Powrót do Archiwum Historii Mówionej
Alicja Karlikowska „Zawiejka”
Alicja Karlikowska
pseudonim
„Zawiejka”
stopień
łączniczka
formacja
„Baszta”
dzielnica
Mokotów
Zobacz biogram
  • Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie i dzieciństwie.

Historia mojej rodziny związana jest ściśle z Warszawą, o czym świadczą miejsca na Powązkach. Moi rodzice byli warszawiakami i ja także urodziłam się w Warszawie w 1930 roku. Chodziłam do szkoły powszechnej, też w Warszawie. Naukę rozpoczęłam u sióstr niepokalanek na ulicy Kazimierzowskiej, na Mokotowie. Potem, kiedy zamknięto ten zakład, bo podobno Niemcy się dowiedzieli, że siostry niepokalanki przechowywały tam żydowskie dzieci, mama zapisała mnie do szkoły prywatnej pani Hanny Goldman na ulicy Filtrowej 62, na Ochocie. Była to bardzo specyficzna szkoła, która oprócz nauki serwowała nam ogromną ilość nauki o państwie, nauki o naszych obowiązkach, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – wychowanie obywatelskie, wprowadzała już od najwcześniejszych lat. Tam skończyłam VI klasę i przeszłam do gimnazjum. To już była jakaś cezura, byliśmy tymi starszymi uczniami. Tam w 1942 roku wstąpiłam do harcerstwa. Prace w drużynie harcerskiej były dostosowane dla takich dwunastoletnich dziewczynek. Była klasa męska i żeńska. Uczono nas na zebraniach. Ta drużyna harcerska działała na terenie szkoły za zgodą naszej pani przełożonej, której poświęcona jest bardzo bogata literatura. Tak zwani goldmaniacy wdzięcznie ją wspominają. Tam były organizowane grupy „Zawiszaków”, GS-ów. Spełniała ona taką rolę pod płaszczykiem jakiejś szkoły zawodowej, nie wiem jakiej, bo nigdy nie byłam w tej szkole zawodowej, z której miałam legitymację. Lekcje odbywały się w klasach. Niszczyliśmy książki, wyrywało się karteczki tylko i się nosiło, nie teczki książek, ale karteczki na odpowiednie lekcje. Na zbiórkach harcerskich oczywiście zapoznawałyśmy się z prawem harcerskim, uczono nas miłości ojczyzny i bardzo uczono nas, jak możemy być przydatne w tym dziewczęcym wieku. Naszą główną myślą przewodnią była służba dziecku, dlatego uczono nas, że w ciągu tygodnia musiałyśmy odbywać prace społeczne w szkole, w świetlicy organizowanej przy naszej szkole, dla dzieci ze szkoły podstawowej. Do naszych obowiązków należało odrabianie z nimi lekcji, pomoc, zabawa, zainteresowanie, jak oni żyją. Wymagano od nas punktualności, poczucia obowiązku.

  • Gdzie odbywały się zbiórki harcerskie?

W prywatnym mieszkaniu. Szkoła panny Goldmanówny była rozmieszczona [w różnych miejscach], bo nie było gmachu szkoły. Nie wiem ilu uczniów? Trzeba by było sięgnąć do książek o niej napisanych. Gabinet pani przełożonej był na Filtrowej 62. W narożnym domu, na rogu Wawelskiej i Pługa, były klasy, gdzie odbywała się normalna nauka, co nie było normalne już dla tego rocznika w czasie okupacji, i jeszcze w innych prywatnych mieszkaniach. Właśnie pod tym szyldem RGO czy jakiejś innej opieki nad dzieckiem mogła się młodzież gromadzić. Wszędzie – i w jakichś prywatnych mieszkaniach mieliśmy zbiórki. Tak jakoś było inaczej.

  • Czy z harcerstwem wiązał się jakiś kurs sanitarny?

Nie. Na razie, w pierwszym roku, to była praca od podstaw, z nami. Druga klasa gimnazjalna to był już przeskok wielki. Zostałyśmy jakoś nobilitowane, zostałyśmy dopuszczone do szerszego ogółu społeczności konspiracyjnej. W związku z tym potrzebne nam były pseudonimy. To było wielkie wydarzenie. Ja przybrałam sobie pseudonim „Zawiejka” […] ze względów czysto rodzinnych, bo z opowieści wiedziałam, że mój ojciec legionista, podchorąży III Pułku Ułanów żółtych „Dzieci Warszawy”, miał pseudonim „Zawieja”. No i ja już byłam „Zawiejka”. Pod takim pseudonimem występowałam w środowisku.
Jeśli chodzi o kursy sanitarne, to pierwsza pomoc leży przy zdobywaniu stopni harcerskich, ale nas uczono, w tym drugim roku, przede wszystkim pracy w dzielnicy. Poznawałyśmy dokładniej dzielnicę, poznawałyśmy wszystkie bramy przejściowe, aby w razie potrzeby móc poprowadzić ludzi czy osoby potrzebujące. Uczyłyśmy się także alfabetu Morse’a, ćwiczyłyśmy ten alfabet na takim brzęczyku i pisałyśmy tym alfabetem listy. Potem ta nabyta w drużynie harcerskiej wiedza zaprocentuje mi w dalszych moich losach. Było też pierwsze zapoznanie się z bronią, jak jej używać. Włączono nas do szerszego systemu alarmowego. Oczywiście czytałyśmy różne książki. Wtedy zapoznałam się z „Kamieniami na szaniec”, które były naszą podstawową lekturą. Dopiero po wojnie, będąc kiedyś w Muzeum Harcerstwa, dowiedziałam się, że byłam w 142. Drużynie Harcerek Hufiec „Ochota-Wola”, gdzie hufcową była druhna Antonina Gurycka. Wspominam ją jako druhnę Antkę, spotykaną na różnych spotkaniach konspiracyjnych, w domach dziecka, na przyrzeczeniach – odbierała je od nas na tajnych przedstawieniach teatralnych. Miałam potem zaszczyt ją poznać dokładniej po wojnie jako profesora na wydziale psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

  • Jak pani zapamiętała koleżanki z harcerstwa?

