Eugenia Palla „Skierka”

Archiwum Historii Mówionej


Nazywam się Eugenia Palla z domu Ziółkowska, córka Wincentego.

  • Urodziła się pani w 1921 roku?


Tak.

  • Niech pani powie, jak zapamiętała dzień wybuchu wojny?

 

To było straszne. Byliśmy już w Warszawie, bo zawsze w Świdrze pod Warszawą spędzaliśmy wakacje, ale 1 września już zaczynał się okres szkoły, więc już byliśmy w Warszawie i 1 września wybuchła wojna. Zaczęło się od bombardowania. Wszyscy byli przygotowani na to, bo klimat między Niemcami a Polską był bardzo nieprzyjemny. Było wiadomo, że coś się stanie i się stało. Mój tatuś, człowiek bardzo mądry i doświadczony, powiedział, że wracamy do Świdra, bo nie ma co czekać na bombę, aż spadnie na nasz dom. Znów powędrowaliśmy, tak jak przyszliśmy ze Świdra, bo niczym nie można było dojechać, ludzie chodzili wtedy pieszo. Tam przebyłam dosyć długo, dlatego że kiedy Moskale (Moskale to tak nieładnie) przekroczyli granicę polską 17 września, to w Świdrze prawdopodobnie mieli jakieś swoje wtyki. Na parkanach i domach ci ludzie rozwieszali oświadczenie. Jak to brzmiało, dosłownie powiem: „Siedemnastego września armia radziecka przekroczyła granicę Rzeczpospolitej w celu zabezpieczenia swoich obywateli”. Nie mogę gadać dodatkowo, co myślę, bo nie wypada. W każdym razie takie pismo było. Pamiętam, szłam wtedy z moim tatusiem, a on mi powiedział: „To jest mój koniec”. Słuchając tego, nie bardzo… Po prostu usłyszałam, ale jak to? Człowiek w pełni sił (bo miał pięćdziesiąt trzy lata, a dla mężczyzny jest to doskonały okres) mówi mi, że nie będzie żył? I tak się też stało.


Wróciliśmy do Warszawy pod koniec września. Dom stał, wszystko było jak należy. Szkoła zamknięta i wszystkie uniwersytety, politechnika, bo Niemcy nie chcieli, żebyśmy się uczyli. Ale nasi profesorowie to byli wybitni Polacy. Dlaczego tak mówię? Bo Niemcy oświadczyli, że mogą być tylko szkoły zawodowe, więc rzekomo miałyśmy być krawcowymi. W naszym gimnazjum, którego nie było, ale było w innym miejscu (na Niecałej, jak się idzie do Ogrodu Saskiego), profesorowie rzekomo uczyli nas tej krawiecczyzny. Nie miałam możliwości płacenia za gimnazjum, bo to były duże pieniądze. Jest dobrze, jak się ma tatę i może nam to dać w życiu, żeby mieć wykształcenie.

Ale znalazłam sobie natychmiast pracę. To był już trochę późniejszy okres, już tatusia w domu nie było. Tak to wszystko wyglądało, że za bardzo małe pieniądze pracowałam na trzy zmiany w Instytucie Fermentacji i Bakteriologii na Krakowskim Przedmieściu 66. Dom stoi do dziś. Jak jestem w Warszawie, to tam wchodzę, pochodzę, zajrzę przez okno. Potem przenieśliśmy się na Miodową 3, już do dużego lokum. Cały ten układ był o tyle dobry, że każda kobieta, która tam pracowała (a było nas koło stu), potrzebowała mieć pieniądze, bo sytuacja wyglądała w ten sposób, że kiedy weszli Niemcy, to od razu podnieśli dziesięciokrotnie ceny. Jeśli dostawałam za cały miesiąc trzyzmianowej pracy 280 złotych (czyli przedwojenna stawka), ale były dziesięciokrotne ceny, to było bardzo niewiele. Ale mama musiała dostać pieniądze, więc to co najpierw złapałam, to miałam. Później się dostałam do innej pracy, na Królewską 29. To była firma prywatna, która produkowała zupy, budynie, takie rzeczy. Właścicielami byli uczciwi ludzie, więc z chwilą, kiedy nas angażowali, od pierwszej do ostatniej pensji była kwota 1040 złotych, bez potraceń. Dyrektorem był pan Kochanowski, drugie nazwisko zgubiłam teraz. W każdym razie to było już coś dla mamy faktycznie wartościowego.


  • Jak to się stało, że pani ojciec został zabrany przez Niemców?


Przed wojną były tak zwane związki zawodowe. Był w związku zawodowym. Poza tym były wybory do rad miasta i ludność go wybrała. Był wiceprezesem Rady Miasta Stołecznego Warszawy. Był uczciwy, solidny i dlatego go wybrali.

  • Jak to się stało, że go zabrali?


