Edward Milewski „Mściciel”

Archiwum Historii Mówionej

Moje nazwisko Milewski Edward, urodzony 2 lutego 1929 roku w Warszawie. W Powstaniu [byłem] od początku do końca, z tym że wyjazd z Warszawy 11 – 12 [października] transportem rannych jeńców wojennych. W Powstaniu [walczyłem] w Batalionie „Kiliński”, 1. Kompania, oddział wydzielony szturmowy.

  • Czy pan pamięta wybuch II wojny światowej?

Tak.

  • Jak pan zapamiętał ten dzień?

Oczami dziecka dziesięcioletniego – pożogi, trupy – trupy ludzkie, koni, gruzy, płomienie. Zapamiętałem cekaem przeciwlotniczy na rogu Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich okopane, strzelające pociskami smugowymi w samoloty.

  • Dlaczego akurat to działo było w tym miejscu. Mieszkał pan tam gdzieś obok?

To nie było działo, to był cekaem. Nawet nie działo sprzężone, tylko po prostu jeden cekaem obsługiwany przez naszych czterech żołnierzy.

  • Dlaczego zapamiętał pan cekaem właśnie w tym miejscu?

Mieszkałem na Królewskiej 35 lub wejście było [również] od Marszałkowskiej 154. Mieszkałem do 1942 roku, do wczesnej jesieni czy nawet do końca sierpnia, dopóki nas Niemcy nie wyrzucili, gdyż tam był organizowany szpital dla żołnierzy niemieckich. Nas wysiedlono. To się wiązało z małym gettem. Małe getto zostało wcześniej opróżnione, przeniesione do dużego getta i wówczas nas przekwaterowano i pozostałych lokatorów tegoż budynku na Pańską 53 do lokalu pożydowskiego [i innych budynków].

  • Jak wyglądało mieszkanie na Pańskiej?

Trzecie piętro czy czwarte piętro. Pamiętam, że [było] oświetlenie gazowe, żarówki z koszulkami. Przejście na dach… Można było łatwo przejść na dach i dachami po całym tym okręgu można było się przejść. Czasem chodziłem po deskach kominiarskich, nawet mi się dobrze udawało.

  • Czy teren pogettowy różnił się w wyglądzie od ulic Warszawy?

Nie. Nie było dalszych burzeń w małym getcie po tym, jak my przyszliśmy. W 1942 we wrześniu został zabity mój ojciec, właśnie w tym mieszkaniu. Splot zdarzeń. Brat późno wracał do domu, brama była zamknięta, jeszcze nie były zwinięte warty łotewskie, bo tam pilnowali Łotysze, mimo że w małym getcie nie było Żydów, ale oni jeszcze stali. Brat się wdał w awanturę, podobno wyrwał mu karabin i wyrzucił, bo chciał strzelać. W tym czasie dozorca otworzył bramę, wpadł brat do bramy. Potem tenże podobno karabin wziął i dozorca musiał go zaprowadzić tam, gdzie my mieszkaliśmy. Błąd zrobił, bo były puste mieszkania, mógł wskazać inne mieszkania, wskazał [nasze]. Ojciec niepotrzebnie otwierał, nie musiał otwierać, otworzył i padł strzał. Ojciec padł do przodu i skonał. Tak się złożyło, że za młody człowiek – wówczas miałem trzynaście lat – nie słyszałem żadnego strzału, spałem. I szczęście i nieszczęście, bo może jakbym usłyszał, wyskoczył, to byłbym następny. Po jakimś czasie to wszystko się ujawniło i ciąg dalszy, wiadomo.
W 1943 roku w marcu przez koleżeńskie układy nawiązałem kontakt z harcerstwem podziemnym. Byłem dosyć wysoki. W tym wieku miałem metr siedemdziesiąt jeden, jak na mój wiek byłem wysoki. Brałem udziały początkowo w różnych pracach podziemnych: hasła, zadymianie.

  • Zadymianie czego?

Kin. To była 41. WDH. Przysięgę składałem w maju 1943 roku, akurat to był 3 maja. Dobrze zapamiętałem, bo to data historyczna i dla mnie. I tak trwało. Ćwiczenia, szkoła podoficerska. Jak zaznaczałem, byłem [w ramach harcerstwa] o dwa lata starszy, niż byłem w rzeczywistości.

  • Pan zawyżał wiek?

Tak, oczywiście. Starałem się przejść do wyższej kategorii harcerskiej, to znaczy „Szkół Bojowych”. Każdy w moim wieku by tak uczynił, jak ja uczyniłem. Ja mogłem, bo byłem wysoki.

  • Jakie były powody przystąpienia do konspiracji?

Przypadek sprawił, że spotkałem kolegów ze szkoły, którzy mnie wprowadzali. Właściwie jeden z nich mnie wprowadził, wiedząc, ile mam lat, bo to [był] rówieśnik.

  • Co mówił, kiedy pana wprowadził?

To była luźna rozmowa o okupacji, o trudnych warunkach i tak to się nawiązało, że może ja bym tam coś też [podziałał]… Ponieważ pamiętałem, miałem w pamięci sprzed pół roku śmierć ojca i walkę o kraj i zemstę – to było bodźcem tego, żeby szukać kontaktu. On się nadarzył wówczas i wstąpiłem do Harcerstwa Polskiego, do 41. WDH i brałem udział… W 1943 skończyłem szkołę podstawową, w 1944 w maju szkołę podoficerską.

  • Jak wyglądały szkolenia w szkole podoficerskiej?

Tak jak normalne tajne nauczanie w różnych lokalach, różni wykładowcy. Przede wszystkim przedwojenni podoficerowie. Druh naszej drużyny, pseudonim „Zaidler”, okazał się porucznikiem, dowódcą 1. kompanii „Kilińskiego”. Nie wiedziałem, ale potem, jak dostałem sygnał alarmowy na zebranie na Szpitalnej przy Boduena 1 sierpnia, tam była zbiórka na hasło…

  • Co pan jeszcze robił podczas okupacji?

Mieliśmy za zadanie po dwóch, po trzech, czasami pojedynczo robić dokładne namiary postoju oddziałów niemieckich, szczególnie żandarmerii. Krakowskie Przedmieście 1, Żelazna róg Chłodnej, szkoła na ulicy Górskiego od placu Napoleona. Tam było [dawniej] technikum, [obecnie] stała jednostka żandarmerii i „ukraińców”. To były takie zadania. Najważniejsze i najtrudniejsze zadanie to była lokalizacja stanu załogi, dowozów bazy transportowej na ulicy Kolejowej. Tam szły różne transporty, i na wschód, i potem na Zachód do Niemiec, przetaczane były wagony.

  • Pan stał i obserwował?

Było bardzo ciężko. Nie było budynków prywatnych, można było tylko coś robić. Więc brałem czasem łopatę, nic żadnego pisania. Nie wolno było pisać nawet. To był pierwszy stopień do piekła. Trzeba było pamiętać. Trzeba było mieć pamięć idealną. Szkice i rysunki w domu się robiło i oddawało dalej do ula. To tyle jeśli chodzi o okres do Powstania.

  • Czy pan miał poczucie zagrożenia, robiąc to wszystko?

Zawsze.

  • Wrócę do mieszkania na terenie małego getta – jaka świadomość była, że wchodziło się do domu po ludziach, którzy też byli stamtąd wysiedleni. Czy coś się mówiło na ten temat?

Pani chodzi o historię żydowską?

  • Mnie chodzi o to, co pan czuł.

Jakie odczucia? Powiem dziwną rzecz. Ojciec zginął 21 albo 19 września, tego samego dnia wieczorem przy kolacji ojciec uderzył ręką w stół i powiedział: „Ja tu czuję śmierć!”. Ciekawa rzecz, wyczuł jak gdyby swoją własną śmierć. Walnął pięścią w stół, a mama powiedziała: „Co ty robisz? Co ty mówisz?”. Drugi raz walnął: „Ja tu czuję śmierć”. Przecież w tym domu nie było eksterminacji Żydów, nie było śmierci, nie było rozstrzeliwania, a ojciec wyczuł swoją śmierć – dziwna rzecz. To tyle jeżeli chodzi o to, co odczuwałem. Przecież śmierć ojca mnie też załamała.

  • Czy mówiło się coś na temat lokatorów, którzy dawniej mieszkali w tych mieszkaniach, a teraz gdzie oni są, co się z nimi dzieje?

Następnego dnia po wprowadzeniu ojciec został zabity, więc nie było z kim rozmawiać. Brat uciekł z Warszawy, bo nie wiedział, co się dzieje, ale to jest osobna sprawa. Cofnę się do Królewskiej 35 – tam miałem kolegę pochodzenia żydowskiego Michał Oppenhaim. Jego wykwaterowali wcześniej, bodaj pod koniec 1941 do dużego getta. Pamiętam dokładnie ulica Leszno 13 tuż przy Orlej.

