Barbara Wyciszkiewicz

Archiwum Historii Mówionej

Barbara Wyciszkiewicz z domu Skoskiewicz, w czasie Powstania Kulińska, urodzona 11 października 1934 roku w Warszawa.

  • W czasie wybuchu Powstania Warszawskiego…

Byłam w Warszawie przy ulicy Zakroczymskiej 6 mieszkania 41.

  • W jakiej wsi pani została po wysiedleniu?

Zostaliśmy wysiedleni pod Piotrków Trybunalski do wsi Przygłowie.

  • Proszę opowiedzieć o latach przedwojennych – czym zajmowali się pani rodzice, czy miała pani rodzeństwo?

Nie miałam rodzeństwa. Ojciec zmarł na krótko przed moim urodzeniem. Matka miała pracę dorywczą. Chodziłam do przedszkola na Freta, na Starówce. Później jeden rok do szkoły na Starą 2 (też na Starówce, [szkoła] zakonnic). Przed samym wybuchem Powstania matka pracowała w Wytwórni Papierów Wartościowych.

  • Czyli przed wojną mama została sama.

Tak, ze mną.

  • Gdzie panie mieszkały przed wybuchem wojny?

Przy Mostowej. Też Starówka, Mostowa 5. W 1939 roku zostało to wszystko rozwalone.

  • Gdzie panie wtedy były?

Myśmy były z matką u jej brata na Krakowskim Przedmieściu. Najpierw byłyśmy na Mostowej 5, ale potem poszłyśmy na Mostową 10 i matka między nalotami uciekła ze mną na Krakowskie Przedmieście. Pracował tam brat matki jako laborant i tam mieszkał. Do zawieszenia broni byłyśmy na Krakowskim Przedmieściu. Po zawieszeniu broni matka znalazła pomieszczenie na Zakroczymskiej. W tej chwili jest tam zespół szkół, przed wojną był szpital wojskowy. Pomieszczenie, w którym matka ze mną zamieszkała w 1939 roku, to była [wcześniej] tak zwana trupiarka – tam, gdzie myli nieboszczyków, którzy zmarli w szpitalu. Parterowy budyneczek, dwa pomieszczenia, w jednym była kaplica, a w drugim wielki stół, ponad dwa metry długości, na którym myli nieboszczyków. Myśmy później używali tego stołu do wszystkiego. Matka wstawiła tam okno, wstawiła drzwi i tam mieszkaliśmy do wybuchu Powstania.

  • Czy wiedziała pani, co tam było wcześniej?

Wiedziałam, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Matka – owszem. Matka z początku bała się spać, bo ileś nieboszczyków tam przeszło. Stawiała na podłodze dużą miskę z wodą, w misce stawiała garnek i w garnku lampę naftową (wodę, żeby się czasem w nocy nie zapaliło). Tak spała. Później, jak minęły trzy, cztery lata, to już trochę się uspokoiła.

  • A co mówiły dzieci na podwórku?

Dzieciaki mnie straszyły. Zawsze im mówiłam: „Nieboszczykom nic złego nie zrobiłam, to oni mi też nic złego nie zrobią. A jak przyjdą, to niech sobie przyjdą”.

  • Miejsce do mieszkania straszne.

Mieszkałam z matką, a obok mieszkała babeczka z chłopcem, [wcześniej] tam była kaplica – już po myciu, w trumnie stali tam nieboszczycy do odbioru. Ale krótko mieszkali. Później mieszkała staruszka. Jeżeli chodzi o zaopatrzenie w żywność czy o spokój psychiczny, to muszę powiedzieć, że w tej trupiarni matce nieźle się wiodło. Nie żeby przelewało się, ale zawsze miała co dać mi zjeść (bo sama to zjadała resztki po mnie). Pomieszczenie to były ściany, okno, drzwi, sufit był z desek. Bardzo operowało słońce, bo wyżej nic nie było. Pół metra wyżej był tylko daszek z papy, to jak latem człowiek dobrze się ustawił, to przez szpary w suficie widział niebo. Deski były zeschnięte. Były fugi, ale te fugi nic nie dawały. Matka często mnie zostawiała, zamykała na klucz [i] szła do roboty, a ja wyczyniałam różne rzeczy. Strugałam sobie różne zabawki, matka chowała przede mną noże, ale ja i tak znalazłam. Jak tylko widziałam przez okno, że idzie, to raz dwa wszystko porządkowałam.

