Danuta Urbańska
stopień
cywil
dzielnica
Wola
Nazywam się Danuta Urbańska, nazwisko panieńskie Wiśniewska. Mam siedemdziesiąt cztery lata.

  • Proszę opowiedzieć o czasach swojego dzieciństwa.

Moje dzieciństwo zostało wplecione w straszne losy Warszawy. Mieszkałam wtedy na Grzybowskiej 53, oczywiście z rodzicami. Tam nas zastało Powstanie Warszawskie. Z Powstania pozostały mi bardzo wymowne, tragiczne, bym powiedziała, zdarzenia, które w pamięci małego jeszcze dziecka bardzo mocno zostały. Natomiast nie pamiętam, nie rozpatrywałam wtedy żadnych powodów, co się dzieje. Wiedziałam tylko, że jest tragicznie, że przeżywają to moi rodzice. Kilka scen zatrzymanych w kadrze mojej dziecięcej pamięci opisałam we wspomnieniach dedykowanych moim dzieciom i wnukom, po to, żeby nigdy nie pomyślały (jak usłyszałam w audycji radiowej), że Powstanie Warszawskie to wytwór literackiej wyobraźni. Chciałam moje dzieci przed tym uchronić. Kilka takich scen mogę opowiedzieć, które były dla mnie szczególnie dotkliwe i wryły się w moją dziecięcą pamięć, później przetworzoną już, jak u dorosłego człowieka, oczywiście uzupełnioną rozmowami z rodzicami. Dziś rodziców moich już oczywiście nie ma, nie ma z kim już na ten temat uzupełniać wiadomości. Z mojego grona osób, które pamiętały Powstanie Warszawskie, już właściwie nie mam nikogo. To, co mi zostało, to są tragiczne sceny zatrzymane w dziecięcej pamięci.
Byłam wtedy przygotowana do szkoły, miałam iść we wrześniu do szkoły. Jak to w tamtych czasach, fartuszek szkolny, gumka i ołówek to było główne wyposażenie. Pamiętam, że ciągle do tego zaglądałam i byłam bardzo przygotowana na pójście do szkoły, tymczasem wybuchło Powstanie Warszawskie. Ten pierwszy moment, którego nie umiałam sobie wytłumaczyć, dlaczego się tak dzieje. Moja mama była poza mieszkaniem w momencie rozpoczęcia, 1 sierpnia. Miałam starszego kuzyna, który ze mną wyglądał przez okno i czekaliśmy na moją mamę. Niebywały zgiełk na ulicy, jacyś ludzie biegnący ciągle z jakimiś tobołkami, jakiś samochód płonie. Co mi zostało w pamięci, to był właśnie ten pierwszy dzień Powstania Warszawskiego. Potem jest już tragiczny moment, kiedy nasz dom – Grzybowska 53 – został zbombardowany i wszyscy znaleźliśmy się w piwnicach, w schronach. Mój ojciec w tym czasie działał w Powstaniu, [to był] rodzaj działalności, który miał za zadanie wyciąganie (to niejednokrotnie było) przez wybitą dziurę w murze ludzi, którzy w piwnicy po bombardowaniu budynku zostali. Ocalanie tych ludzi, wyprowadzanie, zajmowanie się chorymi, jakieś pomocnicze prace, ale jednak ratujące życie ludziom z narażeniem własnego. Nigdy mojego ojca nie było w piwnicy, ciągle był na zewnątrz zajęty działalnością odkopywania z gruzów zasypanych ludzi. To było czekanie. Pamiętam scenę, kiedy mama się bardzo denerwowała. Już wiedziałam, że dzieje się coś tragicznego i czekałam w objęciach mamy na powrót ojca. To też było mocne przeżycie, które mi zostało: lęk, czy wróci, czy będzie. Nadszedł moment, kiedy do naszej piwnicy dołączyła siostra mojego ojca, która mieszkała na ulicy Górczewskiej. Tamten dom