, co się ze mną dzieje, ponieważ od czasu mojego wyjścia na front nie miał ze mną kontaktu. Pisał na pocztę polową, ale nie dostawał ode mnie odpowiedzi. A do mnie te listy nie docierały. Rodzice już jako repatrianci przyjechali z Wilna do Polski. Wędrowali po Polsce, bo repatrianci jeździli wagonami po Polsce i szukali jakiegoś lokum. Ojcu najbliższe było wybrzeże, pojechał do Gdańska i w Gdańsku się ulokowali. [Z tego] listu już dowiedziałem się, że rodzice są w Gdańsku. Na drugi dzień przychodzi goniec od dowódcy batalionu i mówi: „Dowódca woła”. Zameldowałem się. Wręcza mi [papier] i mówi: „Tu masz rozkaz wyjazdu. W pociąg – dziesięć dni urlopu. Do domu, do rodziców pojechać”. Ucieszyłem się. Jechało więcej żołnierzy. Zatrzymanie pociągu na przykład na załatwienie swoich potrzeb fizjologicznych [wyglądało w ten sposób, że] strzelało się serię z automatu, pociąg stawał, wszyscy wychodzili w las, po czym wsiadali do pociągu i jechali dalej.
Tym sposobem przyjechałem chyba po dwóch dniach do Gdańska. Miałem adres, doszedłem do domu. Oczywiście radość olbrzymia. Siostra była w domu, ale brata nie było. Gdzie brat – nie wiadomo. Były różne wiadomości, że podobno został rozstrzelany w Ponarach. Ponary to lasy pod Wilnem, gdzie Niemcy rozstrzeliwali. Rozstrzelano bardzo dużo Żydów, Polaków. Ale nie było żadnych wiadomości. Pojechaliśmy do Gdyni, odwiedziliśmy stryjka, wszystkich znajomych. Pojechałem z powrotem do jednostki i już wtedy dostałem zawiadomienie, że mam jechać do batalionu szkolnego – to była też szkoła podoficerska. W szkole wspaniale mi szło. Był egzamin. Był podział na puszkarzy i rusznikarzy. Puszkarze to ci, którzy zajmowali się armatami, artylerią, a rusznikarze są od broni strzeleckiej. Nie pasowała mi broń strzelecka, poszedłem na puszkarza, do artylerii. Na egzaminie rozebrałem całkowicie celownik haubicy 122, po czym zmontowałem celownik z powrotem, ustawiłem na armacie, wycelowałem, oddałem celny strzał. Dostałem od razu stopień plutonowego i z tym stopniem wróciłem do swego batalionu.

  • Kiedy pan przyjechał do Warszawy?

