Apolonia Kowalska „Anielka”

Archiwum Historii Mówionej


Pola Kowalska, a właściwie Apolonia Kowalska. Tak mam w metryce zapisane imię. Do celów publikacji używam skrótu imienia - Pola. Pola Kowalska, pseudonim „Anielka”. Z domu Cudna. [Urodziłam się] 9 lutego 1928 rok w Chotomowie. W Powstaniu pełniłam funkcję łączniczki i sanitariuszki w Obwodzie „Obroża”. „Obroża”, jeśli można wyjaśnić, to jak gdyby dywizja na przedpolu Warszawy, która obejmowała miejscowości na terenie przedwojennego powiatu warszawskiego. To są miejscowości Legionowo, Rembertów, Pruszków, Ursus, Ożarów, by wymienić właśnie tylko te.

  • Proszę powiedzieć, jak wyglądało pani życie przed 1939 rokiem?


Wywodzę się ze środowiska rolniczego. Mój ojciec był rolnikiem. Mama pochodziła z wielkiego domu, wielkiego i bogatego, bo majętnego domu. Poszła na biedę. Nie lękam się mówić tego, bo trzeba to podkreślić. Po prostu mój ojciec szukał bogatej żony. Przykro mi powiedzieć, ale zostawił dziewczynę, z którą chodził dosyć długo. Zostawił ją dla mojej mamy. Spisałam wspomnienia, bo moja mama mi opowiadała, jak przyjeżdżała do mnie. Mieszkam w Warszawie. Po skończeniu studiów wyszłam za mąż i mieszkam od tamtej pory w Warszawie. Kiedy mama przyjeżdżała do mnie, to opowiadała mi o dawnych czasach.

  • Jak nazywała się rodzina mamy?


Moja mama wywodzi się z Kowalewskich. Mój dziadek to Jan z Kowalewskich, Nowodwory pod Warszawą, koło Tarchomina wówczas, babcia Rozalia z Wróblewskich, szlachcianka, szlacheckie powiązania i zwyczaje, i ubiór. Taki zwyczaj przeniosła do domu w Nowodworach podwarszawskich, obecnie dzielnica Warszawy. Wówczas to się jeszcze nawet nie śniło, że będzie w Warszawie.

  • Rodzina mamy traktowała to jako mezalians?


Rodzina nie. To znaczy, mama podkreślała, że mogła wyjść za mąż za zupełnie kogo innego. Tym bardziej, że bankier z Warszawy przyjeżdżał i się oświadczał mamie. Ponieważ mama w tym czasie straciła matkę. Babcia Rozalia Kowalewska umarła mając trzydzieści osiem lat w 1915 roku. Dziadek postawił przepiękny pomnik, który jest na cmentarzu w Tarchominie. Jest piękny pomnik, który wyobraża anioła z opuszczonymi skrzydłami. Dziadek napisał piękne słowa: „Byłaś mi sercem, duszą i ciałem. W smutnych dniach życia koiłaś me troski. Och, ja samotny wśród świata zostałem, bo tak chciał wyrok najwyższy, boski! Ukochanej żonie – mąż.” Ukochany mąż po roku ożenił się, bo miał trzy córki. Z tym, że jedna już dorastająca, najstarsza, to była moja mama. Dziadek był wielkim działaczem społecznym, myśliwym. Był wójtem w dziewiętnastym wieku w gminie Jabłonna. Działał. Był wielkim ogrodnikiem po szkole, specjalnej szkole. Mama też chodziła na pensję pani Kaczorowskiej w Warszawie na Złotej. To była pensja dla panien z zamożnych domów.

  • Pani poznała dziadka?


Tak. Jak byłam dzieckiem, to dziadek przyjeżdżał do Chotomowa pięknym wolantem, zaprzężonym w piękne konie. Myśmy się jako dzieci wspinały. Chciałyśmy usiąść, zobaczyć. Wtedy się siedziało i tak z wysoka patrzyło dookoła. Dziadek jak przyjeżdżał do Chotomowa, to było wielkie wydarzenie. To się nazywało, że przyjeżdżał pan Kowalewski. Zawsze nam coś przywoził. To nie znaczy, że dziadek myślał o swoich córkach. Wydał właśnie córkę, moją mamę, do Chotomowa. Miała po prostu biedę. Dlaczego biedę? Weszła do rodziny bardzo zacnej, do rodziny Cudnych. Dziadek, Piotr Cudny, był więziony za Niemców. Za działalność społeczną i prawdopodobnie jeszcze nie oddawanie kontyngentów. Siedział w twierdzy. Wyrzucili go po prostu już umierającego na bruk. Ktoś się zlitował. Przywiózł do Chotomowa. I umierał. Umierał, ale jeszcze doczekał momentu, kiedy w 1918 roku, właśnie w listopadzie, mój ojciec z karabinem zarzuconym na plecy przyszedł do niego pokazać się. Skąd on miał karabin? Stąd sięgnę do czasów niepodległości, a potem może dokończę wątek mezaliansu, czy jak to nazwać. Chociaż teraz nigdy nie powiem, że to był mezalians. Myślę, że to, że mama tam poszła, to tak miało być. Losy tak sprawiły. Kochałam bardzo ojca za to, że był tak prawym i pięknym człowiekiem o pięknym charakterze, to do dziś dnia nigdy nie powiem, że to był mezalians. Tylko mówili wszyscy dookoła, jeżeli trzeba by ten wątek kontynuować, że to był mezalians. Jak można było tak córce pozwolić pójść na biedę, bo była bieda potem. Wracając do niepodległości. Dlaczego z karabinem właśnie zjawił się? Otóż, w Chotomowie, miejscowość daleka wówczas od Warszawy, to nie co obecnie, gdzie dojazd był niezwykle ciężki. Tam już w 1916 roku istniała drużyna Szarych Szeregów imienia Tomasza Zana. Dlaczego? Bo jeden z kolegów mojego ojca, Polikarp Wróblewski, pseudonim „Wyrwa”, on chodził do szkoły Wawelberga. W szkole Wawelberga w Warszawie była założona drużyna i istniała drużyna harcerska. Utworzono filię tej drużyny w Chotomowie. Jest to wspaniała rzecz. Ojciec należał do tej drużyny. Do tej drużyny należeli wszyscy młodzi chłopcy, którzy automatycznie niejako stali się żołnierzami Polskiej Organizacji Wojskowej. Oni przeszli podchorążówkę na naszych terenach. W Buchniku istniała szkoła podchorążych. Ojciec po skończeniu podchorążówki działał w podziemiu. Kapturem jego działalności podziemnej, młodych chłopców i całej licznej drużyny chotomowskiej POW, to była działalność w straży pożarnej, Ochotnicza Straż Pożarna. Oni wszyscy byli jednocześnie ochotnikami, byli członkami straży pożarnej. Chodzili w mundurach. Mieli kaski, srebrne, a jakże. To i po wojnie, pamiętam, jak to pięknie wyglądało. W pierwotnych czasach, w 1918 roku, to zarówno harcerstwo, jak i straż pożarna, to były organizacje, które oddziaływały na środowisko i na rozwój środowiska. Wracając jeszcze do postaci ojca. Ojciec właśnie 14 listopada razem ze swoimi kolegami pod dowództwem Polikarpa Wróblewskiego, o którym wspomniałam. To była grupa ponad stu żołnierzy. Tylko oni nie mieli mundurów i nie mieli specjalnie wiele broni. Broń mieli tylko zdobytą na Koszarce, czy pod Koszarką, jak to się obecnie nazywa. Do dzisiejszego dnia ta nazwa funkcjonuje.

  • Gdzie jest ta miejscowość?


To nie jest miejscowość. To jest koło Janówka. Czternaście kilometrów od Chotomowa w kierunku Nowego Dworu [Mazowieckiego]. Tam był punkt straży niemieckiej, która pilnowała torów kolejowych, żeby się nic nie stało. Oni właśnie skrzyknęli się. Zorganizowali piękną zabawę w Chotomowie. Niby się bawili, a sami poszli rozbroić niemieckich żołnierzy w koszarach. Zdobyli broń. Teraz dopiero nawiążę do tego, co już wcześniej wspomniałam, że ojciec zjawił się w Chotomowie z karabinem przerzuconym przez plecy. Dwóch z nich, nie pamiętam w tej chwili nazwiska, [tego] który z nim poszedł. Poszli na rekonesans zobaczyć, czy mogą z bronią wrócić do Chotomowa, czy tam coś się nie dzieje. Ponieważ się nic nie działo, [ojciec] wstąpił do domu i pokazał się. Zapisałam, zapamiętałam przekazane przez moją mamę słowa [dziadka]: „Synu, zabiją cię!” Był jedynakiem, więc ojciec jego, Piotr Cudny, bardzo się martwił o to, żeby syn żył. Syn poszedł właśnie z kompanią POW do Nowej Jabłonnej. Legionowo wówczas nie istniało. Istniała Nowa Jabłonna, w której wybudowano stację kolejową. Wybudowano wcześniej, już za cara, koszary. Tam rozwijał się ośrodek wojskowy i zaczątki miejskiego życia. Ponieważ wokół koszar zwykle kwitnie handel i istnieje życie.

  • Z czego utrzymywaliście się państwo, już po odzyskaniu niepodległości? Czym się ojciec zajmował?


Ojciec po odzyskaniu niepodległości zajmował się rolnictwem. Wtedy była bieda z nędzą. Nie wstydzę się tego powiedzieć. Pamiętam, że mama nie miała często na fartuszek dla mnie do szkoły. Sprzedawała jarzyny. Uprawiała, bo wyniosła z domu rodzinnego umiejętność uprawiania warzyw. Ojciec założył sad. Z tego właściwie [się utrzymywali], ale to były groszowe zyski. Też przed wojną z wynajmowania mieszkania letnikom. Przyjeżdżali do nas letnicy i zajmowali pokój od ogrodu i mieszkali. Tak, że po raz pierwszy radio było właśnie przywiezione przez nich, w początkach lat trzydziestych.

  • Miała pani rodzeństwo?


Tak. Miałam rodzeństwo. Miałam dwie siostry i brata. Niestety, już jedna siostra, najstarsza nie żyje. Brat też nie żyje. Brat był bardzo mocno poszkodowany przez drugą wojnę [światową]. Był najmłodszy. Stracił obydwie ręce do łokci i oko. Ale warto i trzeba powiedzieć o nim. Brat, [już po wojnie,] zrobił maturę. Pomagałam mu. Tak, bo jeździłam. Najpierw umieściliśmy go w szkole dla inwalidów we Wrocławiu, żeby robił szczotki. Ale to było nie dla niego. Z powrotem przywiozłam go do Warszawy. Chodził do szkoły w Warszawie. Zrobił maturę. Nawet studiował. Tylko, ponieważ nie było wtedy możliwości zdobycia protez. Przede wszystkim, nie było protez, jakie są obecnie. On miał tylko sztuczne protezy, drewniane, które imitowały ręce. Pięknie pisał. Był naprawdę pełen humoru. On po prostu w jakiś sposób humorem, nieraz nazywałam to wisielczym humorem, zabijał swoją tragedię.

  • W jakiej sytuacji stracił ręce i oko?