był wcześniej zburzony niż Grzybowska 53. Tam właśnie moja ciotka mieszkała z babcią. To były siostra mojego ojca i matka mojego ojca. W momencie bombardowania domu na ulicy Górczewskiej trójka dzieci straciła rodziców. Zginęli w czasie bombardowania i te dzieci, sieroty, przyłączyły się do mojej ciotki. Z tą trójką dzieci i z babcią przyszli do nas do piwnicy. Jeden chłopiec był i dwie dziewczynki, więc już była nas poważna gromadka. Moja mama należała do bardzo odważnych, przedsiębiorczych osób. Kiedy już głód w piwnicy zaczął dokuczać… Jeszcze może opowiem, że te dzieci z Górczewskiej na skutek przebywania (nie wiem, ile dni, nie umiem tego określić) w piwnicy, były zawszone. Wtedy to było normalne. Nie było się czym myć, jak myć. Kiedy moja mama wzięła tę trójkę tych dzieci, ja temu asystowałam. W takim urwisku domu (dosłownie: były tylko dwie ściany, pamiętam dokładnie) była jeszcze dostawa wody, jakiś kran. Nie wiem, co było do mycia, w każdym razie moja mama myła tam te zawszone sieroty i dawała im ostatnie nasze koszulki, ubranie, które jeszcze było w jednym tobołku zniesionym do schronu. Pamiętam, że miałam uczucie zazdrości, że mama oddaje ostatnie. Piękne zdanie mojej mamy, które zostało mi w pamięci: „Oni są sierotami, a wy macie ojca i matkę. Oni są i tak biedniejsi od was i ostatnią koszulę mogą dostać”. To było piękne.
Potem następny obrazek ze schronu to bombardowanie naszego domu Grzybowska 53. Już ludzie byli bardzo przerażeni, byli już bardzo znękani wielodniowym pobytem tam i głodni. Niektórzy mieli ze sobą zapasy, ale odważnych, którzy by z tych zapasów coś zrobili, nie było. Może to wygląda na to, że bardzo uwypuklam postać mojej mamy, ale ona naprawdę na to zasłużyła. Brała od tych ludzi mąkę (mieli w zapasach mąkę) i z tej mąki piekła chleb, znowu w jakimś urwisku domu, fragmencie domu, gdzie ocalał z kolei jakiś piecyk. Piekła ten chleb, rozdawała go ludziom – za kilogram mąki kilogram chleba, a nadwyżka powstająca przy wypieku pozwalała wyżywić całą naszą gromadkę: nas dwoje dzieci, mama, babcia, ciotka i troje sierot z Górczewskiej.
Jeszcze dołączyła w piwnicy do mamy (bardzo się zbliżyły) pani, która urodziła dziecko w piwnicy. Pamiętam ją: bardzo dużo rudych włosów i bardzo zakłopotana, ciągle szepcząca coś mojej mamie, opowiadająca jakieś swoje tajemne sprawy. Pamiętam takie momenty. Ta pani miała świeżo urodzone w piwnicy dziecko. W tych szeptach, okazało się, był omawiany chrzest tego dziecka w piwnicy. Znalazł się ksiądz. Jak, nie wiem, w każdym razie widziałam: w zaułku piwnicy, potajemnie, odbył się chrzest tej malutkiej dziewczynki. Moja mama była chrzestną matką tego noworodka. To pamiętam.
Potem moment zburzenia naszego domu, wyjście z piwnicy. Otwór niezbyt wielki, przeciąganie ludzi przez ten otwór, bo nie zawsze było tak, że można było swobodnie wyjść. Widziałam mojego ojca, który pomagał ludziom się wydostać, przejście przez wysypisko gruzu, przez płonące zgliszcza. Pamiętam też takie sceny. Potem wyjście z budynku, z gruzów właściwie i przemarsz. Niemcy prowadzili tę grupę ludzi do Pruszkowa.