  • Co mama robiła w czasie okupacji?

W czasie okupacji pracowała w wielu miejscach – w wytwórni suszu na Świętojerskiej, potem w niemieckim, wojskowym szpitalu na Książęcej i potem, jak już zwolniła się [ze szpitala], to pracowała w magazynie prowiantowym w Wytwórni Papierów Wartościowych. Tam już pracowała do końca. Zastanawiam się tylko – nie znalazłam nigdzie, w żadnych przypisach – czy Niemcy nie wiedzieli wcześniej, że szykuje się Powstanie. [Dlatego, że] wszystkim pracownikom, którzy pracowali w Wytwórni Papierów Wartościowych na miesiąc wcześniej dali trzymiesięczną odprawę (pensję) i wszystkich zwolnili. Robili sobie tam swoje stanowiska. Wygląda na to, że byli chyba dobrze poinformowani.

  • Zbliżał się front ze wschodu. Przecież Niemcy uciekali w lipcu z Warszawy. Czy pani to pamięta?

Tego nie pamiętam. Sama nigdzie nie wyłaziłam, tylko – jak to się mówi – za łapę. Matka mnie zawsze trzymała za rękę.

  • Czyli na początku lipca mama została zwolniona z Wytwórni Papierów Wartościowych?

Tak. Wszyscy, nie tylko matka. Dostali trzymiesięczną odprawę, deputat papierosów, wódki. Nie wiem dlaczego w ten sposób… W pierwszy dzień Powstania, około godziny piątej, [pamiętam] entuzjazm wśród ludzi, którzy tam mieszkali, wszyscy się znali, duże podwórko, duży teren. Do matki przyszli sąsiedzi: „Chodź, pójdziemy pod wiatę – na terenie była stolarnia Rewerskiego – uczcimy zwycięstwo”. Matka mówi: „Daj ty mi święty spokój, nigdzie nie idę, jeszcze muszę Baśce przeprać. Później do was przyjdę”. To była rodzina Olewińskich – małżeństwo, dwóch dorosłych synów, córka mężatka i malutkie dziecko i jedna córka około trzynastu, czternastu lat, trochę niedorozwinięta. Poszli pod wiatę. Pierwszy gwizd i pierwszy wybuch (nie mówię o nalotach, które były, bo to zupełnie co innego) – aż wszystko zatrzęsło się – był z dawnej fabryki „Fiata”, która była albo przy Bonifraterskiej, albo przy Konwiktorskiej. Niemcy mieli tam swoją tak zwaną szafę, krowę. Pierwsze strzały – cała rodzina (ci, co przyszli wołać matkę na uczczenie zwycięstwa Powstania) została [zabita], od razu, pierwszego dnia parę minut po piątej. Potem matka spakowała najpotrzebniejsze rzeczy do plecionego kufra (były kiedyś wielkie, plecione kosze – kufry), ktoś matce pomógł zanieść to do piwnicy. Nie każdy lokator miał piwnicę, było tak jak w szpitalu. Piwnica była pod budynkiem frontowym od Zakroczymskiej. Wejście było od podwórka. To było jedno malutkie pomieszczenie, dosyć długie. Druga piwnica była olbrzymia i w tej olbrzymiej piwnicy siedzieli ludzie. W pierwszym [pomieszczeniu] wejście było z podwórka i w kąciku stał kubeł, do którego ludzie się załatwiali. Nie było mowy, żeby gdzieś wyjść, bo wszystko było momentalnie zgruzowane. Kubeł wynosili w nocy i wylewali. Później doszło do tego, że już nie dało się go wynosić. W ten kącik wszyscy załatwiali się, wymiotowali, wszystko. To było w tym pomieszczeniu w piwnicy.

  • Dlaczego nie dało się wynosić kubła?

