Moje nazwisko Bogusław Porwisiak, [urodziłem się] 12 grudnia 1938 roku w Warszawie.
Stefan i Władysława.
Jóźwiak.
Miałem rodzeństwo, młodszą siostrę.
Barbara, która […] doznała w czasie okupacji choroby Heinego-Medina i przebywając podczas całego Powstania, choroba się rozwinęła. Dziś jest kaleką bez lewej ręki – absolutny niewład lewej ręki pozostał po tej chorobie.
W zasadzie ojciec był stolarzem meblowym, w związku z czym stolarka to była…
Meblowy zakład wspólnie z jakimś [innym stolarzem], no ale osobnika nie pamiętam.
To była gdzieś chyba, jeśli się nie mylę, ulica Próżna, Marszałkowska, gdzieś w tej okolicy.
Na Zielnej 42, w Śródmieściu. Mieszkanie i okna z mieszkania wychodziły na dom PAST-y, który nam towarzyszył przez całe Powstanie.
Domem się zajmowała, bo miała jeszcze stryjka również, Tadeusza, który też bywał, zamieszkiwał…
To był jej męża brat.
Brat, Tadeusz [Porwisiak].
W Powstaniu Warszawskim.
Nie, był najmłodszy, bo było trzech braci, Marian, Stefan. Marian był najstarszy, Stefan i Tadeusz.
Pomieszkiwał, no to matka musiała tą całą trzódkę jakoś ogarniać.
Tutaj to pamięć nie sięga tak daleko, ponieważ miałem około pięciu lat, w związku z tym z dzieciakami się na podwórko wybiegało, jak to zwykle bywa wśród dzieci. Ale jeden z ciekawszych momentów tutaj może być taki, że ja miałem również kontakt… To znaczy ja wymuszałem, za co obrywałem od ojca cięgi, bo biegałem bawić się z niemieckimi dzieciakami do domu PAST-y. Tam na podwórko wbiegałem, oni mieli zabawki, samochodziki, kolejki, no to miałem zakaz oczywiście, ale ten zakaz był różnie traktowany. Otrzymywałem reprymendy i to czasami dosyć ostre w tonie, niemniej jednak takie zdarzenie miało miejsce.
Raczej był, jak sobie to kojarzę, dla dziecka… Skoro chodziliśmy na spacery do Ogrodu Saskiego, matka z ojcem wyprowadzali mnie często, tak że nie było jakiegoś momentu, w którym by była jakaś rozpacz czy nieszczęście. À propos tego spaceru do Ogrodu Saskiego, tam była fontanna, którą bardzo chętnie odwiedzałem, bo matce wtedy znikałem i z wodą byłem w kontakcie. Pewnego razu z tego pochyłego wejścia do obudowy fontanny zsunąłem się i wpadłem, znikając matce z oczu, co spowodowało z jej strony, bo mnie szukała, a ja sobie głęboko siedziałem w wodzie, w fontannie, w Ogrodzie Saskim. To pamiętam, że było potem jeszcze po wojnie wielokrotnie ze strony matki wspomnienia, jak ona to przeżywała, bo tam ktoś nawet sygnalizował, że się topię czy tam pluszczę w tej wodzie. Oczywiście reprymenda była odpowiednia, ale to taki moment związany z Warszawą, z jej częścią, którą kojarzę.
Niestety nie, pamiętam tylko nazwiska chyba, ale w tej chwili też nie. Gdzieś tam mam zanotowane, bo po wojnie były rozmowy. Matka wspominała i powinienem pamiętać, ale niestety pamięć jest zawodna.
Tak.
To, że strzelanina, hałas, odgłosy strzelaniny i jakoś to było zaobserwowane, że coś się niewłaściwie dzieje, a później zaskoczenie, że jestem w piwnicy, że muszę opuścić mieszkanie, schodzę do piwnicy, chowając się przed ewentualnymi agresorami. Później to już cały czas też w tej takiej traumie wojennej piwnicznego przemieszczania się z jednego budynku do drugiego. Ten się zawalił czy został uszkodzony, to między murami piwnic, lochami przemieszczaliśmy się dalej. Pamiętam, to utkwiło w pamięci, płacz dzieci, modlitw, pogrzebowy nastrój, którego się trudno wyzbyć z pamięci – to mi pozostało, to mi utkwiło głęboko w pamięci.
Tak, ojciec przez cały czas Powstania był z nami. Pamiętam, jak ciężko pracował przy przejściach między budynkami, gdzie ściany były po kilka metrów i trzeba było przekuć się do następnego pomieszczenia, bo strach było wyjść, żeby jakoś tam wymanewrować i przejść, kiedy [będzie można]. Pamiętam też moment i opowiadanie matki po wojnie, jak ojciec mnie gdzieś przeprowadzał z miejsca na miejsce i nastąpił atak ze strony Niemców za pomocą ciężkiego działa, które wtedy nazywano ryczącą „krową”. Po tych rykach, że tak powiem, ojciec mnie rzucił pod mur, swoim ciałem mnie przykrył i przeczekaliśmy atak ze strony tej ryczącej krowy. To jest też takie pamiętne, bo ten moment jakoś człowiek fizycznie chyba nawet odczuł, bo bolało, jak został chłopak pięcioletni przyciśnięty do ziemi.