Do Warszawy przyjechałem daleko później, w 1971 roku. Już byłem w cywilu. Ze szkoły dostałem skierowanie już nie z powrotem do swego batalionu, w którym byłem, szkolnego 2. dywizji, a dostałem skierowanie do składów artylerii w Oławie. Tam założyłem warsztaty naprawy artylerii i dostałem przeniesienie do marynarki wojennej. Pojechałem na Oksywie (przedtem jeszcze pojechałem do Gdańska do rodziny). Już miałem stopień sierżanta. Szybko awansowałem, bo egzamin był taki, że tak szybko, od razu dostałem awans. Byłem szefem kompanii, dostałem stopień sierżanta. W stopniu marynarki wojennej to jest bosman, czyli do marynarki wojennej przyjechałem w stopniu bosmana. Zameldowałem się i też dostałem rozkaz założenia warsztatów naprawy artylerii. Najpierw trzeba było zajmować się rozminowywaniem całego Oksywia, portu wojennego. Było uczestniczenie w rozminowywaniu Oksywia, wydobywaniu różnego sprzętu bojowego. To była bardzo niebezpieczna sprawa, ale miałem dużo szczęścia, chociaż jeden marynarz mi zginął (szczerze mówiąc przez swoją głupotę, bo bawił się pociskiem, pocisk wybuchł mu w ręku i zabił go).
Założyłem i prowadziłem warsztaty. Ale dowiedziano się, że byłem w AK. [Dowiedziano się] całkiem przypadkowo. Byłem na Oksywiu, ale koszary, w których stałem, były w Wejherowie. Z Wejherowa każdego dnia jeździliśmy samochodem na Oksywie, robiliśmy swoje zadania, po czym wieczorem wracaliśmy. Poznałem dziewczynę, z którą się ożeniłem, Kaszubkę i mieszkałem w Wejherowie. W dalszym ciągu byłem w marynarce wojennej. Teść mój pracował w cementowni. Wyjechał do Szczecina i tam został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa. W czasie rewizji w mieszkaniu znaleziono lufę karabinową. Ówczesny szwagier (już nie żyje) był elektrykiem, monterem. Przygotował sobie lufę do przybijania, bo nie było, tak jak teraz są młoty udarowe, tylko przybijaki ręczne. Zrobił sobie z tego przybijak ręczny do ścian, do robienia instalacji. Znaleziono to w czasie rewizji. „Czyja to lufa?”. Powiedziałem, że to jest moja lufa, bo co mi mogli zrobić? Wtedy byłem zawodowym w marynarce wojennej, już wtedy w stopniu starszego bosmana, myślę – co mi mogą zrobić. Ale Urząd Bezpieczeństwa aresztował mnie. Poinformowali informację wojskową i tym sposobem trafiłem do informacji wojskowej.
W informacji wojskowej siedziałem miesiąc, wiedziałem, że tam także siedzi dowódca marynarki wojennej, admirał Sztajer (nie w tej samej celi, bo to były cele pojedyncze). Siedział także komandor, który był szefem sztabu marynarki wojennej – tego rozstrzelano. Sztajera po jakimś czasie wypuszczono, ponieważ był wycieńczony i schorowany. Mnie zrobiono proces pokazowy w jednostce. Oskarżono o nielegalne posiadanie broni palnej. Broń to już nie była broń, ale prokurator oskarżył (mam też dokumenty na to)… nie – jeszcze wtedy z dekretu. Wypytywano mnie, że jeśli byłem w AK, to dlaczego nie [ujawniłem się], bo wtedy wszyscy mogli się zgłosić. Stale twierdziłem, że przez to, że wstąpiłem do polskiego wojska, uważałem, że automatycznie się ujawniłem. Zresztą wiem, że było dużo akowców w polskim wojsku i nikt specjalnie się nie ujawniał i nikt się specjalnie nie czepiał. Dopiero później dowiedziałem się, że ten, który był zastępcą dowódcy batalionu (też był u nas z Powstania Warszawskiego), też był aresztowany. To był okres 1948–1949, kiedy właśnie były aresztowania. Oskarżono mnie z małego kodeksu karnego – to był dekret – z artykułu 4 paragraf 1 o nielegalne posiadanie broni palnej. To jest kara od kary śmierci poczynając. Na sprawie pokazowej adwokat dość sprytnie wybronił mnie z trybu doraźnego na tryb zwykły, normalny. Dostałem rok więzienia i siedziałem w więzieniu. Siedziałem pół roku w więzieniu w Gdańsku, ale nie wiedzieli, co ze mną robić, bo przecież praktycznie siedziałem nie wiadomo za co. Byłem zawodowym, starszym podoficerem, moja służbowa broń, pistolet, był u mnie zamknięty w mieszkaniu, a kluczyk od mojego biurka był w depozycie w więzieniu. A ja siedziałem za nielegalne posiadanie broni palnej. To jest pomylenie wszystkiego razem. Wypuszczono mnie z więzienia, zameldowałem się w jednostce i od razu dostałem zwolnienie do cywila.