Przyszli do biura, tak jak po prezydenta Starzyńskiego. Przyszli do biura i poprosili, żeby przyjść na aleję Szucha na rozmowę. Tak zginął Starzyński, jak się z nimi miał umawiać, i tak zginął mój ojciec. Obaj byli na terenie Pawiaka, ale w dziale Serbii.

  • Jak się pani i pani mama dowiedziały, że tak się stało?


A jak się można dowiedzieć? Chodziłyśmy pod Pawiak. Stałyśmy, jak długo mogłyśmy. Czasem tata wyjrzał przez okno, ale nie mógł tak bardzo. Potem został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Mauthausen-Gusen. To jest na terenie Austrii. Pięć miesięcy i już nie żył. Wprawdzie mój tatuś był chory na serce, a praca to były kamieniołomy. Dla tych dobrych Polaków to albo szubienica, albo kamieniołomy, albo rozstrzelanie. Reszta mogła pić wódkę, leżeć w rynsztoku. Nikomu z Niemców nie przyszło do głowy, że to jest coś, co należałoby usunąć z ulicy. Oni tylko się śmiali, dla nich to był dowcip. Najgorzej, jak się upił Niemiec i tam wywrócił na Krakowskim przy skwerze. Wtedy była łapanka ludzi niewinnych, których się przy tym skwerze rozstrzeliwało innego dnia. Jak szliśmy do pracy koło ósmej rano, to już kanonada była, ludzie padali jeden za drugim.

  • Wiele pamięta pani łapanek?


To trudno powiedzieć. Wiele, bo to było powszechne. Powszechne!

  • Czy przed 1 sierpnia było wiadomo, że wybuchnie w Warszawie Powstanie?

 

Byłyśmy w tym zaangażowane wcześniej. Trzeba było się nauczyć być pielęgniarką czy sanitariuszką.

  • Jak to się stało, że się pani zaangażowała w taką działalność?


Przede wszystkim ze względu na mojego ojca, który zginął w obozie. To jest pierwsza rzecz. My, moje rodzeństwo, byliśmy w Powstaniu właśnie dlatego.

  • W jaki sposób znalazła pani kontakt z osobami, które działały potem w Powstaniu?


Przez przypadek. Pracowałam w instytucie, była bardzo przyjemna koleżanka, która studiowała medycynę na kursach u Zaorskiego. To były kursy medyczne. Ona mnie podłapała, bardzo jej się spodobałam. Zaczęłyśmy właśnie od tego, że zabrała mnie na długi spacer na ulicę Batorego. Zaproponowała mi, będzie razem ze mną. Umówiłyśmy się i zaczęłam chodzić na punkt, gdzie nas uczono. Lekarze byli, tylko nazwisk nie wiedzieliśmy, to było wszystko tajemnicą, żeby w razie jakiegoś przypadku nie było jasne.

  • Jak takie szkolenia wyglądały? Czy lekarze tłumaczyli, czy coś pokazywali?


Raczej wszystko było omawiane, jak ma być. To, co trzeba: jak się bandażuje głowę, to, tamto, wszystko było nauczone przez lekarza, który miał dany wykład. Powiedziałabym, że to byli szalenie sprytni ludzie, wrośli w konspirację. Dlatego nie wiadomo było, jak się nazywały panie doktor. To były kobiety przeważnie. Ale gdyby człowiek książki jeszcze raz przejrzał, to tam nazwiska są – w tych publikacjach po wojnie.

  • Czy przed samym wybuchem Powstania docierały do pani jakieś sygnały, żeby być bardziej gotowym?


Chodziliśmy na szkolenia.

  • Czy na szkoleniach były takie sygnały?


Najpierw byłam w Szpitalu Maltańskim, ale się doszukali, że to nie dla mnie i przyszłam.

  • Jak pani zapamiętała dzień wybuchu Powstania?


Dowiedziałam się, że o piątej po południu mam być na ulicy Smulikowskiego 4, w gmachu ubezpieczalni społecznej, bo to był nasz główny punkt. Dowódcą był „Konrad Niewiadomski” – III Zgrupowanie.


  • Nastąpiła godzina siedemnasta i co wtedy?


Nie doszłyśmy. Deszcz tak strasznie lał w Warszawie, że nie sposób było dojść, mimo że to wcale nie było daleko. Co stwarzało nam problem? Na tym terenie były różne zakłady pomocnicze dla służb, jakie tam były. To wszystko było ogrodzone drutami kolczastymi, więc nie było możliwe [przejście]. Osoby, które tam mieszkały, zakwaterowały nas na noc u siebie w domu. Tak że do południa co najmniej czy do czternastej lał deszcz. Jak przestał lać, to poszłyśmy sobie na Smulikowskiego 4, do naszej kwatery.

  • Co tam panie zastały?