  • Czy pani się bała, że może swojego ojca już nie spotkać?

Tak. Ciągle żyłam… To były straszne czasy, kiedy żyło się ciągle… Trudno powiedzieć „w oczekiwaniu”, w każdym razie ciągle wisiała groza śmierci. Jako dziecko nie wiedziałam, co to jest śmierć. Pierwszą śmierć, którą przeżyłam, to był nauczyciel (na wygnaniu, już później), ale czułam, udzielała mi się atmosfera dorosłych osób, które się ciągle bały śmierci. Wiedziałam, że mama ciągle czeka na ojca i ma ciągle obawy, że on może już nie wrócić. Jeszcze taka historia, że moja mama, okazało się, była w ciąży. To był też moment dla obojga rodziców szczególnie straszny, bo wiadomo, że groziło to co najmniej rozdzieleniem rodziny, a być może jej zdekompletowaniem.
Wygnanie do Pruszkowa też pamiętam, był to sznur ludzi, ale nie jednoosobowy. Zbity tłum, który szedł w stronę stanowiska Niemców. Niemcy rozdzielali tych ludzi, segregowali do obozów pracy, do wysiedlenia, a dzieci starsze, które można było oddzielić od rodziców (była taka grupka) – do sierocińca. Z moją całą rodziną, tą grupką, jeszcze z ciotką, z dziećmi, staliśmy w kolejce do rozdziału, segregacji. W jakimś momencie tej tragicznej kolejki, tego płaczu ludzi, doszła do nas siostra PCK w swoim uniformie i po cichutku doradzała rodzicom. Żeby nie zwrócić uwagi na to, co ona mówi i że nas jakoś ukierunkowuje, odchodziła i przychodziła, co było dla mnie dziwne: że nie prowadzi rozmowy w jakimś porządku, tylko wychodzi, wraca. Doradziła rodzicom, widząc całą tę sytuację, żeby tata wziął moją młodszą siostrę (mam młodszą siostrę, wtedy miała cztery lata) na ręce i (mój tata mówił po niemiecku trochę) żeby powiedział, że żona zginęła w bombardowaniu, on został z małym dzieckiem, że dziecko jest chore, że ma astmę. Jakieś inne historie chorobowe jeszcze były podpowiedziane. Ojciec miał się przesunąć w kolejce do przodu, a mama miała zostać z nami. Był moment (trudno powiedzieć „moment”, wydawało się, że trwa wiecznie), kiedy ojciec doszedł do stanowiska Niemców i z nimi pertraktował, żeby pozostać. Marzeniem było pozostać na stronie do wysiedlenia, bo tam była nadzieja, że się spotkamy. Rozmowę ojca z Niemcami trudno nazwać rozmową. Pamiętam scenę, kiedy jakiś mężczyzna już był przeznaczony do obozu koncentracyjnego i chciał się z żoną pożegnać, oddać jej plecak, który miał, pewnie jakieś małe zapasy. Został bardzo uderzony kolbą, po prostu przewrócony, nie mógł się podnieść. Pamiętam to. Za chwilę mój ojciec dochodzi do tego samego stanowiska. Groza obrazu poprzedzającego spotęgowała u nas uczucie ogromnej grozy, u mnie, u mamy, u naszej rodziny. Jakoś, cudem chyba, ojciec został skierowany na część do wysiedlenia. Potem, jak już my doszliśmy, było właściwie do przewidzenia, że też się tam znajdziemy. I znaleźliśmy się na jednej stronie. Była ogromna radość. Do dziś wspominam tę scenę. Gdybym mogła spotkać tę siostrę PCK i jej powiedzieć, że uratowała naszą rodzinę, to bym to zrobiła. Ale to już nigdy się nie zdarzyło, nie było ku temu okazji. Znaleźliśmy się po jednej stronie, w Pruszkowie, w warsztatach kolejowych. To były ogromne hale, jak pamiętam. Ponieważ to była jesień, już był październik, pogoda była słotna, mokra, deszczowa. W tych halach było po prostu błoto. Na podłodze, właściwie niewidocznej z powodu zabłocenia, były porozrzucane jakieś deski, tektury. Ludzie na tym (ci słabsi, którzy już nie mogli stać) leżeli. To był straszny widok. Jak mama mi później mówiła, była zbożowa kawa w beczce. Jak ktoś był bardzo spragniony, to mógł tej kawy zbożowej dostać.