  • Pan tam był?

Byłem, bo przeskoczyłem mur przy placu Grzybowskim z kolegą, to było chyba w 1942 roku jeszcze przed przeprowadzką do małego getta. To mógł być 1942 rok, lato, czerwiec jeszcze przed przeprowadzką na Pańską. Znałem ten adres, bo od razu jak go wyprowadzono, rodzice wiedzieli gdzie. [Byłem tam] z kolegą ze szkoły, nazwisko Duch, mieszkał bodajże na Moniuszki albo na Sienkiewicza. To było o tyle dobrze, że ktoś mógł obserwować, a drugi mógł w tym czasie ten mur przeskoczyć. Mur był dość wysoki. [Kolega] potem [skoczył] za mną i razem go odwiedziliśmy. Pamiętam jeszcze matkę kolegi – poczęstowała nas cukierkiem, jeden, drugi cukierek – dwa cukierki. Myślę, że taki cukierek nie był na wagę życia, ale coś dawał. Tak z serca dany cukierek w trudnych czasach to się ceniło. Z początku tego nie doceniałem, ale po jakimś czasie, dziś nawet jak sobie o tym myślę, to wiem, co w tym cukierku tkwiło, jaka serdeczność. Żałuję tylko, że byłem zbyt młody, żeby Michała wyciągnąć. Całą rodzinę bym nie dał rady, ale chociaż Michała uratować, nie dało się, byłem za młody zresztą, niedoświadczony.

  • Zbliżamy się do Powstania – czy czuło się atmosferę, że coś się będzie w Warszawie działo?

O tak. Przede wszystkim słyszało się już wybuchy. Widziałem furmanki załadowane rodzinami poniemieckimi, folksdojczami, uciekające z Warszawy i przez Warszawę, przez mosty na zachód. Nawet dużo takich różnych rodzin ukraińskich też. Mówi się, że „ukraińce”, ech widziałem… Zresztą mieszkałem blisko Ogrodu Saskiego vis á vis. Ogród Saski dla Polaków był to ogród zamknięty, po jakimś czasie, nie wiem, może 1942 był zamknięty wstęp dla Polaków. Ale widziałem tam i „ukrainki” z wózkami, Niemców w cywilu i w mundurach, tak że człowiek pałał złością, że im wszystko wolno. To była taka odskocznia, żeby coś robić, coś działać mimo młodego wieku.

  • Czy pana rodzice wiedzieli, że pan się zaangażował w konspirację?

Ojciec nie zdążył, matka chyba nie wiedziała, nie. Po prostu uprzedzono mnie już po złożeniu przysięgi, żeby w miarę możliwości nikomu nic nie mówić, najbliższym znajomym, rodzinie, szczególnie rodzinie, że będą podatni na represje i tak dalej.

  • W lipcu 1944 roku spodziewał się pan, że tutaj coś się będzie działo?

To się wyczuwało. Atmosfera była naelektryzowana. Słychać było już odgłosy armatnie. Cichutkie, dalekie grzmoty.

  • Czy w konspiracji mówili, że będzie Powstanie? Co panu mówili? Do czego pan się przygotowywał?

Nie. Oczekiwaliśmy wyzwolenia przez nasze wojska z Zachodu, że stamtąd przyjdzie wolność. Wiedzieliśmy, jakie są postępy aliantów na froncie zachodnim, że tam… Stamtąd oczekiwaliśmy wyzwolenia.

  • Czy pan zetknął się z podziemnymi gazetkami, czy słuchał pan radia?

Radia nie, ale z gazetkami tak. Był czas w 1944 roku – chyba marzec, kwiecień – dwa razy jeździłem do Białej Podlaskiej na punkt kontaktowy właśnie z materiałem i prasą i części do broni. Nie jestem pewien, bo tylko oddawałem, ale po ciężarze wyczuwałem, że coś tam jest. Dwa razy jeździłem na skrzynkę kontaktową do Białej Podlaskiej. Krążyły gazetki.
  • Ale pan miał tylko czternaście lat.

Szesnaście.

  • Czy pan teraz jak patrzy na siebie, czy pan był dojrzałym, młodym człowiekiem, czy to się traktowało jako zabawę?

Odpowiem w ten sposób, że mając dwadzieścia sześć lat, miałem już siwiejące skronie.

  • Wcześniej się dojrzewało…

Dużo wcześniej.

  • Kiedy pan dostał wiadomość o tym, że gdzieś trzeba się będzie zebrać, skontaktować?

Miałem w domu wiadomość, żeby się zgłosić. Ktoś z mojej drużyny [ją przyniósł]. Mam się zgłosić o godzinie piętnastej na ulicę Szpitalną, sklep przy Boduena, hasło. Już nie pamiętam hasła. Zgłosiłem się. W krótkich spodenkach jeszcze byłem. Okazało się, że mój drużynowy to dowódca 1. kompanii, pluton 163.

  • Kiedy to było?

Pierwszego sierpnia.

  • Czyli szedł pan na to miejsce, ale nie wiedział pan, że już do domu pan nie wróci?

Nie wiedziałem. Myślałem, że będzie jakaś akcja. Absolutnie nie wiedziałem, że będzie Powstanie, myślałem, że potrzebny jestem, że coś będzie się działo czy na stójkę, czy na obserwację. Nie wiedziałem. Na miejscu… Spóźniłem się, byłem jednym z ostatnich i dla mnie już został tylko bagnet już koledzy porozbierali. I z tą skromną bronią… I tak wśród nich byłem najmłodszy tak wzrokowo, oni mieli po dwadzieścia, dwadzieścia cztery, trzydzieści parę lat.

  • Znał pan tych ludzi przedtem?

Tylko drużynowego.

  • I wtedy powiedzieli, że to jest Powstanie?

Że godzina „W”. Już myśmy kiedyś słyszeli, że będzie godzina „W”, tylko kiedy to nie wiadomo. A to jest godzina „W”, że czekamy na sygnał o godzinie siedemnastej i ruszamy, ale ruszyliśmy wcześniej, bo tam już na placu Napoleona wcześniej się to [zaczęło], bo było jakieś spięcie między żandarmerią przypadkowo. Tak że zamiast o piątej, to ruszyliśmy o wpół do piątej.

  • Co pan robił wtedy?

Co mogłem [robić] z bagnetem? Pierwsze zadanie, które nam przydzielono, to opanowanie placówki na Górskiego. To jest odejście od placu Napoleona (w tej chwili tam jest „Dom Chłopa”). Część z nas się rozdzieliła, część poszła na budynek, a część… tam były przejścia, ktoś znał przejścia do ulicy Wareckiej domami, żeby zaatakować Pocztę Główną. Tak się złożyło, że [będąc] w szoku, w szybkości wyprzedziłem kolegów. Oni polecieli na klatkę, na dach do okien, a ja stanąłem sam w bramie. Nie wiedziałem, że jestem sam. W tym momencie do bramy wskoczył Niemiec, chyba sierżant, taka poczwara. Miał w ręku pistolet. Chyba bym nie mógł powtórzyć, ale to był moment – złapałem go za pistolet i bagnetem (nie ostrzem) [uderzyłem] go po głowie. Pistolet mam w ręku, to był mój pierwszy jeniec i pierwszy pistolet. Piękny pistolet Walther P-38. Przy wyrywaniu pistolet wystrzelił i mam przestrzeloną [lewą dłoń], ale tego nie czułem, bo to był moment. Odprowadziłem Niemca w głąb podwórka, przekazałem mieszkańcom. Z tego wszystkiego zapomniałem odpiąć mu pas i kaburę, [miałem] tylko sam pistolet z magazynkiem bez kabury i zapasowego magazynka – szok. To wszystko szok, pierwsze takie… Potem się zorientowałem, że jestem sam. Wróciłem z powrotem chyba na Górskiego… W każdym razie brałem [udział] w następnym uderzeniu na pocztę, ale już nie od frontu, bo uderzenie odfrontalne to była pomyłka, tylko z boku Wareckiej od strony zaplecza parkowego samochodowego. To było wieczorem 2 sierpnia.

  • Czyli wracał pan na swoja kwaterę?

