Anna Wróblewska

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Anna Wróblewska, z domu Góra-Klimaszewska. Miałam złożone nazwisko po pierwszym i drugim ojcu. Urodziłam się 11 listopada 1928 roku.

  • Jak wyglądało pani dzieciństwo, życie przed wojną?

Było trochę nietypowe, ponieważ na początku lat trzydziestych moi rodzice się rozeszli, ale ze sobą korespondowali, raz ojciec nas odwiedził. Potem, chyba 1 września 1939 roku, nagle mój ojciec znalazł się w naszym domu, już po wojskowemu ubrany. Powiedział, że jest powołany do wojska, udaje się w okolice Grodna. To był moment, kiedy widziałam po raz ostatni w życiu mojego ojca. Potem, bardzo szybko, bo już na początku listopada przyszła wiadomość przez Szwajcarski Czerwony Krzyż, że ojciec żyje. Dostałam następnie jeszcze jedną kartę od ojca, na moje imieniny (co prawda taką z widoczkiem na Boże Narodzenie, widocznie nie miał nic innego), gdzie napisał mi piękne życzenie, które były jak gdyby testamentem: czego ode mnie w życiu oczekiwał. Ojciec żalił się, że wysyłał do nas więcej listów, ale nie miał odpowiedzi i prosi chociaż o kilka słów. Na tym wiadomości od ojca się urwały. Dodam jeszcze, że ta ostatnia karta była zaadresowana z obozu dla żołnierzy polskich na Litwie w Górze Kalwarii. Potem, na początku okupacji, kiedy dochodziły nas słuchy o Katyniu, coraz bardziej z trwogą myśleliśmy, że możliwe, że ojciec zginął w Katyniu. Po działaniach wojennych zaczęłam się dowiadywać przez Polski Czerwony Krzyż. Mam dwie wiadomości, w jednej podają datę 3 listopada 1940, w drugiej 3 września, też 1940, że zmarł w Kozielsku. Jeśli będzie trzeba, to powiadomią, że zaszła gdzieś pomyłka. Sprawdzałam teraz w dużej, grubej książce o Katyniu. W trzecim tomie jest potwierdzenie, że ojciec zginął, podają jednak pierwszą wersję, że zginął 3 listopada 1940 roku.
W momencie kiedy rozpoczęła się wojna w 1939 roku, pamiętam, że przez radio ogłoszono: „Uwaga, uwaga, wojska niemieckie przekroczyły granicę polską”. Moja mama wtedy powiedziała: „Pobiegnij do babci, powiedz, że jest wojna”. W podskokach ulicą Łotewską pobiegłam, podśpiewując: „Wojna będzie, wojna będzie!”. W momencie kiedy babci to ogłosiłam, widziałam, że babcia struchlała i straciła zupełnie dobry nastrój. Zaraz kazała mi wracać do domu. Wracając, zwróciłam uwagę, że samolot pokazał się wysoko nad wieżycą mostu. Zenitówki zaczęły do niego strzelać. Pomyślałam sobie w tym momencie: „O nie, ta wojna to jednak nie będzie nic przyjemnego”.
Mój ojciec, ten pierwszy, odjeżdżając, prosił mamę, żeby nie udawała się na tułaczkę w razie czego, bo to nie będzie miało sensu. Niestety, mama nie posłuchała. Bardzo szybko przenieśliśmy się do rodziny, na Francuską 40. W sąsiedztwie była willa znanej artystki, Ewy Bandrowskiej-Turskiej. Na naszych oczach w ten dom uderzyła bomba. Następne bomby zburzyły kolejne domy w okolicy Dąbrówki. To tak wpłynęło, że moi bliscy postanowili: „Uciekamy”. Była to fatalna decyzja, bo tułaczka po piwnicach i schronach to była prawdziwa gehenna. Wylądowaliśmy w pewnym momencie na Frascati, nawet byliśmy w wykopanych dołach, co było bez sensu, bo obok stała artyleria polska, którą wymacywali Niemcy i strzelali. Potem, prawie na ostatnie dwa tygodnie wylądowaliśmy na ulicy Hożej 21. Tam byliśmy już do samego ogłoszenia kapitulacji. Pamiętam ostatni dzień przed kapitulacją. To był dzień koszmarny, bo od samego rana do wieczora bez przerwy słychać było rozrywające się pociski, pikujące samoloty. W drzwiach klatki schodowej stali wybrani ludzie, którzy pilnowali, czy czasem jakaś zapalająca bomba nie spadła na podwórko. Było betonowe. Rzeczywiście, nawet spadła, ale szczęśliwie się nie rozerwała. Koszmarem było zdobywanie wody do picia, bo wszystko było pod kulami. Pamiętam, że byliśmy głodni. Był brat cioteczny, dziewięć osób rodziny. W pewnym momencie dwie młode osoby, były to jakieś służące, poszły na górę, ugotowały zacierek z ryżem. Potem zeszły, dały po jednym talerzu osobom starszym, a dla mnie z tym bratem był tylko jeden talerz na połowę. Zawsze w ciągu naszego życia wspominaliśmy, że jedliśmy coś pysznego, niezapomnianego. To był ten ryż z zacierkami, który był jedynym posiłkiem. Może jeszcze były jakieś resztki sucharów, to było wszystko.
Jeszcze muszę wspomnieć o wspaniałej roli, jaką odegrał nasz prezydent miasta. To były audycje, które w oblężonej Warszawie podnosiły wszystkich na duchu. Niestety, siły niemieckie były przeważające, Warszawa skapitulowała.
Następnego dnia postanowiliśmy wracać do domu na [Saską] Kępę. Zostało mi w oczach, jak wyglądał plac Trzech Krzyży przed kościołem, mianowicie usłany był świeżo usypanymi mogiłami. To były wzgórki, na niektórych były drewniane krzyżyki, zrobione dosłownie od ręki. Potem skręciliśmy z Nowego Światu w Aleje i znaleźliśmy się na moście Poniatowskiego. W pewnym momencie, już prawie w połowie byliśmy, moja babcia, która też z nami była (już ponad siedemdziesiąt lat miała, miała dom tuż przy ulicy Wał Miedzeszyński 120), stanęła jak wryta, bo zamiast domu były tylko kominy. Potem ruszyliśmy dalej. Okazało się, że dom na ulicy Francuskiej 40 również nie nadaje się do zamieszkania, bo musi być podstemplowany. Po naszej ucieczce stacjonowała tam łączność, którą Niemcy ciągle wymacywali, strzelali. Bomba poszła tuż przy murze, tak że trzeba było brać potem ekspertów, którzy mówili, czy w ogóle ten dom da się uratować. Szczęśliwie uratowany został, do dziś stoi. Ale cała nasza rodzina musiała wrócić do nas, do mojej mamy na Miedzeszyńską. Szczęśliwie wtedy, we wrześniu, nasze mieszkanie w znikomym stopniu uległo zniszczeniu, jedynie od odłamków. Kredens był mocno poharatany, góra, trzeba było to zdjąć. Ale można było zamieszkać. Z tym że nie było wody, którą trzeba było nosić, gazu, światła. Najbardziej dokuczał szyb.