Naszych kolegów, koleżanki, dowódcę, panie, które tam pracowały, na przykład zajmowały się kuchnią, tak że zawsze miałyśmy porządną, dużą zupę. To było od sióstr dane. Tam jest klasztor Świętego Kazimierza i one się przygotowały na Powstanie.

  • Czy na tym spotkaniu były wydane jakieś rozkazy albo polecenia?


Naturalnie, było bardzo dobrze to zorganizowane u „Konrada”. Potem nie było już dobrze, nie było to… ale odgórnie postanowione, to człowiek nie miał nic do powiedzenia.

  • Co to były za rozkazy, pamięta pani?

 

Były „każdodzienne”. Na przykład trzeba było być w określonym czasie na dyżurze – czy to był dyżur rano, czy w południe, czy na noc. Na noc też siedziałyśmy i jeżeli przyszło zawiadomienie, że jest ranny, to chaps za nosze i pędziło się tam, gdzie było określone, gdzie ten ranny. Wtedy byłyśmy dziewczyny chudzinki, bo okupacja była bardzo głodna, ale chłopcy byli masywni. Powiedziałabym, że nie bardzo byłyśmy mocne, żeby ich tak dźwigać, ale dźwigałyśmy. Biegłyśmy do szpitala, niosąc nosze i jeszcze się modliłyśmy, żeby je donieść szczęśliwie, żeby to było jak najlepiej.

  • Czy już od pierwszego dnia było tylu rannych, czy już później?


Cały czas ludzie mieli z Niemcami do czynienia. Niemcy byli doskonale przygotowani na nasze Powstanie. Mieli duże zasoby amunicji. A my? Dopiero się tworzyła amunicja. „Alfa Laval” na Powiślu to było miejsce, gdzie się granaty robiło.

  • Jak wyglądał taki zaaranżowany szpital?


Normalny szpital, bo przecież na tej ulicy był przedwojenny szpital ubezpieczalni społecznej i „Alfa Laval” także był. Normalny szpital, tak że łóżko, pościel.

  • Jak wyglądała działalność szpitala?


Jak każdego innego. Trzeba było dbać o chorych. Trzeba było ich umyć. Trzeba było baseny im poprzynosić. Nie pracowałam w szpitalu, ale znam te sprawy od koleżanek.

  • Jak wyglądała pani działalność w tamtym czasie?


Jak było zawiadomienie, to łapało się nosze i leciało na wskazany adres. Kładło się chorego na tym. Jeżeli to nie było [niemożliwe], natychmiast trzeba bandażowanie z czegoś robić. Biegło się albo do elektrowni, albo do ubezpieczalni, albo do „Alfa Laval”, gdzie też był szpital.

  • Czyli tam, gdzie było najbliżej?


To była dzielnica Powiśle.

  • Czy przed końcem Powstania Powstańcy mówili, że to się niedługo skończy?


To było widać. To było jasne.

  • To już krążyło w powietrzu?


Z Powiśla przeszliśmy na Zgoda 4 jako jednostka bojowa, ale zwróciłam się dowództwa, ponieważ moja siostra była przed samym porodem. Powiedziałam, że jeśli to nie jest w tej chwili taka pilna potrzeba, to czy mogę pójść na Wspólną, gdzie ona mieszkała, i być w tym momencie dla niej bardzo trudnym. Lekarzy dla kobiet nie było tak na poczekaniu. Jej mąż był lekarzem i to było całe szczęście.
Czuliśmy, jak wygasa Powstanie na naszym Powiślu. Czwartego września przeszliśmy na Zgoda 4, do punktu. Od kiedy „Krybar” przejął całe Powiśle, było zupełnie nie tak, jak za „Konrada”, tyle mogę powiedzieć. „Konrad” to kultura chodząca, dbałość o wszystko była, bez żadnych zastrzeżeń. Potem, jak przeszliśmy, to „krybarowcy” mieli bardzo duży zastęp ludzi, więc rozumiem, że to też może utrudniało im różne sprawy, które się powinno inaczej załatwić. Po prostu byliśmy wszyscy od „Konrada” i zepsuci przez niego. Jak człowiek jest kulturalny, to wszystko jest piękne.
Pamiętam, na sześćdziesiątą piątą rocznice byłam… Chorowałam, miałam wypadek, nie chodziłam. Miałam różne dzieje, myślałam, że umrę, bo to były poważne sprawy, ale jakoś wyszłam z tego. Na sześćdziesiątą piątą rocznice (kiedy nam stworzyli cudowne warunki pod każdym względem) przyjechałam. Nie miałam zdrowia żadnego, więcej przeleżałam na tapczanie, jak wychodziłam, a jak wychodziłam, to taksówka. Trzeba było, to się jechało.

  • Co by mogła pani powiedzieć o samym końcu Powstania? Jak się pani dowiedziała, że została podpisana kapitulacja?