Bardzo mile, chociaż życie nas tak rozgoniło. To już tyle lat minęło. Miło wspominam, jak oglądam zdjęcia. […] Nawiązując dalej, były wakacje po drugiej klasie.
1 sierpnia otrzymałam meldunek do przekazania. Mieszkałam na rogu Rakowieckiej i Niepodległości. Otrzymałam meldunek do przekazania nu ulicę Szustra, dzisiejsza Dąbrowskiego, i na ulicę Dolną, to było jeszcze przed godziną 17. Wiedziałam, że coś jest gorącego, ale udało mi się wyrwać z domu, mamy nie było jeszcze wtedy. Popędziłam na Dolną i tam usłyszałam pierwsze strzały, to było przed 17. Wiedziałam, że ma być Powstanie, ale nie wiedziałam jak. Wróciłam z Dolnej i pobiegłam z drugim meldunkiem na ulicę Szustra. Idąc ulicą Kazimierzowską, bo to wtedy była Kazimierzowska, spotkałam pierwszego zabitego chłopaka. Szok! Do dziś pamiętam tego chłopaka leżącego na ulicy. W pierwszej chwili podbiegłam do niego, wyciągnęłam mu dowody, ale potem się zastanowiłam, że muszę to zostawić, bo przecież ktoś go znajdzie, powiadomi rodzinę. […]Miałam jeszcze kawałek do ulicy Szustra, a Niemcy strzelali wzdłuż Kazimierzowskiej. Jakoś się przedarłam pod wskazany adres i tam zostawiłam meldunek, ale jednocześnie zetknęłam się z patrolem telefonicznym z Pułku „Baszta”, który w znacznej mierze był organizowany na bazie chłopaków z Żoliborza. Oni gubili się w tej innej dzielnicy, a ja czułam się tam jak u siebie w domu, przecież to była moja dzielnica. Przyłączyłam się do nich i ciągnąc tę linię telefoniczną, przeszliśmy w deszczu, w ostrzale. Przez całą noc jakoś żeśmy się przemieszczali.
Doszliśmy na ulicę Krasickiego nad ranem, za Malczewskiego. Tam natknęliśmy się na grupę łącznościową z łącznicami, z telefonami, z radiostacją, ze sprzętem polowym. Był tam dowódca, podporucznik „Lucjan”, „Łącki”, wraz z oficerami wywodzącymi się z kompanii K-4 Pułku „Baszta”. Oni wszyscy byli z Żoliborza. Teraz po latach, jak się oczytałam, nie bardzo rozumiem dlaczego, ale sadzę, że tego drugiego dnia i pierwszego poranka to był wielki chaos i nie bardzo to było zorganizowane, ale ppor. „Łącki” zebrał tę grupę, która ciągle się powiększała; jedni byli z bronią, drudzy przychodzili. Tam na ulicy Krasickiego przyjął od nas przysięgę żołnierską. W tym padającym deszczu jakoś nas zorganizował, zjednoczył, poczuliśmy się wspólnie, razem, bliscy. Nadał nam rozkaz wymarszu z Warszawy. Przypuszczam, ale to jest już moje przypuszczenie, że mieliśmy iść do lasów chojnowskich, bo większość oddziałów z Mokotowa się tam wycofała. Przeszliśmy uliczkami. Przeszliśmy przez Woronicza, przez sławną szkołę Woronicza się przechodziło. Byliśmy żegnani przez ludność, oklaskiwani, dawali nam żywność. Tak doszliśmy do Dworca Południowego i tam zarządzono odpoczynek. Już teraz nie ma tego budynku Dworca Południowego, ale tam kiedyś stał.

  • Jak długo trwał ten odpoczynek?

Właśnie! Myśmy się wszyscy rozlokowali, chcieliśmy odpocząć, chłopcy popalić papierosy i tak dalej, i warty nagle zawołały: „Niemcy, czołgi niemieckie”. My wyglądamy, a na wysokości muru Wyścigów jadą czołgi niemieckie. Tam teren nie był zabudowany i, jak dzisiaj pamiętam, na wprost Dworca Południowego były wielkie rozkopane glinianki. To była jedyna, najprostsza droga, żeby się przebić w głąb Mokotowa, do zabudowanej części Mokotowa. No i oczywiście ruszyliśmy w nogi, uciekaliśmy po prostu przez te glinianki, ze strachu przed czołgami, któreśmy widzieli.

  • I co było dalej?

Strach, zimno, mokro. Oparłam się aż na ulicy Lenartowicza. Razem z koleżanką przesiedziałyśmy skulone, zziębnięte, zestrachane, całą noc pod schodkami jakiejś willi, bo nam się wydawało, że Niemcy już są tuż. Były cienie i blaski tego. Kiedy nastał poranek, jakoś żeśmy okrzepły. Koleżanka, z którą byłam, starsza ode mnie, była już w czasie okupacji łączniczką w K-4 i ona mi poradziła, że musimy szukać naszych. Znalazłyśmy ich na ulicy Pilickiej. Tam w jakiejś willi opuszczonej było miejsce naszej zbiórki i tam się wszyscy schodzili. Nie pamiętam w tej chwili, czy to była Pilicka 41, czy 43? Nigdy wcześniej tam nie chodziłam. Tam w piwnicy zastałam umieszczoną radiostację i tam była cała obsługa radiostacji, ale nie wiem, czy co nadawała, czy przyjmowała? Tam było nasze miejsce postoju. Natomiast łącznica telefoniczna była umieszczona, tak po skosie, przez ogródki się szło, w willi na ulicy Malczewskiego. To była willa Franciszka Fuchsa, tego od czekolady, i tam w piwnicy była łącznica ustawiona i tam my pełniłyśmy dyżury. […] Stamtąd nasze patrole rozprowadzały linię telefoniczną do wszystkich dostępnych miejsc, ażeby była łączność z całym Mokotowem.