Nie, nie, nie. Tam gdzie część uderzała na stanowiska na Górskiego, gdzie mieli być „ukraińcy” i żandarmeria. Okazuje się, że tam już zdobyte, że jeńcy, że część uciekła, ale połączyłem się ze swoimi i razem poszliśmy bocznymi przejściami na Warecką, na park samochodowy banku i od tej strony zdobywaliśmy Pocztę Główną, od tyłu, nie od frontu, nie z boku. Niemcy się nie spodziewali, łatwo było wejść bez większych strat. Natomiast straty były przez uderzenie od frontu przez plac Napoleona. Później się okazało, że nasz wywiad spóźnił się z przekazaniem informacji, że poczta została wzmocniona załogą żandarmów i wojska. Myśmy się spodziewali, że będzie garstka Niemców, może obsługa. Okazało się, że była bardzo mocno broniona jednostka, poczta. Dlatego ten frontalny atak poniósł duże straty. Na poczcie byłem nie pierwszy, ale nie ostatni, wpadłem i pierwsze co, to karabin i dwa granaty leżały na parapecie, złapałem to jak skarb wielki i już miałem pełne uzbrojenie, dwa granaty, karabin i pistolet Walther. Pistolet oddałem potem dowódcy kompanii, jakoś tak wypadało. Miałem tylko karabin i dwa granaty, ale to się potem przydało.

  • Czyli przejście od cywila do wojskowego poszło u pana szybko i bez większych problemów?

Bez. Miałem zaczątki w harcerstwie, miałem ćwiczenia polowe w lesie w Celestynowie w okupację.

  • Uczyli was, jak zaatakować drugiego człowieka?

Nie. To nie. Raczej takie jak się [zachować] w lesie, jak deszcz pada, że trzeba się przywiązać do drzewa, nie kłaść się. Typowo harcerskie.

  • U pana widać, że potrzeba chwili robi z pana żołnierza, tak?

No tak. To z całą pewnością. U mnie zaważyła śmierć ojca, szybko wydoroślałem. W młodym człowieku to zostawia ślad i ten ślad się odbijał cały czas w czasie późniejszego harcerstwa i w czasie Powstania. Często mnie pytano, czy się bałem. Nie wiem, czy się bałem, nie zastanawiałem się, czy się bałem, może i się bałem, ale nie sięgam pamięcią.

  • Nie było nigdy takiej myśli – co ja tu robię, lepiej wrócę do domu?

Nigdy. Okazało się, że bardzo celnie strzelam i dlatego awansowano mnie na strzelca wyborowego. Rzeczywiście dobrze strzelałem. Po pierwsze miałem dobre oko, dobrą rękę, spokój, ale przede wszystkim był bardzo dobry karabin.

  • Ten znaleziony na parapecie?

Tak. To nie był sztucer, to nie był snajperski karabinek, ale na sto, sto pięćdziesiąt metrów nawet na dwieście to nie było problemu [by trafić].

  • Czyli uczestniczył pan w zdobywaniu poczty i co dalej?

Potem przekwaterowanie na stałą kwaterę Sienkiewicza 2, na pierwszym piętrze, duże okna półkoliste, potem nękanie PAST-y. PAST-a górowała nad [okolicą]. Już nie mówię o drapaczu, bo drapacz to nie my, tylko inna drużyna zdobywała, zresztą nie było dużego oporu, ale najgroźniejszym dla nas obiektem to była PAST-a, ona górowała nad wszystkimi obiektami. Przejścia tylko podziemne, ewentualnie barykady, które by zasłaniały widok od strzału z PAST-y. Ona nam bardzo [doskwierała], bardzo, jak chory ząb. Należało to zdobyć, ale nie było jak. Było kilka podejść. Pamiętam, że brałem udział w nękaniu z budynku Zielna, nie pamiętam jaki numer, ale tam była stacja Polskiego Radia na Zielnej. Na poddaszu był wybity nieduży otwór, miałem ładne stanowisko. Po tym 12, 13 i 14 sierpnia przez obserwację okazało się, że ciekawie usytuowany budynek, punkt strategiczny Królewska 16 jest pusty, nic się nie działo, tam była nasza obserwacja. Dowódca polecił nam zająć ten budynek i wieczorem chyba dwunastego albo jedenastego przeszliśmy Królewską i obsadziliśmy budynek. Tak przez trzy dni tam widzieliśmy, jak załoga z Ogrodu Saskiego szykuje się do [wypadu]. Wóz pancerny, jakiś oddział Niemców, już widzieliśmy, że się szykuje chyba na PAST-ę, żeby wspomóc i dozbroić amunicją. Więc kolega „Drapacz”, erkaemista już ustawił się w poziomie do strzału i jeszcze paru naszych. Miałem za zadanie wycofać się, ostrzec placówkę Królewska 35. Droga bardzo długo trwała, bo krycie się od strony PAST-y… Dałem znać, wróciłem na stanowisko, jeszcze się nie zaczęło, tam się jeszcze zbierali Niemcy i zaczęło się. Tak że myśmy ich sporo pokładli. To był chyba 13 sierpnia. Po tym nas zluzowano. Następnie po powrocie na Sienkiewicza, na kwaterę…

  • Cały czas pan miał kwaterę na Sienkiewicza?

Cały czas. Chyba 14 sierpnia, po wyjściu, następnego dnia potworzono w każdej kompanii wydzielony oddział szturmowy. Ponieważ miałem dobre uzbrojenie, chodziło o to, żeby ten oddział był dobrze uzbrojony. Miałem dwa granaty i karabin, więc byłem też w tym oddziale szturmowym. Oddział szturmowy został przerzucony na kierunek północno-zachodni do wspomożenia obrony oddziałów kapitana „Hala” i bodajże oddziału „Chrobry II”, który liczebnie był spory, ale uzbrojenie słabiutkie. Ponieważ można było się spodziewać ataków od strony Towarowej, więc należało front wzmocnić i przerzucono chyba czterdziestu paru ludzi na kwaterę przy ulicy Prostej. Stamtąd działaliśmy, obserwowaliśmy ruchy niemieckie – czy nie ma jakichś tam chęci ataków. Stamtąd często wychodziłem na polowanie. Przepraszam, że tak się to nazywa, ale to jest prawda, to jest polowanie. W czasie polowania przy podchodzeniu zobaczyłem na ulicy Wroniej chyba z dziesięciu, dwunastu Polaków i trzech żandarmów. Z daleka obserwowałem, nie miałem lornetki, ale miałem dobry wzrok, zauważyłem, że oni wynosili trupy z budynków i spiętrzali. Ja jeden nie dałbym rady [nic zrobić]. Domyśliłem się, że to nie będzie na już, tylko potrwa godzinę, dwie. Wycofałem się na kwaterę, moich akurat nie zastałem, tylko jeden był akurat nasz, ale nie wolno mu było iść, musiał pilnować placówki, ale spotkałem kogoś od zgrupowania „Hala”. Powiedziałem, o co chodzi. W ciągu piętnastu, może dwudziestu minut zebrała się nas grupka, od „Hala” chyba pięć osób, ja szósty, ktoś od „Hala” miał erkaem. Podeszliśmy blisko do Wroniej, umówiliśmy się, że jeden z erkaemem wejdzie na dach, żeby [zaskoczyć] Niemców, bo jak trzech to… Reszta będzie jak najbliżej. Okazało się, że w tym czasie podjechał samochód. Myślę, że chcieli jeszcze ładować jakieś różne zdobycze. Było już czterech Niemców. Dobrze, że sam nie zacząłem, bo byłoby kiepściutko. Czekam, widzę jednego, drugiego Niemca i czekam na strzał z góry, pierwszą serię, ale jak zobaczyłem sukno rozpięte na plecach żandarma, nie wytrzymałem. Tak się złożyło, że moment po mnie zagrał karabin na górze. O dziwo, my krzyk: „Polacy do nas!”. Oni natychmiast [nie] do nas [lecz], uciekli na drugą stronę. To jeśli chodzi o ten moment. Niemcy – jeden uciekł, trzech poległo. Jednego położyłem, a dwóch z dachu chyba też… Tych dwóch to chyba ten z dachu położył.

  • Pan wychodził na polowanie. Polowało się, żeby zabić Niemca czy żeby zdobyć broń?

Żeby unieszkodliwić. Trudno powiedzieć „zabić”. Nigdy nie wiedziałem, czy zabiłem, czy nie. Nigdy nie wiedziałem. Wiem, że się położył, ale czy się położył sztucznie czy naturalnie, tego nie wiem. Kiedyś u nas w oddziale był sierżant „Smutniak”, on mnie uczył taktyki podchodzenia. Uczył mnie, że jak się zajmuje stanowisko, to przedtem trzeba przygotować sobie gdzieś dalej następne stanowisko, żeby po strzale przenieść się dalej, bo być może będzie osłona i że może mnie zlikwidować czy granatem, czy serią. Po strzale od razu [przebiegałem] na drugie stanowisko. Po przypadku na Wroniej wróciliśmy na kwaterę na ulicę Łucką. Pamiętam, że z kolegą, chyba z Knyszynem, on miał bergmana, ja miałem karabin. Karabin nie jest bronią szturmową, bronią szturmową jest automat, pistolet maszynowy. Karabin jest bronią pozycyjną. Sam z karabinem nic bym nie zdziałał, a we dwóch poszliśmy gruzami i doszliśmy do ulicy Grzybowskiej. Na Grzybowskiej za Żelazną był unieruchomiony niemiecki czołg i on walił często wzdłuż ulicy Grzybowskiej. Chodziło o to, jeśli jest możliwe, żeby go sparaliżować. Doszliśmy do Grzybowskiej, ale nie do ulicy, tylko do domu, który stykał się z Grzybowską od strony południowej, ale okazało się, że dojście jest niemożliwe. Próbowałem, nie dało rady, nie było jak. Czołg był okopany… Nie było możliwości [dojścia].
Wracam jeszcze do wypadu na Wronią przy podchodzeniu pod odległość… Był stary budyneczek parterowy i [w nim] dwoje staruszków siedziało w piwnicach. Chcieliśmy ich zabrać, nie chcieli wyjść. Nie wiem, co się z nimi dalej stało, przypuszczam, że zginęli. Wróciliśmy na kwaterę z powrotem na Łucką.