Tak jak wszyscy się czułam. Przegrać – było wiadomo, że tylko to może być końcem, bo nie mieliśmy takiego uzbrojenia, jakie mieli Niemcy. Prawdą było, że były zrzuty. Nie zawsze dla nas, bo spadło i Niemcy przejęli. Ale to była wojna. Jak szły na Warszawę samoloty z Anglii, to nie wszyscy lotnicy znali wszystkie punkty, gdzie trzeba było zrzucić. Trzeba było wszystko umieć, a nie wszyscy umieliśmy.

  • Co się z panią działo po kapitulacji?


Po kapitulacji, tak jak mówiłam, poszłam do siostry, bo ona urodziła to dziecko. Nie, nieprawda, pomyliłabym. Po kapitulacji było zarządzenie władz niemieckich, że cała ludność Warszawy musi opuścić miasto. Nie miałam do czego wracać, bo mój dom, wszystko nie istniało. Przedostatnim transportem wyjechałam do Niemiec. Nie jako żołnierz Powstania, tylko jako zwykły cywil. Powiem szczerze: po tym, co miałam w mojej rodzinie, jak wyglądały obozy i czym się kończyły, nie miałam zamiaru, mając dwadzieścia trzy lata, nie żyć. Chciałam żyć, dlatego nie poszłam z moimi koleżankami. One były w obozie, ale mnie to wcale nie było potrzebne. Za dużo wiedziałam o obozach.

  • Wyjechała pani przedostatnim transportem i co dalej?


Przedostatnim, z ludnością cywilną, tą najbiedniejszą ludnością, gdzie były mamy, małe dzieci. Może i dobrze, że tak się stało, bo byłam dosyć mocna dziewczyna, mimo że byłam chuda, cienka i niedożywiona, ale to zupełnie inna sprawa. Trzeba chcieć. Pamiętam, że się pchać nie umiałam, więc jako ostatnia wsiadłam do transportu. Jak już wszyscy w wagonie byli, to wsiadłam ostatnia. Przyszedł Niemiec, zaryglował drzwi. To były towarowe pociągi, nie pierwsza klasa ani nawet trzecia. Zaryglował, ale zostawił lukę, żeby trochę wiało powietrze, przecież tyle osób wsiadło. Trzeba było dojść najpierw od Warszawy do Ursusa, na teren, gdzie Ursus był budowany, jeszcze sprzed wojny. Stamtąd odjeżdżaliśmy wszyscy transportem. Co było rozczulającego? Jak ruszył pociąg i już jechaliśmy, trudno było wiedzieć dokąd i jak to będzie. Jak były stacje na tej trasie, stawał pociąg. [Ludzie] dzielili się tym, co mieli, żeby to zabrać na drogę. Ponieważ siedziałam przy drzwiach, więc przez moje ręce to wszystko wchodziło do wagonu, ale było tego już strasznie dużo. Powiedziałam, że już jest tak dużo, że dla innych nic nie zostanie. Człowiek nie może widzieć tylko czubka własnego nosa. Panie powiedziały: „Jednak życzymy sobie, żeby to pani przyjęła, bo ani my, ani wy nie wiecie, dokąd jedziecie”. Przyjmowałam więc, ile się dało. Potem byłam szafarką w tym układzie, ponieważ ci ludzie (nie wiem, dlaczego) uważali, że mam to zrobić. Zrobiłam, spytałam, czy są zadowoleni, czy im czego nie uje, czy może coś nie tak. „Nie, dziękujemy. Wszystko w porządku”. Wszystko było pięknie. Minęliśmy Zbąszyń – stację przedwojenną graniczną do Niemiec. Pojechaliśmy dalej, w głąb Rzeszy.

  • Gdzie się pani znalazła?


W Zagłębiu Ruhry, w centralnym ośrodku przemysłu wojennego. Tam, gdzie Hitler wszystko produkował na wojnę. Ładnie sobie jedziemy, już niby spokojnie i w pewnym momencie jest jakaś sygnalizacja, że mamy stać. To była stacja Wittem. W tym momencie nadlatują angielskie samoloty. Potem spotkałam pewnego Polaka, co tego samego dnia bombardował nasz pociąg. Ale oni nie wiedzieli, że to Polacy z Warszawy. Nic nie wiedzieli, wiec bombardowali. Pamiętam, że Niemcy mieli doskonale zorganizowaną pomoc sanitarną. Jak spadły bomby, karetki pogotowia były już na miejscu. Taka była organizacja ich pracy. Sporo osób do szpitala odjechało, bo byli ranni w tym transporcie.

  • W Zagłębiu Ruhry zatrzymał się transport i co było dalej? Jakieś sprawy biurokratyczne?