  • Dużo czasu spędzała pani w willi Fuchsa?

Tak, tam się pracowało; tam się przychodziło na dyżury, to były dyżury takie dwudziestoczterogodzinne. To nie znaczy, żeśmy były dwadzieścia cztery godziny, ale i w nocy, i dzień trzeba było dyżurować. Tam żeśmy obsługiwały; takie było pudło wielkie, klapeczki spadały, trzeba było przełączać, lepiej, gorzej. Czułyśmy się odpowiedzialne za to i to była nasza służba. Na ogół na patrole telefoniczne chodzili chłopcy, ale nam też zdarzało się iść na taki patrol telefoniczny. Była to paskudna robota, bo trzymało się w ręku drut, przewód i szło się przez doły i wertepy do miejsca, gdzie linia była przerwana. Nosiło się ze sobą taki bardzo długi gwóźdź, do którego przywiązywało się drut i wbijało się go do ziemi, uziemiało się. Ja się na tym nie znałam, ale coś się robiło. Trzeba było związać linię, połączyć. To była bardzo niebezpieczna droga, bardzo wielu kolegów zginęło.

  • Czyli cały czas był ostrzał?

Cały czas był ostrzał, bo właściwie linia prowadziła do miejsc wysuniętych, tam gdzie były oddziały bojowe. Nasza kompania została podzielona na plutony, a że sierpień na Mokotowie był względnie spokojny, zaserwowano nam takie życie koszarowe. Wspominam ulicę Pilicką (dlatego nie chcę na nią chodzić nigdy), jak taki sierżant „Stasio” prowadził musztrę. Pilicka nie była wtedy wyasfaltowana, była wybrukowana kocimi łbami i trzeba było chodzić tam i wybijać kroki. Straszne, ale trzeba było, taka była służba. Takie były zadania jak „lotnik, kryj się” – trzeba było pod płoty chodzić, przewracać się. Musztra to była. […] Piosenka „Hej chłopcy, bagnet na broń” stawała się powszechnie znaną wtedy i sierżantom było mało ulicy. Ale jak był czas nalotów, to nas w ogródkach willowych ustawiali i trzeba było tupać, chodzić w miejscu, maszerować i bardzo trzeba było uważać, żeby na lewą nogę zaczynać zwrotkę piosenki. Podobno tak w wojsku jest.

  • Jak wyglądała kwestia żywności?

Sądzę, że jakaś kuchnia centralna była. Przysyłano nam jakąś żywność, jakieś obiady przynoszono, podawano śniadania, pieczywo, bo była piekarnia przy ulicy Puławskiej, na Olkuskiej, ale coraz to było gorzej przez natarcia Niemców. Słodki czas względnego spokoju się zakończył i było coraz gorzej. Musieliśmy sobie sami radzić. To znaczy jak był czas po służbie, to się brało takie wielkie wory, nie wiem, z czego one były, i szło się z Pilickiej na Ksawerów, bo tam były pola; z kapustą, ziemniakami, pomidorami. Stamtąd się to dopiero ściągało, czołgało się po polu, a trochę dalej, pod Okęciem stały już te niemieckie „flaki” – broń przeciwlotnicza, często nas tam postrzelali, ale Bogu dzięki zawsze żeśmy wracali. Jeszcze podstawą naszego wyżywienia na Mokotowie był miód sztuczny. Nie wiem, czy oni zdobyli fabrykę, czy też jakieś zapasy były, że dawali nam tego miodu tyle. Pamiętam ten taki słodko-mdły smak. To była podstawa naszego wyżywienia. Robiliśmy z tym miodem wszystko, dawało się i do chleba, i do jedzenia, i do smażenia naleśników, które żeśmy bełtały z wody z mąką. Ten miód przeszedł do piosenki o sanitariuszce „Małgorzatce”. Miałam przyjemność ją znać. Piękna dziewczyna była. Piękne miała włosy blond, taką koronę z warkoczy miała upiętą na głowie i powodzenie miała fantastyczne. Teraz, kiedy słyszę, że śpiewa się tę piosenkę, że: „sanitariuszka to unikat i razem z nami spija miód”, to mnie aż coś ponosi, bo życie mnie nauczyło, że historycy potrafią wymyślić, że pijane Powstanie było. Ona nie piła, ona wcinała miód. A że pili chłopcy? Jak pili, to pili, ale nie ona.

  • Jak wyglądała kwesta higieny? Można się było umyć?

Póki była woda, to można się było umyć, ale tak to woda z deszczu była. Kiedyś mój kolega z podwórka, z ulicy Rakowieckiej, który także znalazł się w tym moim oddziale, oczytany pewno na Gąsiorowskim Wacławie, o tym, że były markietanki, przyszedł do mnie i mówi: „Słuchaj, mam białą koszulę”, bo tak latem wyszedł z domu. Poprosił mnie, żebym ja mu tę koszulę uprała. Jest to moja czarna plama, bo ja nie umiałam prać koszul. Namoczyłam ją, Bogu dzięki, że potem tam jakieś odłamki wpadły i ja mu tej koszuli nie uprałam zupełnie, bo nie było potem wody jakoś. […] Z higieną nie było za dobrze, ale jakoś nikt czerwonki ani innych chorób nie dostał.
  • A jak to było ze zrzutami?

Do naszych obowiązków w kompanii łączności należał odbiór zrzutów radzieckich. Taka była barykada, w poprzek ulicy Krasickiego, przy Malczewskiego, i tam żeśmy spędzali noce uzbrojeni w latarki, bo mieliśmy sygnalizować tym nisko latającym samolotom, tak nisko, że Niemcy ich nie zestrzelili, które klekotały jak bociany – nazywało się je „kukuruźniki”. Słychać było klekot, one krążyły, a my z tymi latarkami żeśmy czekali. Nigdy nie miałam okazji przejęcia zrzutów. Marzło się strasznie na tych zrzutach, bo zimne są noce sierpniowe, i nie było efektu. Ciemno było, noc.
Wspomnę jeszcze o zrzutach, które były w końcu września, bo to był ten wielki zrzut aliancki. Nie wiedzieliśmy, co się stało. Zasygnalizowano, że coś się na niebie dzieje, więc kto żyw i kto mógł opuścić swoje miejsce, pobiegł na skarpę, za Puławską, i patrzył w niebo na południe, bo od tamtej strony jakieś punkciki się ukazywały, nie wiadomo było co to. Punkciki, które się zbliżały. Potem usłyszeliśmy warkot samolotów, ale tak jak tutaj „kukuruźnik” latał jeden i myśmy go widzieli, tak wtedy całe niebo było zasłane tymi samolotami zbliżającymi się. Był piękny dzień, siedzieliśmy na skarpie i myśleliśmy, że już alianci przylatują, że będzie jakiś zrzut, że już jest koniec wojny. Potem na horyzoncie wykwitły czasze różnokolorowych spadochronów. Spadochrony pięknie wyglądały. Samoloty leciały, potem nie wiem, co się z nimi stało, ale te kolorowe spadochrony nasuwały się coraz niżej i niżej, one właściwie nam cały horyzont zasłaniały. Tego było bardzo dużo, a może w moich wyobrażeniach dziecięcych to było bardzo dużo. Nie wiedzieliśmy, czy to cud jakiś, nie wiedzieliśmy, co to się dzieje, wszyscy byli ogłupieli zupełnie, byli pod wrażeniem, podekscytowani. Po tych spadochronach pojawiły się jakieś pojemniki. Nie wiedzieliśmy, czy w tych pojemnikach siedzą ludzie, czy to zrzuty jakieś będą wspaniałe? To wszystko się przesuwało od południa, wzdłuż Wisły, akurat wzdłuż tej skarpy był piękny widok. Coraz niżej i niżej. Niemcy oczywiście je ostrzeliwali, niszczyli. Na Mokotowie żaden nie spadł. Nie słyszałam o tym. Podobno na Starówce i Śródmieściu spadły. Wiele zrzutów przejęli Niemcy, ale pozostało jakieś takie wielkie wrażenie w pamięci.

  • Czy miała pani kontakt z „Biuletynem Informacyjnym”?

Nie. Czytałam, ale tyle było wrażeń na co dzień. […] Ja byłam dzieckiem wtedy, wiedziałam, że się czyta gazetki, ale to życie mnie tak pochłaniało. Niby nic nie robiłam, żadnych wyczynów bohaterskich nie było. Nie wiem, czy wspominałam, że tych rannych żołnierzy mieliśmy dużo. Leżeli w szpitalu sióstr elżbietanek.

  • Niech pani o nich opowie.

Pamiętam, że na dachu szpitala elżbietanek, po jakichś tam dyskusjach, nie pomnę tego, wymalowano znak Czerwonego Krzyża. Następnego dnia szpital został zbombardowany przez Niemców. Ranni zostali porozmieszczani w różnych prywatnych kwaterach, a tam, w podziemiach szpitala, znalazła schronienie cywilna ludność, która uciekła ze spalonych, zniszczonych domów. Strasznie dużo ludzi było i ci ludzie przeżywali tam gehennę jakąś. […] Chowaliśmy naszych zmarłych kolegów w parku Dreszera. Zaczynaliśmy od Krasickiego i tak w stronę Puławskiej, pamiętam, że pod koniec Powstania nie było ani drzew w parku Dreszera, ani miejsca, żeby gdzieś jeszcze rannych chować. Bardzo dużo tam pocisków później spadło i tak z jakimś sentymentem dla tych drucików wiązaliśmy kwiaty drutem telefonicznym, sądząc, że to może jakoś nam pozwoli znaleźć tych naszych bliskich, których tam żeśmy zostawili. Było bardzo dużo ciekawych wydarzeń. Ciągle strach, lęk, na przykład przeżywaliśmy naloty niemieckie, bombardowania. Myśmy słyszeli, jak na lotnisku Okęcie startują samoloty i te samoloty trójkami nadlatywały nad wybrany obiekt i takim lotem koszącym zrzucały bomby, przeważnie zapalające. Te bomby spadały aż do piwnicy, mniej więcej na wysokości drugiego piętra one wpadały do domu i potem eksplodowały. Takim straszliwym miejscem, które widziałam, były domy na ulicy Tynieckiej. Wyniesiono stamtąd spalone kadłuby ludzkie. Straszny to jest widok i pozostawia bardzo duże wrażenie.

  • Czy pamięta pani jakichś księży, którzy pełnili posługę duszpasterską?