Bo reflektory [świeciły] i kto się pokazał – od razu był strzał snajpera i człowiek spadał do piwnicy. Już nie było możliwości. Na środku w dużym pomieszczeniu, gdzie byli ludzie, ja z matką, na cegłach leżały duże drzwi (tak jak kiedyś były drzwi dwuskrzydłowe) – jedna połówka. Na tym stole operowali rannych. Narzędzia, instrumenty wygotowywali w garnuszku [ustawionym] na dwóch cegiełkach. Paliła się albo świeczka, albo knotek z naftą – zależy, co mieli, to na tym gotowali narzędzia. Jeść – ludzie skądś ściągali żarcie.

  • Czy operowali tam cywili czy powstańców?

Kto się trafił. Jak jeszcze nadawał się do czegoś, to go operowali. Nie wiem, gdzie później odnosili delikwenta.

  • Czy operacje trwały non stop?

Często. Często. W tej chwili jak zobaczę krew, to aż mnie ciarki przechodzą, a wtedy jako dzieciak, to patrzyłam i na te amputacje, i na te flaki – to było widać. Świecili sobie lampami naftowymi (dopóki była nafta) i lusterkami a później świeczkami. Jak ktoś dał mi coś do zjedzenia, to zjadłam. Matka – nie wiem, czym żyła. Czasem napiła się wody, jak jej ktoś dał. W piwnicy było tak gorąco i duszno – już nie mówię o smrodzie – że byłam w samych majtkach i w szkolnym fartuchu. Moja matka była nawet bez majtek, tylko w roboczym fartuchu i w kieszeni miała spięte dokumenty. Nic więcej. Już nie mogła tego wszystkiego wytrzymać. Wzięła mnie o świcie za łapę, już był brzask, i poszła ze mną na Kościelną (ulica zaraz obok), oczywiście po gruzach. W czasie okupacji przyjmował tam doktór Lampe. Mieszkał tam, miał sekretarkę czy siostrę i przyjmował. Matka wiedziała, bo to był lekarz z tak zwanej kasy chorych. Poszła do niego. Klatka, gdzie przyjmował, jeszcze stała. Otworzył: „Słucham panią”. – „Panie doktorze, ja pana bardzo proszę o dwie tabletki sublimatu”. – „Co? Po co pani?”. – „Jedną dla niej, jedną dla mnie, bo już dłużej nie wytrzymam, a nie chcę, żebym ja zginęła, a ona została albo odwrotnie, bo to…”. Popędził matce kota. Idziemy z powrotem po gruzach.

  • Co to były za tabletki?

Jakaś trucizna. Taka, żeby to było szybko i bezboleśnie – podobno. Nie orientuję się, ale coś takiego.

  • Czy to był początek, połowa, koniec sierpnia?