Biurokracja to była z nieba. Poleciały bomby. Tam była armata, która była ustawiona w kierunku przeciwnym, niż jechaliśmy. Jechaliśmy na zachód, a przy torze była armata, bo oni się spodziewali bolszewików. Nie nas, tamtego wojska się spodziewali. Kiedy spadły bomby, które zrzucili piloci z Anglii, to akurat bomba padła na armatę. Wyleciało wszystko w powietrze. Ja mam serce żołnierza, nie kobiety, w takich razach. Wszystko, co mogłam, to organizowałam. Tam była taka wielka, zielona, pusta polana. Mówiłam, że trzeba tam biec, jak najdalej od pociągu. Jeżeli zbombardowali armatę, to przecież będą ten pociąg bombardować. Tak też było. Oczywiście wyskoczyłam z pociągu, biorąc moją jedyną teczkę, w której była moja torebka i dowód osobisty, i różne rzeczy, które wzięłam ze swojego domu, bo trzeba się i myć i wycierać: mydło i szczotkę. Biegłam w dół. Kiedy powiedziałam, że trzeba biec w dół, ktoś mówi: „Nie, jest armata, chodźmy do Niemców!”. Powiedziałam: „Komu się Niemcy podobają nadal, to proszę bardzo. Nikomu nie stawiam żadnych oporów” Pobiegłam w dół. Nie byłam ranna. Ludzie, co nie słuchali, byli ranni. Trudno, każdy ma swoje odczucia i te same sprawy mogą być przez każdego inaczej odbierane. Pani miała krwiak na biodrze, mówiłam do niej, żeby biegła ze mną. Nie chciała. Trudno. Każdy robi, co uważa.

  • Czy w Zagłębiu Ruhry była zorganizowana jakaś praca?


Nas zakwaterowano. Łotysze mieszkali w tych budynkach. Oprócz pluskiew tam nic innego nie było. Spałam na podłodze i ta pani, co miała ten krwiak. Kupiłyśmy w kiosku gazety, poukładałyśmy, miałyśmy ciepło. Dostałam od siostry marne futerko, ale grzejące cokolwiek na zimę. Ułożyłyśmy się przy drzwiach, żeby z pluskwami nie mieć do czynienia. Jak ktoś mi mówi, że Łotysze są czyści, to wiem, że nie. Jak można było żyć w takim budynku? Przecież Niemcy mieli różne środki, które można było wylać.

  • Ci Łotysze się tam znaleźli też przymusowo?


Jak najbardziej, wiadomo. Wojna jest nieprzewidziana nigdy dla nikogo. Ostatnio wyczytałam, co mnie pocieszyło, że podobno Łotysze bardzo lubią Polaków.

  • Została pani zakwaterowana. Jak Niemcy zorganizowali całą resztę?


Dojechaliśmy do punktu zbiorczego, gdzie mieli jakieś listy, nasze nazwiska. Pierwsze pytanie – czy chcemy się wykapać? Wszyscy prawie poszli się kąpać. Włączyli łaźnię, zaczęła działać. Wszystko z siebie zdjęliśmy, popędziliśmy. Wtedy zobaczyłam krwiak tej Pani, która była ze mną i taka była mądra, że lepiej do Niemców. W pewnej chwili gasną światła. Okazuje się, że bomba spadla na główny zasilacz światła w tym punkcie, gdzie była wanna, w Wittem, w tym małym miasteczku. Nie było innej rady, trzeba było szybko się wytrzeć ręcznikiem, bez względu na to, jak dalece byłyśmy umyte czy nie, i się ubrać, wyjść. A co muszę oddać Niemcom? Nasze ubrania. Z tego budynku, w którym była kąpiel, zostały wyciągnięte na dwór. My jak ta Wenus z Milo wyszłyśmy na golasa, żeby odszukać swoje ubrania. Był biały dzień. Żaden Niemiec, jak spojrzałam (bo człowiek nauczony był krępować się otoczenia), nie odwrócił się, żeby spojrzeć w naszą stronę, jak byłyśmy takie gołe. Przecież u nas to by było przedstawienie szalenie dowcipne! Przecież my to skądś znamy. A tam – nie, tam taka przyzwoitość moralna była. Potem, jak się poubierałyśmy, odjechałyśmy. Przyjechałyśmy do punktu, w którym miałyśmy zasiedlenie. Jak Ukrainki ugotowały zupę i przyniosły, to tak pachniała, że za sam zapach można było od razu wylać gdzieś w pole. Ukrainki gotowały, miały pupy grube, więc widocznie najpierw zjadały to, co najlepsze. Nie mogłam tego jeść, ta biegająca ze mną pani też nie. Ludzie jedli. To wszystko jest głód, ale wolałam być głodna. Nie wiadomo, co w tym było.

  • Czy została tam pani przydzielona do jakiejś pracy?