Zacząłem szukać pracy. Moje wykształcenie to było sześć klas – praktycznie miałem świadectwo szóstej klasy szkoły powszechnej, bo z pierwszej klasy gimnazjum wyrzucono mnie, ze szkoły rosyjskiej także mnie wyrzucono, nie miałem żadnych świadectw, tak że właściwie niczego nie miałem. Przyszedłem do urzędu zatrudnienia, do pani [przyjmującej] mówię, jak było, że byłem w więzieniu (zresztą byłem ogolony, łysy). „A co pan właściwie potrafi robić?”. – „Umiem robić elektrykę”. – „A czy pan silniki elektryczne potrafi nawijać?”. – „Nawijam i potrafię”. A figę potrafiłem, ale powiedziałem, że potrafię. Dała mi wtedy skierowanie do szwalni, gdzie szyto bieliznę, na konserwatora urządzeń elektrycznych. Od razu zapisałem się na kurs czeladników-instalatorów, który zrobiłem w ciągu miesiąca. Zrobiłem egzamin czeladnika, nauczyłem się i rok pracowałem w szwalni. Było tam bardzo dużo dziewczyn, a trzech czy czterech mężczyzn. Była ciekawa praca, urządzenia elektryczne, nauczyłem się nawijać silniki, robiłem wszystko. Ale dość często były awantury, bo było za dużo dziewczyn w szwalni. Zwolniłem się ze szwalni i pracowałem w cementowni. Też byłem elektrykiem na konserwacji. Nauczyłem się instalacji, wysokie napięcia, wszystko. W ramach pracy społecznej zrobiłem spawarkę elektryczną transformatorową. Nie było wtedy czym spawać, to zrobiłem spawarkę. Zawołano mnie i zaproponowano kurs kierowników radiowęzłów. Była radiofonizacja kraju (Przedsiębiorstwo „Radiofonizacja Kraju”) i zakładało się głośniki. Pojechałem, byłem dwa miesiące na kursie, zrobiłem [go] z pierwszą lokatą, mam książkę, którą dostałem jako nagrodę. Byłem kierownikiem radiowęzła w Lęborku. [Potem] w Elblągu byłem kierownikiem linii wysokiego napięcia, radiofonizacji. Zwolniłem się, dlatego że teść mi powiedział, że w cementowni potrzebny jest kierownik zaopatrzenia ([poprzedni] kierownik zaopatrzenia został zwolniony). „Potrafisz?”. – „Potrafię”. Poszedłem na kierownika zaopatrzenia.
Szło mi doskonale, stale były nagrody, pochwały. Przychodzi kolega – znowu [sprawa] wykształcenia – i mówi: „Słuchaj. Ty jesteś kierownikiem zaopatrzenia, a według nomenklatury musisz mieć co najmniej średnie wykształcenie. Ty przecież nie masz wykształcenia, tylko podstawową szkołę”. Mówię: „Masz rację”. Postanowiłem podjąć naukę. W ciągu miesiąca zrobiłem siódmą i ósmą klasę (już wtedy była ósma klasa), jako eksternista. Zrobiłem egzamin wstępny do liceum ogólnokształcącego. [Zrobiłem] pierwszą i drugą klasę liceum, a kiedy już byłem w ostatniej klasie, to myślę sobie – co ja mam robić ogólnokształcące wykształcenie? To przecież mi nic nie daje. Nauczyłem się wszystkiego, byłem zresztą na specjalnym kursie zaopatrzenia w Katowicach. Myślę – pójdę do technikum ekonomicznego. Poszedłem do technikum ekonomicznego w Sopocie i [zrobiłem] czwartą, ostatnią klasę (w technikum było o jedną klasę więcej), zrobiłem technika ekonomistę, maturę – znowu z pierwszą lokatą. [Pisałem] egzamin, a pod spodem podawałem wszystkie swoje obliczenia kolegom, którzy nie wiedzieli, jak się robi planowanie zaopatrzenia. Wtedy byłem kierownikiem zaopatrzenia i dostałem polecenie (to był rok 1964 czy 1965), żeby zrobić plan zaopatrzenia przedsiębiorstwa do 2000 roku. Śmiałem się serdecznie, myślę – komu to przyszło do głowy do 2000 roku? Ani mi przez myśl nie przeszło, że dożyję 2000 i jeszcze trochę.