  • Opowiadał pan o czołgu.

Nie mogliśmy dojść. Nie było możliwości, żeby go zlikwidować. Chodziło o to, żeby wybić załogę.

  • Pan dostawał taki rozkaz typu: „Tam jest czołg, idźcie”?

Tak. My szliśmy przez zakłady chyba mleczarskie AGRIL-u. AGRIL był chyba bliżej Towarowej, to było gdzieś między Żelazną a Towarową. Już tak pamięcią nie sięgam. W każdym bądź razie czołg walił wprost wzdłuż ulicy Grzybowskiej aż do ulicy Ciepłej, bo potem ona się krzywiła. To była jakaś myśl. Potem to się okazało, jaka to była myśl strategiczna, żeby czołg zlikwidować. Potem poszliśmy na pocztę, potem 18 sierpnia wracałem na Sienkiewicza z jakimiś meldunkami, żeby [dostać] trochę amunicji… Zostałem jeden dzień i 20 sierpnia akurat tak się złożyło, że to był początek, 20 sierpnia zagarnęli mnie razem do ataku na budynek PAST-y. Brałem udział w ataku na PAST-ę, z tym że miałem karabin, a karabin nie jest bronią szturmową, musiałem być trochę z tyłu – logiczne, że [przodem] szli koledzy, którzy mieli automaty, ja tylko mogłem [osłaniać].

  • Z żalem pan to wspomina, że pan nie mógł być na pierwszej linii?

Trudno powiedzieć, czy z żalem. Taka była racja stanu. Wiadomo było, że z automatami łatwiej było serią pociągnąć, niż mnie karabin zarepetować i strzelać. W tym czasie [ja] mógłbym dostać ładunek.
Po zdobyciu PAST-y wróciłem z powrotem na Sienkiewicza po amunicję i teraz ciekawa rzecz. Budynek PAST-y nam już nie groził, więc przeszedłem Marszałkowską przy barykadzie utworzonej przy ulicy Świętokrzyskiej na drugą stronę i ulicą Bagno w kierunku placu Grzybowskiego i w momencie [przeskoku]. Ponieważ z zasady nie chodziło się przestrzenią otwartą, tylko zawsze, gdzie było można, [trzeba było] chować się, więc [chodziło się] budynkami.
  • Budynkami czyli piwnicami, czy przy ścianie?

I podziemiem i wierzchem, byle mieć mur jako zasłonę. Przeszedłem ulicę Bagno, otwartą, szybko, bo nie było barykady, wskoczyłem do budynków parterowych posklepowych i w momencie jak byłem przy pierwszym czy drugim oknie, słyszę chrzęst gąsienic od strony Królewskiej i Granicznej. Ustawiłem się w oknie na przyklęku, karabin [położyłem] przed siebie, czekałem, że może będzie piechota niemiecka. Czołg wjechał na skraj placu Grzybowskiego i zamanewrował lufą i prosto we mnie. Nie wiem chyba rekord świata pobiłem w kierunku kościoła, nie wiem, zmiotło mnie momentalnie, tak że nawet nie zdążyłem zauważyć, czy on celował w [moje] lewe, czy w prawe oko, nie wiem, nie zdążyłem. To był moment grozy – jak wypali, to ze mnie będzie przecież plama. Wróciłem do swoich na Łucką.
Potem nas przenieśli z Łuckiej na Grzybowską 24, to było gdzieś 27 czy 28 sierpnia. Potem okazało się, że musimy robić próbę przebicia na Stare Miasto dla utworzenia korytarza umożliwiającego wyjście ludności i naszych ze Starego Miasta. Pierwszym zadaniem było zdobycie budynku firmy „Pluton”.

  • Który gdzie był?

Grzybowska chyba 37. To był budynek dwupiętrowy z poddaszem i górował nad terenami „Haberbuscha”, nad Ciepłą, tak że ani podejść nie można było, żeby zaatakować wzdłuż ulicy Ciepłej [do] Hali Mirowskiej dalej, więc należało budynek zdobyć. I budynek 28 sierpnia zdobyliśmy. Tak się złożyło, że jeden z naszych kolegów „Drapacz” wpadł do bramy, jestem przekonany, że myślał, że tam jest przejście na schody (z bramy na schody). Po Powstaniu jak już wróciłem do Polski, okazało się, że tam nie było wyjście. Jak on wpadł do bramy, to Niemcy wiedzieli, że my ich atakujemy, chyba nie było ich dużo, ale wynieśli się poza ulicę Grzybowską i tam chyba już ustawili broń i jak „Drapacz” wpadł do bramy, to posiekli go. My oknami, na okna, nie było krat, tylko kraty były nad piwnicznymi oknami, tak że można było [wejść] na kraty i wskoczyć w okna. Oczywiście najpierw granat dla pewności, że tam nie ma Niemców, po wybuchu wskok i na schody. Od środka były właśnie schody. Wylądowałem na schodach między parterem a pierwszym piętrem, za mną chyba też z pięć, sześć osób. Teraz niedobra rzecz stała się, bo okazuje się, że budynek był budowany z cegły dziurawki. Ściany z cegły dziurawki bardzo łatwo przebijała kula karabinowa. Myślę, że to nasi, nie Niemcy, ale nasi, nie wiedząc, że my budynek zdobyliśmy, walili nadal w te mury w te okna i by nas… Któryś z nas miał flagę, wywiesił oknem i dopiero przerwano ostrzał. Słyszałem krzyk: „Hura, hura, hura!”. Po pewnym czasie powiedziałem koledze: „Słuchaj, ja idę na pierwsze piętro na łuskanie, na polowanie”. I poszedłem. Była godzina chyba gdzieś koło dwudziestej, dwudziesta pierwsza, jeszcze było widno [i tam usnąłem. Rankiem] zorientowałem się, że na dole słyszę głosy niemieckie. Dosłownie słyszałem głosy niemieckie i stąd te moje pierwsze siwe włosy. Okazuje się, że nasi się wycofali i zapomnieli o mnie. Zapomnieli, że jestem na górze. A ja tak – ani się ruszyć, pić się chce, wody nie ma, o jedzeniu już nawet nie myślałem – strach. Po raz pierwszy odczułem autentyczny strach, że to już koniec, tym bardziej że miałem tylko karabin, nie miałem już granatów. Nie miałem granatów, bo raz, że jeden rzuciłem przez okno, a drugi komuś dałem na schodach, bo czołgać się z granatem to nie była taka sprawa bardzo bezpieczna. Byłem bez ruchu. Nawet nogą nie można było ruszyć czy ręką, bo szkło, bo było słychać trzeszcz szkła, bałem się, że mnie tutaj dopadną. Około dwudziestej drugiej zorientowałem się, że jest cisza i o dwudziestej trzeciej powolutku, powolutku wycofałem się. Okazuje się, że Niemcy na noc odeszli z tego budynku. I tak wróciłem do swoich, też w strachu, że mnie ustrzelą od frontu. Udało się.
Potem – mówię tylko ważniejsze fragmenty – obsadzaliśmy placówkę Grzybowska 2 albo 4, już nie pamiętam, bo przejście przez jedno podwórko, jeden dom, piwnicami do drugiego domu i na zewnątrz była ulica Rynkowa i na ulicy Rynkowej pałac Kazaneckich chyba (jest przesunięty jakoś ten budynek), tam byli Niemcy. Przy bramie widziałem zwłoki spalonego Niemca. Siedzieliśmy tam jakiś czas, to był nasz punkt zmienny. Zmienialiśmy się z kolegami. Jak nie miałem warty, to chodziłem na górę na trzecie piętro i polowałem. Podejrzewam, mam prawo tak myśleć, że na skutek mojego działania Niemcy się zorientowali, skąd padają strzały, bo były efekty. Czwartego września byłem na górze, wiem, że za parę minut powinienem zejść i zmienić kolegę, który obok miał swoje stanowisko, tam był lepszy widok, pseudonim „Czarny” – Jerzy Wagner, miałem go zmienić. Schodziłem już z lewego skrzydła do schodów na dół i już byłem na półpiętrze do parteru, jak w jego stanowisko uderzył pocisk z moździerza, dosłownie w jego stanowisko, przebił przez strop i był taki dołek, gdzie on… Zostałem ogłuszony, nic nie słyszałem, rykoszetem dostałem w rękę, miałem rozerwane mięśnie, oczy zasypane kurzem, zdołałem tylko jeszcze zejść do parteru po cegłach, po omacku, na pamięć do piwnicy, zacząłem krzyczeć „Pomocy, na pomoc!”. Jak to długo trwało, nie wiem. Pamiętam, że w którejś piwnicy myli mi oczy, żebym mógł zobaczyć. Wiem, że nic nie słyszałem, co ktoś do mnie mówi. Po jakimś czasie to minęło wszystko, wróciłem na placówkę i się okazało, że jednemu, który był na schodach na parterze, na sionce wyjściowej urwało nogi. „Czarnego” na koc zbierali.

