Aleksandra Wysocka

Archiwum Historii Mówionej

Urodziłam się 6 marca 1931 roku w Warszawie i nazywałam się Stelmachowska.

  • Jak pani nazywa się teraz?

Nazywam się Wysocka.

  • Co pani robiła przed wybuchem wojny?

Jak wojna wybuchła, miałam 8 lat, więc do tej pory zdążyłam chodzić do drugiej klasy szkoły powszechnej, do sióstr zmartwychwstanek na ulicy Krasińskiego 31. A poza tym spędzałam czas w domu rodzinnym. Mieszkałam na ulicy Gomółki 20, na dolnym Żoliborzu. Właściwie jakichś szczególnych zajęć poza tym nie miałam. Jak w ówczesnych czasach rodzina, taka przeciętna, normalna, spędzała wakacje? Wyjeżdżała do wujka na wieś albo pod Warszawę do Strugi, do przyjaciół. Chodziłam do kina, uczyłam się muzyki.

  • Było jakieś kino na Żoliborzu?

Na Żoliborzu były dwa kina. Kino „Tęcza”, które istniało jeszcze po wojnie, i kino „Mars”, o którym mało kto kiedykolwiek mówił – ono się mieściło na ulicy Mickiewicza przy placu Inwalidów. Wtedy już były filmy z Shirleyką, bardzo dla dzieci atrakcyjne.

  • Pamięta pani jakieś konkretne filmy?

Na przykład „Mały pułkownik” to był film z Shirleyką, który pamiętam. Bardzo lubiłam chodzić do cyrku i do zoo, chodziłam z tatą oczywiście.

  • A gdzie mieścił się ten cyrk?

To był cyrk Staniszewskich, ale nie pamiętam, gdzie to było. Pamiętam jeden seans, który był poświęcony liliputom; różne atrakcje były, ale to marnie pamiętam. Miałam stosunkowo dużo zajęć w szkole, bo w szkole już od pierwszej klasy były przedstawienia. To była szkoła bardzo dbająca o nasze wychowanie: organizowali spotkania, wycieczki i tak właściwie spędzałam czas.

  • Czym zajmowała się pani rodzina?

Mój ojciec był oficerem, pracował w Ministerstwie Spraw Wojskowych jako szef wydziału budżetowego. Nawet ocalała mi legitymacja oficerska mojej matki, czyli [jego] żony, mam ją. Stopniowo do tego dochodził, ale tak było przed wojną. Mama moja nie pracowała, była wykształcona, miała artystyczne wykształcenie, [uczyła się] śpiewu, ale była w domu, śpiewała w domu.

  • Miała pani rodzeństwo?

Mam siostrę starszą o siedem i pół roku, która, jak wojna wybuchła, była w gimnazjum, również u sióstr zmartwychwstanek. Ja urodziłam się w Cytadeli i z Cytadeli wyprowadziliśmy się na Żoliborz w 1935 roku. Moja siostra, już starsza dziewczynka, chodziła do szkoły Rodzin Wojskowych przy Cytadeli, zresztą na Czarnieckiego też była szkoła Rodzin Wojskowych. Siostra przed wojną już była na tyle stara, że chodziła do gimnazjum do sióstr zmartwychwstanek.

  • Co może nam pani opowiedzieć o szkole sióstr zmartwychwstanek?

To jest mój drugi dom – zawszę to mówię wszystkim, aż się wzruszam. Już od wielu lat to doceniam i to czuję, chociaż ja byłam smarkula, więc oczywiście inaczej się na szkołę patrzyło. Przed wojną była to trochę inna szkoła, bo rygory i przepisy były bardziej obowiązujące niż dzisiaj. Inaczej to wyglądało. Dzisiaj są dyskusje o mundurkach, a wtedy dyskusji takich nie było. Wiem z opowiadań mamusi, że tatuś tego nie lubił, bo ja byłam mała i chuda, a musiałyśmy mieć spódnicę za kolana, ciemne buty, brązowe pończochy – wyglądałam jak taka sierota. Ale siostry uważały, że trzeba być skromnie ubranym. Całe życie moje, z krótką przerwą po Powstaniu Warszawskim, do tej szkoły chodziłam i tam po wojnie zdawałam maturę. Teraz moja wnuczka chodzi do tej szkoły. Nie żyją już siostry, które mnie uczyły, zresztą byłoby to niemożliwe. Szkoła była jak rodzina. To, czego siostry dokonywały w czasie wojny… W czasie okupacji szkoła u sióstr była oczywiście nielegalna. Nazywały to warsztatami, przygotowaniami dla starszych z gimnazjum i liceum, a szkoła powszechna to było takie ognisko, nie nazywali tego szkołą. Myśmy były zarejestrowane w innej szkole, żeby mieć dokument dla Niemców z takiej szkoły, którą Niemcy akceptowali, ale uczyłyśmy się u sióstr do Powstania. Jak Powstanie wybuchło, to akurat skończyłam szkołę powszechną (wtedy się nie mówiło szkoła podstawowa, tylko powszechna).

  • Jaki wpływ na pani wychowanie wywarła szkoła?

To tak trudno mi powiedzieć. Olbrzymi, dlatego że w tej szkole nauczyłam się naprawdę wspaniałego współżycia i przyjaźni z koleżankami. Teraz po tylu latach mam wielu przyjaciół, z różnych okoliczności, ale ze studiów nie mam takiego grona przyjaciół wiecznie widzących się. Przed chwilą też dzwoniła koleżanka, z którą siedziałam w jednej ławce.

  • Jeszcze przed wojną, tak?

Nie, to już po wojnie. Sprzed wojny miałam jeszcze przyjaciół, ale te znajomości się pourywały. Natomiast późniejszy okres i matura, my jesteśmy do dzisiaj zżyte, pomagające sobie, spotykające się, w kontaktach ciągłych koleżanki z klasy.

  • A jak wyglądało wychowanie w domu? Jaki wpływ rodzina wywarła na panią?

U nas w domu było trochę tak nowocześnie, bo na przykład mówiłyśmy do rodziców „ty”, „mamo”, „tato”, a nie „niech mamusia”, „niech tatuś”, tak było. Mój mąż nie mówił „tato, daj” tylko „Proszę dać”, „Niech tata da”, „Niech mama pokaże”. U nas się już mówiło bezpośrednio i nasze stosunki były bardzo przyjacielskie. Ojciec mój był bardzo wysokim mężczyzną, miał dwa metry wzrostu, był wojskowym, mam go w oczach zawsze w mundurze, chociaż przebierał się, jak przychodził do domu. Ale znosił jakieś parszywe koty, jak zobaczył w ogródku; otwierał okno i wypuszczał muchy, krzyczał na służącą w kuchni, że lep powiesiła, bo uważał, że to jest zbrodnia. Takie było nastawienie. Myśmy zawsze miały psy, kota i była taka atmosfera w domu, że tata był tak bardziej do przyjemności.
Mama była bardzo niezwykłą osobą, ale to się tak zwykle o mamie mówi. Mama była wspaniałą kobietą, bardzo ładną, z wielkim urokiem, z wielkim temperamentem, potrafiła się wściec, ale z takim zaufaniem podchodząca, odważna, i mama była przykładem. Mama rozmawiała ze mną o malarstwie, o książkach. Jak napisałam jakieś wypracowanie i pytałam się i przeczytałam, to mamusia mnie nigdy nie krytykowała, ale mi coś na ten temat opowiedziała. Miałyśmy bardzo szczęśliwy dom, pomimo tego, że tego ojca miałam tylko przez osiem lat przed wojną. Ale mama stworzyła taką atmosferę w domu, że jak po wojnie obcięłam włosy, to mama się wściekła i powiedziała: „Ojcu byś się strasznie nie podobała”. Ojciec zawsze był… Zawsze miałam bardzo trudno, bo w tych okolicznościach wojennych i powojennych były kłopoty zdrowotne i różne inne, ale w gruncie rzeczy bardzo szczęśliwie wspominam czasy z życia, a szczególnie, to jest bardzo dziwne, bo wojna była straszna, a to było takie budujące, a Powstanie to w ogóle był okres, który wspominam jako coś nadzwyczajnego.

  • Jak rodzice tłumaczyli pani, czym jest wojna? Miała pani osiem lat w trakcie wybuchu wojny, jak pani to zapamiętała?