Straciłam rachubę, nie wiem. W każdym razie już nie dało się wynosić kubłów z nieczystościami, już było w tym samym pomieszczeniu.Kiedy wracałyśmy po gruzach od doktora Lampe, już nie było wejścia do piwnicy, już było całkowicie zasypane. Dalej po gruzach matka przeszła ze mną naprzeciwko – Zakroczymska 1, był tam kościół franciszkanów (prawdopodobnie w tym obiekcie był też dom starców). Obok [był] mur do Freta, gdzie było getto, tak że jedno przy drugim. To jeszcze było raniutko, poszłyśmy do piwnicy pod kościół (wejście było od podwórka). Jednocześnie był tam zakon franciszkanów. Zeszliśmy parę schodków, jeszcze jakiś facet i małżeństwo zeszło z nami do piwnicy pod kościół. Ludzie oczywiście zaczęli wrzeszczeć: „Nie ma miejsca! Gdzie się pchacie?!”. Już zaczął latać samolot – było słychać, że tam coś opuścił, tu coś opuścił. Wleźliśmy, pięć osób – ja z matką, małżeństwo i facet – pod kocioł centralnego ogrzewania, który kiedyś ogrzewał kościół. Oczywiście to było lato, kocioł był pusty i żeśmy wleźli we wnękę. W krótkim czasie – jak wspomniałam, zaczynał się nalot – na wielki ołtarz spadła bomba burząca i później zapalająca. Nad wejściem do piwnicy kościoła był wielki ołtarz. Wszyscy, co tak na nas wrzeszczeli, zostali zasypani. Palić nie bardzo miało się co albo to był niewybuch – nie pamiętam. Ci wszyscy zostali pod gruzami. Jak trochę uspokoiło się, to ci, co byli w drugiej części, w innych piwnicach, zaczęli tych ludzi odgrzebywać. Niektórzy jeszcze żyli, niektórzy nie żyli. Noc żeśmy przestali czy przesiedzieli na korytarzu. Na drugi dzień z samego rana księża wyciągnęli drzewce z chorągwi, uwiązali prześcieradła i wyszliśmy do Niemców poddać się. Była spora grupka, nie wiem, skąd się wzięło [tyle] ludzi – trochę było z domu starców, trochę z piwnicy, trochę z innych piwnic. Muszę powiedzieć przykrą rzecz – jak mówię, to nikt nie chce mi wierzyć. Po jednej stronie Zakroczymskiej byli Niemcy, po drugiej byli powstańcy. Jak wychodziła ludność cywilna z prześcieradłem, poddawali się, to Niemcy nie strzelali. Natomiast od polskiej strony, od powstańców, padło kilka strzałów do ludności cywilnej. Po prostu dlatego, że jak ludność cywilna odeszła, to nie mieli żadnego oparcia, bo gdzie? Od razu tam, gdzie zwolniło się, to zajmowali Niemcy. Przykre to. Z tego co pamiętam, co widziałam, to padła babka – z potężnym brzuchem (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że była w ciąży, później człowiek kojarzy pewne rzeczy). Na rogu Zakroczymskiej, Wytwórni Papierów Wartościowych i ulicy Konwiktorskiej była wielka barykada. Na barykadzie stali „ukraińcy”, którzy niby pomagali ludności wczołgać się na barykadę, żeby przejść na niemiecką stronę. Ci, co mieli biżuterię, to oczywiście od razu im zabierali. To byli prawdopodobnie Ukraińcy – tak mówili, bo nie byłam na tyle duża, nie kojarzyłam. Poszliśmy do szkoły Poniatowskiego (to jest zaraz naprzeciwko Krajewskiego, w tej chwili też jest tam szkoła). W sali gimnastycznej przespaliśmy jedną noc. W nocy weszło dwóch Niemców – nie wiem, czy ktoś im podał, w każdym razie podeszli prościutko do faceta i go stamtąd zgarnęli. Nie wiem dlaczego. Prościutko. Weszli w nocy z latarkami – szli do niego tak jak po sznureczku. Czy ktoś go sypnął – naprawdę nie umiem powiedzieć. Rano wygonili nas z sali gimnastycznej, podjechały dwa samochody ciężarowe, odkryte i propozycja Niemców – byli bardzo grzeczni, bardzo usłużni (przynajmniej w tym momencie) – ranni i dzieci na samochody, a reszta pójdzie pieszo. Matka, ponieważ w I wojnę światową była w Niemczech, coś niecoś liznęła języka. Ubłagała, żebym nie musiała iść na samochód. [Niemiec] machnął ręką i zostawił mnie z matką. Szliśmy, [a] samochody pojechały z rannymi.

  • Gdzie było wejście na samochody?

Przy szkole. Jak wyrzucili nas z sali gimnastycznej, to na podwórko podjechały dwa samochody.

  • Czy pani jest pewna, że wcześniej strzały poleciały od strony powstańców?

Miałam wtedy dziesiąty rok, ale ci, którzy szli z nami w pochodzie, klęli po prostu – taki nie taki „Do swoich strzelasz!”. Nie było strzelaniny, ale było około trzech strzałów. Z tego, co pamiętam, babka w ciąży została na miejscu zabita. Wygnali nas ze szkoły, szliśmy na piechotę koło Dworca Gdańskiego. Gnali nas do ulicy Wolskiej i Wolską do kościoła świętego Wojciecha. Każdy gdzie mógł, to usiadł – jak nie na schodkach, to na podłodze. Wszystko było głodne i pomęczone. [Wcześniej] koło nas mieszkali pracownicy przedwojennego szpitala z Zakroczymskiej – małżeństwo Janickich. Żona była ranna w obydwie stopy, tak że jak [szliśmy] do szkoły, to trzymali ją pod ręce i wlokła się. Dał ją na samochód, bo iść, to nie wiadomo ile, a on szedł z nami w kolumnie. Potem znowu przyszli Niemcy i powiedzieli, że potrzebują paru mężczyzn, żeby wykopali doły. Okazało się, że dzieci i ranni, którzy pojechali samochodem, już byli gotowi do pogrzebania. Rozwalili ich. Janicki, jak zobaczył, że jego żona leży wśród innych, przyszedł do kościoła (już jak wykopali dół, zasypali ich), usiadł pod filarem i wykończył się, prawdopodobnie na serce.