Potem jechaliśmy wagonami towarowymi, odkrytymi. Nie wiadomo było, gdzie i dokąd nas wiozą. Wylądowaliśmy po iluś dniach tej podróży, a to w sumie około sto pięćdziesiąt kilometrów może… Jeszcze scena z tych wagonów. Było tak ciasno, że nie było możliwości pochylić się nawet. To był człowiek koło człowieka, na baczność prawie ustawiony. Nasza gromadka dzieci (troje sierot i my we dwie z siostrą) w rogu wagonu byliśmy, w kucki siedziałyśmy, a ojciec stał z rozłożoną połą płaszcza i nas ochraniał, bo to były odkryte wagony. Po jakimś czasie (nie umiem tego określić, wiem, że ta podróż trwała bardzo długo, ojciec mówił, że kilka dni) wylądowaliśmy we wsi Trębowiec, to jest w województwie kieleckim, koło Iłży.
Niemcy rozlokowywali wysiedleńców do poszczególnych gospodarzy. Wiadomo, że kiedyś na wsi chałupy były bardzo skromne, to była jedna albo dwie izby najwyżej. Można sobie wyobrazić niezadowolenie gospodarzy, kiedy im Niemiec poleca oddać jedną tą izbę dla nas, wysiedleńców, dla nas – tragicznie małą, a dla niego to poważne uszczuplenie jego egzystencji, utrudnienie. Gospodarze tę jedną izbę musieli nam oddać pod przymusem niemieckim i tam spaliśmy na podłodze, na jakimś sianie, słomie. W strasznych to było warunkach. Oczywiście przede wszystkim głód, bo z czego się utrzymać? Chłop na wsi kiedyś nie był za bogaty. Poza tym mógł po ludzku się podzielić chlebem, ale przecież nie musiał. Moja mama udzielała się bardzo w pracach, o których nigdy w życiu nie miała pojęcia. Pracowała w wiejskiej zagrodzie, pomagała tym ludziom i dzięki temu jakoś zaspokajała potrzeby organizmu przez wyżywienie zdobyte właśnie za tę pracę. Tam właśnie, na wysiedleniu, następny tragiczny obrazek, kiedy Niemcy organizowali łapanki dodatkowo. Widocznie jak ktoś się przemknął (jak, powiedzmy, mój ojciec) przez moment segregacji, to były jeszcze łapanki na bieżąco. Kiedyś gospodarz wszedł do nas i mówi, że jest łapanka warszawiaków. Chciał mojego ojca schować w silosie na zboże, bardzo dużym, wysokim. Pamiętam: jak on ojcu proponował, to ja zaglądałam do tego. To była ogromna beka ze zbożem. „Tu może nie znajdą, może w ten sposób się pan ocali”. Ale ojciec się bał, bo wtedy tylko uderzenie bagnetem, sprawdzenie, czy nikogo nie ma i wiadomo było, że wtedy na pewno zginie. Powiedział, że nie, nie spróbował tego. Do naszej izby weszli Niemcy i zabrali ojca do obozu. Dorośli rozmawiali, a dziecko (może dlatego, że bardzo się tego wszystkiego bało) wychwytywało wszystkie informacje, wszystkie słowa. Może komuś się wydaje, że nie mogłam tego pamiętać, a ja naprawdę to pamiętam, chociaż wielu innych rzeczy nie pamiętam. Tragiczne momenty są wryte w pamięć, to nie zostaje, to jest wryte, tego się nie da wyzbyć do końca. Tak właśnie było w momencie, kiedy Niemiec zabierał ojca do obozu. Nie wiedzieliśmy, gdzie. Wiedzieliśmy, że go wyprowadza, więc bardzo płakałam, prosiłam. Klękaliśmy przed tym Niemcem, mama prosiła. Nic nie pomogło. Jeszcze zasłaniałam ojca, więc bardzo drastycznie powiedział, że jak mama mnie nie weźmie, to ja też za chwilę zginę. Jakoś przetrwaliśmy ten moment, kiedy ojca zabrano. Nie było wiadomo, co z nim się dzieje aż do 1945 roku, do środka lata. Były żniwa na polu, więc to sobie w ten sposób ustalam. Mama sobie radziła, pracując w polu, będąc w ciąży, mając na utrzymaniu gromadkę ludzi, pracując w zajęciach, do których nigdy nie była przygotowana. Do pracy w polu, do sadzenia, do siania, do innych jeszcze robót ci ludzie ją brali.