  • Jakie to wrażenie, jak kolega, który przed chwilą żył, jest już nieżywy i w kawałkach?

Byłem w tym momencie jeszcze w szoku, potem przyszła refleksja, że miałem tam być, miałem go zmienić, chyba się spóźniłem, to raz, refleksja druga, to że z mojego powodu rąbnęli pociskiem moździerza, zorientowali się, skąd strzelam. Do dziś dnia to we mnie siedzi i pokutuje. Raz, że powinienem go wcześniej zmienić, a po drugie, że spowodowałem ten strzał.

  • Ale woli walki to nie umniejszało?

Absolutnie.

  • Chciałam wrócić do PAST-y, bo to jedno z większych zwycięstw. Czy wtedy też mieliście takie poczucie, że to jest duża rzecz. Jakie emocje pan zapamiętał z tego dnia, z tego wydarzenia?

Przede wszystkim dominowała konieczność. Jak wspomniałem, budynek dominował nad okolicą, paraliżował nam wszelkie ruchy, chodziliśmy jak krety, a chcieliśmy bardziej, szybciej czy przerzuty…

  • Pamięta pan emocje po zdobyciu, pamięta pan radość, co mówiliście, jak komentowaliście to.

Radość, jak widziałem wychodzących Niemców, jeńców – radość, bo ich było dużo, to pamiętam.

  • Czy pan wie, co działo się z jeńcami, z tymi z PAST-y, ale i z innymi?

Nie. Wiedzieliśmy, że jest selekcja, że wszyscy ci, którzy szczególnie nam się dali we znaki, a więc SS, żandarmeria i tak dalej byli likwidowani. Nie widziałem tego, ale tak było wśród nas – ręka do góry, znamiona SS pod pachą, a reszta to do pracy. Wiem, że po [ataku na] budynek PAST-y Niemieccy [jeńcy] wynosili nam żywność ze składów od „Haberbuscha”, składów, do których nie można było dojść, bo budynek plutonu górował nad [terenem].

  • To tam się Niemców wysyłało.

Tak, już po tym jak budynek został zdobyty, z innych jeszcze łapanek byli jeszcze zmuszani jako tragarze – owies, żyto takie rzeczy. Szczególnie bardzo cenne było wytrawne wino, było tego wina i w beczkach, to szło do szpitala, to gasiło pragnienie. Jeśli chodzi o jeńców, to była radość, że ich widzimy, tych tragarzy kultury w niewoli.

  • Czy wiedzieliście, co się dzieje w innych dzielnicach, jak sobie radzą Powstańcy, jaka jest sytuacja ludności cywilnej, czy to było wiadomo?

Trzeciego sierpnia wracaliśmy po zdobyciu Poczty Głównej na placu Napoleona, ludzie podchodzili do nas, wiwatowali. Dostałem, mimo że nie palę, paczkę papierosów. Radość nie do opisania. Potem to się zaczęło zmieniać. Kiedyś swojego czasu przechodziłem piwnicami od Świętokrzyskiej do Próżnej i spotkałem szkolnego kolegę Szulima, siedział biedaczysko na ławie, skulony, obok niego rodzina i inni mieszkańcy, to widziałem po twarzach, że te twarze były zmęczone. Już nie było tej [euforii]. Trudno się dziwić – jak szczury w piwnicy siedzieć a nie wiwatować zwycięstwem.

  • Czy pan się spotkał z nieprzychylnymi uwagami?

Nie, nigdy. Absolutnie nie.

  • Czy jakąś pomoc cywile świadczyli na rzecz Powstańców?

W miarę możliwości tak.

  • Czy pan osobiście się z tym zetknął?

Tak. Może nie powinienem tego mówić, ale trzeba pamiętać, że to byli warszawiacy – smutne, ale prawdziwe, to byli warszawiacy, oni inaczej to przyjmowali – Powstanie, trud, mękę, śmierć – inaczej przyjmowali niż po wyzwoleniu.

  • Bardziej ze zrozumieniem?

Mówię o warszawiakach czasu okupacji, czasu Powstania, oni byli zahartowani w tych trudach. Natomiast nie warszawiacy… Wróciłem do Polski w 1947 roku. Jeśli jeszcze tyle lat po Powstaniu spotykałem się z niechęcią, to nie od strony warszawiaków – smutne, ale prawdziwe, ja to odczuwałem.

  • Był pan w okolicach, gdzie działał „Hal”. Pewnie pan słyszał, że oddziały „Hala” były oskarżane o mordowanie Żydów, czy pan coś wtedy słyszał?

Nie słyszałem i nie widziałem. Osobiście nie mam nic wspólnego ani z NSZ-tem, ani… Uważam, że to jest wierutne kłamstwo. Sam widziałem Żyda z karabinem. Przyznawał się do tego, że on jest Żydem. To jest wierutne kłamstwo, coś bym wiedział. Często wychodziłem poza teren na wypady, na polowania, to by się nie dało ukryć, nie słyszałem czegoś podobnego, a byłem w tym rejonie właśnie, gdzie była mowa w różnych notatkach, niby wspomnieniach. Uważam, że to było wierutne kłamstwo.

  • Jak wyglądało takie życie codzienne, jeśli w ogóle możemy coś takiego powiedzieć. Gdzie pan spał, co pan jadł, jak pan był ubrany?

Spałem, gdzie się dało i ile się dało. Nawet nie pamiętam, jak to było z karmieniem, koleżanki się tym zajmowały, chwała im za to. Swego czasu, to już na Grzybowskiej, ale może o tym potem… Ubranie to szary kombinezon. Na poczcie oprócz dwóch granatów to jeszcze miałem hełm, o czym zapomniałem powiedzieć. W hełmie paradowałem. Opaska biało-czerwona na hełmie. Jego zachowałem jeszcze na Łuckiej i założyłem się z kolegą, że hełm jeśli się z boku strzeli [do niego], to on jest odporny na strzał. Ustawiłem hełm na sto metrów, strzeliłem w bok, naboi nie było już tak dużo, ale to był zakład, oczywiście hełmu już potem nie miałem. To on oczywiście [chronił] może od cegły, od gruzu, ale od kuli to nie chronił, mimo że niemiecka stal, to nie chronił.

  • Skąd pan miał kombinezon?

Nie wiem, wszyscy byliśmy ubrani na Śródmieściu w kombinezony. Kto miał co innego, to był w innym, miałem krótkie spodenki, tak że dla mnie to było dobre. Wiedziałem, że skończy się Powstanie, to w czym będę do domu wracał? Kombinezon się przydał.

  • Jaka atmosfera panowała w oddziale, bo pan przyszedł do grupy, której pan nie znał.

Znałem tylko jednego z oddziału harcerskiego, ale on od razu przeszedł do innej kompanii. Wszyscy serdecznie mnie [przyjęli]. Była serdeczność, mimo że wiekowo było różnie, od szesnastu, siedemnastu do trzydziestu. „Drapacz”, który zginął na Grzybowskiej w bramie budynku, [miał] trzydzieści cztery lata. [Wacław] Iwanowski – inżynier mechanik był najstarszy w naszej grupie. Dowódca – dwadzieścia cztery lata, przedwojenny podporucznik. Tak że różnica wieku nie grała roli, to była więź braterska. Być może spoiwem były lata okupacji, tajność.

  • Czy była jakaś rywalizacja między różnymi oddziałami czy coś takiego?

Tego się nie wyczuwało, nie. Może tylko to, że nasza drużyna po tym jak została wyeksponowana do tej drużyny szturmowej, to nam tylko zazdroszczono broni. Rzeczywiście byliśmy dobrze uzbrojeni. Inaczej by nie było grupy szturmowej, bo to by się mijało z celem. To tak się wyczuwało: „A, ty masz karabin”.

  • Ile osób liczyła grupa szturmowa?

Czterdziestu dwóch chyba, potem się zmniejszyła. Na końcu było nas chyba dwudziestu.