Pracy już nie było, bo Warszawa miała jednak powyżej miliona ludności. Jak Warszawa zasiliła tamten teren, to miał pracę każdy, co już wcześniej wyjechał, a ja jechałam przedostatnim transportem. Ale co tam bardzo mnie ujęło? Twierdzę, że zagłębienie Ruhry, tamta dzielnica Niemiec, to są ludzie bardzo kulturalni. Idziemy sobie tam, oczywiście nikogo nie znamy. Wędrujemy popatrzeć. Bardzo ładny teren, piękny domek stoi pośród sadu brzoskwiniowego, a zapach taki, że aż się kreci w głowie. W pewnej chwili z tego zabudowania wychodzi pani koło czterdziestki. Wychodzi na drogę, którą idziemy, i zaprasza nas do siebie. Jedna z pań znała bardzo dobrze niemiecki. Byłyśmy cztery i zostałyśmy zaproszone, że codziennie rano jest opad brzoskwiń, których nie mogą używać do handlu, więc gdybyśmy miały ochotę przyjść – nie pytać nikogo, nie wchodzić do domu z zapytaniami, proszę wchodzić do sadu, wziąć każda ile chce tych brzoskwiń. Tak codziennie: gdy chcemy, możemy przychodzić i to zabierać. Oni mogą tylko zdjąć owoce i te zdjęte idą do handlu. Takie były te kobiety, powiedziałabym, wyjątkowo cudowne, że jak uciekałyśmy… Bo ja jestem okropny człowiek i nie mogłam być tam. Musiałam wracać do mojej Polski. Powiedziałam, że uważam, że musimy się szykować do odwrotu, chociaż jeszcze Hitler żył. Ta pani z krwiakiem (jak to będę określać) idzie ze mną. Ale tam jeszcze była mama z córka. Ona nie może, ona jest pani pułkownikowa ze wschodniego polskiego frontu, z Rosji. A wyglądała jak prządka z fabryki, więc nie wierzyłam w jej męża pułkownika i chyba miałam rację. Była łodzianką, jak się na koniec okazało, udawała. Ona i fryzjer jakiś jeszcze z nami wędrował. Jak poszłam po mapę do Wesel (takie miasto tam jest), prosiłam o mapę, to Niemka mówi, że nie mają nic takiego. Wychodzę więc z tej księgarni. Mężczyźni stoją młodzi, tak ze dwadzieścia [lat]. „Co pani chciała kupić w tym sklepie?”. Mówię: „Chciałam kupić mapę”. A oni: „Przecież my wszystkie mapy wykupiliśmy.” Ciągnie mapę ze swojej torby i mi ofiarowuje w prezencie. Tacy Polacy z Warszawy potrafią być porządni dla siebie, bo jedna dola nas spotkała wszystkich. Mając mapę, byłam pewna, że wracam do Polski. Lubiłam geografię, umiem ją do dzisiaj.

  • Po jakim czasie pani postanowiła uciec z Wittem?


To były dwa tygodnie czy trzy najwyżej i miałam dosyć, mimo że tak solidni ci ludzie byli, tak uprzejmi. Powiedzieliśmy, że uciekamy, a one nas nie zdradzili. Obiad nam zrobiły, z weków wyjęły mięso, które robiły sobie na zimę. Nas było razem chyba osiem osób z tymi paniami, które były właścicielkami sadu i domu. Piękny dom, bardzo piękny. Ugotowały wszystko, obrus piękny, biały na stole, wszystko przygotowane dla proszonych gości. Takie mam wspomnienia z zagłębia Ruhry od tej ludności, która tam żyła jeszcze w okresie, kiedy Francja miała swoje panowanie nad Zagłębiem Ruhry. Potem Hitler anektował te ziemie, włączył do Rzeszy. One były takie spokojne, tak wszystko mówiły, co czuły, że jak uciekamy, to już jesteśmy pewne, że… Mówimy im, to znaczy, że już jakaś sitwa towarzyska się tworzy. Powiedziały, że jak tylko się wojna skończy, a to lada moment, to ta pani idzie przez granicę (bo już jej nie będzie) kupić sobie perfumy Soir de Paris. Los chciał, że jak wychodziłam z Warszawy, to moja siostra, dając mi to nędzne futerko, inne rzeczy, które były i można było wziąć, wzięła pół flakonu. To był Soir de Paris. Jak usłyszałam, że ona sobie tylko tego jednego na świecie życzyła, to takie szczęście! Poza tym one były takie uczciwe, solidne! Na koniec więc wyjęłam Soir de Paris i mówię, że mam tylko tyle. To było pół dużej flaszki. Boże, ile radości! Trzeba to było zobaczyć. Ona już nie musi iść do Francji! Chyba ta firma została zburzona w czasie wojny, bo nie ma Soir de Paris nigdzie, żeby nie wiem, gdzie szukać. Bomby spadły na pewno i się skończyło.

  • Jak wyglądał pani powrót do Polski?