  • Jak przyjechał pan w latach siedemdziesiątych do Warszawy – jakie wrażenie zrobiła na panu Warszawa, skoro widział ją pan tuż po Powstaniu i po wyzwoleniu?

Ale często bywałem w Warszawie.

  • Ale jak już pan tu przyjechał – jakie wrażenie wywarła na panu Warszawa?

Bardzo… To było wtedy, kiedy budowano dworzec kolejowy Śródmieście, który był wtedy jako centralny. Odbudowa ulic – często byłem tutaj. Jak byłem w marynarce wojennej – to była zima 1947 czy 1948 roku, bardzo ostra zima, Wisła była zamarznięta, to ze swoim plutonem byłem na Wiśle, zrywaliśmy lody.
Potem, po technikum, kiedy wszyscy balowali, to poszedłem na egzamin do Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie (to była szkoła o kierunku morskim). Też na egzaminie – wszyscy zdawali egzamin, a ja – koleżanka siedziała za mną, miała tak potwornie długie nogi, że wystawiała [je], a ja matematykę, wszystkie obliczenia wkładałem jej między palce, brała i przepisywała. Zrobiła błąd przy przepisywaniu i była przyjęta warunkowo, a ja z pierwszą lokatą byłem przyjęty na studia. Poszedłem na kierunek ekonomika transportu morskiego, po czym w czasie studiów położyłem większy nacisk na prawo morskie. Skończyłem prawo morskie i ekonomikę transportu morskiego, czyli mam dwa fakultety – magistra prawa morskiego i magistra ekonomika transportu morskiego.
Właśnie wtedy postanowiłem rozejść się z żoną, bo nie bez kozery podejrzewałem, że informacje o tym, że byłem w AK wyszła z tamtego źródła, bo teść dość długo siedział w Urzędzie Bezpieczeństwa w Gdańsku. Podejrzewałem, że stamtąd to wyszło. Poznałem drugą żonę, z którą obecnie mieszkam [w Warszawie]. W 1971 roku przyjechałem [do Warszawy]. Zaproponowano mi [przyjęcie] do Komisji Planowania Gospodarczego. Był tam departament morski, w którym byli pracownicy, [którzy] morze znali tylko z plaży, więc uznali, że jako fachowiec w tej dziedzinie przydam się tam. Pensja, jaką mi zaproponowano, była śmieszna – w stosunku do tego, jaką miałem w Instytucie Rybołówstwa Morskiego, gdzie byłem starszym inspektorem nadzoru i budowy statku naukowo-badawczego ([statek] „Profesor Siedlecki”). Byłem szefem nadzoru budowy części naukowo-badawczej na statku naukowo-badawczym. W Gdyni na skwerze Kościuszki jest muzeum i akwarium morskie – to jest moje dzieło, całe muzeum i akwarium morskie.




Warszawa, 7 października 2008 roku
Rozmowę prowadziła Ewa Żółtańska

Zobacz także


łączniczka

Zofia Gajderowicz „Grzymała”

Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie. Dzieciństwo było cudowne, z tym że niestety miałam...

więcej
wywiadowca, starszy strzelec

Ryszard Dworak „Szczwany Lis”

Dworak Ryszard, urodzony 25 października 1928 roku w Warszawie. W czasie Powstania miałem pseudonim „Szczwany...

więcej
starszy strzelec, łącznik

Kazimierz Sztern „Kaktus”

Nazywam się Kazimierz Sztern. Urodziłem się 1 kwietnia 1929 roku w Warszawie. Służyłem w Śródmieściu,...

więcej
sanitariuszka

Krystyna Stanisławska „Magda”

Co powie pani o swoich rodzicach? Kim byli, czym się zajmowali? Moi rodzice byli bardzo młodymi...

więcej

Tadeusz Kozera

Zofia Gajderowicz „Grzymała”