  • Ile było samochodów z rannymi i dziećmi?

Dwa samochody. Nie bardzo wypełnione, bo to robili non stop – jak mieli trochę… Były dwa samochody ciężarowe z ławeczkami po bokach. Wojskowe samochody.

  • Czy rodzice nie robili histerii?

Nie. [Niemcy] wtedy byli tak mili: „Po co dzieci mają iść aż na Wolę, tak daleko. Tam będą czekać na was”. I niektórzy rodzice bardzo chętnie oddawali dzieci. Moja matka [nie chciała], najpierw zaczęła się pieklić, a potem jakoś [ubłagała] i zgodzili się. Później jeszcze widziałam większe dzieci ode mnie – trzynaście, czternaście lat.

  • A później u świętego Wojciecha, jak dzieci były martwe, jak rodzice nie mogli ich odebrać…

To co mogli? Mogli tylko wrzeszczeć i płakać, nic więcej nie byli w stanie zrobić. Jak za bardzo wrzeszczeli, to pistolet czy karabin i po krzyku. Nawet nie wiedzieli, bo wprowadzili nas do kościoła głównym wejściem, a to było z tyłu kościoła. Większość szukała dzieci, pytała się, to ich zbywali jak mogli. Dopiero niektórzy dowiedzieli się później. Stamtąd znowu nas zabrali – kolumnę, już była spora, bo jak przyszliśmy do kościoła, to już byli ludzie. Prowadzili nas do Pruszkowa – tam były chyba warsztaty kolejowe. [W Pruszkowie] byliśmy parę dni. Spaliśmy na słomianych matach. Straszne wszy, takie, że jak miałam trykotowe majtki, to jak wlazły między oczka, to było je widać na dwie strony. Makabra. Dali nam jakąś kawę, razowy chleb. Nie wiem, czym żyła moja matka. Wszystko, co gdzieś dorwała, to wtryniała mnie. Później załadowali nas na wagony towarowe. Kobiety i dzieci na jedną stronę, mężczyźni i dorastający chłopcy na drugą stronę, bez niczego. Nie umiem powiedzieć, gdzie wieźli mężczyzn, natomiast my z matką znalazłyśmy się w Przygłowiu.

  • Czy długo trwała podróż?

To nie była taka podróż, że jak ruszył parowóz, to szło to ciurkiem. Tu troszkę postał, tam troszkę postał, jak gdzieś był zajęty tor, to zjechali na bocznicę. Trwało to dzień, noc – na pewno.

  • Czy dostaliście wyżywienie, wodę?

Jak [pociąg] zatrzymał się, to ludność, która [była] po drodze, wrzucała do wagonów. Pamiętam, że później dostaliśmy tylko czarną kawę i kawałek czarnego chleba. To wszystko.

  • Na stacji kazano wam wyjść?

Tak, normalnie wysiedlili nas. Był punkt, przyjeżdżali furmankami chłopi z okolicznych wsi i wybierali sobie Polaków. Których chcieli, to sobie zabierali do siebie. Nie wiem, czy była rejestracja, czy nie, bo nie pamiętam tego. Przyjechał młody gospodarz, zabrał mnie i matkę. Z nim był jeszcze sąsiad z drugiego zabudowania, też wziął sobie babkę, chyba z chłopcem. Przyjechali do domu. Gospodarze najpierw nas nakarmili, dali nam michę, zagrzeli wodę, żeby się umyć. Dali nam łóżko – mnie z matką – to był pokój przejściowy, tam spałyśmy. Matkę gryzło sumienie. Dzień, dwa, trzy – ładnie pięknie, ale matka nigdy nie pracowała na wsi, po prostu nie umiała. Czuła się z tym źle, że je – nie tylko ona, ale i ja – i jak to tak można? Posprzątała w chałupie, a resztę nie umiała zrobić. Nie byliśmy tam długo, może z półtora tygodnia. Podziękowała im, wzięła mnie za łapę i poszła ze mną do miasta. Nie wiem, ile było kilometrów, szliśmy na piechotę.