Per pedes apostolorum, jak to się mówiło w gimnazjach przedwojennych, czyli pieszo wracałyśmy, przez granicę zieloną. Ale najpierw było trochę inaczej. Najpierw poszłyśmy na dworzec. Bilety były wykupione, na dworcu była tylko pani, która była zawiadowcą stacji, więc ta nasza dama, która znała niemiecki, podeszła i rozmawiała z nią. Pani, która miała powierzone, że wydawała pociągi w różnych kierunkach, powiedziała, że musimy zaczekać dziesięć minut, bo ona jeszcze trzy pociągi musi odebrać, przekazać na dalszą trasę. Co było robić? Trzeba było czekać. Kiedy już wszystko załatwiła, zabrała nas. Stacja nazywała się Halle. Poszła z nami przez dziesięć torów, to ogromna stacja przęsłowa, nie jakieś byle co. Tam stał pulman. Ona nas do tego pociągu wsadziła, kazała się kłaść. Tam mięciutko, cieplutko. Boże, ślicznie cudownie! Jaka porządna Niemka! Żegnała nas, życzyła szczęścia. Jechałyśmy do Lipska, powiedziała, że w Lipsku będzie przesiadka do tak zwanego Litzmannstadt, Łódź się tak nazywała za Niemców. Pojechałyśmy ze wszystkimi wygodami. Co to znaczy porządny człowiek! Już abstrahuję, kto jest Niemcem, kto Polakiem. Wszędzie są porządni ludzie i nieporządni też bywają. Już Lipsk, Boże, już wysiadamy, będzie przesiadka! Ta, co znała dobrze niemiecki, spojrzała: Czerwony Krzyż, wydają obiady. Pierwsza leci, żeby dla nas zamówić obiad. Obiad był cudowny, bo był domowy. A że skromny? I tak dziękuję do dzisiaj za to, że było tyle serdeczności, życzliwości i wszystkiego. Dlatego jeszcze raz mówię: dojechałyśmy do Lipska. Ta babeczka już w Czerwonym Krzyżu [oczekuje pomocy], a pani w Czerwonym Krzyżu mówi, że nie może, dlatego że to jest dla przesiedlonych Niemców, a my jesteśmy Polakami. To ona wyciąga pismo, że jesteśmy skierowane. To wszystko za złoto było. Jak ktoś mi mówi, że Niemiec jest uczciwy, to ja wiem, że jest złodziej. Dostałyśmy papier do Łodzi, bo się jakoś tam domówiła ta pani, że do Łodzi dojedziemy. Ale co ta w Czerwonym Krzyżu powiedziała? „Na dworcu dostaniecie panie na pewno dobrą zupę. Nie kosztuje drogo, można tam zjeść i jest piwo”. Oni wszyscy piwo piją. Poszłyśmy więc na dworzec, zjadłyśmy zupę, zupełnie dobrą. Nawet wypiłam lipskie piwo, nie jest gorzkie, tylko delikatne. Pierwszy raz powiedziałam, że piwo też może mieć smak dla mnie.
Dalszy ciąg, to wsiadłyśmy (jako przesiadka) z Lipska do Łodzi Fabrycznej. Ruszył pociąg. Już jedziemy. Te dwie, co była mama z córką, na pewno były łodziankami, bo jak przyjechałyśmy, to miały znajomości w Łodzi. To skąd one były? Na pewno nie z Warszawy. W wojnę wszyscy się przemieszczali, żeby było bezpiecznie. Ale to na pewno były łodzianki, bo miały znajome. Ona nam załatwiła przez kogoś (bo nie chciała się przyznać do tej Łodzi), że miałyśmy nocleg u sąsiadów jakiejś osoby, bardzo miłej i sympatycznej, u której mieszkał Niemiec. Ale pani powiedziała: „To jest bardzo porządny Niemiec, proszę się niczego nie bać. Głośno nie należy mówić, bo nawet nie wypada. On na to by nie zwrócił uwagi, ale ponieważ jego przydzielili do mojego mieszkania, muszę się z nim liczyć”. Było wszystko jak należy. Ale jeszcze [jedno]: wjeżdżamy na dworzec. Napis: Litzmannstadt. Już jestem w siódmym niebie, a ta udaje, że ona Łodzi nie zna. Takie smutne [obrazki], tak mi przykro, takie… o Boże! Mówię: „Pani, co to, cmentarz jest czy dworzec? Litzmannstadt to jest polska Łódź Fabryczna. Co to, geografii się w szkole nie uczyłyście panie?”. Jak usłyszały, wyskoczyły na peron. Jak zaczęły wrzeszczeć z radości wszystkie! Ja nie, bo nie umiem tak. Ja mogę powiedzieć, że to czy pstro, ale bez efektu dalszego. Schodzimy ze schodów, z dworca kaliskiego na dół. Stoi tramwaj, „dwunastka”, który przed wojną i teraz też jeździ, i za okupacji jeździł z dworca do miasta. A że one takie uszczęśliwione już i takie „Boże, co to się nie stało”, podchodzi do nas konduktor z „dwunastki” i mówi cichutko: „Proszę pań, tu nie wolno się śmiać. Nie wolno mieć żadnych uśmiechów na twarzy. Do nikogo. Szybko przemknąć, gdzie pani potrzebuje iść, żeby nikt nie zauważył, że Pani jest łodzianką”.