Muszę jeszcze powiedzieć, że moja mama bardzo szybko wyszła drugi raz za mąż. W momencie rozpoczęcia działań wojennych mój drugi ojciec, który zresztą okazał się osobą bardzo szlachetną (potem mnie adoptował), na wezwanie Umiastowskiego udał się na wschód. Doszedł aż do Kowla czy Równego, ale w momencie kiedy Sowieci 17 września wkroczyli, uznał, że nie ma tam co dłużej przebywać. Już na początku października wrócił do domu.
Nastał czas okupacji. Nie był to czas wesoły i miły. Prowadziło się bardzo skromne życie. Nie było mowy o zaparzaniu herbaty, piło się różne zioła, bardzo często obierzyny z jabłek były pieczone w piekarniku. Jeśli chodzi poczęstunki, wykorzystywano zmielone skwarki, z tego z mąką robiono ciasteczka przez maszynkę. Tym się częstowano. Nie ma to porównania z tym, czym w dobrych czasach można było gości częstować.
Zapamiętałam ciekawą rzecz. Mianowicie była niedziela Wielkiej Nocy. Byłam w kościele. Na Saskiej Kępie mieszkał bardzo znany artysta śpiewak, Dygas. Od czasu do czasu śpiewał, uświetniał msze. Otóż wtedy ni stąd, ni zowąd (zawsze ksiądz intonuje „Wesoły nam dzień dziś nastał”) on potężnym głosem nagle zaczął: „Piekielne moce zwojował, nad biednymi się użalił”. Wszyscy zrozumieli, że jest to aluzja do nas, że piekielne moce niemieckie się skończą, że kiedyś zaświta nam wolność. Jeśli chodzi o czasy okupacyjne, po skończeniu szkoły podstawowej, od 1941 roku zaczęłam chodzić do sióstr nazaretanek. Tam było gimnazjum pod płaszczykiem [szkoły krawieckiej].

  • W którym miejscu to było?

Czerniakowska 137, do dziś te budynki tam są. Oficjalnie była to Żeńska Prywatna Szkoła Krawiectwa imienia siostry Bismond. Nie był to łatwy okres życia dla mnie. Codziennie osiem godzin lekcji, lekcje od ósmej do szesnastej. Nie wolno było się spóźnić. Z Saskiej Kępy musiałam wyjeżdżać o siódmej rano. W okresie zimowym to był koszmar, bo to było po ciemku. O szesnastej powrót. Wtedy komunikacja była przeładowana, w tramwajach nie były obudowane pomosty. Dosłownie winogrona wisiały z ludzi, którzy się czepiali. Niestety musiałam odczekać, gdzie się będę mogła wsunąć, a nawet czasem było tak, że nie dało rady, wracałam do domu pieszo. W jedną stronę jeździłam albo trzema, albo dwoma tramwajami z Saskiej Kępy. Wtedy był przystanek zaraz za mostem, na górę się wchodziło. Dwa przystanki, schodziło się, była „petka” [??], jechała Solcem i na Czerniakowskiej [wsiadałam] chyba w „szesnastkę”. Inna wersja to było do placu Trzech Krzyży i z placu Trzech Krzyży. Taki sam powrót. Jeśli chodzi przygotowywanie lekcji, nie było łatwe, bo niczego nie można było z przedmiotów takich jak łacina, język obcy, historia czy polski ze sobą mieć. Wszystko to trzeba było mieć wyuczone na pamięć. Owszem, może nam się pamięć bardzo wyszkoliła, ale czasem, muszę przyznać ze skruchą, w bucie gdzieś przemycałam małą ściągawkę.
To chyba było w ostatnim roku przed Powstaniem. Niemcy wprowadzili przez połowę tygodnia naukę, połowę – pracę w ich fabryce, która mieściła się na ostatnim piętrze Braci Jabłkowskich. Nazywała się „U Toebbensa”. Tam szyło się (przynajmniej wtedy kiedy tam byłam) spodnie wojskowe. Wchodziłyśmy całą grupą, każdy miał przydzielone stanowisko i pewien element tych spodni musiałam robić. Pod koniec musiało to zejść z taśmy. Tam byli nie tylko uczniowie naszej szkoły, nawet troszkę starsza młodzież. Nie podobało się Niemcowi, który cały czas chodził i doglądał, i okropnie wrzeszcząc, zbił jedną osobę po twarzy. Wróciłam do domu zupełnie zdruzgotana. To było coś tak niesamowitego, że na długie lata potem miałam wstręt do pracy. Często sprawdzali, robili rewizję, czy się czegoś nie wynosi. Potem uratowała mnie szkarlatyna. Rozchorowałam się i siostry w zastępstwie… Widocznie była taka rotacja, że pewna część uczniów tam chodziła, potem się zmieniali.
Jeszcze jedna rzecz. Nie wyjeżdżało się prawie na wakacje, bo niby gdzie? Nad morze nie, bo Generalna Gubernia nie obejmowała tak wielkich obszarów. Ale dwa razy, w 1943 i 1944, wyjechałam do sióstr nazaretanek, które miały w okolicy Warszawy swoje domy. Raz w okolicy Karczewa, a następnym razem byłam w Śródborowie. Rodzice dojeżdżali, w niedzielę odwiedzali nas. Mieliśmy pewne obostrzenia. Naokoło był piękny las, ale wolno było tylko w pewnych godzinach po tym lesie pójść na spacer, bo spacerowało tam wojsko niemieckie, mieli swoje ćwiczenia. Zapamiętałam sobie dzień na kilka dni przed Powstaniem, 28 na 29 lipca. Wtedy w nocy zobaczyliśmy, że niebo jest oświetlone. Jak były naloty radzieckie, oni zapalali specjalne lampiony. Myśmy to nazywali lampy, to oświetlało teren. Otóż wtedy bombardowali stację, po stacji całą linię otwocką, tak że następnego dnia już żaden pociąg nie mógł jechać. W nocy musiało to być dość takie… Można się było spodziewać, że a nuż potem zaczną bombardować las i stacjonujące oddziały. Ksiądz przyszedł, udzielił nam absolucji. Oczywiście nikt nie spał, wszystkie byłyśmy na korytarzu zgromadzone. Następnego ranka coraz to zjawiali się kolejni rodzice, zabierali swoje córki do domu. Wiem, że gdzieś w południe zjawił się mój wuj z dozorcą, bo siostry przez grzeczność przyjęły również moją małą, siedmioletnią kuzyneczkę. Trochę było naszego bagażu, możliwe, że jeszcze było coś z pościeli, bo siostry tyle nie miały. Przez las do Karczewa żeśmy się udali. Tam jeszcze tak zwana ciuchcia chodziła, która jechała aż na Zamojskiego. Krańcowy przystanek był przed fabryką „Wedla”.