Tragedia była, że w Niedzielę Palmową 1945 roku, byłam akurat. Nasz kościół, piękny kościół chotomowski został zniszczony. Nabożeństwo odprawiało się w Niedzielę Palmową w ocalałej kaplicy Zakładu Piusa XI. Trzeba powiedzieć, że były wielkie uroczystości. Przedtem powstał Zakład Inwalidów. Wszystko opisałam. Jeżeli mówię to niedokładnie, to może przy okazji powiem, że podjęłam się gigantycznej pracy. Kosztowała mnie wiele lat wysiłku. Opracowałam redakcyjnie książkę „Chotomów-Jabłonna od wieków razem.” To był pierwszy tom. Poświęciłam tom wydarzeniom do 1939 roku, działalności peowiackiej, o której wspominałam. Zakończyłam to na wybuchu wojny 1939 roku. Skoro już mówię o tym moim wysiłku redakcyjnym i autorskim, to powiem też, że na sześćdziesięciolecie Powstania Warszawskiego ukazała się książka „Chotomów-Jabłonna w konspiracji i walce”. Gdzie opisaliśmy to wspólnie, gdzie jestem głównym autorem książki i nieżyjący kolega, też powstaniec i wielki działacz w konspiracji, Kiełbiński. Wyleciało mi w tej chwili z pamięci jego imię, ale zaraz spojrzymy do książki ,,Mieczysław Kiełbiński, pseudonim „Fidelis”. On jest głównym autorem i on jest głównym autorem drugiej książki, która liczy trzysta dwadzieścia stron. Ma wymienione w indeksie tysiąc czterysta nazwisk, sto trzydzieści zdjęć historycznych, dawnych.

  • Proszę powiedzieć, jak doszło do tragedii brata


Jak wspomniałam, była to Niedziela Palmowa 1945 roku. Jeszcze trwał front. Byłam na nabożeństwie. Słyszałam głos przechodzącego mojego brata. Do kolegi coś mówił. Nie mogłam wyjść ze środka kaplicy, ponieważ to był tłum ludzi, kaplica niewielka. Zakład Piusa został też bardzo zniszczony. Tylko ocalała kaplica. Nie mogłam się wydobyć. Do dzisiejszego dnia mam uczucie niezadowolenia z siebie, że powinnam przeczuć. Przeczułam, że coś się może stać. Dosłownie po kilku minutach słyszę ogromny huk. Po chwili ktoś biegnie. Półszeptem wywołuje z rodziny Cudnych: „Czy jest ktoś z rodziny Cudnych?” Już wiem, że coś się stało z moim bratem. Rozstąpili się jakimś cudem. Miejsce się znalazło. Wybiegłam. Biegnę. To było niedaleko, trzysta metrów czy czterysta. Widzę swojego brata. Siedzi na przęśle drewnianego płotu. Podbiegłam do niego, [mówię]: „Kuba!” – bo on miał na imię Piotr Jakub Cudny, ale w domu nazywaliśmy go Kubą. Mówię: „Kuba, co się stało?” Pokazuje ręce zwisające na ścięgnach i skórze. Mówi: „Patrz, Polu, co mnie się stało.” Ja, niby sanitariuszka, która miałam odwagę i siłę woli wtedy, kiedy trzeba ratować innych, opatrywać rany, zemdlałam. Zemdlałam. Nie przeżyłam tego widoku. Cudem, bo to jeszcze trwała wojna. Ani koni, myśmy nie mieli konia, wozu, bo byliśmy na wysiedleniu. Wróciliśmy jak nędzarze z wysiedlenia. Mama dowiedziała się. Biegnie. Nie mamy konia, nie mamy jak dowieźć go do Warszawy, ani samochodu. Przygodny znalazł się gospodarz z odległej miejscowości na dwukółce. Dwóch chłopców wtedy, bo mój brat został ciężko ranny i jego kolega, Tadeusz Jagieża, który minę wyciągnął z ziemi. Dał mojemu bratu do rąk, żeby potrzymał. On wyciągał zapalnik, żeby mieć na rezurekcję, że oni sobie postrzelają na wiwat. Taki miałam wiwat i cała moja rodzina w Wielkanoc 1945 roku. Moja mama błagała, żeby lekarze [ratowali]... Cudem dojechaliśmy do szpitala. To znaczy mama dojechała z dwoma rannymi, nie ja, do szpitala wojennego, który wówczas mieścił się na Grochowie. To był dawny, czy obecny Instytut Weterynarii. Tam mama błagała lekarzy, żeby ratowali jej jedynego syna. Myśleli, że on nie przeżyje, ale zlitowali się nad matką płaczącą i uratowali go. Potem przez miesiąc razem z nim koczowałam w sali szpitalnej. Jednocześnie mając trochę wiedzy na temat, jak ludziom pomagać, pomagałam umierającym żołnierzom frontowym. W sali była jedna wielka krew, rany, płacz, jęki, umieranie i młoda dziewczyna – ja, wtedy, wśród wszystkich rannych, krwi i śmierci. Musiałam jeszcze podtrzymywać na duchu brata, który nocami płakał, że poduszka była mokra od łez. Doszło do jego świadomości, że nie ma rąk. Mówiłam: „Synu, wszystko będzie dobrze. Pamiętaj, będzie dobrze. Ważne, żebyś wierzył w to.” I było dobrze. To mówię z całą satysfakcją. Miał trzech synów. Jeden syn wkrótce po jego śmierci tragicznie zmarł. Żyją jego dwaj synowie. Ma mój brat wnuki. Mam bratanków, z czego jestem ogromnie dumna.

  • Proszę jeszcze mi opowiedzieć o wrześniu 1939 roku. Jak zapamiętała pani wybuch wojny?


Wrzesień 1939 rok pamiętam bardzo dokładnie, ponieważ niedawno opisywałam to. Ojca nie było. Ojciec w 1936 roku otrzymał państwową posadę w Zegrzu, w straży, w ochronie obiektu wojskowego, fortów. Miał cudowną pracę. Nam się już od 1936 roku bardzo dobrze wiodło. Mama mogła zacząć budowę nowego domu. My wszyscy byliśmy pięknie ubrani, jak należy. Inaczej, zupełnie inne życie, ponieważ państwowa posada była luksusem w tamtych czasach. Od razu otwierała większe możliwości. Ojciec w 1939 roku na krótko został zmobilizowany, bo straż również musiała się stawić. Załadowani zostali wszyscy na pociąg wojskowy z dobytkiem Szkoły Łączności, bo ona tam istniała też przed wojną. Jechali pociągami w kierunku wschodnim, żeby przed Niemcami [uchronić]. Ojca, jak wybuchła wojna, właśnie dlatego w tym dniu nie było, bo był właśnie w Zegrzu. Natomiast ja byłam z mamą. To był piątek. Mama nie zdążyła jeszcze mi kupić fartuszka do szkoły, mnie i siostrze. Pobiegłyśmy do Legionowa, żeby kupić książki, zeszyty i fartuszek. Nosiło się wtedy przed wojną fartuszki alpagowe, przeważnie z fryzami. Bardzo to ładnie wyglądało. Można było mieć inną sukienką, niezbyt granatową. Fartuszek krył, a jednocześnie wyglądałyśmy wszystkie dziewczęta bardzo ładnie. Istniał obowiązek pięknych białych kołnierzyków. Nie zawsze miałam idealnie czysty biały kołnierzyk, bo mama na to mogła nie mieć czasu. Zawsze zazdrościłam koleżankom, były dwie bliźniaczki Jaszewskie, które miały błyszczące kołnierzyki. Starałam się, żeby mieć kołnierzyk taki, jak i one. To tak na marginesie.

Idziemy do Legionowa. Nie ma nic. Pozamykane sklepy. Jest po prosto niepokój ogromny, pustki. Myśmy po drodze się dowiedziały, że wybuchła wojna. Radia, nie pamiętam, chyba wtedy nie było u nas w domu. Było, ale mama pewnie nie nastawiła. W drodze powrotnej smutne, żar ogromny był, słońce paliło niemiłosiernie pierwszego września. Wracamy smutne z mamą. Zwłaszcza mama była bardzo smutna, że nie kupiła, nie zrobiła zakupów. Robiła [sobie] wyrzuty, że zostawiła je na ostatnią chwilę. W poniedziałek miał się rozpocząć rok szkolny. Dochodzimy do przystanku – Legionowo. Za nami słyszymy jazgot straszny, maszyny. Spoglądamy w górę. Samolot nad nami przelatuje. Po raz pierwszy ujrzałam czarne krzyże i wybuchy bomb. Takie, że zakołysała się ziemia razem z nami. Mama z krzykiem wielkim biegła pierwsza. Ciągnęła mnie za rękę, żebyśmy szybciej biegły do domu, bo: „Wojna! Wojna!” Krzyk matki: „Wojna! Wojna!” Pamiętam do dzisiejszego dnia. Mama to strasznie przeżyła, bo została z nami, z dziećmi. Ojca nie ma. Tak wyglądał pierwszy dzień. Potem pamiętam, przeciągały całe kolumny wojska. Później, 7 września był tragiczny wypadek. Któryś z oddziałów zaminował drogę wiodącą do Jabłonny, tuż przed domem parafialnym. Zapóźniony oddział jeszcze szedł rano. Uprzedzany był, że może być zaminowane, bo coś tam robili. Nikt tam nie wiedział, co tam. Wjechał młody podporucznik, Stanisław Niewiński, lat dwadzieścia siedem. Na koniu wyleciał na minie, że mózg jego na stodole pobliskiej był. Widziałam to na własne oczy. To było straszne. Potem lecieliśmy wszyscy zobaczyć samolot polski, który spadł na pograniczu Chotomowa i Jabłonny. Toczyły się na niebie walki i myśmy z zadartymi głowami patrzyli na walczące [samoloty]. Nie wiedzieliśmy które, bo z tak wysoka nie było widać, które to z którymi. Wiadomo było, że polskie samoloty walczą z niemieckimi. Modliliśmy [się]: „Boże daj! Daj im zwycięstwo, naszym żołnierzom, naszym lotnikom!” Jeden spadł samolot. Pamiętam do dziś pomiętą jak papier blachę samolotu, aluminium samolotu z biało-czerwoną szachownicą. Do dzisiejszego dnia to pamiętam. Potem, 13 [września] były już czujki, pierwsze zwiadowcze oddziały niemieckie. Potem, 15 września wkroczyły oddziały niemieckie. Przechodziły przez Chotomów. Potem zatrzymali się. Przedtem jeszcze zatrzymywali się nasi polscy żołnierze, rodziny oficerów. Nawet żony z oficerami jechały. Uciekali. Nie tyle uciekali, co wycofywali się w kierunku miejsca określonego zgrupowania. Pamiętam, młode małżeństwo oficerskie. Ona nie chciała po prostu go zostawić, swojego męża. Dopiero co byli poślubieni. Pamiętam jej płacz. Piękna, młoda, piękna dziewczyna. To była tragedia. Przyszli Niemcy, stanęli. Pozabierali wszystkie pokoje. Wszystko było trzeba pakować gdzieś na poddaszu. W stodołach, wszędzie, koczowali Niemcy. Rozbijali w sadzie kuchnie polowe. W okopach samochody okopywali przed ochroną lotniczą.


  • U państwa w domu też mieszkali Niemcy?


Potem. W jednym pokoju, który kiedyś wynajmowaliśmy letnikom, też Niemcy mieszkali.

W 1944 roku we wrześniu, kiedy 18 września, pamiętam ten dzień, był wielki rzut samolotów, wielka grupa, bo to sto osiemnaście samolotów... To już nie eskadra, zapomniałam, jak ją nazwać. Wielka aliancka grupa samolotów leciała na Warszawę ze zrzutami. Niemcy, którzy byli u nas na podwórzu, w stodole, wszędzie, gdzie tylko można było, to wyskoczyli z karabinami. Zauważyli opadające pojemniki. Początkowo myśleli, że desant. Krzyczeli: „Desant!” To pamiętam. Krzyczeli: „Desant! Desant!” Kiedy pojemniki opadły bliżej, to Niemcy szybko biegli do pojemników. Niestety, był silny wiatr tego dnia. Dlatego dość duży procent zrzutów albo nie doleciał do Warszawy albo wiatr tak daleko go zniósł. Aż w Chotomowie padały pojemniki i na teren Puszczy Kampinoskiej, na teren Lasów Chotomowskich.

  • Powstańcy skorzystali wtedy z zasobników czy wszystko przeszło w ręce niemieckie?