Tam właśnie, w tym czasie, kiedy ojca nie było, na wysiedleniu, w tej wsi rodzi się mój braciszek. Wtedy ja, dziecko siedem lat, nie wiedziałam, co jest ciąża, jak się rodzi dziecko, że mama cierpi z tego powodu. Wiedziałam, że nie mam ojca, usłyszałam mamę jęczącą w bólach, to mnie się wydawało, że za chwilę mogę i jej nie mieć, że ona może umrzeć. Ta tragedia wisiała ciągle nad głową. Siedząc pod drzwiami, bo jakoś mnie odseparowali od tej izby, gdzie się poród odbywał, słuchałam tego wszystkiego i nie wiedziałam, czym to się może skończyć. Wreszcie wysłano mnie po akuszerkę. Też nie wiedziałam, kto to jest akuszerka, to jakaś kobieta na wsi. Wiedziałam, gdzie mam iść, przyprowadziłam akuszerkę. I rozpacz moja drzwiami, że mi mama umiera, a tu nagle radosny krzyk: „Urodził się syn! Mój mąż tak chciał mieć syna! Czy on go jeszcze zobaczy?”. Właśnie te słowa zostały: „Czy on go zobaczy?”. To było 15 kwietnia 1945 roku. O ojcu nic nie wiemy dalej, aż jest moment, kiedy jest pora żniw. Moja mama pracuje razem ze żniwiarzami na polu. Nie wiem jak, nie dopytałam się, bo rodzice moi dość wcześnie i nagle… Nie miałam czasu. Zresztą mnie dopiero zainspirowała audycja radiowa, żeby to zapisać. Nigdy mi się nie wydawało, że mi będą potrzebne takie szczegóły. Pora była żniw na polu i moja mama pracująca wśród żniwiarzy. Oczywiście dzieci towarzyszyły. Słyszę wielką radość, mama mówi: „Ojciec wraca!”. Była to ogromna radość, ale jak to było, nie wiem. Mama, nie wiem jak i skąd w tamtych czasach, zdobyła tkaninę niebieską w białe groszki na uroczyste przyjęcie mojego ojca, na sukienki dla mnie i dla mojej siostry. Jakaś pani, też wysiedlona z Warszawy, która umiała szyć, te sukieneczki uszyła i przyniosła za dzień czy dwa, czy trzy, nie wiem. Też pracowała przy żniwach. Przyniosła uszyte sukienki. Niby zwykła scena, która nie powinna zostać w pamięci. Dlaczego została? Dlatego że ta pani była tak nieuczciwą osobą, że wzięła pieniądze, wzięła te sukieneczki i po prostu z nimi uciekała. Chciała je komu innemu spieniężyć, coś z nimi zrobić. W każdym razie nie pozostawić nam. I tutaj solidarność tych na wsi, którzy już poznali moją mamę z tytułu jej pracowitości i bardzo ją szanowali. Grupa ludzi ruszyła za tą kobietą. To jest scena, którą mam jak film… Sukieneczki od tej pani zostały zabrane.
Nadszedł moment, dzień, kiedy było wiadomo, że ojciec wraca. Mama z małym dzieckiem musiała zostać u gospodarzy, bo mój brat miał raptem kilka miesięcy, a ja z siostrą zostałyśmy wydelegowane przez mamę na przyjęcie, przywitanie ojca. Gospodarz, u którego mieszkaliśmy, nazywał się pan Rojek. Zaprzągł konia do fury i nas obie, w tych pięknych sukieneczkach… Nigdy mi żadne odzienie nie sprawiło tyle radości. Jedziemy po ojca. Jest małe miasteczko (Mirzec się nazywa) niedaleko, najbliższe Trębowca. Jest moment przywitania ojca, kiedy fura dojeżdża do rynku i patrzymy z bardzo ogromnym przejęciem. Miałam jeszcze problem, czy ojciec będzie zdrowy, czy może okaleczony w jakiś sposób. I ten obraz ojca stojącego na rynku w małym miasteczku Mirzec właśnie. Lubił nosić kapelusze, ale nie wiem dlaczego, bo to był środek lata, miał kapelusz na głowie i niedużą walizkę. Ten obraz ojca z walizką i w kapeluszu został mi na zawsze w pamięci. I moment przywitania ojca. Tu jest coś, co jest na pograniczu metafizyki, pierwsze słowa ojca były: „Mam syna, urodził się 15 kwietnia, miałem taki sen w obozie”. I tak dokładnie było. Nie wiem, jakie są przepływy informacji, ale tak było naprawdę. Potem już przywitanie w domu.