Tak specjalnie to nie było. Jak się szło w niedzielę na mszę, zawsze się dostawało rozgrzeszenie absolutne. Już o spowiedzi nikt nie myślał chyba. Akurat ja się nie zetknęłam z jakimiś księżmi. Księża byli zajęci ciężko rannymi, im przede wszystkim udzielano wsparcia i pomocy. Wiem, że był ksiądz Zieja, ale ja z nim jakichś takich osobistych kontaktów nie miałam. To, co się działo, to mnie w zupełności wystarczyło – może bym powiedziała, że chwytało się każdą chwilę. Ja się kręciłam w obrębie ulicy Malczewskiego, Pilickiej, Krasickiego. To były moje rejony i pewnego razu wybrałam się z koleżanką na kwaterę do kolegów, żeby sobie pograć na pianinie, bo oni właśnie mieli pianino. Zabawa była piękna. Jak przystało na dobrze wychowaną panienkę, chodziłam do szkoły muzycznej, też na Bałuckiego, ale nie ćwiczyłam tam żadnych sonatin, żadnych zalecanych mi przez panią profesor ćwiczeń. Oczywiście graliśmy „Zielony kapelusik z czerwonym piórkiem”, „Tulipany” – „On tylko tuli, tuli, tulipany miał. Razem z sercem je dał”. To były piosenki „Krzysztofa” Markowskiego, w czasie okupacji bardzo popularne. „Chryzantemy złociste” to się śpiewało, no i „Bluzeczkę zamszową” to już na wszystkie strony i na wszystkie głosy. Dla tamtych czasów to były szlagiery, które się bębniło, jak tylko było można. Wtedy kiedy tam żeśmy się tak zabawiali, wesoło śpiewając, do mieszkania wszedł oficer, pancerniak, bo w czarnym berecie, tośmy wiedzieli, że był oficer z grupy „Granat”. Przedstawił nam się, że on jest porucznik „Krzysztof”, że zwabiła go tu muzyka fortepianowa, i że on bardzo chciałby móc pograć na tym pianinie, bo on ma słowa piosenki, do której musi napisać melodię jakąś, którą już ma w głowie, którą nosi w sercu. Siadł i, pamiętam, zaczął wielkimi akordami grać. To były pierwsze takty „Marsza Mokotowa”, który już w czasie Powstania rozsławił na Mokotowie. Potem tym uczestnikom narodzin tego „Marsza Mokotowa” przedstawił się, że on właśnie jest porucznik „Krzysztof” Markowski. Tak że mieliśmy przyjemność być przy powstawaniu najpiękniejszej piosenki – „Marszu Mokotowa”.
[…] Wyszłam 1 sierpnia, a to sierpień, wrzesień – było zimno. Bardzo miło wspominam nieznajome osoby, panie, które oddawały nam swetry, dawały nam bieliznę, odzież i zapraszały, póki była woda, do łazienek, żebyśmy się mogły wymyć. Moja mama była bardzo blisko, bo z Malczewskiego na Rakowiecką to nie było tak daleko. Próbowałam dojść, ale nie mogłam, bo ten teren na rogu Rakowieckiej i Niepodległości to był obszar więzienia przegrodzony i tam Niemcy nie popuścili. Od 1 sierpnia tam już panowali. Może dobrze, że tam nie doszłam. Właściwie doszłam opłotkami do Narbutta czy jeszcze bliżej, do Różanej. Może dobrze, że nie poszłam, bo nie wiedziałam, że mama została wysiedlona z domu 11 sierpnia i szosą krakowską szła do Pruszkowa, ale uciekła z siostrą z konwoju. Mama wiedziała, że jestem na Mokotowie, bo wiedziała, dokąd miałam zanieść meldunki. Udało jej się zahaczyć w Lesznowoli, tam za grube pieniądze, za jakieś złote pięciodolarówki kupiła sobie stempel, że mieszkała przed 1 sierpnia. To jeszcze mam w mojej mamy dowodzie osobistym. Siedziała w Lesznowoli, to jest niedaleko, widziała płonące miasto.

  • A jak pani mijał wrzesień? Było coraz ciężej?

Tak, ale mamie było też ciężko. Widziała tę płonącą Warszawę i modliła się o dziecko. […] Ciężko było we wrześniu, ale już byliśmy zahartowani bardziej. […]

  • Może pani opowiedzieć, w jakich okolicznościach zapadła decyzja opuszczenia Mokotowa?

Na ten obszar Niemcy nacierali. Nie wiem, czy wspomniałam, że użyli nowej broni – to były „szafy”, takie pociski „szafy”, które paraliżowały zupełnie. Jakieś pociągi pancerne były, było bombardowanie i pewnego dnia już dochodzili na nasze przedpola, ja mówię o Pilickiej, bo to było moje miejsce postoju. Dostaliśmy rozkaz, bo drugiej strony Alei Niepodległości chłopaki się cofali i przenieśli nas z tym całym majdanem łącznościowym na Bałuckiego, przy Szustra. Tam żeśmy pobyli ze dwa dni, chłodni i głodni, aż padł rozkaz przemarszu do Śródmieścia kanałami. Tak wspominając sobie, aż się dziwię, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Rozkaz to rozkaz. Miałam kolegów, łączników, którzy kursowali, to byli kanalarze, którzy chodzili ze Śródmieścia na Mokotów i z powrotem. Nawet mi się to podobało i przyjęłam to jako normalne polecenie bez żadnego większego wrażenia.
Kiedy już ostrzał był coraz silniejszy, ustawiono nas z wieczora w kolejce, w jakimś takim rzędzie do włazu kanału. Na początku, zdaje się, szło dowództwo Mokotowa. Nie jestem pewna, ale szło dowództwo mojej kompanii razem z mapami, bo przecież to był straszny labirynt. Myśmy mieli wchodzić plutonami i nagle ruch na ulicy, głos i wchodzi Zgrupowanie „Radosław”. „Stój, »Radosław« idzie”, rozstawili nas, rozerwali naszą kompanię i weszli oni do kanału. Nie pamiętam, ilu ich było, w każdym razie tam pierwszy raz usłyszałam, że „Radosław” idzie, jest ważny, bo dzielny i tak dalej. Dopiero jak oni weszli, to była nasza kolejka i weszliśmy do włazu, do tego kanału, bez żadnych map, bez żadnego przewodnika. To gehenna straszna, trauma na całe życie. Weszło się do mokrego, ciemnego kanału, wielkiego burzowca, wilgoć, ciemno, szło się rzędem i tłumy ludzi.

  • Mogła pani iść wyprostowana czy trzeba się było schylać?

Różnie było, bo kanały były różnej wielkości. Jedne miały brzeżki, na których można było przysiąść. Mówi się: „Woda chlupotała pod nogami”. To nie była woda, to były poruszone ekskrementy, obrzydliwe. Ciemno było, woda była w różnych kanałach na różnej wysokości. Wiem, że dochodziła mi do pach, a byłam dużą dziewczynką, czasami było niżej, czasami była jak gdyby ścieżka zrobiona. To było bardzo straszne. Wchodziliśmy w wojskowym szyku, rządkiem, a tam spotkaliśmy tłum ludzi, pędzących w prawo, w lewo, do tyłu, szamoczących się samych ze sobą, ludzi z plecakami. Dopiero po wielu latach, czytając książkę Jana Dobraczyńskiego, nie „W rozwalonym domu”, tylko późniejszą, nie pamiętam w tej chwili tytułu, on też był z Mokotowa i wspominał, że do kanałów mokotowskich weszli cywile, którzy uciekali przed Niemcami. Bodajże nawet podał kwotę, jaką był bilet wstępu. Nie wiem, czy ten bilet wstępu był, czy nie, ale wiem, że byli tam ludzie obciążeni plecakami. Sił nie było zupełnie. Nie wiadomo było, gdzie iść, w przód czy w tył? Ja chyba zawdzięczam tę swoją drogę kanałową oficerowi z mojej kompanii, który prowadził nasz pluton czy jakiś taki pododdział – porucznik „Jordan” – Andrzej Kratke, który jakoś mnie podtrzymywał i pomógł mi wchodzić. Kanały były różnej wielkości, różnej pochyłości i Niemcy pod niektórymi włazami, bośmy przecież musieli przejść pod całym miastem, ja nie znam drogi tych kanałów dokładnie. Pierwszy raz o tym mówię, to są straszne wspomnienia. Niemcy budowali u wyjścia z włazu barykady, przez które trzeba się było milczkiem jakoś prześlizgiwać, bo jak usłyszeli, to wrzucali karbid. I tak te poruszone zaległości w kanałach wydawały swoje odpowiednie gazy, ale karbid w połączeniu z wodą był zabójczy. Ludzie szaleli, siedzieli oparci o kanały, krzyczeli, wyli, błagali, żeby ich zabić. Te krzyki jakimś wielokrotnym echem jeszcze się odbijały. Do tego wszystkiego szczury, mądre zwierzęta, po co by się miały moczyć w wodzie? Lepiej było brykać sobie po ramionach idących. To było bardzo niemiłe towarzystwo. Ta grupa, w której ja się znalazłam, przy jednym z włazów podjęła decyzję, że trudno, poddajemy się Niemcom i wychodzimy z kanału. Akurat w tej grupie byłam ja, która znałam wówczas bardzo dobrze niemiecki. Pamiętam, że z nimi rozmawiałam, bo trzeba było wysadzić granatami ten właz, żeby wyjść. Kiedy poczyniono dla nas odpowiednie przygotowania, gdzieś na horyzoncie światło się ukazało, promyczek światła. Ciemno było, bo myśmy nie mieli żadnych zapasów latarek. To światło to się okazało, że to kanalarze ze Śródmieścia przyszli szukać w labiryncie kanałów tej armii z Mokotowa, która, wiedzieli, że weszła do kanału, ale nie doszła. Oni nas wyprowadzili na Aleje Ujazdowskie przy Wilczej.
Podobno szłam kanałami przeszło dwadzieścia godzin. Pamiętam, kiedy wyciągnęli mnie z kanału, było tam otoczenie ludzi i oni pytali: „Kto idzie?”. Między innymi czekał na nas nasz dowódca kompanii, porucznik „Lucjan”, „Łącki”. Kiedy dowiedział się, że to jeszcze nie cała nasza kompania, w pięknym, czystym mundurze oficerskim, to robiło na mnie wrażenie, pamiętam, wszedł ponownie do kanału. Nie wiem, czy bym się zdecydowała ponownie tam wejść. Chwała mu za to.
Nas przeprowadzono do tych jeszcze stojących, wielkich bloków na Alejach Ujazdowskich. Tam zaprawiono nam jakieś krople do oczu, bo byliśmy zupełnie ślepi, bez jedzenia, bez wszystkiego. Gdzieś w jakimś służbowym pokoju był dwa łóżka i tam po cztery osoby – śmierdzące, brudne, nieumyte – żeśmy przespali, nie wiem ile... Jak żeśmy oprzytomnieli trochę, nabraliśmy chęci do życia i chcieliśmy wyjść na miasto, jak to się mówi. Okazało się, że oddziały mokotowskie zostały internowane, słowo zupełnie nam obce. Dopiero później z lektury dowiedziałam się, że dowódca „Karol” opuścił Mokotów, nakazano mu odwrót na Mokotów, ale w tym czasie, zdaje się, Mokotów już się poddał. W każdym razie jak wyszłam, a potem wróciłam na miejsce postoju, to przepustki nie były już potrzebne. Porucznik „Jordan” zabrał mnie do mieszkania – opuszczonego czy swoich rodziców – i dał mi jakieś ubranie. Buty miałam przepalone od spodu, podeszwy były przepalone przez te gazy i kwasy, jakie tam się zebrały. Nie wiem, czy się myłam. Właśnie się zastanawiam, kiedy ja się umyłam? Pojawił się „Łącki”, to było dowództwo, a ja byłam pionek, i zorganizował nas. To był bardzo krótki czas, ale tyle rzeczy się wydarzyło wtedy.
W kawiarni „Narcyz”, która się mieściła na Kruczej, w czasie okupacji mieliśmy swoją łącznicę, którą mieliśmy obsługiwać. […] Z tą czystością jakoś żyłam, ale przypominam sobie, że odwiedziłam mieszkającą na Wspólnej moją koleżankę z klasy. Dlaczego o niej mówię? Bo koleżanka z klasy, bardzośmy się przyjaźniły, cieszyły i ona mi opowiadała o okropnościach dni, które przeżyła w Śródmieściu. Do dziś pamiętam, że płakała i wycierała sobie oczy piękną, bielutką, wyprasowaną chusteczką. Ta chusteczka przy moim brudzie to był taki jakiś wielki szok. Ciężko im było, ale byli w domu przecież. Różni ludzie różnie żyli.
Chciałabym powiedzieć jeszcze, że na onczas panował w Śródmieściu głód. Ta kasza jęczmienna… Może byłam rozpuszczona na Mokotowie, na kartoflach, kapuście i pomidorach, że zupełnie nie trawiłam tej kaszy jęczmiennej ucieranej na żarnach, którą karmiono na Śródmieściu. Tajemniczym wyczynem moich kolegów był obiad z mięsem i z kluskami. Wolę nie myśleć, co ja tak smakowicie zjadałam. Pewno jakiś towarzysz, czyjś piesek, ale byłam głodna wtedy. Jeszcze może z takich ciekawostek, na Śródmieściu tuż przed podpisaniem całkowitej kapitulacji, kiedy nie było już takich bombardowań, wszystko dogasało powoli, otrzymałam żołd, taki jak wszyscy żołnierze mieli dostać. Dostałam dziesięć dolarów, w papierku. Taką kasą to nigdy nie dysponowałam przecież i pierwsze, co zrobiłam, to poszłam na ulicę Kruczą, bo ja się w tym rejonie placu Trzech Krzyży obracałam. Na Kruczej był taki czarny rynek, taki bazar, wszystko kupić, sprzedać można było: i dolary, i alkohol, wszystko, co kto miał, tym handlował. Tam ja – harcerka, która nie piłam, przestrzegałam tego bardzo, nawet jak były jakieś okoliczności, to koledzy prosili, żebym czuwała, bo wiedzieli, że ja nie piję – ja sobie kupiłam pół litra jarzębiaku, który mi bardzo posmakował. Miałam w spodniach kostki cukru i tak na zmianę popijając i zagryzając cukrem, przetrwałam te dni kilka, dopóki nie spotkałam rodziny.
Ciotka jakaś dała mi swoje palto zimowe, ale była tak zaaferowana swoim wyjściem z Warszawy, że nie czepiała się mnie bardzo. Natomiast w jakiejś tam wędrówce, na Lwowskiej spotkałam wujka – kapitana Armii Krajowej, który szedł i mówi: „A co ty tu robisz sama?”. Ja mówię: „Jestem bohaterem, jestem powstańcem”. Wziął mnie za rękę i zaprowadził do ciotki, na ulicę Noakowskiego i tak się skończyła moja wojaczka. Razem z ciocią wyszłam z cywilną ludnością z Warszawy.
Pani pytała mnie jeszcze o koleżanki i mi się dopiero teraz przypomniało. Miałam w klasie przyjaciółkę swoją, „Myszkę”, […] która była moją zastępową i z którą się w czasie Powstania nie kontaktowałam i spotkałam ją na ulicy Śniadeckich. Tam się dowiedziałam o jej losach powstańczych. To było wielkie spotkanie, wielkie przeżycie, opowiadałyśmy sobie. Szłam na ostatnie miejsce zbiórki żołnierzy Mokotowa, to było już po podpisaniu kapitulacji, już od cioci wyszłam, już spod tych opiekuńczych skrzydeł się wydostałam. Na ulicy Marszałkowskiej, mniej więcej między Koszykową a Śniadeckich, tam inaczej trochę ulice szły, tam zebrały się oddziały z Mokotowa i tam w szeregu stał „Lucjan” „Łącki”, o którym zapomniałam powiedzieć, że jak on wszedł do kanału, on ten kanał jeszcze po raz wtóry opisał, bo to był Stefan Jerzy Stawiński, twórca scenariusza „Kanału”.
  • Proszę opowiedzieć, jak go pani pamięta?

To była władza, to był dowódca kompanii; trzeba było salutować, baliśmy się go, surowy, ostry. Wśród tych żołnierzy Mokotowa stał on – Jerzy Stawiński, porucznik „Jordan” Andrzej Kratke, porucznik „Krzysztof” Markowski i Andrzej Jezierski – to byli dwaj z Grupy „Granat”. Jezierski pisał słowa i „Małgorzatki”, i „Marsza Mokotowa”. […] Ja ich odprowadziłam aż pod bramę politechniki, gdzie stał taki wielki kosz, do którego żołnierze wrzucali swoją broń. Zresztą, kiedyś będąc w Muzeum Powstania Warszawskiego, widziałam ich zdjęcie, jak oni dochodzą; właśnie Markowski, „Łącki”, Kratke, takie urwane zdjęcie było wywieszone. Mnie tam nie było, ale dowiedziałam się, że piosenka „Moja mała dziewczynko z AK” była napisana w obozie w Pruszkowie, następnego dnia po wyjściu z Powstania. Ja sobie pomyślałam, że to jest jakieś pozdrowienie od nich. [...] Po wielu, wielu latach spotkałam w parku Dreszera, w dniu 1 sierpnia kolegę „Wróbla” z kompanii K-4. Szukał kompanii K-4, Stawińskiego szukał i tak dalej. Mąż powiedział mu, że ja jestem z kompanii K-4. Patrzy na mnie i mówi: „Czy pani była blondynką?”, ja mówię: „Tak”, „Czy pani nosiła takie kucyki wiązane wstążeczkami?”, ja mówię: „Tak”. Wtedy on zawołał żonę i mówi: „Popatrz, to jest »Zawiejka«, o której ci tyle mówiłem.” Czyli coś tam jednak jakieś zostało [w pamięci] […].

  • Proszę opowiedzieć jeszcze o Stawińskim. Dlaczego on wszedł drugi raz do kanałów?

Widocznie szukał kogoś, kto nie zdążył wyjść.

  • Przed nagraniem wspominała pani o defiladzie w mundurach, na Malczewskiego?

Tak, tak. Byłam w drelichach, żeśmy szykowały te drelichy, bo chłopcy mieli na kołnierzach przyszyte biało-czerwone proporczyki. Pięknie wyglądały. Nam nie dali, nie wiem dlaczego.

  • Czyli tylko chłopcy mieli proporczyki?

Teraz mówiły mi koleżanki, że one miały. Nie wiem dlaczego… To była bardzo piękna defilada, to się wspomina. To był 15 sierpnia, Święto Wojska [Polskiego]. Jeszcze na Mokotowie to było słońce, jeszcze były koszary, jeszcze była musztra, była msza w kaplicy u sióstr elżbietanek. Oczywiście było absolutorium, było rozgrzeszenie dla wszystkich, wszyscy komunia. Takie uroczystości były wtedy.

  • Proszę opowiedzieć, co się stało, kiedy pani wyszła z ludnością cywilną z Warszawy?

To już ciocia się o to martwiła. Uciekłam. Uciekłyśmy z konwoju, tutaj jak się skręca z szosy krakowskiej w kierunku, Włochy wtedy się mówiło, ale wypadła mi z głowy obecna nazwa ulicy. Jeden z domów, w którym się ukrywałam, jeszcze stał bardzo długie lata. Jakoś spotkałam panią, która mieszkała zawsze na Okęciu, bo to wtedy się Okęcie mówiło chyba, która młodsza była nieco ode mnie, ale ona wodę nosiła tym wypędzonym. […] Potem gdzieś tam siedziałam z ciocią w jakimś majątku w Zakrzewie. Mama się dowiedziała, że ja tam jestem. Wtedy nie było poczty, ale był zwyczaj rzucania kartek. Nie wiem, czy była poczta, może źle się wyrażę, ale ludzie jakoś się powiadamiali, takimi karteczkami, kto się spotkał i tak dalej. Mama przyjechała i zabrała mnie do Zakopanego i skończyło się wszystko, posłała do szkoły.

  • Czy trudno było uciec z takiej kolumny ludzi cywilnych pędzonych przez Niemców? Czy Niemcy przymykali oko, jak ktoś się odłączył?

Strzelali. Jak się komuś nie udało, to się nie udało. Bardzo wielu ludzi było zastrzelonych, zabitych. To szła ława ludzi, ale słyszę, że bardzo dużo ludzi uciekało z takiego konwoju.

  • Czy spotkała się pani z niemieckim żołnierzem tak oko w oko w czasie Powstania lub w czasie okupacji?

Niemieccy żołnierze chodzili po ulicach, więc…

  • Ale jakiś zaczepiał panią?

Udało mi się uniknąć łapanek, więc nie było tej agresji. Zdarzyło mi się w 1944 roku – z jakichś tam rodzinnych powodów jechałam sama w Lubelskie do ojca. Jechałam sama, przesiadałam się sama w Lublinie. Jak już pani wspominałam, znałam bardzo dobrze język niemiecki, więc, bojąc się łapanki, bo miałam przecież tylko legitymację szkolną, kazałam się Niemcom zaprowadzić do pociągu. Przez wiele lat miałam w domu bonę, która mnie uczyła języka niemieckiego. Miałam to szczęście, że żaden do mnie nie strzelał, nie byłam tak oko w oko…

  • Czy pamięta pani ludność żydowską z tego okresu okupacji? Wspominała pani o jakichś dziewczynkach ukrywanych w szkole?

Tak się dowiedziałam z literatury późniejszej, powojennej, ale tego myśmy nie widzieli. Ja osobiście kontaktu jako takiego nie miałam. Wiem, że przejeżdżałam tramwajem obok getta, widziałam palące się getto, widziałam żebrzące dzieci żydowskie, widziałam to całe nieszczęście. Widziałam jakieś niemieckie bezeceństwa wobec Żydów, słyszałam o tym, ale tak to nie. Nigdy.

  • Czy mogłaby pani powiedzieć, jakie wspomnienie z Powstania jest najgorsze, a jakie najlepsze?

Kanały to chyba był dramat mojego życia, straszne to było.

  • A z tych wesołych wspomnień? Ten dzień, kiedy grała pani na pianinie?

Na pewno, bo przecież wojna wojną, ale młodość była młodością. Nie wiem, nigdy nie potrafię powiedzieć, jaki dzień był najszczęśliwszy w moim życiu. Żyję, żyją moi bliscy. Z wojny wyszłam zdruzgotana zupełnie: bosa, goła bez rodziców, bez mieszkania. Kiedy wróciliśmy w 1945 roku do Warszawy, to po Rakowieckiej, tam gdzie jest teraz [niezrozumiałe], kicał sobie zając, domy były spalone.

  • Zdecydowali się państwo pozostać w Warszawie?

Nie, mój ojciec nie chciał. Ja dopiero wróciłam w 1949 roku do Warszawy. Los mnie po Polsce gonił. Mieszkałam na wybrzeżu, potem w innych miastach Polski, ale ciągnęło do Warszawy, bo tutaj było moje miejsce.



Warszawa, 15 września 2009 roku
Rozmowę prowadziła Anna Kraus

Zobacz także


łączniczka

Anna Danuta Przytuła „Koza”

Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie. [Przed wojną] mieszkaliśmy na placu...

więcej
strzelec

Zygmunt Gasiuk „Słoń”

Proszę opowiedzieć o czasach przedwojennych. Urodziłem się w Warszawie na ulicy Bugaj. To była...

więcej
cywil

Hanna Zambrzycka

Nazywam się Hanna Zambrzycka mam 76 lat, mieszkam w Warszawie na Saskiej Kępie. Co pani...

więcej
sanitariuszka

Lidia Agnieszka Szczepaniak „Koczkodan”

Lidia Szczepaniak, urodzona 21 stycznia 1928 roku w Warszawie. Od urodzenia mieszkała pani w...

więcej