Niemcy natychmiast, jak zobaczyli, oczywiście z ostrożnością ogromną podchodzili do zasobników. Kiedy je otworzyli, to był jeden wielki rechot, śmiech radości, zwierzęcej radości. Tam było wszystko, czekolada. Była broń przepięknie opakowana. Tam wszystko, co potrzeba było walczącej Warszawie. I opatrunki wszystkie. Oni wnosili to. Pokazywali. Jedli czekoladę i się śmiali w głos. Myśmy to strasznie przeżyli. Tym bardziej, że byliśmy dopiero co po Powstaniu, które u nas trwało dosyć krótko.



  • Proszę opowiedzieć, kiedy tata wrócił we wrześniu?


Tata wrócił pod koniec września. Nie wiem, czy Warszawa jeszcze się broniła. 28 września, zdaje się, było podpisanie kapitulacji czy 29 [września]. Już nie pamiętam. To było tuż przed. Niemcy na naszym podwórzu trzymali stogi siana. Ojciec przez siano byłby zginął. Przyszedł tak zarośnięty, tak oberwany strasznie. Myśmy nie poznali ojca, wcale. Kiedy mama zobaczyła, że to ojciec, rozpoznała, to oczywiście rzuciła mu się w ramiona. My tak samo. Płakaliśmy w głos, że ojciec wrócił. Pod Krasnystawem tabor wojskowy został tak zmasakrowany przez lotników niemieckich, że ojciec mówił, że tylko drzazgi były. Szyny pod wpływem bomb stanęły na sztorc. To są słowa ojca, które nam opowiadał. Też to zapisałam, dlatego pamiętam. Ojciec, kto mógł, kto ocalał, to uciekał. Potem, kiedy już Niemcy wszędzie byli na drogach. Trudno było przejść, to ojciec swój mundur nowy zamienił na cywilne łachmany. Tak szedł o głodzie i chłodzie. Nie miał przecież pieniędzy. Wszystko zostało w transporcie. Byłby zginął na własnym podwórzu. Następnego dnia, kiedy już się umył i do siebie doszedł, Mama go namówiła, żeby poszedł, dał trochę krowie siana. Ojciec podszedł do stogu niemieckiego i wziął. Mama mu powiedziała, żeby wziął. Mamie było wolno. U nas był cały sad owoców, warzyw i Niemcom wolno było brać. To znaczy, wolno było. Oni sami zabierali, wszystko. Co pamiętam, że wszystkie jajka, że wszystko mleko, to było i tak ich. Jak gdyby w zamian, był Ślązak, Jakub, wśród Niemców, który mówił po śląsku. Kazał mamie brać siano dla krowy. Mama nie miała czym karmić. Strach było gdzieś je wypędzić, bo zaraz by zginęły. Ojciec poszedł. Za garść siana byłby rozstrzelany. Już repetował żołnierz broń. Mama na szczęście spojrzała w kierunku ojca i w kierunku żołnierza. Wybiegła z domu z ogromnym okrzykiem, że: „To jest mój mąż! Mój mąż!” I Ocalał. Musiała często się tłumaczyć, gdzie jest ojciec. Niemcy zadawali pytania nieustanne, gdzie jest ojciec. Mama tłumaczyła, że wyjechał z podwodą, że zabrali go z podwodą. Do tej pory go nie ma. Potem się zjawił bez koni, bez niczego. Zresztą i tak nie pojechał z podwodą. Pojechał gdzie indziej.

  • Jak długo Niemcy stacjonowali u państwa na podwórku?


Do poddania się Warszawy w 1939 roku. Potem już oni się przemieszczali. Z tym, że się zaczął okres bardzo ciężki dla nas wszystkich i głód. Wszystko cokolwiek było, to było niemieckie. Ponieważ dzisiaj jest 7 listopada, to sięgam też automatycznie wstecz do czasów niepodległości. W piątek chowałam koleżankę, z którą w 1942 roku, 18 marca wyprawiłam się, i ze starszą siostrą. Starsza siostra pomagała w ten sposób, bo trzeba było [zorganizować żywność]. Żywności nie było. Nie było zboża. Wszystko Niemcy zabrali. Potem to i kartofli nawet nie było. Ale zboża nie było nic. Nawet dla konia, ani dla nas na chleb. Chodziło się na szmugiel. Młode dziewczyny na szmugiel. Granica przybliżyła się do Chotomowa. Dosłownie, tuż za Chotomowem była Trzecia Rzesza Niemiecka. Zawsze się śmieję, że Trzecia Rzesza Niemiecka przyszła do nas, pod Chotomów. Tam ustanowiła granicę. Myśmy przez granicę się przemykali. Przekradali, śledząc każdy krok wachmanów, żeby przejść. Tam się za marki kupowało żywność i się ciągnęło, bądź dźwigało na plecach. Chodziłam bardzo rzadko. Tego dnia byłam. Mama nie pozwalała. Natomiast starsza siostra uparła się, że ona musi. Przecież ojca nie puszczałyśmy, bo przecież mężczyzna. Trzeba było mężczyzn chronić i absolutnie nie narażać ich na niebezpieczeństwo. Starsza siostra, Włada, była pełna inicjatywy. Ona chodziła więcej. Ona zdobywała dla nas żywność, ja nie. Tym razem byłam. Jeden czy dwa razy byłam. Wówczas, 18 marca 1943 roku już wracając z żywnością zakupioną, z Trzcian (miejscowość Trzciany, zaraz za Chotomowem, koło Bożej Woli), na terenach przyłączonych do Trzeciej Rzeszy można było kupić żywność i przywieźć tutaj, przynieść. Niemcy zrobili obławę w środku lasu, daleko za granicą. Nikt się nie spodziewał. Myśmy na szczęście z koleżanką były na końcu. Ciągnęłyśmy sanki, a sanki przeszkadzały. Oni szli po śniegu jeden za drugim. Śnieg był bardzo głęboki w lesie. Nagle strzały, krzyki: Halt! Halt! Rozpierzchło się bractwo we wszystkie strony. Myśmy z koleżanką ciągnęły sanki w kierunku jałowców i w głąb lasu, żeby się schronić. Niemcy strzelali. Jedna z kul dosięgła mojej koleżanki. Padła przy mnie. Została zraniona. Roztrzaskane miała kolano. Przeżyła. W piątek, 3 listopada żegnałam ją. Musiałam przemawiać nad grobem. Sięgnęłam też właśnie wtedy, w swoim przemówieniu [do tego wydarzenia]. Starałam się przypomnieć jej matkę. Moja koleżanka, Wanda Królówna z domu Nowak, została sierotą. Matka zmarła. Ojciec w 1939 roku zginął. Ona została sama. Też sama szła przez życie. Matka nauczyła ją patriotyzmu. Przekazała jej wiersz, który zamieściłam właśnie w pierwszym tomie swojej monografii o Chotomowie i Jabłonnej. Piękny wiersz, który przypominał atmosferę 1918 roku. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że te wszystkie wydarzenia bardzo mocno zaważyły na moim życiu. I działalność ojca, i działalność dziadków, działalność wszystkich. Każde święto niepodległości mocno przeżywam. Widzę swojego ojca uradowanego. Widzę uroczystości w szkole do 1939 roku. Pięknie się odbywały, naprawdę pięknie się odbywały uroczystości. W Chotomowie były patriotyczne akademie, występy. Szkoła była zawsze bazą patriotyzmu. Z tej szkoły się wywodzę.

  • Proszę powiedzieć, w czasie szmuglu wtedy koleżanka miała roztrzaskane kolano. Jak się potem przedostałyście panie?


Niemcy zagarnęli część uczestników szmuglu, czy szmuglerów, jak ich nazwiemy. Zatrzymali i z nimi poszli. Duża grupa się rozpierzchła. Nie byli zdolni wszystkich nas wyłapać. Tak, że kiedy oni odeszli, to wtedy dopiero właśnie się skrzykiwaliśmy. Widać było, że oni odeszli. Oni szli linią bardzo szeroką. Można ich było potem dojrzeć. Zresztą moja siostra mnie odnalazła. Ona pokrzykiwała i wołała mnie. Klęczałam na śniegu i nie miałam czym zatamować krwi. Zresztą nie miałam wtedy [odpowiednich umiejętności]. To był 1943 rok. Jeszcze nie byłam po kursie sanitarnym. Wiedziałam tylko, że nogę trzeba czymś ścisnąć. Chusty były na głowie, więc chustą [ścisnęłam], żeby ją dowieźć do Chotomowa. Położyłyśmy ją na sanki i wiozłyśmy. Miałyśmy szczęście. W Chotomowie był punkt pomocy lekarskiej, gdzie było dwóch lekarzy młodych. Lekarzy warszawskich, którzy założyli tam stałą pomoc dla mieszkańców Chotomowa i dla szmuglerów. Przez Chotomów przewalały się tłumy szmuglerów i z Warszawy i zewsząd. Oni ratowali, nałożyli jej pierwszy opatrunek. Pociągiem została odwieziona do szpitala Dzieciątka Jezus. W szpitalu leżała bardzo długo. Odwiedzałam ją. Lekarze uratowali jej w tamtych ciężkich czasach nogę, bo była zagrożona. Chodziła do ostatnich chwil życia, opierając się na balkoniku, wózeczku, ale była niezwykle dzielna. To tak przy okazji o niej wspomniałam i o przeżyciu młodych dziewczyn w głębi lasu, z koleżanką ranną, ciężko ranną i jeszcze z tłumokami z żytem, czy z kaszą. To było coś niesamowitego. To jest podobne do tego, co potem przeżywałam w szpitalu, kiedy mój brat został ranny.

  • Proszę powiedzieć, z czego się jeszcze państwo utrzymywaliście, oprócz tego, co siostra starała się załatwić?


Tylko z ziemi, z ogrodu. Nie było innych możliwości. Tylko z tego, co się wykopało, co się wsadziło. Mama była niezwykle dzielna. Dlatego, jeżeli owało nam [czegoś], to owało nam tłuszczu. Brakowało nam oleju. Ale potem, w miarę upływu lat, zaczęły działać ukryte olejarnie. Żyto trzeba było na ręcznych żarnach rozdrabniać. Młyn tylko działał dla potrzeb Niemców. Chociaż był procent, jak oddali gospodarze kontyngent wyznaczony. Kontyngenty były bardzo wysokie. Tak, że to, co zostało, nie starczało na przeżycie całej rodziny. To było bardzo ciężko.

Skończyłam w 1943 roku siódmą klasę szkoły powszechnej w Chotomowie. Nauczycielka, Halina Drewnikówna, potem moja komendantka z Szarych Szeregów przyszła na podwórze do moich rodziców. Powiedziała: „Proszę państwa, Pola musi się uczyć. Ona musi się uczyć.” Bo podobno byłam zdolna. Mówi: „Ja naprawdę, tylko poproszę, bo ja muszę z czegoś żyć. To ja poproszę miesięcznie piętnaście kilogramów ziemniaków i dziesięć kilogramów żyta.” Czy można sobie wyobrazić, że zanie żyta. Już kiedy przychodził przednówek, okres wiosenny, to nie było żyta zupełnie. Albo była garstka, którą ojciec trzymał dla konia, że podrzucić przynajmniej litr zboża, żeby miał, żeby zjadł coś treściwego. Pamiętam moment, że myśmy z mamą podkradły ojcu dziesięć kilogramów żyta z niewielkiej kupki zboża dla konia. Z całą świadomością, bo wstydziłam się pójść na komplety [bez zapłaty]. To nie był komplet. Ona mnie uczyła. Przygotowywała mnie do drugiej klasy gimnazjum jedną jedyną. Z tym, że wszystkie humanistyczne przedmioty to ona, Halina Drewnikówna [wykładała]. Przedmiotów ścisłych, łaciny uczył mnie syn organisty, Janek Raczyński. Potem oni pobrali się. Bardzo jestem im wdzięczna. Oni dopilnowali, żebym kontynuowała naukę. I tak się stało.