  • Nie pamięta pani, jak nazywali się gospodarze?

Nie pamiętam.

  • Czy mogliście oddalać się od gospodarzy?

Mogliśmy. Może było zameldowane u sołtysa, ale matka podziękowała, wzięła mnie za łapę i poszłyśmy do miasta. Trafiłyśmy do PCK.

  • Co to było za miasto?

Piotrków ([wieś] była pod Piotrkowem). Tam znowu przyjeżdżali gospodarze z bliższych okolic. Znowu był gospodarz z żoną, zgarnęli nas, a to już było blisko – tak jak jedzie się kawałeczek za miasto przystanek czy dwa – było bliziutko. Gospodyni mówi do matki: „Słuchaj, warszawianka – to już były wykopki – pójdziemy kopać”. Gospodarstwo miała owszem owszem, do kopania było branych dziesięć osób. Matka mówi: „Dobrze”. Zostawili mnie w domu, poszli kopać. Kopaczki robiły nawrót, a matka grajdoliła się w jednym miejscu. W końcu gospodyni mówi: „Słuchaj, warszawianka. Nie będziesz się męczyć. Ugotujesz dla wszystkich kopaczy i dla nas. Będziesz robiła obiady. Jak przyjdą na przerwę, żeby mieli co zjeść, chwilę odpocząć”. Matka mówi: „No dobrze, ale co mam gotować?”. – „Masz wszystko otwarte. Co uważasz, to gotuj”. Jak matce tak powiedziała, to matka dorwała się – kopacze byli przeszczęśliwi. Jak rób co chcesz, to rób co chcesz. [Gospodarze] mieli strasznie zachudzonego psa. Nie byli chytrzy, ale pies był traktowany naprawdę jak pies. Był tak zachudzony, że miał pozapadane boki i żebra prawie że na wierzchu. Moja matka pierwszą miskę z gara podsuwała temu psu. Mało tego – później pies warczał i szczekał na gospodarzy, a za matką w piekło by poszedł! Ale znowu matce odbiło – bo można tak powiedzieć. Znowu powiedziała, że: „Za samo gotowanie… Korzystam z opału, z jedzenia i dzieciak mój…” Znowu poszła do Piotrkowa. Wtedy trafiłyśmy do RGO. […] Matka mówi, że chciałaby dostać jakiś kąt, żeby mogła ze mną przenocować i robotę, żeby mogła iść, zarobić, bo mówi, że źle czuje się u gospodarzy, bo uważa, że za darmo ją żywią, a ona tak nie może. Spanie dostałyśmy w Piotrkowie przy ulicy Piłsudskiego 15. Były dwa duże pokoje z kuchnią z jednej strony, na parterze i dwa duże pokoje z kuchnią po drugiej stronie na parterze. Naprzeciwko było więzienie. Dostałyśmy nocleg. W środku były poustawiane piętrowe prycze. Dostałyśmy z matką pryczę na górze. Co najważniejsze – [matka] dostała robotę. Nosiła trzy posiłki dziennie – śniadanie, obiad i kolację – z ulicy Piłsudskiego (tam była kuchnia dla warszawiaków, gotowali). Na Krakówce ze sklepu był zrobiony niby szpitalik (ale tam chyba nikt nie leczył), [w którym] byli warszawiacy chorzy na gruźlicę. Matka nosiła im posiłki trzy razy dziennie. Miała dwa wiadra i na plecach miała plecak, a w nim chleb czy inne rzeczy. [Nosiła] albo dwa kubły zupy, albo dwa kubły kawy. Co najważniejsze, z czego była przeszczęśliwa, miała w kenkarcie wielką pieczątkę ze znakiem gruźlicy. Ponieważ Niemcy strasznie bali się i tyfusu, i gruźlicy, to jak tylko była łapanka i matka otworzyła kenkartę, to pędzili matkę na zbity łeb, nawet nie chcieli się zbliżyć. Z tego powodu była szczęśliwa. W hotelu (nie wiem, jak to nazwać) RGO byliśmy aż do wejścia Rosjan. Z mojej obserwacji – ruscy, co weszli na teren tego niby hotelu, to byli oficerowie, bardzo grzeczni. Naprzynosili chleba, naprzynosili różnych konserw, naprzynosili – nie wiem skąd mieli, chyba podebrane ze zrzutów – gum do żucia (z paczek, jak później były z UNRRA). Rozdawali wszystko, a dzieciakom słodycze. Konserw to naprawdę było do wyboru do koloru. Z nikim nie wojowali, na nikogo nie polowali. Jak troszeczkę przeszedł front, to matka – oczywiście – jedzie do Warszawy. Tu się urodziła, tu się wychowała i poza tym, co w pierwszą wojnę była we Frankfurcie nad Menem, w Niemczech, to nigdzie nie ruszała się, więc jedzie do Warszawy. Jeszcze z RGO matka dostała nowiutkie drewniaki, półbuty – nie zginały się, były proste, czerwony płaszcz z czarnymi mankietami, czarnym kołnierzykiem i czarnymi guziczkami do samego dołu. Ja dostałam malutką kapotę dorożkarską z łatą na plecach i buty. Jedziemy do Warszawy. Matka nie miała bagażu, w międzyczasie kupiła [tylko] poduszkę, więc wzięła poduszkę. Jeden pociąg – nie. Oczywiście chodziły pociągi towarowe, nie osobowe. Drugi pociąg – nie. W końcu podjechały węglary wypełnione tobołami i szabrownikami. „Ten pociąg do Warszawy?”. – „Tak, do Warszawy”. Wlazłyśmy na pociąg, matka komuś mnie podała, bo to były węglarki, niekryte wagony. Później matkę ktoś podsadził, wlazła. Krzyczą, że ten wagon idzie gdzie indziej, nie do Warszawy, więc gramolenie się z powrotem. Matka w tych tobołach zgubiła drewniaki, spadły jej z nóg i wylazła boso na peron. Stanęła jak sierota na bosaka i stała, nie wiedziała, co ma robić. Szkła pełno, bo wszystko pobite, wszystkie szyby na dworcu (to było na dworcu w Piotrkowie w pobliżu huty „Hortensja”). Stoi boso, nie wie, co ma robić, trzyma poduszkę, mnie za łapę. Podszedł do nas facet: „Co pani tak stoi?”. Matka mówi: „No, jak ja mam iść? Na bosaka? Po tym szkle?”. – „Gdzie pani ma buty?”. – „No, tam. W tym wagonie mi spadły”. Wyciągnął z zawiniątka męskie półbuty, wielkie, spadały matce. Mówi: „Zaraz coś zrobimy”. Przytargał papierów, nazwijał kulek, nawpychał do czuba i w tych butach matka przyjechała do Warszawy.