Ja się nad tym nieraz zastanawiam. To jest tak, że ja dużo mówię o tym, co pamiętam, ale zastanawiam się, co ja naprawdę pamiętam. Strasznie dużo słyszałam, widziałam, matka podpowiadała, ciągle coś się działo. Co było moim takim osobistym widzeniem? Nie mogę sobie przypomnieć, żebym się bała.

  • A jak zapamiętała pani sam wybuch wojny?

Wojnę pamiętam bardzo dobrze. Przed wojną tak się zdarzało, że rodzice nie zawsze przed 1 września zdążyli przywieźć dzieci i przygotować do szkoły, a wojna wybuchła w dniu rozpoczęcia szkoły. Myśmy wtedy spędzali wakacje pod Warszawą w Strudze. To był dom wielkich przyjaciół moich rodziców, a rodziców takiego znanego aktora, Jasia Kobuszewskiego. On jest ode mnie kilka lat młodszy, ale ma świetną pamięć i dużo pamięta. 1 września wyszedł ze mną przed dom i zobaczyliśmy bardzo wysoko dwa samoloty. Staliśmy przy sobie i w pierwszej chwili myśleliśmy, że to ptaki latają, a potem zorientowaliśmy się, że to samoloty. Przeleciał nad nami jakiś myśliwiec, prawdopodobnie, który leciał nisko w momencie jakiejś tam sytuacji, i myśmy wtedy z takim zdziwieniem popatrzyli. To był pierwszy moment wojny, a potem to siedzieliśmy i czekaliśmy, bo już wiadomo było, że coś się dzieje. Ale co się wtedy działo, tego nie pamiętam. Pamiętam tylko przyjazd mojego ojca z Warszawy, tam do nas, z oświadczeniem, że jest rozporządzenie o ewakuacji rodzin wojskowych. Tak że myśmy już nie wróciły do Warszawy, tylko prosto pojechałyśmy na wschód transportem z rodzinami wojskowymi.

  • Dokąd pani dotarła?

Dotarłyśmy aż do Zaleszczyk. Pamiętam nocleg w Krasnymstawie, bo to był taki myśliwski dom, potem jechaliśmy przez Lublin, nocowaliśmy w Tarnopolu i chyba od Tarnopolu nigdzie nie było postoju. Dojechałyśmy do Zaleszczyk i tam nas zostawił ojciec. Tatuś nas zostawił w tych Zaleszczykach, tam wynajął jakiś pokój dla nas, u państwa, którzy nazywali się Pocztarowie, i wrócił chyba do Równego, bo tam chyba był sztab.

  • Czy wie pani, co działo się z ojcem później?

Co się działo z moim ojcem? Jak wrócił i już były wieści, że idą bolszewicy, to mama była przerażona. Siostra mi opowiadała, że mama bała się, że tatuś jest w rękach Sowietów. A tymczasem tatuś przyjechał 17 września w nocy do tychże Zaleszczyk i stamtąd ze swoim zastępcą i takim też oficerem, którego żona i córki były razem z nami, pożegnali się z nami i pojechali. Potem z wieści, już późniejszych, które miałam po wojnie, to wiadomo było, że jechali przez Rumunię, że byli w Rumunii internowani w dwóch obozach. Jeden obóz się nazywał Calimanesti, drugi Targoviste. Ojciec jak jechał z tego Calimanesti do Targoviste, to z pociągu wyskoczył i tam przez Węgry przedostał się do Francji. Wiem to z opowiadań kolegów ojca, którzy jeszcze żyli, jak pierwszy raz byłam w Anglii.

  • Czy może nam pani przypomnieć, jak nazywał się pani ojciec?

Ojciec nazywał się Stanisław Stelmachowski.

  • A co działo się z panią, pani siostrą i mamą później?

Myśmy zostały w Zaleszczykach, ale jak już weszli Rosjanie, to człowiek, który nam to mieszkanie znalazł, to przyprowadził tych Rosjan i powiedział, że to jest rodzina wojskowa. Wtedy było za wcześnie… Już było wiadomo, że wiedzą o nas, i wtedy moja mama po jakimś czasie przeniosła się do innego domu, też w Zaleszczykach. Nazwiska tych ludzi nie pamiętam. Stamtąd, kiedy już były wieści – to był koniec albo sam początek 1940 roku – nie pamiętamy, czym jechałyśmy, kto nas wywiózł z tych Zaleszczyk do miasteczka, które jest niedaleko Zaleszczyk, nazywa się Tłuste. Moja mama mówiła biegle po rosyjsku, po niemiecku i bardzo dobrze po włosku, więc porozumiewała się we wszystkich możliwych okolicznościach. Tam, chodząc po tych Tłustych, nie mając tam nikogo, nie wiedząc, czy ktoś z tych Zaleszczyk pomagał. W Tłustem mieszkali państwo, którzy się nazywali Brodowi, imion nie pamiętam, ludzi pamiętam. Oni nas przygarnęli, całą szóstkę: mamę ze mną i siostrą i tą panią, żonę tego oficera, który z moim ojcem wyjechał, z dwiema córkami mniej więcej w podobnym wieku jak moja siostra i ja. Oddali nam ci państwo werandę, taką wielką. To dosyć ciekawe, ale bardzo prywatne, chociaż dzieje polskie, Polaków… Ci państwo oddali tą werandę bardzo dużą, bardzo wygodne, rozstawione były łóżka takie polowe, każda z nas osobno spała, ale na ścianach był bardzo duży szron, myśmy spały w pilotkach.
  • Kiedy dotarły panie do Warszawy?

Przekroczyłyśmy granicę rosyjsko-niemiecką 8 maja 1940 roku na Sanie w Przemyślu. Zaraz po przekroczeniu granicy Niemcy wzięli nas momentalnie do łaźni i potem była kwarantanna, w jakiś stajniach mieszkałyśmy, tam wolno było pić tylko wodę ciepłą z beczek. Ile to trwało czasu, nie wiem, może dwa tygodnie. Niemcy bali się tyfusu. Jak przekroczyliśmy tylko most (do połowy mostu nas konwojowali Rosjanie, a od połowy mostu Niemcy), to momentalnie, prosto zaprowadzono nas do łaźni. Tam nas badano, włosy nam odcinano i takie cuda się działy. Potem dopiero każdy z nas jechał w tym kierunku, gdzie mieszkał. To było w maju, jak myśmy granicę przekroczyły, a dojechałyśmy do Warszawy najmniej po dwóch tygodniach, tak myślę.
Jedną rzecz jeszcze chciałabym powiedzieć, bardzo prywatną – tam u państwa Brodowych były ciągłe rewizje i przychodzili oficerowie NKWD, przychodził taki major bardzo młody, groźny, i pułkownik, taki szpakowaty pan, którego pamiętam, był taki tęgi – nazywał się Bełakun. Mama z nim bardzo dużo rozmawiała po rosyjsku, ponieważ moja mama robiła maturę w rosyjskim gimnazjum, bo to były czasy zaborów. Znała Rosję, bardzo pięknie śpiewała, znała całą literaturę rosyjską. Z tym Rosjaninem, z tym enkawudzistą rozmawiała i opowiadała mu – co dokładnie, to nie wiemy.
Z 5 na 6 marca, a w pobliżu była bocznica kolejowa, myśmy słyszały z siostrą śpiewy Polaków wywożonych z tych bocznic do Rosji. Kiedyś dwaj młodzi ludzie walili do naszej werandy, mamusia miała tatusia pelerynę wojskową, której tatuś nie zabrał, i darła i owijała im nogi w takie onuce. Tej nocy z 5 na 6 marca pułkownik Bełakun zaczął walić w okno, kazał nam się natychmiast ubierać i wywiózł nas na dworzec we Lwowie, bo rano byłyśmy przeznaczone do transportu do Rosji. (Zawsze mówię o tym, bo jak oglądałam film Wajdy, tam też Rosjanin ratuję tą bohaterkę – tak się na to patrzy z przymrużeniem oka, a myśmy to na własnej skórze przeżyły).

  • Jak wyglądał Żoliborz, kiedy wróciła pani do Warszawy?

Mam tylko jedno wspomnienie: jechałam z Dworca Wileńskiego, z tego Przemyśla, była godzina policyjna i miałyśmy przepustki, więc mogłyśmy jechać przez Warszawę. Moja babunia, matka ojca, mieszkała przy placu Teatralnym, tam gdzie teraz jest ZAiKS, dom „Pod Królami”, jechałyśmy prosto do babuni. Ja do dzisiaj, jak wieczorem idę po moście, to zamykam oczy i mam tylko w pamięci, jak jechałyśmy dorożką – mamusia wzięła dorożkę na dworcu, jak wysiadłyśmy – jechałyśmy tą dorożką i ta czarna Warszawa, ciemna, jakieś dziwne odgłosy, żadnej poświaty i tylko stukot tych końskich kopyt na tym moście, a przecież wyjechałam z jasnej, oświetlonej Warszawy. Zrobiło to na mnie szalone wrażenie.
Natomiast myśmy nie mogły wrócić od razu do naszego domu, ponieważ tutaj były jakieś ruchy, że ci Polacy, którzy byli wysiedlani z Poznańskiego, to znajdowali tu mieszkania. Nasze mieszkanie było zamknięte, puste, a jacyś mieszkańcy mieszkali w naszym domu. Zanim zostało załatwione przez znajomych dla nich mieszkanie, to myśmy dopiero na jesień wróciły do naszego domu na Gomółki. Ale tutaj się nic nie zmieniło, w 1940 roku było tak samo.

  • Czym zajmowała się pani rodzina w czasie okupacji, co było źródłem dochodu dla państwa?

Dzięki znajomemu tatusia, bardziej jego stryja, brata ojca, bo też był oficerem we Francji, mamusia dostała od razu pracę w gazowni warszawskiej i przez całą okupację mamusia tam pracowała. Najpierw na ulicy Dworskiej (Dworska [obecnie] nazywa się Kasprzaka), a potem, ale to już krótko przed Powstaniem, mamusia została przeniesiona do filii gazowni na plac Wilsona. Mamusia przez całą okupację pracowała w tej gazowni. Z tym że było bardzo trudno, bo to był dom niespłacony jeszcze, jakkolwiek cała ta suma była wpłacona i raty tam się płaciło, ale to była własność, hipoteka była i mamusia miała własną książkę meldunkową, i jak kogoś meldowała, to nie musiała w dzielnicy tego załatwiać, tylko sama to robiła.
Ponieważ rodzice byli znani i mieli duże kontakty, mamusia kupę ludzi ukrywała. Jak ktoś miał dobre papiery, to mamusia meldowała i ta osoba dostawała kartki żywnościowe. Ja chodziłam zawsze po zakupy, tu na Gomółki też mieszkała rodzina wojskowych, pani sklep otworzyła i tam były robione zakupy na kartki. Siostra moja ze swoimi koleżankami obstawiały grupę chłopaków z „Baszty”, ćwiczenia „Baszty”, takiej grupy chłopców, i musztra odbywały się u nas w domu. Ponieważ nie starczało pieniędzy, mamusia sprzedała meble z sypialni i sypialnia stała się dużym pokojem i oni mieli wspaniały pokój do musztry. Ponieważ wszyscy ci chłopcy albo się uczyli, albo pracowali, więc te zajęcia były wieczorami i zostawali na noc. Mamusia wtedy piekła racuchy na oleju rzepakowym. Pamiętam, bo śmierdziało w całym domu. Oni się bawili, to tak było, rano szli na akcję, a wieczorem tańczyli. U nas się ukrywał na przykład Anglik ze zrzutów. Bardzo to było skomplikowane, bo on mówił trochę po niemiecku, więc jak Niemiec zaczepił, to on nie miał orientacji, że to nie jest Polak, bo to mógł być Polak, który źle mówi po niemiecku. Po polsku mówił pięć słów na krzyż i był strasznie śmieszny. Dobrze go pamiętam...

  • Pamięta pani, jak on się nazywał?

Tak, nazywał się Kenneth Sutherland. (Nawet znajomy mi opowiadał, że był na spotkaniu w Londynie nie tak dawno, może ze dwa lata temu, z aktorem Donaldem Sutherlandem, który na tym spotkaniu mówił, że miał krewnego czy brata, który ukrywał się w Warszawie, no to musiał być on).

  • Czy pamięta pani inne osoby, które ukrywały się u państwa w domu?

U nas ukrywał się przez jakiś czas pan Konstanty Sołtan, to był bratanek naszej nauczycielki od muzyki, przedwojenny oficer. Mieszkali u nas też państwo Wesołowscy przez dłuższy czas, ale ich prawdziwego nazwiska nie znałyśmy. Na prośbę sióstr zmartwychwstanek ukrywała się u nas dwa lata Żydówka z synem i wyszła z nami z Powstania. Dom był konspiracyjny w pełni, najgorzej było, jak był ten Anglik, który był beztroski, wracał z skądś, wchodził, głośno się zachowywał, myśmy go zamykały w gabinecie tatusia. A moja babunia, która była bardzo ciekawska, pytała: „A kto tam przyszedł?”. A ja krzyczałam: „Nikt taki, babciu, biedny przyszedł!”.

  • Ten Anglik nie ukrywał się u państwa, tylko podróżował po całej Warszawie?

Jest napisana taka książka przez pana Jankowskiego, tego cichociemnego, którego teściowa i żona zginęły z powodu ukrywania jednego Anglika z tej grupy. Ich nakryli Niemcy w jakiejś knajpie, bo jakieś święto było angielskie, zaczęli po angielsku śpiewać. Może ja troszkę przesadzam, ale byli troszkę tacy beztroscy. Po wojnie, nie tak dawno temu, bo w latach osiemdziesiątych, jechałam za granicę i miałam przerwę w Londynie, a mój ojciec był pochowany w Anglii i chciałam dostać wizę tranzytową, a były straszne kolejki w angielskiej ambasadzie i poszłam do konsula. Nie chcieli mnie wpuścić, zaczął na mnie ktoś krzyczeć, taki woźny, żebym wyszła stamtąd i wtedy otworzyły się drzwi, wyszedł jakiś pan, zapytał po angielsku: „Co się dzieje?”. Ja mu powiedziałam, że przepraszam, ale mam taką prośbę, że jakbym dostała wizę tranzytową chociaż na dwa dni, to bym mogła na grób ojca pojechać, bo będę i tak lądowała w Londynie. Zaczął dyskutować i ja wtedy (nigdy tego nie robię) powiedziałam, że u nas się Anglik ukrywał. Zapytał: „A kto?”. Ja mu powiedziałam kto, i powiedziałam, że może to potwierdzić pierwszy attaché brytyjskiej ambasady, który został w Polsce po wojnie na dłuższy czas, bo ożenił się z Polką i bywał u nas. Moja mamusia w czasie wojny urządziła tym Anglikom Wielkanoc i oni wszyscy przyszli i siedzieli przy stole. Moja siostra miała wielkie nieprzyjemności, bo jeden z kolegów z tej „Baszty” akurat przyszedł i usłyszał, że u nas się rozmawia po niemiecku, bo mamusia z nimi po niemiecku rozmawiała. Siostra musiała się potem tłumaczyć, kto to był, bo nikt o tym nie wiedział. Ciekawe jest to, że na rogu Dygasińskiego i Gomółki też ukrywał się Anglik, o czym dowiedziałam się w latach osiemdziesiątych. W naszym szeregowcu, tuż koło nas był skład broni. To była naprawdę nadzwyczajna atmosfera. Jak moja siostra przed Powstaniem złamała nogę, mamusia wywiozła ją na wieś i sąsiadka powiedziała żartem mamusi: „A czy ci chłopcy, którzy teraz przychodzą, to przychodzą do Oleńki?”. Oni wiedzieli, ale nie było żadnej wsypy.

  • Czy próbowały panie się kontaktować z ojcem?

Owszem, myśmy miały takie pośrednie wiadomości. Tatuś nam parę razy pomógł, z Portugalii przyszła paczka żywnościowa i druga paczka z odzieżą, przyszła ze Szwecji, my wiedziałyśmy, że to jest od niego. Mam też list od ojca, który przywiózł kurier, tu na Gomółki.

  • Gdzie trafił pani ojciec?

Mam fotografie grobu ojca, gdzie jest napisane Sztab Główny, wiem, że był oficerem sztabowym, był w finansach, ekonomii, w tym działał, takie miał wykształcenie.

  • W którym roku zmarł pani ojciec?

W 1945 roku, zaraz po wojnie, zmarł nagle. Miał jakieś okrężne informacje, ale nie miał żadnych dowodów, że myśmy przeżyły Powstanie. Z listów mego stryja, który zmarł w 1955 roku, też w Anglii, wiem, że ojciec miał bardzo wysokie ciśnienie, był zupełnie załamany tym iem wiadomości.

  • Może opowie nam pani o tym, jak zapamiętała pani naukę w czasie okupacji?

Ja zupełnie nie mam wrażenia, jak sobie to przypominam, że to były nienormalne lekcje, owszem, myśmy nie nosiły zeszytów, tylko nosiłyśmy tabliczki i rysiki, na tym pisałyśmy na lekcjach, a w domu lekcje odrabiałyśmy w zeszytach. Mamy nasze, które były w komitetach rodzicielskich, zanosiły te zeszyty siostrom na niedzielę i one je sprawdzały. Pamiętam poszczególne lekcje, ja nie byłam taką strasznie pilną uczennicą, ale koleżanki strasznie lubiłam. Przed wojną do sióstr przez pierwsze dwie klasy chłopcy i dziewczynki chodzili razem, a dopiero po dwóch klasach chłopcy szli do księży marianów, a myśmy zostawały u sióstr zmartwychwstanek. Siostry były bardzo wymagające, myśmy się bały tych sióstr jak ognia, niektórych nienawidziłyśmy. Ja dokładnie pamiętam dlaczego. Ten patriotyzm nasz bardzo był pobudzony i myśmy w szóstej klasie przerabiały „Pana Tadeusza”. Pamiętam, jak każda z nas miała sobie wybrać jedną księgę i nauczyć się jej na pamięć. Ja sobie wybrałam „Rok 1812” i Księgę XI, powiem, że z małymi uchybieniami do dzisiaj prawie całą pamiętam. Nauka była najnormalniejsza w świecie. Jak się znalazłam w Powstaniu i zaczęłam chodzić do gimnazjum w Tomaszowie Mazowieckim, to byłam bardzo dobrze przygotowana.

  • Jaka atmosfera panowała w ostatnich dniach przed wybuchem Powstania, czy czuć było już?

Czuło się, tu szczególnie, dlatego że ja z koleżankami, które tu koło mnie mieszkały, myśmy tutaj latały, tu nie było żadnego zagrożenia, samochodów nie było. Wszystkie siatki między ogródkami były poprzecinane, dlatego że Niemcy tutaj przychodzili zawsze w większej grupie, nie chodził jeden czy dwóch. To samo w domach, myśmy w piwnicach, w tych szeregowych domach mieli dziury w ścianach, żeby można było przechodzić przez piwnice z jednego segmentu do drugiego. Ponieważ już front się zbliżał i Niemcy się cofali, pokonani, to tutaj Krasińskiego sunęli w stronę Powązek, taką drogą, którą nas potem wyprowadzali po Powstaniu, samochód za samochodem. Ale to już był dobry tydzień albo więcej przed wybuchem Powstania. My, dzieci, żeśmy latali na plac Wilsona, staliśmy i patrzyliśmy, ja na własne oczy widziałam, jak chłopcy podawali Niemcowi jakiemuś bochenek chleba, a on karabin oddawał.

  • To działo się tutaj na Żoliborzu?

Tutaj na Żoliborzu, tu Krasińskiego snuły te samochody. Wiadomo było, że idzie front, tylko nie wiadomo było, czy dziś, czy jutro. U koleżanki na imieninach 26 lipca – Hanny, Anny – my, dzieci, urządziliśmy przedstawienie. Ona zaprosiła koleżanki, kolegów na imieniny te kilka dni przed wybuchem Powstania do jej domku na Promyka i w ramach tych imienin zrobiliśmy dla rodziców przedstawienie z takiego przedwojennego „Płomyczka” pod tytułem „Zaślubiny Bałtyku”, które się kończyło zaśpiewaniem Hymnu Narodowego. Wszyscy rodzice płakali oczywiście, a myśmy byli strasznie dumni. Całą treść tego przedstawienia pamiętam do dzisiaj. Ojciec tej koleżanki miał na imię tak jak moja siostra, moja siostra, o dziwo, ma na imię Witolda – miał być syn, a jest córka. Zawsze się mówiło, że jak się skończy wojna, już niedługo, to my im pokażemy – będą stoły stały od Promyka do Gomółki. Taka była atmosfera.
Była atmosfera uniesienia, wszyscy tego chcieli, wszyscy się do tego szykowali. Mojej siostry nie było, bo tą nieszczęsną nogę złamała. Moja matka miała maszynę, przepisywała wszystkie biuletyny, w kotłach gotowała. Nasz domek był narożny, więc chłopcy sobie zrobili taki punkt obserwacyjny, mama gotowała jedzenie. My, dzieci, pod opieką takiego dorosłego człowieka chodziliśmy na działki – tam się zrywało jarzyny, co tylko można było i tutaj pod barykadami, przez Krasińskiego, szliśmy do byłej szkoły Rodziny Wojskowej, a potem to do fortu przeniesiono, bo tam był szpital powstańczy i tam żeśmy pomagały, ja byłam niewiele, ale parę razy byłam…

  • To już było w czasie Powstania?

W czasie Powstania. Myśmy obierały jarzyny, karmiły bardziej rannych. Dzieci takie doroślejsze pomagały.

  • Jak zapamiętała pani 1 sierpnia na Żoliborzu? Jak zapamiętała pani sam wybuch Powstania?

To były wakacje, ja byłam chora, a ponieważ w tym naszym domku był taki spory przedpokój, a już był ten duży obstrzał, wobec tego mamusia zrobiła takie posłanie w tym przedpokoju. Wtedy z nami mieszkała ta Żydówka z chłopcem. Mamusia poszła do pracy i poprosiła, żeby przyjechała babunia, żebym nie była sama. Babunia przyjechała z placu Teatralnego i powiedziała, że taki jest ruch.
Pamiętam dokładnie, ja wtedy wyszłam na ganeczek, przed drzwi i w tych krzakach na Promyka w godzinach wczesnych, popołudniowych, leżeli chłopcy i dziewczyny z opaskami AK. W pierwszej chwili nie mogłam się zorientować, co to za opaska, podeszłam do ogrodzenia, oni tam już mieli swoje pozycje wzdłuż przedwojennego parku i działek na Promyka. To było przed siedemnastą. Potem żeśmy się dowiedzieli, że na Krasińskiego, przy Suzina nastąpiło spotkanie i Powstanie wcześniej wybuchło. To opisał taki dziennikarz, Sierpiński, bo on był jednym z tych, którzy spowodowali ten wybuch wcześniejszy. Wtedy jak myśmy to zobaczyli, mama przybiegła z pracy z placu Wilsona, już było wiadomo, że coś się dzieje. Wtedy wszyscy, kto tylko mógł, zaczęliśmy sypać barykadę na wysokości Gomółki, tam na górze, jak się zaczyna ulica Sułkowskiego.
  • Jaka atmosfera panowała?

Radości. Ja osobiście nie pamiętam momentu, żebyśmy się bali, może raz. W ogóle tutaj początek Powstania, wcale nie tak krótko, tu było całkowicie spokojnie. Były wybuchy „szafy”, „krowy” – tak zginął młody stosunkowo człowiek po drugiej stronie Gomółki na Dygasińskiego. Ranna była taka dziewczyna, która mieszkała na rogu Promyka, tymi szrapnelami. Przez całe Powstanie nie widziałam ani jednego Niemca. Ja się poruszałam tylko w naszym terenie, do mojego mieszkania przybiegałyśmy. My, dziewczynki, zbierałyśmy takie prześcieradła i tutaj się darło te prześcieradła i zwijało się na bandaże, bo tutaj był punkt opatrunkowy. Mamusia zajmowała się pisaniem na maszynie i chłopcy roznosili te gazetki; i gotowała, co można było. Pomagało się razem i nie pamiętam sytuacji, żeby ktoś na coś narzekał. Myśmy byli szczęśliwi, dla mnie jest to najcudowniejszy – przepraszam, że użyję takiego słowa – najcudowniejszy okres w moim życiu. Myśmy naprawdę wierzyli, ale przede wszystkim to była taka prawdziwa solidarność. Oczywiście jak siedzieliśmy w piwnicy, bo wszyscy już nocowaliśmy w piwnicy, okazało się, że jacyś złodzieje połamali drzwiczki od biurka mojego ojca i szukali czegoś. Też się takie rzeczy zdarzały, ale to zupełnie inna sprawa, to były sporadyczne przypadki – tacy ludzie się zawsze znajdą. Natomiast wszyscy sobie pomagali i wszyscy martwili się, bo przecież ojcowie moich koleżanek, które były z nami, poszli w Powstanie i przeważnie nie na Żoliborz.
W sierpniu tu było jedno straszne bombardowanie, straszne. Mi coś jeszcze do głowy strzeliło i poprosiłam dzieci okoliczne, z którymi się bawiłam, żeby przyszły do mojej piwnicy, miałam tam jakieś różne książki. Moja przyjaciółka z Promyka przyszła z matką. Naprzeciwko nas, na ulicy Święcickiego, róg Gomółki, mieszkali państwo Łąccy. On był sędzią, to był mocno starszy pan, a jego żona była dużo młodsza i mieli dzieci, dwóch chłopców, z którymi ja się bawiłam: Włodzia i Julka. Oni im nie pozwolili iść. Pamiętam, jak poszłam zaprosić tych chłopców, żeby się przyszli pobawić, a pan Łącki powiedział: „Wiesz, myśmy się postanowili nigdy w czasie Powstania nie rozstawać”. Na tym się skończyło. Jeszcze stał koło niego pan, który był sąsiadem przez ścianę w tym domku. Nie było słychać w ogóle, jak te samoloty nadleciały. Myśmy już byli w tej piwnicy, bo ja miałam jakiś film na bateryjki, coś pokazywałam. Bombardowanie trwało prawie dwie godziny, oni te bomby rzucali, gdzie im się podobało, zrujnowali cały Żoliborz. Jedna bomba wylądowała przed naszym domem: lej był olbrzymi, a myśmy mieli wielką wierzbę. Wszyscy myśleli, że jesteśmy zasypani, bo nie było czym oddychać i tynk leciał ze ścian. Położyłam mojej mamie głowę na kolana, a mama tylko jęczała: „Po coś ty te dzieci zaprosiła?”. Potem, jak ucichło, to długi czas siedzieliśmy wystraszeni w tym kurzu, pyle – to było straszne. W pewnym momencie przez takie załamanie przy schodach do piwnicy taki promyk światła wśród tego pyłu [się pojawił]. Wtedy wszyscy się rzucili, co byli w tej piwnicy, sąsiedzi poprzechodzili, bo myśmy mieli powybijane dziury, doszliśmy i wtedy był krzyk z góry: „Chodźcie szybko ratować! Łąccy zasypani!”. Myśmy odsypali państwa Łąckich; ich dom był zupełnie zniszczony. Z wyjątkiem tej pani Łąckiej, której się kompletnie nic nie stało, zginęli wszyscy: jej mąż, sąsiad, matka tej pani i ci dwaj chłopcy. Pamiętam jeszcze, że jak wchodziłam z tymi dziećmi do piwnicy, to było piękne lato, a jak wyszłam, to było tak jak dzisiaj się ogląda film science fiction, nie było ani jednego liścia, była szara ulica, drzewa bez liści całe pokryte pyłem – straszne to było. Myśmy potem tych wszystkich zabitych powyciągali, to było więcej osób, i pochowaliśmy tam, gdzie Gomółki schodzi się w dół, tam się kończy i zaczyna się Promyka i tam są trawniki, tam wykopaliśmy dla wszystkich groby. Starszego syna państwa Łąckich przenieśliśmy do naszej piwnicy i odzyskał na moment przytomność, zapytał się, gdzie jest, ja mu powiedziałam, że u nas jest, siedziałam przy nim, ale zmarł. To było straszne przeżycie.

  • Czy w pogrzebie uczestniczył ksiądz?

Nie było wtedy księdza, to już było późno. Myśmy chodzili na nabożeństwa dość daleko, na Mickiewicza, ale to na początku Powstania, a potem już nie, potem już się stąd nie ruszaliśmy. Myśmy sami to zorganizowali. Potem, jak już nas Niemcy wyprowadzali, to moja matka podeszła do takiego Niemca i powiedziała: „Tu są groby naszych bliskich i chcemy się pomodlić”. On się zgodził, myśmy wszyscy tam podeszli i odmówiliśmy modlitwę.

  • Wspomniała pani, że był też czas na zabawę.

Tak, tu była cisza, spokój, myśmy swoje robiły, chodziłyśmy na działki. Tu się jeszcze nic nie działo, oczywiście to był początek, bo potem dużo ludzi stąd uciekło, bo był duży obstrzał zza Wisły. Ja chodziłam do klasy z koleżanką Zosią Sumiszewską, jej tata był profesorem matematyki na uniwersytecie, on zginął tu przy naszym domu. Jakiś snajper z działek go zastrzelił. Już nie można było spokojnie się poruszać. Tu było dużo takich małych dzieci. Moja koleżanka, z którą chodziłam do szpitala powstańczego, miała bardzo małego brata…

  • Gdzie mieścił się ten szpital?

Mniej więcej w połowie ulicy Czarnieckiego, po prawej stronie. To jest jedyny budynek w ogóle nie restaurowany i są na nim wszystkie ślady po wszystkich strzelaninach, szrapnelach i innych rzeczach z czasu Powstania. To była szkoła Rodziny Wojskowej przed wojną.

  • Proszę nam powiedzieć, jak w czasie Powstania radzili sobie państwo z iem żywności? Jak wyglądało zaopatrzenie?

Moja mama była zaradna i w czasie wojny w pokoju mojej siostry za szafą stały jakieś dwa worki niewielkie. Było tam coś – pewno mąka i cukier albo kasza. Jak wybuchło Powstanie, to gotowanie było takie wspólne. Gotowało się w piwnicach. Myśmy siedzieli przy karbidówkach, robiliśmy sami te karbidówki, nalewaliśmy olej do takich puszek, na tym knotek na sreberku na blaszce. To strasznie śmierdziało, bo to nie był taki olej do światła, tylko jakiś inny. W tych naszych domach przedwojennych był już gaz, kuchenki były jednocześnie też na węgiel i drzewo. To chyba się paliło drzewem w kuchniach, ale to też do pewnego czasu, bo dym się unosił, a chłopcy, którzy byli w punktach obserwacyjnych, denerwowali się, żeby tam nie widać było, że są ludzie, więc może w dzień gotowaliśmy.
Wiem, że byłam głodna, ale nie przypominam sobie, żeby się o tym mówiło. Nie pamiętam, żebym płakała, żebym mówiła czy jakieś inne dzieci, nie. Każdy, kto miał jakiś zapas… Nie było dużo, bo to było lato. U nas w ogródku rosły porzeczki, tatuś dla zabawy przed wojną posadził. Więc były te porzeczki, jakaś jabłonka, każdy miał w ogrodzie jakieś drzewo owocowe. Było biednie, bo chudzi byliśmy jak nieszczęście, ale nie było z tego powodu nieszczęścia, naprawdę. Nawet powiem, że jak myśmy wychodzili z Powstania, to nie pamiętam, żebyśmy żałowali, że Powstanie wybuchło, a wtedy to tylko była rozpacz, że tu idą bolszewicy. Ja zresztą przeżyłam to, bo we Lwowie mieszkałam kilka lat i jak dojechaliśmy, to obcy ludzie przyjęli naszą całą szóstkę. Przy nas były rewizje i aresztowania, ja to wszystko widziałam. Świetnie wiedziałam, co nas czeka przez te lata.

  • Czy mieli państwo świadomość tego, co dzieje się w innych dzielnicach Warszawy?

Tak, oczywiście. Moja siostra w szczególności, bo ona przecież znała tych chłopaków z „Baszty”. Oni pojechali na jakieś ćwiczenia do Legionowa…

  • Ale to było przed Powstaniem?

A, no tak. A w czasie Powstania to ci chłopcy, którzy u nas byli w punkcie obserwacyjnym, do nas też przychodzili Powstańcy, więc my cały czas miałyśmy informacje. Ja dokładnie nie umiem powiedzieć, bo jednak byłam jeszcze mała, ale matka moja pisała cały czas na maszynie i chłopcy roznosili te biuletyny, więc były informacje. Wiedziałyśmy, że ten przerzut, który był ze Starówki, to był kanałami na Żoliborz, więc też przez to dostawałyśmy informacje. Pewne rzeczy o siostrach zmartwychwstankach dowiedziałam się już późnej, po wojnie. Siostry nie wiedziały same, co te siostry szykują w czasie wojny na czas Powstania – szpital i wszystko, tam było wszystko przygotowane. Coś nadzwyczajnego!

  • Wspominała pani o Angliku, który mieszkał u was w domu. Czy w czasie Powstania spotkała pani jakiś obcokrajowców?

Nie, ja nie. Nie przypominam sobie.

  • Czy ta rodzina żydowska ukrywała się u państwa do samego końca Powstania?

To była Austriaczka, siostry zmartwychwstanki poprosiły mamusię… Problemy były tylko z tym chłopcem. On był w moim wieku, ale miał bardzo semickie rysy, tak że trochę było niebezpiecznie z nim. Ale bliscy znajomi widywali go, mogli wiedzieć, ale nigdy nic nie mówili. Natomiast ona świetnie mówiła po niemiecku. Nie miała takiej urody, żeby na nią zwrócić uwagę, nawet jakiemuś szewcowi pomagała, buty robiła. Matka przyjęła ich jak najbliższych ludzi, ja się bawiłam z tym chłopcem. Mamusia nawet na jakiś czas załatwiła temu chłopcu szkołę z internatem dla dzieci polskich oficerów, też w takim tajnym, to się mieściło na ulicy Królewskiej. Żeby nie przemieszczał się tak, żeby go nie było widać na ulicy. Potem z Powstania jak wychodził, był skaleczony, zabandażowany. Im się udało potem dostać do Włoch. Jego ojciec był wywieziony do Rosji, był Żydem ze Lwowa, potem wyszedł z Andersem i był w armii Andersa. Potem dostał się do Anglii i żona z synem do niego dojechali.

  • Czy zdawała sobie pani sprawę, wtedy, jako trzynastolatka, co groziło w Polsce za ukrywanie Żydów?

Myśmy wiedziały. Wydaje mi się, że w momencie, kiedy człowiek jest w danej sytuacji to… Przecież ja szłam do szkoły, matka do pracy, siostra też uczyła się i przecież było wiadomo, że już możemy się nie zobaczyć. Nie było telefonów, nie można się było porozumieć, uważałyśmy. Przecież ja wszystko wiedziałam o konspiracji, a przecież byłam małą dziewczynką. Jak bym się zachowała… Ja miałam matkę tak odważną i zdeterminowaną w pewnych sytuacjach. Była rewizja Niemców, olbrzymi nalot tutaj w 1943 albo 1944 roku na Wielkanoc, w Wielki Piątek i to było po wykonaniu wyroku na dwóch konfidentach gestapo, Polakach, na rogu Dziennikarskiej i Sułkowskiego, i wtedy Niemcy zrobili tą obławę. Ze wszystkich domów wyprowadzili mężczyzn, a wtedy była u nas ta Żydówka z synem i moja mama kazała mi się położyć do łóżka razem z tym chłopcem. Przecież to było straszne ryzyko, jak Niemiec wszedł do gabinetu i zobaczył na wąskiej kozetce dwie głowy, nie wiedział, co tu się dzieje, to mama po niemiecku, spokojnie powiedziała: „Tutaj śpią dzieci” – i on się o nas więcej nie zapytał.

  • Jak zapamiętała pani ostatnie dni Powstania na Żoliborzu?

To, że wtedy praktycznie nie wychodziłyśmy z piwnicy. Myśmy wyszły 5 października dopiero. Pamiętam, że była cisza, to znaczy słychać było strzały, odgłosy jakichś wybuchów, ale nie było takiego napięcia, ruchu i było już mało ludzi. Dużo ludzi stąd szło do górnego Żoliborza, do Szklanych Domów. Wydawało się, że tam będzie bezpieczniej, bo bombardowali te małe domki po tym wielkim bombardowaniu, to był strach. To jak domek z kart mogło się wszystko zawalić. Pamiętam tę ciszę i już spodziewaliśmy się, że to jest koniec, może mamusia wiedziała, bo jednak mieliśmy przy swoich posłaniach przygotowane ubrania. Niemcy wpadli koło godziny piątej nad ranem, to ja byłam w pełni ubrana i jeszcze mama mi kazała włożyć na siebie dwie sukienki, palto zimowe. Te ostatnie dni to myśmy już czekali, co będzie. Z tym że była grupka Powstańców, która się tutaj znalazła, i oni pierwsi nam powiedzieli, że Powstanie [upadło] albo już jest podpisana kapitulacja, bo oni mieli rozkaz i prawo, i przebierali się w cywilne ubrania.
Były takie dwie dziewczyny, które pamiętam, którym mamusia dała ubranie i potem razem z nami wyszły. To nie była klęska, ja nie pamiętam, żeby ktokolwiek powiedział, że to jest klęska, to było tylko załamanie, że się nie udało, przecież wiedzieliśmy, o co chodzi. Moja mama, jak zobaczyła pierwszego rosyjskiego żołnierza w 1945 roku, to mnie wzięła za rękę i powiedziała: „Moje życie się skończyło” – w sensie określenia sytuacji. Myśmy po prostu chcieli działać, żeby dać radę, żeby się nie poddać. Przecież w tym Pruszkowie, wszędzie, to wszystko było działanie. Ja bardzo chciałam wziąć z domu takie mamusi imienne błogosławieństwo Ojca Świętego, jeszcze Piusa XI, dla rodziny, chciałam to zabrać na pamiątkę, ale Niemiec mnie nie wpuścił do pokoju.

  • Czy to był pierwszy kontakt z żołnierzami niemieckimi w czasie Powstania?

Tak, to był mój pierwszy kontakt, 5 października.

  • Jak zapamiętała pani tych Niemców?

W ten sposób, że się zrobił krzyk na klatce i myśmy się zerwali z tych naszych posłań, bo to był świt, i kazali momentalnie, natychmiast wychodzić.

  • Czy może pani opowiedzieć, jak wyglądała pani droga do Pruszkowa?

Każdy się zbierał, była spora grupa ludzi na Gomółki. Tak jak mówiłam, najpierw żeśmy się pomodlili przy tych grobach i potem prowadzono nas Gomółki do góry, potem Kniaźnina, a potem w lewo Mickiewicza do placu Wilsona. Na placu Wilsona, na środku, stała wielka ciężarówa niemiecka i tam nam kazano wszystkim wsiąść. Każdy miał jakiś tobołek. Myśmy z mamą i babunia nie wyniosły nic. Mamusia miała tylko przy sobie kenkartę, ja legitymację szkolną i z tej takiej szkoły z siostrami umówioną, i nic więcej nie miałyśmy, kompletnie. Ja myślałam, żeby coś wziąć. Pamiętam, leżało coś domowego, a mama się na mnie zezłościła i powiedziała: „Zostaw to!”. Pamiętam, że ja byłam taka dumna, zobaczyłam, że moja mamusia stoi na tym samochodzie ciężarowym i rozmawia z Niemcem. Znajomi znali mamę i wiedzieli, że mama świetnie zna niemiecki, a poza tym była taka odważna, bo tam były jakieś przepychanki wśród Niemców, kto będzie nasz konwój prowadził i mamusia z jakimś oficerem niemieckim długo dyskutowała na ten temat i w końcu nas z placu Wilsona wyprowadzili żołnierze Wehrmachtu i Krasińskiego szłam w górę.
Więc najpierw na Gomółki paliły się domy, na rogu Dygasińskiego i Gomółki z okien leciały palące się książki. Mijaliśmy człowieka, który miał otwarte oczy i żył. Pamiętam, to był starszy człowiek, a Niemiec krzyczał i popychał, a myśmy się nie mogły zatrzymać, a on upadł wcześniej. Nas przepędzono na Powązki, na Powązkach, pamiętam, przechodziłam koło sióstr i tam na Powązkach były jakieś pomieszczenia, jakby baraki. Tam mieliśmy postój i wtedy zrobiono selekcję i odłączono nas wtedy od babuni. Starszych ludzi zabrano samochodami, myśmy się już potem nie spotkały w tym transporcie. Myśmy poszły do kościoła na Woli, na Wolskiej, i w tym kościele spędziłyśmy całą noc. Ja nie pamiętam, ale mi się wydaje, że myśmy do Pruszkowa pojechały ciężarówkami, na pewno nie szłyśmy na piechotę do Pruszkowa.
  • Jak zapamiętała pani pobyt w Pruszkowie, jakie warunki tam panowały?