Jak się potem dowiedziałam, już następnego dnia, a może nawet już w nocy, wojska radzieckie doszły. Potem się tam okopały. Następnego dnia była niedziela. Kiedy wychodzili ludzie z kościoła, stali i patrzyli w kierunku Otwocka. Widać było błyski od pocisków artyleryjskich, nawet już słychać było, jak artyleria grzmi. Każdy pewny, że jak już są w Otwocku, to lada moment będą w Warszawie. Niestety, nic takiego się nie stało. Była taka sytuacja, że wszyscy byli podminowani. Wydaje mi się, że nie było odwrotu. Czy były takie, czy inne przesłanki, Powstanie musiało wybuchnąć. Tym bardziej że Niemcy ogłosili nabór młodych ludzi do kopania okopów wokół Warszawy. Nie było takiego człowieka, musiałby być bardzo naiwny, jeśli by myślał, że Niemcy (gdyby nawet oni skończyli kopanie tych rowów) rozpuszczą tych młodych ludzi i puszczą do domu. Można było mniemać, że albo ich wezmą do obozu, albo na roboty, albo w ogóle wykończą. A przecież wiadomo było, że ta młodzież była zorganizowana, że na wypadek Powstania już miała wyznaczone swoje cele, funkcje. Tak że to był ostatni moment, nie było odwrotu.

  • Pani wspominała, że uczestniczyła w łapance?

Tak było. Na ogół, jak wspominałam, wracałam do domu tramwajami. Nie wiem z jakiego powodu, może wyjątkowo siostry nas wypuściły trochę wcześniej, szłam pieszo ulicą, która idzie przy kościele, tuż nad Wisłą. Doszłam już prawie do mostu, kręconymi schodami zaczęłam wchodzić na most. W tym momencie, dosłownie jak na filmie w przyspieszonym tempie, na moście od strony Pragi zajechały (dużo tego było) tak zwane budy, ciężarowe samochody. Zatrzymały się jeden za drugim. Z drugiej strony, tam jest ślimak, który obecnie zjeżdża na Wisłostradę, wyłonili się Niemcy na motocyklach i jeszcze gdzieś, jak gdyby spod… Widocznie oni tam byli zgrupowani. Tak że miałam taką sytuację, że do tyłu nie mogłam zejść, bo by mogli pomyśleć, że uciekam. Wobec tego zatrzymałam się na sekundę, rzuciłam okiem w stronę Muzeum Narodowego. Tam jechały może dwa tramwaje, obwieszone końcówki miały. Prawdopodobnie każdy motorniczy, widząc, że coś się święci, zwolnił. Ludzie odłączali się, gdzieś uciekali. Nie wiem, czy mi się wydaje, że jakiś stolik postawiono. Siadł jeden, drugi oficer, zebrała się spora grupka. Miałam całe szczęście tego dnia w kieszeni, zresztą zawsze nosiłam (ale poprzedniego dnia nie miałam przy sobie) legitymację, że jestem uczennicą szkoły zawodowej. Podeszłam jako pierwsza do stolika, mając duszę na ramieniu. Byłam dość niskiego wzrostu, byłam bardzo drobniutka, może nie wyglądałam na swoje lata. On ten dokument przeczytał, coś warknął, machnął ręką, że mogę iść dalej w stronę mostu. Wiem, że szłam przez most jako jedna jedyna osoba. Pusto było, bo wszyscy, którzy widzieli budy, uciekli w stronę Saskiej Kępy, a tutaj też już nikt się nie pchał. Jak dojechały kolejne tramwaje, Niemcy wszystkich wyładowali i sprawdzali. Czym to się kończyło? Część osób wypuszczali, ale część… Ukazywały się czerwone afisze, gdzie było napisane, że ci i ci zostali straceni w odwecie za jakąś akcję, że Niemcy ponieśli straty. Często ludzie złapani w łapankach ginęli potem w egzekucjach.
Również była taka egzekucja na Saskiej Kępie. Jest jeszcze kamień pamiątkowy, co prawda nie w tym miejscu, gdzie ona się odbyła, tylko przy wieżycy na moście, na górze jest kamień upamiętniający. Otóż pewnego dnia byłam po coś wysłana na Francuską. Wychodzę i orientuję się, że jest strasznie dużo Niemców. Wychodząc z Berezyńskiej, patrzę, że stoi karabin maszynowy na małym trójniaku. Myślę sobie: „Co się święci?”. Ciotki mnie zatrzymały, trochę tam pobyłam, wróciłam po pewnym czasie. Co się okazuje? Vis-à-vis mieszkał mój kolega z klasy, drzwi w drzwi. Między innymi mama i jego matka zaczęły relacjonować, że zajechały budy (wtedy jeszcze pod wałem była ulica), stanęły jedna za drugą. Kazano nam w domu pospuszczać rolety. Było wtedy zaciemnienie, każde okno miało roletę. Powiedziano, że nie wolno nikomu się zbliżać, bo jeśli zobaczą, to będą strzelać. Potem kolega twierdził, że on widział kątem oka, że wyprowadzono ludzi, którzy mieli powiązane do tyłu ręce. Sprowadzono ich na dół, mniej więcej tak, jak zaczyna się pierwszy basen. Teraz tam na górze jest kawiarnia. Potem usłyszano salwę. Jeszcze trochę to wszystko potrwało, budy odjechały. Jak przybiegłam, wszyscy naokoło na podwórku wzburzeni: „Słuchajcie, pobiegnijmy, zobaczmy, co się tam dzieje”. Zbiegło się z wału, a tam cała trawa była stratowana, pełno krwi, nawet w jednym miejscu były zbite, wgniecione okulary. Zaraz znalazły się jakieś kwiaty, jedna, druga osoba zaczęły znosić. Wieczorem też znicze się paliły, ale jak tylko zobaczył Niemiec, żandarm, który stał na moście, że się gromadzi, przynosi kwiaty, zaczynał strzelać na postrach. Była obawa, że w końcu licho wie, co mu do głowy przyjdzie, czy nie skieruje tego na ludzi. Od czasu do czasu przyjeżdżali Niemcy motocyklami, zbierali kwiaty, nawet do naszego ogrodu wyrzucali, jeszcze deptali te kwiaty z pasją. Potem, już po działaniach, po Powstaniu, na wale było miejsce upamiętniające, że to jest w tym miejscu. Nie wiem, dlaczego na dole jakiegoś postumentu nie zbudowano, może dlatego, że woda podchodziła, zalewała. Teraz już tam w ogóle śladu nie ma, tylko na górze właśnie, tuż przy wieżycy jest płyta upamiętniająca tę egzekucję. Jeśli chodzi o żywot, nie był to spokojny. Pierwsza egzekucja, która wstrząsnęła Warszawą, była w Wawrze, kiedy powieszono Polaków. Potem była znów akcja polska, kiedy zabito kata Warszawy. Znów się bano odwetu, że nasilą się łapanki, że znów będą ludzie straceni.
Wracając do okresu tuż przedpowstaniowego. Otóż pamiętam, że na przykład jak się ostatniego dnia lipca stało na rondzie Waszyngtona, to aleją Waszyngtona sunęły wozy niemieckie. Były w opłakanym stanie, wydawało się, że to niedobitki dosłownie, że teraz jest czas, jak oni już nędznie wyglądają. Nie wiem, czy to był kamuflaż, czy jakieś tabory jeszcze ściągali.