Całe Powstanie Warszawskie w piwnicach.
No nie, chyba nie było to jakoś rejestrowane, czym jest ten dom PAST-y. Rodzice się orientowali, reagowali, wiedzieli. Ja natomiast uważałem, że tam są chłopcy, tam trzeba zobaczyć, jaki mają sprzęt, pobawić się. Natomiast ojciec twierdził, że musimy się ewakuować, bo tu pójdzie też atak ze strony Powstańców, w związku z tym nie możemy okna w okna przebywać. Nawet w piwnicy szukał innego bezpieczniejszego pomieszczenia. Gdzie się przenieśliśmy w danym momencie, to trudno mi powiedzieć, w każdym razie wiem, że piwnice zawalone czy uszkodzone na skutek bombardowań trzeba było opuszczać i przemieszczać się w inne miejsca.
Pojawił się. Pojawił się chyba raz, jak matka wspominała raz, albo dwa. Podczas jednego ze spotkań zostałem wyproszony z pokoju do innego pokoju czy nawet pozwolenie na pójście na podwórko, bawić się, ale przez ułamki sekund widziałem stryjka i potem dopytywałem, dlaczego wujek się przebrał. Przyszedł w mundurze oficera chyba, nie wiem, czy to było… Trudno przypomnieć, co mówiono na ten temat, SS czy Wermacht.
W niemieckim mundurze
To było przed Powstaniem, a później się pojawił już w mundurze akowskim, z opaską. Ja tego nie widziałem, natomiast zauważyłem kątem oka, bo mnie przeproszono do innego pokoju, że coś tu się zdarzyło, coś się stało – dlaczego wujek w niemieckim mundurze. Ale najprawdopodobniej już wówczas działał i miał do spełnienia jakąś szczególną misję, skoro założył mundur niemiecki.
Widzieliśmy ostatni raz, tak, później już widocznie został skierowany przez Niemców do obozu, wywieziony do Niemiec.
To też utkwiło mi w pamięci, a mama to jeszcze później powtarzała, że kobiety organizowały posiłki z różnego rodzaju produktów, a te produkty, które wymagały, że tak powiem gotowania czy ognia – to się działo na podwórko – kobiety miały takie różnego rodzaju piecyki, różnego rodzaju możliwości zagotowania czy ewentualnie usmażenia posiłków. Podczas jednego – to matka opowiadała – podczas jednego przyrządzania tych posiłków omal nie zginęła, bo uderzył pocisk. Kilka osób zostało nawet ciężko rannych wśród tych kobiet. Wszystko zostało zniszczone i przez jakiś czas mieliśmy do spożycia tylko suchary. Nie było możliwości [przygotowania] jakiegoś bardziej sensownego gotowanego [jedzenia] do spożywania. To pamiętam i chyba taki stan trwał przez dłuższy okres czasu.
To tylko jeżeli widziałem, to mnie chyba zainteresowało to, że przenoszono ludzi rannych…
Na noszach takich i to z bardzo dużym trudem przeciskając się przez te czeluście, które między tymi budynkami zostały wykute. Bo pamiętam, że ojciec przychodził cały zapylony, brudny, bo też uczestniczył przy tym wykuwaniu otworów przejściowych między budynkami. To jakoś tak kojarzę, że umorusany, że brudny taki, co zwracało moją uwagę.
Nie, w różnych częściach kraju, ale nie.
Nie, nie było. My byliśmy odosobnieni. Gros rodziny zamieszkiwało w Łodzi i tu kierowaliśmy się z Pruszkowa do Łodzi.
Pamiętam doskonale, bo nie kojarzę dobrze faktu, który miał miejsce, związanego z [pewnym] zdarzeniem. W drodze, jak nas pędzono, wypędzano z Warszawy, kolumny szły gdzieś przed Pruszkowem drogą, zobaczyłem w okolicy, gdzie się przechodziło, ziemniak.
Matka później wspominała, jaką ja okazywałem radość, że mam coś do jedzenia. Znalazłem tego ziemniaka i to była największa frajda, że będziemy mogli jeść. Matka później, już po wojnie, często wspominała: „Jedz, bo byłeś głodny, a teraz masz co jeść, wobec tego nie odmawiaj”.
Też były wspomnienia, ale chyba jakoś nie zarejestrowałem szczególnie, jak to [było] w tym Pruszkowie. Nawet sobie nie bardzo kojarzę, jak to w tym Pruszkowie się parcelowano, przemieszczano, jak Niemcy segregowali, [jak wyglądał] ten na wyjazd do Niemiec, ten….
Tak, wtedy [wypędzono] do Pruszkowa wszystkich cywilnych – wszyscy, którzy wyszli z piwnic, jeszcze stać ich było na to, żeby było przemaszerować sporo. Nie pamiętam, jakie tam były te podwody, jaki transport Niemcy używali, tego nie pamiętam, w każdym razie kawałek trzeba było przejść drogą, gdzie znalazłem wspomnianego ziemniaka i się ogromnie cieszyłem, matce zaniosłem.
Przede wszystkim jak była dwójka małych dzieci…
Ona jest ode mnie młodsza o cztery lata.
Tak.
Tak, to matka [zabrała jakieś rzeczy], kołdra, nie kołdra, koc, poduszka; takie rzeczy, które można było zabierać, nie było ograniczeń.
Jeszcze do niedawna miałem walizeczkę, którą miałem, tylko już się rozsypała, już się rozleciała przez moje tutaj też przemieszczania. Ale bardzo długo, długo przywoływała mi pamięć.
Było moje ubranko, nawet jakieś takie, które na spacery…
Wyjściowe, tak, bo matka mówi: „Przecież gdzieś kiedyś się zatrzymamy i w ludzkich warunkach będziemy egzystować, w związku z tym pierwsze, to żebyś miał co na siebie włożyć”. Tak to interpretowała.
Nie pamiętam, co to tam było.
Wyszedł, tak.
W Pruszkowie ojca izolowano od nas.
Tak. Najprawdopodobniej ojciec miał kierunek do obozu w Niemczech i tak jak z relacji matki to wyglądało, to chyba z transportu, którym był wywożony do Niemiec, uciekł. Uciekł i po krótkim bardzo okresie kierował się do Warszawy. Jak matka mówiła, [kiedy jechał] do Warszawy, był atak Niemców, tych resztek, co się wycofywali, resztek, na samochód, którym jechał, i zginął.
Później, właśnie Jamrozińscy się kontaktowali później, znajomi z Warszawy, że mają jakieś informacje o śmierci ojca.
Do Łodzi.
Już bezpośrednio do Łodzi.
Nie, tam najprawdopodobniej, jak mama mówiła, były zapytania, kto ma rodziny w Polsce, gdzie ma rodzinę, czy chce wracać do rodziny, czy chce jechać do Niemiec. Takie były tam podobno układy.
Był jak najbardziej wskazany.
Jak i ojca.
Do rodziców mamy, tak.
Jóźwiak. Też niełatwo było zdobyć, jak mama opowiadała, dach nad głową i jakąś sensowną pracę, żeby utrzymać dwoje dzieci, bo rodzina nie za bardzo garnęła się do wsparcia, do opieki. Niezbyt miłe to wspomnienia i mnóstwo później problemów, które matka przeżywała w związku z kontaktami rodzinnymi.
Już nie wróciliśmy, nie.
Zamknięty został. Matka obarczona obowiązkami, dwójką dzieci, problemami zarobkowania, problemami życia, nawet nie chciała wspominać tego, co przeżyła. W sporadycznych momentach wracała, ale to już na jakichś takich szczególnych odruchach.
Mi tak przykro było, że… Jest jeden budynek, ten, który odwiedzałem, jest, stoi, a ten budynek, który był naprzeciw, Zielna 42, zniknął z powierzchni. No bo Warszawa wracała do życia i trzeba pewne regulacje było wykonać. Nawet nie mogłem jakoś skojarzyć tego miejsca, patrząc na dom PAST-y, naprzeciw, bo tam już jakieś sklepiki, jakieś zabudowania. A próbowałem też, bo stryj Marian miał...
Brat Tadeusza miał chyba właśnie róg Próżnej, Marszałkowskiej zakład rymarsko-kaletniczy i ja tam bardzo lubiłem do niego biegać, przesiadywać, bo wujek miał produkcje kagańców, smyczy, pejczy i tam pieski różnego kalibru, różnej wielkości przychodziły i jaka frajda, jak można było go pogłaskać, pobawić się. Pamiętam, że takie zdarzenie miało również miejsce w czasie okupacji.
To teraz, ostatnie okresy, nie wiem. Pierwszy to tam byłem dziesięć czy piętnaście lat temu. Teraz też jak byłem i ta ogromna zabudowa, przytłaczająca, jak człowiek nie widział przez dwadzieścia lat, jak się to wszystko pozmieniało, no to taka radość, takie doznanie satysfakcji, że ta stolica tak pięknie się prezentuje. Można z przyjemnością i oglądać, i przebywać.
Też, też byłem
To był taki główny moment.
Na tyłach, jest to moment, który głęboko utkwił w pamięci i trudno było nie odwiedzić podczas pobytu. Poza tym jestem cały czas w takim nastroju, że pamięć po tych wszystkich zdarzeniach, po tej tragedii Powstania Warszawskiego, nie pójdzie u nas Polaków w zapomnienie, tylko będą jeszcze miejsca na to, żeby w historii istniała, żeby w historii można było potomnym przekazywać, jak to piękne dzisiaj miasto miało tyle cierpień i tyle zniszczeń.
Tak, tylko że ze mną ta pamięć odejdzie, a takich jak ja już jest niewielu i dlatego historia powinna to zakodować jakoś, utrwalić, żeby tej młodej generacji nie uszło to uwadze w przyszłości. […]
Łódź, 10 grudnia 2025 roku
Rozmowę prowadziła Anna Sztyk