  • Rzeczywiście trzeba było pilnować swojego karabinu, swojej broni?

Jak własnego życia.

  • Czy kobiety były też w pana oddziale, czy pan się stykał z kobietami na co dzień?

Tak, cały czas. Jako łączniczki.

  • Co one robiły?

Karmicielki, że tak powiem. Po wojnie spotkałem parę. Wiele już nie żyje – odprowadziliśmy ich na cmentarze.
  • Czy pan podczas Powstania miał kontakt z prasą podziemną, czy pan słuchał radia?

Parę razy będąc na Sienkiewicza, jeszcze przed PAST-ą, byłem w kinie na Złotej, widziałem film powstańczy z montowanych taśm, to pamiętam.

  • Jak się wchodziło do kina, były bilety?

Normalnie, otwarte, kto chciał, to wchodził. Niedużo nas było, bo były obowiązki różnego rodzaju, nie każdy mógł sobie na to pozwolić. Akurat byłem w tym czasie na Sienkiewicza na kwaterze i powiedziano, że będzie film i byłem tam. Jeśli chodzi o prasę, to były afisze naklejane, bez przerwy [„Warszawianka”], bez przerwy nasze marsze, to też podnosiło na duchu.

  • Przez głośniki.

Tak.

  • Jakieś flagi wisiały na ulicy?

Oczywiście, gdzie tylko można, to wisiały.

  • Można było wyjść na spacer?

Na spacer to nie, nic z tych rzeczy.

  • Brał pan udział w życiu religijnym?

Dwa razy byłem w kościele. Był kościółek, już go teraz nie ma, na Moniuszki, z tyłu za naszą kwaterą. Byłem na Sienkiewicza, a na Moniuszki chyba 2 albo 4 mała kapliczka, kościółek. Byłem dwa razy na mszy. Raz byłem na mszy, nie wiem w jakim to [budynku]. Taka to msza, ołtarzyk na podwórku, już w tej chwili adresu nie pamiętam, wiem, że było sporo ludzi. To było jeszcze na początku Powstania, gdzie nie było jeszcze tego dziennego ostrzału, gdzie ludzie jeszcze się tak bardzo nie bali, że wyjdą na zewnątrz i gruchnie bomba czy pocisk, czy „Berta” i będzie miazga. Tak że pamiętam ten ołtarzyk z czegoś zbudowany, jakieś płócienko i ksiądz… Pamiętam pochówek naszych kolegów, „Drapacza”, jak go bosakiem spod bramy wyciągali, baliśmy się, że z przodu nam wygarną. Ja nie. Byłem na górze, ale koledzy wyciągali go. Chowaliśmy go na Boduena. Też był ksiądz, [oddaliśmy] sześć strzałów ślepakami. Mieliśmy dużo ślepaków. Myśleliśmy, że to pociski, a to były ślepe naboje, przy pochówku można sobie było pozwolić. To tak z tego, co pamiętam, ze spraw religijnych.

  • Czy była taka potrzeba, żeby nie zostawiać kolegów rannych i zmarłych.

Oczywiście. Gdzie tylko można było… Nawet Wagnera „Czarnego” [wynieśliśmy] na kocu, pochowany został na Grzybowskiej 7.

  • Jakoś oznaczaliście te groby?

Tak. Butelka… Zawsze coś się chowało i notatki, gdzie kto leżał, to się chowało. Była grupa, która tym się zajmowała. Ja tym się nie zajmowałem, raz, że nie potrafiłem, nie miałem czasu, miałem inne zadania, ale była grupa, która notowała gdzie kto leży, adres mniej więcej w tym miejscu.

  • Czy kontaktował się pan z rodziną przez okres Powstania?

Tak. Siostra mieszkała na Pańskiej po drugiej stronie, ale na czas Powstania przeniosła się do mojego budynku, była w piwnicy. Trzeba trafu, że tegoż dnia jak zginął Wagner, to pocisk dużego kalibru czy bomba uderzył prosto w tą część oficyny, gdzie w piwnicy była siostra. To wszystko zostało zawalone. Tak się jakoś szczęśliwie ułożyło, że ocalała. Siostra Zosia potem wyszła z ludźmi, próbowałem do niej po jakimś czasie dojść, to już jej nie było, bo wyszła z ludnością cywilną. To ten kontakt był. Z kolei druga siostra mieszkała na Leszczyńskiej, odwiedziłem ją tylko raz, poszedłem na przepustkę, to jeszcze było przed PAST-ą. To było [w czasie] między Królewską 16 a PAST-ą, tak gdzieś między 12 a 16 sierpnia. Odwiedziłem ją. Wróciłem na górę z powrotem do swoich. Potem się okazało, że Niemcy przy zajmowaniu Powiśla wszystkich wyprowadzili z budynków, siostra z dwoma synami przez Pruszków gdzieś wylądowała, już nie pamiętam gdzie, natomiast jej mąż wylądował w Neuengamme i tam zmarł. Z kolei mąż mojej drugiej siostry – Powstanie zastało go gdzieś w okolicach ulicy Hożej. On nie miał inicjatywy bohaterskiej, normalny człowiek, tam zginął. To moja rodzina. Ojciec, siostra jedna, druga, szwagier.

  • Co dalej działo się z panem we wrześniu?

Atak na budynek „Pluton” Grzybowska 37 miał za zadanie właśnie uniemożliwić odcięcie naszych oddziałów, które miały uderzać wzdłuż ulicy Grzybowskiej na Hale Mirowskie. To uderzenie było taktycznie pozorowane, to nie było taktyczne uderzenie, chodziło o odwrócenie uwagi od głównego uderzenia [po linii bocznej Ogrodu Saskiego], bo tam miało być główne uderzenie. Jedno i drugie spaliło, jak historia uczy… Za silna była obrona i tu, i tu.

  • Czy słyszeliście o tym, co się działo na Starówce?

Z grubsza tak, drogą okrężną wiedzieliśmy. Można tylko żałować, że nie było wówczas telefonów komórkowych, można było lepiej się zgrać. Nie nastąpiło zgranie ataków z jednej i z drugiej strony, minęły się.

  • Co potem pan robił?

Cały czas na Grzybowskiej 24, tak jak powiedziałem, wypady. Nic ciekawego za wyjątkiem jednej trudnej sytuacji. Mianowicie straciłem (to był 16 września) kontakt samozachowawczy, zawiódł mnie instynkt. Zapomniałem, że trzeba bardzo ostrożnie podchodzić na stanowisko strzeleckie, żeby coś upolować. Ziściło się nasze przysłowie: „Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. Dostałem strzał [kawałek] od serca, zawadziło trochę w śledzionę, straciłem przytomność. Nawet może i lepiej, bo bym się bał, że nie dam rady przejść na zapasowe stanowisko. Po jakimś czasie ocknąłem się i zacząłem się czołgać. Doczołgałem się na szczęście do naszych, na nosze i do szpitala na Śliską czy na Sienną, już nie pamiętam. I tam to był już jak wspomniałem chyba 17 września, już nie było tyle eteru, bardzo skąpo i prawie na pół żywca mi śledzionę usuwali. Nie mogłem kupić nowej, szczęście, że to młody wiek, że te funkcje przejął szpik kostny, ręka się już wygoiła w tym czasie, mięśnie miałem pozrywane. Do dziś mam kłopot z ręką.

  • Pamięta pan, jakie były warunki w szpitalu?

Tragiczne. To nie były ani sterylne, ani bezpieczne.

  • Szpital był w piwnicy?

Nie, na parterze. Dość powiedzieć, że w ciężkim stanie po dziesięciu dniach miałem sączek w szwie, żeby ropę wyciągać, razem z kolegą „Romą” – Roman [Miroszewski], on też był w tym szpitalu do 10 września, będąc na barykadzie Grzybowska tuż przy Granicznej. Jak mi potem koledzy opowiadali, coś usłyszał, chciał coś [powiedzieć], miał na brzuchu pistolet parabelkę i mu się koalicyjka zaplątała w spust i miał odstrzał. Przebił sobie udo, ale nie ruszając kości. Najgorsze, że przebił sobie [narządy] męskie. On też leżał w szpitalu i potem razem wracaliśmy. To było już chyba 30 września… Dlaczego wracałem? Bo na pierwszej linii było bezpieczniej niż na zapleczu.

  • Wracał pan do oddziału?