  • Jaki to był miesiąc? To był 1945 rok?


Nie. Październik 1944. Odprowadziła nas do tej znajomej pani, która miała tego Niemca. Miałyśmy nocleg, cieplutkie łóżeczko. Dla nas dwóch musiało starczyć, ale było dobrze. Na drugi dzień był przewodnik, chłopiec siedemnaście lat, który z Łodzi przeprowadził nas przez zieloną granicę do pierwszej wsi, jaka była po stronie polskiej, a nazywała się Wola Załężna. Ci ludzie, to niech im Bóg da niebo. Wszystko dali z jedzenia, co tylko mieli, jeszcze żur ugotowali. Lubię żur, ale takiego smacznego nigdy nie jadłam. Wzięła nasze płaszczyki, porozwieszała. W kuchni napaliła, żeby się wszystko wysuszyło. Deszcz lał, my po tym deszczu szłyśmy. Niemcy [stali] z psami na granicy i ze swoimi racami świetlnymi, ale nas nie dostrzegli i jakoś psy nas nie chciały zeżreć. Tak że przeszłyśmy do tej kobiecinki, co miała tę gospodarkę. Pożywiła nas, nakarmiła, życzyła szczęścia na drodze. Ludzie są naprawdę porządni.

  • Później poszła pani do Warszawy?


A skąd? Przecież nie było do czego. Warszawa jeszcze była zamkniętym miastem, aż do 17 stycznia. [Dopiero] wtedy otworzono, można było do Warszawy wracać. My miałyśmy adres. Jak się to miasto nazywa? Tam jest wielki kościół na trasie. Rawa Mazowiecka. Z Rawy podjechałam autobusem pod adres, gdzie była moja siostra ze szwagrem i drugą mamą. Jak miałam dziewięć lat, to tata się musiał ożenić. Co tu gadać? Mama mu wyznaczyła damę serca jako drugą żonę. Ojciec bardzo mamę kochał, ale wszystko zrobił, co sobie życzyła. Dojechałyśmy tam. Potem wsiadłam w autobus, pojechałam. Wszyscy się strasznie ucieszyli, że żyję, ja też się ucieszyłam, że ich widzę, bo przecież byłam sama wszędzie. Po 17 stycznia (chyba osiemnastym) moja siostra ze szwagrem z tą drugą mamą odjechali do Warszawy, a ja pojechałam do Radomia.
W Radomiu nie miałam żadnej rodziny, ale była pani, która miała dzieci, mąż już nie żył, ale jak oni mieli jakieś problemy, to zawsze do taty, do Warszawy przyjeżdżali, żeby im załatwić pracę. Ojciec był zawsze czuły na tle dzieci. Wszystko było załatwione, jak należy. Tam jakiś czas mieszkałam. Tam poznałam mojego męża, za którego w końcu wyszłam za mąż, żebym (to co mówię, to jest prawda) miała kawałek miejsca, gdzie jest dach nad głową, podłoga pod nogami czy jakieś miejsce, gdzie się mogę położyć. Kupiłam sobie na targu lampę, zabrałam do domu, żebym mogła sobie czytać książki, jak się położę do łóżka. Już wtedy pracowałam, miałam bardzo dobrą pracę. Radomiacy kochają warszawiaków, oni w naszym Powstaniu brali także udział.

  • Jak długo była pani w Radomiu?


W 1951 wyruszyłam do Łodzi.

  • Gdzie zastał panią koniec wojny?


Koniec wojny był w maju. Warszawa była już udostępniona dla tych, którzy wracali do niej. Siedemnastego stycznia moja rodzinka odjechała do Warszawy. One też nie miały żadnego domu, ale moja druga mama, która nami się opiekowała (przyzwoicie nawet) miała znajomych na Marszałkowskiej 60. Powędrowaliśmy najpierw tam, potem inaczej, potem jeszcze Wszystko było niezorganizowane. Nasz dom leżał w gruzach pod ogromną warstwą śniegu. Był straszny mróz wtedy, czterdzieści stopni. To była zima, to nie żarty. Nigdy już nie mieliśmy tego samego domu, a szkoda, bo tam się urodziłam. Bardzo byłam przywiązana do naszego domu.




Warszawa, 21 września 2011 roku
Rozmowę prowadziła Magdalena Domżalska
Eugenia Palla Pseudonim: „Skierka” Stopień: sanitariuszka Formacja: III Zgrupowanie „Konrad”, Grupa „Krybar” Dzielnica: Powiśle Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter