Marian Witold Janiszewski „Zadra”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Marian Janiszewski. Urodziłem się w Warszawie 28 września 1921 roku.

  • Zaczniemy od wybuchu drugiej wojny światowej. Proszę opowiedzieć, jak pan pamięta wybuch wojny. Proszę powiedzieć nam również coś o swojej rodzinie.

Urodziłem się na Woli. Szkoła podstawowa na Gostyńskiej, później [byłem] w 65. drużynie harcerskiej do samego wybuchu wojny. Były tam różne wycieczki, jak to z harcerzami. Później wybuch wojny w 1939 roku, wrzesień. Było zarządzenie Prezydenta Miasta Warszawy, żeby młodzież zdatna do noszenia broni wyszła z Warszawy w kierunku Chełma, bo tam będzie tworzona armia. I nas trzech braci harcerzy wyszło z Warszawy 5 września. Całą noc żeśmy szli. Nad ranem byliśmy w Mińsku Mazowieckim – to jest prawie czterdzieści kilometrów od Warszawy. Tam nas... Już nie mówię, jak to było w Warszawie, te pierwsze bomby... W Mińsku zaatakowały nas samoloty niemieckie. Tam było bardzo dużo uciekinierów z Poznania i samoloty niemieckie zaczęły bombardować wozy z ludźmi. Był krzyk i tak dalej, konie rozbrykane.
Uciekliśmy dalej na wieś. W dzień nie można było chodzić szosą, ponieważ Niemcy strzelali do ludzi jak do kaczek. Więc przeważnie chodziliśmy nocą, a jak nie, to z wojskiem polskim – też nocą. Tam było dużo wojska polskiego w lasach. W kierunku Chełma żeśmy szli. Już było dość daleko, bo za Lublinem już byliśmy, trzech braci. Zorientowaliśmy się, że nie możemy dalej iść, ponieważ tam już Rosjanie się szykują, czy już [Niemcy] – kto dokładnie to nie pamiętam, jak to było. Musieliśmy się zatrzymać. Wróciliśmy pod Mińsk Mazowiecki, taka wieś była Tyborów, i tam czekaliśmy. Tam byliśmy kilka dni. Żywili nas gospodarze, bośmy nie mieli co jeść. Troszkę żeśmy im pomagali w tym obrzędzie, że tak powiem.
Tam pierwszy raz złapali nas Niemcy. Spaliśmy. W nocy się budzimy, nad ranem, słyszymy szwargot – Niemcy są! Wyszliśmy specjalnie, bośmy spali w takich górach w stodole (jak to mówią – na „przygórkach” czy jakoś tak). Zeszliśmy na dół i byli Niemcy. O dziwo, zaczęli nas zapraszać do siebie, częstować papierosami – tak nas przyjęli – rozmawiać, „Warszawa kaputt”. Ale to trwało tylko kilka godzin, potem się okazało, że oni są zupełnie inni. Nie wolno było wychodzić z chałupy, nie wolno było się ruszać. Byli tam ze dwa dni. Wyjechali dalej i myśmy z tego Tyborowa uciekli. Dalej uciekaliśmy w stronę Wisły, w stronę Warszawy.
Znaleźliśmy się w takiej miejscowości nad Wisłą vis-à-vis Góry Kalwarii. Tam był zniszczony most, ale częściowo jeszcze po nim można było przejść na drugą stronę Wisły. I tam nas Niemcy złapali drugi raz. Już po drugiej stronie Wisły, jak Czersk, były takie drutem ogrodzone tereny i wsadzili nas do obozu razem z polskimi żołnierzami – bośmy byli cywile przecież. Tam już dużo było polskich żołnierzy, rozbrojonych. Góra Kalwaria, Czersk – to było takie miejsce i tam właśnie było to obozowisko. Ale my w nocy – jak to trzej harcerze – wyrwaliśmy się z tego obozu, bo nie był tak bardzo strzeżony jeszcze. Doszliśmy przez Piaseczno do Warszawy. W Warszawie też nas wacha niemiecka (żandarmeria) zatrzymała, wylegitymowali nas i dostaliśmy się do domu, do swojej rodziny, szczęśliwie. Oczywiście domy były zniszczone, dom, w którym mieszkałem był częściowo zbombardowany, ale nasze mieszkanie jakoś się utrzymało i mieszkaliśmy całą okupację na tej Obozowej 8/10 – tam, gdzie się urodziłem.

  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie. Co robili pana rodzice?

Ojciec mój pracował w magazynach pocztowych na Ludnej 4, moja mama nie pracowała. Jak skończyłem szkołę podstawową pracowałem w takiej firmie „Gorat i Andruszkiewicz” – przed wojną znaczy. Byłem tam uczniem i jednocześnie chodziłem wieczorami do szkoły. I do wybuchu wojny to tak trwało.
Później Niemcy tam zrobili małe getto – tam gdzie ten „Andruszkiewicz”, to była ulica Grzybowska, Pańska – tak że do tej fabryki trzeba było chodzić ze specjalnymi przepustkami. Ja nie chodziłem już dalej do tej fabryki, nie pracowałem.
Zacząłem pracować w takiej firmie prywatnej. To była Hurtownia Materiałów [niezrozumiałe] Lucjan Rydz i tam pracowałem całą okupację, to znaczy do dnia Powstania. Niezupełnie – bo dzień przed Powstaniem pożegnałem tego swojego inżyniera, bośmy już mieli wtedy służbę przy magazynach z bronią. Tak że jeżeli chodzi o okupację, to ją nawet nieźle zniosłem, ponieważ miałem tę pracę, nieźle zarabiałem. Natomiast mój brat starszy...

  • Co pan tam robił?

Byłem ekspedientem. To hurtownia była, szykowaliśmy i wysyłaliśmy materiały. I co ciekawe, w czasie okupacji przychodził Żyd, który miał taką specjalną, grubą opaskę na ręku i on odbierał... On zamówienie składał i myśmy jemu przygotowywali materiały, które on brał dla Niemców. Miał taką władzę, muszę powiedzieć – to ciekawostka – ten Żyd, jak myśmy naszykowali mu ten towar – przeważnie takie materiały elektryczne, izolatory, kable – więc zapakowaliśmy ten towar w skrzynie, brałem jakiegoś wozaka, zawiózł to na dworzec i co ciekawe: jest kolejka do wagi i do kasy, stoją Polacy, stoją Niemcy... Niemcy nie stali właściwie, bo od razu szli do kasy. A ten Żyd podchodził do tej kasy, tych Niemców wyprzedzał (w tym czasie to przecież był straceńcem), ci zaczęli na niego krzyczeć: Jude! – i tak dalej, to odszedł, przyprowadził feldżandarmerię, pokazał swoje dokumenty, żandarmeria wstrzymała wszystkich Niemców i on pierwszy nadawał paczki. Bo on na front wysyłał te paczki. A to jest ciekawe, że ten Żyd jak przychodził, to miał całą teczkę czekolady, grubą czekoladę, gorzką, i nas, pracowników, częstował czekoladą. Jeszcze był taki wypadek z nim... On załatwiał jednocześnie przewóz przez Wisłę. Tam była „Vistula”, taka firma, która przewoziła towar Wisłą, do Sandomierza czy gdzieś – dla wojska. I szedłem kiedyś z nim załatwić te sprawy, to on mówi tak do mnie: „Panie Marian, co mnie wolno, to mnie wolno – pan widział. Ale przez plac Hitlera – plac Piłsudskiego – to mnie nie wolno przejść”. I musieliśmy naokoło przejść inną drogą, żeby nie deptać tego placu. I on załatwiał te swoje sprawy. Kilka razy przyjeżdżał, w końcu przestał. Ja też przestałem w tej firmie pracować, bo wybuchło Powstanie.

  • A zaczął pan mówić o swoim bracie...

Aha. Mój brat pracował w karabinowej... „Świerczewski” – to była wytwórnia karabinów. Niemcy to objęli i on pracował... Ja, przypuśćmy, zarabiałem u tego inżyniera pięćset złotych na tydzień, a mój brat zarabiał sto pięćdziesiąt złotych na miesiąc. Był w okropnych warunkach – był głód. Później się ożenił, jeszcze miał małe dziecko, tak że oni tragedię przeżywali. Rodzina mu pomagała, co mogła, ale musiał pracować, bo inaczej by go wywieźli do Niemiec albo do obozu.

  • To jak pan sobie znalazł taką dobrą pracę?

Przez przypadek. Kuzyn mój dostał jakiś kontakt. Aha, bo ciotka tego inżyniera mieszkała na Kole, była sąsiadką mojego kolegi. On się bał pracować tu prywatnie, bo ausweis był słaby – pracował w [wytwórni] karabinowej razem z moim bratem i on dopiero dał mi znak do tego inżyniera, ta ciotka mi tam... Dlatego tam całą okupację pracowałem i było dobrze.

  • Przejdźmy może do takiego życia codziennego, po pracy.

Jak to po pracy – spotkaliśmy się z kolegami. Jeszcze nie byłem wtedy w żadnej organizacji. W 1940, 1941 roku nie miałem żadnych kontaktów z organizacją niepodległościową. Spotykaliśmy się, ale wszystko było takie utajone. Lato spędzaliśmy nie nad Wisłą, przypuśćmy – kiedyś miałem swój kajak na Wiśle w takim klubie sportowym, to już nie można było dalej pływać po Wiśle, to wszystko było zakazane. Przeważnie żeśmy gdzieś na gliniankach się kąpali na Kole, bo teren Koła to były glinianki, cegielnie – dzisiaj po tym nie ma śladu, parki są porobione z glinianek. Tu spędzaliśmy przeważnie czas po pracy.
Do pracy przeważnie chodziłem piechotą, bo później były łapanki – Niemcy odcinali ulice i wszystkich z tramwajów, z pojazdów zabierali. „Budy” podjeżdżały – samochody z budami – i wszystkich ładowali i wywozili: Oświęcim albo Majdanek, albo gdzieś. Tak że ja raczej chodziłem na piechotę na Świętokrzyską z Koła, bo wtedy mogłem się wyrwać z łapanki – gdzieś wpaść do bramy, do piwnicy jakiejś. Żyliśmy jak zające pod obstrzałem. Taka była prawda – niestety.
Tak żeśmy spędzali ten czas. Bardzo smutno, bo i światło nam wyłączali, była godzina policyjna, nie wolno było chodzić – tylko do godziny dwudziestej. Światło było wyłączane, ludzie siedzieli przy świecach, przy karbidówkach, musiały być wszystkie okna pozasłaniane. To był ciężki, ciężki czas okupacji. Później dostałem kontakt z Armią Krajową...

  • Jak? W jaki sposób?

Po prostu spotkałem kolegę Marian [niezrozumiałe], taki, który był zaufany, z którym chodziłem do szkoły, on mnie dobrze znał od dzieciaka, ja jego. I on mówi: „Słuchaj, jest taka a taka sprawa. Jest organizacja. Czy byś chciał do nas należeć?”. To się tak zaczęło. Później chodziliśmy na specjalne szkolenia, na strzelanie, na rzuty granatem – nawet mam zdjęcia z tego okresu z tymi kolegami. Wkroczyliśmy dalej w konspirację – po tym przeszkoleniu już.

  • Na kogo był pan szkolony?

Na żołnierza. Po prostu na żołnierza byłem szkolony – żebym mógł [obchodzić się] z bronią, bo ja w wojsku nie służyłem, byłem za młody. Żeby się potrafiło obchodzić z bronią krótką, z bronią długą, z granatem. Organizacja – Armia Krajowa – przygotowywała nas, żołnierzy, do walki. No i to trwało.
Później mieliśmy inne zadania. Byliśmy typowani do takich już poważniejszych zadań, jak przypuśćmy... Zrobiliśmy najście na kasyno niemieckie.

  • Jak to wyglądało?

To wyglądało tak, że dowódca nasz... To nie był taki dowódca, bo to właściwie był starszy kolega. Był ojciec mojego kolegi ze szkoły, jego syn i jeszcze koledzy: Rysiek Walfisz. Oni dostali odgórnie rozkaz i poszliśmy. Dali nam broń krótką i granaty (Rysiek Walfisz miał granaty, ja miałem krótką broń) i poszliśmy. To był lokal niemiecki, pod nazwą „Cafe Bridge”, na Jasnej albo na Mazowieckiej. Tam żeśmy Niemców tą bronią zastawili, rewizja, wszystko, co oni mieli, kosztowności, do worka. Wszystko się zabierało – pierścionki, obrączki, zegarki, krótką broń, pieniądze. To wszystko szło na cele organizacji – pieniądze i to wszystko.
Nie strzelaliśmy, nikogo żeśmy nie zabili ani oni nikogo z nas, bo się od razu poddali. Tak żeśmy zabrali te kosztowności i pieniądze i wycofaliśmy się – ładnie wszystko, grzecznie nam poszło. Ale później, wieczorem jak żeśmy się spotkali, ło nam jednego kolegi, który był razem z nami. On był w obstawie – Rysiek Walfisz – stał na półpiętrze, z granatem, no i go Niemcy złapali. Jak on stał z tym granatem na ubezpieczeniu, Niemiec, który tam mieszkał, otworzył drzwi i wyszedł z psem. Ten zbaraniał. Niemiec go od razu wciągnął, zabrał mu ten granat – no, takie zaskoczenie. To był młody chłopak, miał wtedy dwadzieścia lat, dwadzieścia jeden może. W moim wieku mniej więcej.

  • Co się z nim stało?

Aresztowali go. Myśmy dowiedzieli się, że on już siedzi, w domach nie spaliśmy, bośmy się bali, że oni mu tam dołożą, będzie sypał, jak się załamie. A znał kilka adresów – bo to był kolega taki i harcerz, i z tej samej okolicy. Baliśmy się, że będzie sypał.
Spotykaliśmy się na ulicach i wtedy ustaliliśmy, że organizacja wykupu Walfisza [należy] do Szparadowskiego, który był najstarszy wiekiem między nami i do porucznika Kruka (taki był jeszcze porucznik Kruk z nami)... Te pieniądze, co wzięli – jest tak dużo tych pieniędzy (bo przecież orientowaliśmy się) – żeby się starali go wykupić. To trwało z miesiąc. I jednak mieli dojście... już myśmy dalej się nie włączali, tylko nacisk żeśmy na nich wywierali, żeby tego Ryśka wykupić. I oni Ryśka wykupili. Był tak pobity, że sikał krwią. Później nie mogliśmy się z nim kontaktować, bo mógł być obserwowany.
  • Proszę opowiedzieć, w jakich innych jeszcze akcjach, działaniach brał pan udział.

Do organizacji należał mój brat młodszy, Jurek. Aresztowali go, to znaczy wzięli go z domu. Nic przy nim nie znaleźli, ale wzięli go. Znalazł się na Pawiaku. Z Pawiaka wozili go na aleję Szucha na zeznania. Przy nim nic nie znaleźli, żadnego dokumentu, że należy, żadnej gazetki konspiracyjnej, ale bili go, tłukli go. Nie mieliśmy do niego żadnego dojścia. W końcu – on już tam był ze trzy miesiące – przynosi nam młoda kobieta takie zawiadomienie... Powiedziała, że znalazła... Bo jak wywozili aresztantów, takimi samochodami przeważnie odkrytymi, to oni pisali grypsy i wyrzucali na ulicę, z adresem. I ta kobieta znalazła ten gryps z adresem i było napisane: „Mamusiu kochana, jestem już na »Gęsiówce«”. Bo jego z Pawiaka przesłali do obozu pracy na Gęsiówkę. Na tym grypsie był jeszcze adres. „Mamusiu, chcę się z wami skontaktować, ponieważ z »Gęsiówki« wywozimy meble po Żydach na Świerczewskiego, pod dolny kościół. Bądźcie na Lesznie vis-à-vis kościoła”. Dał nam adres tej bramy.
Pojechałem z moją mamą, moja mama nagotowała troszkę mięska. I Jurek był. Pilnował ich żołnierz z Wehrmachtu i powiedział tylko to, że jak będzie uciekał, to on będzie od razu strzelał. To był Ślązak, bo dobrze po polsku mówił. Mówi: „Tu siedź w tej bramie, jak ci matka przywiozła jedzenie, to jedz. Tylko nie uciekaj, bo ja muszę strzelać”. Rzeczywiście, on tam się najadł. Mówi: „Mamusiu, miejcie ze mną kontakt, bo my będziemy często przywozić meble do tego miejsca. Jestem w grupie takich »szperaczy«”. W ruinach getta były jeszcze meble, były kosztowności i Niemcy to wszystko – to znaczy ta grupa „szperaczy” musiała wszystko wynosić i Niemcom to oddawać. Więc mój brat mówi: „Jak coś znajdę, to przychodźcie, to może jakoś się stąd wyrwę”. Musieliśmy mu bieliznę zanieść, bo był cały czarny od pcheł – takie były okropne pchły na tej „Gęsiówce”.
Przyszedł taki moment, jesteśmy w tej bramie, a Jurek mówi: „Słuchajcie, mam tu fant”. I wyjął taką kupę dolarów. „Znalazłem te dolary – mówi. – Starajcie się mnie wykupić, bo wiem, że można to załatwić”. Bo tam go już pouczyli. No i żeśmy te dolary od niego wzięli. „Będziemy w kontakcie”.
Nieraz przyjechaliśmy do tej bramy, nie było go. Posiedzieliśmy, nie ma tego transportu, widocznie gdzieś był na innym terenie. Brat opowiadał, że jak szperali w tym getcie, to ci, co tam byli dłużej, pouczyli ich, gdzie szukać. I on znalazł te dolary wszyte, powypychane w ramionach, on wymacał i wyjął te dolary.
Opowiadał, że miał taki przypadek, że jak szperali tam, leżał nocnik w piwnicach, owinięty w jakąś ceratę i drutem owinięty. Przypalony był i brudny. I mówi: „Kopnąłem w ten nocnik i wysypało się z niego złoto. Cały nocnik był pełen złota. Żydzi schowali”. A oni byli w pasiakach tylko – ci więźniowie. Złoto [poupychali] w kieszeniach, w te pasiaki. „Ale – mówi – te spodnie mi spadały od tego złota”. Jak wracali, w „Gęsiówce” był apel. Niemcy byli w środku, a z tyłu byli polscy policjanci granatowi – byli też razem z Niemcami, musieli być. I był ten czworobok, był ten apel. Niemcy od razu mówili: „Kto ma przy sobie coś, to niech wyrzuci, bo jak złapiemy, to kara śmierci”. Zaczęli tego, tego macać i brat się przestraszył, wszystko złoto wyrzucił – pomału, pomału z tych kieszeni, do tyłu, do tyłu. Mówi: „Tyle tego złota było, że aż mi spodnie ściągało”. Taki był majątek. Oni chodzili, te kosztowności wszystkie zbierali, Niemcy to zabierali do magazynów, a później wywozili do Niemiec.
Tak było, żeśmy dostali kontakt. Znów taki kolega, też Powstaniec warszawski, przyjaciel nasz, Jurek Staniszewski się nazywał, pseudonim miał „Sztyngiel” – taki chodził [sztywno] prosty, bo miał jakąś chorobę kręgosłupa. „Sztyngiel” miał w rodzinie policjanta granatowego i ten jakiś kontakt dostał, żeby Jurka wykupić z „Gęsiówki” – bo oni później z „Gęsiówki” wywozili do kopalni, do Niemiec na roboty, bo im nic nie robili, że to byli Powstańcy, ruch oporu. I ten policjant granatowy dostał kontakt z takim policjantem, który tam był na „Gęsiówce”. Oczywiście za opłatą – za te dolary. Dostaliśmy cynk, że oni tego i tego dnia wywożą ich do Niemiec. Przygotowaliśmy się na to. Powiedzieli nam, że będzie szedł granatowy policjant, będzie szedł żandarm, który ich prowadził na dworzec, żeby ich wywieźć, i Jurek będzie między policjantem a żandarmem. Oczywiście będzie w pasiakach, będzie w klumpach – bo oni w drewniakach chodzili.
Tak się stało. Myśmy już pilnowali na dworcu, bo wiedzieliśmy, o której godzinie będzie transport. I szedł Jurek w tym transporcie, tam Niemcy obstawili, żandarmeria. Jak już wchodzili na dworzec na dół, to siostrzenica moja Danka, taka młoda dziewczyna, zarzuciła pelerynę długą na Jurka, wzięła pod rękę – ci Niemcy to widzieli, byli opłaceni. Dorożka już stała. Pod dworcem go w dorożkę i do domu.
  • Cała akcja była.

Cała akcja była. Wyszedł, że tak powiem, z tego obozu. Po jakichś dwóch, trzech tygodniach już przyszło zawiadomienie – żandarmeria go już szukała. Już przychodziła żandarmeria do domu, tak że ja nie mogłem spać w domu, bo by mnie wzięli. Ojciec mój był stary, miał siedemdziesiąt trzy lata, tak że już nie podlegał, na te roboty nie nadawał się.
Brat opowiadał, jak w alei Szucha było, jak jeździli na te zeznania. Jego nie bili, bo przy nim nic nie znaleźli, ale musiał robić przysiady. Przysiady, przysiady – aż mdlał przy tych przysiadach. To mu kubeł wody, kopa jednego, drugiego, obudzili go i z powrotem. Tak że jak przywozili go z tego zeznania, to nie mógł po schodach wchodzić, więźniowie go wnosili. Bo więźniowie pomagali sobie. W tej celi byli księża, był taki ksiądz, który miał powyrywane paznokcie, a pomimo wszystko odprawiał mszę dla tych więźniów. Różne były obrazki.
Już jak brat był na wolności... przed tym już żeśmy należeli do organizacji. Organizacja mu nie wierzyła, to znaczy nic mu nie powiedzieli, ale odstawili go i to trwało kilka miesięcy, że Jurka sprawdzali. Sprawdzali go, bo – jak to wyszedł? Nie wierzyli w to, że został wykupiony. Ale w końcu przekonali się, że jest w porządku i wciągnęliśmy go z powrotem w te sprawy. Były takie sprawy, że... wykonywaliśmy wyroki.

  • Na kim były wykonywane te wyroki?

Wykonywaliśmy wyroki na Niemcach. I nie tylko na Niemcach, ale i na tych, co służyli dla Niemców.

  • Czyli na folksdojczach?

Tak. Był taki folksdojcz, nazywał się Mańko, był leśniczym w Laskach. On był najpierw w konspiracji, nie był w nią bardzo wciągnięty. I później się wychylił z tej konspiracji i zaczął ludziom okropnie dokuczać. Stał się folksdojczem. Strasznie ludzi katował – za kawałek drzewa, za... Złapali takich żołnierzy Armii Krajowej, młodych chłopaków, harcerzy, którzy poszli na wywiad do Puszczy Kampinoskiej. Tam były magazyny niemieckie, to był Dziekanów Niemiecki, za Łomiankami. Poszli na wywiad i tam ich Niemcy popędzili, tu ich kilku złapali w Laskach i zostali rozstrzelani. Ten Mańko przyczynił się do tego, bo jak oni zostali rozstrzelani, nie pochowali ich na żadnym cmentarzu, tylko na drodze, żeby po nich jeździły pojazdy i tam w nocy mieszkańcy – to byli zorganizowani ludzie, młodzi – wykopali te zwłoki i zakopali na cmentarzu w Laskach. Ten Mańko się dowiedział i straszne baty ci dostali i kazał wykopać tych żołnierzy. Taka była tam studnia pusta i wrzucili do studni tych żołnierzy, rzucili jeszcze kamienie na nich.
Ten Mańko tak się zasłużył, że padł na niego wyrok. Podobno chłopcy z Żoliborza, jakaś grupa likwidacyjna była u niego i jakoś nie potrafili czy nie mogli tego wyroku wykonać. Została ta grupa cofnięta i później, jak mój brat Jerzy dostał – bo on był wciągnięty w te sprawy – on nie pracował nigdzie, to dostał... to znaczy po prostu zgłosił się, bo to rozmowy były na górze, że trzeba by tego Mańkę zlikwidować, bo straszne robi spustoszenie między ludźmi. Było wyznaczonych kilku kolegów. Był Jurek – mój brat, Jurek Staniszewski, taki – nie wiem, jak on się nazywał, miał pseudonim „Czarny”, bo był taki ciemny, no i ja. Było nas czterech. Broń mieliśmy w Boernerowie, tam w schowku mój brat miał broń – znaczy krótką broń tylko i dwa czy trzy granaty niemieckie. Wzięliśmy tę broń z Boernerowa, umówiliśmy się – jest taka statua Matki Boskiej pod lasem, tam żeśmy się spotkali. Jurek przyniósł broń, bo myśmy nawet nie chcieli wiedzieć, gdzie jest ten punkt, ta broń schowana. On tylko jeden wiedział, miał do tej broni dojście. Wzięliśmy tę broń i przez Boernerowo... Za Boernerowem za tym lasem, po tych łąkach, doszliśmy do Lasek – szliśmy wykonać wyrok. A przedtem mieliśmy kontakt – miejscowego, który pilnował tych spraw, czy Mańko jest w domu. Jurek miał z nim kontakt, czy on jest, jak to dojście, żeby było najlepsze do niego.
Wchodzimy na teren tej leśniczówki, a tam stoi taki mężczyzna starszy i rąbie drewno. Takie szczapy rąbał i układał. Wchodzimy, pytamy się: „Czy jest Mańko w domu?”. On mówi: „Nie, nie ma. Leśniczego nie ma”. A dwoje dzieci się bawiło, takich może cztery, pięć lat, takie małe dzieci. I pytamy się: „A ty jak się nazywasz?”. – „Mańko”. – „A jest tatuś w domu?”. – „Jest”. To my tego, co rąbał to drewno, do piwnicy – tam była taka piwnica – zamknęliśmy go. Od razu Jurek „Sztyngiel” i ten drugi kolega obskoczyli budynek, a myśmy z bratem te dzieciaki na ręce i słyszeliśmy, jak Mańko drzwi zamykał: trzask! trzask! Tymi drzwiami Mańko trzaskał. I myśmy w te drzwi kopa, kopa – jak się dziurę zrobiło w drzwiach, to się dzieciaka wstawiało. Te dzieciaki były tarczą. On poleciał na górę, bo to była piętrowa leśniczówka. Tam jeszcze jedne drzwi, w końcu rozbiliśmy i słyszymy: „Mam go! Mam go!”. A on wyskoczył oknem – ten Mańko. Jurek „Sztyngiel” go złapał na dole. Myśmy te dzieciaki w piwnicy zamknęli, okropnie się darły, krzyczały te dzieciaki przestraszone. Zbiegliśmy po schodach z pięterka, wprowadziliśmy go do pokoju, na dół. „Musisz umrzeć”. I on zaczął prosić nas, że da nam pieniądze, da nam złoto – żeby nie wykonywać wyroku na nim. Ale niestety – odczytaliśmy mu wyrok i został zlikwidowany. Kto strzelał, jak – nie będziemy mówić. W każdym razie został zlikwidowany. Zabraliśmy mu krótką broń, dokumenty i pomalutku wróciliśmy tą samą prawie drogą, tylko rozbiliśmy się na dwie grupy. Wróciliśmy do Warszawy.

  • I dużo takich wyroków wykonaliście?

Ja byłem tylko przy tym jednym wyroku, natomiast poszliśmy, jeszcze mieliśmy wykonać drugi wyrok. To było w Ożarowie, na takim żandarmie – nazywał się Zych. On też był najpierw w konspiracji, był podoficerem w Wojsku Polskim. Jak wojna wybuchła, to był na wojnie, był w konspiracji później, nawet razem z nami broń zbierał w Puszczy Kampinoskiej. A później go złapali, dostał w skórę, wydał kilka osób i stał się żandarmem. Chodził jako żandarm w tym Ożarowie i też znęcał się nad ludźmi. Poza tym kilka osób wydał. I wyszedł rozkaz, żeby go zlikwidować. Ale z nim było ciężko. Tam już jakaś jedna grupa chodziła po niego, to się nie udało. Poza tym on w tym Ożarowie mieszkał długo, znał, jak to się mówi, każdy krzaczek, każdą dróżkę. Myśmy po niego poszli w nocy, dobijamy się do jego domu, a tu w ogóle nikt nie otwiera drzwi. Walimy w jedną stronę i drugą, nie ma! Nikt nie otworzył nam drzwi i musieliśmy się wrócić. Przyszliśmy od strony Babic, a wracaliśmy w stronę Łomianek – żeśmy zmienili drogę powrotną. No i tego Zycha myśmy nie wykończyli. Podobno jeszcze po niego chodzili, ale go nikt nie mógł wykończyć i żandarmeria wywiozła go gdzieś pod Radom – bo wiedzieli, że za dużo po niego przychodzi. Poszła za nim wiadomość i tam podobno dopiero go zabili pod Radomiem. Takie były sprawy.
A jeszcze była jedna taka sprawa. To już mój brat najmłodszy sam takie ryzyko podjął. On się strasznie mścił na szwabach, bo widział, jak oni na Pawiaku obchodzili się z więźniami, i po prostu był uprzedzony do nich. Ja mówię: „Jurek, już ty się uspokój”, bo on nawet organizował takie grupy, co naszło dwóch, trzech, czterech w Warszawie na ulicę Chłodną, Elektoralną – tam mieszkało trochę Niemców, takich cywilów, chłopaków jak i my – i myśmy im baty sprawiali. On się tak uprzedził.
Wrócę do tego wypadku w Boernerowie. Był tam konfident – raz chodził w mundurze, raz chodził po cywilnemu. Już taka pogłoska szła, że on dużo ludzi sprzedał w Boernerowie. Tam mieszkała moja siostra, moja siostrzenica – to było osiedle urzędników państwowych przed wojną; minister Boerner był, dlatego pod jego nazwiskiem było to osiedle. Tam myśmy często bywali i on tam chodził. I brat coś sobie uroił, bo umówił się z harcerzykami – a przecież miał broń, dojście, bo był zaprzysiężony – takich dwóch harcerzyków sobie umówił, on trzeci i poszli zlikwidować tego konfidenta.
Było tak, że trafili go na ulicy Telefonicznej – takie uliczki były – pilnowali go, pilnowali... i Jurek mu tam zaczął, niby nie wyrok, bo on nie był do tego upoważniony, po prostu zrobił to odruchowo, bez rozkazu. I do tego konfidenta zaczął mówić tak, jakby to był wyrok na niego i strzelił do niego. Ten się jakoś odwrócił i pocisk mu przeszedł przez szyję. Harcerzyki zamiast poprawić, to uciekli. Ten konfident rzucił się na mojego brata – a Jurek był nieduży, najmniejszy z nas braci, taki był drobniak – i chciał mu wyrwać broń. Krew mu ciekła, cały był zalany krwią. Zaczął Jurkowi tę broń wyciągać. Tam niewypał był i Jurek nie mógł drugi raz mu poprawić. Ten zaczął go gryźć w ręce. W końcu już tak osłabł, że zaczął się chwiać i dopiero Jurek zaczął uciekać, broń sobie naszykował, namajstrował – i za nim. Tamten uciekł do willi gdzieś, Jurek go szukał, nie mógł go znaleźć – bo to lasek, wille przy willach. Wrócił się, wpadł do mojej siostry Janki i siostrzenicy. Od razu go umyli, dali mu inne ubranie – bo on był w ubraniu pocztowca. Żeby nie wpadać w oczy był ubrany jako pocztowiec. I z tymi rękoma pogryzionymi uciekł. W stronę Młocin gdzieś tam uciekł, w każdym razie zdążył uciec.
Już nie mógł iść w to miejsce, gdzie miał broń, dał tę broń siostrzenicy do schowania. Siostrzenica miała małe dziecko – miał kilka miesięcy ten Januszek – włożyła mu broń pod poduszkę i wyszła zobaczyć, co się dzieje, bo się robił straszny szum. Niemcy zaczęli jeździć po osiedlu i wołać: „Wszyscy mężczyźni, którzy są, proszę wyjść!”. Tam taka była kawiarnia, nie-kawiarnia – pod tę kawiarnię na plac. …Bo jak nie wyjdzie, jak kogoś złapią w mieszkaniu, to go rozstrzelają. Wtedy wszyscy mężczyźni powychodzili i ten konfident – już był obandażowany – wszystkim patrzył na ręce, który ma pogryzione. Dużo tam pocztowców mieszkało – jedne domy były prywatne, a drugie należały do Skarbu Państwa, do poczty – dużo tam listonoszy mieszkało różnych. Sprawdzali im te ręce, ale u nikogo nie znaleźli rąk pogryzionych.
Nasza organizacja Jurka ukarała – wysłali go do partyzantki, ponieważ miał te łapy pogryzione. Był dwa miesiące w Górach Świętokrzyskich w jakiejś partyzantce. Został ukarany.

  • Pan miał dwóch braci, tak?

Jeden był żonaty, dzieciaty, to on się nie włączał – tylko ja i ten młodszy byliśmy w organizacji.

  • To może przejdźmy już dalej do Powstania Warszawskiego. Powiedział pan, że dzień przed Powstaniem zrezygnował pan z pracy.

No tak. Zrezygnowałem z pracy...

  • Czy pan wiedział, że wybuchnie Powstanie?

Ponieważ byliśmy zaangażowani poważnie, dostaliśmy taką wiadomość, że coś będzie. Nie powiedzieli nam, że będzie Powstanie, tylko powiedzieli, że będzie jakaś akcja. A że mieliśmy na terenie Woli – to była ulica Banderii, blisko przy Obozowej, Ożarowskiej – do tej pory ta ulica jest – na tej ulicy mieliśmy magazyn broni, oczywiście nie taki wielki, ale był tam magazyn broni. I myśmy już tam chodzili, pilnowaliśmy dzień przed wybuchem Powstania. Dostałem olbrzymie nożyce do cięcia zasieków, poza tym miałem podnóżek do karabinu maszynowego – to już u mnie w piwnicy było. Znaczy przygotowanie było jakieś. Żeśmy mieli tam służbę, to stałem z kolegą – Czesławem Rybakiem – we dwóch żeśmy tam blisko stali, dalej stali koledzy, gdzieś dwieście metrów dalej. Już pilnowaliśmy. Myśmy nie wiedzieli dokładnie – wiedzieliśmy, że coś się dzieje, że coś będzie.
Na drugi dzień już wybuchło... też staliśmy i pilnowaliśmy tego terenu. Zaczęło więcej młodzieży przechodzić, zaczął się wielki ruch, bo widzę: koledzy, byli harcerze już idą. Pamiętam, żeśmy stali na tym posterunku (my bez broni staliśmy, tylko tak pilnowaliśmy – nie wiedzieliśmy właśnie... ten oficer nas porozstawiał). Idzie taki kolega Jarząbek, rozpina się – pistolet miał przy boku. Już taki ruch był wtedy.
No i godzina przyszła. Porucznik wprowadził nas do magazynu. Wzięliśmy stamtąd broń – żeśmy dostali wtedy cztery karabiny kbks-y, po dziesięć naboi do nich, kolega porucznik wziął stena i dostaliśmy dziesięć granatów. Było nas tam z piętnastu. Mieliśmy uderzyć na szkołę na ulicy Ożarowskiej – kwaterowali tam Niemcy. Poza tym powiedzieli nam, że ze sto metrów przed szkołą jest taki skład węgla, że idziemy tam i będzie tam stu ludzi uzbrojonych i razem z nimi uderzymy na tę szkołę. To był skład węgla Wankraca. Doszliśmy do tego Wankraca, a tam nikogo nie było – pusto. Niemcy nas zobaczyli i z tej szkoły nas zaatakowali. Dobrze widzieliśmy, jak biegną na nas uzbrojeni. Oddaliśmy kilka strzałów, pomału, pomału. Trzech kolegów zostało tam w takich kartofliskach (dziś to jest inne miejsce zupełnie, tam domy stoją), a myśmy się wycofali przez tory kolejowe na drugą stronę, już na Obozową. Ci ludzie, którzy mieli być u Wankraca, byli na ulicy świętego Stanisława – taka fabryka tam była „Kompensator” i tam było to zgrupowanie. Myśmy tam się wycofali.
Już później stamtąd były wypady, z tego miejsca. Mieliśmy atakować „Naftusię” – to były takie magazyny wojskowe – nafta, benzyna, bocznice były. Ale to było tak ogrodzone jak Oświęcim – kilka par drutów naokoło, wieżyczki stały, na wieżyczkach karabiny maszynowe. Mieliśmy zaatakować. Najpierw jeszcze, przed atakiem, bo to był dzień, barykadę przy ulicy Świętego Stanisława zaczęliśmy robić. Ludzie, cywile nam zaczęli pomagać, chodniki zrywali. I w nocy atakowaliśmy tę „Naftusię”, ale niestety – tam nie było dojścia. Oni byli tak uzbrojeni – jak wyczuli, że my tam... to po prostu przez szerokość ulicy... zaraz ta ulica Wawrzyszewska – wąska ulica, miała pięć metrów i od razu były zasieki. Z tamtej strony była ta „Naftusia”. Niemcy wystrzelili rakiety do góry, oświetlali cały teren i nie dali nam podejść bliżej. Musieliśmy się wycofać, tak że ten atak się nie udał. Zabili trzech czy czterech Powstańców, którzy atakowali od ulicy Powązkowskiej – tam jest tablica. A myśmy atakowali od ulicy Rawskiej. Musieliśmy się wycofać, bo to było nie do zdobycia.
Później z tego „Kompensatora” wycofaliśmy się na Młynarską 20, róg Leszna. Tam była nasza kwatera. Stamtąd robiliśmy wypady na Wolę. Tam było nasze Zgrupowanie „Waligóra”, tam potem porucznik „Jaśmin” nas prowadził. Zrobiliśmy jeszcze barykadę z pomocą ludzi cywilnych. Na ulicy Młynarskiej była największa barykada, bo był wykopany głęboki rów przeciwczołgowy i chodniki, różne klamoty na tej barykadzie z jednej i drugiej strony leżały. I tylko jedno wąskie przejście było przy Obozowej – bo ona się ciągnęła od Obozowej, przez Ostroroga przecinała aż do cmentarza ewangelickiego, do tego muru. Tylko jedno wąskie przejście było. Ustawiona była przez Powstańców. Tam żeśmy zlikwidowali... Bo przez tę pierwszą niby-barykadę samochody się przerwały – tam mieliśmy pierwszą [udaną] akcję, zlikwidowaliśmy samochód z żandarmami. Pomogły nam wtedy jeszcze oddziały „Radosława” – bo „Radosław” stał na cmentarzu ewangelickim. Myśmy pierwszego dnia stali sami na Woli i oddziały „Radosława” przyszły na ten cmentarz ewangelicki, kalwiński, dopiero 2 sierpnia. To były oddziały najlepiej uzbrojone, jeżeli chodzi o Powstanie. To był „Kedyw”, oni byli najlepiej uzbrojeni. Oni nam cały czas na Woli pomagali w akcjach.
Prócz barykady na Młynarskiej... pamiętam – padał okropny wtedy deszcz, samoloty nie latały, bo był niski pułap, tak że nie było bombardowania. Od czasu do czasu jakieś były podjazdy Niemców, co się tam – może niektórzy nie wiedzieli, może... [Niemcy] podjeżdżali tak blisko tych barykad – i ginęli niestety, i Powstańcy też. Ale jeszcze nie było tego bombardowania. Dopiero trzeciego albo z drugiego na trzeciego [sierpnia] te deszcze przestały padać, niebo się rozświetliło i wtedy Niemcy zaczęli puszczać samoloty. Wtedy już był nie tylko obstrzał z czołgów, ale były też bombardowania samolotów. Zaczęły się 3 sierpnia.
Później przerzucili nas z tej barykady na Obozowej–Młynarskiej na barykadę Młynarska–Wolska, jak zajezdnia tramwajowa. Tu była silna barykada, też były wykopane doły przeciwczołgowe. Tę barykadę żeśmy objęli. Nie było wielkich zwarć. Nieraz czołg przyszedł. Jak czołg szedł, to myśmy z barykady uciekali, bo nie było czym do niego strzelać. Nie mieliśmy uzbrojenia, żeby się przeciwstawić. Żeby rzucać butelkami – było za daleko. Najpierw czołgi szły same, a później szły z wojskiem – to już była inna wojna wtedy. Albo z ludnością cywilną – przed czołgami szła ludność cywilna. Wtedy było inne zadanie. Pamiętam, że z barykady na Wolskiej później nas odciągnęło nasze dowództwo i po nas tę barykadę objęli „pepesiaki” – PPS. Myśmy mieli barykadę na Górczewskiej, Działdowskiej – też na Woli żeśmy obstawili. Okropnie było, bo już Niemcy bombardowali, domy się [paliły] [niezrozumiałe] Górczewska, Płocka –wszystko się paliło. Smród był okropny, bo paliły się i ciała, i domy – okropny fetor. I ten ogień aż w oczy się wżerał. Staliśmy na tych barykadach w nocy. Zmiany były. Spaliśmy na Młynarskiej 20 w piwnicach. No, były to czasy okropne!

  • Niech pan jeszcze opowie trochę więcej.

Na Woli nasze Zgrupowanie „Waligóra” było do 7 albo 8 sierpnia – byliśmy na Woli osiem dni. I to dostało [jako obszar] nasze dowództwo, major „Waligóra”, taki miał pseudonim. Nie wiem, czy on musiał coś załatwić, że myśmy się wycofali z Woli na Starówkę, a tu, na cmentarzu, zostały oddziały „Radosława”. Myśmy jedną noc spędzili na cmentarzu – z 4 na 5 sierpnia miały być zrzuty. Nasz pluton 319 był obsadzony na cmentarzu żydowskim, tu miały być zrzuty do „Radosława”. Siedzieliśmy w nocy na kirkucie i czekaliśmy na zrzuty. Zamiast tych zrzutów to nas ostrzelali z artylerii jakiejś, bo pociąg pancerny chodził po torze do Dworca Gdańskiego. Pamiętam – te pociski jak zimne ognie wypryskiwały, okropne to było. Taki obrazek pamiętam: był jakiś osioł przywiązany na cmentarzu i strasznie wył, tym głosem [charakterystycznym] okropnie ryczał.
Po tym obstrzale rano mieliśmy apel na takim dziedzińcu – to był dość pusty teren przed kaplicą Halpertów na cmentarzu ewangelickim. Przyszedł pułkownik „Radosław” (był wtedy podpułkownikiem) i pułkownik „Paweł” do tych dowódców i oni z naszymi dowódcami o czymś rozmawiali, a myśmy stali w szeregu. On tylko lustrował żołnierzy: Bataliony „Parasol”, „Zośkę”, no i nasz.
Stamtąd wróciliśmy jeszcze na barykady i dopiero później, z 7 na 8 sierpnia wyszliśmy na Starówkę przez ruiny getta. Część oddziałów – bo to było dużo ludzi – poszła na Żelazną, Ciepłą, tu były tereny „Haberbuscha”; a część poszła na Starówkę. Ja byłem z tymi oddziałami na Starówce.
[…] Wrócę wspomnieniem do kolegi Wronka, pseudonim „Żandarm”. To był kolega, z którym razem chodziliśmy do szkoły. Był w Powstaniu Warszawskim i po Powstaniu wyrwał się i jeszcze był w oddziałach, które uwalniały żołnierzy, którzy byli już aresztowani przez władze polskie i wojska radzieckie. Gdzieś koło Rembertowa jakiś podobno obóz był i on podobno brał udział w uwolnieniu zatrzymanych. Tam został złapany i wywieziony w głąb Rosji, na Syberię. Na Syberii przebywał do 1956 roku. Jak wrócił, to omijał nas z daleka. Tak był zastraszony, że bał się rozmawiać na temat tego, jak tam było. Kiedyś go spotkałem, blisko na niego naszedłem. Powiedział tylko to: „Nie wiesz, co to znaczy. Byłem w takich warunkach, że piłem swój mocz. Nie było co pić, był okropny upał – w zimę mróz, a latem okropny upał i straszne muchy”. Bał się na ten temat rozmawiać. I stało się tak, jak się stało. Załatwili mu jakąś pracę, rozpił się i umarł. A szkoda go, bo naprawdę był to wartościowy człowiek.
Poza tym jeszcze była taka wzmianka w „Ekspresie Polskim”, że rozbierali jakiś drewniany barak i w tym baraku na deskach były wypisane nazwiska i pseudonimy i był tam napisany właśnie ten Wronek – Roman Wronek, jego data urodzenia, pseudonim „Żandarm”. Te deski później były pokazane w „Ekspresie” na zdjęciach. Ja tu rozmawiałem z panami z Muzeum na ten temat. Dowiedziałem się, że te deski przewiezione były do Krakowa i są w muzeum w Krakowie.
  • Wróćmy teraz do przerwanej opowieści – pan przeszedł na Stare Miasto.

Przeszliśmy na Stare Miasto. Naszą kwaterą były Kamienne Schodki. Wypady mieliśmy w różne miejsca, to znaczy stanowiska obejmowaliśmy w różnych miejscach na Starówce. Starówka już była zbombardowana i była co dzień bombardowana, tak że to jest trudno opowiedzieć, co się działo na Starówce. To po prostu było piekło. Bo już my żołnierze [to jakoś wytrzymywaliśmy], ale chodziło o tych ludzi, o cywilnych, o dzieci – to była tragedia okropna.

  • To proszę opowiedzieć trochę.

Część naszego oddziału była skierowana... to były takie czerwone domy od Wisłostrady – pilnowaliśmy tego miejsca, żeby Niemcy nie zaatakowali od Wisły. Nazywaliśmy te miejsca „czerwone daszki”. I były ataki okropne, było bombardowanie, [ludzie ginęli] w piwnicach, krew lała się okropnie. Trudno jest mi naprawdę opowiedzieć.
Z Żoliborza był atak na Dworzec Gdański, a myśmy od strony Starówki atakowali. Był taki porucznik, który przeprowadził nas do ataku. Tam były wszędzie te zasieki i on jakoś został postrzelony i wpadł na te zasieki. Na tych zasiekach wisiał i Niemcy go jak sito rozstrzelali. Nie mogliśmy go zdjąć ani w dzień, ani w nocy, tak że on ze dwa dni wisiał na tych drutach po tym ataku.
To jest ciekawe, że ja byłem ze strony Starówki, a mój brat Jurek był w ataku od tamtej strony. Powstanie zastało go w Boernerowie. Jechał tam po broń z kolegami, już nie mógł wrócić do Warszawy i poszedł do Puszczy Kampinoskiej. I z oddziałami z Puszczy Kampinoskiej przyszedł na Żoliborz. Tu na Żoliborzu w ataku na Dworzec Gdański, 22 sierpnia w nocy, zginął. Tak że nawet nie mam jego grobu, bo po tym ataku trupy były przez Niemców ściągane i palone na stosach. Tak że nawet nie mamy po nim żadnego śladu. Wiem, że zginął, bo był taki kolega Ziemowit razem z nim, który był postrzelony i musiał później chodzić o lasce. (...) Dostał się do szpitala w Laskach. Taka tragedia była. Trudno mi jest opowiadać na temat Starówki. Bez przerwy tylko krew, krew i krew, i to nieszczęście i tych ludzi, i Powstańców.

  • A jakie były nastroje wśród Powstańców?

Wśród Powstańców były nastroje jeszcze bojowe, ale jeżeli chodzi o ludność cywilną, to były różne sprawy. Niektórzy nas przeklinali, żeśmy doprowadzili do takiego stanu miasto i to wszystko. Okropne rzeczy były – ja tego nie potrafię opisać.
Byłem ranny wtedy w głowę, byłem ranny pod kolanem w nogę. Jak oddziały wycofywały się ze Starówki, to ja miałem nogę sztywną, nie poszedłem w kanał. Część kolegów poszła kanałami do Śródmieścia, ja jednak nie poszedłem, bo się nie nadawałem, żeby kanałem się przedostać i zostałem na Starówce. Jako cywil wyszedłem ze Starówki, nie jako żołnierz. Później miałem jeszcze różne swoje przygody...

  • Ale to jeszcze chwileczkę. I gdzie pan mieszkał? Był pan ranny i walczył pan nadal?

Tak, przecież nie mogłem... Wolałem być z żołnierzami, niż iść w piwnicy siedzieć i słuchać jęków tych rannych, tych kolegów – wołali, żeby ich dobijać, no coś okropnego w tych piwnicach było. Straszne, straszne to było. To było – okrutne.

  • I po upadku Powstania wyszedł pan z ludnością cywilną?

Tak. Wyszedłem z ludnością cywilną i znalazłem się w obozie w Pruszkowie. Później wywozili z Pruszkowa – nie wiem dokąd. Załadowali nas w pociągi i pod Mszczonowem – taka miejscowość, zapamiętałem to – pociąg pomału szedł i ludzie zaczęli uciekać. Ja też z tego pociągu wyskoczyłem, chociaż byłem kulawy, ale uciekałem, bo mówię – dowiozą nas i kominami wyjdziemy. Nie bardzo nas pilnowali. Trochę strzelali, ale nie wiem, czy do góry, czy w nas strzelali, trudno powiedzieć.

  • Był pan z kimś znajomym czy sam?

Sam byłem wtedy, bo później to się wszystko rozpadło. Chyba, że ci, co poszli jeszcze kanałami, to oni... rozmawiałem później z nimi – to oni wszyscy... Nie wszyscy zostali tam, tylko powracali do Polski. Ale później były represje.

  • Dobrze, to po kolei. Uciekł pan pod Mszczonowem i co było z panem dalej?

Dalej tak: nie było co jeść, nie było gdzie spać. Poszedłem do chłopa, rąbałem szczapy, dał mi jeść jakieś kluchy na mleku, gotowane strasznie, aż gardło drapały, chleba ze słoniną. U jednego [byłem], dopóki nie porąbałem drewna. Jak nie było co rąbać, po prostu zmył mnie. Poszedłem do drugiego. I w końcu byłem u takiego gospodarza, który był naprawdę dobry. Karmił dobrze, pracowałem razem z nim. Bogaty był i miał... ale tego już nie będę mówił.

  • Ale niech pan opowie.

No miał ładną córkę.

  • Tak myślałam!

Ja też byłem młody chłopak, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, spotykać się. Ojciec się patrzył z boku na nas. W końcu wziął mnie na bok: „Słuchaj! Ty jesteś biedak. Porządny chłopak jesteś, ale biedny – mówi – gdzie ty do mojej córki? Masz chleba, masz boczku – nic jej nie mów – musisz jutro iść”. I znów poszedłem w świat.
Myślę – gdzie tu teraz iść? Nie ma nic, wszystko porozbijane, do tego Boernerowa bałem się wrócić, a to najbliższy punkt taki był. Nigdzie z tamtej strony nie miałem żadnych znajomości poza Warszawą. Myślę – gdzie tu iść? I pomału, pomału, przyszedłem do Puszczy Kampinoskiej. Tam zrobili nam odprawę. Było dużo młodych takich z Włoch, z Pruszkowa, ale nie mieli tyle broni, nie mieli tyle jedzenia, więc skierowali nas do wsi Lipków. Zakwaterowali nas u gospodarzy – po dwóch, po jednym siedzieliśmy. Długo czekaliśmy na większe zrzuty, na jakieś uzbrojenie. Ja byłem u gospodarza... Lachowski czy Lachoński się nazywał. Tam też trochę pomagaliśmy mu coś zrobić. Kluchy na mleku się jadło czy na wodzie coś tam. Nie było specjalnego jedzenia, no ale było gdzie spać – w stodole spaliśmy.
Był taki moment, jak myśmy spali w tej stodole, że „ukraińcy” szli na Truskaw. W nocy słyszymy szum – szła duża jednostka „ukraińców”. Bo w Truskawiu byli Powstańcy. Ja się bałem w ogóle wychylić, siedzieliśmy w tej stodole w słomie zakopani. Oni poszli na ten Truskaw i była tam straszna walka – słychać było. Jak się zrobiło widno, to ci „ukraińcy” uciekali bez portek na Lipków w stronę Babic. Powstańcy ich rozbili w Truskawiu.
Później nam zrobili odprawę. Powiedzieli: „Słuchajcie, nie mamy broni, nie mamy amunicji. Lepiej idźcie w rozsypkę. Pochowajcie się między gospodarzami”. Wiedziałem, że tu nie ma wyjścia, że nie ma co siedzieć. Tych „ukraińców” więcej się kręciło. Poszedłem wtedy przez pola do Boernerowa, do swojej rodziny.
Tam zastałem swoją mamę, ojca swojego, bo oni też się zakotwiczyli u mojej siostry. Ale siostry mojej nie było, bo była w Powstaniu Warszawskim. Był tylko szwagier, była siostrzenica z dzieckiem, jej mąż był i ja tam byłem z nimi.

  • Gdzie była pana siostra w Powstaniu?

W Śródmieściu. Moja siostra była zaangażowana w konspirację – była tak zwaną ciotką. To znaczy ona przyjmowała... kawiarnia była konspiracyjna, tam się spotykali, tam było przejście i o ile wiem, tam przyjmowali tych skoczków [cichociemnych]. Siostra moja była poważnie zaangażowana w te sprawy. Ale dowiedzieliśmy się, już jak byłem w Bemowie, był z nią taki lekarz z Boernerowa, nazywał się Śwital – znajomy siostry, też był w konspiracji – i on nas zawiadomił, że siostra moja zginęła piątego dnia Powstania. Zginęła od bomby i była pochowana na placu Dąbrowskiego w Śródmieściu – bo gdzieś na Jasnej była w punkcie i tam bomba wpadła.
Jak była ekshumacja po wojnie, to siostra została pochowana na Woli, na tym cmentarzu ogólnym, powstańczym na Woli. A po bracie to śladu nie ma.

  • I co się z panem dalej działo? Czy pan został do końca wojny w tym Boernerowie?

Tak, do końca wojny byłem w Boernerowie. Myśmy mieszkali w jednym pokoju tylko, takim niedużym, a trzy pokoje (bo to willa była) zajmowali Niemcy – ci, którzy jechali na front. Oni byli tak zorganizowani, że już na pewniaka przyjeżdżali, kwatery zajmowali i, mówię tak szczerze, myśmy ich okradali z jedzenia, bo nie było co jeść. Oni jak przyjechali, to dostali swoje zaopatrzenie, suchy prowiant. Gotowali sobie w kuchni w garnkach naszych. Przeważnie to byli tacy młodzi chłopcy – osiemnaście, dwadzieścia kilka lat. Przeważnie przyjeżdżali takimi małymi tankami. Ponieważ to osiedle było w lesie, to te czołgi stały pod drzewami, a oni tutaj byli dwa, trzy dni i wyjeżdżali. I następni, i następni.
Niemcy przyjeżdżali wozem odkrytym i przez tubę wołali: „Z każdego budynku ma wyjść mężczyzna do roboty! Do Warszawy, budować barykady!”. Nie było komu z tego budynku iść, to ja chodziłem – do Warszawy, na plac pod tę kawiarnię musieliśmy się zgłosić i stamtąd Niemcy nas prowadzili, [osiedlem] Zdobycz Robotnicza, na Żoliborz. Musieliśmy zrywać chodniki, ustawiać strzelnice w oknach – od strony Wisły. I za takie dwa, trzy dni roboty dawali nam bochenek chleba. I nie wolno było nic z Warszawy wynieść, bo jak kogoś przyłapali, że coś wynosi, to okropnie bili go karabinami – były takie obrazki, sam to widziałem.

  • A po co były te barykady tam?

Wojsko niemieckie zajęło Warszawę i oni robili w oknach od Wisły strzelnicę. Z tych chodników ustawialiśmy na oknach i robiliśmy strzelnicę. Taka po prostu obrona miała być. Niemcy liczyli, że będą się w ruinach Warszawy jeszcze bronić. Mało jeszcze tego – na placu Wilsona, pamiętam, staliśmy, czekaliśmy, aż nas zaprowadzą na jakiś punkt do tej roboty. Przyszło dwóch młodych esesmanów i wybierali młodych mężczyzn z szeregu. I mnie też wybrali wtedy. Wzięli nas kilku, było nas z pięciu czy sześciu, zaprowadzili nas do piwnic na placu Wilsona i z placu Wilsona nosiliśmy na plecach amunicję nad Wisłę, przez cały Marymont – takie skrzynki dwadzieścia pięć–trzydzieści kilogramów. Szwaby nas pilnowały, trzymały pistolety w ręku. Marymont był cały spalony, pełno trupów ludzkich leżało podziobanych przez wrony – szło się między tymi trupami – i były rozwalone domy, stały tylko kikuty kominów. Przeważnie były tam domki jednorodzinne. To ten szwab: Schnell, verfluchten! –pokazywał na tego, żeby on biegł, bo Rosjanie z tamtej strony strzelali, zza Wisły, a to był teren zupełnie otwarty, tylko te kominy stały. I tak od komina do komina żeśmy biegli do samego wału z tymi pociskami na plecach. W wale były pokopane ziemlanki. Niemcy stali, karabiny maszynowe, działa stały na tym wale wiślanym, a Rosjanie już byli po drugiej stronie. Dopiero oddawaliśmy im te skrzynki, chwilę żeśmy posiedzieli, ci Niemcy pogadali i z powrotem. I tak cały dzień, tak że ja już nie czułem ramion.
Na noc nas zamykali w wale, w tych ziemlankach. Tam były pierzyny, poduszki naściągane i myśmy w tej pościeli spali – w ubraniach oczywiście. Rzucili nam kawałek chleba wojskowego i trochę wody. To jeszcze myśmy mieli dobrze.

  • Kiedy to było? W listopadzie?

Tak, to już był... Już radzieckie wojska stały po drugiej stronie. Myśmy jeszcze trafili dobrze, bo byli tacy przy tych ziemlankach – myśmy z nimi rozmawiali – oni po drugiej stronie wału robili zasieki z drutu. Niemcy ich pilnowali i żaden Niemiec nie odszedł daleko, bo z tamtej strony Wisły wyborowy strzelec zaraz Niemca zastrzelił. Opowiadali: „Tak się Niemcy pilnowali nas, że jak tylko dwa metry się [oddalił], to go zaraz strzelec wyborowy zastrzelił”. Takie były rozmowy.
Chodziłem wtedy chyba ze trzy dni i w końcu już nie czułem pleców. Przyprowadzili nas na plac Wilsona, patrzę – tyle ludzi! Szwab mówi, żebyśmy tu stali, bo on zaraz przyjdzie. Dużo przechodziło grup ludzi, co byli na te roboty spędzani – i ja między tych ludzi wskoczyłem i poszedłem z nimi, na inną robotę, właśnie na zrywanie chodników. I z nimi potem wyszedłem z Warszawy na Bemowo.

  • Jak pan pamięta Warszawę z tamtego czasu? Jak wyglądała?

Ale po Powstaniu?
  • Wtedy, kiedy pan tam pracował.

Warszawa była okropna, okropnie zniszczona. Żoliborz nie był tak zniszczony, ale Śródmieście, Starówka, Wola – Wola była cała spalona. Coś okropnego!

Warszawo Ty moja
Tyś cała cmentarzem
Chodzę po twych zgliszczach
I jak chłopiec marzę

Patrzę na ruiny
Po bombach doły
Z uczuć mnie obdarli
Jestem prawie goły

A Chrystus na krzyżu
W swej okrutnej męce
Tak Ciebie, Warszawo
Ukrzyżowali Niemcy
Kiedy zmartwychwstaniesz
Moja ulubienico?
Kiedy błyśniesz światłem w oknach,
Ożyjesz ulicą?

Warszawo moja

Taki wierszyk napisałem.

  • Bardzo ładny. Co było dalej? Wrócił pan do tej miejscowości, gdzie była rodzina?

Tak, do Boernerowa. I tam mnie już zastało wojsko polskie. Tam doczekałem się wolności, jak to się mówi. Ale ta wolność była taka – nie-wolność.

  • Czy był pan prześladowany za swój udział w Powstaniu?

Może tak nie byłem prześladowany, bo ja tam... ponieważ urodziłem się na Woli, miałem dużo, dużo kolegów, znajomych i znałem tych, którzy byli w „Czwartakach”. To była organizacja komunistyczna, lewicowa i znałem ich dużo, bo to byli moi koledzy ze szkoły, z ulicy. To był Jagodziński, Konopka – po nazwiskach mogę powiedzieć. I oni byli w Urzędzie Bezpieczeństwa.
Miałem taki obrazek z nimi, że ja tam... W ogóle nie chciałem się z nimi kontaktować i śpiewałem w chórze w kościele i kiedyś wracam z tego kościoła z Ziemkiem, tym kulawym, co był z moim bratem w Powstaniu, a tu idą ci od „Czwartaków” – Jagodziński, Sipak, Korczak, Cybulski, znałem ich z nazwiska. Szli po ulicy Obozowej, a my z kościoła naprzeciwko nich. Byli pijani i ten „Jagoda”, czyli Jagodziński, wyciągnął pistolet – bo oni byli w UB, mieli pistolet – i zaczął na mnie przeklinać: „Ty akowcu! Zamiast przyjść do nas, to ty do kościoła!”. I zaczął do mnie strzelać. Strzelił mi pod nogi, ten kolega mój uciekł, a Witek Cybulski złapał tego Jagodzińskiego za rękę, pistolet mu ściągnął na dół: „Co ty, pijaku głupi! Mariana chcesz zastrzelić?!” – takie obrazki były.
Jeszcze był inny obrazek. W pierwszą rocznicę Powstania Warszawskiego z kolegą Czesławem Rybakiem – on przeżył Powstanie też – poszliśmy na cmentarz wojskowy zapalić świeczki kolegom – już byli po ekshumacji, pochowani. Zapaliliśmy świeczki i wychodzimy z cmentarza na Powązkowską, a w bramie stali tacy młodzi jak my. Spojrzał na mnie, na Czesława i do nas od razu: „Z nami”. Ja mówię: „Dokąd?”. Stały na Sierakowskiej samochody, takie budy i tam nas władowali. To było UB. Aresztowali nas przy wyjściu z cmentarza. Jak się okazało, chodzili między nami – bo później żeśmy do tego doszli – i kredą zrobili nam znak na plecach czy gdzieś. A ci stali już przy bramie, jak zobaczyli znak, to o nic już nie pytali, tylko od razu do budy. Byliśmy aresztowani.
Mieli nas zawieźć na Cyryla do Urzędu Bezpieczeństwa, tam już było tak podobno załadowane, że nie było miejsca, i zawieźli nas na Górczewską. Przy wiadukcie na Górczewskiej jak się jedzie z miasta po lewej stronie stała taka duża kamienica i tam była za okupacji wacha niemiecka – żandarmeria. Później to było spalone i tam mieściło się UB. Zawieźli nas na to UB i zaczęli po kolei każdego... Pozamykali nas w celach, to znaczy były piwnice metr na półtora metra i tylko deska i kubeł, bez światła, bez niczego. Tam siedzieliśmy i stamtąd nas wołali na górę na zeznanie. Powiedzieli, że jesteśmy dalej w konspiracji, że pociągi z ruskimi wysadzamy – takie mieliśmy zarzuty. Oczywiście nikt się do tego nie chciał przyznać. „Podpisz się! Podpisz się, to będziesz miał mniejszy wyrok!”. – „Nie – mówię – niczego nie podpiszę”. Karmili nas śledziami posypanymi solą, a nic nie dali pić, tak że język kołkiem stawał, nie można było nawet mówić. Nie dali pić, a sami herbatkę popijali sobie – specjalnie. A nam usta pękały z tych śledzi – człowiek musiał, to zjadł tego śledzia kawałek z solą.
W końcu zaczęli nam tak dobijać – oczywiście każdego z osobna brali na to śledztwo – już mnie zaczęli tak dobijać, wtedy się powołałem na tego Konopkę, na Jagodzińskiego, na Sipaków – na tych wszystkich, których znałem. I oni pogadali, pogadali między sobą (mnie zamknęli jeszcze). Wołają mnie i mówią: „Umyj się” – byłem brudny, bo w tych piwnicach był pył węglowy, człowiek się umazał tym. Puścili nas wtedy – było nas siedmiu – z tym że musieliśmy podpisać, że się nigdzie więcej nie spotkamy, na żadnym cmentarzu, na żadnych tam... Bo jak nas złapią więcej jak dwóch, to „białe niedźwiedzie”. Podpisaliśmy się i później już był spokój.

  • A spotykaliście się?

Później już żeśmy się nie spotykali. Z tym Czesławem Rybakiem spotykałem się, bo myśmy blisko mieszkali. A tak to przypadkowo. Ale był taki porucznik Kruk, którego spotkałem, to on mówi: „Odejdź ode mnie. Ja ciebie nie znam!”. Chciałem z nim porozmawiać. Był taki zastraszony. Takie też były momenty.
Ale później też miałem takie... nie chcę się chwalić. W pierwszych tych dniach, Warszawa była zrujnowana, pracowałem, nie było nigdzie pracy, jeździłem na dźwigu budowlanym, przewoziłem materiały budowlane. Doszły mnie słuchy, że są przyjęcia do Zespołu Wojska Polskiego, a ponieważ myśmy byli taką rodziną śpiewającą, poszedłem i zdałem egzamin do Zespołu Pieśni i Tańca Wojska Polskiego. I zostałem przyjęty. Śpiewałem wz siedem lat. Byłem w Chinach, w Korei, w Związku Radzieckim kilka razy, poza tym na Węgrzech, w Czechosłowacji – w tych krajach demokracji ludowej. Bieda tam okropna była, największa w Związku Radzieckim, bo prosili, żeby im dać chleba. Jak myśmy pociągiem jechali do Chin, pociąg się musiał zatrzymać na jakiejś bocznicy, kobiety pracowały na torach, to wyciągały ręce, prosiły o chleb. Taka była bieda w Związku Radzieckim. To były lata 1954/1955.
Oczywiście, że miałem problemy w zespole, bo był oficer polityczny, który wszystkich tam prześwietlał. Wszystkie dokumenty mi też prześwietlił, ale ja napisałem, że byłem w Armii Krajowej, że byłem w Powstaniu Warszawskim, bo i tak by doszli do tego. Był wywiad przeprowadzany, bo mi sąsiadki mówiły nawet: „Panie Marianie, tam przychodzą, pytają się o pana, jak to jest, gdzie pan był”. I oficer polityczny, jak patrzył w te dokumenty, to zaraz mnie... Taki sierżant przychodził, inspektor: „Marian, zasuwaj na górę na spowiedź”. I ja tam szedłem. To byli Żydzi – major to był czy podpułkownik, czy pułkownik. „A dlaczego wy nie byliście w Armii Ludowej, tylko byliście w Armii Krajowej? Wy – mówi – taka robotnicza Wola, czerwona Wola, a wyście byli w Armii Krajowej?”. Ja mówię: „Dostałem kontakt z Armią Krajową, to byłem w Armii Krajowej. Jakbym dostał z Armią Ludową, byłbym w Armii Ludowej”. – „No, pamiętajcie, ja tutaj już wywiad zrobiłem. Jesteście tu przydatni, ale pamiętajcie – o Armii Krajowej, o Powstaniu Warszawskim to wam nie wolno nic tu mówić. Bo jak ja się dowiem, to już was nie ma!”. I po dwóch latach przychodził następny, znów Żyd. I znów wołali mnie na górę. […]

  • Jaki pan miał głos, jak pan śpiewał w tym chórze?

Baryton. Mam piękne zdjęcia, mam wspomnienia.

  • Tak na zakończenie – pana najlepsze wspomnienie z Powstania?

Nie miałem dobrych wspomnień. Z Powstania to były wszystko takie wspomnienia, że trzeba było usiąść i płakać.

  • A najgorsze?

Najgorsze to były pierwsze godziny. Na Woli, kiedy samoloty zaczęły latać i bombardować. Takie były domki nieduże na placu Opolskim i tam dużo ludzi cywilnych było zbombardowanych, strasznie poharatanych. Nie było noszy, myśmy wyjmowali drzwi z mieszkań i na tych drzwiach nosiliśmy rannych. Był taki chłopiec, może miał dwanaście, piętnaście lat, miał całe pośladki powyrywane, tak że mu było widać kości. Myśmy go położyli na te drzwi, nieśliśmy go do szpitala na Płocką – bo to najbliżej było – to ten chłopak zaciskał zęby i mówił: „To wszystko dla Polski”.
[…] Później długo, długo nie należałem do żadnego ZBoWiD-u. Dopiero w 1984 roku koledzy mnie ściągnęli. Tego spotkałem, tego: „Marian, co ty, chodź...”. Oczywiście to wszystko było jeszcze związane z tą Armią Ludową, tak że sami jeszcze nie byliśmy w takich miejscach, tylko byliśmy razem z nimi. Dopiero później oddzieliliśmy się od nich. Oni nas jeszcze wszyscy kontrolowali w początkach ZBoWiD-u. No i tak się stało. Mam te odznaczenia. Trochę napisałem różnych wspomnień, zostawić mogę dzieciom, bo to już prawie dziewięćdziesiątka.




Warszawa, 3 marca 2010 roku
Rozmowę prowadziła Urszula Herbich
Marian Witold Janiszewski Pseudonim: „Zadra” Stopień: żołnierz, kapral Formacja: Zgrupowanie „Waligóra” Dzielnica: Wola, Starówka

Zobacz także

Nasz newsletter