  • Jaki to był miesiąc?

Nie wiem, kiedy była Wielkanoc, ale to było [około] półtora tygodnia przed Świętami Wielkanocnymi. Przyjechałyśmy na Dworzec Gdański i ktoś na Dymińskiej miał kogoś – czy ze znajomych czy kogoś z rodziny. To była Dymińska 9. Na wprost było wejście do cytadeli. To były dawne wojskowe bloki. Ja, facet, co dał matce buty, i jeszcze kilka osób poszliśmy na Dymińską. Wiem, że były dwa tapczany i położyli nas spać – w poprzek jak śledzie w beczce. Na drugi dzień każdy już lazł w swoje kąty, zobaczyć, co się dzieje i jak się dzieje. Facet był chyba z Mokotowa, wiem, że nazywał się Migdał – poszedł w swoje strony. Matka ze mną na Starówkę, zobaczyć. Szabrownicy musieli być dużo wcześniej. Nasz kosz – wiklinowy kufer – był wyciągnięty z piwnicy. Walały się tylko stare dokumenty, chyba metryka urodzenia matki, pozbierała chyba trochę zdjęć (swoich i rodziny). Poszłyśmy z powrotem na Dymińską, jeszcze jedną noc przenocowałyśmy. Matka zostawiła mnie na niecały dzień i na Żoliborzu, na Kaniowskiej znalazła piwnicę. To była willa. Cała willa była pusta, ale nie było drzwi ani okien, matka była sama ze mną, to zajęła względnie czystą piwnicę, gdzie nawet były otynkowane ściany i terakota na podłodze. Przyniosła jakieś drzwi, uwiązała (bo przecież drzwi nie pasowały) na sznurki, na zawiasy, które były w drzwiach. Bałam się siedzieć tam sama, wtedy było pusto dookoła, ale siedziałam. Wysadziłam nos z piwnicy, naprzynosiłam gazet, kolorowych czasopism. Nie wiem, co tam było w czasie okupacji, ale czasopisma były zagraniczne, ładnie wydane na kredowym papierze, ładne.