Tak. Na zapleczu nam groziło i pociski, i „Berta”, i granatniki, i lotnictwo, wszystko wszelka swołocz, natomiast na pierwszej linii Niemcy się bali. Bali się używać dużej broni, bo mogliby [swoich] razić. Tak więc wracaliśmy we dwóch, [było] już blisko kwatery, [może] dwadzieścia metrów, trzeba mieć cholernego pecha, granatnik się rozerwał od nas z piętnaście metrów. Miałem uszkodzone bębenki [od wybuchu] na Granicznej, jak „Czarny” poległ, [wybuch] już je dobił, już nic nie słyszałem, ból potworny. Kolega dostał odłamkiem w plecy, miałem odłamek za uchem. Okazuje się, że kolega gorzej był poszkodowany niż ja, bo się męczył i męczył i 1 albo 2 października „zszedł”. Potem się okazało, że odłamek wwiercił mu się w wątrobę i swoje [zrobił]. To nie te czasy, że dziś można było wątrobę wymieniać i operować. Mały odłameczek jak szpilka swoje zrobił. Natomiast ja z tym bólem [męczyłem się] do kapitulacji. To tyle, jeśli chodzi o Powstanie.

  • Zdawaliście sobie sprawę pod koniec września, że to jest już rzecz przegrana, czy jeszcze była jakaś nadzieja?

Nadzieja była, jak słyszeliśmy strzały zza Wisły. Nadzieja była 17 sierpnia, jak widzieliśmy niebo utkane spadochronami, na których… [Myśleliśmy], że to nasza brygada spadochronowa leci na pomoc. To były zrzuty, tylko bardzo spóźnione i poszły trzy czwarte do Niemców. To była też ta nadzieja. Trzecia nadzieja to był desant naszych, ale to młodzi chłopcy, nieprzyzwyczajeni do walki w mieście, oni ginęli jak muchy. Potem to już beznadzieja.

  • Jak przyjął pan wiadomość o kapitulacji Powstania?

Myślę, że z ulgą i ze strachem, co będzie dalej. Wiedzieliśmy już wcześniej o mordach naszych na wschodzie, nie przez Niemców, tylko przez bolszewików. Tak że i ulga, i strach. Ulga, bo koniec tego piekła, i strach, co będzie dalej?

  • Jak pan myśli, dlaczego Powstanie tak długo trwało przy takiej nierównowadze uzbrojenia?

Bardzo trudne pytanie. Po pierwsze zadziorność, po drugie pięć lat okupacji, po trzecie doznane upokorzenia.

  • Czyli walczyliście jak lwy?

Można to tak powiedzieć. Po czwarte młodzież, w znacznej mierze młodzież, która miała serce gotowe do walki. Nie wahała się, nie zastanawiała się, może inaczej, może tak.

  • Jak pan rano wychodził, to pan się zastanawiał, czy pan przeżyje ten dzień, czy też to nie było takie ważne?

Na początku nie. Do momentu pierwszego [postrzału] nie przyjmowałem [do świadomości], że będę nieboszczykiem czy zginę. Nie, to nie wchodziło w grę, zatrzask myślenia. O tym nie myślałem, potem już ból.

  • Jak wyglądała kapitulacja dla pana?

Nasz oddział rozbrajał się na Grzybowskiej przy Ciepłej, tam były koszary dawnej policji polskiej, chyba konnej. Zdałem karabin, przedtem go trochę zniszczyłem. Zresztą wszyscy koledzy jak tylko mogli, to niszczyli broń. Część zakopywała, że może potem się przyda. Wychodziłem z Warszawy ostatni, 10 albo 11 października.

  • Co robił pana oddział aż do 10 października?

Oni wyszli wcześniej. Ja byłem z bólem uszu zabandażowany, miałem polecenie, chyba od Niemców, przejść do szpitala na Złotą, to było gdzieś 3 lub 4 października. W szpitalu na Złotej było wielu rannych, lżej, ciężej. Byliśmy chyba do 12 października. Któregoś dnia wyszedłem na zewnątrz to był 6, 7 może 8 października, widziałem, jak młody człowiek, żołnierz niemiecki z miotaczem ognia, podpalał kamienicę na Złotej po drugiej stronie szpitala. Chodził po kolei i zapalał – to zapamiętałem szczególnie.

  • Czy podczas całego Powstania zetknął się pan z brutalnością Niemców, mordowaniem ludzi?

Raz tylko, jak na Wroniej ładowali stosy, to tylko tak optycznie widziałem.

  • A w szpitalu, czy nie było takiego lęku, że Niemcy zamordują rannych?

Jeszcze nie wiedzieliśmy o szpitalach na Starym Mieście, nie było nam o tym wiadome, ale mogliśmy przypuszczać, że tak będzie. Jeszcze nas nie uznali za Wojsko Polskie, za kombatantów. Później to dopiero zostało. Wiedzieliśmy, że jak coś, to nas zlikwidują na miejscu czy podzielimy losy innych. Potem, jak była wiadomość przez Londyn, że Niemcy uznali nas za żołnierzy, taka ulga. Tak że jak [był] koniec, kapitulacja to ulga i strach – co dalej, czy oni dotrzymają słowa, czy nie dotrzymają. Różnie mogło być.

  • W szpitalu były polskie pielęgniarki, polscy lekarze?

Tak.
  • Co było dalej?

Dalej nas przewieźli. Kto mógł to piechotą. Ja szedłem piechotą, ale kto nie mógł, to autami [wieźli] do dworca towarowego na Towarowej. Załadowano nas do wagonów towarowych. Teraz trochę wrócę. Przed wyjściem z Grzybowskiej na Złotą koledzy, którzy mogli, trochę mnie zaopatrzyli na drogę, w co mogli – kawałek chleba, jakąś kaszę, jakieś puszki marmolady, już nie pamiętam co. Tym transportem jechaliśmy na prawach rannych [Niemców], żołnierzy [Niemieckich] z frontu wschodniego, więc to się wiązało z zaopatrzeniem, codziennie kostka masła, pół chleba, coś tam jeszcze. Jak takie zaprowiantowanie, to w porządku, to hura, te wszystkie zaprowiantowanie, co koledzy dawali, to już się nie przyda, bo stare, zjełczałe, a tu świeże. W tym wagonie nas dobrze karmili. Nabawiłem się wszy, bo okropne wszy. Do tego stopnia, że zdjąłem bandaż, wychyliłem się głową za otwór [w wagonie] i koledzy nożyczkami mi obcinali włosy, żeby te wszy… Po przyjeździe do Niemiec, do obozu szpitalnego jenieckiego w Zeithain IV B, miałem pierwszą operację ucha, wyjęcie odłamka i zszycie bębenka. Robił to doktór Gerwer przy asyście doktora Kowalskiego.

  • Obaj Polacy?

Polacy. Też jeńcy, też Powstańcy. Tak się złożyło, że jeden był laryngolog, drugi chirurg. Operowali mnie. Obudziłem się, siedziała przy mnie pielęgniarka. Jak się obudziłem, to ona odeszła. Po operacji byłem półprzytomny, nie wiem, czy się ubrałem, czy się nie ubrałem, już nie pamiętam, poszedłem do drugiego baraku, gdzie wiedziałem, że są moi koledzy z oddziału. Krzyk – z powrotem mnie zgarnęli na łóżko. W tym szpitalu przebywałem [do 10 listopada]. Po operacji Niemcy przez trzy dni nas nie karmili, bo wiedzieli, że my jesteśmy tak napasieni, że nas nie trzeba było karmić, czy nie było w planie zaprowiantowania. W każdym razie głód. Mnie po dwóch dniach… jak tylko mogłem chodzić, to zbierałem komosę (zielsko), parzyłem, jadłem, mimo że nie było smaczne, bo nie było soli. Inni nie wiedzieli i ode mnie się nauczyli. Tego było pełno przy drutach. Tak to trwało do 10 listopada. Już po wyleczeniu, jak się czułem dobrze, wszystkich, którzy podleczeni byli, [zebrali] w drogę i wymarsz do właściwego obozu jenieckiego do Mühlbergu, też Stalag IV B, duży. Tam było około trzydziestu czterech tysięcy jeńców różnych narodowości. Między innymi byli „wrześniowcy”, serdecznie nas przyjęli, dzięki im do dziś za to, chylę czoło.

  • Pamięta pan pierwszą Wigilię w obozie?

Tak, to pamiętam. Pamiętam, że kto mógł, to dzielił się kartofelkiem lub chlebkiem. Nam dawali kartofle w mundurkach albo chleb krojony, [mała kromka] na dzień. Każdy chleb trochę odszczypał i kładł do [wspólnej miseczki]. To pamiętam. To była pierwsza Wigilia, pierwsze święta.

  • Co robiliście codziennie od rana?

Uczyliśmy się. Po pierwsze było dużo naukowców, ludzi z kulturą. Kto chciał, to uczył się angielskiego, kto chciał, to uczył się matematyki, fizyki i tak dalej. No co było [robić]? Spacer dookoła dwa razy w kółko, zima, śnieg, zimno, to uczyłem się angielskiego, matematyki, fizyki, geografii, historii. Byłem świadkiem bombardowania Drezna. Nasz obóz był między Dreznem a Berlinem, pośrodku na tej samej linii. Pamiętam szereg dywanowych nalotów na Drezno. Do dziś dnia podnoszą się głosy, że to było morderstwo na mieszkańcach – a Warszawa co? To trwało gdzieś tak do 10 kwietnia 1945 roku, już zaczynało [się słyszeć] lekkie pomruki dział. Daleko, daleko, gdzieś sto może kilometrów, może dalej jeszcze na wschodzie – takie pomruki. Wiedzieliśmy, że to idą już Rosjanie. Nasze dowództwo obozu świadomi tego, jak się zachowują Sowieci w stosunku do akowców, wyjednali zgodę niemieckich władz obozowych, że nas wyprowadzą na zachód i tak się stało. Nasza gromada tak na oko ze stu, stu pięćdziesięciu żołnierzy, wyszła na kierunek zachodni, żeśmy szli trzy dni. Pamiętam, że nad nami pokazał się samolot, dwupłat amerykański i zrzucał nam wiadomości. Poznał, że to nie wojsko, tylko [jeńcy]. Już nie wiem, czy to była jakaś radiostacja, jakiś kontakt, tego nie wiem. W każdym razie Niemcy nas pilnowali tacy staruszkowie, udawali, że są żołnierzami i tak żeśmy szli, samolot zrzucał nam ulotki, jak iść w lewo, w prawo, żeby nie natknąć się na oddziały wojskowe czy SS szczególnie, dlatego było to kluczenie. I tak doszliśmy do rzeki Moldy. W międzyczasie jeszcze (wracając do obozu) w Mühlbergu w czasie kąpieli pod prysznicem wleciała mi do lewego ucha woda, ból okropny, pękł bębenek, już był nadwerężony, ten operowany dobrze – ból niesamowity. Obandażowany wychodziłem w tę ucieczkę na zachód. Po trzech dniach doszliśmy do rzeki Muldy, już za Muldą były [wojska amerykańskie], oni chyba już wiedzieli, że my, że kto i co, że jak. Była [ułożona] kładka przez Muldę, bo Mulda nie była duża, może jak dwa, trzy pokoje, ale zima, kwiecień. Po kładkach wszyscy przechodziliśmy. Jeszcze przed dojściem do Muldy widziałem oddział żołnierzy niemieckich z karabinami maszynowymi, erkaemami na plecach, patrzymy na nich, na szczęście to nie była ta grupa mordująca.
Dostaliśmy się do strefy zajętej przez wojska amerykańskie 7. armii amerykańskiej. Tylko jeden byłem obandażowany, trzymałem się lepiej, byłem rzeczywiście schorowany, oni nie aż tak i przypadek sprawił… Dużo mam w życiu takich szczęśliwych przypadków. Jeden oficer amerykański zainteresował się, co mi jest? Z grubsza mu tłumaczyłem. Okazało się, że to oficer, kapitan, dowódca kompanii, z pochodzenia Polak. Jak się dowiedział, że ja Polak to: „Godoj po polsku, co tu tego…”. Znałem trochę angielskiego, on dał rozkaz odwiezienia mnie na najbliższe lotnisko polowe, zapakowali mnie z pismem do dwupłatowca, przewieziono mnie do Monachium. Z Monachium z kolei samochodem, karetką do Heidelbergu, do szpitala w Heidelbergu. Tam był wojskowy szpital wojsk amerykańskich i miałem operowane ucho. Przebywałem chyba do października 1945 roku, rekonwalescencja. Tam mi się powodziło. Przydziały były piękne, wspaniale. Po tych naszych głodowych okresach to było jak w raju. Po wyleczeniu umundurowano mnie w mundur amerykański, wszystko – buty, spodnie, czapka wyjściowa, worek i z rozkazem do jednostki, która mnie [wysłała], bo ta już się wyniosła, bo w tym czasie było już, zdaje się, wycofanie wojsk amerykańskich z Lipska, był jakiś podział stref. Ten batalion i kompania, w której był mój kapitan, stacjonowała gdzieś w okolicach Monachium. Z powrotem tam wróciłem i byłem jakiś czas…

  • Ale pan coś podpisał?

Nie, nic nie podpisałem, dziecko wojny. Przypadek.

  • Pamięta pan koniec wojny?

Koniec wojny – byłem już w Monachium. Nie pamiętam.

  • Kiedy pan wrócił do Polski?

W 1947 roku, w maju. I to też z przypadku. Zdezerterowałem. Serce zapragnęło polskiej wierzby. Nostalgia to coś okropnego, polska wierzba, polska brzoza – ciągnęło mnie, nie dałem rady.

  • Ktoś odradzał, doradzał?

Nie. W czasie pobytu w tej jednostce, w 1. Kompanii, uczyłem się jeździć samochodem, więc jeżdżąc, dowiedziałem się, że chyba w Mannheim stacjonuje polski oddział. Kiedyś zajechałem do nich. Stamtąd właśnie jakieś kontakty. Oni mieli pisma, jakiś „Repatriant”, coś takiego. To musiał być 1946 rok, początek 1947. Ktoś mi pokazał [w gazecie] (wiedzieli, jak się nazywam, że jestem warszawiak): „Edward, wracaj do Warszawy, czekamy na ciebie. Matka i siostra”. Chyba jedna albo dwie to jeszcze mnie bardzo tak podrzuciło do góry i ta tęsknota za polską wierzbą – Boże, nikt tego nie zrozumie, kto nie był, tam. Przyszedł czas, że poza obóz pod Monachium… Aha, jeszcze była propozycja, że może się zgodzę (czy to było już przyklepane), że jedziemy do Japonii na sześć lat na okupację całą kompanią, z tym że jak ktoś ma rodzinę, to do Stanów, a my na sześć lat na okupację, że po tym będzie Kanada, obywatelstwo amerykańskie, żołd był odkładany połowę tu, połowę to jakoś się uzbiera kwota duża, że będzie można coś tam. Tęsknota zwyciężyła.

  • Czy po powrocie spotkały pana jakieś nieprzyjemności?

Nie.

  • Przyznawał się pan, że pan walczył w Powstaniu?

Nie. Z początku nie. Długi czas nie. Po powrocie do Polski skończyłem gimnazjum, chyba na Hożej. Ponieważ byłem zaawansowany, bo uczyłem się w obozie niemieckim, to w półtora roku zrobiłem małą maturę, potem technikum budowlane. W 1950 roku czy w 1951 miałem maturę i dyplom technika budownictwa lądowego. W [latach] pięćdziesiąt jeden czy dwa lata budowałem duże obiekty w Warszawie, osiedle Grochów 3, gmach politechniki cieplnej na Narbutta, miałem dużą grupę ludzi. Zmęczyłem się tym, to przerosło moje możliwości, nerwy. Zacząłem chodzić na WSI na studia. W 1953 przerwałem, nie dałem rady, nerwy, ból ręki, niedowład, głuchota zaczęła wracać. To nie takie proste. Nie skończyłem studiów. Potem pracowałem do 1962 roku w budownictwie na terenie Warszawy. Budowałem ciepłownię na Siekierkach.

  • Bez żadnych przykrości po Powstaniu?

Nie spotkałem się.

  • Trudno było wrócić do cywilnego życia po Powstaniu?

Po pierwsze byłem na utrzymaniu matki, siostra dawała sobie radę, bo szyła różne fatałaszki kobiece. Matka bez zawodu, zawsze przy mężu. Ojciec przed wojną była na dobrym stanowisku, miał dobre zarobki, tak że nie było takiej konieczności. Ten szok okupacyjny. Potem matkę musiałem utrzymywać, tylko praca, praca, nie było czasu na inne rzeczy. Potem wieczorowe studia, to już w ogóle mnie wypompowało. Do Armii Krajowej zacząłem się przyznawać dopiero w latach siedemdziesiątych. W 1976… Wcześniej starałem się o inwalidztwo wojenne. Długi czas nie chciano mi dać. Myślę, że to zaważyło, bo w tych komisjach było dużo partyjniactwa. W każdym bądź razie oferowano mi tylko trzecią grupę cywilną, mimo że ewidentnie miałem ślady i dokumenty z Czerwonego Krzyża. Dopiero po jakimś czasie w 1976 dano mnie drugą grupę inwalidy wojennego. W 1982 na początku przeszedłem na emeryturę, z tym że na rentę najpierw, bo nie miałem wieku, a potem już na emeryturę i jestem dalej na emeryturze. Mam działkę nad Bugiem, grzyby, ryby… Ożeniłem się w 1953, mam dwie córki, jedna lekarz, druga też prawie lekarz.




Warszawa, 2 marca 2011 roku
Rozmowę prowadziła Małgorzata Rafalska-Dubek
Edward Milewski Pseudonim: „Mściciel” Stopień: starszy strzelec, strzelec wyborowy Formacja: Batalion „Kiliński” Dzielnica: Śródmieście Północne

Zobacz także

Nasz newsletter