  • Proszę powiedzieć, od kiedy pani uczestniczyła w konspiracji?

 

Od 1942 roku już nas Halina Drewnikówna wciągnęła do harcerstwa, nie wszystkich. Z całej mojej klasy było nas zaledwie kilka. Potem po wojnie były pretensje, dlaczego my tylko. Ale do harcerstwa się nie wstępowało. Do harcerstwa nas niejako wciągano, proponowano. Potem dopiero człowiek sobie wyobraził, uświadomił, że się było wybranym, że przedtem byłam obserwowana, czy się nadaję, czy potrafię zachować tajemnicę. Zawsze to podkreślam, do harcerstwa się nie wstępowało. Do harcerstwa nas wybierano. Od 1942, koniec 1942 [roku], w 1943 [roku, to uczestniczyłam w konspiracji]. To już jak kończyłam siódmą klasę, to już byłyśmy dziewczynki w miarę mądre i rozważne. Zresztą myślę, że dzieci wojny, a należę do pokolenia dzieci wojny, po prostu musiały stać się dorosłe niejako natychmiast. To nazywam skokiem w dorosłość. To jest prawda. Myśmy inaczej dorastali, zupełnie inaczej. Potem zaczęła się działalność harcerska, [Było] organizowanie biblioteki, zdobywanie sprawności, uczestniczenie w ogniskach potajemnych, w domu, chociażby u państwa Linke. W dużym domu, w którym była imitacja ogniska, gdzie się deklamowało wiersze, gdzie się słuchało pięknych słów o patriotyzmie, o tym, że wkrótce nadejdzie wolność. To nam dodawało skrzydeł, to nam dawało wiarę, że to nadejdzie. Mówili to nam ludzie, którzy w to głęboko wierzyli, którzy byli prawdziwymi patriotami. Takim patriotą [był], na pierwszym miejscu stawiam, Stefan Krasiński. Potem się okazało, że jest porucznikiem. Że jest dowódcą 3. Kompanii Chotomowskiej, która podległa I Batalionowi „Legionowo”. Potem się dowiedziałam, że woźny szkoły, Ostry, który nas tam ustawiał, przeganiał, to był jego zastępca i prawa ręka w działalności konspiracyjnej.

To potem dopiero się wszystkiego dowiedziałam, kiedy znalazłam i zdobyłam różne relacje do książek, monografii o tamtych czasach.

  • Pamięta pani zaprzysiężenie?

 

Tak, pamiętam zaprzysiężenie. Będę pamiętała do dzisiejszego dnia, do końca życia. To była piękna niedziela majowa, koniec chyba maja. Już kwitły bzy. Tego dnia byłyśmy wszystkie. Cały mój zastęp, to znaczy zastęp, do którego należałam. To był zastęp, który prowadziła Danka Krasińska, córka właśnie kierownika szkoły, dowódcy 3. kompanii. Ona była moją zastępową i jednocześnie przyboczną drużyny. Potem dopiero się dowiedziałam, że drużyna liczy trzydzieści harcerek. Była podzielona na kilka zastępów. Mój zastęp był zawsze najstarszy. Myśmy wszystkie wiedziały o sobie wszystko. Wiedziałyśmy, gdzie która idzie, gdzie która jest. Tego dnia właśnie nasz zastęp składał przyrzeczenia harcerskie, w niedzielę. Byłyśmy na porannej mszy świętej o dziewiątej. Na jedno, na co nam pozwoliła Halina Drewnikówna, (ona była podharcmistrzynią jeszcze z czasów przedwojennych) mogłyśmy wszystkie mieć białe skarpetki. Białych skarpetek też nie było przecież. To różnie z tym było. Każda z nas zdobyła białe skarpetki. Tyle tylko, że byłyśmy wyróżnione w ten sposób białymi skarpetkami. Miałyśmy zbiórkę na cmentarzu chotomowskim, niedaleko kościoła. Otoczone krzewami, bardzo rozrosłymi, bzów kwitnących fioletowo. Kwiaty i zapach kwitnącego bzu pamiętam do dzisiejszego dnia. Wtedy składałyśmy przysięgę harcerską na prochy powstańca z 1863 roku, pułkownika Nieckiego. Leży jeszcze tablica cementowa. Silny to musiał być cement, kiedy dotrwał jeszcze do dzisiejszego dnia. Myśmy wszystkie wyciągnęły ręce. Składałyśmy przysięgę: „Mam szczerą wolę całym mym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce. Nieść chętną pomoc bliźnim i być posłuszną prawu harcerskiemu. Tak mi dopomóż Bóg!” Pamiętam przemówienie naszej Haliny. Mówiłyśmy przyrzeczenie wszystkie razem. Oczywiście półgłosem, bo niedaleko była alejka. Trzeba było konspirację zachować. Pamiętam ten dzień.



  • W jaki sposób była pani przygotowywana na wypadek Powstania? Jak to wyglądało?

 

Na wypadek Powstania to dopiero w 1944 roku kurs Halina Drewnikówna zorganizowała. Kurs pierwszej pomocy, ratownictwa, sanitarny. To był nazwany kursem sanitarnym. Myśmy przechodziły szkolenie. Przyjeżdżała do nas z Legionowa. Przychodziła przeważnie albo przyjeżdżała na rowerze instruktorka Wanda Dobrzyńska, pseudonim „Mucha”. Ona nas uczyła. Halina Drewnikówna nas uczyła i szkoliła. Jakie były trudności, bo przecież było strzykawek, oprzyrządowania, żeby przejść należycie kurs. To, czego od nas wymagano, to i zapamiętałyśmy i potrafiłyśmy zrobić. Opatrunki i kolejność postępowania, ratowania, oddychania. Wszystko to, co trzeba było, przeszłyśmy. Był egzamin końcowy, bardzo uroczysty, w szkole, oddzielnie każda. Wiem, że zdałyśmy wszystkie.

  • Egzamin był praktyczny czy teoretyczny?


Egzamin był praktyczny. Egzamin musiał być praktyczny, bo już przynajmniej raz, dwa był egzamin praktyczny. Były już strzykawki. Trzeba było mieć do wygotowywania sprzęty, sterylizator. To wszystko, trzeba było się z tym zapoznać. Przynajmniej jak to wygląda. Nie był to kurs w całym tego słowa znaczeniu. Jak powinien wyglądać, jak obecne siostry i sanitariuszki przechodzą. Niemniej nauczono nas tyle, ile można było w warunkach konspiracji zrobić i przekazać. Za to jesteśmy im, naszym instruktorom, bardzo wdzięczne.

  • Proszę powiedzieć, czym się pani jeszcze zajmowała w konspiracji? Były gazetki?


Gazetki. Przenosiłam „Biuletyn Informacyjny”. Przenosiłam różne polecenia. Przecież mój ojciec również należał do 3. kompanii. To różne były poruczenia. Miałam najwięcej poruczeń, bo jak powiedziałam, w 1943 roku, (1942 na 1943) chodziłam sama na tajne nauczanie. Wtedy byłam pod ręką. Musiałam wykonywać różne poruczenia bieżące. Bardzo często to prawie wszystkie, czy wszystkie nawet, przenosiłyśmy „Biuletyn Informacyjny”. Chodziło się do Legionowa do odpowiedniego punktu. Trzeba było schować tak, żeby nie było widoczne. Potem przekazywać bądź bezpośrednio komendantce, bądź zastępowej, żeby dalej rozchodziło się.

  • Gdzie się chowało, pamięta pani?


Chowało się przeważnie pod bluzki, pod pasek. Tak, żeby nie było widoczne. Coś się luźnego na siebie kładło. Pamiętam harcerski krzyż, jak nosiłam. Harcerski krzyż nosiłam. Zdobyła to drużynowa. Dostałyśmy po zaprzysiężeniu harcerskie krzyże, które były dla nas świętością. Miałam pasek skórzany, który był od spodu połączony. Gdy odpruło się kawałek paska, to można było wsunąć krzyż. Zwykle, jak sięgają, rewidują, to żeby tak natychmiast nie znaleźli. Miałam przypadek, że mnie z „Biuletynem [Informacyjnym]” zatrzymali. Udało mi się powiedzieć, że wracam od lekarza z Legionowa, że byłam u stomatologa. Ponieważ byłam owinięta. Myśmy też udawały, że nas ząb boli. To byłam owinięta, że mnie ząb boli, że ledwo mówiłam. Puścili mnie i nie rewidowali. To miałam tak.


  • Czy któreś z rodzeństwa też należało też do konspiracji?


Muszę powiedzieć, że nie. Starsza siostra miała ogromny żal. Nie pretensję, tylko żal, że ona pomagała rodzicom i ciężko pracowała. Widocznie nikt jej nie zaproponował. Po wojnie dopiero się okazało, kto był w konspiracji, a kto nie. Kiedy zaczęli nas zapisywać, tworzyć listy.

  • Pani nie mówiła rodzinie, że należy do harcerstwa?


Nie. Nigdy. Znaczy, domyślał się ojciec. Zawsze mówił: „To moja córka.” Jak mama właśnie miała pretensje, że gdzieś wybywam, ginę. To ojciec mnie usprawiedliwiał: „Daj jej spokój. Później zrobi. Widocznie musiała.” Więc mama mogła się domyślać. Tym bardziej, że mama wiedziała o działalności konspiracyjnej ojca. Ponieważ w nocy z 1942 na 1943 rok był u nas nasłuch radiowy. Było radio i nagrywano. Nie byłam świadkiem tego, bo myśmy musieli pójść. Ojciec załatwił z sąsiadem i u sąsiadów [byliśmy]. Rzekomo na tak zwanego Sylwestra, którego nie było. Oczywiście wszystkim się mówiło, że w moim domu odbywa się Sylwester. Była sytuacja, że mama przygotowała jedzenie. Zresztą mi mama mówiła, że jednego nie zakolczykowanego świniaka jakimś cudem przechowała. Świniaka zabili na święta Bożego Narodzenia i Sylwester. Mama przygotowała z tego jedzenie dla tych. Było sporo mężczyzn. Były czujki. Wiem, że były, bo kręciło się bardzo dużo mężczyzn po naszym ogrodzie i koło domu. Mogłam się czegoś domyślać. Mama to się przekonała, że tata jest w konspiracji. Zamknął przed nią pokój. Tylko wychodził i polecenia dawał i kogo ma puścić. Mamę jednak zatrzymali. Widocznie musiała być dla kamuflażu. W pewnym momencie wchodzi umundurowany policjant granatowy. Pyta o ojca. Tego właśnie dnia. Mama omal nie zemdlała. Już leciała na ziemię. Była przerażona. Policjant podbiegł do mamy. Podniósł ją [mówi:] „Niech pani się nie boi! Niech pani się nie boi! Ja jestem swój.” Okazało się, że to właśnie był jeden z policjantów, który był w konspiracji. Nazwiska w tej chwili nie pamiętam. On coś im tam przynosił. Przyniósł element do radia. Wiedzieli i oczekiwali jego przyjścia. Mama to przeżyła bardzo głęboko. Opowiadała wielokrotnie. Tak, że był nasłuch radiowy. Była przechowywana w naszym domu broń. Ponieważ nasz dom mieścił się w środku ogrodu. Był usytuowany w taki sposób, że z jednej strony szła ścieżka do głównej ulicy POW. Peowiacy chotomowscy nazwali ulicę, przy której zaczęli się budować, ulicą POW. Druga ulica, po drugiej stronie, do której prowadziła część drogi, to była ulica Żeligowskiego. Ulica Żeligowskiego to była ostatnia ulica. Już tam nikt mieszkał. Można było od nas przemykać się do lasu na ćwiczenia. Rzeczywiście, były wypady, dla zdobycia broni, na przejeżdżające motocykle z Niemcami, na samochody niewielkie, z niewielką liczbą Niemców. Więc dokonywano [napadów]. Broń była albo przechowywana przed, albo na krótko po, w otomanie. Moja siostra młodsza zobaczyła raz, bo ksiądz był też i w konspiracji. Ksiądz, który był kapelanem 3. kompanii. On bardzo często przychodził do nas. Ksiądz przenosił pod peleryną też i broń, co jest niezgodne z etyką kapłana. Niemniej on był duszą i chodził często na rekonesanse. Mama wiedziała, ale nie należała. Starsza siostra nie należała. Przypuszczam, że nikt jej nie wciągnął. Natomiast młodsza była za mała zdecydowanie. Brat również nie wchodził w rachubę. Był z 1933 roku, to też [za mały]. Uważam, że moja mama, mimo, że nie należała do konspiracji, to swoją działalnością i tym, w jaki sposób pomagała nam, ojcu i wszystkim, ktokolwiek się u nas zjawił. To było też, trzeba było przechowywać kogoś. To mama też w jakiś sposób należała do konspiracji.

  • Słyszała pani, że w mieście ktoś ukrywał Żydów?


Oczywiście. Przede wszystkim ukrywały zakony. U nas były dwa zakony – Zakon Sióstr Zbożnej Pracy, który mieścił się przy ulicy Żeligowskiego. Tam grupa Żydów się przechowała. To też opisałam.

  • To byli miejscowi Żydzi?


To byli znajomi, poprzez znajomych podane nazwiska siostrom. One też przecież musiały bardzo uważać. Również przechowywał młode dziewczęta żydowskie Zakład imienia Piusa XI. Z tymi koleżankami chodziłam do szkoły. One były ochrzczone. One chodziły na mszę świętą. One uczyły się religii. One pracowały. Wtedy też i dziewczęta pracowały. Zakład dla sierot miał wtedy obszary pól, nawet dosyć dużo. Tam były pola, obsiewano i sadzono ziemniaki, warzywa. One uczestniczyły we wszystkich pracach polowych. Tak, że przechowywano Żydów, w jednym [miejscu]. Tutaj bardzo wiele przechowano dziewcząt. Tutaj dużą akcję prowadził ojciec Jana Dobraczyńskiego. On pracował w Urzędzie Miasta. Dokonywał poprzez zaufane osoby przerzutów dziewcząt do Zakładu. Żydzi, w jaki sposób się dostawali, tego nie wiem. Niemniej, to jest też opisane w książce pierwszej „Chotomów-Jabłonna. Od wieków razem”.

  • Proszę powiedzieć, jak wyglądały działania powstańcze w Chotomowie.

 

Przede wszystkim pierwszy sierpnia to był dzień euforii. Ale nie od rana, bo myśmy jeszcze nie wiedzieli, dopiero od popołudnia. Tego dnia dostałam rozkaz od mojej komendantki, Haliny Drewnikówny, żebym poszła do Legionowa. Określiła, gdzie. Mam stamtąd odebrać karteluszek. Mam karteluszek jak świętość schować. Więc powiedziała: „Gdzie schowasz?” Pokazałam w pasku. Jedyne miejsce, wydawało mi się, gdzie ani zgubię, ani nic się nie stanie. Zgodziła się. Natychmiast mam wracać, ale natychmiast, jak najszybciej. Tak się stało. Wyruszyłam wczesnym popołudniem z Chotomowa do Legionowa aż tam za koszary, po drugiej stronie szosy Legionowo-Zegrze. Doszłam do tego miejsca, do willi. Pamiętam jak dziś. Nacisnęłam, był dzwonek w furtce. Ogrodzenie było chyba z siatki czy z czegoś, solidne ogrodzenie. Nacisnęłam guzik dzwonka. Zresztą tak mnie pouczyła, że mam to zrobić, że tam jest dzwonek. Usłyszałam brzęczenie. Weszłam na ganek. To była willa murowana. Ktoś wyszedł do mnie. Nie wiem, ani kto. W każdym razie mężczyzna. Kto to był, nie wiem do tej pory. Już miał przygotowany karteluszek. Dał mi. Też przypilnował, gdzie to chowam. Przy nim schowałam. Przy nim zapięłam pasek. On otworzył furtkę z daleka, zdalnie. Wyszłam akurat w momencie, kiedy szosą w kierunku Zegrza jechały czołgi oblepione żołnierzami niemieckimi z bronią gotową do strzału. Była ich cała kolumna czołgów. Żołnierze wołali do mnie. Biegłam po prawej stronie w kierunku stacji, poboczem szosy. Oni mnie wołali: Fräulein! Fräulein! Spuściłam głowę, żeby nie patrzeć im w oczy. Wszystko zrobić, żeby oni nie widzieli mnie. Najlepiej chciałabym zamienić się w myszkę polną, żeby mnie nie było. Biegłam wśród ich okrzyków. Z każdego, dosłownie, jakby się zmówili, z każdego czołgu wołali do mnie: Fräulein! Niemalże chóralnie. Przyspieszyłam kroku. Doszłam do torów kolejowych, do stacji. Odbiłam w prawo. Torami biegłam do Chotomowa. W ten sposób uwolniłam się od kolumny czołgów, bo skręcając w prawo. Biegłam.

  • Oni jechali na Warszawę?


Oni jechali na Zegrze, w kierunku Radzymina. Tam się toczyła walka. Odgłosy walki, właściwie artyleryjskiej, czy artylerii czołgowej, czy dział z czołgów, to dochodziły do nas do Chotomowa. Czyli walka trwała. Czołgi jechały, żeby włączyć się do walki pod Radzyminem, czy za Zegrzem. Dlatego kolumny wojska jechały. Właśnie w przeddzień Powstania cała Jabłonna była pełna czołgów. Dywizja SS Hermann Goering stanęła właśnie w Parku Jabłonowskim i gdzie się dało, w ukryciu. Ten teren w momencie wybuchu Powstania był bardzo niebezpieczny, najeżony wojskiem. Ale wracam do swojego biegu, co niosłam z sobą do Chotomowa. Już za Legionowem-Przystanku, w kierunku Chotomowa, przy mostku melioracyjnym było pole mojego ojca. Pole było podzielone na kilka kawałków czy działek. Przy mostu był niewielki kawałek ziemi. Przy mostu zastałam młodych mężczyzn, którzy coś tam robili. Zobaczyli mnie. Zaczęli mnie szybko wyganiać: „Idź stąd, i to prędko! I to prędko! Już cię nie ma!” Byłam nawet obruszona, że tak obcesowo ze mną poczynają. Widać było, że oni są podenerwowani. Nie wiedziałam, co oni robią. Pobiegłam do Chotomowa. Pobiegłam przede wszystkim do szkoły. Tam w szkole już czekała na mnie Halina Raczyńska, Halina Drewnikówna. Natychmiast wyjęłam pasek. Oddałam jej. Ona pobiegła do Stefana Krasińskiego z moim karteluszkiem. Kazała mi jeszcze poczekać. Poczekałam. Ona za chwilę wraca. Mówi tak: „O godzinie siedemnastej masz się stawić w szkole. Zawiadom.” Była poczta, że wiadomo było, która którą zawiadamia. „Masz zawiadomić według schematu.” Mówię: „Tak jest.” Pobiegłam do domu, żeby coś zjeść i zabrać torbę sanitarną. Była już przygotowana wcześniej z wszystkimi opatrunkami, bez zastrzyków, tylko opatrunki, bandaże, krople. Zjadłam. Zarzuciłam [torbę]. Przedtem, jak biegłam do domu, na ścieżce ogrodowej spotkałam ojca, który był w berecie, opasce z AK. Szedł już na koncentrację. Ojciec spojrzał. Tak mnie chwycił za rękę i jakby z aprobatą. Jak gdyby mnie podtrzymywał na duchu, ale z uśmiechem. Pamiętam tak uśmiechniętego ojca. Wybiegłam z domu z torbą. Mama stanęła w progach drzwi. Mówi tak: „Jeden poszedł. Teraz ta leci za ojcem. Przecież to jest niemożliwe. Ja zostałam tylko sama.” Zaczęła płakać. Mówi: „Co wy wyprawiacie? Co wy wyprawiacie?” Mama tak powiedziała, w trosce o nasze życie, o bezpieczeństwo. W szkole była nasza baza. W szkole czekałyśmy nasz cały zastęp, tylko sanitariuszki i tylko starsze dziewczęta drugiego zastępu. [Była] przyboczna jedna, przyboczna druga i starsze harcerki. Jeszcze kilka nas tam stanęło, nie cała drużyna oczywiście. Przecież myśmy tylko kończyły kurs sanitarny. Tego dnia nie opatrywałyśmy nikogo. Tylko słyszałyśmy w pewnym momencie gdzieś o osiemnastej... Tylko czujki były wystawione. Wszystkie musiałyśmy być właściwie w ukryciu, żeby nikt nas z gospodarzy, czy sąsiadów nie widział. To szło się tam, nie razem, tylko każda z oddzielna. Każda niemal chyłkiem, żeby niepostrzeżenie wśliznąć się na teren szkoły. Słyszymy około osiemnastej wielki wybuch, wielki wstrząs. Potem dochodzi naszych uszu strzelanina. Nie wiemy, co się dzieje. Mężczyzn w ogóle nie ma nigdzie. Pustki na ulicach zupełne. Dopiero około dziewiętnastej ktoś przybiega. Halina daje nam rozkaz, żebyśmy szybko biegły na tory kolejowe. Chłopcy wykoleili pociąg. Była tam już walka. Potem się dowiedziałyśmy, że zginął w czasie walki z załogą niemieckiego pociągu pierwszy żołnierz Chotomowa, Mieczysław Wójcik, pseudonim „Wierzba”. On pierwszy poległ tam w walce z załogą niemieckiego pociągu. Kiedy pociąg się wykoleił, lokomotywa się wykoleiła. Oni wszyscy wyskoczyli. Ponieważ byli uzbrojeni, więc się zebrali tak razem. Za osłoną lokomotywy ostrzeliwali. Chłopcy byli nasi, pluton 708. bardzo walecznego dowódcy, podporucznika Zygmunta Dąbrowskiego, pseudonim „Błyskawica”. Bardzo waleczny człowiek, bardzo dzielny. On prowadził główną akcję. Niemcy byli też i ranni. Ale o rannych też powiem później. Niemcy wezwali [pomoc]. Podobno rakieta była zielona wystrzelona w górę. Po jakimś czasie, po godzinie czy blisko godzinie przyjechała lokomotywa od strony Nowego Dworu Mazowieckiego. Cała załoga wspięła się na lokomotywę i odjechali. Wówczas Chotomów był, od tego momentu, absolutnie wolny od Niemców i od kogokolwiek. Rozkaz główny to polegał na tym, dla 3. kompanii, że ma odciąć wszelkie drogi dojazdu kołowego, kolejowego do Warszawy. To był główny rozkaz dla Jabłonny, dla Legionowa, dla Chotomowa, nie dopuścić do transportu wojskowego, kołowego. Jaki rozkaz dostałyśmy? Żeby wydobywać z wagonu sanitarnego, bo okazało się, że to był niemiecki Bauzug. Pociąg roboczy, nie wojskowy, który miał cztery wagony, w tym jeden najważniejszy, zaraz za lokomotywą, wagon sanitarny. Wagon był tak przechylony, że nam było trudno wspiąć. Dlatego, że tak, jak gdybyśmy musiały się wspinać, alpinistykę urządzać, żeby się tam wspiąć i chwycić się wiszącego w górze stopnia. Jedna drugiej pomagała. Weszłyśmy do środka. Wchodziło się tak, ponieważ wagon był tak, że podłoga była w ten sposób. Trzeba było się wspinać w górę, żeby móc odpinać z ubezpieczeń. Wszystko było przymocowane. To było bogactwo sanitarne. To było coś wspaniałego. To były medykamenty, spirytusy w butlach. To były nosze, to były bandaże. To były strzykawki. Wszystko, co tylko sobie mogli sanitariusze wymarzyć. Co tylko sobie można wymarzyć. Lekki stół operacyjny, piękny biały stół operacyjny, lekki. Tego było tak dużo, bo to przecież cały olbrzymi wagon, specjalnie do tych celów przeznaczony. Kosztowało to niemało, bo trzeba było odwijać wszystko, żeby zobaczyć, co bierzemy. Zrzucało się, czy oddawało się do rąk podniesionych osób, które stały u dołu. Podawałyśmy tak jedna drugiej. Potem i chłopcy dobili. Chłopcy harcerze również starsi byli. Czy oni już najpierw byli. Tego już nie pamiętam. Nie chcę pomylić. Tak to było. W pewnym momencie zostaję wywołana. Powiadają mi: „Ty masz lecieć do domu, przyprowadzić wóz z koniem.” Mówię: „Przecież ja nie umiem konia zaprząc, to jak zaprzęgnę. A taty nie ma.” „Jak nie umiesz, to ci damy kogoś.” Dali właśnie mi kolegę, Zygmunta Bziuka. Pamiętam, przystojny bardzo, czarny chłopiec. On mówi: „Wreszcie będę mógł z tobą sobie marsz, a potem jazdę urządzić.” On zaprzągł konia. Mama znów stała w [progu] i płakała. Może nie płakała, ale była w strasznym podenerwowaniu, co my wyprawiamy. My koniem zajechaliśmy, wozem. Na wóz ładowało się co cięższe ze zdobyczy wojennych, jak je nazwałam.

Z chwilą wybuchu Powstania utworzony został, wcześniej przygotowywany, same żeśmy uczestniczyły, szpital. Szpital powstańczy w Chotomowie, w budynku sióstr zakonnych. Tam, gdzie mieściła się lecznica, o której wspominałam wcześniej, dwóch lekarzy z Warszawy. Jeden z lekarzy, Andrzej Piętka, tuż przed Powstaniem wyjechał do Warszawy. Brał udział właśnie tutaj w Powstaniu i w szpitalu przy Koszykowej. Natomiast z nami został doktor Jerzy Kuczamer „Stefan”. On był komendantem szpitala. Wszystkie zdobycze zwoziliśmy i znosiliśmy do szpitala. Odbierali to chłopcy i tam pakowali. Chirurgiczny stół również załadowaliśmy. Dwukrotnie chyba jechaliśmy, czy nawet trzykrotnie. Już nawet nie pamiętam. Jednym transportem został załadowany stół operacyjny. Biały, wspaniały, takich teraz nie ma. Stoły operacyjne są zupełnie inne.

  • Pamięta pani pierwszego rannego, którego opatrywała?


To 3 sierpnia. 1 sierpnia opatrywały koleżanki z Wojskowej Służby Kobiet, o których myśmy nie wiedziały. To znaczy, wiedziałyśmy, że się kręcą. Myśmy nie wiedziały, kim one są. Dopiero później [się dowiedziałyśmy]. Pierwszy ranny to był Jerzy Dobrosielski „Jur” z 3. kompanii, który został opatrywany między innymi przez sanitariuszkę Krystynę Grabowską, pseudonim „Ania”. To już wiem później z jej relacji, którą zamieściłam właśnie w książce, na której się opierałam. Drugi był Zbyszek Nagat, też z 708. plutonu. Był ranny. Byli jeszcze inni ranni. Ale 3 sierpnia, do 3 sierpnia... Nie, przepraszam, 1 sierpnia było tylko rannych dwóch, jeden zabity. Jeden poległ od razu. Była akcja z załogą niemieckiego pociągu. To była krótkotrwała akcja. Właśnie ona miała tylko takie konsekwencje, jeśli chodzi w stratach osobowych. Generalna walka powstańcza miała miejsce 3 sierpnia. Otóż, 2 sierpnia była absolutna cisza. Nie było ani wojska, też puste ulice. Myśmy były skoncentrowane w szkole i czekałyśmy na dalsze rozkazy. W szkole żeśmy nocowały. Oczekiwałyśmy dalszych [wydarzeń], co się będzie działo. Wiedziałyśmy potem przez łączników, że nadjeżdża od strony Nowego Dworu [Mazowieckiego] pociąg. Przedtem chłopcy z 3. kompanii rozkręcili szyny kolejowe. Chyba to 2 [sierpnia] albo w nocy 1 [sierpnia]. Tego dokładnie nie wiem. Nie doszłam do tego. Rozkręcili, właśnie koło Koszarki, która rolę spełniła w 1918 roku. Tam, niedaleko Koszarki rozkręcili szyny, żeby uniemożliwić dojazd pociągów niemieckich. Okazało się, że zobaczyli z daleka dym z parowozu. Nadjechał pociąg niemiecki pancerny. Niemcy widocznie mieli rozeznanie. Przywieźli ze sobą [szyny], bo szyny chłopcy wynieśli ze sobą gdzieś daleko. Widocznie musieli rekonesans zrobić, żeby przyjechać z szyną. Przywieźli szynę. Wkręcili szynę. Pojechali aż pod Legionowo-Przystanek. Przejechali przez Chotomów ziejąc kulami z dział kolejowych, z pociągu pancernego. Nie kolejowych, tylko z dział pociągu pancernego. Myśmy właśnie w południe dostały rozkaz, że jest ranna w jednym terenie. Do tej rannej biegła koleżanka, Henryka Nagatówna i Danka, córka Stefana Krasińskiego. Myśmy trzy, Wanda Jabłońska, ja, Krysia Grabowska, potem z WSK i jeszcze jedna, już nie pamiętam, która, miałyśmy rozkaz, żeby przelecieć przez tory. Pociąg pojechał w kierunku Legionowa. Czyli tutaj było puste, ale tutaj mogli ostrzeliwać tory. Ostrzeliwali całą wieś. Ostrzeliwali wszystkie miejscowości. Pacyfikowali jednocześnie. Podpalali drewniane domy. Szli ławą Niemcy na Chotomów. Wtedy została ranna, potem się dowiedziałam, że to pani Strojnowska. Myśmy pobiegły za tory z noszami. Dostałyśmy polecenie, żeby [pobiec] z noszami. Pobiegłyśmy, to były dwie ekipy, bo [była wiadomość], że dwoje rannych za torami leży. Pobiegłyśmy tam. Dobiegłam do rannej kobiety, okazałej tuszy. Ona była ranna w szyję. Obok leżał chłopiec. Nim się zajęła druga ekipa. Miałam obowiązek zrobić pierwszy opatrunek. Miałam odruch wymiotny. Nie mogłam tego zrobić. Wiedziałam, że muszę. Zacisnęłam zęby tak, że ile sił, żeby nie widzieć krwi. Krew tryskała fontanną dosłownie. Była postrzelona w arterię. Krew, dlatego fontannami leciała dookoła. Rzuciłam ogromny tampon gazy, żeby nie widzieć krwi. Dopiero wtedy bandaż. Jak najszybciej na nosze do szpitala. Ona umarła. Nie doniosłyśmy jej do szpitala. W drodze nam zmarła. Syn doniesiony był jeszcze żywy do szpitala. Wołał: „Ratujcie moją mamę!” Że mama ranna. Okazało się, że to matka i syn. Córka była łączniczka w sztabie I. Batalionu „Legionowo”. Ona dowiedziała się, że matka jest zabita. 3 sierpnia w czasie walki... To była dosyć ostra i duża walka. Trwała kilka godzin, cztery godziny. Poległ dowódca, Stefan Krasiński „Kacper”. Poległ Grabowski, nie Józef, tylko, pseudonim „Czarny”. Zginęła sanitariuszka Henryka Narostkówna, jego narzeczona, która, gdy dowiedziała się, [że on zginął]. Ona była w Legionowie, gdy dowiedziała się, że Antek, Antoni Grabowski, pseudonim „Czerwiec” zginął tego dnia. Gdy dowiedziała się, że jej narzeczony zginął, chwyciła karabin, do którego nie było nabojów. Podobno jeden był ostatni. Oni zostawili, bo był jeden, bo nie było już nabojów, jeden ostatni. Chłopcy zostawili karabin. Ona z karabinem wybiegła przeciwko czołgom, bo chciała zabić chociaż jednego Niemca za to, że zginął Antek. Oni zostali pochowani 4 sierpnia, razem w jednym grobie. To jest para, Romeo i Julia naszych terenów.

  • Proszę powiedzieć, kiedy do Chotomowa weszli Niemcy? Pani mówiła, że weszli ławą.

 

Niemcy szli ławą. Łączyli czy montowali szynę ującą. Szli ławą na Chotomów, Olszewnicę, Jabłonnę. Palili domy. Rozstrzeliwali ludzi bądź zabierali ludzi. Do pociągu ich wsadzali. Grupę ludzi wywieźli po walce, mężczyzn głównie. Rozstrzelali na terenie starej krochmalni w Nowym Dworze Mazowieckim. Dopiero po wojnie była ekshumacja i dowiedziano się, kto [to był]. To była krwawa masakra. Kilka domów spłonęło, bo w jednym z domów, kiedy szli, znaleźli przyrządy do odkręcania szyn. Od razu rzucili granat. Dom zaczął się palić, jeden, drugi. Moja koleżanka z mojego zastępu nie brała tego dnia udziału w akcji sanitarnej. Została wywieziona też do Nowego Dworu [Mazowieckiego]. Na szczęście kobiet nie rozstrzelali. Nieszczęście, że rozstrzelali wszystkich zabranych mężczyzn.

Bardzo pięknie prowadził walką dowódca plutonu, Zygmunt Dąbrowski. Bardzo pięknie prowadził też walkę, bo włączył się do walki, pluton tak zwany harcerski, Ludwika Schmidta „Rapczyka”. To był 705. pluton II. Batalionu „Legionowo”. Dowództwo I. Batalionu skierowało właśnie na pomoc walczącym chotomowskim plutonom inne oddziały legionowskie. Dzień 3 sierpnia i śmierć Stefana Krasińskiego, śmierć Strojnowskiego tak zapadła mi ogromnie w pamięci. Śmierć dwojga pięknych, młodych ludzi, pełnych życia i nadziei, że wkrótce się pobiorą. 6 sierpnia miał się odbyć ich ślub. To wszystko zrobiło ogromne wrażenie. Był jeden wielki płacz potem już, kiedy Niemcy się wycofali. Walka trwała tak naprawdę, ostra, że oni później już przestali przeć do środka Legionowa, miasta. Tak jak się zatrzymali na Legionowo-Przystanek i tam ładowali ludzi. Stamtąd ostrzeliwali. To potem wycofali się. Wyjechali do Nowego Dworu [Mazowieckiego]. Odjechał pociąg. Zginął jeszcze z 709. plutonu podchorąży Eligiusz Gierymski też. Zginął porucznik Stanik. I ludność cywilna. Też z ludności cywilnej nie wymieniam, ale też kilka osób było zabitych i rannych. Tak, że w taki sposób Chotomów przeżył 3 sierpnia. Potem nasi chłopcy poszli na koncentrację pod Choszczówkę. To są już dalsze dzieje. Oni po prostu dalej szli na rekonesans w kierunku Pragi. Nie będę o tym mówiła, bo nie uczestniczyłam. To są już wydarzenia, które są dokładnie opisane i zrelacjonowane przez uczestników tych wydarzeń. 14 września została, mogę się pomylić, jeśli chodzi o datę, ogromna grupa, ponad dwustuosobowa, zorganizowana przez porucznika „Znicza”. Została poprowadzona przez Wisłę do Puszczy Kampinoskiej. Jest w książce, w drugim tomie „Jabłonna-Chotomów w konspiracji i walce” piękny opis Mieczysława Kiełbińskiego o ich przeprawie przez Wisłę. Przecież ci chłopcy nie mieli się czym przeprawić. Przygotowane łodzie zostały przez Niemców wypenetrowane, wypatrzone i rozbite. Oni właściwie na kilku zaledwie łodziach się przeprawili. Przeprawa była tak świetnie zorganizowana, że należy im się szczególna pochwała za takie sprawne przeprowadzenie. Oni walczyli do końca Powstania w Puszczy Kampinoskiej.

  • Do 14 września, jak wyglądała sytuacja w Chotomowie? Tam nie było Niemców przez cały czas?


Owszem. Potem byli Niemcy. Wkroczyli. Już musieliśmy zacierać ślady Powstania. To było najgorsze i najbardziej bolesne. Trzeba było chować to, co niepotrzebne było. Był nadmiar czegoś dla szpitala powstańczego, to trzeba było ukryć. Myśmy dostały, harcerze i harcerki dostały rozkaz, żeby to wynosić i ukrywać w grobowcach na miejscowym cmentarzu. Tak też się działo. Myśmy to wszystko wynosili w nocy, o północy. Nie bałyśmy się, my dziewczyny, nie bałyśmy się duchów. Bałyśmy się tylko Niemców.

  • A który to był?


To był 4 [sierpnia]. Było wiadomo, że Niemcy zmasowaną siłą uderzą. Więc trzeba było [zacierać ślady]. Nie 4 [sierpnia]. Myśmy chowali to gdzieś później, już po pogrzebach. 4 [sierpnia] były pogrzeby. […] Pamiętam, jak zbijał stolarz ze zwykłych desek trumnę. Pamiętam, jak myśmy biegały po ogrodach, żeby zrywać kwiaty i żeby kwiatami pokryć trumnę. Pamiętam, jak ubierali Stefana Krasińskiego w mundur przedwojenny, który cudem został przechowany. Ciało rosło w oczach. Trzeba było na plecach przeciąć mundur, żeby się zmieścił, żeby z wierzchu przynajmniej, z zewnątrz był w mundurze, tak jak należy. To było później. Dwa czy trzy dni później dostałyśmy rozkaz chowania medykamentów i sprzętu sanitarnego. Pamiętam, że następnego dnia, kiedy wydawało się, że wszystko jest pochowane i wszystko zatarte są ślady naszego „przestępstwa”, to rano ktoś przybiegł. Powiedział, że zostawiliśmy stół chirurgiczny na środku, na centralnym placu Chotomowa. Ileż to kosztowało wysiłku, żeby to gdzieś ukryć tak, żeby to nie było widoczne. Potem Niemcy rzeczywiście weszli wkrótce. Pozajmowali wszystko, wszystkie możliwe do zamieszkania, czy możliwe miejsca. Znowu były pełne stodoły, poddasza. Pełno było uciekinierów z Warszawy. Przecież z Warszawy, z Pragi tysiące i spod frontu, spod Radzymina uciekali ludzie. Nasz dom był pełen ludzi. Tak, że były ogniska. Na ogniskach gotowano dodatkowo jedzenie. Cała kuchnia była pełna garów ogromnych dla nakarmienia ludzi. Owoców, warzyw, ziemniaków w tym momencie nam nie owało. Tak, że mama to gotowała, pomidorową, nie pomidorową. Karmiła bez ustanku tych wszystkich ludzi.

  • Niemcy pacyfikowali Chotomów ?


To była pacyfikacja wtedy, 3 [sierpnia]. Potem dali spokój. Nasze domy były im potrzebne jako baza dla działań przeciwko naszej Warszawie, niestety.

  • Tata wrócił już wtedy?


Tata wrócił po kilkunastu dniach. Oni się rozeszli. Dostali rozkaz od pułkownika Kłoczkowskiego „Grosza”. On był dowódcą całego Zgrupowania I. Rejonu. To gdzieś koło 12 czy 14 [sierpnia]. Oni się też przemycali, bo Niemcy wszędzie pozajmowali tereny. Oni musieli przenikać jakimś cudem do domów własnych. Jeden z dowódców, Jan Raczyński, który był dowódcą 707. plutonu... Jest relacja w mojej książce, w drugim tomie, jego rodzonej siostry. Niemcy zajęli też plebanię i zajęli organistówkę. W organistówce była matka, ojciec i siostry Janka Raczyńskiego, w jednym pokoju. W drugim pokoju, trzecim byli gestapowcy. On zapukał do okna. Na szczęście do okna, gdzie oni [mieszkali]. Może dojrzał, może słuchał, jakimś cudem. Przyszedł w pełnym uzbrojeniu. Nie mógł gorszego błędu popełnić, czy nie mógł schować gdzieś [broni], żeby przyjść do domu. Co cała rodzina przeżywała, to ona opisuje. Jej relację dokładnie zarejestrowałam, opublikowałam.

  • Mieliście państwo wiadomości o Powstaniu w Warszawie, o przebiegu działań?


Tak. Dochodziły do nas, bo ciągle wraz z Niemcami napływali też uciekinierzy. Mówili o tym, co się dzieje. Wieczorami wchodziliśmy na poddasza domów. Stamtąd patrzyliśmy na płonącą Warszawą. Zwłaszcza wieczorami było widać płonącą łunę. Wiatr, jeśli był wietrzny dzień, to przywiewał na nasze podwórza płonące czy nadpalone skrawki papierów. Wiedzieliśmy, że tam dzieją się dantejskie sceny. Bardzo cierpieliśmy, bo dwie siostry z rodzinami, dwie siostry rodzone mamy, właśnie były w Warszawie. Też baliśmy się i o najbliższych i o wszystkich. Zresztą wtedy wszyscy byli najbliżsi. Nie było innych. Myśmy wszyscy tworzyli jedną wielką wspólną rodzinę. Co wydaje mi się, powinno wrócić. Powinni się wszyscy zjednoczyć. To nie może być rozbicia, jakie obecnie istnieje. Boleję jednak nad tym, że do tego doszło. Przeżywam sama rozłam w społeczeństwie. Całą okupację, stwierdzam naprawdę z ogromną satysfakcją, jednocześnie chcę, żeby to było przykładem dla pokolenia młodych, naprawdę myśmy byli zjednoczonym społeczeństwem. I w czasie wojny 1939 [roku] i w czasie okupacji i w czasie Powstania. Jeśli się znajdowały jednostki, to naprawdę jednostki marginalne.

  • Kiedy się pani dowiedziała o upadku Powstania w Warszawie?


O upadku Powstania dowiedziałam się dopiero w Kazuniu Polskim. Skąd się tam znaleźliśmy? To też jeden wielki dramat całej miejscowości i społeczności. Nie całej, wszystkich społeczności okolicznych miejscowości. Nas wysiedlili. W ciągu jednej godziny musieliśmy opuścić nasze domy. Wpadali żandarmi z blachami i powiedzieli: „Macie godzinę!” albo: „[Macie] piętnaście minut!” – zależy gdzie, zależy kto wpadł na dane podwórze, który więcej miał litości. „Natychmiast się zbierać!” Pamiętam rozpacz. Nie wiadomo było, co wziąć, co zabrać. Był wóz i był piękny koń. To nas ratowało. Można było naładować i pierzyny i garnki. Mama czy tata złapał świniaka, który był w chlewie. Zabił go. Z krwią ociekającą na dno wozu rzucił. Mama dzieżę z chlebem wstawiła na wóz, że może gdzieś tam upiecze chleb. Przede wszystkim ładowało się ubranie i coś ciepłego na siebie. Wyjeżdżamy. Na centralnym placu w Chotomowie żandarmi podchodzą do naszego wozu. Każą ojcu wyprzęgać konia i zabierają. Płaczemy wszyscy. Najgłośniej i najbardziej serdecznie płacze moja matka. Bierze mnie za rękę i mówi: „Proś go po niemiecku! Proś go, żeby nam oddał, bo przecież jak my pojedziemy dalej.” Dyszle rozłożone na jezdni, na bruku i nie można dalej [jechać]. Trzeba wszystko zostawić, bo nie ma jak tego wziąć. Na swój grzbiet to można tylko wziąć, co? Ani walizki, ani worka, ani nic nie ma. Podchodzę z mamą do żandarma. Proszę go po niemiecku. Wtedy jeszcze jakoś [mówiłam], bo każdy z nas uczył się niemieckiego w szkole. Chodziłam do Gimnazjum III Miejskiej Szkoły Zawodowej Żeńskiej, która była tylko przykrywką Gimnazjum [imienia] Curie-Skłodowskiej w Warszawie. Gimnazjum mieściło się na Konopackiej, na Pradze. Uczono nas [niemieckiego]. Niemka, naprawdę prawdziwa Niemka przyjechała tutaj, do [Generalnej] Guberni. Nas uczyła niemieckiego. Nie miała ze mnie wielkiego pożytku, bo ciągle mnie zwracała uwagę. Wyszłam z klasy, bo to była druga klasa gimnazjalna, z poprawką z niemieckiego. Więc niemiecki był byłe jaki, ale kiedy trzeba, to trzeba. Skleciłam zdania i proszę, że mama jest chora, że tyle rzeczy. Jak my tam pojedziemy, że nie mamy nic, żeby się zlitował. On się zlitował w pewnym sensie. Podszedł. Kazał mi iść za sobą. Mama mnie nie puszczała. Za rękę mnie trzymała i szłyśmy za żandarmem. W pewnym momencie mówię: „Przecież on nas zabierze!” Oddalamy się od naszego wozu. On podchodzi do płotu drewnianego, do któregoś z uwiązanych koni. Frontowy koń, skóra i kości, do tego ranny. Tak ranny, że krew z ropą ścieka strumieniami na ziemię. On nam daje tego konia: „Weźcie tego konia!” W ten sposób okazał dobre serce. Myśmy konia wzięły, bo już nie pomogły żadne płacze mamy, nic. Po raz pierwszy widziałam płaczącego ojca, bezradnego i płaczącego. Ojciec zaprzągł konia. Wszyscy, którzy byli bez koni i śledzili wydarzenia, mówią tak: „Jak ruszy, to pójdzie. Najważniejsze, żeby ruszył. Tylko trzeba pchać.” Kiedy Niemcy już pozwolili nam iść w kierunku Jabłonny... To było właśnie 28 września, jeszcze Warszawa walczyła. To wówczas zaczęliśmy naszą wędrówkę wysiedleńczą. Jak ruszył, rzeczywiście, to poszedł. Myśmy pchali, co prawda. Nie wiadomo, czyjej więcej było siły, czy naszej wspólnej, czy konia biednego. Biedny koń, postrzelony zawiózł nas aż na wysiedlenie, gdzie zatrzymaliśmy się w Komorowie, za Puszczą Kampinoską, koło Kampinosu. Musieliśmy, zanim to nastąpiło, żeśmy do Kampinosu dotarli. Trzeba było czekać od końca września, cały październik, listopad i do początku grudnia. [Trzeba było] przeżyć w strasznych warunkach w gospodarskiej i ogrodniczej szopie bez okien z betonową podłogą. Ognisko palili rodzice na podwórzu przed szopą, żeby móc coś ugotować ciepłego. Spaliśmy ponakrywani wszystkim, co tylko było. Ani jednego miejsca nie było. Pełno było uciekinierów z Warszawy, pełno wojska. W Puszczy Kampinoskiej trwały walki. Dopiero, kiedy walki powstańcze w Puszczy Kampinoskiej zakończyły się. Dopiero, kiedy był Jaktorów i rzeź naszych, niepotrzebna, bo rzeczywiście można było tego uniknąć. Zgrupowanie mogło inną taktykę przyjąć. To są już sprawy dla historyków, nie dla mnie. Nie mnie sądzić. Niemniej, jak się już zakończyło Powstanie w Puszczy Kampinoskiej, to wówczas po jakimś czasie dawali przepustki dla rodzin. Przepustkę dostaliśmy. Jeszcze muszę się cofnąć nieco z tego powodu, żeby powiedzieć, że też cudem znaleźliśmy się razem z rodziną w Dziekanowie Polskim. Dlaczego? Nasz koń był tak ciężko chory i tak słaby, że myśmy ciągnęli na końcu kolumny wszystkich wysiedlonych ludzi. Pchali Niemcy wszystkich albo do Pruszkowa, albo do okolicznych obozów. Cała kolumna już dawno przeszła. Zapadł już tego dnia późny wieczór. My ciągniemy z koniem. Niemiec nas z tyłu pogania: Schnelle! Schnelle! Mama znowu, mama była bardzo dzielna. Mama przypomniała sobie, że ma tu, w Dziekanowie rodzinę. Znowu: „Chodź! Powiedz, że tu mamy rodzinę.” To mówię, że mamy tu familię, tu blisko. Niech się zlituje i niech puści. Mama, żeby podeprzeć prośbę moją czymś, zdjęła pierścionek czy obrączkę. Nie pierścionek, bo obrączkę jeszcze zachowała na później. [Zdjęła] pierścionek. Wyciągnęła bimbru pół litra. To mu daje. Ja bym się bała dać. On to wziął. Do kieszeni wsadził. Obejrzał się tylko, czy nikogo nie ma. Jeszcze nam pomagał wykręcić wóz w prawo, żebyśmy do Dziekanowa dojechali. Dlatego się znaleźliśmy nie w Pruszkowie, tylko w Dziekanowie. Tam żeśmy przeżyli w strasznych warunkach długi okres do upadku, i Warszawy, i potem do upadku, do przeczyszczenia. Nie puszczali przez Puszczę Kampinoską nikogo. Dopiero w grudniu, na początku grudnia nas puścili traktem zamrożonym, zmarzniętym. Takim, że jechaliśmy trzęsąc [się]. Nie jechaliśmy wozem, bo przecież konia się oszczędzało. Myśmy za wozem lecieli bądź popychali wóz. Widziałam popalone wsie, kominy sterczące, poharatane wszystko, sprzęt wojskowy w Puszczy Kampinoskiej.

  • A wyzwolenie pani, gdzie się odbyło?


Wyzwolenie odbyło się w Komorowie koło Kampinosu. To też było pełno emocji. Samoloty, słychać było granie armat. Ni stąd, ni zowąd słyszymy, że Niemcy uciekają. Wyglądamy zza domu, w którym mieszkaliśmy. Patrzymy, że traktem i przez pola jadą, pędzą, nie jadą, armaty zaprzężone w konie. Na polach jest pełno oporządzenia wojskowego. Leżą, bo widać punkciki na lekkim śniegu. Był lekki śnieg, nie duży. Niemcy uciekają, to myśmy się ogromnie cieszyli, że Niemcy uciekają. To był 17 stycznia. 18 stycznia moja siostra, która była właśnie inicjatorką odważnych poczynań, [mówi]: „Idziemy zobaczyć, czy mamy do czego wracać.” Myśmy tam też w strasznych warunkach koczowały do stycznia. Niby to była daleka rodzina. Niestety, oni nas uważali za dziadów. Za takich, którzy przyjechali z takim koniem i tylko to, co na wozie. To jest taka mentalność. Nie wiem, przykro o tym mówić. Nawet trzeba było za wszystko płacić i dla konia coś, czy zboże. Po drzewo to się chodziło po konary. Chodziło się do lasu, dźwigało się na plecach. Coś okropnego, nie chcę już o tym mówić. To, co się przeżyło i jak się przeżyło, ale ważne, że się przeżyło. Siostra zorganizowała, jeszcze jedną koleżankę namówiła, siostrę rodzoną Zygmunta Dąbrowskiego, dowódcy 708. plutonu. „Chodźmy. Idziemy zobaczyć, czy mamy do czego wracać.” Nabrałyśmy ochoty. Leciałyśmy, młode dziewczyny, przez zmarzniętą Wisłę żeśmy szły. Skłębione były tak kry, że tam, gdzie nie zamarzła woda, można było się utopić. Podobno była wtedy tak zima ostra, a Wisła tak zmarznięta, że podobno czołgami nawet w niektórych miejscach przejeżdżali. Faktem jest, że wozem ojciec potem przejechał przez Wisłę. Jakim cudem, nie wiem. Może koń trochę odpoczął. Był trochę podkurowany. Miał więcej siły. Popychaliśmy, to też prawda. Jakimś cudem dobrnęliśmy do Nowego Dworu [Mazowieckiego]. W Nowym Dworze [Mazowieckim] u kuzynów koleżanki siostry, Dąbrowskiej, żeśmy przenocowali na podłodze. Potem z Nowego Dworu [Mazowieckiego], szosą Nowy Dwór [Mazowiecki]-Jabłonna, już biegłyśmy pieszo. Oczywiście, że pieszo, wszystko pieszo, żeby dotrzeć do Chotomowa. Szłyśmy. Wbiegłyśmy na trakt leśny, gdzie nam włosy dosłownie dęba stanęły. Po jednej i po drugiej stronie schrony. Oczodoły schronów. Teraz dopiero mam świadomość, później miałam świadomość, że mogło się tam stać naprawdę coś strasznego. W bunkrach, które sobie Niemcy przygotowywali na zimę. Sobie planowali zatrzymać się na całą zimę tu. Tutaj czekać wiosny, że wtedy dopiero ruszy front. Pobudowali bunkry domy. Powywozili z naszych miejscowości wszystko, co tylko się dało, łącznie z lustrami, miskami, garnkami. Wszystko, co tylko się im przydało, tam było w bunkrach. Ale nie to jest jeszcze ważne. Najgorsze dla oczu naszych to było to, że co rusz w kałużach jesiennych, a w styczniu mocno zmarzniętych, leżały trupy niemieckich żołnierzy. Pełno ich było. Byli tak przykryci wodą, lodem, że tylko im głowy sterczały, czubki obuwia. To było coś niesamowitego. Biegłyśmy przez las, żeby jak najszybciej wydostać się z lasu. Żeby wreszcie być na przestrzeni, gdzie już poczujemy się bezpiecznie. Pamiętam, że biegłyśmy bez tchu. Popędzała nas Włada. Ja też miałam duszę na ramieniu. Zresztą chyba wszystkie trzy [byłyśmy przerażone]. Wybiegłyśmy pod górkę. Górka wznosiła się jeszcze, która zasłaniała nam widok na Chotomów. Włada cały czas się modliła: „Panie Boże! Panie Boże! Daj, żeby nasz dom stał! Panie Boże! Panie Boże! Ja cię proszę. Daj, żeby nasz dom stał!” Wbiegłyśmy na górkę. Oczom naszym ukazał się widok, jak nie z tej ziemi. Po prostu, nasz Chotomów i nie nasz Chotomów. Zupełnie w innej scenerii, obcej, takiej jakby obcej, niebezpiecznej. Aż bałyśmy się wbiec do naszych domów. Włada, moja siostra krzyknęła: „Jest nasz dom! Jest nasz dom! Patrz, jest nasz dom!” Zaczęłyśmy z płaczem biec do domu. Wpadłyśmy do ogrodu. Wszystko było poniszczone. Drzewa były też wyrąbane pociskami. Nie było stodoły. Nie było zabudowań gospodarczych. Jeden tylko murowany dom stał. Dach był tak strasznie posiekany. Tylko, że myśmy patrząc ze strony górki na szczyt domu, to nie widziały dachu. Gdyśmy dobiegły na podwórze, zobaczyłyśmy, że dach, dachu w zasadzie nie ma. Wpadamy do mieszkań, do kuchni. Tam leży olbrzymi pocisk. Gdyby on wybuchł, to by w ogóle, nawet i tych ścian nie było. To był niewybuch na szczęście. W pokojach nie było nic. Ani łóżka, ani szaf, ani stołu nie było. Ani krzesła nie było, nic, absolutnie nic. Obeszłyśmy dookoła. Patrzymy, tli się zadołowane w ostatniej chwili przed wyjazdem zboże. Niemcy nie zdążyli kontyngentów zabrać. Cały zbiór, który ojciec zdołał zebrać, pali się. Dym się tak wydobywa. Patrzymy do zakopcowanych ziemniaków. Tam są wszystkie odkryte i zmarznięte na kość. Tak, że wróciliśmy do domu zrujnowanego, zniszczonego. Żyliśmy w takiej biedzie i w takich strasznych warunkach. Ze zmarzniętych ziemniaków mama bez przerwy nam robiła placki i pyzy ziemniaczane. Ale to wszystko było do przeżycia.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam żołnierzy z Armii Berlinga. Też właśnie w resztkach domów koczowali razem z nami. Rozminowywali Chotomów. Chotomów był tak strasznie zaminowany, że tysiące, pryzmy całe min sterczały. Potem dopiero je wywozili saperzy. Tam też saperzy ginęli. Naprawdę, żeby wydobyć z ziemi żelastwo, którymi naszpikowali Niemcy całe połacie, obszary ziemi, to nie do pomyślenia wręcz.

Jeszcze o czymś chciałam powiedzieć. Zakończyłam swoją działalność sanitariuszki w nietypowy sposób. Wyleciała na minie, wpadła na minę sąsiadka. Nie bliska sąsiadka, troszkę dalej [mieszkała]. Urwała jej mina nogę. Z nią jechałam, opatrzywszy przedtem nogę, do szpitala na Grochowską. Nie wiedziałam, że tam będzie wkrótce leżał mój brat. Ona mi umarła. Jej córka, ona w zeszłym roku umarła, ale przedtem była tak wdzięczna. Była tak ciekawa każdego słowa o matce, co mówiła jeszcze przed śmiercią. Co mogłam i co zapamiętałam, to jej przekazałam. Ona była bardzo wdzięczna. Okres powojenny to jeden wielki dramat, ale jednocześnie nadzieja. Chociaż nasza nadzieja była mocno zrąbana faktem straszliwego wypadku i okaleczenia mojego brata, Kuby.

  • Proszę mi na zakończenie powiedzieć, jak dziś, po sześćdziesięciu trzech latach, ocenia pani sens Powstania, w ogóle samo Powstanie?


Myślę, że do Powstania musiało dojść. Musiało dojść dlatego, że nawet gdyby był rozkaz w ostatniej chwili, żeby nie rozpoczynać Powstania, to ono by samorzutnie powstało. Było tyle nienawiści do Niemców za wszystkie zbrodnie, których byliśmy świadkami. Po prostu, kiedy nadeszła chwila, okazja, żeby się na nich zemścić, to chłopcy szli jak na bal. Nie jak na wojnę, tylko jak... I z obowiązku i tanecznym jakby krokiem szli. Tysiące z nich poniosło śmierć. Myślę, że to też zaważyło na tym, że nie staliśmy się siedemnastą republiką. To też miało wpływ. Polska okazała się tą krnąbrną Polską. Nie ta, jak sobie wymarzyli nasi sąsiedzi, żeby była uległa, pokorna i żeby słuchała rozkazów. Mi się wydaje, że Powstanie Warszawskie, choć tak tragicznie okupione, okupione krwią i poległych i rannych, stratami materialnymi całego dorobku pokoleń. Tego najbardziej szkoda. Zresztą szkoda każdego istnienia ludzkiego. Wydaje mi się, że te przykłady składają się na dzieje Polski niepodległej i że to jest bazą, z której będziecie wy, młode pokolenia czerpać.

Warszawa, 7 listopada 2006 roku
Rozmowę prowadził Tomek Żylski
Apolonia Kowalska Pseudonim: „Anielka” Stopień: łączniczka, sanitariuszka Formacja: Obwód VII „Obroża” Dzielnica: Chotomów, Jabłonna

Zobacz także

Nasz newsletter