  • Czy spotkała pani po wojnie kogoś z sąsiadów?

Po wojnie przyjechała do Warszawy sąsiadka (znalazła się w Łodzi), która też tam mieszkała z matką i z dwójką dzieci. Nazywała się Koncewicz.

  • Z Zakroczymskiej?

Tak, z Zakroczymskiej 6. Wiem, że przyjechała z synem, odwiedziła matkę i na tym się urwało. Jej syn będzie trochę starszy ode mnie, chyba dalej mieszkają w Łodzi, ale nie wiem. Nie pamiętam, jak miała na imię matka (i nazwisko miała inne), a ona była Karola Koncewicz. Córka była Teresa, a syn – Bogdan. Przypadek – po wielu perypetiach mieszkaliśmy na Rybakach, zgruzowanych budynkach. Kiedyś były budowane dwa bliźniacze, wysokie budynki na hotele dla polonii amerykańskiej. W tej chwili jest tam malutki wodotrysk (nad Wisłą, w tym miejscu). Po wielu perypetiach mieszkałyśmy tam w piwnicy, mieszkało kilkanaście rodzin. Po drugiej stronie płynęła Wisła – przeszło się przez jezdnię i było się nad Wisłą. Utarł się zwyczaj, że lokatorzy z ruin (to były ruiny, te bloki też były zwalone) – był murek, gdzie było niedokończone ogrodzenie – wieczorem siadali sobie na murku i sobie gadali, plotkowali. Któregoś dnia po Wybrzeżu Gdańskim idzie doktór, od którego matka chciała truciznę. [Idzie] z tą sekretarką – prawdopodobnie już wtedy byli małżeństwem. Zatrzymał się, matka go zobaczyła, podeszła do niego, przywitali się. – „No, to co, kochana? Dać pani teraz tego sublimatu?”. Wiem, że matka cholernie zawstydziła się – „No, nie. Teraz to nie chcę”. – „No, widzi pani. Nie można tak rezygnować”. – „No tak, ale jak by ją zabili, to ja bym sobie poradziła, sama ze sobą zrobiła porządek. Ale jak mnie by zabili a ją… To przecież na pewną poniewierkę”. – „Dobra. Pytam jeszcze raz: chce pani sublimatu? To pani dam”. – „Nie, dziękuję”. Mieszkaliśmy tam do 1953 roku, a to był rok albo 1950 albo 1949, jak nad Wisłą spotkaliśmy doktora Lampe.

  • Czy zaczęli tam odbudowywać?

Myśmy mieszkali w gruzach, w ruinach. Było nas troje, później wyszłam za mąż, to było czworo i urodził się mój najstarszy [syn], to było pięcioro. Było dwanaście metrów kwadratowych, [a] na środku były jeszcze szyby z windy. [Szyb] miał około półtora na półtora, więc automatycznie odchodziło to z metrażu. […]

  • Proszę powiedzieć, jak nazywała się pani mama.

Marianna Kulińska. Później wyszła za mąż za mojego ojczyma (traktowałam go tak jak ojca, był naprawdę w porządku) i nazywała się Marianna Skoskiewicz.

  • A data jej urodzenia?

2 lipca 1900 rok.

  • Gdzie?

Warszawa. Niska 12.

  • Jak była z domu?

Kurowska.

  • Dziękuję pani bardzo.

Dziękuję pięknie.
Warszawa, 30 czerwca 2008 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama
Barbara Wyciszkiewicz Stopień: cywil Dzielnica: Stare Miasto

Zobacz także

Nasz newsletter