Jeszcze jedną scenę pamiętam, która jest bardzo warta podkreślenia. Wiadomo, że po urodzeniu dziecka nasza sytuacja była arcytragiczna. Nie ma domu, nie ma mieszkania, nie ma nic. Wyszło się tylko szczęśliwie z Warszawy, ale bez niczego. Raptem rodzi się jeszcze jedno dziecko. Ktoś doniósł, że ci państwo się zainteresowali… Ten pan był starostą w Starachowicach. To było wtedy wysokie stanowisko w hierarchii społecznej. To był człowiek wykształcony, bardzo bogaty, jak zapowiedziano mojej mamie. Ci państwo, bezdzietni, przyjechali do mojej mamy na rozmowę w sprawie adopcji mojego brata: „Pani sobie nie poradzi, troje dzieci, mąż pewnie z obozu nie wróci, bo nikt nie wraca”. Przerazili mamę tym opowiadaniem. Zapewniali, że stworzą świetlaną przyszłość mojemu bratu, że będzie w dobrych warunkach, że go wykształcą. Oferowali mamie pomoc finansową. Oczywiście nie przyjęła. I znowu dwa słowa, które mi zostały: „Nie oddam, wychowam”. I tak się stało. Jak ojciec wrócił, to był przeszczęśliwy, że się tak nie stało, jak mogło się stać. Może ktoś inny, słabszy psychicznie, by tak postąpił.
Potem, jak ojciec wrócił, to się zaczął powrót do normalności. Dopóki ojca nie było, mama dociążona dziećmi, jeszcze dodatkowymi obowiązkami, nie była w stanie jechać do Warszawy od razu, kiedy można było wrócić. Nie była w stanie tego załatwić. Jak ojciec wrócił, była to pora żniw, powiedzmy lipiec czy sierpień, nie wiem. Zaczął się rozglądać. W tej walizce, jak się okazało, było radio niemieckie, które ojciec spieniężył na to, żeby pojechać do Warszawy i sprawdzić, dokąd możemy wrócić. Domu naszego, wiadomo, nie było, ale ludzie zajmowali wtedy mieszkania na zasadach nie zawsze formalnych. Ale ponieważ ojciec wrócił późno z obozu, to już pierwsze momenty zagospodarowania opuszczonych mieszkań miały się ku końcowi. Odkupił prawo do zamieszkania w małym domku jednorodzinnym, ale bardzo prymitywnym, na Grochowie. Pomogły nam trochę siostry mojej mamy, kuzynki, które pożyczyły pieniądze na wykup tego domku jako mieszkania. Oczywiście trzeba było wyremontować. Wszystko było pozabijane deskami. Rodzice wyszli z Powstania, mając po trzydzieści osiem lat. Nie mieli nic oprócz siebie, no i byli w miarę zdrowi. Tak że ta ciężka walka o byt na początku była trudna, ale szczęśliwa. Mama wszystko przetrwała. Później ojciec umieścił te sieroty w sierocińcu, bo przecież nie było możliwości utrzymywać ich dłużej. Potem interesował się losami tych sierot. Okazało się, że ojciec jednej dziewczynki przeżył. Był w gruzach, później odkopany, szukał tej dziewczynki. Była wielka wdzięczność. Ten człowiek okazał wiele mojej mamie za to, że się opiekowała, że wyżywiła, że czuwała, żeby nie było chore, żeby się coś nie stało. Natomiast tych dwoje zostało tam do końca. Nie wiem, jakie były losy, bo później ten chłopiec nawet nie chciał tego pamiętać, nie chciał się kontaktować. Już miał chyba, nie wiem, szesnaście, osiemnaście lat, kiedy mój ojciec próbował nawiązać kontakt i chciał jak gdyby włączyć go do naszej rodziny. Powiedział, że nie chce do tego wracać. Takie były losy dziecka. Dziś dzieci są szczęśliwe, idą do szkoły, kiedy jest pora, żyją w dobrobycie, w opiece rodziców, nikt im nie grozi, że ojca zabierze, matkę, że spali mieszkanie. I niech tak zostanie na zawsze. Niech tak zawsze będzie, żeby dzieci były szczęśliwe, bo takie losy, jak ja miałam, zostawiają na zawsze ślady. Na przykład moje dzieci wiedzą, że nie wolno chleba wyrzucić, że nie wolno wyrzucić swoich rzeczy, bo są niemodne. Ja te rzeczy zagospodarowuję, szukam kogoś, komu mogę podarować. Nie można po prostu przejść do porządku dziennego, odkreślić grubą kreską. Dzisiaj żyję, Bogu dzięki, w zdrowiu i warunkach materialnych niezłych, ale było to tragiczne.

  • Poszła pani do szkoły w Warszawie?

Tak. To też historia, bo już byłam, że tak powiem, przerośnięta, jak na pierwszą klasę. Tam zaczęłam chodzić do szkoły, była wiejska: jedna izba u gospodarza, wynajęta sala. Sala to za duże słowo, mała izba, w której były dzieci wysiedlonych z Warszawy w różnym wieku. Nie wiem, jak te lekcje się odbywały, trudno mi to nawet powiedzieć. Ale to trwało bardzo krótko, nauczyciel zmarł. Jak wspomniałam już, to była pierwsza śmierć, którą ja namacalnie… Zobaczyłam tego człowieka nieżyjącego, to było coś pierwszego, co tak bardzo przeżyłam.
Muszę jeszcze wrócić do jednego fragmentu, bo uważam, że na tragicznej [drodze] tego mojego dzieciństwa jednak zdarzały się… Trudno powiedzieć „cuda”, ale wydarzenia, które były specjalnie szczęśliwe, jak siostra PCK, która nas uratowała od tego, że ojciec się od razu nie znalazł w obozie. Siostra mogła być skierowana do sierocińca i wtedy nie byłoby już odwrotu, rodzina byłaby zupełnie zdekompletowana. Natomiast drugi taki obrazek – na wsi, na wysiedleniu. Tam moja mama musiała sobie w różny sposób radzić, żeby nas utrzymać. Przed Powstaniem moja ciotka prowadziła wytwórnię mydła. Moja mama widocznie znała recepturę. Ponieważ to był artykuł, który był nieosiągalny wtedy, nie było się czym myć, moja mama na wsi zaczęła mydło gotować, żeby utrzymać rodzinę. A tego nie wolno było robić. Scena, którą we wspomnieniu dla moich dzieci opisałam, kiedy mama gotuje mydło. A to soda i inne dodatki, to jest zapach (w cudzysłowie zapach) roznoszący się nie tylko w chałupie, ale po całej wsi. Wchodzi dwóch Niemców. Wiadomo było, że za to będzie najgorsza kara, wyrok, więc struchleliśmy wszyscy. Mama stała przy kuchni (też widzę ten obrazek), przy kotle. Zdrętwiała ze strachu. Dwóch Niemców weszło, rozejrzeli się po mieszkaniu, jeden podniósł pokrywę tego kotła, zobaczył, zamknął. Drugi, który został u nas w mieszkaniu, polecił tamtemu wyjść. Wyszedł, a ten drugi został. I co zrobił? Nie mówiąc nic (mama dalej stała nie wiedząc, co ją czeka, jaka kara, być może najgorsza), ten Niemiec bierze mnie na kolana, sadza przy jakimś fragmencie stołu, kładzie tabliczkę czekolady i jakieś pismo, coś. Uczy mnie polskich liter, pokazuje mi litery, żebym powtórzyła. Za każdą dobrze powtórzoną literę łamie kostkę czekolady, kładzie przede mną. Ja tej czekolady nie widziałam Bóg wie ile, ale jej przełknąć i tak nie mogłam. Czekałam, jak się ta scena skończy. Zostawił czekoladę, pogłaskał mnie po głowie, doszedł do mamy i po polsku powiedział: „Ja też zostawiłem żonę z dwojgiem dzieci, nie wiem, jak sobie radzi”. Widocznie miał serce, jak mówię, w miejscu. Nie wiedział, kto jego żonie może też krzywdę zrobić. I wyszedł. Ludzie ze wsi stali w okolicy naszej chałup, i po prostu, jak to ludzie, modlili się, żeby mojej mamie się nic nie stało, bo już znali jej historię i wiedzieli, że jest bardzo pracowita, bardzo życzliwa, pomocna. Tak że oddaję hołd moim rodzicom, bo mama się bardzo przyczyniła do tego, że uratowała wielu ludzi, może i od śmierci głodowej, i te dzieci przytuliła mimo swoich trudnych warunków, i nie oddała dziecka, co dzisiaj się zdarza. Wtedy, w tamtych warunkach były większe motywacje do tego, a jednak nie. Wychowała nas na poczciwych, solidnych, wydaje mi się, ludzi. Stoję nad jej grobem nieraz, myślę, jakie miała ciężkie życie, ten okres, kiedy kobieta chce żyć, ma trzydzieści osiem, czterdzieści lat – to było straszne. A później okres zdobywania wszystkiego, żeby dojść do jakiegoś poziomu, też był bardzo trudny.

  • Jak wyglądały warunki powojenne, jak się pani żyło w Warszawie?

Ten domek pomału wyremontowaliśmy. Potem postaraliśmy się o mieszkanie. Rodzice oddzielnie, ja bardzo wcześnie wyszłam za mąż, bo mi się wydawało, że bardzo sobie poprawię byt. Miałam poczucie (może niesłuszne), ciągle mi się wydawało, że jestem ta najstarsza i że powinnam jak najszybciej rodzicom stworzyć komfort nie myślenia przynajmniej o mojej osobie. Później już jakoś się ułożyło. Z tym że mama była osobą chorą. Opłakiwałam niejednokrotnie tragiczny moment, już niezwiązany z Powstaniem. Może mam przypisane szczęście, że spotykam życzliwych ludzi na swojej drodze życia. Mama była po Powstaniu zaraz w trudnych warunkach mieszkaniowych, była okropnie chora. Była zła diagnoza, była źle leczona i właściwie znalazła się na krawędzi życia. Lekarz został wezwany. Ojciec pracował wtedy, ile mógł, na niejednym etacie. Od czegoś trzeba było zacząć, wszystko trzeba było kupić. Nie było ojca w domu i było wezwane pogotowie. Pogotowiem przyjechał lekarz wojskowy, w mundurze. Miał krótki, biały kitel. Siedziałam na kufrze (wtedy wszystko się zdobywało, co można było) starym i strasznie płakałam, bo wiedziałam, że jest źle, że mama traci przytomność. Lekarz zbadał mamę i mówi do mnie tak (wtedy miałam, nie wiem, powiedzmy, że dziewięć lat, może dziesięć): „Słuchaj, między nami musi być umowa. Muszę zabrać twoją mamę do szpitala, ale ci daję – podniósł rękę – oficerskie słowo honoru, że zrobię wszystko, żeby ci mamę uratować. Ale od tej pory ani jedna łza. Będziesz do mnie codzienne przychodzić do szpitala, do gabinetu. Będę ci mówił, jak się mama czuje”. I tak było do końca. Chodziłam, ojciec chodził, ale pan doktor mówi: „Przepraszam bardzo, panu powiem, ale córka musi być, bo jej to obiecałem”. Ten szpital był tam, gdzie dzisiaj jest Instytut Weterynarii na Grochowskiej. To był szpital po Powstaniu. Tam właśnie moja mama leżała i tam pracował ten piękny lekarz.

  • Jak teraz pani ocenia Powstanie?

Oceniam to jako wielkie bohaterstwo młodych ludzi. Jako coś nadzwyczajnego, jako piękny moment w historii Polski: ta walka o tą wolność, z narażeniem życia, kiedy się lat ma osiemnaście, dwadzieścia. [...] Tak że bardzo wysoko sobie cenię, mimo że to był okres bardzo tragiczny w moim życiu, nie tylko moim, bo moich rodziców i wielu, wielu innych ludzi. Ale rozmawiamy o moim życiu. Oceniam to jako naprawdę wyjątkowy zryw, piękny, patriotyczny zryw. I tak staram się mówić o tym moim dzieciom, i tak je wychowałam, że chleba nie wyrzucają.



Warszawa, 29 lutego 2012 roku
Rozmowę prowadziła Ludwika Borzymek

Zobacz także


cywil

Jerzy Szcześniak

Moje uszanowanie. Jestem Jerzy Szcześniak. W tej chwili mieszkam w Łomiankach. Pochodzę z Warszawy, całe swoje...

więcej
strzelec, łącznik

Jerzy Gaździcki „Gołąb”

Czy mógłby pan opowiedzieć o swojej rodzinie, o swoich rodzicach? Gdzie się pan wychowywał?...

więcej
cywil

Tadeusz Zakrzewski

Chciałabym, aby pan się przedstawił i opowiedział krótko o swojej rodzinie, o rodzicach i...

więcej
cywil

Joanna Papuzińska-Beksiak

Nazywam się Joanna Papuzińska, urodziłam się 3 stycznia 1939 roku w szpitalu na Karowej w Warszawie, a moja...

więcej

Mieczysław Balcerowicz

Jerzy Szcześniak