Pierwszego sierpnia mieliśmy zapowiedziane, żebyśmy naszykowali obiad, że przyjdzie młoda osoba, która ten obiad u nas zje. Będzie między godziną dwunastą i drugą. Niestety, już ten Powstaniec do nas nie dotarł. Potem, pamiętam, była godzina koło drugiej, mama zaczęła wołać: „A to podłe szkopy, zrywają nam wiśnie w ogrodzie!”. Rzeczywiście, była to część formacji niemieckiej. Na górze schodów kręconych, przy wieżycy zbudowano rodzaj gniazda, w którym stało olbrzymie działo. To było działo naprawdę bardzo ciężkiego kalibru, oni nazywali je, jak myśmy się potem dowiedzieli: „Cezar”. Z tego względu, żeby mieć lepszą widoczność, pościnali wszystkie drzewka, które były na górze Wału Miedzeszyńskiego, właśnie [dlatego] mieliśmy tych gości w ogrodzie. W tej pasji siadłam do fortepianu, podniosłam wieko, zagrałam „Serce w plecaku”. To była ostatnia rzecz, jaką na moim instrumencie w życiu zagrałam. Za godzinę już go nie było. Była u nas też ciocia z moją małą kuzyneczką, która miała męża, który był w konspiracji. Mówi: „Słuchaj, to są dosłownie godziny, lada moment się rozpocznie”. W tym momencie, kiedy ciotka to mówi, nagle słyszymy: to tu strzał, to tam strzał. Nagle tych strzałów zaczęło się robić coraz więcej. Ona mówi: „Słuchaj, wycofuję się, pobiegnę Czeską, nic mi się nie stanie”. Mama ją zatrzymywała, ona poszła. Zostałyśmy same z matką. Ojciec był po drugiej stronie Wisły, gdzie pracował na ulicy Czerniakowskiej. Przed szpitalem Czerniakowskim miał wtedy swój zakład. Coraz więcej strzałów, mama mówi: „Słuchaj, zejdziemy może do schronu na środkowej klatce”. Ten dom, w którym mieszkałam, to były trzy klatki: Miedzeszyńska 110, 108 i Walecznych 3. Jakieś koszyczki z jedzeniem złapaliśmy, w tym momencie otworzyły się drzwi naszej sąsiadki, ona z synem również wyszła. Szłam pierwsza. Schodzimy dość szybko, bo coś jest niedobrze, mamy ostatni odcinek drogi, żeby zejść z parteru do drzwi wejściowych. W tym momencie drzwi się otwierają, patrzę, a grupka młodych ludzi tyralierą, zgięci, trzymając broń w ręku zbiega do naszej piwnicy. Z piwnicy były dwa okna w stronę mostu. Nie zapomnę ich wzroku, to był wzrok z jednej strony radosny, z drugiej przerażony. Wydawało mi się, że dosłownie im włosy stają dęba. Za nimi posypał się grad kul, które stukały po betonie na podwórku, nawet niektóre wpadały, uderzały – blisko przy drzwiach był duży kaloryfer. Było wiadomo, że nie przejdziemy do schronu na drugą klatkę ani nie będziemy za nimi szli do piwnicy. Byłby to nonsens, ponieważ w każdej chwili Niemcy mogli z granatami za nimi się zjawić. Cofnęliśmy się na parter. W tym momencie sąsiadka z parteru otworzyła drzwi: „Wejdźcie do nas”. To było małe pomieszczenie, tylko pokój z kuchnią, mały przedpokój. Znalazło się nas tam w sumie sześć osób: ona z siostrą, sąsiadka z synem, ja. Coraz częściej słychać było, że kule uderzają po klatce. Panie zaczęły ściągać poduszki, kłaść je jako warstwę ochronną między drzwi, że jeśli przebiją, jeśli jakiś odłamek, to może utkwi w tym. Trwało, nie wiem, czy pół godziny to wszystko. Nagle jak coś nie rąbnie! Dom się zakołysał dosłownie, pełno dymu, zapachu prochu. Jest taki charakterystyczny zapach, jak jest rozwalony mur, pyłu pełno. Usłyszeliśmy głos z podwórka (moja mama się nazywała Klimaszewska): „Pani Klimaszewska, u pani się pali!”. Mama odpowiedziała: „To niech się pali”. Za chwilę ktoś krzyknął: „Podajcie chociaż klucze, zobaczymy, co się tam dzieje!”. Za chwilę wbiegli, powiedzieli, że już niepotrzebne klucze, bo wszystkie drzwi po prostu wyszły z zawiasów. Nie wiemy, może ojciec dał Powstańcom klucze, że mogli strzelać od nas. Bo było takie wezwanie, żeby okna zabezpieczać albo plastrami, albo dyktą. Otóż ojciec okna od strony Wisły zasłonił dyktą. Może kiedy Powstańcy zaczęli strzelać z dołu, z tego domu, Niemcy pomyśleli, że na pewno będą zza tej dykty strzelać, że była to doskonała osłona. Skierowali tego wielkiego „Cezara” prosto na nasz dom, wystrzeli prosto na nasze drugie piętro. Pocisk przebił pierwszą, zewnętrzną ścianę, rozwalił kolejne działowe ścianki, wpadł do sąsiedniego mieszkania, tam się rozerwał. W ciągu jednej sekundy wszystko znalazło się w szkle, w gruzie, tak że nawet kawałki podpórki od mojego fortepianu były na podwórku. Jak straszny musiał to być rozprysk! Co dalej, co mamy robić? Do domu właściwie nie mamy po co wracać, wszystko leży w gruzach. Jakoś przebiegliśmy na środkową klatkę, gdzie mieszkała moja babcia (dom należał do moich dziadków) udaliśmy się do schronu.
Niedługo to trwało. Zjawili się Niemcy z mostu, ogłaszając, że bandyci strzelali z tego domu, wobec tego oni życzą sobie, żeby od tego momentu nikt z tego domu nie wyszedł, nie mamy prawa nikogo przyjmować. Klatki schodowe mają być pozamykane. Mają być ustanowione dwójki, które będą dzień i noc stały i pilnowały, żeby ci bandyci czasem się nie zjawili. Oni będą przyjeżdżać rano i wieczorem, [powiedzieli,] żeby kawę gotować dla załogi „Cezara” i żebyśmy się mieli na baczności. Nie życzą sobie, żeby nawet z okna [wyglądać]. Zupełnie inaczej to wyglądało niż teraz. Teraz ulica Łotewska jest z obu stron obudowana, wtedy to były ogrody mojej babci i jeszcze pięć nieużywanych od dawna kortów. Tak że była duża przestrzeń.
Rzeczywiście, w nocy od czasu do czasu z kartofliska czy innych chaszczy odzywały się pojedyncze strzały w stronę mostu. „Czy możemy tam po coś pójść” – zapytaliśmy. „Jeśli chcecie, to tylko dosłownie na czworakach, bo jeśli oni zobaczą głowy, to mogą pomyśleć, że to bandyci, a nawet zza Wisły Powstańcy mogą zacząć do nas strzelać”. Właściwie sytuacja była straszna, bo niewiele można było z mieszkania wyciągnąć. Co zrobiono w pewnym momencie? Ponieważ nie mogliśmy przejść z klatki na klatkę podwórkiem, otwory w piwnicach… Trudno powiedzieć: wyrąbano. W każdym razie takie, żeby chociaż średniej grubości osoba mogła się przez nie przedostać. Mieliśmy na naszą klatkę schodową takie przejście i na Walecznych 3. Raz jeden Niemcy pozwolili na półtorej może godziny wyjść nam wszystkim ze schronów do naszego ogródka i urwać, co tam było. Jedni się rzucili na jarzyny, inni jeszcze trochę wiśni czy jakiegoś innego owocu. Takie zdarzenie, przypominam sobie, chyba było jeden raz.
Upłynął tydzień, był następny wtorek. Baliśmy się potem tych wtorków jak ognia. Mianowicie od rana słyszę okropny wrzask, ale taki wrzask charakterystyczny, jak to Niemcy ryczą. W pierwszym momencie schowałam się za szafę (byłam u babci na pierwszym piętrze), ale widzę, że to jakaś nietypowa sytuacja. Wyszłam na klatkę schodową. Patrzę, że Niemcy pod drzwiami ustawiają kwadratowe kosteczki. Jeden Niemiec z automatem wchodzi po schodach, ryczy: „Tempo, tempo!”. Nie wiedziałam, co się dzieje. Patrzę, że babcia schodzi na dół, do drzwi klatki schodowej. Przy trzepaku wszyscy panowie stoją, ustawieni szeregiem, a niedaleko nich rozstawiony karabin maszynowy. Wiem, że babcia zwróciła się z prośbą, że chce podać pantofle dziadkowi, bo był w kapciach, Niemiec odpowiedział: „Jemu już to nie będzie potrzebne”. Panowie są na podwórku, a co z kobietami? Niemiec ryczy: „Tempo!”. Schodzę do schronu, gdzie mama spała, już się wtedy źle czuła. Patrzę, że [Niemiec] podchodzi do mamy do łóżka, przykłada do czoła broń, woła znów: „Tempo!”. Wobec tego wyczułam, że on długo by nie czekał. Oddałam jej swoje kapcie i mówię: „Mamusiu, musimy chyba gdzieś się udać”. Orientuję się, że on sobie życzy, żebyśmy się udali na ostatnie piętro. Było tam jedno mieszkanie, nawet można powiedzieć, że to już było czwarte piętro, pokój ze ślepą kuchnią. Tam zebrały się wszystkie kobiety i trochę dzieci. Niemiec, młody oficer w hełmie, też z takim… Nie znam się na broni dobrze. Położył to na stoliku, zapytał się, czy ktoś zna język niemiecki. Wystąpiła młoda osoba, miała wtedy dwadzieścia siedem lat, pani Larysa Zajączkowska. Była z zawodu dziennikarką. Osoba bardzo bystra, inteligentna, znająca perfekt język niemiecki. Jeszcze jedna matka, żona wyższego rangą policjanta w wojsku polskim, pani Jerchardowa. Miała wtedy swoich dwóch synów na podwórku, do rozstrzelania. Niemiec zaczął swoją orację w ten sposób, że tego dnia (oni byli formacją, która jak gdyby z frontu się wycofała) ich dowódca został zastrzelony, osierocił pięcioro dzieci. Wobec tego oni za tych bandytów, którzy tego dokonali, teraz w odwecie rozstrzelają wszystkich mężczyzn, a nas wysadzą w powietrze. Na to dictum moja mama powiedziała: „Żałuj za grzechy, módl się, moje dziecko”. Blady strach padł, nieswojo się zrobiło. Panie zaczęły, zwłaszcza pani Zajączkowska (ona to nawet gdzieś opisała i mamie dała w prezencie, babcia to gdzieś tak włożyła, że nie może sobie teraz przypomnieć, gdzie) zaczęła im tłumaczyć, że jesteśmy przecież w zasadzie zakładnikami Niemców z mostu, gotujemy im, jesteśmy do nich przyjaźnie usposobieni. Gdzie Jakubowska, a gdzie nasz dom? To niemożliwe i tak dalej. Dobrze, że on chciał słuchać, bo znając Niemców, mógł obwieścić tą wieść, zejść na dół i rzeczywiście puścić nas do góry. Tymczasem jakoś słuchał. Coraz to inne argumenty, coraz więcej tłumaczenia, że przecież to będzie niekorzystne, jeśli tu zostanie sterta gruzu, Niemcy będą mieli z tym problem, bo bandyci mogą z tego gruzu strzelać. Po pewnym czasie zdjął hełm, pot mu kroplisty spływał, powiedział: „Dobrze, wobec tego oddamy tych panów, niech pójdą pod most, niech ci z mostu zrobią, co będą chcieli”. Potem jeszcze wywalczono to, że i nas na dokładkę tym Niemcom [wysłano], niech zadecydują, czy dla nich to będzie korzystniej, jeśli ten dom zostanie. Rzeczywiście, Niemcy z mostu wieczorem powiedzieli, że możemy sobie urządzić urodziny. Wiem, że dokonano przekupstwa za złoto, w ten sposób uratowano życie. Nie spotkałam się nigdy potem, że można w ten sposób, ale w tym jednym wypadku namacalnym tak było. Rzeczywiście, w dalszym ciągu kawa była parzona. Tamci odjechali szczęśliwie.
Ale niedługo trwał spokój. Piętnastego września, w następny wtorek, Niemcy przychodzący rano po kawę, mówią do nas, że jest nowe zarządzenie. Wszyscy mieszkający od strony Wisły do Francuskiej muszą się wynieść. Dopiero na terenach od Francuskiej można być na Saskiej Kępie. Szczęśliwie mieliśmy tam rodzinę.
Nie wiedziałam, że moja mama była w ciąży. Po tym całym incydencie z wysadzaniem, następnego dnia widać było, że mama traci dziecko, że trzeba zrobić natychmiast operację. Ale żeby zrobić operację, potrzebny był lekarz. Zapytaliśmy Niemców, czy możemy. „Tak, ale musi być zaświadczenie od naszego komendanta”. Wobec tego pani Zajączkowska przez most do komendanta. Okazało się, że komendant był po drugiej stronie Wisły, w wieżycy. Dostała to. Dopiero gdzieś z ulicy Poselskiej lekarza sprowadzono. Operacja została przeprowadzona na stole, na parterze, na środkowej klatce. Mama straciła dziecko już bezpowrotnie, nigdy więcej nawet przyrodniego rodzeństwa nie miałam.
W momencie kiedy ogłoszono, że trzeba się przedostawać na drugą stronę Francuskiej, trzeba było coś wziąć ze sobą. Ale kto miał to nieść? Ojca nie było, mama słaba. Jakiś mój kolega, którego rodzice zostali po drugiej stronie Wisły, pomógł mi coś wyciągnąć. Wyciągnęłam album malarstwa polskiego, moje słowniki, ale nie miałam siły, włożyłam je do piwnicy pod schodami, do babci, myśląc, że to jest bardzo bezpieczne miejsce. Miałam chyba zaćmienie. Oczywiście wszystko to bezpowrotnie zginęło. Kiedy przyszliśmy na Francuską 40, rzuciłam się do cioci, powiedziałam: „Ciociu, jak to dobrze, że ty tak daleko mieszkasz od tego mostu, że nie miałaś takich kłopotów!”. Ciocia mówi: „Nie, ale my mamy inną zmorę. Mamy »ukraińców«, którzy stacjonują na Berezyńskiej. Wyprawiają się najczęściej w nocy, gwałcą kobiety, żądają biżuterii”. Tak było też w wypadku tego domu na Francuskiej 40, z tym że ktoś powiadomił, że idą. Przez tylne okna w suterynach ciotki panie uciekły, w kartoflisku do samego rana spędziły, bojąc się wrócić. Została tylko babcia, jeszcze jakaś pani, która mówiła dobrze po rosyjsku, jeszcze ktoś ze starszych osób. Oni przyszli, grozili bronią, żeby dać im koniecznie złoto. Po trudach i znojach, tłumaczeniach, że już nie mają, że już byli inni, obyło się bez większych ofiar.
Jakie potem było życie na drugiej części? Otóż pewnego dnia zajechały budy. Okazało się, że wyprowadzają mężczyzn. Potem pędzili ich wszystkich na Dworzec Wschodni. Nie wiedziałam, że w tej grupie mężczyzn był mój przyszły mąż, który mieszkał wtedy na Obrońców. Też go Niemcy zabrali. Potem wzięto się również za kobiety, w ogóle za wszystkich pozostałych mieszkańców. Gestapowcy chodzili mieszkanie po mieszkaniu, tak zjawili się w domu mojej ciotki. Blady strach padł. Najpierw było tak, że każdy zakładał plecak. Nawet szyłam te plecaki. Wiadomo było, że zabierają i gdzieś na Jabłonnę pędzą wszystkich. Moja mama, która była słabiutka po swoich przeżyciach, założyła plecak, wyszła na klatkę schodową, powiedziała: „Więcej nie mam siły. Trudno, niech mnie zabiją, zostaję”. Tak zostaliśmy. Czekaliśmy, jak Niemiec przyjdzie i co orzeknie. Zapleciono mi warkoczyki, wsadzono w głęboki fotel i czekamy. Wszedł gestapowiec, zaczął się rozglądać. Coś się zaczyna tłumaczyć. Szczęśliwie ostatnie trzy miesiące miałam w szkole niemiecki. Wydukałam: Meine Mutter ist krank, że jest chora. Nie wiem, to był jedyny chyba Niemiec, jaki się trafił dobry, bo napisał na kartce: Bleiben mit Kinder, że mama może zostać z dzieckiem, ze mną. Potem ciocie znów, że babcia, starsza osoba, opieka. Tak jakoś obronną ręką sporo osób zostało, za wyjątkiem pani Larysy Zajączkowskiej, która ze swoimi rodzicami do ciotki przyszła i została przyjęta. Ją zabrano. Nie wiem, najpierw chyba na Skaryszewską. Też się udało, że za jakąś sumę pieniędzy została wyciągnięta, bo trudno powiedzieć, że zwolniona.
Potem, jeśli chodzi o moje ogólne wrażenie, to nie było przyjemnie na Kępie, bo Niemcy wysadzali na ulicy Grochowskiej fabrykę jedną za drugą („Perkun”, inne były) i mosty. W pewnym momencie zajechali do nas na podwórko czołgiem, chcieli pić, mówią: „Ten piękny most właśnie w tej chwili poszedł w powietrze”. Detonacje przy wysadzaniu takich obiektów… Dosłownie wydawało się czasem, jak się siedziało w schronach, że beton się kołysze.
Potem nastąpiła ofensywa wojsk radzieckich i polskich. Trzynastego września byli już na Kępie. Muszę powiedzieć, że to nawet odchorowałam, bo były tam w akcji katiusze, a to jest piekielny ogień, bo to z luf naraz tyle wylatuje pocisków. Jest niesamowity huk. Dostałam nerwicy żołądka. Mama była w rozpaczy: ani apteki, ani lekarza. W końcu zwróciła się z prośbą do rosyjskiego lekarza wojskowego. Powiedział: „Proszę pani, nie mam specjalnie co pani dać, dam pani krople opium”. To jest narkotyk, ale rzeczywiście kilka kropelek, zaraz się to uspokajało. Na chorowanie niestety wtedy, jak się siedziało w piwnicach, nie było zupełnie warunków.
Wydawało się, że weszły nasze wojska, cieszyliśmy się na widok wojsk polskich. Zaraz tego dnia, kiedy weszli żołnierze rosyjscy, mój ojciec (ten drugi, który był na Czerniakowie) przepłynął łodzią na drugi brzeg. To, że się to ojcu udało, można porównać do cudu. To był moment, kiedy widocznie Niemcy się zupełnie wycofywali, ostatnie ich podrygi. A ci, zmęczeni, doszli do Wisły, do naszego domu na Miedzeszyńskiej i się okopali. Tata miał to szczęście (wyszedł naprzeciwko willi Gendzlów), że nie trafił na minę. Złapał go jakiś patrol. To jest szpion! Zaprowadził go do dowództwa, które w tej willi stało. W momencie kiedy ojca wprowadził, mieszkańcy rzucili się, zaczęli: „Klimaszewski!”. W objęcia chcieli go dosłownie brać. Zapytali się, skąd ojciec wraca, z jakiego miejsca na drugim brzegu Wisły. Ojciec powiedział, że bardzo chętnie powie, ponieważ tam cały czas był, gdzie stacjonują wojska powstańcze, a gdzie są Niemcy. To czasem była różnica jednej ulicy, zmieniało się to zresztą czasem z godziny na godzinę. Oficer chodził wśród tych okopanych żołnierzy, często aż ich potrząsał, bo oni ze zmęczenia po prostu spali. Było może pół godziny odpoczynku, jakiego tego dnia zaznali. Dał ojcu potem żołnierza, który miał ojca pilnować, zaprowadzić do miejsca, gdzie ojciec mówi, że jest jego rodzina. Rzeczywiście, tak się stało. W momencie kiedy różne osoby z tego domu zobaczyły mego tatę, wszyscy rzucili się, złapali go w objęcia. W tym momencie strażnik machnął ręką, poszedł, bo wiedział, że to jednak jest osoba znajoma.
Wracając do ogólnej sytuacji. Może to było koło 20 września, w ciągu dnia nagle olbrzymi huk. Kamienica, która się mieściła tuż obok, na rogu Berezyńskiej i Francuskiej, nagle cała przysiadła. Bomba. Skąd bomba? Nie słychać było niemieckich samolotów. Jak się potem okazało, omyłkowo czy może musiał uciekać, nie wiadomo, z rosyjskiego samolotu ta bomba spadła. Jakoś szczęśliwie nikogo nie było na piętrach. Wszyscy ludzie wylądowali w naszym domu, gdzie moja rodzina, na Francuskiej 40. Padł blady strach, że nie jest się pewnym ani dnia, ani godziny, bo może paść bomba, może być po wszystkim. Wobec tego postanowiono, że uciekamy, zostawiamy Kępę, idziemy, jak to się mówi, w świat. Na podwórku stał duży wózek z dyszlem. Naładowano słoje z konfiturą, słoje ze smalcem, trochę sucharów, trochę ubrania. Ruszyliśmy. Poszliśmy Waszyngtona, a potem prosto Grochowską. Nawet spory kawałek już uszliśmy, pomimo że było nas dziesięć osób z tatą, była stara babcia, małe dzieci. Był to sukces, że się tak szybko posuwaliśmy. Wtedy wszystkie rosyjskie samochody ciężarowe jeździły jak szalone. W pewnym momencie jedna taka ciężarówka rąbnęła prosto w nasz wózek. Ośka pękła, wszystko wysypało się. Co dalej robić? Do domu wracać daleko, przecież mamy uciekać. Co robimy? Siąść tylko i płakać. A jeszcze mieliśmy ze sobą kozę, którą ktoś zostawił nieopatrznie, która ryczała, bo nie miała co jeść w naszym domu. Pomyślano sobie, że koza się przyda, a jak znajdzie się właściciel, to będzie. Marzeniem mojej rodziny było, kiedy opuściliśmy Saską Kępę, żebyśmy się dostali do Miłosnej. W momencie kiedy wózek został potrącony, ośka pękła, dalej już podróż była niemożliwa. Butelka wódki nas uratowała. Podniesiono do góry, za moment znalazł się chętny: „A, proszę bardzo, ładujcie się ludzie. Gdzie chcecie, podwiozę was”. Był to żołnierz rosyjski. Pomaleńku mijamy Wawer, wyjechaliśmy na szosę. Dzień był bardzo piękny, po obu stronach (człowiek siedział przecież cały czas w schronach) las – z prawej strony, z lewej strony. Wydaje się, że jeszcze trochę, już w Miłosnej pewno będziemy. Jedynie ta biedna koza, która z nami była, denerwowała się i latała niespokojna w samochodzie. W pewnym momencie on mówi, że jednak poprosi tę wódkę. Całą butelkę na poczekaniu wypił do końca i nagle orzekł, że jednak komandir będzie może niezadowolony, że go tak długo nie ma. Wobec tego: „Wysiadajcie”. On musi wracać. Wysiedliśmy. Pamiętam jak dzisiaj, że babcia siedziała na jakiś tłumoczkach pod lasem i płakała: „Co teraz z nami będzie? Nawet domu nie ma w okolicy”. Co się stało, w tym momencie? Ni stąd, ni zowąd z prawej strony pojawiła się bryczka. Na bryczce siedział polski żołnierz, trochę wyglądał jak stary wiarus, bo był siwy. Mówi: „Ludzie, co wy tu robicie? Gdzie wasz dom?”. − „Nasz dom jest w Warszawie”. − „Tak nie może być, siadajcie na bryczkę, dowiozę was. Jest miejscowość Wiśniowa Góra i tam są opustoszałe domy. Możecie się tam zatrzymać”. Tak zrobiliśmy, z tym że babcia jeszcze z ciotkami została. Tylko jedna z tych ciotek była z małą córeczką i z moim kuzynem, mama, ojciec i ja. Z tym że panowie trzymali kozę. Koza oszalała, patrzyła na zieloną trawkę, wyrywała się. Szczęśliwie żołnierz powiedział: „Trzymajcie się, tylko idźcie tuż przy wozie, bo naokoło są miny”. Rzeczywiście, miał rację, bo przez wiele tygodni potem tam stało polskie wojsko, codziennie od świtu do nocy tereny rozminowywano. Zdarzały się wypadki, nawet śmiertelne, wśród dorosłych i dzieci. Dowiózł nas do pustej willi. Oprócz sprzętów takich jak łóżko, szafa i kredens, nie było niczego. Nie było okien i drzwi, bo wszystko było w rowach. Tak że trzeba było to wszystko ściągać, osadzać i tak dalej. Jeśli chodzi o inne sprzęty, sosjerki były, ponieważ żołnierze, którzy przedtem byli, widocznie nie wiedzieli, do czego służą. A nam potem służyły jako talerze do pierwszego i do drugiego, bo trzeciego to już nie było.

To był żywot więcej niż skromny, jaki prowadziliśmy. Jeśli chodzi o dom, zaczęliśmy oglądać. Okazało się, że w piwnicach leżą niewypały. Zgłosiliśmy, potem to zabrano, bo po prostu stwarzało to niebezpieczeństwo. Jeśli chodzi o wojsko, coraz to jakieś inne formacje stacjonowały. Zaraz pierwszej nocy, jak byliśmy, taka formacja wojsk rosyjskich przyszła. To byli żołnierze, którzy mieli zaraz bezpośrednio udać się na front. Dostawali wtedy dużą porcję alkoholu i to był koszmar, bo bez przerwy walili do drzwi, żeby im otworzyć. Mogły wydarzyć się przeróżne rzeczy, zwłaszcza dla kobiet nie było to bezpiecznie, jak oni byli po spożyciu dużej ilości alkoholu. Nasze relacje, jak potem były następne wojska, które tam stacjonowały, układały się dobrze. Czasem przychodziły Polki, które były w łączności, dzieliły się jakąś zupą, a mama pożyczała sukienkę na potańcówkę. Poza tym mała kuzyneczka była ranna w bok od odłamka. Można było korzystać, że przynosiły opatrunki, których przecież nie było. Moja mama z tatą udali się na Kępę, że może uda im się cokolwiek wziąć z mieszkania, więc byliśmy w trochę mniejszym składzie. Ni stąd, ni zowąd walenie do drzwi. Maruderzy jacyś pod wpływem alkoholu, dwóch żołnierzy rosyjskich. Blady strach padł. Trzeba im było otworzyć. Uratował nas pan, który z żoną w sąsiednim mieszkaniu w tym domu zamieszkał. Mianowicie znał dobrze rosyjski i udał, że jest tutaj naznaczony przez władze i ma władzę nad wszystkimi okolicznymi domami. Głosem nie znającym sprzeciwu: „Proszę w tej chwili opuścić ten dom!”. To tak pięknie poskutkowało, że oni czmychnęli jak niepyszni. Gdybyśmy ich prosili, to się mogło zupełnie inaczej skończyć. Dobrze, że tak. Potem jeszcze raz zmieniliśmy lokum, przenieśliśmy się do innej willi, też w Wiśniowej Górze. Byłam szczęśliwa, bo tam było pianino (długo nie grałam, niestety, nawet nie wiedziałem, że już nigdy do mojego fortepianu nie usiądę, bo był tak zniszczony) i piękna biblioteka. To wykorzystywałam, bo nie bardzo można było gdzieś chodzić, wszędzie pełno wojska. Jedynie po chleb się chodziło, a czasem osoby starsze, [więc] coś nie coś [trzeba] kupić, bo trzeba było ugotować. Tuż przed Bożym Narodzeniem mama postanowiła, że jednak coś że złota sprzeda, żeby kupić cokolwiek z mięsa i jakąś wędlinę, bo to przecież święta. Rzeczywiście tak zrobiła. Tymczasem wieczorem żołnierze polscy (tam łączność stacjonowała) zeszli, powiedzieli, że w tym momencie nastąpiła jakaś zmiana, jeśli chodzi o pieniądze. Straciły zupełnie na wartości. To był akt rozpaczy, że mama się tego pozbyła, bo jakaś rzecz była wartościowa i nagle okazało się, że to właściwie wszystko na nic.
Był potem jeszcze taki przypadek, ale wydaje mi się, że to nie warto wspominać, kiedy mama i ja, i jeszcze jedna z pań, mieliśmy do Warszawy dotrzeć. Chcieliśmy skrócić sobie drogę do Wawra i trafiliśmy na pole minowe. Szłam pierwsza i nagle mówię: „Mamusiu, tak wygląda, jakby tą ścieżką nikt nie przechodził, jakieś druty i tak dalej. Tutaj jest taka pusta przestrzeń, skręćmy w tamtą stronę”. Patrzę, że trochę podmokły był teren, jakieś kosteczki czegoś wtopione. Nagle patrzymy (zaczynały się jakieś zabudowania), że stoi ileś osób pośrodku, jak się potem okazało, sołtys, który krzyczy: „Ludzie, gdzie wyście poszli?!”. Pokazuje nam coś na górze. A tam był biały krzyż, który podobno, jeśli nie było napisu o minach, miał świadczyć, że jest to teren bardzo niebezpieczny. Wiem, że wtedy chciałam mieć wagę muszki. Do tyłu, krok po kroczku wycofaliśmy się. Wydaje mi się, że Pan Bóg czuwał nad nami. Potem nastąpił radosny moment. Huraganowy ogień, to było tak, jakby nie wiem z ilu dział naraz grzmiała artyleria. To był moment, kiedy przystąpiono do ataku, żeby zdobyć Warszawę. Całą noc dosłownie huraganowy ogień. Przedtem jeszcze było dużo wojska. Nawet kiedyś miałam gości do słuchania, bo lubili słuchać muzyki. Wydaje mi się, że to był nawet sztab. Następnego dnia wiadomość: Warszawa został wzięta. Postaraliśmy się o furkę i postanowiliśmy wracać na Saską Kępę do domu, który (jak się potem dowiedzieliśmy) żołnierze ochrzcili prawdziwą fortecą, był tak mocny. Miał cały dach spalony, dostał tyle pocisków, ściany poharatane, ani jednego całego balkonu. Przyszliśmy i właściwie można było tylko zapłakać, bo wszędzie gruz, szyb, nie ma wody, nie ma gazu, nie ma światła. Co robić? W łazience wanna pełna nieczystości. Poza tym ponieważ mieszkał tam jubiler, wszystkie książki były porozrywane, bo szukali, że może są gdzieś dolary, kosztowności. Cały wysiłek moich rodziców poszedł w tym kierunku, żeby chociaż jeden pokój z kuchnią doprowadzić do jakiegoś możliwego stanu, żeby można było zamieszkać, trzeba było jakiś piecyk wstawić. Najgorzej było z kuchnią, bo na górze wisiał bolier i w momencie kiedy się paliło pod kuchnią, zaczynało coś bulgotać, jakaś resztka wody i tak, jak z parowozu, zaczynała wylatywać para. Potem konstruktor urządzenia wodociągowego powiedział, żeby, jak się będzie przynosiło wodę z Wisły, wlewać butelką do pewnego poziomu. W ten sposób, jak będziemy palić pod kuchnią, będzie trochę ciepłej wody do wykorzystania, przeprania czegoś. Ale to była bardzo żmudna praca. Sytuacja była taka, że jak chcieliśmy wejść do pokoi od strony Wisły, już w późniejszym okresie, to najpierw się pukało w blachę, która była zamiast oszklonych drzwi, żeby uciekły szczury. Można było o piętro niżej skoczyć, o piętro wyżej, gdyby można było podskoczyć. Mam wydruk dla mojego dziadka, który był właścicielem tych domów, gdzie są opisane dokładnie straty: że nie ma balkonów, że dziury w stropach, że dziury z zewnętrz, że kominowe i nie-kominowe, ściany pouszkadzane, ani jednej szyby w oknach. Dużo było trzeba włożyć pracy, naprawdę zakasać rękawy, żeby w tym zimnie to wszystko doprowadzić do porządku. Potem [potrzeba było] pieniędzy, żeby jeszcze można było wymieniać podłogi czy drzwi, czy sprzęty kupić, bo z niektórych, które stały od strony Wisły, to właściwie nic nie zostało. Po trudach i znojach rzeczywiście w końcu można było normalnie zamieszkać. Osobiście mam trochę żal, dlatego że moi rodzice włożyli bardzo dużo swojej siły, zdrowia, pieniędzy, żeby to mieszkanie doprowadzić do stanu używalności. Potem moja mama dostała tak zwaną promesę numer dwa, która jakieś wyjątkowe uprawnienia dawała, że człowiek włożył tyle trudu. Kiedy minęły lata, moja mamusia, która teraz ma 101 lat i mieszka dalej w tym mieszkaniu, musiała po raz drugi zapłacić za to mieszkanie, żeby było własnościowe.
Tak się kończy moja opowieść o moich losach w czasie Powstania.
Potem skończyłam szkołę Curie Skłodowskiej, dostałam maturę, a potem zdawałam na Uniwersytet Warszawski, na filologię polską, którą skończyłam. Takie były moje losy. Czasem wydaje mi się, że żeby nie ingerencja boska, to by mnie już na tym świecie nie było. Jeśli chodzi o ludzi, w czasie naszej tułaczki w różnych miejscach spotykało się ludzi o naprawdę gorącym sercu i przyjaźnie usposobionych. Na przykład na Hożej, gdzie nam wynajęto jakąś małą suterynę, żebyśmy mogli się na ziemi chociaż położyć, ale była kuchnia. Ale były i takie momenty, że ludzie byli niezadowoleni, że z klatki schodowej dochodzi głos dzieci płaczących czy coś. Albo na przykład jak wróciłam i poszłam na pogorzelisko mojej babci, że może coś tam znajdę, znalazłam nożyczki. Była tam wspaniała maszyna do szycia Singera, pomimo pożaru powinna zostać, ten kościec metalowy. Nie było. Spotkałam tylko człowieka, który w miejscu, gdzie był dawniej kredens, wyciągał możliwie mniej opalone talerze. Nie wyciągał ich, żeby dać babci. Już był z miejsca szaber i to było przykre. Może nie zdarzało się to często. Mojej cioci, która z babcią mieszkała, właściwie nic nie zostało z ubrania po pożarze domu. Była bardzo zmartwiona. Nadchodziła zima w 1940 roku, a była sroga. Ciotka mówi: „W co ja się ubiorę?”. Ale przypomniała sobie, że do znanej firmy pana Howańczaka oddała swoje futro. Myśli sobie: „Przecież po tych działaniach na pewno nic z tego nie będzie”. Poszła do niego, a on mówi: „Proszę pani, rzeczywiście mam dla pani to furto, przechowałem, proszę bardzo”. Ciotka była tak tym zaskoczona! Pomyślała sobie: „Boże kochany, jakie jednak porządne były stare firmy warszawskie!”.
Takim akcentem kończę. Oby nigdy więcej takie ciężkie wojny nie przeszły nad naszą stolicą. Jeszcze jedno. Pamiętam okres tuż pod działaniach wojennych, po Powstaniu. Była taka piosenka: „Warszawo, ty moja Warszawo”. Na jakieś imprezie w sali widowiskowej śpiewał ją uczeń z Władysława IV. Podchwycili to wszyscy. Dosłownie płakać się chciało, jak to się śpiewało. Śpiewało się z wielkim uczuciem: „Warszawo, ty moja Warszawo, co ci mogę ofiarować” – i tak dalej. To było głębokie przeżycie, to miasto było tak bliskie sercu!




Warszawa, 21 lipca 2011 roku
Rozmowę prowadził Mariusz Kudła
Anna Wróblewska Stopień: cywil Dzielnica: Saska Kępa, Praga Południe

Zobacz także

Nasz newsletter