To była taka wielka hala kolejowa, ludzie siedzieli pokotem i tylko jeden za drugim latał, bo jeden szukał drugiego. Myśmy były grupą ludzi z naszego domu, była pani Łącka i była jeszcze jedna pani z dwojgiem dzieci, z dziewczynką w moim wieku i małym chłopcem. Mama się z nimi trzymała. Babuni nie znalazłyśmy. Ludzie się szukali. W tym kościele, jak wszyscy staliśmy, to Niemcy stali i rozdawali marchewkę, pomidora i jeszcze coś, każdy dostał. Myśmy mieli jakieś puszki i wszyscy w tym cmentarzu kościelnym, w ogrodzeniu, patykami zapalali ogień i to w tych puszkach, co nam Niemcy dali. Gotowaliśmy, żeby było ciepłe, żeby się rozgotowało, i piliśmy to. A w Pruszkowie nie pamiętam, co jadłam.

  • Czy ta rodzina żydowska była z państwem wtedy?

Oni się już tam rozdzielili. Od nich już potem dowiedzieliśmy się, że dostali się do transportu do Niemiec. To się udało, dlatego że to była inteligentna pani, a on był rzeczywiście pokaleczony, był zabandażowany. W Pruszkowie spotkałyśmy koleżankę mojej siostry. Moja siostra była w czasie wojny w szkole pielęgniarstwa, po szkole u sióstr. Pamiętam, że ta dziewczyna pomagała tam i poznała, że to jest mama jej koleżanki. Czy mamusia coś powiedziała...

  • Co działo się później, gdzie trafiła pani z Pruszkowa?

Polacy sobie szalenie pomagali. Moja siostra była na wsi u ludzi, których myśmy w ogóle nie znały, ale była to rodzina przyjaciół moich rodziców. A w czasie wojny ich syn był w partyzantce i był dość ciężko ranny. Przywieźli go do Warszawy, poproszono, żeby moja siostra mu robiła opatrunki, bo uczyła się pielęgniarstwa, a chodziło o to, żeby go nie znaleźli. Jak ona złamała nogę, akurat przyjechała jego siostra i zaprosiła ją. Wobec tego, jak myśmy się z matką znalazły już w wagonie, pamiętam, jak się mówiło, że w Pruszkowie oddział czwarty był przypisany tym, których wywożono do Niemiec, a jedynka była dla tych, których wywożono w Polskę. Nie wiem, w którym my byłyśmy, może to była jedynka. Dość, że wsadzono nas do wagonu bydlęcego. Stało się, jeden człowiek przy drugim zupełnie ściśnięci.

  • Nie wiedziała pani wtedy, dokąd jedzie?

Nie wiedzieliśmy, nie było żadnych informacji ani nie można się było porozumieć. My tylko przez takie malutkie okno na górze, które jest w wagonie bydlęcym, wyrzucaliśmy karteczki i informacjami, że jedzie i żyje, mama też sporo karteczek napisała, ja rzucałam, ale do nikogo nie dotarły nasze kartki. Pamiętam, że bardzo długo jechaliśmy. Wiem, że na pewno w nocy jechaliśmy. Ale nie było rozpaczy, nawet były takie momenty humorystyczne, z jakiejś pani, z jakiegoś kogoś. Była taka sytuacja, że ludzie ciągle sobie dodawali ducha.
Wreszcie, moim zdaniem, nas dowieźli do tego Skarżyska i kazali nam wysiadać. Wyskoczyłyśmy z tych wagonów, ustawili nas w kolumny (myśmy się cały czas trzymały z tymi paniami tak jak od początku) i prowadzili nas przez tory kolejowe do jakiegoś innego pociągu, tak było powiedziane. Jak szłyśmy, to mijałyśmy jakiś budynek i była taka półkolista, duża brama. Myśmy przechodziły w szeregach koło tej bramy, duże kolumny były, bo to taka duża, zwarta grupa szła, a Niemcy szli po obu stronach, oczywiście z karabinami, oczywiście, w pewnej odległości, w takiej eskorcie. Jak myśmy doszły do tej bramy, to stał w bramie kolejarz i on mamusię wziął za rękę i pociągnął, cały ten nasz szereg wszedł do bramy. Ten kolejarz zaprowadził nas do swojego domu, tam dostałyśmy herbatę.

  • Pamięta pani, jak się nazywał?

Nie. Ja nawet nie wiem, czy moja mama wiedziała, jak on się nazywał. On powiedział mamusi, żebyśmy tu cicho siedziały, on pójdzie nam jeszcze coś kupić, bo nakarmili nas. Powiedział też, że oni mają tam na kolei Niemca maszynistę, który jest w ruchu oporu.

  • W niemieckim?

Nie. Ja wiem od matki, że on mówił, że jest komunistą, że on im pomaga Polaków wywozić. Nie wiem, czy to jest możliwe, dziwne. Faktem jest, że zapytał każdą z nas po kolei, która gdzie chce jechać. Mamusia powiedziała, że chce się dostać do Tomaszowa Mazowieckiego. Krótko to trwało, musiał mieć widocznie kurs w tym kierunku. Przyszedł, zabrał mnie z mamą, wsadził nas do lokomotywy, do tego Niemca, teraz wiem, że to był Niemiec, bo mamusia z nim rozmawiała po niemiecku. Młody człowiek, chłopak, który wsypywał cały czas węgiel do tego kotła, tak że jak wysiadłyśmy w Tomaszowie Mazowieckim, to byłyśmy obydwie jak górnicy. To jest serce matki, ponieważ moja siostra była w Polsce, dla mamy najważniejsze było, żeby dostać się szybko, żeby ona wiedziała. Może jakby nas wywieźli do Niemiec, to byśmy dotarły jakoś do mojego ojca. Nieraz żeśmy o tym myślały, ale tak się ułożyło.

  • Co zrobiły panie w Tomaszowie?

W Tomaszowie mama wzięła dorożkę. Nie wiem, jak żeśmy wyszły z tego dworca, bo tam Niemcy chodzili, ale mama nigdy się nie zdradzała z tym niemieckim, nawet jak były rewizje w Warszawie. Zawsze słuchała, co będzie tłumacz mówił, ale jak była potrzeba, to zawsze mówiła po niemiecku.
Myśmy pojechały do tego majątku, ci państwo mieli młyn, dom i tam była moja siostra. To się nazywa Zawada, powiat Łaziska. Myśmy tam dojechały, oczywiście radość była straszna, moja siostra szalała i wszyscy, że myśmy przyjechały. Ale tam już było ponad dwadzieścia osób, warszawiaków, których oni tam wszyscy umieścili, żywili. Państwo Jabłońscy, pani Helena i Leon Jabłońscy, mieli tego syna, który był w partyzantce ranny, oni byli sami aresztowani w czasie wojny przez gestapo w Tomaszowie. W Zawadzie myśmy znalazły własny dom, wszyscy ci Polacy, którzy tam byli. Potem po kolei się rozjeżdżali, gdzie kto mógł, każdy miał gdzieś jakąś rodzinę, kogoś z kimś. Nazwisk tych ludzi nie pamiętam, siadaliśmy codziennie do wspaniałych posiłków. Pierwsza rzecz jak przyjechałam do Zawady i zobaczono nas wychudzone i w ogóle wyglądające jak diabły, to wyniosła nam pani Jabłońska taki kawałek chleba z masłem, serem i miodem. Jedyną osobę, którą pamiętam, był przed wojną taki artysta malarz, Wawrzyniec Chorembalski się nazywał, to był dobry znajomy moich rodziców, i on przypadkiem też w drodze trafił do Zawady, nie znając tych państwa w ogóle, a my przypadkiem spotkałyśmy znajomego. A tak to nie pamiętam nazwisk. Ale również była rodzina żydowska, wszyscy wiedzieli, ale trzeba było ich ukryć.
Była taka sytuacja, że w trakcie kiedy byliśmy tam wszyscy, przyjechało gestapo. Wszyscy z Tomaszowa wiedzieli, że tam warszawiaków cała masa. Tą Żydówkę z córką w szafie zamknęli, a moja matka, jak oni weszli, zaczęła opowiadać jakieś zupełnie niezwiązane z wojną rzeczy po niemiecku i tak tych Niemców zagadała. Oni stali, wszyscy mdleli, ci państwo Jabłońscy i ich córka, bo bali się, co to będzie. I Niemcy pojechali, potem ten syn wywiózł je gdzieś, ale nie wiem gdzie.
Tak się ci ludzie porozjeżdżali, a myśmy nie miały gdzie pojechać, dlatego że nie wiedziałyśmy, co będzie z nami, a moja mama miała świadomość, że mój ojciec do Polski nie wróci. Wobec tego szukała kontaktów przez Czerwony Krzyż z ojcem, żeby móc przez zieloną granicę wydostać się z Polski, choć moja matka jako młoda dziewczyna złożyła przysięgę, że jej noga nigdy Polski nie opuści. Z tego powodu nie przyjechałyśmy od razu na Gomółki, ten dom został zajęty i tak zostałyśmy w sumie na lodzie. A pięć dni po śmierci mojego ojca przyszedł przez Czerwony Krzyż list z naszymi fotografiami, równo pięć dni po jego śmierci. W tej sytuacji mama nie narzekała, nie płakała, wzięła się do roboty w tym młynie, ale tak jakby osiadła na laurach, po prostu coś się w niej załamało.
Zapisałam się do szkoły w Tomaszowie Mazowieckim, chodziłam z Zawady do szkoły piechotą sześć kilometrów codziennie, ale dzieci niektóre miały nawet po dwanaście. Bardzo miło wspominam swój pobyt w szkole w Tomaszowie Mazowieckim, moją nauczycielką była też warszawianka i wśród kolegów byli warszawiacy. Najważniejsze było to, że ja miałam dom jak swój własny w Zawadzie; że nie miałam żadnej różnicy, że nie jestem piątym dzieckiem tych państwa.

  • Kiedy wróciły panie do Warszawy?

Wróciłyśmy w 1948 roku. To też był taki moment, kiedy ja zrobiłam małą maturę i wtedy coś się we mnie załamało, już tak nie mogłam. Mama była w drugim gospodarstwie tych państwa, w młynie pomagała, siostra wyjechała do Łodzi, bo nie chciała już na tej wsi siedzieć. Ja kiedyś, może nie rozpłakałam się, ale powiedziałam do mamy: „Mamo, ja bym tak strasznie chciała już wrócić do Warszawy”. Na ale jak? To było jeszcze w 1948, przed powstaniem partii, przed powstaniem PZPR-u i tu, w Warszawie, było jeszcze kilku tatusia kolegów, którzy wrócili z oflagów – między innymi ten pan, który z moim tatą wyjechał, pan pułkownik Pawłowski. On pomógł mamie, załatwił jej pracę w PKPG, a u siebie dał taki kącik, żeby mama miała gdzie się zatrzymać. Natomiast ja przyjechałam do koleżanki na Promyka, do tych państwa, i tutaj u nich zamieszkałam. Tak było przez jakiś czas i zaczęłam wtedy z powrotem chodzić do sióstr.

  • Te domy na Żoliborzu były już odbudowane?

Nie, one nie były odbudowane, tylko były odrestaurowane. U nas sam narożnik na górze był uszkodzony jakimś pociskiem, no to był odremontowany. To wszystko przeszło na rzecz kwaterunku. W naszym domu mieszkało sześć rodzin. Wszystkie nasze rzeczy, meble, to wiedziałam od ludzi, że to Rosjanie wywozili i inni ludzie. Ja tylko jeden stolik mojej prababci wyniosłam z tego domu i mam go do dzisiaj. A tak, to wszystko, co zostało, spalili ludzie, którzy tam mieszkali, włącznie z fortepianem.

  • Jakie jest pani najlepsze wspomnienie z Powstania?

Na pewno byłam strasznie dumna, jak chodziłam do tego szpitala, a nawet tym rannym chłopcom, co leżeli, grałam na fortepianie, grałam coś, nie pamiętam, co to było. Jeszcze może to, że myśmy mieli nadzieję, o tym się mówiło.

  • To są te dobre wspomnienia, a najgorsze wspomnienia?

Straszne było to bombardowanie. Opuszczenie domu nie było wcale takim jakimś, że: „Boże! Zostawiamy wszystko!”, nie pamiętam tego. Pamiętam, jak szyby leciały, a mama mi kazała zamiatać. Ja mówię: „Mamo?!”. A mamusia mówiła, że zawsze powinien być porządek, póki można było. Strasznie rozpaczałam i płakałam, bo musiałam zostawić swojego kota, nie mogłam się z nim pożegnać. Miałam kota Myszkę, bo ta moja przyjaciółka miała psa i one wyszły z psem i w końcu nie mogły zabrać tego psa do Pruszkowa. Jakiś jeniec powiedział, że można psa zastrzelić, a to był bardzo ładny pies, taki terier. Wtedy jakiś Niemiec podszedł do mamy tej mojej przyjaciółki i powiedział: „Ja mogę wziąć tego psa”. I oddały go. Z kotem iść było niemożliwe.

  • Czy jest coś, co szczególnie utkwiło pani w pamięci z tamtego czasu?

Ale chodzi panu konkretnie o Powstanie?

  • Tak.

Straszne wrażenie zrobiła twarz tego człowieka leżącego na chodniku, jak ja już wyszłam z Powstania. To był starszy człowiek, który miał siwe włosy, siwą brodę i miał otwarte oczy, jak ja przechodziłam koło niego. Ja nie byłam taką dziewczynką, która się tak litowała, ale to było takie wrażenie, ja chciałam i nie mogłam się pochylić, bo ten Niemiec mnie popychał. Ten człowiek patrzył na wszystkich, to było straszne, ja go do dzisiaj widzę. Ja nie mam w sobie tego, co maja ludzie, którzy przeżyli takie straszne rzeczy i nie mogą tego wspominać, bo to były dla nich jakieś koszmary. Ja dużo czytam na ten temat i wspomnień, bo to jest dla mnie taka treść życia, która może zaważyła na moich poglądach, na moim podejściu do życia. Ale to było straszne przeżycie.

  • Jak pani teraz, po tych sześćdziesięciu kilku latach ocenia Powstanie?

Ja mam na ten temat swoje zdanie i go nigdy nie zmieniałam i nie zmienię. Uważam, że Powstanie było przygotowywane od początku. Myśmy mieli armię, która się budowała od początku. Mieliśmy konkretny cel, żeby to Powstanie wywołać i oczywistą jest rzeczą, że chcieliśmy być gospodarzami we własnym domu. I uważam, że gdyby Powstania nie było, to by już w ogóle Polski nie było. Czasem może to mówię z wielkim patosem, ale to było przez te wszystkie lata odniesienie, kim my potrafimy być, co chcemy mieć i co pokazujemy; za co możemy życie oddać. To się tak mówi, ale to jest punkt odniesienia, dlatego jestem taka szczęśliwa, że jest Muzeum Powstania Warszawskiego, że ma taki charakter, że poszłam z moją wnuczką i ona była zachwycona. Coś pozostało, że to było tak strasznie potrzebne. Ja nie wiem czy by była „Solidarność”, gdyby nie było Powstania. Pewno nie.

  • Czy chciałaby pani na koniec jeszcze coś dodać od siebie, jakoś podsumować naszą rozmowę?

Jest mi smutno, że jest inaczej niż my sobie wymarzyliśmy. Świat się zmienia, ja rozumiem, musi to wszystko się zmieniać i technika idzie szalenie do przodu, ale jednak jakieś poczucie przynależności, wartości, jednak było większe w nas. Myśmy byli tacy związani, my żoliborzanie... Zresztą, ja czuję, że to do dzisiaj trochę jest. Kto jest z Żoliborza, to jest żoliborzanin, bo ludzie, którzy później tu zamieszkali, to tego tak już nie czują. W każdym bądź razie uważam, że teraz tych wspomnień jest coraz więcej i wcale nie chcę, żeby było ciężko, żeby ludzie przeżywali tragedie, żeby były nieszczęścia, ale takie poświęcenie czy odniesienie do wyższych wartości jednak daje człowiekowi satysfakcję.





Warszawa, 15 października 2009 roku
Rozmowę prowadził Dominik Cieszkowski
Aleksandra Wysocka Stopień: cywil Dzielnica: Żoliborz

Zobacz także

Nasz newsletter